Wyrok diabła

Wyrok diabła

Autorzy: Adrian Bednarek

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 382

cena od: 22.39 zł

Nigdy nie możesz być pewien, czy sprawujesz władzę nad swoim demonem, czy może to on kontroluje ciebie.


„Wyrok diabła” to czwarta część bestsellerowego cyklu powieści o Kubie Sobańskim, wziętym krakowskim adwokacie, jednocześnie seryjnym mordercy, który właśnie dochował się następczyni. Czy Sonia Wodzińska, osiemnastoletnia uczennica liceum, jest godna swojego mentora? Jak wiele będą w stanie wzajemnie dla siebie poświęcić, z czego potrafią zrezygnować i czy jest coś, co stanowi dla nich wartość większą od życia w raju?

Kiedyś przerażały mnie książki Kinga, Stokera czy Koontza. Adrian Bednarek zdetronizował ich wszystkich, tworząc postać Kuby Sobańskiego – uroczego młodego prawnika, który po godzinach para się morderstwami młodych, pięknych dziewcząt. Przeraża mnie najbardziej to, że wszyscy czytelnicy doskonale wiedzą, jakim potworem jest Sobański, ale i tak wszyscy go kochają.
Agata Kot, naczytane.blogspot.com

Rzeźnik Niewiniątek powrócił, a wraz z nim mnóstwo emocji i przeświadczenie o tym, że Kuba może stać się kultowym, literackim bohaterem budzącym lęk, podziw i... sympatię. Ukazane w książce fascynujące widowisko walki między dobrem a złem, to istny majstersztyk literacki, od którego nie potrafiłam się oderwać.
Wioleta Sadowska, subiektywnieoksiazkach.pl

Ostatni tom serii o Kubie Sobańskim zwieńcza historię Rzeźnika Niewiniątek w najbardziej nieoczekiwany i wstrząsający sposób! Finał powieści wbija w fotel i nie pozwala długo dojść do siebie! Spodziewajcie się niespodziewanego!
Klaudia Pankowska-Bianek, porozmawiajmy-o-ksiazkach.blogspot.com

Adrian Bednarek – urodzony w 1984 w Częstochowie. Zapalony fan sportu żużlowego. Uwielbia tworzyć historie, w których głównymi bohaterami są skomplikowane czarne charaktery. Autor docenionych przez czytelników thrillerów ( „Pamiętnik Diabła”, „Proces Diabła”, „Spowiedź Diabła”) o Kubie Sobańskim, prawniku i seryjnym mordercy z Krakowa. Pisanie uważa za swój największy nałóg – w kolejce do publikacji czeka już dziesięć jego kolejnych powieści.

W serii ukazały się:
Pamiętnik diabła
Proces diabła
Spowiedź diabła
Wyrok diabła

Dla Darii,

Nie wiem, jak ty to robisz, że znosisz moją

pisarską obsesję, ale nigdy tego nie zmieniaj.

Pewnego dnia w twoim życiu pojawi się ktoś,

dzięki komu zrozumiesz, dlaczego nigdy nie udało

się z nikim innym.

Anonim

Spis treści

1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

9.

10.

11.

12.

13.

14.

15.

16.

17.

18.

19.

20.

21.

22.

23.

24.

25.

26.

27.

28.

29.

30.

31.

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

Słabe światło jedynej działającej jarzeniówki z trudem rozjaśnia niewielkie, zimne niczym wnętrze lodowca pomieszczenie wywołujące swoim klimatem depresję. Od półtorej godziny siedzę niespokojnie na twardym metalowym krześle. Regularnie, co dwadzieścia minut, przez pancerne drzwi wchodzi fatalnie ubrany człowiek z dużym brzuchem i łysieniem plackowatym. Za każdym razem zadaje mi to samo pytanie, a ja powtarzam mu tę samą odpowiedź, licząc, że w końcu ją zrozumie. Łokcie opieram o drewniany blat dużego drewnianego stołu pamiętającego czasy komunizmu. Przede mną są: popielniczka, zapałki, paczka obrzydliwych najtańszych polskich fajek i kubek ze wstrętną, lurowatą kawą. Dotąd wypiłem tylko jeden łyk. Ten, kto ją przygotował, zasłużył na krzesło elektryczne.

Czas oczekiwania ze sprzymierzeńca zmienia się w najgorszego, bezwzględnego wroga. Każdą minutę odczuwam podwójnie. Jest mi zimno, zaczynam być głodny, marzę o prysznicu i skorzystaniu z toalety. Dobrze wiem, że fatalnie ubranemu człowiekowi właśnie o to chodzi. Co chwila przeglądam się w lustrze wbudowanym w ścianę po mojej lewej stronie. Jestem zmęczony i na takiego wyglądam. Cienie pod oczami w świetle jarzeniówki wydają się czarne, włosy, zwykle nienagannie, stylowo rozczochrane, opadają na czoło, jakbym ich nie mył przez co najmniej trzy dni. Czas sprawił, że gładką twarz zaczął pokrywać początek zarostu. Choć jest mi zimno, to na czarnej koszulce dostrzegam odrażające plamy potu pod pachami i na wysokości żeber. Zdarzało mi się wyglądać lepiej.

Wiem, że fatalnie ubrany człowiek cały czas mnie obserwuje. Odwracam wzrok od lustra. Próbuję sięgnąć do paczki po papierosa pachnącego gorzej niż nawóz. Kajdanki obejmujące moje dłonie ciaśniej niż boa dusiciel przypominają, że jeśli chcę zapalić, muszę do tej niezwykle trudnej czynności użyć obu rąk. Zrezygnowany opuszczam na chwilę głowę, jakbym szukał dodatkowych pokładów sił lub próbował poskładać roztrzaskane myśli. Robię to celowo, z nadzieją, że fatalnie ubrany człowiek w końcu zlituje się nade mną.

Podnoszę głowę i nieporadnie chwytam obiema dłońmi najpierw papierosa, którego wkładam do ust, a następnie zapałkę, której zapalenie skutymi rękami jeszcze godzinę temu uznawałem za cyrkową sztukę. Zapalam za trzecim razem. Pierwsze zaciągnięcie się tytoniowym łajnem wywołuje atak nieudawanego kaszlu. Filtr błyskawicznie przesiąka zasychającą na moich rękach krwią, przez co smak łajna staje się słodki. Staram się nie patrzeć na własne dłonie. Wyglądają jak ewidentny dowód zbrodni skazujący mnie na minimum piętnaście lat więzienia.

Zamykam oczy, chłonę tytoniową obrzydliwość zawiniętą w papier i myślami wracam do dzisiejszej nocy. Po raz kolejny odtwarzam w głowie katastrofę, która sprowadziła mnie do tego miejsca. Odkąd trafiłem na salę przesłuchań podrzędnego komisariatu dzielnicy Kraków-Podgórze, nie robię nic poza intensywnym myśleniem. Dzisiejszej nocy wszystko potoczyło się inaczej, niż powinno. Moje własne błędy sprowadziły mnie w to miejsce. Odpowiedzialność ciąży na mnie niczym wypchany kamieniami tornister przyklejony do pleców. Dźwięk otwieranego zamka pancernych drzwi topi moje myśli szybciej niż mikrofalówka ser. Drzwi się otwierają. Za chwilę zobaczę w nich gigantyczny brzuch, jego posiadacz zada swoje stałe pytanie, czekając na moją stałą odpowiedź: „Nie powiem niczego bez obecności adwokata”.

– Możemy wreszcie skończyć ten cyrk? Odmawiam składania zeznań, żądam adwokata! – krzyczę, zanim fatalnie ubrany człowiek zdąży przekroczyć próg pokoju przesłuchań i zadać pytanie. Mam dosyć powtarzania w kółko tej samej sceny.

Chcę wymusić możliwość skorzystania z telefonu. Oficjalnie pozwala mi na to ustawa, ale na komisariacie za nic mają literę prawa. Biorą mnie na przetrzymanie, chcą sprawdzić, kiedy zmięknę, zgłodnieję lub poczuję, że mój pęcherz zamierza eksplodować. Standardowa taktyka śledczych z podrzędnych komisariatów, nie zamierzam dać im satysfakcji. W drzwiach pojawia się zarys ludzkiej postaci. Ku mojemu zdziwieniu nie zaczyna się ona od potężnego brzucha. Postać jest szczupła, wyższa od fatalnie ubranego człowieka, ma więcej włosów na głowie i wyraz twarzy kogoś, kto brał udział w ekspresowej wycieczce do piekła i z powrotem. Znam tę osobę, sam zafundowałem jej możliwość odbycia unikatowej wycieczki.

– Naturalnie, przysługuje ci takie prawo, Kuba, ale pomyślałem, że najpierw będziesz chciał porozmawiać ze mną. – Ton jego głosu zawsze jest identyczny. Bez względu na to, czy opowiada kawał, dokonuje aresztowania pod zarzutem morderstwa, czy zamawia hamburgera w fast foodzie. Nigdy nie słychać w nim odrobiny emocji.

Ostatni raz widziałem tego człowieka dokładnie pół roku temu. Przyszedł do mojej przeżywającej największy kryzys w historii swojego istnienia kancelarii adwokackiej, przynosząc hiobową w jego mniemaniu wieść: „Przykro mi, Kuba, dostałem polecenie z samej góry. Sprawa zabójstwa Sandry została oficjalnie umorzona z powodu braku dowodów, a ja mam za dużo otwartych spraw, żeby dalej ją prowadzić. Podobnie rzecz ma się ze sprawą Julii. Choć w tym przypadku coraz bardziej zaczynam wierzyć, że popełniła samobójstwo”. Jego słowa były niczym czekolada dla mojego złaknionego słodkości serca. Udałem szczerze smutnego i zaproponowałem butelkę whisky. Zatopiliśmy w szkockich torturach ból przeszłości. Żaden z nas nie wspominał Sandry. Ja ubolewałem z powodu samobójstwa Julii Merk, on płakał nad śmiercią córki. W trakcie rozmowy z jego ust padło o jedno słowo za dużo. Od tamtej pory wyrósł między nami mur. Zaczęliśmy się unikać. Kilka razy wymieniliśmy grzecznościowe powitanie i nic więcej. A teraz, zupełnie niespodziewanie, komendant Wojciech Kubiak, jeden z najważniejszych ludzi krakowskiej policji przychodzi w zastępstwie fatalnie ubranego człowieka.

– Dobrze zobaczyć znajomą twarz – kłamię. Podczas nocy z łyskaczem poznałem jego sekret, przez co teraz może chcieć mi pomóc lub całkowicie mnie pogrążyć. – Zależy, czy to oficjalna rozmowa.

– W pewnym sensie – odpowiada, siadając po drugiej stronie stołu na twardym krześle.

Z kieszeni luźnych dżinsowych spodni wyciąga paczkę prawdziwych papierosów i częstuje mnie jednym. Chce być uprzejmy albo próbuje, jak na rasowego glinę przystało, zdobyć moje zaufanie. Możliwe, że wszystko jest ustawione według klasycznych zasad. Kubiak gra dobrego policjanta, a fatalnie ubrany człowiek złego. Gaszę tytoń zmieszany z krwią i łajnem, Kubiak wkłada między zakrwawiony palec wskazujący i serdeczny czerwone marlboro.

– W tym przypadku nie istnieje pewien sens– mówię z papierosem w ustach. Kubiak zapala mi go zapalniczką. – Są dwa rozwiązania. – Prawdziwy tytoń pieści moje płuca niczym wytrawna kochanka przejmująca obowiązki po weterance z burdelu. Wydmuchuję dym, czując przyjemność doprawioną szczyptą krwi. – Albo grubas za lustrem słucha naszej rozmowy i jest ona oficjalna, albo poszedł do cukierni popracować nad otyłością i rozmawiamy nieoficjalnie.

Przeszywam jego źrenice chytrym spojrzeniem. Próbuję coś z nich wyczytać. Chcę wiedzieć, czy jest sprzymierzeńcem, czy wrogiem. W kontekście wydarzeń ostatniej nocy ma to kolosalne znaczenie. Niestety, oczy komendanta Kubiaka od lat pokazują to samo – smutek. Mógłbym na niego patrzeć jeszcze godzinę, a i tak nie zobaczyłbym nic innego.

– Poszedł coś zeżreć. Kazałem mu wyjść, jako komendant mam takie prawo. I uprzedzając twoje następne pytanie: nie zamierzam ci udowadniać, że mówię prawdę. – Sięga do swojej paczki po papierosa.

Kiedy go zapala, sufit pomieszczenia wywołującego depresję zaczyna przypominać wnętrze klasycznego pubu przed wprowadzeniem zakazu palenia.

– Skoro pofatygowałeś się na ten podrzędny komisariat, mogłeś mi chociaż przynieść kanapkę – zauważam.

Powinienem skupić się na najważniejszych sprawach, ale głód męczy mój organizm, nie pozwalając o sobie zapomnieć.

– Od wczesnych godzin rannych zatwierdzam lub anuluję dowody zebrane przez Wydział do Walki z Przestępczością Zorganizowaną CBŚ w sprawie przemytu spirytusu na skalę ogólnokrajową. Rzuciłem wszystko, gdy tylko poinformowano mnie, co się stało, i przyjechałem do ciebie w trybie natychmiastowym. Wybacz, że po drodze nie pomyślałem o zorganizowaniu ci kanapki. – Brzmi nieco ordynarnie.

Sprawa nielegalnego spirytusu z pewnością miała wielkie znaczenie dla policyjnych szczytów. Jeżeli Kubiak pofatygował się na Podgórze, to albo naprawdę mnie lubi, albo mam totalnie przechlapane, a on boi się, że szukając wyjścia z kłopotów, spróbuję upublicznić jego tajemnicę. Uważam za logiczne, że chce być blisko mnie.

– Powinienem ci podziękować czy zacząć się bać? – pytam szczerze.

– Na pewno powinieneś wezwać adwokata, ale zanim to zrobisz, lepiej, żebym dokładnie zapoznał się ze szczegółami wydarzeń dzisiejszej nocy.

Ma nadzieję, że powiem mu prawdę.

– Opowiem ci wszystko. – Ostatni raz pociągam papierosa i nieudolnie, skutymi rękami, gaszę w popielniczce. – Ale najpierw ty musisz powiedzieć coś mnie.

Wciąż nie jestem w stanie przewidzieć konsekwencji nocnej katastrofy. Układałem w głowie kilka rozwiązań, ale na razie żadne nie wydaje się pewne.

– W porządku, pytaj. – Wypuszcza w moją stronę kolejną chmurę dymu. Chce pokazać, kto panuje nad sytuacją.

– Co z nią? – Z trudem ukrywam zniecierpliwienie w głosie.

Kubiak wyjątkowo powoli gasi papierosa. Robi to celowo, gra na czas, układając w głowie odpowiedź.

– Dla dobra śledztwa, wobec ciążących nad tobą zarzutów, nie mogę odpowiedzieć na twoje pytanie. – Wybiera ucieczkę. – Ta sytuacja może ulec zmianie, jeśli powiesz mi, co się stało.

Koniecznie chce poznać szczegóły nocnej katastrofy. Obrał nawet sposób, jak je ze mnie wydobyć. To musi mieć dla niego wielkie znaczenie. Czuję, jak stalowa pętla zaciska mi się na szyi, powoli pozbawiając możliwości sprawnego oddychania.

– Skoro tak stawiasz sprawę… – Nie pozostawia mi wyboru. – Pozwolisz, że przetestuję twoją prawdomówność, zanim zaczniemy poważną rozmowę.

– Co masz na myśli?

– Skoro, jak twierdzisz, nikt nas nie podsłuchuje ani nie podgląda przez lustro weneckie, mogę ci śmiało przypomnieć, że doskonale pamiętam, jak w efekcie wypicia alkoholu i złych wspomnień przyznałeś się do zlecenia zabicia Tomasza Rogowskiego w więzieniu?

Kubiak słucha, nie patrząc mi w oczy. Skupia wzrok na ustach. Wydaje się zadziwiająco spokojny. Nie okazuje zdenerwowania. Jestem pewien, że fatalnie ubrany człowiek wraz z kolegami nie podgląda nas przez lustro weneckie. Gdyby było inaczej, Kubiak przerwałby mi w połowie zdania. Mówił prawdę, jesteśmy sami.

– Oczywiście, że nikt nas nie słucha. Dla potwierdzenia mogę dodać, że był to jeden z moich największych błędów w życiu. Daruj sobie chwalenie się czymś, czego nie powinieneś wiedzieć.

– Nie prosiłem cię o wyjawienie swojej tajemnicy – przypominam.

– To akurat była czysta głupota. – Jego prawa warga lekko się podnosi w taniej imitacji uśmiechu.

Śmierć Tomasza Rogowskiego zapewniła mi bezpieczeństwo. Kubiak, zabijając człowieka skazanego za serię brutalnych morderstw studentek, w tym swojej córki, automatycznie pozbawił się możliwości poznania prawdy. Tyle że o tym nie wie i nie powinien traktować tego jako błąd. Chyba że ma coś tak zbędnego jak sumienie.

– Myślałem, że z zemstą łatwiej żyć niż bez niej.

– Dobrze myślałeś. Żałuję śmierci Tomasza Rogowskiego, ponieważ od jakiegoś czasu wierzę, że nie był Rzeźnikiem Niewiniątek. – Jego słowa powodują gwałtowne przyspieszenie bicia mojego serca. Gdyby nagle odmówiło pracy i padło, zrozumiałbym je. – Skoro już przetestowałeś moje zaufanie, zostawmy moje osobiste problemy i wróćmy do szczegółów dzisiejszej nocy. Jesteś prawnikiem, dobrze wiesz, że i tak nie unikniesz złożenia zeznań. Inaczej sam się pogrążysz. Wolisz powiedzieć to teraz mnie czy później temu idiocie, z którym rozmawiałeś przed chwilą?

– Chcę się przyznać do zabójstwa. – Słysząc własne słowa, zaczynam pragnąć, żeby serce skapitulowało i koszmar wreszcie mógł się skończyć.

Serce się nie poddaje i postanawia utrzymać mnie przy życiu. W tej sytuacji mogę zrobić tylko jedno – poszukać dobrego adwokata…

1.

Kraków, pięć dni wcześniej…

Obserwuję jej wyróżniające się na tle pozostałych, zgrabne do granic przyzwoitości ciało. Wygina się prowokująco w rytm ostrej muzyki techno. Kasztanowe włosy mienią się w palecie kolorowych świateł padających ze stroboskopu. Ma na sobie obcisłe czarne spodnie, granatowe buty na niewielkim obcasie i fioletową koszulkę podkreślającą wszystkie, wciąż dojrzewające atuty. Tańczy przed napalonym dwudziestolatkiem, któremu wkrótce zacznie cieknąć ślina. Pewnie czuje się niczym wybraniec losu, bo właśnie jemu, spośród wielu innych, postanowiła podarować kilka chwil swojego życia na wspólny taniec. Uśmiech nie schodzi jej z twarzy. Ma osiemnaście lat, jest piękna, wolna, pochodzi z obrzydliwie bogatej rodziny i może mieć każdego, kogo zapragnie. Wystarczy, że kiwnie palcem, puści oko lub stanie w miejscu i będzie czekać. Faceci lgną do niej jak uchodźcy do socjalu i nie przeszkadza im jej nieco zadarty nos, chude kości policzkowe, kwaśny uśmiech ani krwiste rany na obgryzionych skórkach przy paznokciach, które rażą w oczy. Wszyscy, bez wyjątku, uważają ją za piękność w najczystszej postaci. Odkąd godzinę temu zapłaciłem za wstęp i przekroczyłem progi zdecydowanie zbyt drogiej dyskoteki Frantic na Szewskiej, naliczyłem siedemnastu naiwnych próbujących postawić jej drinka, zaprosić do tańca lub choćby zostawić wizytówkę, żeby pochwalić się swoim statusem materialnym. Nie podjęła zbędnego wysiłku i z żadnym z nich nie zamieniła nawet słowa.

Stoję oparty o podświetlaną ladę barową. Mam na sobie jasne dżinsy, szare trampki, niebieską koszulkę podkreślającą mięśnie i obowiązkową grafitową marynarkę, bez której niezbyt rozgarnięty ochroniarz prawdopodobnie nie wpuściłby mnie do środka. Piję za drogą i za ciepłą dietetyczną colę, w duchu śmiejąc się z tych wszystkich naiwniaków zgrywających przed nią macho. Są głupi. Nie mają pojęcia, że ta przyciągająca wzrok nastolatka przez znaczną część swojego życia przeżywała koszmar, będąc seksualną niewolnicą demonów mieszkających we wnętrzu brata bliźniaka. Nie wiedzą, że z czasem narodził się w niej potężniejszy demon, który w chłodną majową noc kazał zepchnąć brata z tarasu rodzinnej willi na przedmieściach. Nie wiedzą, że ta uśmiechnięta dziewczyna, stanowiąca urzeczywistnienie męskich fantazji, rok temu, podczas wizyty w Sopocie, z zimną krwią zamordowała młodego chłopaka tylko po to, żeby znaleźć ukojenie dla pustki w miejscu, w którym zwykli ludzie mają duszę. Nie mogą tego wiedzieć, podobnie jak nie mogą wiedzieć, że Sonia Wodzińska od pewnego czasu każdej nocy śni dawny koszmar, budzi się z przerażeniem i nie potrafi zasnąć. Nie widać tego po niej. Tańczy, jakby była królową balu pragnącą, żeby wszyscy ją podziwiali. Jest wspaniałą aktorką. Tylko ja znam prawdę. Tylko ja dostrzegam, że podczas tańca cały czas kątem oka spogląda w prawo, w głąb parkietu. Robi to niezwykle dyskretnie. Wyróżnia się z tłumu i jednocześnie jest duchem. Dokładnie tak, jak ją nauczyłem.

– Robisz za opiekunkę do dzieci? – Łagodny głos przebija się przez nawałnicę basów i bitów, docierając do mojego ucha.

Głos należy do wysokiej, szczupłej blondynki, która staje obok mnie. Automatycznie lustruję ją wzrokiem. Ma około dwudziestu sześciu, może siedmiu lat. W ręce trzyma drinka o barwie moczu. Prawdopodobnie wódka z red bullem albo żółta tequila ze sprite’ em. Dziewczyna ma długie, proste blond włosy, płaską twarz, małe usta i nieco za duży nos. Jej ubiór podpowiada, że zanim trafiła na dyskotekę, prawdopodobnie planowała odwiedzić klub country. Biała koszulka bez rękawów, szare zamszowe buty za kostki, a przede wszystkim dżinsowe krótkie spodenki kończące się przed wyjątkowo chudymi udami kojarzą mi się z ujeżdżaniem elektrycznego byka na imitacji rodeo. Mimo wad nie mogę jej odmówić atrakcyjności.

– Co? – pytam, rżnąc głupa.

Chyba każdy, kto przebywa w lokalu dłużej niż kwadrans, wie, że przyszedłem z pożądaną przez większość nastolatką, choć nikt nie bierze nas za parę. Sonia ani razu mnie nie pocałowała, nie przytuliła, nawet nie złapała za rękę. Zresztą nie ma ku temu powodów. Przekroczyliśmy wspólnie próg Frantica i co jakiś czas zamieniamy kilka zdań przy barze. Nic więcej.

– Przecież widzę, cały czas pilnujesz małolaty, którą większość facetów zdążyła przelecieć wzrokiem. – Blondynka próbuje nawiązać rozmowę.

– Tak, pilnuję małolaty – odpowiadam zdawkowo.

Sonia cały czas tańczy przed tym samym chłopakiem. Koleś robi minę, jakby zamierzał dojść równo z końcem piosenki. Przestaję skupiać wzrok na Soni i zerkam w głąb parkietu.

– Interesujące zajęcie. – Blondynka upija łyk drinka i zbliża się do mnie na dystans mniejszy niż długość wyprostowanej dłoni. Z bliska wyczuwam, co pije. Wódka z red bullem, kiedyś jeden z moich ulubionych trunków. – Mogę ci potowarzyszyć, a tak w ogóle – Ewelina. – Podaje dłoń przyozdobioną w tandetną czerwoną bransoletkę.

– Kuba. – Dotykam jej dłoni. Jest lodowata. – Jeśli chcesz…

Choć mnie na swój sposób pociąga, a rozmowę z nią bez wysiłku mógłbym zamienić w kilka drinków, tańce-przytulanki i seks doprawiony butelką szampana w moim apartamencie, staram się dać jej do zrozumienia, że nie ma na co liczyć. DJ z niewiadomych przyczyn wpada na pomysł pokrycia parkietu gęstą parą, czym wywołuje pisk radości wśród tańczących, a mnie zawęża pole widzenia. Ledwie dostrzegam Sonię, a tego, co dzieje się w dalszej części parkietu, w ogóle nie mogę dojrzeć.

– Twoja siostra? Znajoma? A może jej tatuś płaci ci za ochronę? Nie wyglądasz na takiego, co lubi ugryźć niedojrzałe mięsko.

Piosenka dobiega końca, ale DJ nie zamierza zrobić przerwy na odpoczynek dla moich cierpiących uszu. Natychmiast puszcza kolejną, podkręcając bit. Właściwie z głośników nie wydobywa się nic poza bitem. Dym gęstnieje, nie widzę już Soni.

– Wyjątkowo bliska osoba – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– Dobrze jest mieć wyjątkowo bliskie osoby, zwłaszcza te, o które warto się troszczyć. – Blondynka jeszcze bardziej skraca dzielący nas dystans, ciągnąc drinka przez słomkę. – Może zostawmy już temat dziecka, które niańczysz.

Nie odpowiadam. Kiwam twierdząco głową w nadziei, że blondynka zrozumie aluzję i w końcu się odczepi.

– Często tu bywasz? – Nie zrozumiała albo łatwo się nie poddaje. – Ja trzeci raz. W ogóle mieszkam w Krakowie od miesiąca. Dostałam pracę w centrum logistycznym w Business Parku. Przyjechałam z Kielc i dopiero poznaję miasto. Jesteś tutejszy?

Blondynka nie brzmi jak pracownik centrum logistycznego. Jej niezamykające się usta, wrodzona ciekawość i uprzejmy ton głosu przypominają mi przedstawiciela handlowego jakiegoś banku lub konsultantkę firmy kosmetycznej. Widocznie niedawno awansowała w korporacyjnym łańcuchu pokarmowym.

– Mieszkam w Krakowie od lat – wyjaśniam.

– Pozazdrościć. – Znów upija łyk drinka. – Czym się zajmujesz?

– Prowadzę kancelarię adwokacką. – Dym wciąż pokrywa parkiet, nie widzę Soni ani nikogo innego, jedynie gęsty, biały dym jak po odpaleniu rac przez ultrasów podczas meczu piłkarskiego. W oczekiwaniu, aż DJ skończy swoje zabawy, dla zabicia czasu postanawiam nawiązać krótką rozmowę z blondynką.

– Rozwody? Przejęcia majątkowe? Odszkodowania?

– Prawo karne. Gwałty, morderstwa, ten deseń. – Mówiąc, szczerzę zęby w szerokim, dumnym uśmiechu.

– Nieźle. Z tego, co się orientuję, w Krakowie jest spory popyt na takie usługi.

Od czasów ataków Rzeźnika Niewiniątek i Rozpruwacza z Krakowa miasto, oprócz Smoka Wawelskiego, niekończących się imprez i walk pseudokibiców, zaczęło się kojarzyć z brutalnymi morderstwami.

– Nie narzekam – kłamię.

W ostatnim czasie mam masę powodów do narzekań, jeśli chodzi o pracę, ale nigdy nie przyznałbym tego otwarcie przed atrakcyjną blondynką. DJ kończy bitową piosenkę, przechodzi na nieco spokojniejsze rytmy i w końcu postanawia wyłączyć parę.

– Świetnie, ja się tu dopiero organizuję. Co byś powiedział, gdybym zaprosiła cię na drinka? Oczywiście jak już odstawisz wyjątkowo bliską ci osobę do domu. Mógłbyś przy okazji pokazać mi trochę miasta.

Dotyka otwartą dłonią mojej klatki piersiowej. W jej oczach dostrzegam pożądanie. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem tak dojrzałe, wyrafinowane i niepozostawiające wątpliwości co do zamiarów kobiece spojrzenie. Przez krótką chwilę naprawdę mam ochotę zostawić Sonię, wziąć blondynkę do domu, otworzyć szampana, przelecieć ją i rano powtórzyć wszystko. Ochota mija równie szybko, jak przyszła. Zdrowy rozsądek podpowiada, że muszę się skupić na szaleństwie nastolatki, które, pozbawione odpowiedniej kontroli, w każdej chwili może mnie wpakować w poważne kłopoty.

– Do tej pory nie znalazłaś nikogo, kto chciałby cię oprowadzić? – Wrodzona ciekawość nie pozwala mi nie sprawdzić, czy przyszła do lokalu sama.

Dym całkowicie opada. Znów widzę Sonię. Wciąż tańczy przed dwudziestolatkiem, który w żałosny sposób próbuje się do niej zbliżyć. Dyskretnie obserwując jej niedojrzałe cycki, stara się powstrzymać ślinotok. Sonia całkowicie go ignoruje. Spogląda w głąb parkietu. Próbuje zobaczyć, czy jeden z nielicznych, którzy nie zwracają na nią uwagi, wciąż tańczy z towarzyszącą mu partnerką.

– Przyszłam z kilkoma znajomymi z pracy. Większość to palanty! Poznawanie miasta w ich towarzystwie ogranicza się do kilku sklepów, jednej, może dwóch, średniej jakości pizzerii i tego lokalu. – Blondynka dostaje kolejnego słowotoku, ale już jej nie słucham.

Uważnie przyglądam się Soni. Dwudziestolatek robi krok do przodu, jakby chciał ją objąć. Sonia wyciąga szyję, szukając swojego obiektu pożądania. Rozgląda się po całym parkiecie. Robi to zbyt nerwowo. Nie widzi go, ja też nie.

– Chciałabym zobaczyć Wawel, Kazimierz, kopiec Kościuszki. Pewnie uznasz to za coś abstrakcyjnego, ale choć do tej pory mieszkałam w niedalekich Kielcach i pracowałam jako przedstawiciel handlowy, nigdy wcześniej nie przyjeżdżałam do Krakowa! – krzyczy z taką ekscytacją, jakby przekazywała największą plotkarską sensację tygodnia. – Cały czas się tu gubię, jeżdżę na nawigacji, a ona ciągle pakuje mnie w korki. Kto inny mógłby lepiej pokazać mi miasto niż wieloletni mieszkaniec?

Blondynka wciąż coś trajkocze. Jej słowa wpadają mi jednym uchem, a drugim wypadają. Upijam łyk coli, obserwując Sonię. Niecierpliwie kręci głową w poszukiwaniu swojej zguby. Nie powinna tego robić. Dwudziestolatek niemal zderza się z nią ciałem. Sonia ignoruje go i kieruje wzrok w moją stronę.

– To jak? Bycie przewodnikiem to chyba ciekawsza zabawa niż rola niańki? – Blondynka znów kładzie mi dłoń na klatce piersiowej, jakby był to jej standardowy trik stosowany podczas każdego podrywu.

Spojrzenia moje i Soni natrafiają na siebie. Z oddali, na tle świateł stroboskopu szaleństwo jej ciemnych oczu sprawia, że czuję przyjemne dreszcze przechodzące po plecach. Sonia, podobnie jak ja, jest kimś więcej. Możliwość dzielenia z nią przekleństwa jest najbardziej niesamowitą rzeczą, jaka mnie spotkała. Gdy tylko zauważa blondynkę trzymającą dłoń na moim ciele, olewa dwudziestolatka, jakby w ogóle nie istniał, przeciska się przez tłum ludzi z drinkami w rękach i zmierza do nas szybkim krokiem. Blondynka też ją zauważa i niepewnie cofa swoją dłoń. Pociąga łyk drinka. Sonia zatrzymuje się przed nami, z bliska wygląda jeszcze młodziej i niewinniej niż z daleka. Fioletowe lampy przy barze dodają jej tajemniczości. Wciąż się nie odzywam, obserwuję Sonię. Zauważam, jak delikatnie marszczy brwi. Przez ostatni rok zdążyłem poznać znaczenie tego niewinnego, ledwie zauważalnego gestu. Sonia Wodzińska jest wściekła i robi wszystko, żeby nie eksplodować na oczach kilkuset osób. Przykleja wyćwiczony uśmiech do twarzy.

– Posłuchaj, blond zdziro… – Nachyla się i mówi z pełnym przekonaniem w głosie. – Albo natychmiast zmienisz lokal, albo poczekam, aż skończysz się tu bawić, później pójdę za tobą, siłą wepchnę cię do mieszkania, własnoręcznie wydłubię ci gałki oczne, a potem wcisnę je do ust. Drugą ręką ścisnę przełyk na tym chudziutkim gardziołku i sprawdzę, czy szybciej się udusisz, czy może jednak wykrwawisz. Bez względu na wynik gwarantuję, że będzie bolało.

Zabroniłem jej publicznie okazywać emocje. Stara się, jak może, ale pewnych wybuchów nie potrafi kontrolować. Blondynka słucha jej z otwartymi ustami. Chce posłać ripostę, ale nie może. Gdzieś głęboko w podświadomości dostrzega drzemiące w Soni szaleństwo. Przeczuwa, że słodka nastolatka może nie żartować.

– Jednak lubisz niedojrzałe mięsko – zwraca się do mnie. Nie ma odwagi odpowiedzieć bezpośrednio Soni. – Jak spotkasz mnie na ulicy, udawaj, że nigdy się nie poznaliśmy.

Odstawia drinka na bar i odchodzi szybkim krokiem. Przyglądam się jej szczupłym pośladkom. Idzie w kierunku wyjścia. Sonia mocno ją przestraszyła, obawiam się, czy nie za mocno. Ale Sonia zdaje się mieć to gdzieś. Wybucha szczerym, niewymuszonym śmiechem. Prawdziwy uśmiech gości na jej twarzy tak rzadko, że przymykam oko na niekontrolowane zachowanie.

– Niedojrzałe mięsko? – pyta nieco rozbawiona.

– Wydłubię ci gałki oczne? – odpowiadam pytaniem.

Sonia śmieje się jeszcze głośniej. Nagły przypływ radości nie trwa długo. Szybko sobie przypomina, po co przyszliśmy do Frantica. Staje na miejscu blondynki.

– Kiedy puścili parę, nie widziałam pół metra przed sobą. Jak skończyli, już go nie było.

Nachylam ucho nad usta Soni. Muzyka sprawia, że ledwie ją słyszę, poza tym nie chcę, żeby ktoś podsłuchał, o czym rozmawiamy.

– Ja też nic nie widziałem – odpowiadam.

– To akurat zauważyłam, byłeś kurewsko zajęty. – Nawet nie próbuje kryć uszczypliwości. – Idziemy sprawdzić lożę?

Jest uparta. Ma swój cel i nie zamierza odpuścić.

– Ja lożę, ty damską toaletę. Może jego lalunia poszła na stronę.

– Dobra. Za trzy minuty spotykamy się w sali dla palących?

Nie odpowiadam, tylko odchodzę od baru i kieruję się do oddzielnego pomieszczenia, w którym usytuowane są loże VIP. Sytuacja, w jakiej się znajduję, nie podoba mi się ani trochę, ale nic nie mogę na nią poradzić. Demon Soni dojrzewa, daje o sobie znać podczas nocnych koszmarów. Nie pozwala jej spać, przywołując przed zamknięte oczy obrazy z przeszłości. Sprawia, że cierpi, a cierpienie pobudza nieodpartą potrzebę. Potrzebę, która wraz ze spełnieniem przynosi prawdziwą ulgę. Potrzebę przeżycia wszystkiego od nowa.

Przeczuwałem, że ten moment prędzej czy później nadejdzie. Sonia stała się częścią mnie. Jesteśmy niczym bliźnięta syjamskie złączone ze sobą brakiem duszy. Dlatego tak dobrze ją rozumiem. Chce odzyskać zachwianą równowagę. Jest zdesperowana, zrobi to bez względu na koszty. Tej potrzeby nie da się ot tak wyłączyć, wmówić sobie, że nie istnieje. Muszę zrobić, co w mojej mocy, żeby utrzymać demona Soni pod kontrolą. Jej wolność oznacza moją wolność. Jej błąd oznacza dożywotnie więzienie dla nas obojga. Od roku byłem na to przygotowany. Liczyłem się z tym, że prędzej czy później jej dojrzewający demon upomni się o swoją przyjemność. Jedyną przyjemność, która może zapewnić spokojny sen w raju.

2.

Wchodzę na salę dla VIP-ów. Rozglądam się. Wypatruję przystojnego, dobrze ubranego, choć nieco za chudego osiemnastolatka, który cały wieczór bawi się z dwudziestodwuletnią zdobyczą schwytaną w sieć podczas jednego z wielu polowań na erotycznym czacie. Możliwe, że płaci jej za spotkanie. Chłopak nie wie, że od pewnego czasu jesteśmy niewidzialnymi towarzyszami jego życia. Nie zdaje też sobie sprawy, jak wielkiego ma pecha. Spośród tysięcy młodych napaleńców, spędzających sporą część swojego życia na masturbacji i szukaniu szczęścia na erotycznych czatach, właśnie on, użytkownik o nicku Pozbawiony_zahamowań18, postanowił rozpocząć prywatną rozmowę z użytkowniczką Chętna_na rozkosz, opowiedzieć o swoich fantazjach i tym samym sprawić, że zapragnęła go w sposób absolutnie wyjątkowy. Chłopak w niczym nie przypomina klasycznego użytkownika czatów, zakompleksionego fajtłapy próbującego w żałosny sposób urzeczywistnić swoje wirtualne fantazje podczas nieudanych randek w rzeczywistości. Jest prawdopodobnie jedynym nastoletnim facetem, którego ochrona wpuszcza do Frantica, w dodatku w białych sportowych butach. Udaje mu się to dzięki dwustu złotym łapówki. Oprócz kasy na wejście w lokalu wydaje dodatkowe cztery setki, a później płaci jeszcze za pokoje hotelowe. Mniej lub bardziej ekskluzywne, w zależności od upodobań swoich, a także partnerek. Mimo oczywistych atutów woli zdobyć panienkę z czatu lub ewentualnie jej zapłacić niż zaprosić do Frantica, a później do Sheratona najładniejszą dziewczynę w szkole. W przeciwieństwie do poprzedniego czatowego maniaka, którego śmierć oglądałem z bliska, ten w zdobywaniu czatowych miłostek jest zabójczo skuteczny. Wyszukuje partnerki w sieci, bo spełniają seksualne fantazje, których z pewnością nie zaakceptowałaby najładniejsza dziewczyna w szkole.

Sonia wypatrzyła go w tajemnicy przede mną. Po trzech dniach rozmów poprosił ją o randkę lub spotkanie w hotelu. Dla zwiększenia wiarygodności, a także pokazania zasobów swojego portfela, od razu zaproponował hotel Radisson w Krakowie. Dopiero wtedy Sonia mi powiedziała. Odmówiła randki, ale zgodziła się na hotel. Poszedłem razem z nią. Czekaliśmy w hotelowym lobby, żeby sprawdzić, kto odbierze kartę do pokoju sto dziesięć. Gdy zobaczyła go na żywo, jej oczy zapłonęły żywym ogniem. Powiedziała mi wtedy: „To musi być on, jest doskonały”. Chłopak przeżył duże rozczarowanie, czekając w hotelowym pokoju na kobietę, która nigdy się nie pojawiła. Po godzinie wrócił do domu. Dwa wieczory później znalazł kolejną dziewczynę.

Obchodzę całą salę dla VIP-ów i nigdzie nie widzę obiektu pożądania Soni. Przy zarezerwowanym wcześniej stoliku stoi szklanka z resztką piwa. Chłopak z reguły nie pije. Alkohol może należeć do jego panienki, ale równie dobrze do kogoś innego. Sprawdzam czas na moim rado. Minęły dwie i pół minuty. Idę do sali dla palących. Po drodze mijam szatnię. Blondynka, z którą wcześniej rozmawiałem, odbiera cienką dżinsową kurtkę. Zauważa mnie, rzuca mi wypełnione jadem spojrzenie. Wzruszam ramionami i puszczam jej mój ulubiony uśmiech, któremu większość wychudzonych blondynek uważających się za niezwykle atrakcyjne nie potrafi się oprzeć. Ona pewnie też by nie umiała, gdyby nie moja urocza syjamska bliźniaczka chcąca wydłubać jej oczy. Sonia czeka przy samym wejściu do sali dla palących. Trzyma w ręce dwa odpalone papierosy. Jednego dla mnie. Mocno zaciąga się swoim i rozgląda po pomieszczeniu zadymionym skuteczniej niż stadion piłkarski przed rozpoczęciem derbów Krakowa.

– Loża jest pusta, stoi niedopite piwo, mogli się szybko zmyć – dzielę się z nią swoimi spostrzeżeniami.

Sonia wciąż rozgląda się po ciasnym wnętrzu. Mruży przy tym oczy. Mieszanina perfum, potu, dymu i ultrafioletu jest uciążliwa dla wzroku.

– Nie zmyli się – odpowiada, podając mi odpalonego papierosa. – Przemek jest w kiblu, widziałam go na korytarzu. Szukam tylko tej cizi.

Pozbawiony_zahamowań18 w rzeczywistości ma na imię Piotr, ale Sonia cały czas nazywa go imieniem swojego nieżyjącego brata. Już podczas pierwszego kontaktu z tym chłopakiem pomysł śledzenia go wydał mi się zły. Im głębiej brniemy w jego życie, tym bardziej mi się on nie podoba. Jest całkowicie nieprzewidywalny. Pierwszy raz trafiliśmy za nim Szewską. Spędził we Franticu dwie godziny, później pojechał do jakiegoś obskurnego hostelu na Podgórzu. Za drugim razem zabrał swoją kolejną partnerkę na zakupy do galerii Bonarka. Noc spędzili w Radissonie. Trzeci raz był najdziwniejszy. Zaprosił nieładną trzydziestolatkę do aquaparku, potem na kolację w Da Pietro, poszli na zakupy do sex-shopu i skończyli w dyskretnym motelu pod miastem. Chłopak za każdym razem był świetnie przygotowany. Wydaje mi się, że ma całą listę pokoi i miejscówek na różne okazje. W zależności od potrzeb. Mimo młodego wieku jest ostrożny, inteligentny i wie, co należy robić, żeby dostać to, czego się chce.

– Wreszcie ją znalazłam – mówi z dumą Sonia, wskazując brodą szatnie znajdujące się za moimi plecami. – Odbiera ich ciuchy, faktycznie zaraz się zmyją. – Mówiąc, mocniej pociąga papierosa, chce szybciej skończyć i być gotowa do wyjścia.

– Ciekawe podejście, on poszedł się wylać, a ona odbiera ciuchy z szatni – zauważam. – Jak myślisz, w co dzisiaj będzie chciał się bawić? Pan i służąca?

Sonia marszczy brwi.

– Nic mnie to nie obchodzi. – Pali tak szybko i zaciąga się tak długo, że jej papieros zaczyna przypominać klasyczną szkolną rakietę, popiół twardnieje i nie daje się strząsnąć. – Chcę tylko zobaczyć, dokąd jadą.

– Gdzieś, gdzie z pewnością znajduje się łóżko. – Nawet nie próbuję kryć ironii.

Dopadnięcie go w hotelu i tak nie miałoby sensu, ale Sonia delektuje się każdym, nawet najdrobniejszym aspektem polowania. Liczy, że w końcu natrafimy na przełom. Nie ma pojęcia, jak bardzo jest mi to nie na rękę.

– Muszę mieć listę tych miejsc. – Dogasza papierosa. – Wiem, wiem. Powiesz, że najbezpieczniej jest w domu, ale cały czas myślę, że on ma jakąś całkowicie odosobnioną dodatkową miejscówkę, o której jeszcze nie wiemy.

Natychmiast szturcham ją łokciem. W sali dla palących muzyka jest znacznie cichsza niż w pozostałych. Choć ludzie i tak są zajęci własnymi pijackimi rozmowami, wolę nie ryzykować. Sonia podnosi dłoń w geście obronnym, pokazując, że zrozumiała.

– Idzie – mówi z powracającą ekscytacją.

Przed szatnią pojawia się chłopak, który mógłby pracować jako sobowtór jej brata. Poprzedniemu dużo brakowało do oryginału. Pochodził z klasy średniej, umawiał się tylko z dziewczynami z czatów i żadnej nie potrafił nawet pocałować, a co dopiero zaciągnąć do łóżka. Mieszkał w Sopocie. Miał siedemnaście lat. Był rok młodszy niż Piotr Małkowski alias Pozbawiony_zahamowań18. Patrząc na niego, Sonia widzi brata. Znam uczucie spotkania ideału. Gdy patrzyłem na Adę Remiszewską, zawsze widziałem w niej Klarę. Dokładnie wiem, co czuje. Wiem też, jaką pustkę poczuje, jeśli odbierze mu życie…

Małkowski, podobnie jak jej brat, wywodzi się z klasy zajebiście wyższej. Wakacyjne wieczory spędza na urzeczywistnianiu swoich chorych fantazji. Jest przystojny. Jego ciemne włosy są tak gęste, że mógłby zawodowo reklamować lakier lub szampon. Nosi kilkudniowy zarost, żeby wyglądać na starszego. Prawie zawsze chodzi ubrany w jasne, obcisłe koszule karykaturalnie podkreślające przewagę kości nad mięśniami, ciemne dżinsy i jasne sportowe buty. Sonia wpatruje się w niego spojrzeniem wypełnionym nienawistnym pożądaniem. Pragnie jego śmierci.

– Za pół minuty spadamy – mówię do niej, kiedy chłopak odbiera dżinsową kurtkę, żegna się z ochroniarzami i wychodzi, dyskretnie podszczypując swoją partnerkę w tyłek.

Wiemy, gdzie zaparkował. Pół minuty wystarczy, żeby dotrzeć do naszego auta i zacząć go śledzić. Sonia koniecznie chce sprawdzić każde miejsce, z którego on korzysta. Dotychczas nie znaleźliśmy żadnego w pełni bezpiecznego. Wypalam papierosa, Sonia niecierpliwie zerka na zegarek w telefonie. Omijamy kolejkę do szatni, nie przynieśliśmy ze sobą żadnych okryć wierzchnich. Po odczekaniu równych trzydziestu sekund wychodzimy na tętniące życiem ulice raju.

***

Śledzenie Małkowskiego jest w miarę proste. Chłopak, choć ostrożny, nie ma pojęcia, że ktoś go może obserwować. W ogóle nie przejmuje się możliwością bycia śledzonym. Zawsze parkuje na najdroższym parkingu nad Wisłą, niemal pod samym Wawelem. My zostawiamy samochód na podziemnym parkingu Na Groblach. Z obu jest tylko jedna bliska droga wyjazdowa prowadząca poza ścisłe centrum. Stajemy trzy auta za nim na światłach, na skrzyżowaniu Powiśla ze Zwierzyniecką. Świeżo zdany egzamin na prawo jazdy z pewnością pomaga mu w zaspokajaniu potrzeb. Jeździmy za nim moim nowym bmw 640i, które kupiłem z części pieniędzy otrzymanych jako zapłata od matki Soni za wywalczenie wolności dla córki. Do śledzenia Małkowskiego nie muszę używać niewidzialnej w tłumie, odrażającej, rezerwowej škody octavii. Małkowski nie zwraca uwagi na auta gorsze od swojego, a jeździ białym porsche 911 carrera 4S, które wcześniej należało do jego ojca.

– Ta laska wygląda mi na tanią damulkę z niespełnionymi ambicjami, stawiam piwo, że pojadą do lansiarskiego hotelu. – Soni zbiera się na zakłady. Za każdym razem obstawia, jakie miejsce zabawy wybierze towarzyszka chłopaka. Rozmawiała z nim na czacie godzinami, zna jego sposób gry. – Zanim powiesz, żebym nie zajmowała się bzdurami i była skupiona, mówię, że jestem skupiona. Wiem, cały czas szukamy słabego punktu.

Nie mogę nie przyznać jej racji. Wszystko, czego jej uczę, traktuje poważnie, choć czasami mam wrażenie, że w ogóle mnie nie słucha.

– Na razie nie mamy żadnego – przypominam. – Ale uważam, że skoro olali Sheratona, a wiedza tej niuni na temat luksusu kończy się na programach rodem z MTV, prawdopodobnie jadą do Hiltona, czyli kolejnego królestwa monitoringu.

Małkowski, jak każdy ideał, stanowi niewygodny cel. Podobnie do brata Soni korzysta z olbrzymiego rodzinnego majątku. Jego matka odziedziczyła po swoim ojcu udziały w Zakładach Przemysłu Tytoniowego. Bogactwo okazało się przekleństwem Małkowskich. Rok temu zginęli wraz z jego młodszą siostrą w wypadku podczas letniej wycieczki prywatną awionetką po Małopolsce.

– Masz rację, z tą lalunią nie pobawi się w tanim hostelu. – Sonia zdejmuje buty, podkurcza kolana i obejmuje je dłońmi. Zaczyna obgryzać skórkę przy paznokciu. Wypluwa kawałek na dywanik, czym bardzo mnie denerwuje. – Ale oprócz tego, co zobaczy w MTV, suczka wie, co jest modne w Krakowie. Stawiam jakiś skośnooki hotel na Kazimierzu.

Gazety pisały, że chłopak nie poleciał z rodziną tylko dlatego, że złapał przeziębienie. Sonia uparcie twierdzi, że symulował chorobę, aby móc swobodnie, w pustym domu, rozmawiać na czacie. Sama swego czasu też uwielbiała symulować różne dolegliwości, bóle brzucha czy konieczność nauki, byleby móc w spokoju czatować. Po śmierci rodziców chłopak znalazł się w nietypowym położeniu. Łatwo znalazłem informację, że według testamentu staruszków w razie śmierci rodziców pełną władzę nad majątkiem syn może przejąć dopiero po pójściu na studia i zaliczeniu pierwszego roku. Do tego czasu musi mieszkać z bratem ojca i jego żoną, którzy żyją na zupełnie innym poziomie. Mają niewielki, przeciętny dom, małą firmę i dwa samochody kupione na kredyt. Według testamentu dostaną dziesięć procent z wciąż spływających na konto chłopaka potężnych pieniędzy w ramach podziękowania od martwego brata za opiekę. Porsche jest jednym z niewielu dóbr należących do ojca, których już może używać. Przynajmniej takie plotki krążą po mieście.

– Na pewno nie jedzie gdzieś, gdzie będziemy go mogli dalej śledzić. Oglądanie tych samych rytuałów Małkowskiego jest bez sensu.

– Zawsze możemy spróbować ryzykownego sposobu. – Sonia usiłuje podnieść mi ciśnienie.

– Zwariowałaś?! Nie pozwól żądzom przejąć kontroli nad rozumem! – Udaje się jej. Zły podnoszę na nią głos. Skręcamy ze Zwierzynieckiej w Krasińskiego. Białe porsche szykuje się do przekroczenia Wisły przez most Dębnicki. – Nie będzie żadnych ryzykownych sposobów! Muszę ci przypominać, że byłaś oskarżona o morderstwo drugiego stopnia? Fakt, że dzięki mnie zostałaś uniewinniona, nie spowodował automatycznego wykasowania twoich odcisków palców z policyjnych baz danych. Całe życie musisz być podwójnie ostrożna.

W samochodzie przez chwilę panuje cisza. Przekraczamy Wisłę i wjeżdżamy na Konopnickiej.

– Więc co robimy? To się staje nie do zniesienia. Kuba, on do mnie przychodzi praktycznie każdej nocy… – mówi smutnym głosem. Sonia jest twarda, ale jej wewnętrzne szaleństwo ostro daje popalić.

– Czekamy. – Jej młody wiek nie uznaje czegoś takiego jak cierpliwość. Dojrzewające demony dodatkowo nakręcają ją do działania. – Musisz nauczyć się z tym sobie radzić. To ty kontrolujesz demona, nie on ciebie. Ty dawkujesz mu przyjemność, a nie on ciebie zmusza do ciągłego zaznawania przyjemności. Tylko wtedy możesz z nim wygrać i cieszyć się wolnością. Poza tym każdy ma słaby punkt, ten chłopak też.

– W takim razie powiedz mi: jak się ten słaby punkt nazywa?

– Jego drogie, wychowujące go i blokujące mu kasę wujostwo – odpowiadam, kiedy carrera skręca z Konopnickiej w Barską. – Miałem rację, Hilton. Wisisz mi piwo – mówię radosnym tonem, próbując rozweselić Sonię.

– Niech ci będzie, mnie też na dzisiaj starczy śledzenia. Walić go. – Chyba mi się udaje, Sonia brzmi ni to grymaśnie, ni to radośnie, czyli jak na nastolatkę całkiem w porządku. Nie zjeżdżam za porsche, tylko jadę dalej Konopnickiej, kierując się na obrzeża miasta, gdzie mieszka Sonia. – Następny raz we wtorek?

Pomijając randkową nieprzewidywalność, Małkowski jest niezwykle regularny. W poniedziałki, środy i niedziele czatuje. We wtorki, czwartki i soboty spełnia fantazje z czatów. W piątki spędza czas ze znajomymi ze szkoły lub z eleganckiej dzielnicy, w której jeszcze niedawno mieszkał.

– Następnym razem, kiedy on będzie się zabawiał z cizią na mieście, pojedziemy pod dom jego wujków.

– To dopiero będzie bezproduktywna noc – wzdycha Sonia. – Wszystko jedno, stań na stacji. Skoro dziś znów ma mnie nawiedzić, kupię flaszkę. Przynajmniej ona pomoże mi zasnąć.

Najskuteczniejszym lekarstwem Soni, uciszającym demona, jest alkohol. Mimo to usilnie stara się go nie nadużywać. Wie, że jeśli chce zaspokoić demony, musi być w formie. Praktycznie codziennie ćwiczy, odżywia się niezwykle rygorystycznie, wódka w sobotnią noc stanowi desperacką ucieczkę od problemów. Sonia jest niczym wampir złakniony krwi. Cokolwiek zrobi, i tak będzie cierpieć, dopóki nie skosztuje upragnionej mikstury. Jeszcze zanim odwożę ją do olbrzymiej willi rodziców, wypija jedno piwo jako podkład przed samotną, nocną butelką.

– Wejdziesz? W końcu wiszę ci browara, a chętnie podzielę się baterią – pyta, gdy parkuję na podjeździe bezpośrednio pod drzwiami prowadzącymi do posiadłości Wodzińskich.

Sonia jest młoda, piękna, pewna swoich atutów i odbiega standardem od przeciętnej atrakcyjnej nastolatki. W dodatku ma ochotę wypić ze mną butelkę wódki. Trudno znaleźć racjonalny powód odmówienia jej propozycji.

– Następnym razem. Dzisiaj naprawdę chcę posiedzieć w samotności. – Choć mówię prawdę, nie brzmię zbyt wiarygodnie. Nie dbam o to. – Potrzebuję odpoczynku.

Sonia łatwo się nie poddaje i prowokacyjnie oblizuje korek od butelki z wódką.

– A co, jeśli będę nachalna? – pyta kokieteryjnym tonem.

– W tej chwili byłbym dla ciebie tylko zastępstwem Przemka. – Celowo nazywam Małkowskiego imieniem jej brata. Chcę w ten sposób sprawić, żeby odechciało jej się seksu. Im szybciej przejdzie jej chcica, tym szybciej wysiądzie z samochodu. – A ja nigdy nie bywam niczyim zastępstwem.

– Jakiś ty wrażliwy… – mówi uszczypliwie. – Wobec tego życzę spokojnych snów. – Zniesmaczona wysiada. – Przynajmniej ty możesz na takie liczyć. Zdzwonimy się, pa. – Trzaska drzwiami.

Odjeżdżam. Czwarty raz z rzędu nie udaje mi się z nią pożegnać w przyjazny lub choćby neutralny sposób.

***

Otworzyła drzwi, rozbroiła alarm i weszła do przedpokoju. Butelka wódki, którą trzymała za wciąż mokrą od własnej śliny zakrętkę, przypominała, że przed chwilą zrobiła z siebie idiotkę. Była na siebie wściekła. Znów pokazała, jak desperacko potrzebuje jego towarzystwa. Gdyby chciała, mogłaby wyjść z każdym, kogo spotkała we Franticu, ale dobrze wiedziała, że tylko on potrafi wypełnić pustkę i odepchnąć nawiedzającego ją każdej nocy potwora.

Zapaliła światło w kuchni i postawiła butelkę na blacie. Westchnęła z rezygnacją. Znów będzie musiała spędzić samotną noc w tym domu. Domu, w którym przeżywała ciągnący się latami największy koszmar swojego życia. Zawsze gdy do niego wracała, marzyła, żeby w końcu móc się z niego wynieść. Większość czasu mieszkała sama. Po śmierci Przemka jej rodzice wyjeżdżali jeszcze częściej niż za jego życia. Mimowolnie obarczali ją winą za śmierć syna, ale nie potrafili powiedzieć tego wprost. Choć dzięki Kubie sąd oficjalnie ją uniewinnił, oni gdzieś głęboko w podświadomości czuli, że go zabiła. Zwłaszcza matka patrzyła na nią ze specyficznym dystansem. Ojciec ciągle krzyczał, jakby się bał, że może stracić nad nią kontrolę. Byli słabi, ale cały czas mieli przewagę. Posiadali gigantyczne zasoby forsy, z których za nic nie chciała rezygnować. Gdy wracali z kolejnych służbowych lub prywatnych wyjazdów, natychmiast próbowała podjąć dyskusję o kupnie mieszkania. Było ich na to stać, mieli miliony zarabiane dzięki ciepłej posadce ojca w zarządzie państwowej spółki paliwowej. Wystarczyło, żeby w końcu zechcieli się jej pozbyć. Tak jak rodzice Kuby pozbyli się jego…

Niestety, uparcie twierdzili, że dopóki nie skończy liceum i nie odbuduje się psychicznie, musi mieszkać „z nimi”. Na nic zdały się tłumaczenia, że czuje się znakomicie, nie pomogły wybitne oceny na świadectwie, wzorowe zachowanie w szkole i perspektywa studiów medycznych. Dla większości była słodką i niewinną dziewczynką, która przeżyła pechową noc. Prawie każdy ją tak postrzegał. Nikt poza Kubą nie traktował jej poważnie. Rodzice stanowili wyjątek. Wciąż chcieli się upewnić, czy zepchnęła swojego brata z balkonu. Miała zostać w rodzinnym domu i nie podlegało to żadnej dyskusji. W praktyce oznaczało to minimum rok samotnej męczarni wypełnionej wspomnieniami. Rodzice udawali rodzinę średnio przez tydzień w ciągu miesiąca, potem się tym nudzili lub uciekali od problemu. Luksusowy przybytek kojarzył jej się z więzieniem, w którym wszystkie cele są otwarte, bo więzień i tak nie ma dokąd uciec. Nienawidziła tego miejsca.

Z lodówki wyjęła bidon z przygotowanym wcześniej koktajlem proteinowym. Zawsze starała się wypić jeden przed snem. Uzupełniał jej rygorystyczną dietę, dzięki której cały czas była w znakomitej formie. Trenowała praktycznie codziennie. Biegała, robiła brzuszki, skakała na skakance, od stycznia uprawiała jogę, w przyszłym miesiącu miała zacząć na poważnie ćwiczyć sztuki walki. Robiła to wszystko, bo on jej kazał. Twierdził, że sprawność fizyczna jest niezbędna do bycia kimś więcej i zwiększa szansę nieponoszenia konsekwencji swojego przeznaczenia.

Odkręciła butelkę wódki. Zakrętka w końcu wyschła. Jej nienawiść do tego alkoholu była równie silna, co nienawiść do rodziców, i prawie tak samo silna jak tęsknota za Kubą. Wciąż nie mogła się pogodzić z faktem, że nigdy nie będzie mieć go tylko dla siebie. W przeciwieństwie do niej on wcale nie pragnął towarzystwa. Był samotnym myśliwym i nie chciał dzielić się sobą. Gdyby nie przypadek, gdyby nie zobaczyła, jak pozbawia życia pisarkę, swoją dawną miłość, nigdy nie miałaby szansy otrzymania jego pomocy. Zawdzięczała mu nie tylko uniewinnienie w sądzie. Wyłącznie dzięki niemu wiedziała, co należy zrobić, żeby nocne tańce demonów ustały.

Otworzyła bidon i postawiła obok wódki. Zastanawiała się przez chwilę. Jeśli zrezygnuje z alkoholu i wypije jedynie koktajl, będzie to dobre dla jej formy. Ale wtedy znów czeka ją noc wypełniona wspomnieniami dramatów, które miały już nigdy nie wrócić. Od osiągnięcia chwilowego spokoju dzieliło ją niewiele. Wystarczyło, żeby on nabrał na nią ochoty i dał się zaprosić do środka, wówczas nie stałaby przed takim dylematem. Jego ciepło, zrównoważone szaleństwo tlące się w jego oczach, jego zrozumienie i akceptacja swojej prawdziwej natury podniecały ją, wywołując przerażenie jej demonów. Gdy w niej był, siedziały cichutko niczym posłuszny pies podkulający ogon przed silniejszym rywalem.

– Niestety Kuba zadowala się tanimi wymówkami, żeby trzymać nas na dystans – wypowiedziała swoje myśli bezradnym głosem. – Pierdol się, panie Sobański.

Mogła go obrażać, gdy nie słyszał, ale i tak dobrze wiedziała: tęskni za nim prawie tak bardzo, jak za magiczną nocą w Sopocie, która zmieniła ją na zawsze. Często wracała do niej myślami. Była czymś niezwykłym, prawdziwym namaszczeniem, wlała w jej duszę kroplę spokoju. Wtedy, w Sopocie, przekonała się, że istnieje prawdziwe szczęście. Moment odebrania życia, niezwykła ekstaza towarzysząca krótkiej eksplozji ulgi i długiemu orgazmowi demonów uczyniły ją kimś więcej. Przez dłuższy czas potrafiła utrzymywać odpowiednią równowagę. Zwłaszcza gdy z nim sypiała, ale wraz z nadejściem wiosny nawet on nie mógł jej pomóc. Demony znów jej zapragnęły. Tańczyły w jej głowie, siejąc spustoszenie. Zachwiały całkowicie równowagę, przypominając, że dawny ból nie umarł.

Przelała połowę zawartości butelki do bidonu. Mieszanie odżywek z alkoholem nie było najlepszym pomysłem, ale przynajmniej ścinało z nóg, a o to jej chodziło. Wzięła pierwszy, niepewny łyk. Odżywka o smaku wanilii, otręby, jogurt naturalny i wódka w połączeniu ze sobą smakowały jak słodko-gorzkie piekło. Piła swoją nasenną miksturę trzeci dzień z rzędu i choć nie potrafiła, bardzo chciała przestać. Z butelką i bidonem w rękach poszła na górę, wprost do swojego pokoju. Po drodze zastanawiała się, czy gdyby Kuba wiedział, że się tak katuje, coś by to zmieniło. Czy częściej by u niej zostawał? Czy uprawialiby seks we wszystkich zakamarkach tego przeklętego domu, jak robili to jeszcze pół roku temu? Czy po powrocie z krainy wspólnej rozkoszy drapałby ją po udzie, wąchał jej włosy, zamykał w swoim bezpiecznym objęciu i godzinami odpowiadał na jej pytania dotyczące Rzeźnika Niewiniątek? Tęskniła za wspólnymi chwilami, które zniknęły jak kurz zdmuchnięty przez wiatr w chwili, gdy powiedziała mu, że potrzeba wróciła i jest silniejsza niż wcześniej. Stwierdziła, że jeśli tego nie zrobi, to najprawdopodobniej zwariuje.

Dobrze pamiętała ten dzień. Trzy tygodnie temu pochwaliła się nowym potencjalnym obiektem spełnienia. Siedzieli u Kuby, wciągali kokainę, w kuchence mikrofalowej prażył się popcorn. To był jeden z tych dni, kiedy nie liczyła kalorii. Mieli w planach obejrzenie taniego horroru z dużą ilością krwi, a później ewentualny wypad na rynek, żeby przepłacić w knajpce za butelkę średniej jakości czerwonego wina. Z planów nic nie wyszło. Gdy mówiła, on w milczeniu wypalił papierosa. Kazał jej przysiąc, że nie zrobi nic bez jego zgody. Przysięgła. Wiedziała, że tylko dzięki niemu pozostaje wolna. Od tamtej pory nie był już taki jak wcześniej. Tamtego dnia spał z nią ostatni raz.

Położyła się na łóżku i pociągnęła kolejny łyk usypiacza. Tym razem mikstura źle weszła. Zakrztusiła się, splunęła na podłogę. Łóżko, które jeszcze sekundę wcześniej kojarzyło jej się z namiętnymi chwilami z Kubą, nagle przypomniało o Przemku. Znów się zaczynało. Bieg myśli, którego nie była w stanie zatrzymać. Jego twarz znów wpisała się w jej podświadomość. Gdziekolwiek spojrzała, cały czas go widziała. Na łóżku, na podłodze, na fotelu. Kiedy zamknęła oczy, on pojawiał się pod powiekami, nie pozwalając zapomnieć o piętnie, jakie w niej zostawił. Znów była małą dziewczynką niepotrafiącą się obronić przed dzikością, szaleństwem i pożądaniem skumulowanymi we wnętrzu jednego szalonego człowieka. Nie potrafiła powstrzymać łez. Choć była niezwykle silna, często nie wytrzymywała, a po wypiciu wódki płakała za każdym razem. Samotność zżerała ją niczym ciężka choroba. Przed Kubą musiała być twarda, przed światem – słodka. Przed swoimi demonami nie miała już sił udawać. Gardło zapiekło, jakby ktoś wsadził jej do ust kawałek zardzewiałej stali. Poczuła krótki, acz intensywny, odruch wymiotny. Po chwili zakręciło jej się w głowie. Twarz Przemka zaczęła przesłaniać lekka mgła. Znów się napiła, łzy ustały. Spojrzała na bidon i na butelkę. Dolała wódki. Napiła się. Poczuła odwagę, demony nie wydawały się już takie groźne. Z każdym kolejnym łykiem mgła zasłaniająca twarz Przemka gęstniała, w końcu miała całkowicie go zakryć, a wtedy Sonia Wodzińska będzie mogła zasnąć z nadzieją na imitację spokojnego snu, za którym tak bardzo tęskniła.

***

W pośpiechu wracam pustymi ulicami do domu. Jadąc, wypalam papierosa. Próbuję się uspokoić przy klasycznym rocku płynącym z głośników bmw. Łatwo zapominam o problemach Soni Wodzińskiej. Jest kimś więcej, musi sama nauczyć się walczyć z własnym szaleństwem. Do swojego apartamentu na Salwatorze docieram około północy. Po intensywnym wieczorze powinienem padać ze zmęczenia. Tak jest podczas krótkiego spaceru z garażu do windy i podróży na ostatnie, dziesiąte piętro. Kiedy otwieram drzwi, wyłączam alarm i zapalam światło w mieszkaniu, zimne dreszcze rozpoczynają przyjemny masaż mojego ciała. Znów jestem sam w miejscu, które kocham najbardziej.

Wchodzę do salonu. Ściągam marynarkę i rzucam ją na kanapę. Włączam laptopa, wpisuję hasło zabezpieczające. Czekając, aż system operacyjny się załaduje, idę do kuchni. Wyciągam piwo z lodówki. Wracam do salonu. Obok laptopa leży biały proszek rozsypany na szklanym spodku od filiżanki. Wciągam jedną kreskę. Delektując się rozkoszą chemicznego pobudzenia komórek mózgowych, odpalam papierosa. Wącham dym mieszający się z zapachami dzisiejszego obiadu i otwieram folder ukryty głęboko w zakamarkach twardego dysku. Folder zawiera zdjęcia i informacje. Całe mnóstwo zdjęć i informacji. Przeglądam je, przypominając sobie pewne sobotnie popołudnie. Czynności tej towarzyszy niepowtarzalna ulga. Jest doskonała niczym dwoje partnerów osiągających orgazm w tym samym momencie.

Ostatni raz czułem coś takiego tuż przed zabiciem Ady Remiszewskiej. Jej śmierć miała przynieść ukojenie i zabrać moje przekleństwo. Myślałem, że tak się stało. Niestety Julia i moja wspólniczka Sandra, które usiłowały wpakować mnie w pułapkę, niechcący zmusiły mnie do odebrania im życia. Nie sprawiło mi to przyjemności, demony wciąż były nieobecne. Sonia Wodzińska, zarażona tą samą chorobą, też ich nie ożywiła. Gdy patrzę na nią, czasami mam wrażenie, jakbym się przeglądał w lustrze przeszłości. Ożywienie mojego przekleństwa przyszło znienacka. Wtedy wbrew temu, co przez lata myślałem, pojąłem, że jest moim wiecznym nałogiem, a zabicie Ady w celu wyleczenia stanowiło jedynie chorą intrygę wymyśloną przez demony. Teraz jestem świadom, że ono jest częścią mnie, zupełnie jak papierosy, kokaina i alkohol. I że będę w ten sposób płacił za swoje szczęście w raju.

Wyrok diabła

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8083-925-0

© Adrian Bednarek i Wydawnictwo Novae Res 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Wioletta Cyrulik

KOREKTA: Paulina Zyszczak, Małgorzata Szymańska

OKŁADKA: Seweryn Swacha

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wyrok diabła Proces diabła Pensjonat pod świerkiem Spowiedź diabła Proces diabła Pamiętnik diabła