Skorpion

Skorpion

Autorzy: Krzysztof Wójcik

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.20 zł

Paweł Tuchlin, pseudonim Skorpion, to jeden z najbardziej krwawych seryjnych morderców w historii polskiej kryminalistyki. W latach 1975–1983 atakował kobiety młotkiem, uderzając je w głowę. Najczęściej wtedy, gdy wieczorem wracały z pracy czy ze spotkania z przyjaciółmi. Potrafił się przyczaić, śledzić swoją ofiarę i dopaść ją dosłownie na ostatnich metrach przed jej domem. Zamordował w ten sposób 9 kobiet, a kolejnych 11 ocalałych z napadu zostało kalekami. Ciężkie urazy czaszki spowodowały, że straciły słuch, mowę i pamięć. Tylko nielicznym udało się wrócić do normalnego życia, jak 19-letniej Jadwidze, która cudem przeżyła atak Skorpiona, chociaż dostała jedenaście ciosów młotkiem. Wyszła za mąż, urodziła córkę i wyjechała za granicę.

Tuchlin nie tylko mordował i bezcześcił swoje ofiary (dokonywał w ich obecności czynów seksualnych), ale także okradał. Rzeczy ofiar potrafił dać w prezencie żonie, jak np. obrączkę skradzioną Bożenie S.

Krzysztof Wójcik, autor „Mafii na Wybrzeżu” po raz kolejny z wprawą dziennikarza śledczego idzie tropem zbrodni popełnianych przez Tuchlina. Analizuje działania policji, która w czasie śledztwa popełniła wiele błędów. Między innymi nie wykorzystała faktu, że Tuchlin już podczas pierwszego morderstwa zgubił charakterystyczne narzędzie zbrodni, a miała wtedy szansę błyskawicznie rozpracować mordercę. Dziennikarz nie tylko przejrzał wielotomowe akta sprawy, w których znajdują się wstrząsające i drobiazgowe zeznania Tuchlina, ale i rozmawiał z żyjącymi świadkami jego zbrodni, m.in. milicjantami prowadzącymi śledztwo. Wspominali np., że Tuchlin nawet po aresztowaniu potrafił się tak zapomnieć opowiadając o swoich zbrodniach, że podczas wizji lokalnych musieli dawać mu młotek ze styropianu, aby nie zabił odgrywającej rolę ofiary policjantki.

Jego książka to poruszający obraz, gdyż Krzysztof Wójcik spogląda na dawne wydarzenia zarówno oczami mordercy, jak i bliskich jego ofiar, czy próbujących rozwikłać zagadkę śledczych. To nie tylko dokumentalny zapis sporządzony przez dziennikarza, ale głęboko poruszająca psychologiczna opowieść o jednym z najgroźniejszych morderców, który przez kilka lat paraliżował życie kobiet w okolicach Trójmiasta. Odetchnęły, gdy na Pawle Tuchlinie wykonano wyrok śmierci.

Projekt okładki:

Redaktor prowadzący: Izabella Wit-Kossowska

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Lingventa

Na okładce wykorzystano zdjęcie

© Jakub Patelski

© for the text and photos by Krzysztof Wójcik, 2018

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-0913-3

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Z podziękowaniami dla Stefana Chrzanowskiego

i Stanisława Ćwieka

SPIS TREŚCI

SZRON NA PURPURZE

MŁOTEK PRZEWIĄZANY BANDAŻEM

DZIEŃ PIERWSZEGO MORDERSTWA

WĘDROWIEC ATAKUJE PO ZMROKU

TROPY SIĘ MNOŻĄ

JECHAŁ NA „UKRAINIE”

MŁOTEK ODDAŁEM DO ZAKŁADU

JERZYK JAK WYPIŁ, TO LUBIŁ WLAĆ

TERAZ POWIEM WSZYSTKO SZCZERZE

ZABÓJCA BEZ DOWODÓW

MILICJANT ŁAPIE SPACEROWICZA

MORDERCA WYSZEDŁ WOLNY

NIE WPADLI, ŻE TO BYŁA WĘDRÓWKA

ZAMKNĄĆ PSYCHOLA NA ZAWSZE

POPROSZĘ O PACZKĘ EROSÓW

NIE BYŁO DLA NIEJ RATUNKU

GERHARD IDZIE NA WOLNOŚĆ

SKOWARCZ, 1 MAJA 1980

DOBRZE MI SIĘ ROBIŁO

JAK ZŁAMALI ZBYSZKA

TO MIŁA TRAMWAJARKA BYŁA

POJECHAŁA PRZYMIERZYĆ SUKNIĘ ŚLUBNĄ

BIEGŁEM W CIEMNYM LESIE

CHORZY UCIEKLI Z PSYCHIATRYKA

ZBYSZEK WYCHODZI NA WOLNOŚĆ

POGŁASZCZ MNIE, A JA CIĘ POCAŁUJĘ

ODCZEP SIĘ PAN. WARIAT!

POJECHAŁA NA ZEBRANIE „SOLIDARNOŚCI”

PIERWSZY KOMUNIKAT

JAKBY SOBIE WŁOSY ODGARNIAŁA

ZOMOWCY SZUKAJĄ ŚLADÓW MORDERCY

BAŁA SIĘ TYM PRZEJŚCIEM CHODZIĆ

DŁUGO MNIE PODNIECAŁA

NIC NIE PAMIĘTAM

MIAŁ NISKO POCHYLONĄ GŁOWĘ

MUSIAŁEM ZDĄŻYĆ DO PRACY

PLANOWAŁA WYPRAWIĆ URODZINY

BYŁA ZGRABNIEJSZA OD PIERWSZEJ

ZGAŚ LATARKĘ, BO ON WRÓCI I NAS ZABIJE

UCIEKAŁA JAK SZALONA

SPECJALNIE WE MNIE WJECHAŁ

WIEM, KTO POTRĄCIŁ MOJĄ ŻONĘ

ZABARYKADOWALI DRZWI W KOMISARIACIE

KOCHAŁEM SWOJEGO RAFAŁKA

SKĄDŚ ZNAŁAM TĘ GĘBĘ

OBRĄCZKA ŁATWO ZESZŁA Z PALCA

SAMA ZE SCHODÓW NIE ZEJDZIE

NIKT NIC NIE WIDZIAŁ

MŁOTEK CAŁY CZAS MIAŁEM ZE SOBĄ

MAMO, CHODŹ DO MNIE…

KILKA GODZIN ZA ZABÓJCĄ

LUDZIE GADALI O DZIEWCZYNIE

DLA NAS PRZETOPIŁEM OBRĄCZKI

KRYPTONIM „SKORPION”

NAWET KSIĄDZ DOSTAŁ PO MORDZIE

CAŁY DRŻAŁEM Z PODNIECENIA

JAKBY KILOFEM DOSTAŁA W GŁOWĘ

TEN TYP NIENAWIDZIŁ KOBIET

WRZODY WÓDKĄ LECZYŁEM

TAM BYŁY PROSIAKI

ZABRAŁEM JĄ DO LASU

OD RANA BYŁA WIELKA MGŁA

GÓWNIANY TROP

DAŁEM ZEGAREK, NIECH SIĘ CIESZY

STRASZNIE WIAŁO

TEN SAM CZŁOWIEK

KTOŚ ZGUBIŁ OBRĄCZKĘ

BRAT MIAŁ CZEKAĆ NA STACJI

DOSTAŁEM KIJEM PO PLECACH

SZEDŁ NAWET, JAK BYŁY DWIE

PO PARNIK POJECHAŁEM W NOCY

JAK ZŁAPALI ZŁODZIEJA

ŁYPAŁ ZZA DRZEWA

DZIWAK: KOMPLETNY ODLUDEK I SAMOTNIK

STRACIŁA WZROK

JESTEM ZŁODZIEJ

DREWNO W STODOLE

NAGLE SIĘ PODERWAŁ

RĘCE UMYŁEM W KAŁUŻY

MUSIMY COŚ Z TYM ZROBIĆ

NIEZNAJOMY Z MIEJSCA NUMER 14

AŻ SIĘ WODA ZACZERWIENIŁA

WJECHALI NA CHATĘ LUPINA

MYŚLAŁ, ŻE GO NIE POZNAM

PAWEŁ BYŁ 77. NA LIŚCIE

WYMARZONE ŚWINIE

LEKKO MNIE TKNĘŁO

TROCHĘ POŚWIRUJĘ

Z GÓWNA BICZ BY UKRĘCIŁ

EPILOG

ZBRODNIE, O KTÓRE PODEJRZEWANO PAWŁA TUCHLINA. NIE WSZYSTKIE UDOWODNIONO. SKAZANO GO ZA DZIEWIĘĆ ZABÓJSTW I JEDENAŚCIE USIŁOWAŃ MORDERSTW.

SZRON NA PURPURZE

NIESTĘPOWO, 10 LISTOPADA 1979

Jak Matka Boska, do której modlili się z żoną codziennie wieczorem, mogła dopuścić do tego, by ktoś zrobił taką krzywdę ich ukochanej Irence? Alfons Hinz rękami wspierał głowę i szklistym wzrokiem wpatrywał się w wiszący po przeciwnej ścianie obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Siedział na taborecie w kuchni tuż przy żeliwnym piecu, z którego przez otwarte drzwiczki biło gorące powietrze od rozżarzonych węgli. Nieprzyzwyczajonego mogło nawet poparzyć, ale on lubił to ciepło, choć teraz w ogóle nie zwracał na nie uwagi. Próbował się modlić, ale słowa modlitwy wirowały mu w głowie i nie był w stanie przypomnieć sobie kolejno następujących wersów. Choć do tej pory powtarzał je w myślach tysiące razy, to teraz nic nie pamiętał. Cierpiał jak nigdy dotąd. A ból sprawiał, że miał pustkę w głowie.

Nie rozumiał tego, co wydarzyło się kilkanaście godzin wcześniej.

Hinz niedawno skończył pięćdziesiąt trzy lata i nie przypuszczał, że dożyje chwili, w której będzie musiał chować własną córkę. Choć od znalezienia ciała Ireny mijały kolejne godziny, nadal nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Czuł się tak, jakby wszystko działo się na niby. Nie umiał sobie poukładać w głowie, że już nigdy nie usłyszy śmiechu dwudziestoletniej dziewczyny. Tego radosnego przekomarzania, gdy wracała z pracy i wieszała w korytarzu palto. Nie docierało do niego, że to absolutny koniec dla jego dziecka.

Tego dnia pękł jego nieskomplikowany świat. Trzasnął na sto tysięcy kawałków o ósmej rano, gdy zobaczył porzucone w polu ciało Ireny. Córka leżała na plecach. Jej nogi zabójca rozciągnął tak, że tworzyły ramiona litery A. Strzępy pończoch i majtek kryły się w trawie. Sprawca rozerwał je i teraz było widać włosy łonowe dziewczyny. Obcasy jej trzewików skryły się pod grubą warstwą błota.

Morderca ukrył ciało w niewielkim zapadlisku. Widać, że ciągnął je przez kilka metrów, bo ślady krwi świadczyły o tym, że zaatakował dziewczynę na polnej ścieżce.

Alfons Hinz z trudem rozpoznał twarz Ireny. Była już jakaś taka inna… Od razu wiedział, że córka nie żyje, gdy tylko rzucił na nią okiem. Pamiętał z czasów wojny zastrzelonych uciekinierów ze Stutthofu. Takich widoków się nie zapomina. Dlatego umrzyka od razu poznaje. Tak jak martwą córkę.

Rysy oczywiście się nie zmieniły, ale całą twarz pokrywała czerwona maź przylegająca do skóry jak folia. Zastygła niby maska. Jej kruczoczarne włosy też skleiła krew. Purpura odbijała się na tle jeszcze zielonej, ale już oszronionej trawy. W nocy chwycił lekki przymrozek – twarz dziewczyny i źdźbła pokrywał dywan lśniących w porannym słońcu kryształów. Listopad na Kaszubach zawsze był zimny, temperatury są o kilka stopni niższe niż nad samym morzem. Tego dnia było podobnie. W nocy przyszedł ziąb, a rano, gdy widział ciało, termometr wskazywał zero stopni Celsjusza. Niby jeszcze była kalendarzowa jesień, ale po prawdzie powoli przychodziła zima.

Hinz nie mógł patrzeć na zamordowaną córkę. Nie chciał także, żeby wszyscy we wsi patrzyli na nagą, nieżyjącą Irenę, a wiedział, że za chwilę wokół ciała dziewczyny zbierze się tłum sąsiadów z Niestępowa. Wziął czerwony skafander Ireny i przykrył jej odkryte ciało. Zakrył je tak, żeby nie było widać miejsca między nogami, które powinny skrywać majtki.

Na razie przy zwłokach stał jedynie zwrotnicowy z pobliskiej Starej Piły – Rajmund Krauze. To on pierwszy zauważył ciało Ireny leżące przy polnej drodze łączącej Leźno z Niestępowem.

Było pół godziny przed ósmą rano. Krauze jechał dwukółką zawieźć kanki z mlekiem do skupu, bo miał kilka krów i w ten sposób dorabiał do marnej pensji w PKP. Po drodze zabierał jeszcze mleko od dwóch innych gospodarzy. Kiedy przejeżdżał w pobliżu Raduni, jego koń zaczął niespokojnie prychać. Co kilka metrów się zatrzymywał i szarpał dwukółką, tak że kanki chybotały się i uderzając o siebie, wydawały przytłumiony metaliczny dźwięk. Krauze zaczął się rozglądać, bo myślał, że jakieś dzikie zwierzę czatuje w wysokiej trawie. Kiedy jednak wytężył wzrok, dostrzegł na polu nieruchome ciało. Uderzył konia batem, bo ten bał się iść w stronę leżącego człowieka. Kiedy się zbliżył na kilkanaście metrów, już wiedział, że w trawie leży martwa kobieta. Nie chciał jednak podchodzić bliżej, by zobaczyć, czy to ktoś ze znajomych. Od dziecka miał wstręt do nieboszczyków. Już torsje zaczęły targać jego ciałem. Z trudem powstrzymywał wymioty, gdy zerkał na zakrwawioną głowę dziewczyny leżącej na oszronionej trawie. Jakby tego było mało, koń też na dobre się wystraszył. Kiedy podjeżdżał coraz bliżej do leżącej, nagle zerwał się do galopu. Krauze nie był w stanie go zatrzymać. Siwek pogalopował w stronę rzeki, by uciec jak najdalej od martwego ciała. Krauze zaklął pod nosem, spiął lejce, ale dopiero pięć metrów przed korytem rzeki zdołał zatrzymać znarowionego konia. Trwało to sekundy i nie był w stanie rozpoznać, kim była ta nieżyjąca dziewczyna. Ruszył w stronę najbliższej chałupy, bo wiedział, że mieszkający tam Wejerowie mają telefon. Biegnąc po drodze, spotkał Alfonsa Hinza, który szedł do roboty w pegieerze w Leźnie.

– Jakaś kobieta leży zamordowana na polu przy rzece – krzyknął znajomemu. Hinz nawet nie przypuszczał wtedy, że za chwilę zobaczy własną córkę. Nieżywą.

Krauze wpadł do chałupy Wejerów i od razu chwycił za telefon. Wykręcił numer na posterunek w Żukowie.

– Halo! Tu Rajmund Krauze. Na polu Wejerów w Niestępowie znalazłem ciało dziewczyny. Przyślijcie kogoś! – krzyczał podniecony do słuchawki.

Zwrotnicowy szybko wrócił do zmarłej, przy której już był ojciec. Nie dopuszczał bliżej innych sąsiadów. Nie pozwolił też patrzeć na ciało córki swojej żonie Anieli. Wyjącą z bólu kobietę przytrzymywała stara Wejerowa, która próbowała ją pocieszać.

Pół godziny później na polnej drodze w Niestępowie zatrzymał się milicyjny fiat z Żukowa. Dwaj młodzi milicjanci z niewielkiego posterunku na Kaszubach mieli trzymać gapiów z daleka od ciała dziewczyny i czekać na kryminalnych z Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. Zabójstwo było w gestii mundurowych z Gdańska.

Był późny wieczór, kiedy wszystko się nieco uspokoiło: milicjanci rozjechali się do Gdańska, a sąsiedzi poszli do swoich chałup.

Hinz czuł się zmęczony tym dniem. W izbie zalegała cisza. Między ścianami kołatało się jedynie ciche szlochanie żony Anieli. Obydwoje byli rolnikami. Alfons był Kaszubem z dziada pradziada. Skończył jedynie cztery klasy podstawówki, ale do pracy na roli więcej nie potrzeba. Choć po wypadku na traktorze był na rencie, to uważał się za twardego chłopa.

– Kto to mógł zrobić? – Hinz rozmazywał łzy swoimi wielkimi jak bochny chleba łapami i szklistym wzrokiem spoglądał na żonę Anielę. Ta nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Wciąż płakała. Cały dzień płakała. Dokładnie od chwili, gdy Alfons rano powiedział jej, że koło ścieżki prowadzącej do Leźna leży ich Irena.

Hinz był twardym mężczyzną. Przeżył wojnę, żołnierzy Wehrmachtu koczujących we wioskach pod jego rodzinnym Tuchomiem, a potem jeszcze gorszy najazd Sowietów, co ich, Kaszubów brali za Niemców, bo nie potrafili zrozumieć gwary rodowitych Pomorzan. Ale płakał jak dziecko, gdy z żoną rozmawiał na temat tego, co się stało z ich Irenką. Przed oczami miał zmasakrowaną i zakrwawioną głowę córki. Cierpiał jak nigdy wcześniej. Nie potrafił pojąć, jaka bestia musiała siedzieć w człowieku, by tak skrzywdzić jego ukochaną Irenę. Był wściekły. Po prostu zły na zwyrodnialca, który zamordował jego córkę. Nie był w stanie dobrze pojąć tego, co się stało. Jak dwadzieścia lat mieszkał w Niestępowie, to takiej zbrodni od wojny nie pamiętał. Zamieszkał tu krótko po okupacji. Pamiętał jeszcze, jak szalały wtedy w okolicy oddziały byłych akowców, ale gdy komuniści ich powystrzelali lub pozamykali, to życie się uspokoiło.

Niestępowo to najdłuższa kaszubska wioska rzucona na południowy wschód od Żukowa. Niespełna czterdzieści kilometrów od Gdyni. Serce Kaszub. Pięćdziesiąt siedem chałup powbijanych jak kołki na niewielkich pagórkach wokół dziurawej asfaltówki i kotlinek zamykających rwącą Radunię. Rzeka wije się jak wąż, a przed Niestępowem nawet ma dwa koryta, pośrodku tworząc coś na wzór płaszcza kobry. Chałupy powrzucane na pagórki ciągną się przez cztery kilometry.

Dom Hinzów stał pośrodku wsi, tuż koło leśnego skrótu, który prowadzi do Leźna.

Aniela też czuła się, jakby to wszystko nie działo się naprawdę. Aż trudno uwierzyć, że ktoś mógł tak zamordować Irenę kilkaset metrów od domu.

Siedząc tak sami w pustej chałupie, obydwoje odtwarzali wydarzenia poprzedniego wieczoru. Zastanawiali się, co mogli zrobić inaczej, by ocalić córkę.

Kiedy morderca zabijał ich Irenę, w telewizji zaczynał się angielski film „Dunkierka”. Dramat wojenny przedstawiał klęskę aliantów w 1940 roku na plażach nad Morzem Północnym. Hinz pamiętał, jak denerwował się, gdy bomby spadały na żołnierzy walczących o przeżycie. Nie wiedział, że w tym samym czasie jego córka również toczyła bój o życie.

– Nawet nie denerwowałam się, gdy Irenka nie wróciła do domu przed dziesiątą – szlochała Aniela. – Nic nie czułam, gdy ktoś mordował ją na łące pod naszym domem.

Alfons niezgrabnie próbował przytulić żonę.

– Przecież byliśmy pewni, że będzie nocować u Gosi. Skąd mogliśmy wiedzieć, że coś takiego może się wydarzyć?

Ta lekko go odsunęła.

– Co ze mnie za matka, skoro nawet nic nie czułam. Spokojnie oglądaliśmy film w łóżku, niczego nie podejrzewając!

– No, ale przecież Irenka już nie raz nocowała u Gosi. Czym miałaś się denerwować? Wiele razy nie chciało jej się wracać samej do domu i zostawała u niej na noc – próbował uspokajać żonę Alfons.

Obydwoje nie zasnęli prawie do rana. Tępo patrzyli w obrazek Maryi wiszący w kuchni i krzyż z Chrystusem spoglądającym na nich znad drzwi wejściowych. Nad ranem zmorzył ich sen. Aniela przysnęła na kozetce, a Alfons przy stole na drewnianym krześle.

MŁOTEK PRZEWIĄZANY BANDAŻEM

GDAŃSK, 10 LISTOPADA 1979

Już dawno minęła dwudziesta trzecia, a żarówki metalowych lampek nie chciały zgasnąć na drugim piętrze w budynku przy ulicy Okopowej. Jakby pęknięte snopy światła przebijały przez okratowane okna.

Majestatyczny gmach z 1910 roku od swego powstania był siedzibą Królewskiego Prezydium Policji. Zaprojektował go znany gdański architekt Alfred Muttray. Kiedy hitlerowcy zapanowali w Gdańsku, to w tym budynku pracowali funkcjonariusze policji bezpieczeństwa – Sicherheitspolizei, w skrócie zwanej Sipo.

Po wygranej wojnie komuniści niewiele zmienili. Do ceglastego gmachu wprowadzili się milicjanci. Na drugim piętrze mieścił się wydział kryminalny Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Gdańsku.

Kapitan Józef Chuchmała nie miał wesołej miny. Jego twarz poszarzała ze zmęczenia, a pod oczami pojawiły się ciemne podkówki, na których jeszcze bardziej wyróżniały się zmarszczki. Robotę w milicji zaczął krótko po wojnie i wiele trupów naoglądał się w swoim życiu, bo od początku robił przy zabójstwach i rozbojach. Ze zmęczenia przecierał oczy i gładził swoją ciągle bujną i kruczoczarną czterdziestoletnią czuprynę, jakby ten rytuał miał coś pomóc na zmęczenie i brak snu.

Padał po całym dniu pracy. Już nawet lekko tracił ostrość wzroku, gdy przeglądał kilkadziesiąt kartek z zeznaniami świadków, oględzinami zwłok. Odręcznie pisane przez kolegów z wydziału bohomazy sunęły po liniach białych kart jak kolejki z małymi wagonikami. Po szesnastu godzinach roboty plątały mu się nazwiska i adresy. Wiedział jednak, że nie może stanąć w połowie drogi – pierwsze godziny są najważniejsze dla ujęcia mordercy. Z jęzorem na wierzchu trzeba gonić jak prawdziwy pies. Kapitan czuł jednak, że będzie musiał choć chwilę się zdrzemnąć, bo od rana był na nogach.

Telefon od dyżurnego o zabójstwie w Leźnie dostał jakoś chwilę po ósmej.

– Zbieraj ekipę. Jest morderstwo pod Żukowem. Zabierzcie też psa. Może złapie trop – strzelał jak z kałasznikowa dyżurny komendy wojewódzkiej w Gdańsku. Zapakowali się do dwóch fiatów oraz nyski i pojechali trasą na Żukowo. To niespełna dwadzieścia kilometrów, które można przejechać w niecałe pół godziny. Kapitan Chuchmała na nic się nie nastawiał. Wiedział jedynie, że znaleziono ciało młodej dziewczyny. Z tego, co mówił oficer dyżurny, wynikało, że zaatakował morderca zboczeniec. Kiedy kapitan zobaczył ciało leżące na łące, ciarki przeszły mu po plecach. Nie lubił patrzeć na trupy, choć przez lata spędzone w wydziale kryminalnym już przyzwyczaił się do widoku nieboszczyków. Tylko tym razem to nie było śmiertelne w skutkach mordobicie przy wódce na Oruni czy kosa w brzuchu w Nowym Porcie. Ktoś zmasakrował młotkiem głowę dwudziestoletniej Ireny Hinz.

Kapitan Chuchmała ze smutkiem czytał teraz karty oględzin zwłok dziewczyny. Przed oczami miał jeszcze widok obnażonego ciała, które widział na łące w Niestępowie. Bandyta musiał uderzyć z wielką siłą – dziewczyna miała dwie czterocentymetrowe dziury w głowie. Kości czaszki wbiły się w mózg. Nie miała żadnych szans na przeżycie. Jednak milicjanci od razu trafili na świetny trop. W korycie Raduni, która zakręcała zaledwie dwieście metrów od łąki, gdzie znaleźli ciało dziewczyny, odkryli leżący młotek. Jego metalowy obuch był szczelnie owinięty jakimś materiałem. Tkanina już nie raziła bielą. Zmieniła kolor na czerwony. Jak przypuszczał z prawie stuprocentową pewnością porucznik Eugeniusz Pućko, była to prawdopodobnie krew dziewczyny. Nie dałby sobie ręki uciąć, bo cuda się zdarzają, ale pewnie już jutro kryminolodzy z Zakładu Medycyny Sądowej w Gdańsku potwierdzą, że na tkaninie jest właśnie krew ofiary. Mieli więc w swoich rękach narzędzie zbrodni.

Porucznik Pućko setny raz wczytywał się w opis młotka: Trzonek młotka z metalowej części wystaje na długość 24,5 centymetra. Długość części metalowej od obucha do końca części rombowej wynosi 14,5 centymetra. Kwadrat obucha posiada wymiary 3,6 na 4 centymetry. Wspomnianą tkaniną zawiązany jest przy nasadzie trzonka na podwójny węzeł. Węzeł ten rozwiązano, tkaninę zdjęto z młotka i po rozwiązaniu stwierdzono, że jest to kawałek bandaża elastycznego o długości 66 i szerokości 12,5 centymetrów.

– Tylko po jaką cholerę ten bandaż? Co, żeby nie było słychać uderzenia? Nie rozumiem – zastanawiał się głośno, patrząc zmęczonym wzrokiem na dwóch kumpli z wydziału, którzy podobnie jak on przysypiali nad stertą papierów z całego dnia.

Na młotku był jeszcze jeden ważny trop: między trzonkiem a obuchem wytłoczony jest na metalu wgłębiony prostokąt. W zagłębieniu znajduje się czarna substancja, którą wyskrobano i zabezpieczono do badań. Po usunięciu wspomnianej substancji stwierdzono, że w prostokącie wytłoczone są wgłębione litery ZNTK – czytał chłodny opis technika kryminalistycznego kapitan Józef Chuchmała.

Ceglane budynki Zakładów Naprawy Taboru Kolejowego stały po drugiej stronie Martwej Wisły na Wyspie Portowej w Gdańsku Przeróbce. Chuchmała świetnie znał te tereny, bo ZNTK graniczy z kryminałem, w którym często odwiedzał swoich podopiecznych i „ucholi”. Przez trzydzieści pięć lat służby w MO nie raz musiał przejeżdżać przez Most Siennicki i przekraczać granicę Martwej Wisły. Czarny, wolno wijący się nurt był jak kraniec i jednocześnie wejście w inny, mroczny świat z zadbanego Starego Miasta i wymuskanych kamienic przy Długiej czy Mariackiej. Szczególnie po zmroku można było wpaść w przygnębienie, zerkając na podziurawione wojennymi odłamkami czarne mury zakładu karnego na Przeróbce i stojących obok wielkich hal do naprawy wagonów i lokomotyw. Gmaszyska musiały być wielkie, by pomieścić tabory. Największa hala miała dwieście pięćdziesiąt metrów długości i ponad sto szerokości. To gigant na Pomorzu, gdyby spojrzeć na nią z nieba, byłaby większa niż dwa połączone boiska piłkarskie. Na budynkach jeszcze niedawno świeciły białą farbą niemieckie napisy, bo hale powstały na początku wieku jako Eisenbahn Hauptewerkstatt Danzig-Troyl, czyli Główny Warsztat Kolejowy Gdańsk-Trojan, choć Niemcy, podobnie jak później Polacy, posługiwali się skrótem EHW Danzig-Troyl.

Kapitan Chuchmała pamiętał, że krótko po wojnie zakłady nosiły nazwę Warsztatów Głównych Gdańsk-Trojan i Warsztatów Kolejowych PKP. Już za Stalina przemianowano je na Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego. To jednak nie miało znaczenia. Napis ZNTK to ważny trop, tyle że w tej fabryce pracowało koło trzech tysięcy ludzi. Młotek mógł pożyczyć bądź ukraść prawie każdy… Szukanie mordercy będzie przypominało układanie kocich łbów, bo dokładnie trzeba będzie wziąć do ręki każdy kamień, pomacać, obejrzeć i wsunąć obok poprzednika na przygotowanym podłożu. Chuchmała zna tę ciężką kamieniarską robotę jeszcze z czasów wojny. Tu kamieni wprawdzie fizycznie nie trzeba będzie dźwigać, więc i kręgosłup nie będzie pękał ze zmęczenia, ale po kolei trzeba będzie prześwietlić każdego robotnika z ZNTK, który mógł mieć w ręku młotek. Czeka go to, czego najbardziej nie lubił: setki przesłuchań, z czego większość nie będzie trafiona. Godziny spędzone ze świadkami, którzy nie wniosą nic nowego do sprawy. Po latach roboty w kryminalnym kapitan Chuchmała zdawał sobie z tego sprawę. Jego myśli kręciły się jeszcze wokół innego śladu. Wiedział, że morderca zaatakował na polnej drodze, a potem ciągnął ciało na łąkę. Drogę znaczyła odciśnięta trawa i plamy krwi. Niecałe dwa metry od ciała zamordowanej milicjanci odkryli ślady protektora rowerowego odciśnięte w piachu kretowiska. Identyczny bieżnik opon znaczył kilka piaszczystych miejsc na polnej drodze, gdzie akurat nie wyrosła trawa.

W głowie kołatały mu słowa pracownicy kółka rolniczego z Leźna – Genowefy Formeli. Z tą młodą dziewczyną rozmawiał w południe w siedzibie Spółdzielni Kółek Rolniczych w Żukowie.

Korpulentna trzydziestolatka mieszkała w Leźnie i wspominała, że zwykle wracając z pracy, wysiadała na skrzyżowaniu dróg Leźno – Gdańsk – Żukowo.

– Do chałupy miałam jakieś trzy kilometry. Zwykle szłam około 30 minut.

– Kogoś pani mijała, wracając do domu? – dopytywał kapitan.

– Zwykle mijałam innych znajomych. Irenę rzadko widywałam. Dziesięć dni przed morderstwem wracałam z roboty przed dziewiątą wieczorem. Było już kompletnie ciemno. Nie pamiętam, żeby ktoś ze mną wysiadał z autobusu i nikt za mną nie szedł. Jakoś po przejściu trzystu metrów zauważyłam sylwetkę mężczyzny na rowerze – dodała Formela.

– I…? – czekał kapitan.

– Jak tak szłam, to z któregoś gospodarstwa wyjechał samochód i oświetlił tego człowieka. Wtedy zauważyłam, że ten mężczyzna już nie jechał rowerem, tylko szedł za mną. Wydaje mi się, że miał tak z dwadzieścia pięć lat. Później doszłam do domu. Już go nie widziałam – tłumaczyła kobieta.

– Tylko raz go pani widziała? – drążył Chuchmała.

– Następnego dnia wracałam do domu z dwoma koleżankami ze wsi. Tym razem szłyśmy wcześniej, bo koło siódmej wieczorem. Jak byłyśmy na wysokości chałupy Napiórkowskich, to wyprzedził nas rowerzysta. Jechał bez świateł. Ten mężczyzna był dobrze zbudowany. Wyglądał na silnego. Po stu metrach rozstałam się z koleżankami i sama poszłam w kierunku naszego gospodarstwa. Tam znowu minął mnie ten sam rowerzysta.

– Jak to możliwe?

– Musiał gdzieś przystanąć i go nie widziałam albo wjechał w jakąś polną drogę i poczekał, aż przejdę. Jak mnie wyprzedził, to stanął kawałek dalej i zaczął grzebać przy rowerze. Niby wyglądało, że coś naprawia, ale miałam wrażenie, że mnie obserwuje, jak był tak nachylony – mówiła kobieta.

– Zaczepiał panią? – dopytywał kapitan.

– Nie było takiej sytuacji. Tylko mnie obserwował. Jak skręciłam na nasze gospodarstwo, to widziałam, że już nie jechał na rowerze, ale go prowadził. Drogę oświetlał sobie latarką.

– Pamięta pani, jak on wyglądał? Jak był ubrany?

– Nic nie było widać. Ciemno było. Nie wiem, czy ten człowiek coś chciał mi zrobić. W ogóle się do mnie nie odezwał – tłumaczyła kobieta.

Tajemniczy mężczyzna z rowerem widziany przez Formelową to był poważny trop, ale dlaczego dwa psy tropiące poprowadziły milicjantów w kierunku Leźna, a nad Radunią, gdzie znaleziono młotek, widoczne były ślady butów o charakterystycznym bieżniku? Na te pytania próbował wieczorem, siedząc nad biurkiem, odpowiedzieć kapitan Chuchmała. Kiedy już wiedział, że ze zmęczenia nic więcej nie wymyśli, doszedł do wniosku, że lepiej, jeśli pojedzie do domu się zdrzemnąć. Tak ruszyła sprawa pod kryptonimem „Leźno”.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Skorpion Psy wojen Mafia na Wybrzeżu Depresja miliardera. Historia Ryszarda Krauzego, jednego z najbogatszych Polaków 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer