Kiedy wrócę

Kiedy wrócę

Autorzy: Agnieszka Lingas-Łoniewska

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 22.39 zł

Mateusz wyjeżdża na Podkarpacie i tam spotyka dziewczynę, która skrywa koszmarną tajemnicę. Kosma nie może wybaczyć sobie tego, co się stało i odsuwa się od Matyldy. Wojtek i Ewelina wyjeżdżają z Rokietnicy, a Leon i Weronika stają przed bardzo poważnym wyborem. Znowu niewyjaśnione, zadawnione spory zdają się wpływać na życie młodych ludzi, a tajemnice z przeszłości nadal ciążą nad bohaterami niczym okrutne widmo sprzed lat. Czy miłość jest na tyle mocna, że poradzi sobie z ludzką nienawiścią i złem w czystej postaci?

„Kiedy wrócę” to dramatyczny drugi tom dylogii o młodości, zdradzie, zemście i bolesnych meandrach życia.

Przed lekturą tej książki uzupełnij zapas chusteczek i czekolady. Ta książka jest idealnym dopełnieniem Kiedy zniknę. Gorąco polecam!
Ewelina Nawara, www.myfairybookworld.blogspot.com

To niebywałe! W walce pomiędzy czytelnikiem a autorką, Agnieszka Lingas-Łoniewska wygrywa za każdym razem, a ja nie mogę pozbierać się przez kilka dni.
Ania Makieła, www.spadlomizregala.pl


Agnieszka Lingas-Łoniewska – wrocławska pisarka tworząca powieści łączące sensację i kryminał z romansem, zwana przez swoich czytelników „Dilerką Emocji”.
Autorka ponad dwudziestu powieści i współautorka kilku antologii.

Założycielka projektów „Czytajmy Polskich Autorów” oraz „Pisarka czyta”. Wspiera fundacje prozwierzęce i schroniska, zbierając na licznych spotkaniach autorskich karmę w akcji „Karma zamiast kwiatka”. Ma fanklub czytelniczy, zwany „Sektą Agnes”."

„I walk a lonely road

The only one that I have ever known”*.

Green Day, Boulevard of Broken Dreams

* * *

* Green Day, Boulevard of Broken Dreams, album American Idiot, 2004.

Spis treści

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

EPILOG

PIOSENKI MATEUSZA

OD AUTORKI

Rozdział 1

Nowy początek

Słowa: Mateusz Królikowski

Zacznijmy od nowa

patrzeć na świat,

bo to jest przygoda,

która wciąż trwa.

Chcemy ją przeżyć,

ty i ja.

Chcemy ją poczuć,

niech w duszy gra!

Nowy początek to nasza szansa,

by przeżyć każdy cholerny dzień.

Bo nowy początek to nasza szansa,

By wszystko co złe, odeszło w cień.

Nowy początek (x3)

Matylda wpatrywała się w linię odliczającą poszczególne uderzenia serca. Tętno było miarowe, nieco słabe, ale lekarz powiedział, że w stanie spoczynku może takie być. Kosma był zaintubowany, ale jutro planowali go odłączyć od respiratora i miał podjąć pierwsze próby samodzielnego oddychania. Po sześciu tygodniach na OIOM-ie nastąpił przełom i wszystko wskazywało na to, że wróci do zdrowia. Oczywiście czeka go długotrwała rehabilitacja, ale będzie żył i normalnie funkcjonował. To było najważniejsze.

Teraz siedziała tuż obok i trzymała Kosmę za rękę. Wpatrywał się w nią swoimi pięknymi niebieskimi oczami, pojedyncza łza pociekła mu po policzku. Gdy tydzień temu został wybudzony ze śpiączki, gdy pozwolono jej do niego wejść, patrzył na nią, śledził każdy jej ruch, gdy powiedziała mu cicho, że go kocha, że wszystko będzie dobrze, odwrócił wzrok i też tylko pojedyncza łza była sygnałem, że słyszał, co do niego mówiła.

Opowiedziała mu o tym, że znalazła pracę na wakacje w ich ulubionej pizzerii. Że mama się zmieniła i w domu jest coraz lepiej. Mówiła o błahych rzeczach, gdyż lekarz prowadzący zabronił poruszania trudnych tematów, na przykład tego, że w sali obok leży ojciec Kosmy, który trafił tam w stanie krytycznym po tym, jak dostał cios nożem w żołądek.

Matylda wie, że będzie to widzieć oczami duszy do końca życia. Wszystko odbyło się jak w zwolnionym tempie. Nie potrafiła zareagować. Tak samo jak Lenka, ją zapamięta jako dziewczynę z szeroko otwartymi ustami, z których powinien wydobyć się jakiś ostrzegawczy krzyk, cokolwiek, jednak nie, Matylda nie usłyszała najmniejszego dźwięku, Lenka zdołała jedynie otworzyć szeroko usta, zamachać rękami, a wtedy rozległ się ogłuszający huk wystrzału. Matylda zamknęła oczy, bo wspomnienie tamtych wydarzeń sprawiło, że miała problem z wzięciem oddechu. Kosma zaczął drzemać, więc wyszła po coś do picia i w tym momencie poczuła, że wibruje jej komórka. To była mama.

– Halo?

– Jesteś jeszcze w szpitalu?

– Tak, ale niedługo będę jechała do Rokietnicy.

– Dobrze, uważaj na siebie. Czekam z kolacją, zrobiłam pizzę. Według tego przepisu, co ostatnio.

– Dobrze, mamo.

– A jak Kosma?

– Lepiej. Jutro będą go odłączać, ma sam oddychać.

– Dzięki Bogu.

– Myślę, że niewiele miał z tym wspólnego.

– Oj, przestań. Czekam, wracaj szybko.

– Pa!

Matylda wciąż przyzwyczajała się do nowej twarzy własnej matki. Która zmieniła się i teraz starała się nadrobić wszelkie błędy z przeszłości. I tak w ciągu prawie dwóch miesięcy od wyjazdu Mateusza były kilka razy w kinie, pojechały do teatru do Wrocławia, matka zaczęła spełniać się kulinarnie i praktycznie codziennie chodziła do kościoła. Mówiła, że w Bogu odnalazła odkupienie i dzięki wierze łatwiej jej było przeżyć każdy kolejny dzień. Matylda nie komentowała, do wiary miała stosunek ambiwalentny, ona i Mateusz byli ochrzczeni, ale potem już nie chodzili na religię i do bierzmowania też nie przystąpili. Jednakże dziewczyna wiedziała, że dla matki te codzienne modlitwy to forma terapii i nie komentowała tego ani nie analizowała. Cieszyła się, że matka zaczyna się odnajdywać w tym świecie, to było tak, jakby się nagle przebudziła, jakby do tej pory spała, całkiem tak jak Kosma przez pierwsze dwa tygodnie po zdarzeniu. Tylko matce zajęło to nieco więcej czasu.

Matylda weszła z powrotem do sali. Nawet jeśli Kosma spał, musiała się z nim pożegnać. Zawsze z ciężkim sercem go zostawiała, najchętniej siedziałaby w tym szpitalu dzień i noc. Zwłaszcza że on nie miał nikogo, kto by go odwiedzał. Jego dziadkowie nie żyli. A rodzice… Nie. Kosma miał teraz tylko ją. I czekała, aż zacznie mówić, bo musiała z nim porozmawiać.

Chłopak spał, pocałowała go swoim zwyczajem w chłodne czoło, odgarnęła loki z twarzy, poprawiła kołdrę i wyszła. A wtedy on otworzył oczy i patrzył na zamknięte drzwi, w których zniknęła dziewczyna, którą kochał całym sercem i dla której stał się prawdziwym przekleństwem.

***

Mateusz kończył nocną zmianę na stacji benzynowej, zamierzał wdrapać się do mieszkanka na piętrze, przespać trochę, bo po południu mieli próbę w bibliotecznej świetlicy w Strzyżowie. Chcieli nagrać występ na kamerkę i wrzucić to na kanał zespołu na YouTube. Założyli z Jonaszem zespół Czarne Glany, Mateusz napisał i skomponował już kilka piosenek, łączących punk rocka, rocka i metal. Grali trzy razy w tygodniu, a także w weekendy, dyrektorka strzyżowskiej biblioteki pozwoliła im korzystać ze świetlicy, w zamian Mateusz dwa razy w tygodniu prowadził warsztaty muzyczne dla dzieci z kółka muzycznego. Nie przypuszczał, że praca z siedmiolatkami sprawi mu tak wiele radości. Jutro miał znowu zajęcia z dzieciakami, wpadł na pomysł zorganizowania małego rekordu gitarowego i chciał nauczyć dzieciaki kawałka zespołu Akurat Lubię mówić z tobą. To był jeden z prostszych utworów do nauczenia, poza tym trzy dziewczynki i czterech chłopców już trochę potrafiło grać, więc uznał, że to będzie fajne wyzwanie dla małych gitarzystów. Jeden z chłopaków, mały blondynek o imieniu Patryk, miał świetny głos i to jemu chciał powierzyć rolę wokalisty, oczywiście z własną pomocą. Poza tym dziecko było trochę zamknięte w sobie i Matowi z kimś się ten maluch kojarzył. Tak jakby widział siebie sprzed niemal piętnastu lat.

Już miał zamykać kasę i przekazać wszystko pierwszej zmianie, gdy do środka weszła szczupła blondynka, w której rozpoznał dziewczynę, która przyprowadzała Patryka na zajęcia gitarowe. Chyba była jego siostrą, bo na matkę była stanowczo za młoda. Wzięła kilka batonów Mars z półki, dwa energetyki i położyła to na ladzie.

– Dzień dobry. – Mateusz uznał, że powinien się przywitać, w końcu znała go już z biblioteki, chociaż nigdy nie zamienili ani słowa.

– Dzień… do… dobry – wyjąkała, unikając jego wzroku. Dziwnie skuliła się w sobie i zaciągnęła rękawy letniej bluzeczki, aby zakryły potężnych rozmiarów siniaki, które widniały na jej przedramieniu.

– Czternaście pięćdziesiąt. – Mateusz nabił towar na kasę i spojrzał na twarz dziewczyny.

Ta wysupłała z kieszeni banknot dwudziestozłotowy i położyła na szklanej podstawce na pieniądze. Zerknęła na Mata szybko, zdążył zauważyć, że ma błękitne oczy, oczy, które spoglądały na świat ze strachem i wyrzutem. Mateusz poczuł, że coś ściska go od środka, chciał jakoś nawiązać kontakt z tą dziewczyną, ale ta, po wydaniu przez niego reszty, zgarnęła zakupione rzeczy, pieniądze i wyszła z budynku, jakby się paliło. Widział, że wsiadła na rower i odjechała. Potem, gdy skończył już swoją pracę i poszedł na górę, do małego mieszkanka, które wynajmował, cały czas miał przed oczami drobną postać blondynki o wzroku zaszczutego zwierzątka. I z takim obrazem zasnął, nie wiedząc, czy to dobrze, czy też przeciwnie – bardzo, bardzo źle.

***

Sierpień zaczął się dla Leona i Weroniki kłótniami. Oboje zdali maturę, Weronika dostała się na Akademię Ekonomiczną, a Leon na Politechnikę Wrocławską. Ojciec dziewczyny kupił już dawno małą kawalerkę w okolicach ulicy Powstańców Śląskich, traktując to jako inwestycję na przyszłość, a także jako miejscówkę dla swoich dzieci, gdy wyruszą na studia. Jednak Wojtek wyciął mu niezły numer, a Weronika uparła się, że chce tam zamieszkać z Leonem. Co było zupełnie nie do przyjęcia i zaakceptowania przez Blachowskich. Poza tym teraz miał problemy natury prawnej, stara sprawa wróciła i uderzyła w nich wszystkich. Piotr był już kilka razy przesłuchiwany w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci przez Jerzego Bukowińskiego i niepowiadomienia policji o tym fakcie. Komendant Maziarz wezwał go na przesłuchanie ze względów formalnych, Blachowski nawet to rozumiał, jednakże bardzo go to poruszyło. Każde wspomnienie tamtego lata, powrót do tamtej nocy sprawiały, że na nowo wszystko przeżywał. I wiedział jedno – dzisiaj zachowałby się inaczej. Ale teraz mógł tylko żałować i próbować stawić czoło nowej rzeczywistości. Na przykład temu, że jego córka chciała zamieszkać z chłopakiem, którego nie mógł zaakceptować. A syn… dostał się na studia w Gdańsku i zamierzał wyjechać. Wszystko poszło nie tak, jak od początku planował. Zawsze taki świetnie zorganizowany, doskonały strateg, a tymczasem… nic nie potoczyło się tak, jak chciał. I to dobijało go bardziej niż jakiekolwiek wyrzuty sumienia.

Tymczasem Leon naprawdę nie wiedział, co ma zrobić. Dostał pokój w akademiku na Olszewskiego i zamierzał się tam wprowadzić. Jednak Weronika uparła się, że mają zamieszkać razem, w jej kawalerce niedaleko Akademii Ekonomicznej. Chłopak nie chciał mieszkać w lokum, za które miał płacić Piotr Blachowski. Po pierwsze – wiedział, jaki ma on do niego stosunek. Po drugie – odkąd dowiedział się o sprawie sprzed dwóch dekad i o śmierci ojca Mateusza, już całkiem stracił zaufanie i szacunek do dorosłych. Z własnym ojcem miał coraz gorszy kontakt. O ile wcześniej, gdy ten zaczął w miarę normalnie funkcjonować, coś na powrót budowało się między nimi, to teraz po prostu nim pogardzał. Chociaż ojciec próbował tłumaczyć mu to, co wydarzyło się przed laty.

– Synu, byliśmy młodzi, głupi, wypici, ujarani. Tak, nie będę koloryzował.

– Dlatego zostawiliście matkę Mateusza samą? Fantastyczni przyjaciele. W życiu bym tak się nie zachował!

– Uznaliśmy, że tak będzie lepiej… – Leszek potarł z zakłopotaniem czoło. – Wiem, że źle zrobiliśmy. Potem… wszystko się nam posypało. Iza ze mną zerwała. Zacząłem chodzić z Elizką, potem urodziłeś się ty. Zaczęliśmy się nienawidzić, przestaliśmy się poznawać na ulicy. Teraz to wiem, że to przez tamtą noc nad jeziorem. Ale kochałem twoją mamę i kocham ciebie. Trzeba iść do przodu, synu.

– Ty tak robiłeś, nie? Tylko chyba się cofałeś, zamiast iść przed siebie. Dobra, nie chce mi się już tego słuchać! – Leon uniósł dłonie i wyszedł z domu. Tak kończyła się prawie każda wymiana zdań z ojcem, aż w końcu zupełnie przestali rozmawiać.

A teraz te spięcia z Niką. Kochał ją bardzo, ale nie chciał mieszkać na Komandorskiej. Lecz ona tego nie rozumiała.

– Nie wiem, dlaczego jesteś taki uparty! Nie chcesz ze mną być? – Siedziała na murku w ruinach, obejmowała się ramionami i patrzyła na niego z nachmurzoną miną. Wczoraj, gdy spotkali się po południu, poszli na pizzę do Rynku, a potem zaszyli się w swojej ulubionej kryjówce.

– Nie rozumiesz, że ostatnim, czego chcę, to żeby twój ojciec płacił za moje mieszkanie.

– To jest zupełnie bez sensu. Jak tak bardzo ci to przeszkadza, możesz dokładać się do czynszu.

– Nie o to chodzi.

– To w jaki sposób zamierzasz być moim facetem, skoro od razu na początku masz problem?

– Po prostu będę mieszkał w akademiku. Jaka to różnica? I tak będziemy mieć całymi dniami zajęcia, zwłaszcza na pierwszym roku. Będę do ciebie przychodził, będziemy spotykać się na mieście, będziemy z dala od Rokietnicy. Czy to cię nie cieszy? – Leon objął naburmuszoną dziewczynę i pocałował w czubek nosa. – Nikuś. Nie złość się. Postaraj się mnie zrozumieć.

– Właśnie nie mogę.

– Widzę. Jednak musisz się nad tym zastanowić. Nie chcę, abyś była na mnie zła. Ale proszę cię, postaw się w mojej sytuacji.

– Chcę być z tobą. Cały czas. – Weronika westchnęła, objęła chłopaka ramionami w pasie i przytuliła się do jego klatki piersiowej.

– Ja też chcę. I będziemy. Wszystko się dla nas zaczyna. Nasze nowe życie. Zobaczysz. Tylko musimy trzymać się razem i nie kłócić. I nie złościć.

– Dobrze. – Dziewczyna uniosła twarz i pocałowała Leona w usta. – Kocham cię.

– Ja ciebie też. A teraz… może pójdziemy do mnie?

– Nie ma twojego ojca?

– Nie ma.

– No to na co czekamy?

***

Wojtek i Ewelina wrócili z Gdańska dwa tygodnie temu. Byli zawieźć wszystkie papiery, każde na swoją uczelnię. Ewelina na oceanografię na Uniwersytecie Gdańskim, natomiast Wojtek dostał się na wychowanie fizyczne na AWF w Gdańsku. Decyzję o tym, aby składać tam papiery, podjął już przed maturą, omówił to z Eweliną, która, gdy usłyszała, że chłopak wyjedzie razem z nią do Gdańska, piszczała z radości i rzuciła mu się na szyję.

– Jesteś cudowny, po prostu wspaniały! – Obejmowała go, a on złapał ją w pasie i mocno przytulił do siebie, tak że jej stopy dyndały w powietrzu.

– Nawet gdybym nie chciał tam jechać, to taka reakcja jest warta wszystkiego. Ale chcę.

– Będzie cudownie!

– Jeśli się dostanę.

– O to w ogóle się nie martwię, mój ty mięśniaku z rozumem!

– Jesteś nieznośna.

I faktycznie… była nieznośna, ale miała rację. Wojtek dostał się na wymarzony kierunek bez problemów.

W Gdańsku spędzili trzy dni. Trzy cudowne dni, kiedy mieli się tylko dla siebie. Ostatniej nocy spali w jednym łóżku, całowali namiętnie i byli bliscy tego, aby przekroczyć granicę.

– Bardzo cię pragnę. – Wojtek zdyszanym szeptem, pomiędzy pocałunkami, mówił Ewelinie rzeczy, od których kręciło się jej w głowie. Ale wciąż utrzymywali tę ostateczną granicę, bastion, jak mówił o tym Wojtek.

– Ostatni bastion… – jęczał, wtulając się w dziewczynę.

– Nasz osobisty.

– Czy jesteśmy normalni?

– Patrząc na dzisiejsze czasy, pewnie nie. – Ewelina wzruszyła ramionami. – Ale co nas obchodzą czasy.

– I co nas obchodzą inni? – Chłopak położył ramiona po obydwu stronach jej głowy i uśmiechnął się. – Jesteś cholernie śliczna.

– A ty cholernie romantyczny.

– Cały ja, mała.

Teraz byli już w Rokietnicy i chłopak wiedział, że ojciec nadal nie może wybaczyć mu tego, że znalazł sobie studia tak daleko od domu. Doskonale wiedział, o co w tym wszystkim chodziło. Po pierwsze: chciał mieć nad wszystkim kontrolę, po drugie: nie lubił, gdy ktokolwiek mu się sprzeciwiał, po trzecie: nadal nie był zadowolony, że Wojtek chodził z Eweliną. Od tamtego sławetnego ogniska, kiedy Kosma i jego stary wylądowali w szpitalu, kiedy wszyscy plotkowali o tym, co się wydarzyło w przeszłości… Piotr Blachowski wiele stracił w oczach mieszkańców. Ale najwięcej w oczach swoich dzieci. I doskonale o tym wiedział. Tym bardziej chłopak nie mógł się doczekać końca września i momentu, kiedy wyjedzie z tego miasteczka, i to wyjedzie tak daleko. Kiedy wyjadą oboje, bo najbardziej cieszyło go to, że będzie studiował w jednym mieście z Eweliną. Którą kochał całym sercem. Przy niej czuł się swobodnie, rozbawiała go, imponowała wiedzą, była elokwentna, potrafiła dopiec, cudownie całowała i pragnął jej całym swoim sercem, duszą, umysłem. Po prostu wpadł całkowicie i beznadziejnie. Kiedyś, gdyby ktoś mu powiedział, że taka miłość jest możliwa, zaśmiałby się i popukał w głowę. Lecz teraz wierzył, że jest to możliwe, anektuje każdą cząstkę człowieka i wtedy już nie żyje się tylko dla siebie, ale wszystkie myśli ukierunkowane są na tę drugą osobę. Jego myśli i uczucia były skierowane w stronę Plamki. I wierzył, że tak będzie zawsze.

***

Jerzy Bukowiński otworzył oczy i pierwszym, co zobaczył, była szara ściana szpitalnego OIOM-u. Nieco później dojrzał parawan z jakimiś napisami, których jeszcze nie mógł odczytać. Mignęła mu przestraszona twarz pielęgniarki, która gdzieś pobiegła, a druga podeszła i zaczęła sprawdzać coś na urządzeniach stojących przy jego łóżku, co dostrzegał kątem oka. Niewiele z tego rozumiał. Wiedział tylko jedno – musi jak najszybciej się dowiedzieć, czy z jego synem wszystko w porządku. I musi go chronić. A także zapytać, czy aresztowali jego żonę. Bo to przecież ona strzeliła do Kosmy. Prawie zabiła własnego syna!

Rozdział 2

Kim jesteś?

Słowa: Mateusz Królikowski

Patrzę na ciebie

i wiem,

że nic o tobie nie wiem.

Myślę o tobie

i wiem,

że jesteś wielką zagadką.

Marzę o tobie

i wiem,

że to marzenia złudne.

Śpiewam o tobie

i wiem,

że słowa są naiwne i głupie.

Kim jesteś, gdy błądziłaś w moich snach?

Kim jesteś, smutna, zraniona tak?

Kim jesteś, gdy patrzysz ciągle w dal?

Kim jesteś – obca tak.

Mateusz kończył zajęcia w strzyżowskiej bibliotece, która mieściła się w stylowym budynku starej synagogi żydowskiej z XVIII wieku. Zachowano piękne klepkowe drzwi, okna, zabytkowe schody, prowadzące na górę, która niegdyś była salą modlitw, tak zwanym babińcem, a teraz odbywały się tam spotkania autorskie i właśnie tutaj Mateusz prowadził swoje zajęcia muzyczne z dziećmi. W budynku zachowana została także bima – z przepięknym, odrestaurowanym sufitem, na którym znajdowała się polichromia, namalowana w XIX wieku, składająca się z ornamentów roślinnych i węża Lewiatana. Niesamowity klimat budynku robił wrażenie niemal od samego wejścia i Mateusz czuł się tutaj, jakby przenikał do innego świata.

Kochał pracę z dzieciakami, coraz bardziej też lubił to miasteczko, równie małe jak Rokietnica. Było dla niego niczym czysta kartka, którą zapisywał wedle własnych potrzeb. Nie znał tu nikogo oprócz szefa, czyli ojca Jonasza, kumpli z zespołu, pracowników biblioteki i rodziców, którzy odbierali swoje pociechy z zajęć. No i tej dziewczyny, która przychodziła po Patryka. Nigdy nie wchodziła na górę, czekała na dole, u stóp schodów, zabierała chłopca i wychodziła, nie patrząc na nikogo. Kiedyś zauważył, że mały wsiada na bagażnik jej roweru i odjeżdżają, rozmawiając i śmiejąc się. To stanowiło różnicę pomiędzy zachowaniem dziewczyny wtedy na stacji benzynowej, czy nawet gdy wchodziła do biblioteki. Będąc sam na sam z dzieckiem, wyglądała na wyluzowaną, uśmiechała się i Mateusz zauważył, że ma piękny uśmiech, a w jej policzkach robią się dwa dołeczki. Nie miał pojęcia, dlaczego akurat ona zwróciła jego uwagę. Nie zamierzał wchodzić w żadne związki, ciągle miał w głowie to, co wydarzyło się w Rokietnicy.

Teraz dzieci zbierały swoje instrumenty, rodzice po kolei odbierali uczniów, oczywiście zadając Mateuszowi dziesiątki pytań. Jak postępy, jakie rokowania, czy coś z tego będzie, a może kariera solowa? Mat cierpliwie na wszystkie pytania odpowiadał, a jednocześnie wypatrywał opiekunki Patryka, który siedział na swoim miejscu i brzdąkał coś na gitarze.

Rodzice obdarzyli Mateusza sympatią i zaufaniem, niektóre mamy uśmiechały się do młodego, przystojnego nauczyciela z większą niż zwykła uwagą. A gdy ten wystąpił na letnim festynie wraz ze swoim zespołem, niektóre młodsze panie miały coraz więcej pytań dotyczących swoich dzieci, przychodziły zawsze wymalowane, ubrane jak na jakąś imprezę i uśmiechały się bardzo znacząco.

– Panie Mateuszu, jak moja Dżesika? – Tleniona blondynka w białych dżinsach, brokatowych sportowych butach na koturnie i krótkiej dżinsowej kurteczce potrząsała głową, śmiejąc się, a jej długie kolczyki kołysały się w uszach niebezpiecznie. Chłopak miał wrażenie, że zaraz uderzą ją w zęby albo, co gorsza, w oko.

– Radzi sobie dobrze. Ale musi ćwiczyć w domu. – Mateusz za każdym razem odpowiadał cierpliwie na to samo pytanie, zadawane niezmiennie przez matkę Dżesiki.

– Byłam na festynie. – Blondyna pochyliła się tak blisko, że poczuł zapach jej perfum. – Super pan gra i śpiewa!

– Dziękuję.

– Jak nagra pan płytę, to na pewno kupię! Bo słyszałam, że z synem Janusza Kasprzaka założył pan ten zespół.

– Tak, dziękujemy. – Mateusz starał się nie okazywać zniecierpliwienia, uderzyło go to, że podobnie jak w jego rodzinnej miejscowości, wszyscy tutaj wiedzą wszystko o wszystkich. Kątem oka zauważył drobną postać opiekunki Patryka. Jej włosy w kolorze naturalnego lnu dostrzegł, gdy tylko weszła do biblioteki. – Jeśli Dżesika chce znaleźć się w zespole, który ma zagrać na siedemdziesięcioleciu biblioteki, musi ćwiczyć. Do widzenia. – Mateusz skinął kobiecie głową i zszedł na dół, bo Patryk już zbiegł do swojej opiekunki i pewnie zaraz oboje zniknęliby mu z oczu.

– Przepraszam! – zwrócił się do blondynki.

Ta drgnęła, miał wrażenie, że kuli się w sobie. Nerwowo poprawiła rękawy koszulowej bluzki. Ale dojrzał to. Ciemny siniak powyżej nadgarstka. Spojrzał na nią z niemym pytaniem w oczach, ale oczywiście uciekła wzrokiem gdzieś na bok.

– Chciałem zamienić dwa słowa. Patryk, poczekasz na nas? – Uśmiechnął się do chłopca.

– Yhy. – Chłopak usiadł na pobliskiej ławeczce i zaczął znowu brzdąkać na gitarze. Widać było, że nie może rozstać się z instrumentem. Po raz kolejny przypomniał Mateuszowi jego własne dzieciństwo, kiedy praktycznie nie rozstawał się z gitarą, a grę traktował jako ucieczkę od wszystkiego.

– Przepraszam – powtórzył Mateusz. – Chciałem tylko powiedzieć, że pani brat jest naprawdę bardzo uzdolniony. I chciałbym, aby zagrał i zaśpiewał na tym koncercie z okazji jubileuszu biblioteki. Będzie frontmanem zespołu, który szykuję. Nie ma pani nic przeciwko? To znaczy czy rodzice nie będą mieć…

– Nie – odparła szybko, patrząc we wszystkie możliwe miejsca, tylko nie w oczy Mateusza. Postać wysokiego mężczyzny wyraźnie ją przytłaczała. Mat objął się ramionami i starał się nie wwiercać wzrokiem w jasnowłosą kobietę, nie chciał, aby czuła się niekomfortowo, ale nie mógł oderwać od niej wzroku. Była bardzo ładna, bardzo delikatna i bardzo spłoszona. Znowu poczuł coś… coś dziwnego, niepokojącego. Nie chciał tego czuć, ale nie mógł nic na to poradzić.

– To dobrze. Będę z nim czasami potrzebował poćwiczyć indywidualnie. Ale myślę, że warto.

– Czy… czy t-to będzie dododatkowo kosztowało? – spytała, jąkając się.

– Nie, to wszystko opłaca miasto, proszę się nie martwić.

– T-to… dobrze. – Dziewczyna kiwnęła w stronę Patryka, który poderwał się i pobiegł w stronę wyjścia, wykrzykując głośne „do widzenia!” w stronę swego nauczyciela muzyki.

– To z panią mam uzgadniać te dodatkowe lekcje? Czy z rodzicami?

– Z-ze mnną. Do widzenia – powiedziała cicho i wyszła.

Gdy już była na zewnątrz i zamykały się za nią drzwi, do uszu Mateusza dobiegł głos Patryka, który pytał:

– Mamooo, a co pan chciał?

***

Matylda przyjechała do szpitala i na korytarzu minęła się z policjantami, którzy wychodzili z sali na OIOM-ie. Czym prędzej weszła do środka. Kosma był już odłączony, leżał z zamkniętymi oczami, jego szczupła twarz niemal zapadła się w sobie. Pielęgniarka, która już poznawała Matyldę, powiedziała do niej cicho:

– Naprawdę bardzo krótko. On musi odpocząć.

Dziewczyna kiwnęła głową i usiadła koło wysokiego łóżka. Położyła dłoń na jego chłodnej ręce, która spoczywała na szpitalnej kołdrze. Drgnął i otworzył oczy. Spojrzał na nią.

– Hej – szepnęła i uśmiechnęła się.

– Hej. – Jego głos był zachrypnięty.

– Lepiej ci dzisiaj?

Zamknął oczy i po chwili dostrzegła na policzkach łzy. Całą siłą woli powstrzymywała się od płaczu, musiała być silna, wystarczająco już płakała w samotności. Wzięła wacik i wytarła mu oczy i policzki.

– To ona – wychrypiał.

– Cicho, odpoczywaj. – Pogłaskała go po policzku.

– Ona. Mama. Ona mnie postrzeliła. – W jego wzroku były rozpacz i strach. Matylda miała wrażenie, że zaraz pęknie jej serce. Nie wiedziała, co ma powiedzieć. Oczywiście wiedziała, co zaszło, ale chciała, aby on dowiedział się o tym jak najpóźniej. Jednakże policja już musiała z nim rozmawiać, nie czekając nawet, aż chłopak będzie w lepszym stanie. Nie miała pojęcia, co robić.

– Teraz skup się na sobie. Pamiętasz? To sobie obiecywaliśmy. Że będziemy razem i zajmiemy się sobą.

– Chciałem go zabić, lecz niewiele pamiętam. Policja powiedziała, że on trzymał nóż, ale gdy upadłem, zrobiło się zamieszanie i on nadział się na ten nóż. – Kosma mówił cicho, z widocznym wysiłkiem, jego głos był zachrypnięty i bardzo zmęczony. – Ale Mati… – Drgnęła na zdrobnienie, którego tak dawno nie słyszała z jego ust. – To ja trzymałem nóż. Tyle wiem na pewno.

– Kosma – powiedziała twardo – trzymajmy się faktów. Skoro twój ojciec twierdzi, że to on go miał, tak właśnie było.

– Kłamie. Kłamie, aby mnie chronić. A ja chciałem go zabić… Nienawidzę go. I kocham. Mam dość…

Puls niebezpiecznie mu przyspieszył, na co od razu zareagowała pielęgniarka.

– Musi pani już iść. Miał dzisiaj dość wrażeń. Teraz trochę pośpi. – Poklikała coś na aparaturze stojącej u wezgłowia łóżka, Matylda domyśliła się, że podała Kosmie środki na uspokojenie i sen.

– Przyjadę jutro. – Dziewczyna pogłaskała go po policzku, uśmiechnęła się do pielęgniarki i wyszła z sali. Tam stanęła przy parapecie i wybuchnęła płaczem. To było ponad jej siły, a musiała je mieć – dla siebie i dla niego. Widziała, jak go to złamało. Pamiętała, co się wówczas wydarzyło, chociaż wtedy widziała wszystko jakby w zwolnionym tempie. Zamknęła oczy i wytarła ręką natrętne łzy. Wyjęła telefon i wybrała numer do jedynej osoby, która zawsze była przy niej, mimo że nie na wyciągnięcie ręki.

– Co jest, siostra? – Usłyszała niski, lekko zachrypnięty głos brata i od razu zrobiło jej się lepiej.

– Kosma już sam oddycha. Rozmawialiśmy.

– To dobrze. – Mateusz zachowywał ostrożność. – Ale ty jesteś smutna. Nadal. Cholera, mogłem…

– Nie, mówiłam ci, że nie. Masz swój świat, odnalazłeś się, nie wybaczyłabym sobie, gdybyś musiał tutaj wrócić. Nie teraz, kiedy jakoś zacząłeś układać sobie wszystko na nowo. Jestem silna, Mat. Poradzę sobie. Tylko dzisiaj… Była u niego policja, nie zaczekali nawet, aż zacząłby się czuć nieco lepiej. Powiedzieli mu o tym, że to jego matka go postrzeliła.

– A co z…

– Jego ojciec przyznał, że to on trzymał nóż i sam siebie zranił w tym całym zamieszaniu.

– Przecież wiesz…

– Wiem, Mat, wiem. I Kosma też wie. Dlatego jest mi dzisiaj szczególnie ciężko. On nie może sobie z tym wszystkim poradzić.

– Mam przyjechać?

– Mateusz, jeśli za każdym razem, gdy do ciebie zadzwonię, będziesz o to pytać, to przestanę się odzywać!

– To ja będę dzwonić do ciebie, mała siostrzyczko.

– Od razu mi lepiej. – Matylda uśmiechnęła się. Nawet kilka słów zamienionych z bratem sprawiało, że wszystkie problemy przestawały ją aż tak bardzo przytłaczać. – Powiedz lepiej, co tam u ciebie? Jak próby?

– Dobrze, jakoś nam idzie, napisałem kilka piosenek.

– To wspaniale. A twoje stare utwory?

– Być może pojawią się na solówce. Zobaczymy.

– A jak dzieciaki?

– Fajne. Nie spodziewałem się, że aż tak dobrze będę się bawił podczas uczenia maluchów. A jednego mam takiego zdolniachę…

Mateusz w kilku słowach opowiedział o Patryku i planowanym występie z okazji jubileuszu biblioteki. Nie wspomniał tylko nic o opiekunce chłopaka, bo wciąż nie mógł uwierzyć, że ta młodziutka dziewczyna jest matką siedmiolatka.

– No to się cieszę. Naprawdę, bardzo, bardzo.

– Tęsknię za tobą.

– Ja za tobą też. Ale bardziej od tęsknoty podtrzymuje mnie na duchu myśl, że jesteś szczęśliwy.

– Do szczęścia mi jeszcze daleko. Ale jakoś oddycham. Nie duszę się.

– Wiem, Mat. Wiem…

– A jak… Lena? – Głos chłopaka lekko drżał.

– Rozmawiałam z nią dwa tygodnie temu. Pojechała nad morze, mieszka tam jej ciotka, czy coś… – Matylda nie wiedziała, jak ma mówić o rodzinie Maziarzów, która przecież była też rodziną Mateusza. Ale właściwie nie. Rodzina to bliscy nam ludzie, więzy krwi czasami mogą nie znaczyć kompletnie nic.

– Jak ona się ma?

– Wygląda na to, że jakoś… Ale wiesz, jak jest. Kamuflaż.

– Tak, Mati, kamuflaż. A z matką… dobrze? – spytał po chwili wahania.

– Bardzo dobrze.

– Nadal przesiaduje w kościele?

– Tak. Ale chyba dobrze jej to robi.

– Może wyjaśni sobie samej własne błędy.

– Myślę, że już to zrobiła. Teraz jest spokojna i wyciszona. I chodzi na cmentarz…

– Jasne. – Głos Mateusza zabrzmiał głucho.

– Przepraszam, pytałeś…

– Nie przejmuj się. A co ze śledztwem?

– Niby ma być wznowione. Ale nic więcej nie wiem.

– Daj mi znać, okej?

– Okej.

– I dzwoń, gdyby coś, odbiorę zawsze i wszędzie.

– Dobrze, Mat. Kocham cię.

– Ja też cię kocham, siostrzyczko!

***

Jerzy został przewieziony na oddział chirurgii, nie było potrzeby, aby znajdował się dłużej na oddziale intensywnej terapii. Wcześniej kilka razy zadzwonił z komórki, która znajdowała się w szpitalnym depozycie. Jego prawnik już jechał do Jeleniej Góry. Zatrudnił go do wyprostowania sprawy z przeszłości, a także do obecnych kłopotów związanych z tym, że przyznał się do posiadania noża. Policja chciała wiedzieć, po co mu było to narzędzie i co chciał z nim zrobić. Odparł, że często nosi ze sobą nóż, bo boi się o własne bezpieczeństwo, ale gliniarze nieszczególnie mu wierzyli. W związku ze sprawą Waldka Maziarza i osobą Kamili Królikowskiej, a także z tym, że wszyscy zeznali, iż miał bzika na punkcie tej kobiety, policja uznała, że chciał zranić właśnie Kamilę. Aby się zemścić za dawne odrzucenia. Oczywiście było to wierutną bzdurą. Nie skrzywdziłby Kamili! Ale nie mógł definitywnie się tego wyprzeć. Musiał robić wszystko, aby chronić Kosmę. A żona? Niech sobie radzi sama. Wiedział, że zatrudniła prawniczkę, bardzo dobrą, która prawdopodobnie ją wybroni. Lecz Jerzy nie zamierzał czekać. Przez telefon poinstruował swojego prawnika o tym, że ma przygotować papiery rozwodowe. Anki nigdy jakoś nie darzył wielkim uczuciem, ale teraz, gdy próbowała zabić jego, a zraniła syna… na nic z jego strony liczyć już nie mogła. Dla niego była martwa.

***

Lena spacerowała brzegiem morza, patrzyła na widnokrąg, pod stopami czuła ciepły piasek, na policzkach lekki wiatr i promienie zachodzącego słońca. Na chwilę wyłączyła myśli i czuła się wolna. Od wszystkich wspomnień, tak bolesnych, że gdy ją atakowały, nie mogła złapać tchu. Od przeszłości, w której powinna być szczęśliwa i zakochana, a została zdruzgotana i oszukana. I to nie przez Mateusza, w tym wszystkim nie było żadnej jego winy. Przez najbliższych, przez wydarzenia z czasów, kiedy nawet jeszcze nie było jej na świecie. Dlatego wyjechała do ciotki do Gdyni i odpoczywała. Od Rokietnicy, ciekawskich spojrzeń okolicznych plotkar, rodziców, którzy stali się jeszcze bardziej nadopiekuńczy, jakby bali się, że coś sobie zrobi, od babci, która nic nie wiedziała o Mateuszu i teraz nakazała swemu synowi odszukać wnuka. Od konfliktu, jaki pojawił się w jej rodzinie. Teraz miała czas tylko dla siebie, na codzienne pobyty na plaży, kąpiele w zimnym Bałtyku, czytanie, spacery, słuchanie muzyki. Musiała odzyskać równowagę. Usiadła na piasku blisko wody, założyła słuchawki, zamknęła oczy i wystawiła twarz do słońca. Była spokojna. Tego najbardziej pragnęła. Nagle poczuła piasek na twarzy, we włosach. Zerwała się, słuchawki wypadły jej z uszu, zaczęła pocierać oczy, dojrzała tuż obok psa rasy golden retriever, zawzięcie kopiącego dziurę w plaży.

– Mara, Mara! – Mężczyzna pojawił się tuż obok i krzyknął na psa.

Psisko z ociąganiem zostawiło dziurę, usiadło obok, z wyrazem zadowolenia na pysku, i pomachało ogonem, wpatrując się w pana, jakby chciało powiedzieć: „Zobacz, jak głęboko się dokopałem!”. A raczej „dokopałam”!

– Strasznie panią przepraszam! Ona kocha kopać dziury, musiała coś wyczuć, z reguły jest posłuszna. Wszystko dobrze? – Pochylił się, złapał Lenę za ramiona i zajrzał jej w twarz. – Proszę. – Podał jej chusteczki, nieporadnie próbując wytrzeć piasek oblepiający twarz dziewczyny.

– Dziękuję, już dobrze. Po prostu się przestraszyłam.

– Naprawdę bardzo przepraszam. Mara, chodź tu! – Klepnął dłonią w prawe udo i pies znalazł się tuż obok, a mężczyzna przypiął mu smycz do obroży.

– Śliczna jest. To golden?

– Tak. Ma trzy lata i czasami zachowuje się jak szczeniak. To znaczy… bardzo często. – Uśmiechnął się, patrząc z miłością na psa.

Lenka odzyskała zdolność widzenia i spojrzała na nieoczekiwanego rozmówcę. Mężczyzna, a właściwie chłopak, miał dłuższe włosy, w kolorze złocistego miodu, był opalony, wysoki i muskularny. Miał na sobie krótkie spodenki i lnianą koszulę, rozpiętą na piersi. Lenka odwróciła wzrok, ale dojrzała jego doskonale wyrzeźbioną klatkę piersiową.

– Iwo. – Podał dziewczynie rękę. – Wiem, dziwne imię.

– Wcale nie. Lenka. – Uścisnęła wyciągniętą dłoń.

– Lena?

– Magdalena. Ale wszyscy mówią mi Lenka.

– Wolę to pierwsze. – Uśmiechnął się, a ona spojrzała mu w oczy. Brązowo-zielone tęczówki śmiały się do niej. Nieśmiało oddała uśmiech.

– Przejdziemy się? Obiecuję, że Mara będzie grzeczna.

– W sumie…

– Naprawdę nie jestem groźny. Mieszkam u babci. Lubię zwierzęta. Kocham powieści Stephena Kinga i kryminały Chrisa Cartera. Ale tylko je czytam. – Uderzył się zwiniętą pięścią w pierś. – Serio, serio.

Lenka roześmiała się. Tak po prostu. Tak dawno się nie śmiała, szczerze, z głębi siebie, beztrosko. Iwo patrzył na nią i coś błysnęło w jego oczach. Też zaczął się śmiać. Stali oboje na brzegu morza, śmiali się, patrząc na siebie, kremoworudy pies kopał kolejną dziurę, wiatr wiał, morze szumiało, czuło się życie, wolność, radość. Lenka pokiwała głową.

– Możemy się przejść. Ja… – Chciała powiedzieć, że jutro wyjeżdża, że nie jest stąd, ale zamilkła. – W sumie czemu nie? – dodała po chwili.

Chłopak wyszczerzył białe zęby w uśmiechu i pociągnął psa.

– Puść ją. Tu prawie nikogo nie ma.

– Dlatego tu przychodzę. A spotkałem ciebie.

– Ja też wolę samotność.

– Pewnie masz inne powody niż nieposłuszny pies? – Zerknął na nią, gdy ruszyli przed siebie.

– Z reguły nie kopię dziur i nie obsypuję piaskiem ludzi. Ale kto wie… – Lena czuła się tak swobodnie, jak nie czuła się od dłuższego czasu.

– Jeszcze raz bardzo cię przepraszam.

– Nie ma problemu, naprawdę. To jedna z przyjemniejszych rzeczy, jakie mi się ostatnio zdarzyły.

– No tak… To może… Mój brat gra dzisiaj w klubie przy plaży w Brzeźnie. Pojechałabyś ze mną na ten koncert?

– Twój brat jest muzykiem?

– Gra na trąbce, czasami też śpiewa. – Iwo rzucił patyk, Mara pobiegła za nim jak szalona.

– Musiałabym wrócić do domu przed dwudziestą drugą, moja ciocia nie lubi, gdy przychodzę późno.

– Mieszkasz z ciocią?

– Tak.

– Wiesz, gdzie jest plaża w Brzeźnie?

– Jasne.

– To spotkajmy się tam o dziewiętnastej.

– Okej.

Gdy po godzinie rozstali się niedaleko portu, dziewczyna czuła się tak, jakby na chwilę zakopała wszystkie złe wspomnienia, bolesne i przywołujące dołujące obrazy. Nieważne, że nazajutrz wracała do Rokietnicy. Teraz było dzisiaj. Tutaj. A Iwo był zabawny, przystojny i sprawiał, że czuła się jak ktoś inny, bez obciążeń, bez przeszłości. Dzisiaj zamierzała być osiemnastolatką przed maturą, która ma zamiar dobrze się bawić. Nic więcej.

Kiedy wrócę

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8083-927-4

© Agnieszka Lingas-Łoniewska i Wydawnictwo Novae Res 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Wioletta Cyrulik

KOREKTA: Emilia Kapłan, Małgorzata Szymańska

OKŁADKA: Seweryn Swacha

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kiedy zniknę Kiedy wrócę Szósty. Po latach Pensjonat pod świerkiem W szponach szaleństwa Wszystko wina kota!