Kiedyś na pewno

Kiedyś na pewno

Autorzy: Ewa Nowak

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.97 zł

Nie otwierajmy złu drzwi, bo potem tak strasznie trudno je zamknąć.

Postaci dramatu:

Kamila – piękna, zdolna tancerka, mistrzyni tańca towarzyskiego, od dwóch lat szczęśliwie zakochana we wrażliwym matematyku, Arturze.

Dorota – bardzo przeciętnej urody, zakompleksiona marzycielka, singielka, której pasją (jedyną) jest nauka angielskiego.

Co łączy te dwie, na pozór tak różne dziewczyny? Po pierwsze - przyjaźń. Po drugie: trudne relacje z rodzicami.

Galerię postaci uzupełniają:

Sławek – pedant z nerwicą natręctw i wieloma fobiami, Kicia, która serce straciła dla żonatego mężczyzny, uwodziciel o atletycznej postawie – Waligóra oraz Majka – rezolutna młodsza siostra Doroty.

Rodzice Kamili ciągle się kłócą. O wszystko. Ich kłótnie przypominają wręcz relacje małych dzieci, wciąż robiących sobie na złość. Kamili trudno zatem z nimi żyć, bo nieustannie lawiruje między nimi obojgiem. Na szczęście jest zaskakująco w swoim postrzeganiu świata dojrzała. U rodziców Doroty jest zupełnie inaczej. To światowej sławy scenografowie, rzadko bywający w domu, praktycznie nieznający swoich obu córek. Obowiązki rodzicielskie wypełniają, dzwoniąc co jakiś czas do domu, w którym dziewczynkami opiekuje się babcia.

I, jak to w życiu bywa, a młodzieńcze serca nie drzemią – pojawia się uczucie. Jakby go nie nazwać – emocją, zadurzeniem, fascynacją, młodzieńczą miłością. I bywa ono różne – czasem budujące, czasem destrukcyjne.

Kamila na wakacyjnym zgrupowaniu poznaje przystojnego lekkoatletę Waligórę, któremu nie potrafi się oprzeć. Gdy wraca do domu, jej związek z Arturem nie jest już taki sam. Dorota natomiast po nudnych wakacjach u dziadków z utęsknieniem idzie do szkoły, gdzie początek roku przyniesie niespodziankę w postaci przystojnego studenta prowadzącego zajęcia WF-u.

Kruchość związków, które rozpoczynają się w młodym wieku jest powszechna, co nie znaczy, że mniej boleśnie odczuwana niż w wieku dojrzałym.

A zdrada boli zawsze… I ma różne oblicza.

Co jest w niej bardziej istotne w zdradzie: fakt jej zaistnienia czy pobudki kierujące człowiekiem?

Ewa Nowak porusza trudne tematy i sprawnie prowadzi splatające się watki aż do ostatnich zdań, nie zaniedbując żadnego z nich. Jak w życiu: akcja - reakcja i… konsekwencje.

Książka Ewy Nowak "Kiedyś na pewno" jest prawdziwym odzwierciedleniem teraźniejszego życia młodzieży. Ich szczęścia jak i problemów. Głównymi bohaterkami powieści są Kamila i Dorota, przyjaciółki, jednak czytając książkę warto się zastanowić czy aby na pewno jest to przyjaźń?! A może to tylko zwykła szkolna znajomość?

Obie mają kłopoty w domu, nie układa im się w sprawach sercowych, a na dodatek ich wzajemne relacje zostają poddane ciężkiej próbie.

Książka pokazuje jak trudne przeszkody stawia nam życie, i jak niebezpieczny jest los.

Książka posiada także głębokie refleksje, ta spodobała mi się najbardziej:

„- Czego w swoim życiu nienawidzisz najbardziej?

- Dwóch słów: 'kiedyś' bo to potwierdzenie, że nie umiesz czegoś umiejscowić w czasie, czyli zmyślasz, i 'na pewno' bo nic na tym świecie nie jest pewne".

Sądzę, że książka ta warta jest przeczytania. Polecam ją nie tylko młodzieży, ale przede wszystkim rodzicom.

Patrycja Langowska, uczestniczka Młodzieżowego Dyskusyjnego Klubu Książki przy MiPBP w Wąbrzeźnie

Ewa Nowak — polska pisarka, pedagog terapeuta, publicystka. Zadebiutowała w 1997 r. w „Filipince” tekstem dotyczącym zdawania egzaminów ustnych. Współpracuje z czasopismami „Cogito”, „Victor Gimnazjalista”, „Victor Junior”, „Trzynastka”, „Sens”. W 2002 roku ukazała się jej pierwsza powieść – „Wszystko, tylko nie mięta”. Od tamtej pory napisała już trzydzieści książek.

Książki tej autorki poruszają aktualne problemy współczesnej młodzież, co zapewne wynika z doświadczenia zawodowego. Rodziców, czasem zagubionym w meandrach psychiki swoich dzieci lektura tych powieści na pewno ułatwi obranie właściwego kierunku na rodzicielskiej busoli. Misja Ewy Nowak polega bowiem na stawianiu pytań i pozwalaniu bohaterem odpowiadać na nie po swojemu.

Ważniejsze wyróżnienia i nagrody otrzymane przez Ewę Nowak:

• „Bardzo biała wrona” - Książka Roku 2009 Stowarzyszenia Przyjaciół Książki dla Młodych Polskiej Sekcji IBBY,

• Wyróżnienie w I Konkursie Literatury Dziecięcej 2009 za książkę „Pajączek na rowerze”.

 

Copyright © Ewa Nowak, 2007, 2018

Redaktor prowadzący, redakcja

Dorota Rożek

Korekta

Grażyna Nawrocka

Projekt okładki

Magdalena Zawadzka

Ilustracja na okładce

© Artur Balytskyi/Shutterstock.com

ISBN 978-83-8123-676-8

Warszawa 2018

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

A świat ten, wszyscy wiedzą,

Nie dla rozkoszy stworzon –

Bo jest wieczności miedzą,

Uprzężą i obrożą,

Kieratem i wędzidłem,

Nieodkupioną męką –

Wiedz o tym, gdy w malignie

Po rozkosz sięgniesz ręką.

Jacek Kaczmarski, Potępienie rozkoszy

Prolog

– Opowiadaj.

– Szkoda słów. Może ty pierwsza.

– Było aż tak źle?

– Zależy, jakie przyjąć kryteria. Nie doszło do rękoczynów, nie było wulgaryzmów, nie zniżyli się do niszczenia mienia. Poza tym to był koszmar.

– Kłócą się?

– Czy oni się kłócą? Hm… Tak bym tego nie nazwała, bo mówią niemal szeptem. Wiesz, takim szeptem wykształconych, kulturalnych ludzi. Ale jest w tym jad. To dwie żmije wymieniające z uprzejmością celne ukąszenia.

– Które gorsze?

– Remis. Może ojciec ciut bardziej się czepia albo po prostu jego mniej lubię. Solidarność płci, podświadomie trzymam z mamą i tak już będzie zawsze. Po prostu.

– Ale o co im chodzi? Tak konkretnie to o co można się wściekać na wczasach? Pogodę mieliście super, miejsce znacie. W czym rzecz?

– Dorota, życia nie znasz? Jest masa spraw, które muszą wyjaśnić i udowodnić sobie nawzajem, wykazać, jak to drugie niewłaściwie postępuje. Zaraz dam ci przykład.

Kamila zdjęła z włosów okulary przeciwsłoneczne, poprawiła długie, sięgające do pasa włosy, odsunęła krzesło od kawiarnianego stolika i stukając zausznikiem okularów w dolne jedynki, zamyśliła się. Po chwili sięgnęła po szklankę z colą, ale nie upiła nawet łyczka. Zagrzechotała tylko delikatnie kostkami lodu i odstawiła szklankę. Spojrzała na Dorotę i ciężko westchnęła.

– Dzień przed wyjazdem ojciec pojechał do warsztatu, bo coś tam chrobotało w skrzyni biegów. Mama pakowała rzeczy. Wieczorem wszystkie torby stały w przedpokoju. Rano przed szóstą zadzwonił budzik. Ojciec się wściekł, że niepotrzebnie tak wcześnie się zrywamy. Mama na to, że sam chciał przejechać przez miasto przed korkami, a poza tym do Krynicy jest ponad czterysta kilometrów. Ojciec wtrącił, że jeśli po drodze będziemy mieli stłuczkę, to nie będzie to jego wina. Na co mama, że to jego wybór, że siedział przy komputerze do tak późna, a przecież wiedział, że wyjeżdżamy. W końcu wszyscy troje stanęliśmy nad torbami. Ojciec podszedł do szafy mamy, otworzył ją i stwierdził, że jest zdziwiony, że ona w ogóle zostawia jakieś rzeczy, bo myślał, że zabrała ze sobą wszystko, co posiada. Na co mama, że w takim razie może on wyjmie z toreb rzeczy, które jego zdaniem są jej niepotrzebne. Na co ojciec, żeby nie ulegała emocjom, bo on po prostu wie, że potem większość rzeczy jest nieprzydatna. Na co mama otworzyła torbę ojca i oświadczyła: zostaw coś ze swoich rzeczy, skoro uważasz, że jest za dużo. Zeszliśmy do samochodu. Nie udało się na jeden raz zabrać wszystkich toreb. Ojciec zaczął pakować graty do bagażnika i powiedział, żebyśmy wsiadły. Sam poszedł do mieszkania po ostatnią partię. Ruszyliśmy w milczeniu. W drodze mama wyciągnęła kanapki. „I ty się dziwisz, że tyjesz… Kto dziś je kanapki? Może jeszcze z pełnotłustym serem? Na drogę to się robi sałatkę w hermetycznym pojemniku. Czy nie możemy po drodze gdzieś się zatrzymać i zjeść coś świeżego?”. Na co mama, że przecież to on zawsze chciał kanapki, ale jak chce, to możemy się zatrzymać. Na co ojciec, że oto właśnie cała ona i jej kobieca niefrasobliwość. Ma ze sobą jedzenie, które teraz wyrzuci, bo kobiecym zwyczajem zmieniła zdanie. Po czym wjechał na parking przed restauracją. Wysiadł, ja też. Mama nawet nie drgnęła. Nie wysiądzie. Ma kanapki i teraz w samochodzie będzie je kobiecym zwyczajem jadła. Ojciec i ja zjedliśmy w środku. Kiedy ruszyliśmy, przyszedł do mnie esemes od Artura. Mama zapytała od kogo, ojciec zaraz oświadczył, że to moja prywatna sprawa i że to karygodne, żeby tak mnie sprawdzać; przecież jestem dzieckiem idealnym, godnym zaufania. Mama na to, że tylko tak pytała, ale że to pewnie od Artura. Na co ojciec, że to bezczelność ze strony Artura wysyłać mi wiadomość o ósmej rano. Mógł mnie przecież obudzić. Mama na to, że to są nasze sprawy, Artur jest moim chłopakiem i na pewno wiedział, że wyjeżdżamy wcześnie. „Prawda, córeczko?”. Ojciec na to, że ten cały Artur od dawna mu się nie podoba. Mama, że wręcz przeciwnie. To miły, grzeczny chłopiec i oby wszyscy mężczyźni tacy byli. Potem przyszedł esemes do ojca. „Nie waż się czytać, gdy prowadzisz!”. „To moja sprawa. Ja ponoszę odpowiedzialność i ja decyduję” – odparł ojciec, ostentacyjnie odczytując esemesa. „Tak! Szczególnie gdy nas pozabijasz, to ty będziesz ponosić odpowiedzialność”. Podał mi komórkę i poprosił, żebym na ten numer odpisała: „Jadę z rodziną do Krynicy-Zdroju. Odezwę się”. Mama spytała, do kogo pisze. Ojciec, że do wujka Mirka, jego brata. Mama, że przecież wczoraj rozmawiała z ciotką i oni wiedzą, więc… i tak przez całą drogę. Genialna podróż. Film z życia moich rodziców powinno się wyświetlać na szkoleniach dla nowożeńców. „Zobaczcie, kochani, teraz trzymacie się za ręce, a za dwadzieścia lat będzie tak. Proszę, oto film poglądowy z życia państwa Jutrzenków”. – Kamila uśmiechnęła się, jakby wspominała coś bardzo fajnego.

– Czy ciebie to bawi?

– To śmiech przez łzy. – Kamila westchnęła, ale jej potrzeba wyrzucenia z siebie złych wspomnień jeszcze nie była zaspokojona. – Słuchaj dalej, teraz będzie najlepsze. Gdy dotarliśmy na miejsce, rozkręcili się na dobre. Bo co robimy najpierw? Idziemy zjeść obiad czy rozpakowujemy się? Ojciec, że oczywiście zjeść, graty mogą poczekać. Mama, że musi najpierw wyjąć przynajmniej sukienki, bo nie po to je prasowała… Ojciec ostentacyjnie wychodzi przed dom, mama ostentacyjnie wolno wyjmuje swoje sukienki. Nagle wypada na taras i woła: „Maćku, gdzie jest ta srebrna torba z butami?”. „To ta srebrna też była do zabrania?”. „Jak to, nie wziąłeś jej? To była bardzo ważna torba!”. „Stała z boku, skąd mogłem wiedzieć…”. „Przez ciebie zostaliśmy wszyscy bez butów”. „Jakoś sobie poradzimy”. „Czy twoim zdaniem mam chodzić w traperach na koncerty?”. „Mnie to nie przeszkadza”. Ojciec rozumie duszę kobiety, prawda? – zaśmiała się Kamila. – „Ale mnie tak!” – syczy mama. Gospodyni dyskretnie wystawia głowę przez okno i uśmiecha się ze zrozumieniem. Nie takie rzeczy działy się na tej kwaterze… Ojciec spokojnie pali papieroska, mama bierze torebkę i idzie sobie na uspokajający spacerek. Ja mam ochotę zapaść się pod ziemię. The End. I jak projekcja? Podobało ci się?

– I co? Buty rzeczywiście zostały?

– Żadne zostały. Ojciec specjalnie ich nie wziął. Kilka razy poczęstował nas umoralniającą przemową, że jest wiele kobiet, które umieją się spakować w jedną małą torbę. Na co mama pytała, co to niby za kobiety. On, że nie chodziło mu o nikogo konkretnego. Mama, że odniosła inne wrażenie, więc kogo konkretnie miał na myśli. On, że nikogo. I tak przez trzy tygodnie.

– Ale pogodę mieliście super. Łaziliście trochę po górach? Byliście na Jaworzynie?

– Kobieto, ta pogoda to było przekleństwo. Ojciec po przejściu dziesięciu metrów dostaje ostrej sapki. Mama proponuje, że weźmie od niego plecak. Na co on, że nie jest babą i świetnie sobie radzi. Na co mama: „O, zobacz! A tamten pan, dużo od ciebie starszy, a jak szybko idzie. Brzucha nie ma, może to dlatego…”. Na co ojciec, że on pewnie dlatego tak szybko idzie, bo ma miłą żonę, a nie zrzędę, i że ktoś mu ostatnio mówił, że najfajniej się chodzi po górach w milczeniu, kiedy każdy wsłuchuje się w siebie. Na co mama pyta, od kogo niby to słyszał. On, że od nikogo. Czy chcesz jeszcze kilka przykładów?

– Dzięki. Mam już dość. W zasadzie to czuję złośliwą satysfakcję, że nie tylko moi są paskudni. Wiesz co? Jak się tak na ciebie patrzy, to nikt by nie podejrzewał, że masz w domu takie schody. Myślisz, że się rozwiodą?

– Oby jak najszybciej. Niech ojciec się już wreszcie, jak Bóg przykazał, wyprowadzi. – Kamila wzniosła ręce do nieba. – Dobrze, że jeszcze kawał wakacji przed nami, bobym zwariowała, gdybym jutro miała iść do szkoły. Teraz jadę na obóz, potańczę sobie. Matys da nam w kość. Będę się męczyć, aż zawarty w pocie chlorek sodu wypali mi oczy. – Zaśmiała się gorzko. – Nareszcie zrelaksuję się z dala od moich kochanych rodziców. Dorota? – Kamila zmrużyła oczy i ściszyła głos: – To Kicia?

W drzwiach kawiarni stała ich koleżanka z klasy, Anka Sawicka, z jakimś mężczyzną. Oboje byli jakby zmieszani. Wybrali stolik i nie czekając, aż kelnerka przyniesie kartę, pochylili się i zaczęli rozmawiać.

– To chyba jej ojciec? Coś przeskrobała, bo tak jej klaruje.

– Coś się musiało stać. Ona zawsze znika na całe lato na tych swoich obozach. Chyba ojciec… Ty, zobacz, ona ryczy. Dał jej chusteczkę.

Przyjaciółki już bez skrępowania, za to z wielką ciekawością, wpatrywały się w koleżankę z klasy.

– Może informuje ją, że się rozwodzą – powiedziała Kamila.

– Teraz wszędzie będziesz widziała rozwodzących się rodziców. A może po prostu i zwyczajnie przyszła z ojcem na lody?

– To dlaczego ryczy? I w sukience? Ona ma sukienki? Nigdy w nich nie chodzi. Włosy rozpuściła… Patrz, podkręciła końce… – Kamila odruchowo poprawiła swoje włosy.

– Ty też rozpuściłaś.

– Właśnie, a robię to tylko na specjalne okazje.

– Czy ja jestem specjalną okazją dla ciebie?

– A co myślałaś?

– Myślałam, że nie.

Kamila potargała Dorocie grzywkę. Dorota poczuła miłe ciepełko w sercu. Fajnie coś takiego usłyszeć od przyjaciółki. Na moment całkiem zapomniała o Kici i jej ojcu. Z rozczuleniem popatrzyła na Kamilę i po raz milionowy w życiu pomyślała, że Kamila jest bardzo ładna. Wygląda tak, jak chciałaby wyglądać chyba każda dziewczyna. „Nic dziwnego, że jest mistrzynią Polski w tańcu. Za sam wygląd dałabym jej medal” – stwierdziła w duchu. Po chwili pobiegła wzrokiem za spojrzeniem przyjaciółki.

– Dziwnie się zachowują, prawda? Jakby ustalali coś ważnego, tajemniczego…

– Na przykład, ile kosztuje obóz albo ile Kicia potrzebuje na buty. Bez fantasmagorii, bardzo proszę.

– Masz rację… Teraz ty. – Kamila dyskretnie się przeciągnęła. – Zmęczyłam się wspominaniem tego pobytu, teraz posłucham ciebie. Nie garb się i opowiadaj.

– Po pierwsze, wcale się nie garbię, po wtóre…

– Jak mnie drażni to twoje „po wtóre”. Kto dziś tak mówi?

– Ja.

– Chyba już tylko ty. Jakbyś była z dziewiętnastego wieku – powiedziała Kamila, a Dorocie wyraźnie sprawiło to przyjemność.

– A więc, droga Kamilko, po wtóre: ogólnie było do zniesienia. Trzydzieści osób, czyli w sam raz. Pierwszego dnia zrobili nam test. Załapałam się do średniej grupy. Dzięki za tego pocieszającego esemesa, bo strasznie mnie to zakłuło. Ja w średniej grupie… Za to dostałam fajnego native’a.

– Powiedziałaś mu, że chcesz jechać na studia do Anglii? – zapytała Kamila i zerknęła na Dorotę.

To było skryte marzenie Doroty: zaraz po maturze wyjechać z domu i zaszyć się gdzieś na końcu świata. Najlepiej tam, gdzie nie ma Internetu, a przede wszystkim nie ma telefonów. Być dosłownie poza zasięgiem. Trzeba przyznać, że Dorota miewała w szkole potknięcia z wielu przedmiotów, ale nigdy nie był to angielski. Ten przedmiot był święty. Uczyła się bardzo prostą metodą: każda lekcja na pamięć, na blachę. Obudzona w środku nocy umiała odtworzyć obraz każdej lekcji, linijka po linijce. Żadnych nowoczesnych interaktywnych metod, tylko pół godziny BBC i kucie w czystej formie. Po roku takiej nauki zrozumiała, że to najskuteczniejsza metoda. Oczywiście jej lingwistyczne apetyty były znacznie większe. Pragnęła kursów, wyjazdów, konwersatoriów, native speakerów… Jednak rodzice uważali, że w tej rodzinie zdolności ma Majka… A może Dorocie tylko się tak wydawało? W każdym razie wakacyjny obóz językowy opłacali bez komentarzy. Gdy Dorota była na nich szczególnie zła, myślała sobie, że gdyby wiedzieli, jak uwielbia te obozy, toby jej nie puszczali, ale oni sądzili, że ją zmuszają, i uważali, że musi jeździć, bo to zgadzało się z ich planami co do jej przyszłości. Gdyby wiedzieli, jakie plany ma Dorota… ale nie wiedzieli. O projektach wyjazdowych starszej córki – podobnie jak i o milionie innych jej ambicji, marzeń, decyzji, radości i trosk – nie mieli zielonego pojęcia.

– Tak, powiedziałam – wyznała Dorota z emfazą.

Nigdy nie rozmawiały o tym, że to mało realne, bo przecież Dorota musi mieć na to pieniądze. Dorota uwielbiała wyobrażać sobie, że mówi albo – lepiej – pisze rodzicom lakoniczną kartkę, że jest tu i tu i że ich pozdrawia. Szczególnie to „pozdrawia” dawało jej sporo satysfakcji. Kamila natomiast zwyczajnie, po koleżeńsku, nie chciała odzierać jej ze złudzeń. Wiedziała, że przyjaciółka realizuje się w marzeniach i fantazjach.

– Sporo nauki – zaczęła znów Dorota. – Dwie godziny po śniadaniu, nowy materiał, gramatyka, przed obiadem pół godziny BBC i obowiązkowe odśpiewanie kilku piosenek – Beatlesów, Elvisa, Dylana. Potem maglowanie tego, co było rano. Po obiedzie teleturniej, inscenizacja lub coś w tym stylu. Wieczorem test…

– Wymyśliłaś coś?

– Jasne! Słuchaj… tam był jeden facet… Krystian. Fajne imię, prawda? Takie obiecujące… Otóż Krystian był ujmujący. Załatwił sobie, nie bez trudu, przeniesienie do mojej grupy, zawsze siadał koło mnie podczas oglądania BBC. Halo, słuchasz mnie?

– Słucham, słucham… – Kamila z trudem oderwała wzrok od Kici i spojrzała na przyjaciółkę. – Nie garb się.

– Będę. Nie mam zamiaru być primabaleriną, jestem tylko zwykłą przeciętniaczką, więc mogę się garbić. Początkowo nie poznałam się na nim, chociaż psie, rzewne spojrzenie było słodko jednoznaczne. Uwielbiał mnie. Znosił mi kwiaty z pobliskich łąk i bardzo się starał. Żeby jakoś ukierunkować jego nadaktywność, wyznałam razu pewnego, że może mi zaimponować tylko ekstremalnie ostrym podejściem do życia. Wiesz, żadnych szczegółów. Ma pole do popisu. Teraz uważaj, wolnym krokiem zbliżamy się do meritum tej historii. Blisko naszego ośrodka była przystań jachtowa. Któregoś wieczora, a był akurat nów i powietrze pachniało wodorostami, wszyscy szliśmy na ognisko. Ja powiedziałam, że zostaję, bo coś tam, tu jeszcze nie wiem. I wyobraź sobie, on pokonał zabezpieczenia, ukradł mały jachcik i zaczął do mnie płynąć, ale po drodze miał pecha, bo przyplątała się burza. Co tak patrzysz? No dobrze, więc była pełnia i wiało, gromadziły się burzowe chmury. On, bez żadnego pojęcia o żeglarstwie, utopił łódź i siebie przy okazji. Następnego dnia śledztwo, policja, prokurator i te rzeczy. W tym jestem słaba, muszę popracować nad realiami. Wszyscy byli przesłuchiwani… Do mnie prokurator powiedziała…

– Dlaczego „powiedziała”?

– Bo to kobieta była… że ja jestem poza podejrzeniami, bo mnie z nimi nie było. – Ostatnie dwa słowa Dorota wypowiedziała wolno, z tajemniczo przymkniętymi oczami.

Była przeciętnego wzrostu, ale bardzo chuda i gdy gestykulowała, wydawało się, że jej kończyny są nienaturalnie długie. Gdy opowiadała swoje historie, często zachowywała się teatralnie. Tym razem zawiesiła dłonie w powietrzu i zamarła w bezruchu. Dwie panie przy stoliku obok obejrzały się.

– Opuść ręce, ludzie patrzą. Nie rozumiem tych emocji.

– Jak to nie rozumiesz? Ja byłam poza podejrzeniami, a przecież to właśnie ja go skłoniłam do kradzieży, bo powiedziałam, że lubię ekstremalnie mocne… rozumiesz?

– Wydumane. Nieprawdziwe. I dlaczego zaraz się utopił? Był niedorozwinięty? Nie wiedział, że w wodzie można się utopić? Co to ma być? Kryminał? Lubisz napuchniętych topielców? Ja nie przepadam…

– No dobrze. To nie utopił, tylko przytopił, podtopił…

– Naciągane. Marne. Wiesz co? Ja bym na twoim miejscu zrezygnowała z pierwszej osoby, bo za bardzo rozpędzasz się z emocjami. Wymyślaj w trzeciej osobie, może to cię trochę przytemperuje. – Kamila popatrzyła uważnie na przyjaciółkę, czy się nie obrazi, bo Dorocie najłatwiej było podpaść krytykowaniem jej historyjek.

– Masz rację, napiszę od początku. Wiesz co, Kama? Chodź, podejdziemy do nich. Może nas nie zauważą i coś podsłuchamy…

– Dobrze, tylko powolutku.

Kamila i Dorota podniosły się i ze sztucznymi uśmiechami ruszyły do stolika, przy którym siedziała ich koleżanka.

Kicia poderwała się jak oparzona. Niemal przewróciła krzesło.

– Cześć, Kicia! Co tu robisz? Nie na obozie? – Kamila uśmiechnęła się do jej ojca, a ten z poważną miną wstał.

Przez kilka sekund wszyscy czworo stali w krępującym milczeniu.

– Jestem Kamila Jutrzenko, a to Dorota Janowska. Jesteśmy… to znaczy chodzimy z Anią do jednej klasy – powiedziała Kamila, czując, że między Anką i jej ojcem dzieje się coś bardzo nieprzyjemnego.

Mieli nerwowy, rozbiegany wzrok i nie zaproponowali, żeby się dosiadły.

– Miło mi. – Mężczyzna wyciągnął rękę i przywitał się z nimi. Spojrzał na Ankę, potem na zegarek i jeszcze raz na Ankę. – Muszę już jechać. Muszę zdążyć na ognisko. Miło mi było was poznać. Do widzenia. – Znów spojrzał na Kicię. – Pójdę zapłacić.

– A ty co? Nie na obozie?

– Nie. Nie jestem na obozie. Jestem tu – wolno powiedziała Kicia.

– Coś się stało?

– Wróciłam wcześniej, bo… rozchorowałam się. Muszę już iść. Cześć.

Przyjaciółki odprowadziły ją wzrokiem. Gdy podeszła do mężczyzny, ten przepuścił ją w przejściu i delikatnie wziął za łokieć.

– Fajnego ma starego.

– Wiesz co? – Dorota poszukała krostki na brodzie i zaczęła ją szczypać. – Kiedyś widziałam jej ojca, wyglądał całkiem inaczej.

– Ludzie się zmieniają.

– Może…

– To co? Jeszcze po jednej coli? Nie garb się, nie ruszaj sobie tej krosty i przestań zgrzytać zębami – powiedziała Kamila.

Dorota na krótką chwilę wyprostowała chude plecy, oderwała dłoń od twarzy i przestała zgrzytać zębami.

Wróciły do swojego stolika, lecz zanim zamówiły kolejną colę, przesiadły się do innego, bardziej zacienionego, bo upał był coraz większy.

Był koniec lipca, niebo bez jednej chmurki. Powietrze stało w miejscu, jakby samo zmęczone upałem i zaduchem. Do rozpoczęcia roku szkolnego pozostało jeszcze pięć tygodni.

Rozdział 1

Kiedy Kamila Jutrzenko pierwszy raz przekroczyła próg klubu Solaris, miała pięć lat. Nie wiedziała, po co tu przyszła, jak również dlaczego nie wolno jej ssać końcówek swoich bardzo długich włosów, marudzić, śpiewać o misiu w teczce i o tym, co niestosownego przydarzyło mu się podczas wycieczki, ani stukać butami o nogi krzesła. Na początku to całe czekanie było przede wszystkim nudne. Potem zrobiło się ciekawiej, bo Kamila ziewnęła, a chłopczyk siedzący naprzeciw niej z przerażeniem wtulił się w mamę. To była przełomowa chwila. Zauważywszy, że chłopczyk się jej boi, Kamila mogła udawać ziewanie, ale nie zrobiła tego. Skoro się boi, to po co go straszyć…

Gdyby Kamila nie poznała Sławka, zapewne do dziś by nie wierzyła, że można bać się, gdy ktoś ziewa. Jednak poznała i wie nie tylko, że ziewanie jest przerażające, ale też że jeżdżenie windą jest potworne, podawanie komuś ręki zagraża życiu (z powodu miejscowego nagromadzenia bakterii), a używanie niewyparzonych sztućców prowadzi do śmiertelnego zejścia poprzedzonego mękami konania w żółtaczce typu B.

Od tamtego popołudnia, gdy przeraziła pięcioletniego wówczas Sławka swoim spontanicznym pięcioletnim ziewnięciem, widywali się nieprzerwanie przez trzynaście lat. Najpierw ćwiczyli razem na sali, a od czterech lat tańczyli już nie tylko w jednej sekcji, ale w jednej parze.

Gdyby Kamila miała nieco inaczej skonstruowaną osobowość, być może nie zniosłaby obcowania z kimś takim jak Sławek. Szczęściem jednak (dla Kamili czy dla Sławka większym – nie wiadomo) była zupełnie na neurozę Sławka odporna. Nie obrażała się, że po treningu z nią dezynfekuje sobie dłonie spirytusem kosmetycznym, nie ziewała przy nim nigdy, nie robiła mu żadnych żartów. Wręcz przeciwnie – broniła go przed jego własnymi dziwactwami. Nie była nadmiernie towarzyska. Miała tak dużo treningów, wyjazdów, zajęć i obowiązków sportowych, że z trudem znajdowała czas na rozmowy z Dorotą i randki z Arturem. W zasadzie poza tym na nic innego nie starczało jej doby.

Kamila lubiła ich trenera, bo Matys był konkretny. Mówił tylko tyle ile trzeba i ostro ich trzymał. A Kamila chciała dużo pracować i chciała odnosić sukcesy. Lubiła Matysa również dlatego, że dzięki niemu i jego żelaznej dyscyplinie była bardzo zajęta, a to jej zdecydowanie odpowiadało. Brak czasu był usprawiedliwieniem tego, że nie miała znajomych, nie chodziła na imprezy, nie interesowała się innymi. Nikt się nie czepiał, każdy rozumiał: trenuje, jest zajęta – nie ma czasu. To „nie ma czasu” stopniowo z przekleństwa stało się dla Kamili błogosławieństwem. „Nie miała czasu”, była zajęta, rozrywana, a to zawsze daje poczucie płynięcia bystrym nurtem życia.

Na początku Kamila czuła się wyróżniona, szczególna i chyba też lepsza od innych. To, co czuła dziś, należało tylko do niej. Nikomu, nawet samej sobie, nigdy nie przyznawała się do tego, ale na pewno czuła się jak kłusownik, który zastawił w lesie dobrze ukryte wnyki, a potem zapomniał o nich i – sam się w nie złapał. Nie mogła się skarżyć na to, że jej marzenia się ziściły. Każdy przecież chciałby być mistrzem Polski, prawda?

Sergiusz Matys, jej trener, też swego czasu był tancerzem. Był nawet wicemistrzem Europy, a w Polsce noszono go na rękach. Wiele sobie po nim obiecywano. Niestety, to co staje się udziałem wielu sportowców, stało się też udziałem Matysa. Kontuzja. Tę historię znali wszyscy, Kamila też. Wielka, złamana kariera. Samo życie. Smutna, ale banalna historia.

Nowe światło na tę sprawę rzuciła dopiero sytuacja podczas ich treningu. Sergiusz Matys dostał wiadomość ze szpitala, że jego zaawansowana wiekiem matka uszkodziła sobie staw kolanowy.

Podszedł do ich choreografki, z którą znali się od bardzo dawna, i cicho, ale niewystarczająco cicho, bo Kamila usłyszała, powiedział:

– Zobacz, jak kłamstwo zawsze się zemści. Wymyśliłem ten staw kolanowy i wrócił do mnie. Dokończ sama trening. Do jutra.

Zniknął, a Kamila zrozumiała w jednej chwili, że kontuzja była czymś przez Matysa wymyślonym.

„O co tu chodzi? Dlaczego nie chciał trenować? Sam sobie uszkodził nogę? On, z jego kultem zdrowego ciała? Dlaczego?!”.

Niestety, od tamtej pory Kamila nie posunęła się ani o krok w wyświetlaniu prawdy. Jednak coś zaczęło w niej kiełkować.

Teraz, jadąc autokarem na obóz, nagle wróciła myślami do tego stawu kolanowego Matysa. Nigdy na niego nie narzekał, tylko gdy ktoś, na przykład w wywiadzie, wspomniał tę smutną przyczynę zakończenia jego kariery, trener robił zbolałą minę. Kamila nagle odczuła potrzebę porozmawiania o tym, opowiedzenia komuś, co usłyszała. Tylko komu? Była, tak jak i Dorota, bardzo zamknięta w sobie. Trudno zawierała przyjaźnie. Nadal nie kojarzyła wszystkich osób ze swojej klasy. W autokarze było pięćdziesiąt osób, a ona mogłaby co najwyżej zwierzyć się Sławkowi. Tylko nie w tej chwili, ponieważ Sławek twardo spał. Z nosem rozpłaszczonym na szybie spał, jak to się określa, „na glonojada”. Pod twarz miał podłożoną chusteczkę higieniczną.

Kamila z niedowierzaniem pokręciła głową.

„I ten człowiek jest najlepszy w Polsce. Jego styl w quick stepie jest absolutnie niepowtarzalny, a w tangu rzuca na kolana jurorów. Patrząc na niego, nikt by w to nie uwierzył”.

*

Majka była w domu. Niestety. Babcię jakoś dawało się znieść. Ona, przynajmniej czasem, się nie wtrącała, nie komentowała, była miła, umiała się zająć sobą i… kochała Dorotę. Majka miała dwanaście lat i zdaniem Doroty była uosobieniem wredności.

– I czego się gapisz, małpiszonie?

– Nie denerwuj się – spokojnym głosem powiedziała Majka. – Po prostu chcę ci się przyjrzeć, żeby dobrze zapamiętać, jak wyglądasz.

– Po co?

– Żeby nigdy w najmniejszym szczególe nie wyglądać tak jak ty.

– Spadaj – syknęła Dorota i weszła do łazienki.

Trzasnęła drzwiami i przekręciła zamek pod klamką. Usiadła na pralce, podkuliła nogi i objęła kolana rękami. Zamknęła oczy i oparła głowę o beżowe kafelki. Było jej smutno. Rozmowa z Kamilą przybiła ją jeszcze bardziej. Przyjaciółka ma przed sobą najfajniejszą część wakacji, a ona najgorszą – z młodszą siostrą u dziadków. Owszem, to zrozumiałe, że trzeba dziadków odwiedzić, zresztą są nawet fajni. Ale po pierwsze: dlaczego z Majką, a po wtóre: dlaczego z Majką? Po ostatnie: dlaczego z Majką?

Dorota miała do siostry masę najróżniejszych zastrzeżeń: Majka brała jej cienkopisy, odbierała telefony do niej, zagadywała Kamilę, gdy ta do nich przychodziła, była złośliwa, nie myła po sobie wanny, wiecznie chciała na obiad naleśniki lub pierogi, miała oczy po mamie (co było też poważnym narażaniem się Dorocie), lubiła rodziców, podlizywała im się, nadskakiwała. Wynalazła wielką ramę i powiesiła sobie w pokoju ich zdjęcie.

Dorota skwitowała to wtedy:

– Dobrze robisz, inaczej byś zapomniała, jak wyglądają.

„Jasne, że powiesiła sobie zdjęcie rodziców w pokoju. To ich ukochana córeczka. Na przykład dlaczego ja nie mam praktycznie żadnego zdjęcia z rodzicami? Nie, wróć! Nieprawda. Otóż mam kilkanaście, jakżebym mogła o nich zapomnieć. Za każdym razem gdy robią wywiad z rodzicami, nas też fotografują. Rodzinka w komplecie. Artyści i ich słodkie, mądre, kochające się córeczki. Obrzydliwość. A Majka zachowuje się nie tylko, jakby nic złego im nie robili, ale jakby byli w porządku. A w porządku nie są!

Jestem zdalnie sterowaną lalką i denerwuje mnie to. Majka też jest zdalnie sterowaną lalką, ale to lubi. W tym zasadnicza różnica”.

Zsunęła się z pralki i spojrzała do lustra. Szczupła, drobna twarz, rozdrapane krostki, zęby, jakby ich było za dużo…

„Gdyby rzęsy miały jakiś kolor i nie przypominały nylonowych nitek, oczy byłyby nawet znośne. Gdyby! Brwi za to grube jak u polityka”.

Ilekroć Dorota patrzyła na siebie w lustrze, czuła się jak okrutny żart natury.

„Trudno. Nie ja siebie wymyśliłam. Nic na to nie poradzę” – pocieszała samą siebie, bo chciała być osobą racjonalną i konkretną.

Na smutki zawsze pomagała jej nauka, ale tylko angielskiego. Teraz też postanowiła zająć się tym, co zawsze ją odprężało.

– Dorotko, dziecko, spakowałaś się już? – krzyknęła babcia przez drzwi łazienki.

Dorota usłyszała, jak Majka mówi:

– Ja się już spakowałam. Mamusia zawsze mówi, żeby nic nie zostawiać na ostatnią chwilę.

„Mamusia? Mamusia to jest ktoś, kto stawia przed dzieckiem talerz z zupą, przyszywa guzik, krzyczy, gdy dziecko coś przeskrobało. Majka jest obrzydliwa z tym naginaniem rzeczywistości. Jakie zawsze? Jakie? Na palcach jednej ręki można policzyć, ile razy matka coś do nas mówiła. Majka żyje na innej planecie. Na planecie, na której wszystko jest w porządku”.

W podstawówce Dorota miała w klasie koleżankę, po którą każdego dnia przychodziła mama. Zawsze po lekcjach czekała na córkę. Wszystkie dzieci z klasy się z niej śmiały, a Dorota najbardziej. Jak ona ją obgadywała, jak jej dokuczała. Nienawidziła tej dziewczynki, była dla niej podła. Czuła, że trzeba ją ukarać, lecz wieczorem płakała w poduszkę i marzyła, tysiące razy wyobrażała sobie, że wybiega po lekcjach, a przed szkołą stoi jej mama. Jej mamusia! Dzieci śmieją się z Doroty, przezywają ją, a ona jest szczęśliwa, bo mama po nią przyszła.

– Do wszystkich diabłów, wyjdziesz wreszcie? Dorotaaaa! – Majka załomotała w drzwi.

– Odczep się! Biorę prysznic!

– Bez wody? Akurat! Nie kłam! Wychodź, słyszysz? Tatuś dzwoni! Jak wolisz, to mogę mu powiedzieć, że nie chcesz podejść. Na pewno się ucieszy.

– Dawaj słuchawkę! No? Gdzie masz… oszukałaś mnie! – Dorota zamachnęła się słuchawką.

– Inaczej nigdy byś nie wyszła. Obiad na stole – mruknęła Majka i zaraz dodała: – Sama mnie do tego zmuszasz.

– Akurat, zmuszam cię.

– Dziewczynki, znowu się kłócicie? Dlaczego w innych domach może być miło i ciepło? Powinnyście się wspierać i szanować, przecież jesteście siostrami…

– Niestety – mruknęły jednocześnie i popatrzyły na siebie z niechęcią.

– Zobaczycie jeszcze, jak to dobrze mieć siostrę. Za kilka lat na pewno to docenicie. Tak to już jest. Kiedyś ze śmiechem będziecie wspominać te dzisiejsze kłótnie.

Ogólnie babcia była w porządku, a na tle innych babć nawet bardzo w porządku. Nie czepiała się o głośne słuchanie muzyki, nie robiła nigdy obciachu przed znajomymi, smażyła dobre naleśniki i można jej było powierzyć każdy sekret. Zawsze była zadbana, elegancka i pachnąca. Babcią można się było pochwalić. Miała tylko dwie wady: nigdy nie zajmowała stanowiska w kłótniach między nimi i nigdy nie chciała krytykować rodziców. Trzymała ich stronę. O ile pierwsza wada była jeszcze do zaakceptowania, o tyle drugiej Dorota nienawidziła.

Jadły przez chwilę w milczeniu. Babcia jak zawsze wykazała inicjatywę towarzyską.

– Jakbyście miały coś do prania lub szycia, to dajcie teraz, bo chcę się do tego zabrać, dobrze?

Siostry kiwnęły głowami, ale żadna się nie odezwała.

Milczenie było bezpieczne. Dorota bardzo je lubiła.

*

Matys wysiadł z autokaru pierwszy i nie oglądając się na nikogo, ruszył wprost do budynku.

Kamila stała w przejściu i czekała, aż inni włożą buty, pozbierają swoje rzeczy i wreszcie będą mogli opuścić autokar. Nie komentowała tego, że jej klubowi koledzy są słabo zorganizowani. Stała i spokojnie czekała. Oni ze Sławkiem byli gotowi.

Jakiś chłopak mrugnął do niej. Odmrugnęła, ale bez zainteresowania. Nie znała go i nie chciała poznać. Przyjechała tu, żeby ciężko trenować, a nie zawierać znajomości. Ten etap miała już za sobą. W zeszłym roku koszykarki, fajne dziewczyny, wciągnęły ją w wir życia nocnego i potem dostała od Matysa taką reprymendę, że do dziś pamięta. To było oczywiście zagranie w jego stylu. Na porannej zaprawie pobiegli na dworzec autobusowy. Matys stanął przed tablicą z odjazdami i długo się w nią wpatrywał, a ponieważ przerwy w zaprawie nie były w jego zwyczaju, zaraz ktoś zapytał, co się dzieje.

– Nic takiego. Sprawdzam autobusy dla Kamili, bo zdecydowała się, że wraca do domu. Masz o jedenastej dwadzieścia; potem dwunasta czterdzieści i trzynasta dziesięć…

Kamila – niewyspana, nafaszerowana tonami słodyczy, z bolącym po lodach gardłem – rzuciła mu pełne skruchy spojrzenie, ale to go nie wzruszyło.

– To co, którym jedziesz?

Koło nich stał Sławek i z oburzeniem na nią patrzył.

– Nie lubię, jak ktoś rzuca pracę w pół drogi, ale do rozsądku nikt nikogo nie zmusi. Który wybierasz?

Zrobiło się cicho.

Matys nie krzyczał, nie robił awantury, nawet nie patrzył na Kamilę, tylko wciąż studiował rozkład jazdy.

Kamila się rozpłakała.

– To histeria czy refleksja nad sobą?

Milczał krótką chwilę.

– Ruszamy! – krzyknął w końcu.

Pobiegli dalej.

Kamila mało płuc nie wypluła, starając się cały czas trzymać tempo. W duchu przeklinała własną głupotę. Ona chciała oszukać Matysa? To tak jakby ktoś próbował wyłączyć słońce. Ten człowiek przez ścianę, zanim zrobisz pierwsze pas, już wie, czy wczoraj wykonałaś dzienną porcję ćwiczeń z sercem, czy tylko na odczepnego.

Wiedziała, że Matys już do tematu nie wróci. To nie był typ zrzędy.

Po przyjeździe z obozu powiedziała Dorocie, że jeśli ktoś chciałby w sposób materialny zobaczyć, co to znaczy autorytet, wystarczy, że rzuci okiem na Matysa.

W tym roku nie miała najmniejszego zamiaru zajmować się czymkolwiek poza ciężką harówą, jedzeniem, spaniem i czasem wysłaniem lub odebraniem jakiegoś esemesa. Mrugający do niej ponadwymiarowi drągale zdecydowanie byli poza obszarem jej zainteresowań.

Ośrodek był bardzo ładny; w każdym pokoju łazienka, i to świeżo po remoncie. Marzenie. Można zostawić swoje graty bez obawy, że komuś przyda się twoja szczotka lub „pożyczy” sobie twój tonik albo – co też się zdarzało – ręcznik lub nawet piżamę (to numer sprzed dwóch lat). Reszta nie miała istotnego znaczenia – poza tym, z kim przyjdzie jej ten pokój dzielić. Na ostatnim zgrupowaniu mieszkała z Agnieszką, przesympatyczną bezpro­blemową florecistką (od tego czasu miała sentyment do imienia Agnieszka), ale tym razem florecistki pojechały na zgrupowanie do Bazylei, więc…

Kamila opadła na fotel koło recepcji. Nie brała udziału w ogólnej przepychance, kto z kim w jakim pokoju. Nie ma Agnieszki, więc wszystko jedno. Cztery tygodnie da się wytrzymać z każdym. No, prawie każdym.

– Kamila Jutrzenko i Sławomir Olszewski, pokój czternaście – głośno oświadczył trener sekcji lekkoatletycznej. – Marcin Zbaraski…

– Zaraz, zaraz! – Kamila zerwała się z miejsca. – Jak to? Mam być w pokoju ze Sławkiem?

To już nie były żarty. Po pierwsze: tego by nie przeżyła, a po drugie: te gwizdy, gremialne „uuu” były nie do zniesienia, podobnie jak stała obecność Sławka z jego natręctwami, wiecznie otwieranym i zamykanym oknem oraz dwa razy dziennie sterylizowanym grzebieniem.

– A tak, zaraz… rzeczywiście… – Trener lekkoatletów zasępił się. – To może Zbaraski z Olszewskim i z Piegatem, a ty… no cóż, na razie idź do czternastki, jakoś nie widzę dla ciebie pary.

„Ja też nie widzę dla siebie pary” – pomyślała Kamila, patrząc na przepychający się, rozwrzeszczany tłum klubowych kolegów.

– Może wnieść ci torbę?

Kamila drgnęła. Rozejrzała się po korytarzu.

Windy ani śladu. Oto test na stałość zasad. Jeśli teraz się zgodzi, to jakby pozwalała mu na pierwszy krok. On zaraz zacznie sobie coś wyobrażać, a ona po pierwsze: ma Artura, kocha go, to jej chłopak, najcudowniejszy ze wszystkich, a po drugie, trzecie i czwarte: nie jest zainteresowana żadnymi aferami damsko-męskimi, szczególnie na obozie, pod okiem Matysa, i szczególnie z tym wielkoludem.

Co znaczą dwa piętra? W końcu jest sportowcem, a torba nie jest taka ciężka.

– Chętnie – powiedziała i nie patrząc na chłopaka, ruszyła w kierunku schodów.

Po chwili zrównał z nią krok. Kamila mimo woli zauważyła, że jej torbę niósł tak, jakby były w niej dwa zeszyty, a nie majdan na cztery tygodnie.

„Niezły jest” – pomyślała, ale nie zaszczyciła go komplementem. Wręcz przeciwnie – dumnie wysunęła podbródek i rozglądała się wkoło, jakby wchodziła po schodach sama. Dopiero gdy doszli do czternastki, Kamila zdecydowała, że czas wyjaśnić na wstępie kwestie zasadnicze.

– Dzięki. Zaraz napiszę mojemu chłopakowi, jaki Waligóra tu zjechał.

„Waligóra? Co ja gadam?!”. Poczuła, że od szyi skrada się ostry rumieniec.

– Tańczysz, prawda? – Nie zaczekał na odpowiedź. – Od razu to wiedziałem, jeszcze pod klubem w Warszawie. Tak się ruszasz… inaczej niż wszyscy, jakbyś głaskała powietrze. To na razie.

„»Jakbyś głaskała powietrze«? Niezłe! Tylko dlaczego już poszedł? I co? Żadnego »wnieść ci torbę do środka«? Żadnego »jak masz na imię«? Poszedł sobie? Tak po prostu?”.

Kamila stała przed czternastką i patrzyła na plecy Waligóry. Artur był zdecydowanie przystojniejszy, miał fajniejszy głos, dużo bardziej wyraziste oczy, o wiele inteligentniejszy wyraz twarzy i był ogólnie dużo, dużo fajniejszy. Może tylko nie miał tak imponującej postawy, ale Kamila nigdy nie przepadała za wielkoludami.

„Po co ja w ogóle o nim myślę? Przecież on mnie nic nie obchodzi. To jakiś mięśniak. Jest dla mnie nikim. I będzie nikim”.

– O Matyldo, ty wiesz, z jakimi zwierzakami mnie umieścili? Jeden beka, drugi ucieszył się, że w pokoju jest łazienka, bo będzie miał gdzie chłodzić piwo. Ten pierwszy zapomniał piżamy, ale uznał, że jest gorąco, więc po co mu piżama. Pewnie będzie spał na golasa!

Kamila usłyszała głos Sławka i dopiero wtedy się ocknęła. Podała przyjacielowi klucz, pozwoliła wnieść swoją torbę do pokoju i żalić się nadal.

– Czy ty kiedykolwiek będziesz zadowolony z życia?

– Kiedyś na pewno będę.

– Nie mów mi „kiedyś” i nie mów…

– Wiem, wiem. Jak ktoś mówi „kiedyś”, to tak jakby krzyczał: „ludzie, uwaga, zmyślam”, a „na pewno” na tym świecie nie istnieje – z ironią wyrecytował Sławek. – Słyszałem to sto razy.

– Więc skoro słyszałeś, to tak nie mów.

– Aha. Jak robisz ten obrót, to złap mnie nie tu, tylko za nadgarstek. Będzie stabilniej.

– Racja. Dobrze, czyli gdzie?

Kamila i Sławek wyciągnęli ręce i błyskawicznie to przećwiczyli. Nie było między nimi żadnego napięcia. Nigdy się nie kłócili, najwyżej droczyli, tak jak przed chwilą.

Gdy po niecałej godzinie zeszła do stołówki, od razu zobaczyła Waligórę. Siedział przodem do wejścia. Widział ją na pewno, bo zerknął na nią i na chwilę zatrzymał wzrok, ale twarz mu nawet nie drgnęła.

Kamila poczuła przykre ukłucie rozczarowania.

Na obiad była ogórkowa, klopsy wieprzowe w sosie pomidorowym, pęczak, gotowane buraczki, surówka z zielonej sałaty i pomarańczy i kompot truskawkowy, którego Kamila nie znosiła.

Zjadła wszystko. Na wyjazdach nie miała zwyczaju niczego nigdy zostawiać, ale też nigdy nie kupowała sobie dodatkowego jedzenia. W ogóle była zadziwiająco porządna i poukładana.

*

Dziadkowie wyszli po dziewczynki na dworzec w Kutnie. Nastąpiła dobrze wszystkim znana ceremonia zachwytów, jak dziewczynki urosły od ostatniej wizyty, jakie są podobne do swojej mamy, jakie z nich prześliczne panienki (po tych słowach Majka zawsze znacząco patrzyła na siostrę) oraz jak bardzo dziadkowie się cieszą. Następnie dziadek, jak co roku, zrobił tajemniczą minę.

– Wiecie, co ja dla was przygotowałem?

Dziadek, jak co roku, przygotował wędki, ale obie siostry niemal jak na komendę zapytały:

– Co takiego, dziadku?

– Nie zdradzę wam, tylko powiem, że jutro musimy bardzo wcześnie wstać.

– Nic się nie martwcie. Dziadek tylko tak żartuje. Upiekłam wasze ulubione rogaliki drożdżowe.

– Ja żartuję? Jutro rano idziemy na ryby. Już się umówiłem z Wąsowskim.

Wąsowski był starym znajomym dziadka, jeszcze z czasów licealnych. Na rok przed maturą pobili się o niejaką Teresę i przestali ze sobą rozmawiać. Teresa matury nie zrobiła, za to wyszła za mąż za dużo starszego od siebie dyplomatę. To jednak też nie pogodziło obu panów. Dopiero gdy po czterdziestu latach spotkali się na pogrzebie Teresy, odkryli, że wiele ich łączy i że stracili masę lat na głupie animozje. Od tego czasu pozostawali w wielkiej zażyłości, co manifestowało się między innymi tym, że razem chodzili na ryby.

– Mowy nie ma. Zanudzisz je na śmierć. A poza tym mówiłam ci, żebyś nie spotykał się z tym dziadem Wąsowskim. Ma na dziadka bardzo zły wpływ – konfidencjonalnie szepnęła siostrom, jakby dziadek był czterolatkiem, który poznał kogoś koło huśtawek na podwórku. – Potem wam powiem.

Siostry wiedziały, że babcia nie przepada za historią z tą całą Teresą, ale nic nie powiedziały. Ona przyjaźniła się z niejaką Matyldą Woźniak, zwaną przez wszystkich Woźniakową. Dziadek też jej nie lubił i też zawsze coś tam na jej temat dogadywał. To było standardowe zachowanie. Nic nowego.

– No, idziemy do domu. Jutro wybierzemy się na rynek. Stasiu, zostaw tę walizkę, nie możesz dźwigać.

– Ga-da-nie-do-kto-rów – sapnął dziadek.

– Dziadek z wiekiem staje się niemożliwy – cicho powiedziała babcia. – A w tym roku to jest wprost nieznośny. Gdybym go nie pilnowała…

– Co tam mówisz?

– Że na obiad jest zupa pomidorowa z naszych pomidorów.

– Sam wybierałem wołowinę do niej, bo tylko ja umiem dobrze wybrać – dumnie powiedział dziadek.

– Same widzicie, coraz gorzej.

Tak było od lat. Babcia wciąż powtarzała, że jest coraz gorzej, a dziadek wciąż zachowywał chłopięce poczucie humoru. Siostry bywały u dziadków w Kutnie kilka razy w roku. Ich rodzice uważali, że trzeba podtrzymywać kontakt z dziadkami.

Ogólnie w Kutnie u dziadków było bardzo miło. Może tylko poza momentami, gdy dzwonili rodzice, bo Dorota czuła, że dzwonią wtedy podejrzanie często, żeby dziadkowie nie domyślili się, że standardem jest telefon raz na dwa tygodnie.

Gdy Dorota miała szczególnie zły dzień, dręczyła się myślą, jak rodzice wracają skądś tam i nagle ojciec mówi:

– Och, kochanie, a może byśmy zadzwonili do dzieci? Ciekawe, czy jeszcze żyją?

A na to mama:

– Dzisiaj? Daj spokój, najdroższy, nie psujmy sobie nastroju. Jutro zadzwonisz. Na pewno żyją. Gdyby coś się stało, to przecież ktoś by nas powiadomił.

*

– Jak ci ustawili treningi techniczne?

– Zaczynam w drugiej turze – odruchowo odpowiedziała Kamila, a dopiero potem zorientowała się, że pytanie zadał Waligóra. Już nie umiała o nim inaczej myśleć. „Waligóra”. To świetnie do niego pasowało.

– Ja mam przed samą kolacją.

Kamila zerknęła na niego, czy będzie na to narzekał. Nie. I prawidłowo. Ona nigdy nie narzekała na rzeczy, na które nie miała wpływu, i ceniła sobie tę cechę u innych. Spodobało jej się, że Waligóra nie gustuje w narzekaniach. Co prawda, gdyby na przykład gustował, mogłaby już ostatecznie go skreślić. Co rozumie przez „skreślić”, nie zastanawiała się, ale takie właśnie słowo przyszło jej do głowy.

– Nagrałem sobie wasz występ z Lyonu.

– Po co? Chcesz się nauczyć tańczyć walca? – powiedziała z minimalną nutą ironii i udała najeżoną, jakby go chciała odstraszyć.

– Po prostu chciałem mieć nagranie z tobą. I wiesz, bardzo fajnie dygałaś, jak wam dawali nagrody. Teraz w Madrycie też sobie nagram. Lubię, jak wygrywasz.

– Skąd wiesz? Może nie wygramy?

– Wygracie, jesteście u Matysa. Ale podłe zupy nam dają, nie? To cześć. Zaraz mamy kondycyjny. Znikam.

Miała dziesięć minut do zajęć z choreografką. Trzy minuty, żeby się przebrać i spiąć włosy, więc jest jeszcze siedem minut wolnego. Bardzo dużo. Zamierzała wykorzystać je na załatwienie spraw sercowo-towarzyskich. Nie miała zbyt wielu osób, które powinna dopieścić emocjonalnie.

Mieszkała nadal sama, więc w pokoju panował idealny porządek. W zasadzie wcale nie było widać, że tu w ogóle ktoś mieszka. Wskazywała na to jedynie komórka na nocnej szafce.

Kamila napisała do Artura:

„Cześć, Ślimaczku! Mam już stały grafik. Jak zawsze na początku strasznie cisną. Jest nowa choreografka. Ostra, ale wie, co robi. Zaprawy prowadzi Matys, więc wszyscy wyją z rozpaczy, a nam chce się śmiać. Sławek ma ostrą fazę na cukier, jak zawsze przed zawodami. Poza tym nic nowego”.

– Nic nowego? – powtórzyła pod nosem i przeczytała wszystko od początku.

Uśmiechnęła się na wspomnienie Artura. Pomyślała, że bardzo go kocha i jest jej z nim dobrze. Teraz pisze do niego esemesa, bo za nim tęskni.

Zanim wysłała wiadomość, dopisała jeszcze:

„Bardzo za Tobą tęsknię. Kocham Cię. A co u Ciebie?”.

Następnie napisała do Doroty:

„Jak żyjesz? Dziadek znów wędkuje z dawnym rywalem? Kłócą się o Woźniakową? Pamiętaj, nie garb się, nie drap krost i zjedz coś czasem. Od czterech dni…”.

Wykasowała trzy ostatnie słowa. Co niby od czterech dni? Nic się przecież nie działo. Od rana treningi, trzy posiłki dziennie i czasem kilka słów z Waligórą. Zamiast tego napisała:

„Sławek wczoraj kupił sobie spirytus w monopolowym. Wiesz, po co? Żeby dezynfekować grzebień, bo obawia się, że »zwierzęta« z jego pokoju używają go, jak mówi, »Bóg raczy wiedzieć do czego«. Pozdrowiłam go od Ciebie”.

Wysłała.

Położyła komórkę na szafce, wskoczyła w czarne trykoty, związała włosy w wysoki węzeł na czubku głowy, wzięła baletki, bluzę, butelkę mineralnej i pobiegła na trening.

Cała grupa lekkoatletów miała właśnie kondycyjny i wszyscy wisieli na drążkach zainstalowanych na korytarzu. Waligóra wbił w nią wzrok. Poczuła, że obejrzał ją dokładnie od stóp do głów. Miała na sobie obcisły baletowy trykot, więc nie musiał wysilać się na domysły. Nic nie powiedział.

– Ale chuda… rączki jak słone paluszki… – otwarcie mówiły między sobą lekkoatletki, ale Kamili było to obojętne.

Nic nowego, nic zaskakującego. Wszystkie sekcje w klubie trzymały ze sobą i zawsze obgadywało się – pływaczki za gigantyczne bary, tenisistki za przerośnięte mięśnie, lekkoatletki za męską budowę, a tancerki za wszystko, a najbardziej za sztuczny uśmiech i bieganie w trykotach. Kamila, chociaż sama nigdy nie obgadywała kolegów (raczej dlatego, że nie miała z kim niż z powodu zasad), znała tę rozrywkę bardzo dobrze. Na temat swojego ciała i siebie samej usłyszała już chyba wszystko, co tylko dało się wymyślić. Ludzie zachwycali się jej urodą lub komentowali pogardliwie, że jak ładna, to na pewno głupia i pusta. Uważali, że ma wielki talent lub że marnuje życie na zbędnych światu podrygach. W gruncie rzeczy nigdy nie usłyszała nic naprawdę raniącego. Innym poważniej się dostawało. Trenerzy, do których czasem ktoś nowy w klubie pobiegł na skargę, ignorowali takie zachowania i chociaż nikt nie mówił o tym głośno, każdy zawodnik wiedział, że trenerzy popierają te złośliwości. Kadra uważała nawet, że to trening uodparniający ich podopiecznych na stres, na werdykty bezlitosnych sędziów, krytyczne opinie prasy i reakcje kibiców, którzy swoimi okrzykami wykończyli niejednego dobrze przygotowanego zawodnika.

I to działało. Słowa spłynęły po Kamili. Jedyne, co zabrała ze sobą na zajęcia, to dotyk szarych oczu Waligóry.

Sama nie zdawała sobie sprawy, jakie wrażenie zrobiło na niej jego oszczędne pokręcenie głową. A jednak zrobiło. Po półgodzinie treningu choreografka warknęła:

– O czym ty myślisz, dziewczyno? Miałaś stać w trzeciej pozycji, a co to jest? Skup się. Szkoda mojej pracy. Marnujesz czas mój i Sławka. Może chcesz przerwać?

Kamila zesztywniała. Dekoncentracja zdarzała jej się rzadko, a już nigdy tak bez powodu. Wściekła się na samą siebie. Zwijając dłonie w pięści, wbiła sobie paznokcie w skórę. Zabolało. I dobrze! Skarciła się w myślach:

„Kocham Artura. To mój chłopak. Jest nam razem bardzo dobrze, bo ja kocham jego, a on mnie. Kocham go. Artur jest moim chłopakiem”.

Odchyliła ramiona, napięła mięśnie, z furią wykręciła szyję i ustawiła stopy w trzeciej pozycji baletowej. Chwyciła drążek, jakby był jedynym życiowym oparciem, oderwała myśli od wszystkiego poza tym, jak pracują jej stopy…

Po kilku ćwiczeniach choreografka powiedziała:

– Teraz bardzo dobrze.

*

Dorota stała przy oknie. Patrzyła na Majkę i jej nowo poznaną, też przyjezdną, koleżankę. Obie dziewczynki siedziały na huśtawkach, lekko się bujały, ale bez odrywania nóg od ziemi. Obie miały na głowach szerokie kapelusze, a koło huśtawek stały butelki z wodą mineralną. Co chwila wybuchały śmiechem.

„Gówniary” – pomyślała zła na cały świat Dorota i odeszła od okna. Wiedziała, że Majka wzięła wycinki o rodzicach i chwali się nowej koleżance.

„A kim niby oni są? Scenografia to nie jest sztuka, to działalność użytkowa, jak praca szewca czy dentysty”.

Dorota nie mogła się powstrzymać, żeby znów nie podejść do okna. Majka rozkładała przed koleżanką wycinki z gazet.

„Po co ona jej to pokazuje? Kogo to obchodzi? Nie ma się już czym chwalić?”.

Była dziwnie rozdrażniona, wściekła na coś nieuchwytnego. Czuła się, jakby świat o niej zapomniał. Mogła robić, co tylko chciała, a i tak nikogo by to nie obeszło.

– Dorotko, otwórz, bo ktoś puka – zawołała babcia i uniosła oblepione mąką ręce na znak, że nie może odejść od stolnicy.

– Dzień dobry, nie przeszkadzam? A ty czemu w domu siedzisz? Pobiegaj.

Dorota uśmiechnęła się z przymusem. „Pobiegaj, jak koń na pastwisku, co?” – i wpuściła panią Woźniakową do mieszkania.

Zadbana staruszka była bardzo miła, w każdym razie babcia za nią przepadała. Mieszkała po sąsiedzku i dziewczynki znały ją od lat. Odkąd kilka lat temu malowniczo określiła zęby Doroty jako „końskie” i stwierdziła, że „trzeba by coś z tym zrobić” – Dorota nie przepadała za nią. Z ledwością ją tolerowała, bo kobieta była jak na jej gust za wesoła (a co w życiu jest wesołego?), zawsze zadowolona (a z czego tu niby się cieszyć?) i zbyt wścibska (a co ją obchodzi, co Dorota ostatnio czytała?). Formalnie była na emeryturze, jednak jej doświadczenie zawodowe sprawiało, że wciąż napływały do niej propozycje poprowadzenia, skorygowania, sprawdzenia jakichś ksiąg, faktur, dokumentacji finansowej.

– Patrzcie, ósma, a już tak pali. Będzie gorąco.

„Będzie gorąco. A to nowość!”.

– Co ty, Basieńko, gotujesz?

– Robię dla dziewczynek pierogi z wiśniami. Zobacz, jakie ładne wiśnie dostałam.

– Rzeczywiście. Może ci pomóc drylować?

– Ale ręce upaćkasz.

– No to co? Daj, pomogę. Spać dziś nie mogłam i już wszystko zrobiłam. Nudzi mi się, to do was przyszłam.

Bez pytania wysunęła najniższą szufladę w kredensie, wyjęła sztywny od krochmalu fartuch, włożyła go i zabrała się do wiśni.

Dorota westchnęła. Wiśnie, drylowanie, mąka i rozmowy o upale. Co za nuda… W tym roku pobyt u dziadków znosiła zdecydowanie gorzej. Przyczyną może było to, że plan dnia przez ten duszący upał całkiem stanął na głowie. Wszyscy wstawali za wcześnie, a potem trzeba było siedzieć w domu i nawzajem się znosić. Dziadkowie robili sobie długą drzemkę w środku dnia. Dorota też próbowała usnąć, ale nie zawsze jej się to udawało. Czytanie też niezbyt dobrze jej szło, bo w każdej pozycji tak samo przyklejała się do narzuty na łóżku lub obicia fotela.

Z kuchni dobiegały strzępki rozmowy:

– I co teraz robisz?

– Wiesz, dali mi księgi z trzech ostatnich lat. W ogóle nie wpisywali numerów faktur i teraz trzeba wszystko opisywać i uzupełniać.

– Kiedy ty, Marysiu, odpoczniesz?

– Umrę, to odpocznę.

Dorota cicho podeszła do drzwi pokoju, który zajmowały z Majką, i ostrożnie je zamknęła. Teraz zacznie się gadanie o tym, kto ostatnio umarł, gdzie go pochowali i jak ten upał nie ma litości dla starszych ludzi.

„Gdybym tak miała odtwarzacz mp3, mogłabym sobie czegoś posłuchać” – pomyślała i najpierw poczuła ból, a zaraz potem ten okropny dzień stanął jej przed oczami. Dawno już nie uległa tak łatwo tym wspomnieniom. Starała się trzymać je w najdalszym, najgłębszym zakamarku serca i dobrze pilnować, by się nie wymknęły. Na ogół sobie z tym radziła, poza takimi momentami jak ten, kiedy przez głupią chwilę nieuwagi myśl wymknęła się z więzienia niepamięci i rozłożyła czarne, wstrętne skrzydła. Teraz prezentowała się w całej krasie i bolała jak diabli.

Temat mp3 bolał najbardziej. Nic się z tym nie dawało porównać. Ani to, jak w podstawówce pani zapytała jej babcię, czy rodzice nie żyją, ani to, jak ojciec, zapisując ją na basen, nie mógł sobie przypomnieć, czy ma drugie imię, ani to, że dwa razy rodzice przyjechali do domu w Wigilię i nie mieli dla córek prezentów. To znaczy im się wydawało, że mają. Przywieźli przecież tyle ostrych przypraw, kawę i alkohol z kaktusów i… zestaw ostrych noży kuchennych. Masa prezentów!

Starała się nie zbliżać do tego tematu. Minęło już jedenaście miesięcy, a rana bolała jak świeża. Teraz Dorota tylko lekko musnęła tamto wspomnienie i już wiedziała, że szybko nie przejdzie. Rzuciła się na łóżko i nakryła poduszką twarz. Leżała.

– Dorotko, chodź, są już pierożki.

Dorota przetarła oczy.

„Spałam trzy godziny?”.

Czuła się rozbita. Bolała ją głowa, a sen, że ma mp3, był już przeszłością. Przyszłością były pierogi z wiśniami.

„Na pewno ze śmietaną”.

Skrzywiła się. Nie lubiła śmietany, za pierogami zresztą też nie przepadała, w ogóle jedzenie nie było jej ulubionym zajęciem. Trudno. Zje coś dla pozoru i… może wymyśli, co robić z tym dniem.

– Oj, kochanie, cukier mi się skończył.

– Ja pójdę! – Na progu stała Majka. Uśmiechała się, nie wiedzieć do kogo i dlaczego. Szczęście aż od niej biło.

Dorota obrzuciła młodszą siostrę krytycznym spojrzeniem.

– Co się cieszysz jak wariatka? – warknęła, ale Majce nie tak łatwo było popsuć humor.

– Lepiej się cieszyć, niż przypominać kwaszoną kapustę, jak ty. Zresztą powiem wam, jak wrócę. Strasznie fajna jest ta Jowita. Powiedziała, że prace rodziców są śliczne. To co, babciu? Daj mi pieniążki.

– A weź sobie. Są w szufladzie koło sztućców.

Majka wysunęła szufladę i sięgnęła po portfelik babci. Jedną ręką próbowała zamknąć szufladę, ale ta, widocznie wypaczona upałami, ani drgnęła.

– Dorota, zasuń ją. To ja lecę. Za sekundę wracam!

Dorota niechętnie wstała. Podeszła do wiekowego dębowego kredensu. Szturchnęła szufladę. Nic. Jeszcze raz. Ta ani drgnęła. Coś ją blokowało.

Nachyliła się i zajrzała w głąb kredensu. Za szufladą coś było, jakaś rurka. Dorota wsadziła rękę. Pod palcami poczuła rulonik jakichś bibułek. Ostrożnie, żeby niczego nie uszkodzić, wyjęła zawiniątko i szuflada natychmiast lekko się zasunęła.

To był rulonik banknotów. Na wierzchu było dwieście złotych, a banknotów było kilka. Dorota znów wysunęła szufladę i mimo że zaglądała tu wiele razy, dopiero teraz zwróciła uwagę, że szuflada jest wyłożona białym papierem, który z jednej strony wyraźnie się wybrzuszał. Odgięła go. Takich ruloników było tam kilkanaście.

Dorota zagryzła wargi. Masa pieniędzy. Dlaczego babcia je tu trzyma? Już chciała zapytać, ale zrezygnowała. Babcia nigdy im o tej skrytce nie wspominała, więc nie należało ujawniać, że się ją zna. Umieściła zawiniątko koło innych, wygładziła papier i zamknęła szufladę.

– Jestem! Proszę. Kupiłam jeszcze oranżadę. Źle zrobiłam?

– Bardzo dobrze. Siadajcie, dziewczynki, jedzenie na stole. Stasiu, a co, ty już zabrałeś się do jedzenia? Nawet na nas nie czekasz? – burknęła babcia, ale dziadek nie oderwał się od pierogów. Pałaszował jeden po drugim.

Dorota umyła ręce i usiadła przy stole. Dziadek zajadał, a właściwie rozkoszował się pierogami. Majka również nałożyła sobie kilka i rozpływała się w zachwytach nad ich walorami smakowymi. Tylko Doroty pierogi jakoś nie pociągały. Nie czuła głodu, a zapach śmietany na gorącym pierogowym cieście okropnie ją drażnił. Poza tym raz po raz zerkała na szufladę, nie mogąc oderwać od niej wzroku ani myśli.

„Jakie to dziwne… My tu sobie tak siedzimy, jemy, gadamy… Niby nic, a kilka metrów od nas babcia trzyma gigantyczne oszczędności. Ciekawe, ile tam jest? Ciekawe, czy babcia wie, ile tam jest? Jak ją znam, to na pewno nie. Na pewno. Zresztą wszystko jedno. Co mnie to obchodzi. Trzeba wysłać Kamili wiadomość”.

Wyczekała moment. Odstawiła talerz z pierogami na kredens i wstała.

Wzięła do ręki komórkę i przeczytała kilka ostatnich esemesów od przyjaciółki.

„Dali mi w kość na choreografii. Jedna lekkoatletka wyleciała, bo złapali ją na paleniu. Ale była afera!”.

„Właśnie wróciłam z technicznego z Matysem. To jednak jest sadysta, ale dobrze nam poszło. Sławek kupił sprej przeciwko insektom i potajemnie spryskał pościel swoich kolegów z pokoju”.

„Jest tu pewien jegomość, którego nazwałam Waligóra, bo jest zdecydowanie ponadwymiarowy”.

„Dzwonił do mnie ojciec. Naszło go, żeby mi powiedzieć, że mnie kocha. Dobre, nie?”.

„Dziś na dyskotece zaszaleliśmy ze Sławkiem i dostaliśmy owację od wszystkich”.

„Waligóra, pisałam ci o nim, dziś popłakał się na Titanicu! Niesamowite, prawda?”.

Jeszcze raz przeczytała sobie wszystkie esemesy od przyjaciółki.

„No tak, u Kamili jak zawsze coś się dzieje. Ona jest w wartkiej części rzeki, ja – wiecznie na mieliźnie. Nie ma sprawiedliwości”.

*

Na obiad była zupa truskawkowa z makaronem, ziemniaki, kotlety mielone i tarta marchew z jabłkiem. W taki upał na pewno nikt by nie tknął jedzenia, tylko że oni przeszli kilkugodzinny trening kondycyjny na siłowni.

W stołówce było cicho. Kamila zerkała na siedzącą koło niej Justynę.

„Ma w sobie to coś, jakiś urok, blask. To samo ta tyczkarka Marianna…”.

Widać było, że jest zmęczona, nie wysuszyła włosów po prysznicu i miała grzywkę przyklejoną do czoła, a jednak to jej w niczym nie przeszkadzało – wyglądała bardzo interesująco.

Kamila z przyjemnością patrzyła raz na jedną, raz na drugą. Lubiła ładnych ludzi.

– Kama, patrz, co do ciebie przyszło. Aż trzy! – Sławek podał jej trzy koperty.

– Już zjadłeś, czy znów będziesz mdlał na treningu?

Sławek nachylił się nad nią i szepnął.

– Nic nie tknąłem. Dostałem niedomyty widelec, więc poszedłem go wymienić, a gdy wróciłem, zauważyłem, że ktoś ruszał moje drugie.

– Skąd wiesz?

– Bo zostawiłem nóż tak… – Wziął łyżeczkę i położył równolegle do kratek na ceracie. – A gdy wróciłem, to leżała tak! – Przesunął minimalnie łyżeczkę.

– Może ktoś tylko przesunął…

– A jak nie? Nie będę jeść po kimś. A jeśli oni dotykali mojego kotleta?

Kamila spojrzała na niego ze współczuciem. Ile ten człowiek miał problemów! Kilka dziewczyn przy jej stoliku uśmiechało się pod nosem, ale Kamila bardzo nie lubiła, gdy ktoś śmiał się ze Sławka. Szybko skończyła jeść, wypiła kompot i ruszyli do drzwi.

– A do mnie nikt nie pisze. A to co, od narzeczonego? – zaczepił ją Waligóra.

– Tak, od trzech narzeczonych – odpowiedziała szybko. Sama nie wiedząc dlaczego, nagle poczuła się dziwnie poirytowana. – Każdy chce się ze mną żenić.

– Nie dziwię się – odparł Waligóra i odszedł.

– Co to za wielkolud? – Sławek aż się wzdrygnął. – Nie znam go. Zdecydowanie za duży urósł.

– Ja też nie. No, chodź. Chcesz coś zjeść czy nie?

Sławek kiwnął głową i podreptał za nią.

Nie pierwszy raz Kamila prosiła w kuchni o dodatkową porcję dla kolegi. Oczywiście nie mówiła kucharkom, że na stole stoi nietknięta porcja, po prostu prosiła o drugą. Kucharki zawsze się dziwiły, że ten chłopiec tyle je, a nic po nim nie widać. Ona tego w spokoju wysłuchiwała, pilnując, żeby Sławek na krok nie oddalał się od jedzenia, bo znów uzna, że ktoś macał mu ziemniaki albo dotykał surówki.

– Czy ty myślisz, że ja przesadzam?

– Myślę, że tak.

– Czyli ty byś zjadła kotleta, którego ktoś brał do ręki albo wsadzał sobie do kieszeni?

– Jedz, ja idę poczytać.

Przekręcając klucz w drzwiach, Kamila uśmiechnęła się sama do siebie.

„Jak fajnie mieszkać w jedynce. Mogę w spokoju przeczytać listy. Trzy listy, jak to miło…”.

Wcześniej nawet nie zerknęła od kogo. Teraz uważnie je obejrzała. Jeden był w większej kopercie, bardzo ładny. Od ojca. Od mamy zwykły, z dobrze jej znanej papeterii z koniem. Trzeci od Artura…

„Dziwne… Rodzice napisali do mnie osobno? Rozstali się, jak tylko wyjechałam?”.

Szybko otworzyła list od mamy.

Kochana Kamilko!

Pozdrawiamy… całujemy… u nas wszystko dobrze…

„Czyli jeszcze się nie pozabijali”.

Ojciec też całuje i pozdrawia. Pisze o tym, że ludzie nie wiedzą, kiedy znajdują się na szczycie i że warto pochylić się nad każdą rzeczą w życiu, nawet nad czymś tak błahym jak kolory. Jego kolor to pomarańczowy…

„Kolory? Pomarańczowy? Pogorszyło mu się albo ma ostry kryzys wieku średniego. Zupełnie zwariował”.

Teraz od Artura. List zaskakująco liryczny, pełen nawiązań do książek i postaci literackich. Widocznie Artur miał więcej czasu i odświeżał lektury. Tęskni, kocha, nudzi się bez niej. Czyli w porządku.

*

Dorota zobaczyła, że Majka podsłuchuje. Na pewno podsłuchuje. Stoi przyklejona do ściany i strzyże uszami jak zając. Gdy tylko dostrzegła siostrę, zaraz pognała do kuchni i usiadła na krześle obok dziadka.

– Dziadku, powiedz mi, jakie dziewczyny uważano za ładne, kiedy ty chodziłeś do szkoły… – spytała szybko i oparła brodę na dłoniach, jedną nogę podkuliwszy tak, że ponad stołem wystawało tylko opalone kolano.

Wyglądało to tak, jakby siedziała z dziadkiem od godziny. Jednak twarz miała czerwoną, rozemocjonowaną.

– Zawsze takie same! – roześmiał się dziadek. – Takie jak ty na przykład! Ty byłabyś w każdych czasach uważana za piękność. – Dziadek pocałował Majkę w czoło. – I ty, Dorotko, oczywiście też – dodał, ale zrobił to dopiero po chwili, jak gdyby coś mu się przypomniało.

Dorota poczuła się, jakby ktoś dał jej w twarz.

„Co za upokorzenie. Jasne, że jestem brzydka. Dziadek nie musi tak jawnie się nade mną litować”.

W pokoju zrobiło się cicho. Mucha tłukła się o szybę, za oknem ktoś wołał jakąś Elkę…

– Nasze dziewczynki obie są bardzo ładne – usiłowała jeszcze załagodzić babcia, ale już i tak nic nie pomogło.

Dorota poszła do łazienki.

Nie patrzyła w lustro. Nie przepadała za tym, co zawsze tam widziała. Usiadła na pralce, podkuliła nogi i objęła je ramionami. Zamknęła oczy i zaczęła się lekko kołysać.

„Po co ja się urodziłam? Po co muszę żyć?”.

– Dorotko! Wyjdź, kochanie, tatuś dzwoni… – Babcia Basia zastukała w drzwi łazienki.

– Już idę.

„Jeszcze i to. Dlaczego na mnie musi się zawsze zwalać wszystko razem? A może nie? Może ojciec dzwoni, żeby powiedzieć, że kupił mi mp3 i że przeprasza za tamto…”.

Zerknęła do lustra i potargała sobie mizerną grzywkę. Zmusiła się do krzywego uśmiechu i wyszła z łazienki. Majka właśnie ćwierkała do słuchawki.

*

Kamila wracała z treningu zła. Od trzech dni czuła się znudzona, zmęczona, zniechęcona. Miała dosyć wszystkiego, a szczególnie tańca. Jakoś nagle zaczął ją strasznie nudzić, a ćwiczenia irytowały jak nigdy. Upał wszystkich męczył i wszystko się na niego zwalało, więc Kamila skorzystała z tej dobrze wydeptanej ścieżki i na pytania Matysa, co się z nią dzieje, dlaczego trening idzie tak wolno i opornie, odpowiadała, że to przez upał. Jednak czuła, że jej się po prostu nie chce. Jeszcze kilka miesięcy temu mogłaby góry przenosić. Teraz co kilka minut ukradkiem zerkała na zegarek, a czas na treningach ciągnął się jak guma.

– Cześć.

– Cześć.

– Mam na imię Katarzyna.

– Kamila. – Wyciągnęła rękę do małej, najwyżej dwunastoletniej dziewczynki.

– Spóźniłam się, bo byłam z rodzicami w Grecji, i… mam tu mieszkać z tobą… – Zagryzła wargi, ale po oczach było widać, że nie boi się reakcji Kamili.

Ma tu mieszkać. Nie pyta, nie żebrze o przyzwolenie. Informuje o tym.

– Serio? Nikt mi nic nie mówił.

– Tak? To ja nie wiem. Ale to czternastka, tak? Mam klucz… – Wyciągnęła przed siebie drobną smukłą dłoń z kluczem do pokoju Kamili.

Po chwili siedziała po turecku na wolnym łóżku.

– I jak tu jest? Bardzo będą męczyć? Bo mi trenerka mówiła, że tu jest ciężka praca. Wiesz, zawsze cię podziwiałam…

– Mnie? – Kamila usiadła na swoim łóżku.

Oparła się plecami o ścianę, ale odruchowo zerknęła na zegarek. Za osiem minut obiad, a ona nadal jest w treningowych trykotach.

Wstała i przygotowała sobie ubranie na zmianę. Kimkolwiek było to dziecko, ona teraz musi wziąć prysznic i się przebrać.

Trochę szkoda, że kogoś jej dokwaterowali, ale mała wyglądała na niegroźną. Szczupła, zwinna, wiotka, z wielkimi oczami i niesamowicie szerokim uśmiechem. Przez cały czas wyrzucała z siebie zachwyty nad Kamilą.

„Sporo o mnie wie”.

Kamila już miała ją przeprosić i wyjść do łazienki, gdy nagle coś ją tknęło.

– Co trenujesz?

– To, co ty. Taniec.

Kamila zamrugała powiekami.

– Taniec?

Kasia była wszystkim tym, czego Kamila powinna się bać – młodą, wschodzącą gwiazdą uprawiającą jej dyscyplinę. Była Nemezis wszystkich sportsmenek.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kiedyś na pewno Dane wrażliwe Wszystko, tylko nie mięta Bardzo biała wrona Edison. O wielkim wynalazcy Mecz o wszystko 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer