Przyciąganie

Przyciąganie

Autorzy: Elżbieta Rodzeń

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.10 zł

Kiedy koniec staje się nowym początkiem

Nadia jest zmuszona zacząć wszystko od nowa. Silną niegdyś kobietę zastąpiła osoba ze strachem oglądająca się za siebie. Kiedy znajduje pracę w charakterze opiekunki, wydaje jej się, że to szansa na spokój, którego tak bardzo potrzebuje.

Garrett miał absolutnie wszystko. Piękną dziewczynę, sukcesy w sporcie. Nie przypuszczał, że tak łatwo zostanie mu odebrane to, kim był. Teraz młody, ekscentryczny prawnik każdego dnia próbuje udowodnić, że niepełnosprawność to tylko minimalna przeszkoda na drodze do życia pełną piersią. Kiedy jego rodzice zatrudniają dla niego pielęgniarkę, postanawia zrobić wszystko, aby się jej pozbyć…

Elżbieta Rodzeń

Przyciąganie

ISBN

Copyright © by Elżbieta Rodzeń, 2018

All rights reserved

Redakcja

Paulina Wierzbicka

Projekt okładki i stron tytułowych

Marta Damasiewicz

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Epilog

Od Autorki

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Rozdział 1

Mieliście kiedyś sen, w którym byliście nago w miejscu publicznym? A może mając więcej szczęścia, staliście na widoku innych w bieliźnie? Te niewielkie fragmenty garderoby to równie niewielka pociecha, ale zawsze coś. Jeśli znaleźliście się w takim śnie, to doskonale zrozumiecie, co poczułam, stając pierwszy raz twarzą w twarz z moim przyszłym pracodawcą.

Dzień zapowiadał się koszmarnie już od samego rana, ale czego ja się właściwie spodziewałam? Że nagle będzie lepiej? Nie miałam w sobie już tyle nadziei co kiedyś, a z upływem kolejnych dni i tygodni coraz bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, że to „kiedyś” było bardzo dawno temu.

Nie wiedziałam, dlaczego z początkiem drugiego tygodnia września było jeszcze tak koszmarnie gorąco. W motelu, w którym zatrzymałam się na nocleg, oczywiście nie było klimatyzacji, a łazienka wyglądała tak, że nie byłam pewna, czy wychodzę z niej czystsza. Potem był jeszcze autobus, pociąg i tramwaj, które w połączeniu z upałem, moją poliestrową koszulą i spódnicą z równie sztucznego materiału sprawiły, że dotarłam na rozmowę kwalifikacyjną spocona i wykończona. W dodatku oprócz teczki z dyplomem i świadectwem pracy ciągnęłam ze sobą walizkę z moim niewielkim dobytkiem. Cóż, tak chyba wygląda się wtedy, gdy ktoś postawi wszystko na jedną kartę.

Miałam się pojawić o czternastej w jednym z budynków blisko centrum. Wiedziałam, że nie mieści się tam szpital ani nawet przychodnia, więc miałam świadomość, że moim pracodawcą będzie osoba prywatna. Zupełnie mi to nie przeszkadzało. Byłam zdesperowana i potrzebowałam pracy, i to najlepiej jak najdalej od domu.

Słabo znałam Wrocław, ale jakoś udało mi się dotrzeć na miejsce, nawet kilkanaście minut przed czasem. Portier skierował mnie do biura, które z pewnością nie miało nic wspólnego z medycyną. Zastanawiałam się, dlaczego szukają tu pielęgniarki. Uspokoił mnie dopiero napis na drzwiach: Agencja pośrednictwa pracy. Usiadłam w niewielkiej poczekalni i wepchnęłam za fotel moją walizkę.

Oprócz mnie na rozmowę czekała jeszcze niewysoka kobieta, nieco starsza ode mnie, mama kilkulatka, który kręcił się wokół nas, narzekając głośno, jak bardzo mu się nudzi. Kobieta uśmiechała się do mnie przepraszająco i próbowała uspokoić krnąbrnego malca, tłumacząc mu, że to nie potrwa długo, i prosząc, aby jeszcze troszkę wytrzymał. Starałam się ich ignorować, na ile było to możliwe, i skupić na powtarzaniu w myślach moich atutów. Musiałam dostać tę pracę i nie chciałam myśleć o tym, że być może zabiorę ją samotnej matce tego małego potwora.

Otworzyły się drzwi, przed którymi siedziałam.

— Zapraszam kolejną osobę — powiedziała pracownica agencji, patrząc na moją towarzyszkę.

— Zerknie pani na Kubusia? — zapytała kobieta z nadzieją. — Będzie grzeczny.

Szczerze w to wątpiłam, ale rozumiałam, że jest ona w sytuacji podbramkowej, skoro musiała z nim tu przyjść. Dobrze wiedziałam, jakie to uczucie, kiedy nie ma się wyjścia, więc kiwnęłam głową, tłumiąc wściekłe westchnienie.

Gdy tylko zamknęły się drzwi, chłopiec przyskoczył do mnie jednym susem i przyjrzał mi się uważnie.

— Pobawisz się ze mną! — nakazał mi. Byłam pewna, że to nie było pytanie.

— A w co chcesz się bawić? — zapytałam ostrożnie.

— W Indian! — Zrobił kolejnego susa w moją stronę. — Pomaluję ci buzię! — Wyciągnął przed siebie rękę, w której trzymał flamaster. W ostatniej chwili chwyciłam go za nadgarstek. Był już naprawdę blisko mojej twarzy.

— To zły pomysł. — Siliłam się na spokój. — Nie chcę się w to bawić.

Wiedziałam, że dzieciak wpadnie na kolejny równie szalony pomysł, ale postanowiłam zbywać go przez te kilka minut, zanim wróci jego matka.

— Musisz się ze mną bawić, bo obiecałaś to mojej mamie.

— Obiecałam, że cię przypilnuję. Nie było mowy o zabawie — doprecyzowałam, choć sama nie wiedziałam, po co wdaję się w dyskusję z tym dzieckiem. Poczułam na karku dreszcz nadchodzącej katastrofy, choć wtedy próbowałam się jeszcze przekonywać, że to podmuch z wylotu klimatyzacji.

Chłopiec zmrużył oczy, próbując na mnie swoich sztuczek, ale gdy zrozumiał, że się nie ugnę, ruszył w stronę stolika ustawionego między dwoma fotelami. Na blacie leżała kartka, ale mały łobuz celowo ją odsunął i spróbował narysować coś na tafli szklanego blatu. Postanowiłam nie reagować. To przecież nie moja sprawa. Wiedziałam też, że nie uda mu się zniszczyć blatu zwykłym flamastrem, którym nie można pisać po szkle. Dopiero gdy chłopiec porzucił pomysł rysowania po blacie i postanowił wypróbować ścianę, wiedziałam, że muszę go powstrzymać.

— Natychmiast przestań! — Wstałam i zagrodziłam mu drogę.

Zupełnie się mnie nie przestraszył, wręcz miałam wrażenie, że bawi go przekomarzanie się ze mną. Próbował mnie ominąć.

— Nie wolno niszczyć ścian! — Podniosłam głos.

— A co mi pani zrobi? — Uśmiechnął się chytrze.

— Powiem twojej mamie. — Chwyciłam się standardowej deski ratunkowej.

— Mama mi pozwoli. — Próbował mnie ominąć.

Złapałam go za ramię, ale potwór w skórze chłopca nie chciał dać się spacyfikować i wycelował we mnie flamaster.

— Tylko spróbuj, a pożałujesz.

Nim zdążyłam go powstrzymać, maznął mnie zielonym kolorem. Nie patrzył zbyt dokładnie, co robi, ale udało mu się pobrudzić mi przedramię i koszulę na wysokości talii.

Nie wytrzymałam. Byłam zbyt zmęczona, żeby trzymać nerwy na wodzy.

— Przeholowałeś! — warknęłam. — Nie masz prawa tak się zachowywać. — Złapałam go z całej siły za ucho i pociąg­nęłam.

Chłopak pisnął z bólu i utkwił we mnie zaskoczone spojrzenie. Popchnęłam go w kąt pomieszczenia.

— Stałeś kiedyś w kącie?

Zaczął mi się wyrywać, ale szybko przestał, gdy zrozumiał, że prędzej naderwę mu ucho, niż odpuszczę. Odwróciłam go twarzą do ściany. Puściłam ucho i złapałam jego ręce, przytrzymując je za plecami.

— Postoisz tu za karę do czasu, aż wróci twoja mama, i powiesz jej, co zrobiłeś.

— Nieee! — zawył dziko mały potwór.

— Uspokój się, bo naprawdę nie masz powodów, aby tak się zachowywać.

Usłyszałam, że za moimi plecami ktoś chrząka.

Odwróciłam się gwałtownie, nie puszczając chłopca, i zobaczyłam eleganckiego mężczyznę w średnim wieku. Jego perfekcyjnie skrojony garnitur i starannie ułożone szpakowate włosy sprawiły, że poczułam się cholernie nieswojo.

— Zawsze pani tak postępuje z niegrzecznymi dziećmi? — zagadnął.

— Tylko jeśli zagrażają sobie lub otoczeniu.

— I wtedy wymierza im pani karę? — Uniósł brwi, a mnie zrobiło się gorąco. Miałam nadzieję, że to nikt z rodziny tego chłopca.

— Tak. Jeśli tego potrzebują.

Otworzyły się drzwi, zza których wyjrzała pracownica agencji. Oczy jej się rozszerzyły, gdy dostrzegła sytuację w poczekalni. Dopiero po dobrej minucie wybiła się ze stanu zaskoczenia i spojrzała na mężczyznę.

— Miło, że już pan jest, panie Wesley. Zapraszam do środka, jeśli chce pan poznać kandydatki.

Poczułam się, jakbym dostała w twarz. To był mój przyszły pracodawca.

— Może chłopiec też wejdzie? — zagadnęła niepewnie kobieta, przyglądając się temu, jak siłą przytrzymuję go w kącie.

— Nie odbył całej kary — palnęłam, zamiast ugryźć się w język.

Mężczyzna przyjrzał mi się z bardzo poważną miną i byłam już pewna, że nie dostanę tej pracy. Jakby tego było mało, zanim zniknął za drzwiami, odwrócił się do mnie i rzekł:

— Proszę chwilę zaczekać. Chciałbym coś pani powiedzieć.

Poczułam się jak uczennica wyrwana do odpowiedzi, która wstając i podchodząc do tablicy, zorientowała się, że nie ma na sobie ubrania. Wszyscy widzą ją całą nagą.

Nie dość, że nie dostanę tej pracy, to jeszcze usłyszę, co facet o mnie myśli. Niech to szlag!

To było najdłuższe dziesięć minut mojego życia. Czekałam na swoją rozmowę kwalifikacyjną, choć właściwie byłam niemal pewna, że nie dostanę tej pracy. No bo kto zatrudnia osobę znęcającą się nad cudzymi dziećmi?

Krnąbrny malec i jego matka już wyszli. Najdziwniejsze było to, że dostrzegłam coś w rodzaju wdzięczności na twarzy kobiety. Życzyłam jej szczęścia, a ona podziękowała mi za pomoc i przeprosiła za zniszczoną bluzkę. To było dość dziwne i z pewnością nieoczekiwane.

Kiedy zaproszono mnie do środka, miałam już zesztywniałe z napięcia ramiona.

Pan Wesley siedział razem z rekruterką za biurkiem i najwyraźniej właśnie skończyli przeglądać moją aplikację. Podałam im teczkę z dokumentami i dyplomami, aby potwierdzić wszystko to, co o sobie napisałam.

— Nie pochodzi pani stąd. — Mężczyzna zmarszczył brwi. — Rozumiem, że zamierza się pani przeprowadzić?

— Tak. To żaden problem.

— A poprzednie miejsce pracy?

— Szpital w Radomiu. — Wskazałam mu świadectwo pracy.

— Rzeczywiście. — Przyjrzał się dokumentowi.

— Straciła pani pracę w wyniku redukcji personelu? — dopytała kobieta.

— Dokładnie.

— Nie do końca to rozumiem — przyznał pan Wesley. Im dłużej z nim rozmawiałam, tym wyraźniej wychwytywałam jego angielski akcent. Nazwisko wskazywało, że mógł być Anglikiem albo Amerykaninem. — Ma pani bardzo dobre kwalifikacje. Magisterium z pielęgniarstwa, trzy lata stażu pracy, czyli pewnie pracowała pani zaraz po zrobieniu studiów licencjackich. Ostatni rok pracy na intensywnej terapii. Przy tym ukończone liczne kursy.

Wiedziałam, do czego zmierza.

— Byłam najmłodsza w zespole. Nie mam rodziny. Chciałam coś zmienić w życiu. Nadarzyła się okazja.

Mężczyzna pokiwał głową.

Wydawało mi się, że jest już po pięćdziesiątce, był jednak na tyle atrakcyjny, że nawet na mnie robił wrażenie, choć nigdy nie gustowałam w starszych facetach. Gładko ogolona twarz, zadbane dłonie, elegancki garnitur, zapewne piekielnie drogi.

— Czy ma pani doświadczenie w pracy z osobami po wypadkach?

— Oczywiście. Jaki konkretnie uraz ma pan na myśli?

— Głównie uraz kręgosłupa, ale w przypadku Garretta w grę wchodzi właściwie wiele kontuzji.

— Nie bardzo rozumiem — przyznałam.

Pan Wesley uśmiechnął się lekko.

— Tak. Nie jest pani w tym odosobniona.

Zdębiałam.

— Nie chciałbym wchodzić w szczegóły, dopóki nie będę wiedział, czy jest pani poważnie zainteresowana przyjęciem tej posady.

Byłam w szoku. Po tym, co zobaczył w moim wykonaniu przed chwilą.

— Myślałam, że… — wydukałam. — Widział pan przecież, jak… — Wskazałam gestem dłoni w stronę poczekalni.

— Paradoksalnie właśnie to sprawiło, że jestem skłonny zatrudnić panią.

Pokiwałam głową, choć niewiele z tego rozumiałam.

— Przejdźmy zatem do warunków — wtrąciła kobieta. — Głównym jest to, że zgodzi się pani zamieszkać na okres umowy w domu zajmowanym przez pacjenta. Zaczniemy od miesięcznego okresu próbnego. Taka jest proponowana pensja. — Podała mi kartkę papieru.

Nie spodziewałam się takiej kwoty. Oczywiście byłam tylko pielęgniarką, więc nie była to astronomiczna suma, natomiast mogłabym powiedzieć, że to więcej niż godne wynagrodzenie. Zwłaszcza że nie będę musiała wynajmować mieszkania.

— Akceptuje pani te warunki? — zapytała.

— Tak.

— Chwileczkę. — Pan Wesley pochylił się nad biurkiem. — Czy to nie jest praca poniżej pani kwalifikacji? Nie chciałaby się pani rozwijać w zawodzie?

— Wydaje mi się, że praca w tym zawodzie sama w sobie jest rozwijająca. Chętnie podejmę się każdej jej formy, dopóki nie będzie się ograniczała do pobierania próbek krwi codziennie od siódmej do dwunastej. — Zawiesiłam na chwilę głos. — Poza tym nie mam innych propozycji — przyznałam.

— Kiedy może pani zacząć? — zapytał.

— Od zaraz. Dosłownie.

Pan Wesley potraktował moje słowa bardzo poważnie, gdyż dwadzieścia minut po podpisaniu umowy siedziałam już w jego samochodzie. Znalazłabym się tam wcześniej, ale poprosiłam o chwilę na przebranie pomazanej pisakiem koszuli.

W toalecie w popłochu przejrzałam zawartość swojej niewielkiej walizki, nie mając pojęcia, czy znajdę w niej to, czego szukam. Oczywiście nie było tam nic, co pasowałoby do tej spódnicy. Luźne bluzki nadałyby mi wygląd rozmemłanej bibliotekarki, a tego nie chciałam. Niepewnie wyjęłam moje ukochane obcisłe dżinsy. Przy nich luźna bluzka będzie wyglądać idealnie, ale nie był to odpowiedni strój na pierwszy dzień pracy. Zdecydowanie zbyt seksownie się w tym prezentowałam. Jednak naprawdę nie miałam w czym wybierać.

Wsiadłam do chłodnego wnętrza samochodu i podziękowałam w duchu za pana Wesleya i klimatyzację w jego wozie.

— Dojazd trochę nam zajmie. Dom znajduje się pod Wrocławiem, a właśnie zaczynają się godziny szczytu.

Nie przejmowałam się tym zbytnio. Mogłabym jechać na drugi koniec Europy na wygodnym siedzeniu, słuchając cichej muzyki i gawędząc z panem Wesleyem.

— Moja żona i córka wczoraj wyleciały do Stanów. Ja lecę jutro i bałem się, że nie uda mi się znaleźć odpowiedniej pielęgniarki dla Garretta.

— To pański syn?

— Tak. — Wziął głęboki wdech. — Kilka lat temu doznał urazu kręgosłupa. Ma uszkodzony rdzeń kręgowy, a w wyniku tego ograniczoną sprawność.

— Czy jest w jakimś stopniu mobilny?

— O tak. Porusza się na wózku. — Mężczyzna przygryzł wargę, ale tylko na sekundę, jakby to było niestosowne. — Obawiamy się jednak z żoną, że bez naszego nadzoru nie będzie wystarczająco o siebie dbał.

Odmalował mi się obraz człowieka w depresji, siedzącego cały dzień w ciemnym pokoju.

— Stąd pomysł, aby panią zatrudnić. Zwłaszcza że Garrett nie chce słyszeć o powrocie do Stanów. My natomiast musimy wrócić. — Włączył kierunkowskaz i skręcił w lewo. Już prawie byliśmy poza miastem. Wokół nas ciągnęły się osiedla mieszkalne. — Widzi pani, jestem korespondentem dużej gazety. Polski znam tak dobrze dzięki mojej żonie, która pochodzi stąd. Jednak teraz dostałem propozycję objęcia posady redaktora naczelnego, więc…

Rozumiałam, nie musiał kończyć.

— Czy pański syn ma stałego rehabilitanta?

Mężczyzna potarł podbródek.

— To jeden z naszych problemów. Garrett przerwał rehabilitację.

No tak. Wiedziałam, że zbyt szybko się ucieszyłam. Zostanę sama z niesprawnym facetem, który prawdopodobnie nie zdążył się nauczyć, jak o siebie zadbać, choćby w minimalnym stopniu. Jeśli to oznaczało, że nie opanował tego, jak może pomóc w podnoszeniu go, mój kręgosłup za chwilę też będzie wymagał rehabilitacji.

Podjechaliśmy przed duży dom. Właściwie wręcz willę. Wysoki płot odgradzał ogród od ulicy, więc było tu zacisznie i aż chciało się zabłądzić, podążając jedną ze ścieżek w głąb ogrodu.

— Garrett zajmuje pokoje na parterze; nie chciał, aby zamontować windę, może pani zatem czuć się na piętrze bardzo swobodnie. Dwa razy w tygodniu mamy najętą osobę do sprzątania, raz w miesiącu pojawia się ekipa od utrzymania ogrodu, poza tym mamy system zraszaczy, więc nie będziemy angażować pani w żadne czynności domowe.

— A gotowanie? Mogę to robić — zapewniłam. — Zakupy także.

— To już będzie zależało od tego, jak uzgodni pani te kwestie z moim synem. — Otworzył drzwi i puścił mnie przodem. — Garrett jest dość stanowczy w swoich wyborach i nie sądzę, aby dał sobie narzucić jakikolwiek rodzaj diety.

Rozejrzałam się po jasnym wnętrzu. Dominowały tu biele, szarości i beże. Wszystko było bardzo stonowane, ale przytulne i eleganckie. Na kominku przy jednej ze ścian stał bukiet białych tulipanów. Niemal czułam ich zapach.

Usłyszałam głos dochodzący gdzieś z dalszego pomieszczenia. Brzmiało to tak, jakby ktoś rozmawiał przez telefon. Zanim zdążyłam się wsłuchać w barwę tego głosu i coś z niej wywnioskować, rozmowa dobiegła końca, a ja usłyszałam trzask.

— Syn jest w kuchni. Chciałbym was sobie przedstawić.

— Oczywiście.

Podążyłam za panem Wesleyem, kompletnie nie wiedząc, co mnie tu czeka. Miałam już czarną wizję tego, że za chwilę będę sprzątać całą kuchnię po tym, jak ktoś niesprawny próbował coś sobie w niej przyrządzić. Ale nie było już odwrotu. Podpisałam umowę, musiałam tu zostać przynajmniej przez miesiąc.

Ku mojemu zaskoczeniu kuchnia lśniła czystością. Słyszałam tylko szum włączonej zmywarki.

— Garrett? — zawołał pan Wesley.

Z jadalni wyjechał młody mężczyzna. Tego się nie spodziewałam. Owszem, jeździł na wózku, ale miał na sobie spodnie od garnituru i najwyraźniej właśnie ubrał się w białą koszulę, gdyż jeszcze niezapięta odsłaniała fragment jego klatki piersiowej. Zagapiłam się na mięśnie i opaloną skórę.

— Synu, to jest pani Nadia. Wspominałem ci o niej.

Młody mężczyzna pochwycił mój wzrok i zrozumiał, na co patrzyłam. Z figlarnym uśmiechem czającym się w kąciku ust podjechał bliżej mnie i wyciągnął dłoń.

— Miło mi cię poznać. Garrett Wesley. — Błysnął białymi zębami w pełnym uśmiechu. — Wybacz, że jestem w takim stanie. Wpadłem do domu coś zjeść, ale dzięki temu zaraz zajmę się twoją sprawą.

Nic nie rozumiejąc, wpatrywałam się w bursztynowe oczy. Nie mogłam oderwać od nich wzroku. Ten facet był naprawdę przystojny i zdecydowanie zdawał sobie z tego sprawę. Nie podobało mi się to.

— Pani Nadia jest pielęgniarką — wtrącił jego ojciec. — Rozmawialiśmy o jej zatrudnieniu, pamiętasz?

Coś się błyskawicznie zmieniło w spojrzeniu Garretta.

— Przypominam sobie tę rozmowę, a także to, że kategorycznie sprzeciwiłem się temu pomysłowi.

— Synu. — Starszy mężczyzna wziął głęboki wdech. — Nie chcemy, abyś mieszkał sam. Wszyscy wiemy, jaki tryb życia prowadzisz i jak to się kończy.

— Żyję tak, jak mi odpowiada, bo jestem dorosły. — Garrett sięgnął do guzików koszuli i szybko je zapiął. Wiedziałam, że jest zdenerwowany, ale zdradzały to tylko jego oczy. Twarz miał nieprzeniknioną, przez co wydał mi się jeszcze bardziej męski i mocny. — Nie masz prawa traktować mnie jak kogoś, kto nie jest w stanie o siebie zadbać.

— I nie robię tego. Chcę tylko, abyś miał dostęp do kogoś z przeszkoleniem medycznym.

— Z jakiego powodu? Dlatego, że jestem kaleką?

Miałam coraz większą ochotę wycofać się i dać stąd nogę. Atmosfera robiła się nieprzyjemna, a w dodatku zgadzałam się z Garrettem. Po prostu jeździł na wózku, a w dzisiejszych czasach to nie jest większy problem. Nie miałam tylko pojęcia, gdzie mogłabym teraz pójść i za co przenocować w hotelu.

— Dobrze wiesz, co stanowi problem.

— Tak. Doskonale to wiem. Sądzisz, że powinienem bardziej na siebie uważać — wypowiedział ostatnie słowo, robiąc cudzysłów w powietrzu.

— I to czyni ze mnie potwora?

Garrett zaśmiał się krótko i nieprzyjemnie.

— Tato. — Sięgnął do obręczy przy kołach i podjechał trochę w naszą stronę. — Poradzę sobie. A to, co chcesz zrobić, narusza moją przestrzeń osobistą. Dlatego podziękuj pani za fatygę i skończmy tę farsę.

— Podpisaliśmy już umowę o pracę na miesiąc.

— Nie ma problemu. Zapłacę jej z góry i będzie po sprawie.

Poczułam, że muszę się odezwać.

— Nie ma mowy. — Skrzyżowałam ręce na piersi. — Nie chcę dostać pieniędzy w taki sposób, wolę uczciwie je zarobić.

— Możemy po prostu rozwiązać umowę — zapropo­nował.

— Nie! — odpowiedziałam równocześnie z panem Wesleyem. Miałam w portfelu niecałe sto złotych i naprawdę nie miałam się gdzie podziać.

Garrett westchnął ciężko i zamknął na chwilę oczy.

— Nie mam teraz na to czasu. Muszę wracać do kancelarii. Mam nadzieję, że nie zastanę tu pani po powrocie. — Utkwił we mnie spojrzenie pełne stanowczości. — Z pewnością zdaje sobie pani sprawę z tego, że nie potrzebuję opieki pielęgniarki przez całą dobę. Miło mi było panią poznać. — Przeniósł wzrok na ojca. — Postaram się nie czuć do ciebie urazy z powodu tej sytuacji. — Wprawił koła w ruch i sekundę później był już przy wyjściu z pomieszczenia. Odwrócił się jeszcze. — Bezpiecznej podróży. Pozdrów mamę i Arabellę.

Zniknął mi z pola widzenia, a po chwili usłyszałam odgłos zamykanych drzwi wejściowych.

— Przepraszam panią za syna — usłyszałam.

— Obawiam się, że on ma rację. Chyba nic tu po mnie.

Pan Wesley ściągnął brwi.

— Proszę najpierw coś zobaczyć.

Ruszył, a ja posłusznie poszłam za nim. Nie sądziłam, że będzie w stanie mnie przekonać, że jego syn potrzebuje pielęgniarki, ale co miałam zrobić, skoro już mnie tu ściąg­nął. Poza tym byłam od niego zależna. Miałam nadzieję, że chociaż odstawi mnie z powrotem do centrum.

Przeszliśmy na przeciwległą stronę domu. Znajdowała się tam część bardziej prywatna, z sypialnią i gabinetem. Jeden z pokoi wyglądał jak żywcem wyjęty z amerykańskiego filmu, z drewnianą biblioteką na każdej ze ścian i ciemnym biurkiem pośrodku. Pan Wesley skierował się do drugiego pomieszczenia. Otworzył przede mną drzwi, a ja poczułam się jeszcze bardziej nieswojo. Sypialnia Garretta była urządzona w bardziej surowym stylu niż reszta domu, ale i tak wszystko było jasne i stonowane. Ogromne łóżko zajmowało sporą część pokoju. Na jednej ze ścian było przejście do garderoby i przez chwilę przyglądałam się równo wiszącym koszulom i garniturom. W dwóch rogach pokoju stały fotele, a przy nich niskie półki z książkami. Poza nimi, łóżkiem i stolikiem nocnym nie było tu żadnych mebli. Ani śladu dekoracji czy rzeczy osobistych właściciela pokoju. Jedynie ogromne czarno-białe grafiki mogły cokolwiek o nim powiedzieć. Nie miałam jednak czasu im się przyjrzeć, gdyż mój towarzysz skierował nas w stronę łazienki.

— Przepraszam pana, ale to prywatne pomieszczenia pana syna i nie czuję się komfortowo…

— W łazience ma szafkę z lekami.

Można było poczuć, że ktoś brał tu przed chwilą prysznic. Ładny męski zapach unosił się w wilgotnym powietrzu.

Pan Wesley podszedł do całkiem sporej szafy i otworzył jej drzwiczki.

Opadła mi szczęka. Od razu zrozumiałam, dlaczego mnie tu przyprowadził. Nie wiedziałam tylko, dlaczego ktoś, kto wygląda tak zdrowo jak jego syn, potrzebował takiego arsenału leków. Było tam kilka rodzajów środków przeciwbólowych i antybiotyków, a niektóre naprawdę mocne. Tabletki, ampułki, strzykawki, a nawet płyny do podania dożylnego. Środki opatrunkowe, okłady na stłuczenia.

— Po co mu to wszystko? — zapytałam cicho, nie mogąc wyjść z szoku.

— Mój syn lubi ryzyko. Nie wiem, czy jest jakiś rodzaj sportu ekstremalnego, którego nie próbował. Jeśli tylko da się coś zrobić bez udziału nóg, Garrett musi tego spróbować. Na stałe trenuje koszykówkę, ale to akurat nie jest problemem. — Mężczyzna wziął do ręki opakowanie z lekiem przeciwbólowym pochodzenia narkotycznego. Takie środki podaje się ludziom po operacji. — Niektóre jego skoki ze spadochronem kończą się połknięciem tego. Raz przyłapałem go, jak popijał to alkoholem, bo nie był w stanie wytrzymać bólu. Kiedy jest bardzo źle, dzwoni do znajomego lekarza, który przyjeżdża do domu nawet w środku nocy i stawia go na nogi, kasując za to niesamowite kwoty. Następnego dnia Garrett idzie do pracy, a potem na trening. Kiedyś stracił przytomność w wannie. — Spojrzałam w stronę wanny i podnośnika, dzięki któremu Garrett może z niej korzystać. Ta łazienka była wyposażona w niesamowite sprzęty, ułatwiające życie osobie na wózku. — Najgorzej jest w weekendy, bo wtedy znika na jakiś wypad rowerowy albo spływ kajakowy. Wyjeżdża o własnych siłach, ale gdy wraca, jest wyczerpany. Nie ma jednak takiej siły, która zmusiłaby go do zwolnienia tempa, zadbania o odpoczynek. W dodatku bardzo dużo pracuje. Właściwie tylko Arabella — jego młodsza siostra — jest w stanie go przekonać, aby dał sobie trochę wytchnienia. Najczęściej namawia go, aby jej poczytał albo pooglądał z nią telewizję. Jednak teraz, gdy wyjeżdżamy, nie będzie tu nikogo, kto przemówiłby mu do rozsądku.

Wszystko zaczynało mi się rozjaśniać, miałam jednak kilka pytań.

— Co właściwie go boli? Mówi pan, że najczęściej ma to miejsce po skoku ze spadochronem, ale co dokładnie się wtedy dzieje?

— Niedługo po wypadku, kiedy stało się jasne, że Garrett będzie już zawsze na wózku, coś się w nim zmieniło. Nagle pojawił się ten przymus udowadniania sobie i światu, że może wszystko, że wózek go nie ogranicza. Wkrótce po wyjściu ze szpitala wymknął się z domu, bo zorganizował sobie skok na bungee. Jako osoba z paraliżem powinien skakać w specjalnej uprzęży, ale znalazł kogoś, kto przymknął oko na te wymogi. Okazało się, że uraz kręgosłupa i sam rdzeń nie były jeszcze na tyle zaleczone, aby porywać się na coś takiego. Wprawdzie paraliż się nie pogłębił, ale powstało coś w rodzaju kontuzji czy przepukliny, nie potrafię tego fachowo nazwać. W każdym razie przy sportach, które powodują obciążenie kręgosłupa, istnieje ryzyko, że pojawi się ból. Na szczęście nie trwa długo, jednak jest na tyle dokuczliwy, że podobno trudno go znieść. Lekarze proponowali, że zrobią drobny zabieg i się tym zajmą, ale wystarczyłoby, aby syn bardziej o siebie dbał.

Pokiwałam głową. Zerknęłam jeszcze raz w głąb szafy.

— A antybiotyki? To chyba na zapalenie pęcherza.

— Zdarza mu się przynajmniej raz w roku. Podobno to normalne u osób na wózku.

— Dobrze, ale skąd ma te leki i to w takich ilościach? No i po co?

— Żeby nie tracić czasu na chodzenie po lekarzach. Nie wiem, jak je zdobywa. — Mężczyzna zamknął szafę. — Mam nadzieję, że teraz rozumie pani, dlaczego potrzebujemy pani pomocy.

— Rozumiem, ale nie sądzę, aby pana syn zaakceptował fakt, że tu zamieszkam, i to w charakterze kogoś, kto będzie go pilnował.

— Proszę spróbować i dać mu trochę czasu.

Stałam tam przez chwilę zupełnie skonsternowana i nie miałam pojęcia, co robić. Dotarło do mnie jednak, że tak naprawdę nie mam wyboru. Mogę zostać tu albo…

Nie było żadnego „albo”. Powrót do domu nie wchodził w grę. W gruncie rzeczy nie miałam domu. Porzuciłam wszystko i nie mogłam wrócić. Nie miałam też już z czego żyć. Moja pensja stopniała przez kilka ostatnich dni, a nie chciałam już nikogo prosić o pomoc.

— Pani Nadio, ten dom należy do naszej rodziny, więc Garrett nie może pani zabronić tu być. Nie musi się pani obawiać, że zostanie wyrzucona. A w razie jakichkolwiek problemów proszę od razu się ze mną kontaktować.

Skinęłam głową.

— Zgadza się pani? — Jego głos był pełen nadziei.

— Tak, ale na razie tylko na miesiąc. Później zdecyduję, co dalej.

— W porządku. To mi odpowiada.

Wróciliśmy do części dziennej. Pan Wesley dał mi klucze do domu i pokazał, jak włączyć i wyłączyć alarm. Wypakował moją walizkę z bagażnika samochodu, po czym odjechał, zostawiając mnie w tej dziwnej sytuacji.

Rozejrzałam się niepewnie po holu i skierowałam w stronę schodów prowadzących na piętro. Na górze mieściły się trzy obszerne sypialnie. Jedna była urządzona jak pokój dla dziewczynki, więc tu najprawdopodobniej mieszkała siostra Garretta. Sypialnia z podwójnym łóżkiem zapewne należała do państwa Wesley. Wybrałam więc najmniejszy, neutralnie urządzony pokój. Na łóżku leżała świeża pościel, a na niedużym biurku pod oknem ustawiono wazon z takimi samymi białymi tulipanami jak na dole.

Zrzuciłam buty i przeszłam się po pomieszczeniu, czując, jak miękka wykładzina przyjemnie ugina się pod moimi stopami. Było tu niesamowicie cicho, spokojnie i przytulnie. Może dzięki temu poczułam się bezpieczniej i zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo jestem zmęczona wydarzeniami ostatnich dni. Moje życie przewróciło się do góry nogami.

Zajrzałam do łazienki i znalazłam kilka czystych ręczników na półce. Świetnie, bo mój nie nadawał się już do użytku.

Skoro Garrett wrócił do pracy, to zapewne miałam kilka godzin wyłącznie dla siebie. Wzięłam długi prysznic i umyłam włosy. Zastanawiałam się, czy nie powinnam ich ufarbować, jednak to nie byłoby proste przy tak ciemnych, niemal czarnych, i grubych włosach. Zresztą dopóki posługiwałam się własnym nazwiskiem, mój wygląd i tak nie miał znaczenia. Jeśli ktoś będzie chciał mnie szukać, to i tak znajdzie.

Zadrżałam na samą myśl o tym, że moja ucieczka mog­łaby się okazać daremna. Otuliłam się miękkim ręcznikiem i wróciłam do pokoju. Włożyłam bieliznę i zagrzebałam się w pachnącej świeżością pościeli.

Obudził mnie jakiś dziwny dźwięk. Początkowo nie rozumiałam, co to właściwie było. Półprzytomna usiadłam na łóżku i zdałam sobie sprawę z tego, że na zewnątrz jest już zupełnie ciemno. Spałam kilka godzin.

Moich uszu dobiegała cicha muzyka i zdawało mi się, że coś jeszcze. Szybko wciągnęłam na siebie bawełnianą sukienkę i wyszłam na korytarz. Ktoś jęknął. Teraz usłyszałam to wyraźnie. Wyglądało na to, że pan Wesley miał rację i jego syn forsuje swoje ciało do granic. Miałam nadzieję, że nie będzie mnie potrzebował tak szybko. Liczyłam na to, że może najpierw uda nam się zaprzyjaźnić albo przynajmniej jakoś oswoić ze sobą. Ale co zrobić, w końcu byłam w pracy.

Zeszłam na dół. Zbliżając się do sypialni Garretta, znów usłyszałam ten jęk. Brzmiało to tak, jakby ktoś tłumił głos, wciskając twarz w poduszkę. Choć może to tylko kwestia solidnych drzwi. Zapukałam w nie, ale nie czekałam zbyt długo i zdecydowałam się wejść. Nie sądziłam, że mężczyzna zaprosi mnie do środka, nawet gdyby bardzo potrzebował mojej pomocy.

To, co zobaczyłam, sprawiło, że zastygłam w bezruchu, choć powinnam natychmiast się wycofać. Patrzyłam na parę uprawiającą seks. Młoda kobieta jęcząc, wiła się na Garretcie, a on odrywając usta od jej szyi, spojrzał na mnie.

Gdyby jego oczy mogły zabijać, już bym nie żyła.

— Przepraszam — wymamrotałam i cofnęłam się do korytarza.

— Drzwi! — zagrzmiał głos Garretta, a ja ocknęłam się z szoku i je zamknęłam.

Wydawało mi się, że zaraz wyjdzie i zrobi mi awanturę, ale usłyszałam tylko, jak zapewnia dziewczynę, że to się już nie powtórzy, po czym poprosił… aby usiadła na nim tyłem, bo chce podziwiać jej piękny tyłeczek.

Odwróciłam się, a nogi same poniosły mnie z powrotem na górę. Było mi cholernie głupio. Nie miałam pojęcia, co Garrett będzie chciał mi zrobić po takiej akcji, ale pewnie będę musiała przyznać mu rację. Posunęłam się za daleko, wchodząc do jego pokoju.

Usiadłam na skraju łóżka i ukryłam twarz w dłoniach. Byłam wykończona, śpiąca i zdenerwowana. Czekałam na swój wyrok, zastanawiając się, czy wystarczy, że bardzo go przeproszę, czy może powinnam już się spakować. Jednak moje oczekiwanie trwało dłużej, niż się spodziewałam. Co chwilę słyszałam jęk dziewczyny i zastanawiałam się, jak długo można się kochać. Zerknęłam kilka razy na komórkę i dotarło do mnie, że robią to już ponad godzinę. Sądząc po odgłosach, ona zaliczyła już trzy orgazmy, a przecież nie wiedziałam, czy przysłuchuję się od początku.

Zrobiło mi się chłodno, więc położyłam się i nadal czekałam, ale kolejne minuty nie przyniosły zmian. Dopiero po dwóch godzinach kobieta ucichła. Zaraz potem usłyszałam szum wody, następnie oboje wyszli z sypialni.

— Głodna? — zapytał on.

— Jak wilk. — Zaśmiała się ona. — Zrobisz mi coś pysznego?

— Na co masz ochotę?

— Gazpacho1 — odpowiedziała z entuzjazmem. — Masz składniki?

— Tradycyjne, tostado2 czy ajo blanco3?

— Tradycyjne, ale z takimi grzankami jak kiedyś.

— Załatwione.

Nie miałam pojęcia, o jakim daniu rozmawiają, ale mój żołądek i tak zareagował burczeniem na wzmiankę o jedzeniu. Ostatnio miałam w ustach tost z dżemem o siódmej rano.

Zastanawiałam się, czy kobieta ma zamiar tu nocować. Bo jeśli tak, to pewnie oberwie mi się dopiero rano, po jej wyjściu. Trochę się uspokoiłam i odpłynęłam w sen, próbując nie myśleć o tym, jak bardzo jestem głodna.

Obudził mnie krzyk. Puls przyśpieszył mi momentalnie i gdy usiadam na łóżku, wzrost ciśnienia poczułam jak falę mdłości.

— Nadia! — wrzeszczał Garrett.

Wstałam i chwiejnie poszłam w stronę schodów. Nastał ranek i czas na naszą rozmowę o tym, co wydarzyło się w nocy. Próbowałam pamiętać, że chodzi tylko o to. Byłam już przy pierwszym schodku, gdy on znów krzyknął.

— Zejdź! Wiem, że tam jesteś!

Jego słowa sprawiły, że momentalnie cofnęłam się o krok. Stłumiłam dłonią okrzyk strachu. Powtarzałam sobie, że nic się nie dzieje, że nie wszyscy ludzie są agresywni, kiedy się zdenerwują. Jednak prawda była taka, że nie znałam Garretta i nie wiedziałam, jak się zachowuje, gdy jest wściekły.

— Chcę tylko porozmawiać — powiedział spokojniej. Czy to możliwe, że zobaczył, jak odskoczyłam przestraszona? Mam nadzieję, że nie. To byłoby upokarzające.

Schodząc, uświadomiłam sobie, że idę boso i w piżamie. Krótkie szorty, koszulka na ramiączkach i brak stanika spowodowały, że mężczyzna przyglądał mi się kilka sekund dłużej, niż powinien. Ale gdy skoncentrował się na mojej twarzy, nie czułam się lepiej. Patrzył na mnie tak surowo, jakbym kogoś zamordowała.

— Jednak zostałaś — stwierdził. — Byłem pewny, że cię tu nie będzie. Kiedy wczoraj wróciłem, dom był zamknięty, a światła pogaszone.

— Szybko zasnęłam. — Skrzyżowałam ręce na piersiach, próbując się jakoś zakryć.

— Ale nie przegapiłaś okazji, aby wtargnąć do mojej sypialni. — Zmarszczył brwi.

— Przepraszam.

— Ja myślę. To było wysoce niestosowne. Nie znasz żadnych granic? Nikt cię nie nauczył, co to znaczy szanować czyjąś prywatność?

Wezbrała we mnie fala buntu. Garrett miał sporo racji, ale nie musiał tak po mnie jeździć.

— Słyszałam tak alarmujące jęki, że musiałam to sprawdzić — broniłam się.

— Wystarczyło chwilę poczekać po tym, jak zapukałaś. — Zmierzył mnie chłodnym spojrzeniem.

— Następnym razem tak zrobię.

— Nie będzie następnego razu. — Sięgnął do obręczy i wprawił koła w ruch. — Chodź.

Podążyłam za nim do salonu, gdzie na stole w części jadalnej leżały jakieś papiery. Zerknęłam na nie i dotarło do mnie, że to moja umowa o pracę. Myślałam, że pan Wesley zabrał ją ze sobą, więc nie wiedziałam, skąd Garrett ją miał. Swój egzemplarz miałam schowany na górze.

— Taką umowę można w prosty sposób rozwiązać. Przygotowałem odpowiedni formularz. Musimy tylko porozumieć się w kwestii twojego wynagrodzenia. — Sięgnął po elegancki długopis i obracał go w długich palcach. — Mogę wypłacić ci należność za cały miesiąc, to nie problem, ale jeśli chcesz się unieść honorem, możemy rozważyć rekompensatę lub pokrycie twoich dotychczasowych kosztów.

— Nie chcę rozwiązywać tej umowy — starałam się brzmieć pewnie, choć w tamtej chwili najchętniej bym się stąd wyniosła.

— A ja nie chcę, żebyś tu została.

— Twój ojciec pokazał mi arsenał leków w twojej łazience. — Sięgnęłam po swój najpoważniejszy argument.

— Świetnie. — Prychnął. — Teraz mam potwierdzenie, że pojęcie prywatności jest ci zupełnie obce.

— Jestem pielęgniarką. To jest poniekąd wpisane w mój zawód. — Czułam, że zaczynam się nakręcać. — I trudno mi uwierzyć, że twój ojciec nie ma racji. Gdybyś świetnie sobie radził, nie potrzebowałbyś zaopatrzenia jak w szpitalnej aptece.

— To nie twoja sprawa. — Chłód w jego głosie był tak dojmujący, że przebiegł mnie dreszcz.

— Wyobraź sobie, że z powodu zawartej umowy to jest moja sprawa. — Wskazałam na papiery na stole.

Garrett zacisnął powieki i potarł palcami nasadę nosa. Po raz drugi dziś zwróciłam uwagę na to, jak długie ma palce. Jego smukłe dłonie wydawały się zarazem mocne i mogłam się założyć, że ich skóra była twardsza, niż się zdawało.

— Nie spodziewałem się, że będzie z tym aż taki problem — westchnął. — Może masz jakieś propozycje, jak możemy rozwiązać tę sytuację? — Otworzył oczy i wpatrywał się we mnie intensywnie. — Nie chcę, żebyś tu została. I to w dodatku w charakterze niańki. Chyba potrafisz sobie wyobrazić, w jak niezręcznej sytuacji nas to stawia?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Zwłaszcza że w pewnym sensie się z nim zgadzałam. Jednak on nie wiedział, że musiałam tu zostać. Nie miałam gdzie się podziać i nie wiedziałam, jak szybko uda mi się znaleźć kolejną pracę, zważywszy na to, jaki miałam problem ze znalezieniem tej, jakiejkolwiek, i to w krótkim czasie.

— Chciałabym zatrzymać tę pracę na okres próbny. Może przez miesiąc uda mi się znaleźć coś nowego. — Przełknęłam z trudem, bo pod spojrzeniem Garretta aż zaschło mi w ustach. W jego oczach było coś z drapieżnika i zaczynałam się zastanawiać, kim jest ten mężczyzna. — Przez ten czas będę ci schodzić z drogi, jeśli nie będziesz potrzebował pomocy. Jeśli faktycznie nie będziesz jej potrzebował, mogę później powiedzieć o tym twojemu ojcu i podać to jako powód mojej rezygnacji. To chyba uczciwe wyjście dla nas obojga.

Przyglądał mi się jeszcze przez dłuższy czas.

— Mam jeden warunek, a w zasadzie dwa. — Podjechał do mnie. Dzielił nas może metr i czułam przyjemny zapach żelu pod prysznic. Z przerażeniem dotarło do mnie, że w innym życiu Garrett Wesley mógłby mi się podobać. — Nie zbliżasz się do mojej sypialni. Nie chcę też słyszeć codziennie pytań o moje zdrowie.

— Ale mogę przynajmniej wezwać karetkę, gdy stwierdzę, że jesteś umierający? — Nie udało mi się ukryć drwiny w głosie.

— Tylko jeśli ci tego nie zabronię.

— Jesteś nienormalny. — Skrzywiłam się.

— Bardzo możliwe, skarbie. — Uniósł jedną brew. — Przyzwyczaj się, skoro chcesz spędzić tu cały miesiąc. — Zebrał papiery ze stołu i wsunął je do teczki. Teczka wylądowała w jego skórzanej torbie, obok kilku innych. — Najczęściej wracam po osiemnastej. Czasem wpadam do domu na obiad, jeśli spotykam się z klientami po godzinach pracy kancelarii i gdy wieczorem mam trening. Gotuję sam, zawsze. Często mam na noc gościa i wolałbym nie widzieć cię kręcącej się wtedy po parterze. We wtorki i piątki przychodzi sprzątaczka. Robi też moje pranie. Zakupy załatwiam sam. Zatem, jak widzisz, nie ma tu dla ciebie żadnego zajęcia i proszę, nie wcinaj się w coś, z czym sobie radzę. Nie będę tego tolerował.

— Skończyłeś? — zapytałam, mocno zdenerwowana jego przemową.

— Tak.

— Nie jesteś zbyt miłym typem, Garretcie Wesley.

— No cóż. W końcu dostajesz pensję za to, żeby tu ze mną wytrzymać.

Otworzyłam usta, ale stwierdziłam, że nie chce mi się z nim więcej gadać.

Garrett sięgnął po marynarkę przewieszoną na krześle, ubrał się w nią i ruszył w kierunku wyjścia z domu.

— Miłego dnia — rzucił, zanim zatrzasnął za sobą drzwi wyjściowe.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

1 Hiszpańska zupa, wywodząca się z Andaluzji, nie wymaga gotowania, jest podawana na zimno.

2 Podawane na ciepło, zawiera dodatek pomarańczy lub soku pomarańczowego.

3 Nie zawiera pomidorów, składa się m.in. z migdałów zmielonych z czosnkiem, oliwą i chlebem.

Rozdział 2

Stałam jeszcze przez chwilę w salonie, nie mając pojęcia, co ze sobą zrobić. Otrząsnęłam się dopiero wtedy, gdy usłyszałam burczenie własnego brzucha.

Musiałam się przejść po okolicy, znaleźć sklep i zrobić jakieś zakupy. Ale najpierw powinnam się chyba zastanowić, jak przeżyć miesiąc za stówę, która mi została. Poszłam do kuchni, chcąc sprawdzić, czy uda mi się wygospodarować dla siebie trochę miejsca w lodówce. Na blacie kuchennym stał jeszcze pojemnik blendera i dwa talerze po nocnym gazpacho. W wysokim pojemniku została resztka zupy. Pochyliłam się i powąchałam, a potem znalazłam łyżkę i wyjadłam niebiańsko smakującą potrawę. Mimo że byłam cholernie głodna, dotarło do mnie, że zjadłabym to, nawet gdybym nie chciała spojrzeć na jedzenie. Może Garrett był wrednym dupkiem, ale w kuchni potrafił czynić cuda. W sypialni chyba też, sądząc po tym, co wczoraj słyszałam.

Potrząsnęłam głową. Nie chciałam myśleć o nim w ten sposób. Łączyła nas tylko moja praca, choć patrząc na to w ten sposób, można było powiedzieć, że właściwie nic nas nie łączyło. I bardzo dobrze.

Ubrałam się w letnią sukienkę, narzuciłam na ramiona cienki sweter i wyszłam rozejrzeć się po okolicy. Dłuższy czas szłam wzdłuż ulicy i mijałam tylko zjazdy do domów. Widać było, że mieszkający tu ludzie cenili sobie spokój. Wreszcie dotarłam do małych delikatesów. Wzięłam koszyk i przechodziłam od jednej półki do drugiej, wpatrując się w produkty. Postawiłam na chleb, biały ser, dżem, mleko, mąkę i jajka. Mogłam mieć dzięki temu kanapki, a także naleśniki na obiad. Na razie tyle będzie musiało mi wystarczyć.

Płacąc w kasie, dotarło do mnie jednak, że prawdopodobnie przed końcem miesiąca będę musiała poprosić pana Wesleya o zaliczkę. Już teraz poczułam upokorzenie wywołane tą myślą.

Wróciłam do domu, rzuciłam się na jedzenie, a potem wzięłam koc i rozłożyłam się w ogrodzie. Wreszcie spływało ze mnie napięcie ostatnich dni i czułam, że mogłabym przespać wiele godzin. Faktycznie musiałam drzemać, bo dość szybko okazało się, że jest popołudnie. Obudził mnie dźwięk wjeżdżającego na podwórko samochodu.

Przyglądałam się przez chwilę, jak Garrett wyciąga najpierw wózek, a potem sprawnie się na niego przesiada. Widywałam już ludzi na wózkach, ale żaden z nich nie radził sobie tak dobrze. Może to, że ten mężczyzna uprawiał czynnie różne sporty, miało jednak więcej korzyści niż wad.

Zerknęłam na komórkę. Było po czternastej, czyli wrócił tylko na obiad. Dziwiło mnie, że nie jada w mieście, ale to w sumie nie była moja sprawa. Zebrałam się powoli i gdy wchodziłam do domu, Garrett krzątał się już w kuchni.

Siedziałam w pokoju, usiłując czytać książkę, gdy mój nos zaczął atakować niesamowicie kuszący zapach. Zaciekawiona zajrzałam do kuchni, ale dopiero wtedy, gdy znów zostałam w domu sama. W piekarniku, gotowe do zapieczenia w naczyniu żaroodpornym, stały makaronowe muszle z nadzieniem. Na kuchence została jeszcze patelnia z resztą farszu. Znów nie mogłam się oprzeć. To była pokrojona drobno papryka z cukinią. Wyczuwałam też odrobinę czosnku i cebuli oraz sporo aromatycznych ziół. Zjadłam wszystko. Dla niepoznaki umyłam po sobie patelnię i schowałam ją do szafki. Byłam ciekawa, dlaczego wszystko przygotował, a nic nie zjadł.

Moja ciekawość została zaspokojona kilka godzin później, gdy w domu zjawiła się jakaś kobieta. Przyszła sama, więc postanowiłam zejść na dół i sprawdzić, kto to. Byłoby głupio, gdyby ktoś okradł dom, w czasie gdy ja siedziałam sobie spokojnie na górze.

W kuchni zastałam wysoką blondynkę. Odwróciła się, słysząc moje kroki i promiennie się do mnie uśmiechnęła.

— Cześć. Garrett wspominał, że tu będziesz. — Wyciąg­nęła do mnie rękę. — Jestem Justyna. Wczoraj już się widziałyśmy, ale… — Zaczerwieniła się lekko.

Dotarło do mnie, że to ta sama kobieta, i poczułam, jak również na moich policzkach wykwitła czerwień.

— Cześć. Przepraszam cię za wczoraj. — Ścisnęłam jej dłoń. — Nadia. Naprawdę bardzo przepraszam.

— W porządku. Może po prostu o tym zapomnimy?

— Świetnie.

Kobieta rozejrzała się po pomieszczeniu, a do mnie dotarło, że jest uosobieniem piękna. Lśniące włosy, promienna cera, błękitne oczy. Zgrabne ciało otulone białą bluzką i wąską ołówkową spódnicą.

— Garrett powiedział, że sobie poradzę. Miałam tylko zalać makaron sosem i włączyć piekarnik. — Przygryzła brzoskwiniową wargę. — Nie wiesz, gdzie jest ten sos?

— Może w lodówce?

Znalazłyśmy właściwy garnek, a potem włączyłyśmy piekarnik.

— Napijesz się ze mną kawy? — zapytała Justyna. — Garrett ma być w domu dopiero za pół godziny.

— Chętnie. — Postanowiłam skorzystać z okazji, aby z kimś porozmawiać.

Okazało się, że w lodówce był dzbanek z mrożoną kawą i syfon ze śmietanką. Justyna zrobiła na naszych szklankach czubki z bitej śmietany.

— W tym domu zawsze można dostać coś pysznego. — Pociągnęła łyk napoju. — Kolejna zaleta znajomości z Garrettem.

— Długo jesteście parą?

Kobieta uśmiechnęła się do mnie. Zastanawiałam się, ile może mieć lat.

— Nie jesteśmy parą. To znajomość z korzyściami. — Spojrzała na mnie wymownie, ale ja nic z tego nie rozumiałam. — Znamy się, lubimy spędzać razem wieczory, ale nic poza tym. Nie chcemy się wiązać.

Byli przyjaciółmi od seksu. Słyszałam o tym, oglądałam na filmach, ale nie sądziłam, że ktoś tak robi. Choć w sumie po tym facecie mogłam się tego spodziewać.

— Wiem, co sobie pomyślałaś — powiedziała — ale to nie tak. On mnie nie wykorzystuje. Jeśli już, to ja jego.

Otworzyłam usta.

— Znam niewielu normalnych mężczyzn, którzy gotowi są pójść na taki układ, i to w dodatku… — Znów przygryzła wargę. — Zresztą nieważne. Chciałam tylko, żebyś wiedziała, że na razie nie zamierzam z niego rezygnować.

Zakrztusiłam się pociąganym właśnie łykiem kawy. Chwilę zajęło mi dojście do siebie.

— Nie musisz się mną przejmować. Jestem tu tylko dlatego, że nie udało mi się jeszcze znaleźć innej pracy.

Kobieta wolno pokiwała głową. Może próbowała ocenić, czy mówię prawdę, a może już co innego zaprzątało jej myśli.

— Dobrze, że jego ojciec cię zatrudnił — przyznała ściszonym głosem. — Wiem, co Garrett o tym sądzi, ale widziałam już kilka jego kontuzji, no i raz odwoziłam go do domu po tym, jak skakał ze spadochronem. Uparł się, żeby skakać samodzielnie, a nie w tandemie. Załatwiał to i przygotowywał się przez kilka miesięcy. Nawet mu się to udaje, ale wtedy coś poszło nie po jego myśli. — Wzdrygnęła się. — Chciałam jechać prosto do szpitala, lecz on kazał się przywieźć tutaj.

— Nie wiesz, po co on to robi? Przecież nikt go nie zmusza do wyskakiwania z samolotu.

— Wiem to, co mi powiedział, ale moim zdaniem on ma ciągłą potrzebę testowania swoich granic. Sprawdzania, jak daleko może się posunąć, eksploatując własne ciało. Jest cholernie sprawny fizycznie, jeśli można tak powiedzieć o kimś na wózku. W czasie studiów był z drużyną na olimpiadzie. Wydaje mi się, że robi wszystko, aby nie stracić ani odrobiny z tej sprawności, jaka pozostała mu po wypadku.

— Doskonała psychoanaliza — dobiegł nas męski głos, na dźwięk którego obie podskoczyłyśmy. — Planujesz zmienić pracę?

Garrett podjechał do Justyny, a ona uśmiechnęła się do niego nieśmiało.

— Przepraszam, nie powinnam — powiedziała cicho.

— Nie powinnaś — zabrzmiał surowo. — Musimy się tym zająć. Chodź. — Wydał polecenie, a ona bez wahania usiadła mu na kolanach.

W jego słowach i zachowaniu było tyle stanowczości, że dopiero po chwili dotarło do mnie, że miały kontekst erotyczny. Zrobiło mi się gorąco. Nie potrafiłam wyjaśnić, dlaczego ten facet wprawia mnie w takie zakłopotanie, nawet gdy nie mówi do mnie.

Zostałam sama w kuchni i z zamyślenia wyrwał mnie dopiero dźwięk piekarnika oznajmiający, że czas pieczenia dobiegł końca. Wyłączyłam urządzenie i wróciłam do swojego pokoju, starając się ignorować odgłosy dochodzące z pokoju Garretta.

Na górze znalazłam słuchawki do telefonu i postanowiłam posłuchać muzyki, jednak zerknąwszy na smartfona, zauważyłam, że dostałam wiadomość.

Kochanie, gdzie ty jesteś? Tęsknię za tobą. Wróć, proszę.

Po plecach przebiegł mi dreszcz. Drżącymi palcami upewniłam się, że mam wyłączoną możliwość lokalizacji mojego telefonu.

Czekałam na kolejną wiadomość, bo wiedziałam, że ten cykl powtórzy się w podobny sposób, jak przez ostatnie dni.

I wiadomość przyszła.

Wiesz, że musimy być razem. Zmienię się. Zrobię to dla ciebie.

Zrobiło mi się niedobrze. Już chciałam wyłączyć telefon, bo zawsze tak postępowałam, ale dotarło do mnie, że to nie ma sensu. I tak zobaczę te wszystkie słowa, gdy tylko znów go uruchomię.

Położyłam się na zaścielonym łóżku i przekrzywiając głowę, wyglądałam przez okno. Powoli zapadał zmrok, ale widziałam jeszcze zielone korony drzew i było mi dzięki temu choć odrobinę lepiej. Na dole Justyna wykrzykiwała urywane zdania, wzywając Boga, a ja zaczynałam się zastanawiać, czy ona nie ma racji. Może bezpieczniej z nikim się nie wiązać? W moim przypadku z całą pewnością można było tak powiedzieć.

Dlaczego mi nie odpisujesz? Musisz wszystko niszczyć? Odrzucasz moją miłość. Jesteś podła.

Nie chciałam już słuchać muzyki. W jakimś sensie uspokajało mnie to, że na dole ktoś był. Nawet gdy dowodem ich obecności były odgłosy życia intymnego. Czułam się potwornie samotna i coraz bardziej zagrożona. A wiedziałam, że za chwilę będzie gorzej.

Ty nędzna suko. Nie potrafisz docenić tego, co chciałem ci dać. Zasłużyłaś na wszystko, co cię spotkało. I nie myśl sobie, że pozwolę ci tak po prostu odejść.

Z moich oczu popłynęły łzy. Wtuliłam twarz w poduszkę i czekałam na kolejne baty.

Naprawdę myślisz, że się przede mną ukryjesz? Znajdę cię i wrócisz ze mną do domu, a wtedy porozmawiamy inaczej!

Poddałam się i wyłączyłam telefon. Na dole Justyna i Garrett przeszli do kuchni i jedząc makaron, śmiali się swobodnie. Przysłuchiwałam się, bo ich rozmowa była spokojna i serdeczna. Zupełnie jakbym słyszała dobiegającą zza ściany ścieżkę dźwiękową komedii romantycznej. Nie rozróżniałam większości słów, ale tak było lepiej, bo nie chciałam podsłuchiwać. Chciałam tylko, aby ich głosy mnie uspokoiły.

Po kolacji Justyna wyszła, a Garrett chyba jeszcze pracował w gabinecie. Było mi już trochę lepiej, więc poszłam do łazienki i wzięłam prysznic. Gdy wracałam do swojej sypialni, czułam, że muszę się upewnić, czy drzwi wejściowe są dobrze zamknięte. Próbowałam sobie wmówić, że to tylko groźby, że trudno będzie mnie tu znaleźć, ale mój lęk wygrał.

Wyszłam cicho z pokoju i stąpając na palcach, pokonałam schody. W korytarzu na bosych stopach poczułam chłód kamiennej posadzki, więc przemierzyłam odległość do drzwi w kilku susach. Upewniłam się, że są zamknięte. Obróciłam klucze jeszcze raz w górnym i dolnym zamku.

— Co ty robisz? — usłyszałam za sobą.

Odwróciłam się gwałtownie, wciąż stojąc na palcach, przez co straciłam równowagę, pośliznęłam się na marmurze i wylądowałam boleśnie na tyłku. Jęknęłam. Że też nie mogłam się wywalić na dywanie.

Garrett przyglądał mi się z lekko uniesionymi brwiami.

— Chciałam się upewnić, że drzwi są zamknięte — wytłumaczyłam się.

— Zawsze je zamykam. Choć to naprawdę bezpieczna dzielnica — powiedział, patrząc na mnie z góry. Z tej perspektywy jego ramiona wydawały się jeszcze szersze i silniejsze. — Potrzebujesz pomocy?

Potrząsnęłam głową, a potem się podniosłam. Tyłek mnie strasznie bolał.

— Pójdę do siebie — oznajmiłam, kuśtykając w stronę schodów.

— Nadia — zatrzymał mnie jego głos. Moje imię w jego ustach brzmiało inaczej, jakby wypowiadał je z akcentem. Pewnie tak właśnie było, skoro jego ojciec jest Amerykaninem. — Czy ty się czegoś boisz?

Wiedziałam, że Garrett nie jest osobą, której powinnam się teraz zwierzać, ale pytał w taki sposób, że miałam ochotę po prostu wszystko mu opowiedzieć. Mówienie o sobie nie było jednak moją mocną stroną.

Przez chwilę staliśmy w ciszy. On uważnie mi się przyglądał i mimo że tym razem patrzył mi tylko w oczy, i tak czułam się naga. Objęłam się ramionami.

— Nie musisz odpowiadać. To w gruncie rzeczy nie moja sprawa. Zastanawiam się tylko, czy zamierzasz mnie wpakować w jakieś kłopoty.

— Nie zamierzam — burknęłam niezbyt przyjemnie.

— I dobrze. Mam wystarczająco dużo własnych.

Wlokąc się po schodach, przeklinałam pod nosem, bo tyłek naprawdę mnie bolał. Miałam nadzieję, że kość ogonowa jest cała, ale sądząc po tym, że w miarę sprawnie się przemieszczałam, pewnie miałam szczęście. Kładąc się do łóżka, nie myślałam już o wiadomościach przychodzących na komórkę. W głębi swego umysłu drwiłam z Garretta i jego „problemów”. No bo niby jakie problemy może mieć ktoś, kto ma bliskich, którzy się o niego troszczą, nie brakuje mu pieniędzy, robi, co chce i bzyka się bez zobowiązań? Dopiero po chwili dotarło do mnie, że zapomniałam o jego kalectwie. Jakbym zupełnie nie zwracała uwagi na jego wózek.

Dni mijały mi podobnie. Uczyłam się omijać Garretta i dobrze mi to wychodziło. Kilka razy rozmawiałam z Justyną i z panią Marią, która zajmowała się sprzątaniem. Miałam wrażenie, że przyjaciółka mężczyzny, z którym mieszkam, w pewien sposób mnie kontroluje, jednak nie czułam nic do jej faceta, co najwyraźniej ją uspokajało.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Przyciąganie Przyszłość ma twoje imię Zimowa miłość Dziewczyna o kruchym sercu Noc świetlików 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy