Zielone oczy wolności

Zielone oczy wolności

Autorzy: Marco Rovelli

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 15.90 zł

Historia partyzantki, która poświęciła życie za wolność swojego narodu i walkę z ISIS.

Wolność ma twarz młodej kobiety o przenikliwych zielonych oczach i ciepłym uśmiechu. Trzyma przy boku kałasznikowa, z którym nie rozstaje się nawet na chwilę.

Wolność to wspomnienie rodzinnej wioski, beztroski dziecięcych lat, wspólnego tańca, setek lat tradycji. To ojczysty język, święta i właśni bohaterowie. To możliwość decydowania o własnym losie.

Avesta Harun była kurdyjską bojowniczką, która wraz z tysiącami innych partyzantów walczyła o odzyskanie historycznych ziem Kurdystanu. Zginęła w 2014 roku.

Marco Rovelli (ur. 1969) pisarz i muzyk, współpracuje z włoskim dziennikiem „Il manifesto”. Podczas pisania biografii Avesty Harun dotarł do obozów kurdyjskich partyzantów na pograniczu Iranu i Iraku.

Tytuł oryginału

LA GUERRIERA DAGLI OCCHI VERDI

Copyright © 2016 by Giunti Editore S.p.A., Firenze-Milano

www.giunti.it

Published in accordance with Grandi & Associati, Milano.

All rights reserved

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce

© Team of Kurdish Photographers & Fighters/Flickr/CC BY 2.0

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8123-675-1

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

W języku kurdyjskim literę „x” wymawia się tak jak „h” przydechowe (jak w niemieckim wyrazie Buch); litera „ş” brzmi jak „szi” w wyrazie Shiva, „j” jak francuskie „ż” w imieniu Jean, „g” należy wymawiać jak „dż” (George), „w” jak „ł” w Washington, „h” jest dźwięczne, a „q” należy wymawiać jak „k” tylnojęzykowe.

Jesteś u celu. Przed tobą punkt kontrolny wojska tureckiego. Widzisz, jak się krzątają w oddali. Mogłoby ich tam nie być, mogli się dzisiaj nie stawić, mogli wyjechać. Mogliby zrozumieć, że są po niewłaściwej stronie. Ale nie zrozumieli. Nie tobie się zastanawiać nad tym, jak i kiedy mogliby zrozumieć. Ty możesz tylko stwierdzić fakt, przyjąć do wiadomości nieuchronność twojego losu, ich losu i tego, co trzyma was razem, dopóki śmierć was nie rozdzieli.

Tak jak oni ryzykujesz życie, połączył was wspólny los. Przeżyje ten, komu przędzie się dłuższa nić; wystarczy jedno zwycięskie cięcie, by przegrany został z pustymi rękoma. Równowaga zostanie zakłócona po raz kolejny, a świat będzie toczył się dalej, kto wie, jak długo jeszcze.

I tak, celujesz. Na ramieniu dragunow, karabin snajperski, z którym nigdy się nie rozstajesz. Pochylasz się, przyjmujesz najlepszą pozycję do strzału. Rozstawiasz nogi, wciskasz pięty w ziemię, klękasz. Prawa ręka podtrzymuje kolbę karabinu, który pewnie opiera się o bark, nad obojczykiem. Ta pewność to podpora twojego sukcesu. Przyciskasz policzek do kolby, w rękaw kurtki wszyłaś miękkie wypełnienie, żeby broń nie zadrżała od szmeru oddechu czy uderzenia serca. Dłoń, która odda strzał, trzyma lufę w połowie: zadarty kciuk, palec wskazujący na spuście. Rozluźniasz mięśnie, nic nie powinno ci w tej chwili przeszkadzać, cała twoja energia skupia się na karabinie, który jest przedłużeniem twojego ciała i który wyznacza punkt zbieżności. Dwa wdechy, rozluźniasz się jeszcze bardziej, ustawiasz lufę w linii prostej.

Teraz masz ich na muszce. Wiesz, co zrobić: strzelasz znakomicie, długo ćwiczyłaś, nauczyłaś setki towarzyszy techniki celowania i specyfiki związanej z twoim zadaniem. Kiedy jesteś snajperem, nie tylko musisz celnie strzelać. Musisz posiadać pewną stabilność emocjonalną, umiejętność koncentracji, dobrą kondycję fizyczną. Musisz odczuwać naturę dookoła ciebie. Kontrolować i radzić sobie z emocjami. Kiedy zabijasz kogoś, kto nie jest dla ciebie bezpośrednim zagrożeniem, zabijasz jakąś część siebie. Musisz wiedzieć, jak stawiać opór takiej formie śmierci.

W napięciu, które spowija całą ciebie, widzisz wyraźnie, jak spełnia się twoje przeznaczenie. Wspólny los takich jak ty. Czy raczej tego, czym zostałaś zmuszona zostać.

Jest dziesiąta wieczorem, któryś dzień września 2011 roku. Semzinan znajduje się tuż przy południowej granicy Turcji, w samym sercu Kurdystanu. Nocami tureccy żołnierze siedzą zamknięci w koszarach, w swoich małych twierdzach, które wydają się im nie do zdobycia. Nie mają odwagi urządzać sobie przejażdżek w wozach pancernych – w tych dolinach bojówki mogą zaatakować wszędzie, z każdej strony. Semzinan, który po turecku nazywa się Şemdinli, to małe miasteczko na dnie doliny otoczonej wysokimi górami, przeważnie nagimi, z rozrzuconymi kępami leśnych zarośli. Wiele ścieżek krzyżuje się na zboczach, a nocami nie sposób kontrolować ich wszystkich. Jest was przynajmniej dwustu bojowników, przybyliście tutaj małymi grupkami. Unikacie większych zgromadzeń, lepiej pozostać niewidzialnym, a jeśli któryś z was zostanie dostrzeżony, może nawet schwytany, reszta musi trzymać się z daleka, by i oni nie wpadli w ręce nieprzyjaciela. Zaatakujecie tureckich żołnierzy z sześciu różnych miejsc jednocześnie. Jeden oddział skierował się w stronę koszarów Brygady Komandosów – sił specjalnych utworzonych przez władze tureckie do walki z PKK; drugi kroczy w stronę koszarów pułku, kolejny idzie w kierunku stanowisk na wzgórzu Genis, jeszcze jeden w stronę wojskowego punktu kontrolnego na drodze do Gever. Ty jesteś dowódcą tego ostatniego.

Poruszasz się nocą, jakbyś stanowiła jedność z tą ziemią. Przez wszystkie lata spędzone w górach jesteś w tym dobra. Czołgacie się, jeden trzy metry od drugiego, aż do miejsca, w którym możecie trafić wroga. Twoja drużyna bojowa to ty i dwóch twoich towarzyszy uzbrojonych w karabiny maszynowe i przeciwczołgową wyrzutnię granatów. Cały pluton składa się z czterech drużyn bojowych i każdy z was zna drogę do wyznaczonego celu. Przeanalizowaliście sytuację na mapie. Macie wymierzone wszystko, co do metra – precyzja jednak nie wystarczy, żeby przeprowadzić akcję do końca. Tu potrzebne są zwierzęcy instynkt i zimna krew, umiejętność podejmowania decyzji w sekundę. Ty wykazałaś się obiema tymi zdolnościami. Dlatego twoi ludzie ci ufają i dlatego chcieli, byś objęła dowództwo w grupie.

Leżycie na ziemi, wsłuchujesz się w tę samą ciszę, która spowija wrogów, ale wiesz, że to nie to samo. Myślisz o ich strachu przed otaczającą ze wszystkich stron pustką. Myślisz o sobie i czujesz każdą cząstkę swojego ciała rozciągniętego na ziemi, przylega do niej jak mech. Już dłużej nie myślisz, krzyczysz: – Teraz! – I na twój rozkaz ogień otwiera się na wroga, na ludzi, którzy są tam, a wcale nie powinno ich tam być.

1.

Avesta odwraca wzrok od światła, w którym gęstnieją wspomnienia. Siedzi na swoim kamieniu, pod swoim drzewem morwy. Chociaż „moje”, „twoje”, „jej” to nieodpowiednie pojęcia tu, w górach Qandil. Na tych skałach i w tych lasach, które są domem dla bojowników PKK, to, co twoje, należy do wszystkich i każdy jest mile widzianym gościem na twoim kamieniu, pod twoim drzewem. Ale Avesta czuje, że twory natury to coś więcej niż rzeczy, bo kryje się w nich dusza. Drzewa, a nawet kamienie oddychają: wystarczy posłuchać. Jasne, ci, którzy urodzili się i dorastali w mieście, tego nie zrozumieją, kwitują śmiechem takie pomysły. Mogą tylko pomyśleć, że to poetycka metafora. Ty możesz pozwolić im tak myśleć: nie ma sposobu, by to zrozumieli, dopóki wreszcie nie otworzą serca na oścież i nie usłyszą.

Od tamtego września w Semzinan minęły prawie trzy lata. Akcja jej drużyny zakończyła się powodzeniem. Przy punkcie kontrolnym zginęło trzech ludzi wroga. Trzech policjantów, których miało tam nie być.

Avesta wciąż myśli, że zabić kogoś oznacza zabić jakąś część nas samych. Ale wie również, że ta część w niej umarła już dawno temu, na tym pogorzelisku nie zostało już nic, co można zabić. Teraz jej zadaniem jest wyrwać korzenie zła, by już nikt więcej nie zginął. Zmuszono nas do tej wojny, myśli Avesta, ostatniej wojny, po której będziemy wolni. Przypadł nam w udziale koszmar zła, bo zło wyciągnęło po nas swoje ręce.

Nie była to ostatnia akcja, w której brała udział. Ale teraz, w świetle gasnącego dnia, pod drzewem morwy, przed oczami przewijają się jej twarze dwóch towarzyszy, którzy zginęli podczas ataku na żandarmerię, kiedy zaskoczył ich czołg i pięćdziesiątka tureckich żołnierzy gotowych odpowiedzieć na ich ogień. Twarz Fehmiego, dwudziestolatka, i Salmana, lat dwadzieścia pięć. Z Salmanem znali się od dawna, od kiedy ona nazywała się Filiz i nie wyobrażała sobie nawet, że któregoś dnia stanie się Avestą.

Salman pochodził z Wan i był od niej młodszy o cztery lata. Pamięta, kiedy spotkała go po raz pierwszy – na imprezie, tańczyli tradycyjne tańce tureckie, objęci, wirujący w jednym rytmie tancerze, jak fala. Później rozmawiali o górach, mówił, że je lubi, choć nie zna zbyt dobrze, w końcu urodził się i dorastał w mieście. I tak Avesta opowiedziała mu o swoim dzieciństwie w górach, o tym, jak spadła kiedyś z dachu, jak jechała okrakiem na owcy, jak rozpoznaje rośliny. Kiedy później wstąpili do bojówki, spędzili razem wiele radosnych chwil na górze Qandil – spacerowali i obserwowali drzewa, rozpoznawali liście i przyglądali się pniom i gałęziom, nadawali im imiona. Teraz Avesta zastanawia się, jakie imię nadać wszystkim tym towarzyszom, którzy stali się korzeniami ich drzew.

Już od czasów sumeryjskich Kurdowie to górski lud. Od zawsze mieszkali w górach i to one dawały im pokarm i schronienie przed najeźdźcami.

Dwudziesty wiek ostatecznie wykreślił górski lud z mapy świata: Kurdowie nie istnieli. Rozrzuceni po czterech państwach, które chciały odrębności i które musiały stworzyć swój własny naród, jeden jedyny. Całą resztę należy przemilczeć. Na północy Turcy, na południu Irakijczycy, na wschodzie Irańczycy, Syryjczycy na zachodzie. Kurdów nie ma nigdzie. Zaciśnięte usta, wargi zszyte drutem kolczastym – tym Kurdowie byli dla swoich panujących, niczym więcej. Zwłaszcza dla tureckiego suzerena – to właśnie Turcji w udziale przypadła największa część kurdyjskich ziem. Obowiązywał zakaz mówienia po kurdyjsku nawet w prywatnych domach. Kurdowie okaleczeni, przemykający chyłkiem jak duchy, rozdzieleni z rodzinami. Aż do lat siedemdziesiątych panują niespokojne czasy ognia, w których podnosi się wiele głów, krzyczy wiele gardeł i wiele języków wyraża swoje wizje. Wtedy jeszcze łatwiej usłyszeć własne milczenie. Tak miał miejsce nowy początek i Avesta czuje się odpowiedzialna za doprowadzenie sprawy do końca.

Nieznacznie prostuje plecy, które wykrzywiły się pod ciężarem wspomnień o Salmanie. Dotyka kamienia, na którym siedzi, ciemnego i okrągłego z małym wgłębieniem pośrodku – wystarczą dwa szybkie ruchy miednicy, żeby rozsiąść się i umościć jak na wygodnej kanapie. Widzi Şimal, bojowniczkę, która dołączyła kilka miesięcy temu do ich oddziału, zbliża się do niej ze swoim nieśmiałym i słodkim uśmiechem.

– Chodź, Şimal, usiądź obok mnie. – Şimal sadowi się pod drzewem morwy, cieszy się, że może być blisko swojej dowódczyni. Avesta spędza dużo czasu ze swoimi towarzyszkami i towarzyszami, chce poznać ich na wskroś: kiedy jesteście w jednym oddziale, musisz poczuć, jak twoi towarzysze stają się częścią ciebie, musisz oddychać ich oddechem, rozglądać się ich oczami, patrzeć z ich perspektywy. Şimal otwiera się przed Avestą, pozwala, by weszła w jej oddech. Czuje, że tą kobietą kieruje jakaś ulotna, tajemnicza siła.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Spis treści

Wstęp

1.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zielone oczy wolności 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran