Tajemnica diabelskiego kręgu. Tom 3. Tajemnica godziny trzynastej

Tajemnica diabelskiego kręgu. Tom 3. Tajemnica godziny trzynastej

Autorzy: Anna Kańtoch

Wydawnictwo: Uroboros

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 17.59 zł

Anna Kańtoch, pięciokrotna laureatka Nagrody im. Janusza A. Zajdla oraz laureatka Nagrody im. Jerzego Żuławskiego, powraca z ostatnim, długo oczekiwanym trzecim tomem „Tajemnicy diabelskiego kręgu” – zachwycającej trylogii fantasy

Nina budzi się zziębnięta wśród rozsypanych na posadzce odłamków szkła. Nie wie, gdzie właściwie się znajduje, ani nie pamięta, kim jest. Rozglądając się wokół, zauważa, że odzyskała przytomność w pałacyku, który stoi przy rynku niewielkiego miasteczka.

Tydzień wcześniej Nina, Jacek, Tamara oraz Hubert zostali zabrani przez komunistów na ferie zimowe. Mieli je spędzić w urokliwym miasteczku w Bieszczadach, jednocześnie przygotowując się do swoich przyszłych zadań jako elitarna grupa Czerwonych Kapturków, czyli nastolatków zwalczających skutki anielskiej magii.

A teraz przerażona, pozostawiona sama sobie Nina, ubrana jedynie w staroświecką suknię z koronkami, odkrywa, że miasteczko jest wymarłe. Nie napotyka żadnych śladów życia, zupełnie jakby wszyscy mieszkańcy nagle zniknęli. Pozostało jedynie zimno i śnieg.

Jak się tu znalazła i co się stało z mieszkańcami opuszczonego miasteczka?

Anna Kańtoch

TAJEMNICA GODZINY TRZYNASTEJ

Copyright © by Anna Kańtoch, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa, MMXVIII

Spis treści

Rozdział pierwszy, w którym panuje mróz i jest mnóstwo pytań, a bardzo niewiele odpowiedzi.

Rozdział drugi, w którym Nina kolejny raz rusza w podróż, nie znając zupełnie celu.

Rozdział trzeci, w którym Nina przypomina sobie przeszłość (choć niecałą), a potem poznaje opuszczone miasto.

Rozdział czwarty, w którym Nina znajduje coś, czego się nie spodziewała.

Rozdział piąty, w którym Nina znowu dedukuje, a poza tym stara się przeżyć w opuszczonym mieście.

Rozdział szósty, w którym Nina jest świadkiem coraz dziwniejszych zdarzeń i zaczyna się poważnie niepokoić.

Rozdział siódmy, w którym Nina rozwiązuje wreszcie tajemnicę zagadkowego zwierzęcia, ale pytań i tak jest wciąż zdecydowanie zbyt dużo.

Rozdział ósmy, w którym Nina i pozostali wreszcie zaczynają działać jak drużyna.

Rozdział dziewiąty, w którym Nina zadaje mnóstwo pytań, ale na żadne nie otrzymuje odpowiedzi.

Rozdział dziesiąty, w którym Nina wykazuje się odwagą, a potem szuka artysty.

Rozdział jedenasty, w którym Nina otwiera zamknięty pokój.

Rozdział dwunasty, w którym Nina idzie na bal.

Rozdział trzynasty, w którym Nina przeprowadza autopsję.

Rozdział czternasty, w którym Nina po raz pierwszy w życiu budzi w kimś lęk.

Rozdział piętnasty, w którym Nina znowu wykazuje się uporem.

Epilog

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Rozdział pierwszy, w którym panuje mróz i jest mnóstwo pytań, a bardzo niewiele odpowiedzi.

Obudziło ją zimno.

Nie takie zwyczajne zimno jak wtedy, gdy w styczniową noc człowiek przypadkiem zrzuci z siebie kołdrę, ale paskudny, przenikliwy ziąb, docierający do najgłębszych zakamarków ciała i wygryzający z nich resztki ciepła.

Zimno, to była jej pierwsza myśl. I niewygodnie – to była druga. Leżała na czymś twardym i lodowatym, jakby zasnęła na ściętej mrozem tafli jeziora. Wstawaj, podpowiadała jej rozsądna część umysłu, musisz wstać, bo inaczej zamarzniesz. Jednak ta mniej rozsądna część wciąż się ociągała, jakby liczyła, że jeśli dziewczyna zwinie się w naprawdę bardzo ciasny kłębek, zdoła odnaleźć w sobie odrobinę ciepła.

Wstawaj.

Otworzyła oczy i poruszyła się, płacąc za to kolejną falą zimna, które z wściekłością zaatakowało ukryty dotąd pod włosami kawałek szyi. Przed oczami miała teraz niewyraźny obraz czarno-białej posadzki zasłanej czymś przezroczystym, co wyglądało jak drobinki lodu. Albo szkła. Zamrugała, obraz się wyostrzył. To zdecydowanie było szkło, a nie lód, mnóstwo ostrych jak igły odłamków, jakby z sufitu spadła ogromna szyba.

Tak bardzo zimno.

Dziewczyna uświadomiła sobie jeszcze jedno – bała się. Coś tu było mocno nie w porządku. Dlaczego leżała na podłodze wśród odłamków szkła? I przede wszystkim: GDZIE właściwie leżała? A potem do tych pytań dołączyło kolejne, to najstraszniejsze. Pytanie, którego nawet nie odważyła się do końca sformułować.

Gdy zmusiła do ruchu zesztywniałe mięśnie, coś ześliznęło jej się po plecach. I po ramionach. Poczuła delikatne ukłucie w szyję, jakby kot drapnął ją pazurem. Znowu szkło. Cała była pokryta odłamkami, miała je we włosach i na sukience. Podnosiła się powoli, milimetr po milimetrze.

Powoli.

Najpierw wsunęła ręce pod brzuch, tam gdzie podłoga była wolna od kawałków szkła, i uniosła się odrobinę. Potem – nadal bardzo powoli – przekręciła się na bok i uklękła. Za każdym razem, kiedy któryś z odłamków zaczynał wbijać jej się w skórę, zastygała w bezruchu, a potem ostrożnie strząsała go z siebie albo zdejmowała. Trwało to długo, ale wreszcie stanęła na zimnej posadzce. Stanęła i natychmiast usiadła z powrotem, bo zdrętwiałe bose stopy za nic nie chciały utrzymać jej ciężaru, zupełnie jakby próbowała stać na dwóch nieforemnych kawałkach drewna.

Roztarła jedną stopę, a potem drugą, przywracając krążenie. Lepiej. Spróbowała podnieść się jeszcze raz i tym razem złapała jako taką równowagę. Wyglądało na to, że właściwie jest cała i zdrowa, jeśli nie liczyć strużki krwi spływającej jej po szyi. I oczywiście zmarzniętych stóp, które wystawały... hmm... spod różowej staroświeckiej sukienki? Takiej z gorsetem, jakie noszono dawno temu? Na ramionach miała białą pelerynkę z kapturem obszytym futerkiem, ale całość i tak była zdecydowanie zbyt lekka jak na zimę. Różowe atłasowe pantofelki leżące pół metra dalej też nie nadawały się na taką temperaturę.

Dziewczyna zadygotała.

GDZIE JA JESTEM?

JAK SIĘ TU ZNALAZŁAM?

DLACZEGO JESTEM TAK DZIWNIE UBRANA? CZEMU ZGUBIŁAM BUTY? BIEGŁAM DOKĄDŚ?

A MOŻE PRZED KIMŚ UCIEKAŁAM?

I wreszcie odważyła się sformułować pytanie, które już od jakiegoś czasu nie dawało jej spokoju:

KIM JESTEM?

***

Rozejrzała się, ale znalazła odpowiedź tylko na pierwsze z pytań. No, przynajmniej częściową odpowiedź.

Stała w podłużnej sali znajdującej się na piętrze jakiegoś budynku – pałacu? muzeum? Po lewej stronie ciągnął się rząd okien, z których najbliższe miało wybitą szybę. Po prawej ścianę od podłogi aż po sufit zajmowały lustra. Całe mnóstwo luster, częściowo popękanych, które odbijały kilkanaście sylwetek kasztanowłosej nastolatki w różowej sukience.

Przez okna widać było kwadratowy ryneczek niewielkiego miasteczka, cały zasypany świeżutkim śniegiem. Po gładkiej jak stół powierzchni ślizgały się czerwone promienie zachodzącego słońca. Dziewczyna patrzyła na wieżę ratusza okrytą białą czapą, na zaśnieżony skwerek i grubą warstwę puchu na cembrowinie nieczynnej fontanny. Patrzyła i wiedziała już, że wcześniej miała rację – coś tu było bardzo nie w porządku.

Idealnej gładkości śniegu nie naruszał najmniejszy nawet ślad. Wyglądało na to, że kiedy przestało sypać, żadne dziecko nie wyszło na dwór, żeby ulepić bałwana albo porzucać w kolegów śnieżkami, żaden dorosły nie przeszedł przez rynek w drodze do sąsiada czy do sklepu. To niemożliwe, pomyślała. Po prostu niemożliwe.

Nie miała jednak czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Musiała skupić się na tym, co powinna teraz zrobić. Słońce zachodziło, a to oznaczało, że temperatura wkrótce spadnie jeszcze bardziej. Dziewczyna nie była pewna, czy można zamarznąć zimą w pomieszczeniu z wybitym oknem, ale nie zamierzała tego sprawdzać. Potrzebowała schronienia, miejsca, w którym mogłaby rozpalić ogień i trochę się ogrzać. I ciepłych butów. I porządnego okrycia. Musiała zejść na dół, na rynek. A potem... potem się zobaczy.

Nie panikuj, powtórzył ten sam rozsądny głos w jej głowie. Będzie dobrze.

Nie będzie, upierał się drugi głos. Nie pamiętasz nawet, jak się nazywasz, i nie masz pojęcia, gdzie jesteś. Możesz się tylko domyślać, że w tym miasteczku zdarzyło się coś bardzo, bardzo złego.

Odetchnęła głęboko raz, a potem drugi, aż rozluźniła się ściskająca ją za gardło obręcz. Panika w niczym przecież nie pomagała. Dziewczyna ostrożnie sięgnęła po atłasowe pantofelki i założyła je, wytrząsnąwszy kawałki szkła. Przy okazji zauważyła, że na serdecznym palcu ma niewielką ranę, jakby ukłuła się ostrym odłamkiem albo szpilką. A może wrzecionem, jak w bajkach?

Odsunęła podobne myśli i rozejrzała się jeszcze raz, tym razem zwracając większą uwagę na salę, w której się znajdowała. Na suficie złociły się pulchne amorki, fruwające wśród błękitnych obłoczków. Barok, pomyślała. To barokowy pałacyk, sądząc po farbie odpadającej z obłoczków oraz amorków, trochę zaniedbany.

Przed sobą miała drzwi prowadzące zapewne na klatkę schodową, za sobą, na końcu sali, podium dla orkiestry, a przy nim stojącą pionowo drewnianą skrzynię. Dziewczyna zmarszczyła brwi. Była to solidna skrzynia przedzielona w środku przepierzeniem, wysoka i szeroka akurat na tyle, że swobodnie zmieściłoby się w niej dwoje dorosłych ludzi. I pusta w środku – widać to było wyraźnie, bo z przedniej ściany skrzyni zostały tylko rozrzucone wokół drzazgi, zupełnie jakby wewnątrz coś wybuchło.

Z jakiegoś powodu ta skrzynia budziła lęk znacznie większy niż całe opustoszałe miasto. Po co ktoś miałby wnosić coś takiego na piętro zabytkowego pałacu?

Nieważne. Najwyższa pora znaleźć ciepłe miejsce i tam na spokojnie zastanowić się, co dalej.

Ruszyła przed siebie. Szkło chrzęściło jej pod stopami, a wzdłuż kręgosłupa tam i z powrotem biegały dreszcze.

Tak bardzo zimno.

Wyszła z sali na okrągłą klatkę schodową z rzeźbioną balustradą i schodami wijącymi się spiralą w dół. Przyśpieszyła i chwilę później niemal biegła, klapiąc podeszwami atłasowych pantofelków o marmurowe stopnie.

– Jest tu ktoś?! – zawołała, ale jej głos odbił się od zimnych murów.

Zbiegła na parter i zatrzymała się jak wryta, czując, że strach, który ścigał ją przez dwa piętra, teraz wreszcie dopadł ją i złapał za gardło.

Na ścianie naprzeciwko widniał transparent z czerwonym napisem:

26 LUTEGO

13:00

PAMIĘTAJCIE!

Cofnęła się, z trudem tłumiąc wrzask. W pierwszej chwili pomyślała, że to krew, ale na szczęście to była tylko czerwona farba – dziewczyna zauważyła stojącą pod ścianą puszkę i wetknięty w nią pędzel. Odetchnęła, choć napis nadal wyglądał niepokojąco, ociekające czerwienią litery zdawały się krzyczeć z białego płótna.

Nieważne, powtórzyła z uporem w myślach. Trzeba znaleźć coś ciepłego do ubrania, teraz tylko to się liczy.

Rozejrzała się. Pomijając sypiący się gdzieniegdzie tynk, pałacyk wyglądał zaskakująco czysto: posadzkę co prawda znaczyły błotniste ślady butów, ale nigdzie nie było ani śladu kurzu, tak charakterystycznego dla porzuconych budynków. A więc bywał tu jakiś dozorca albo stróż. A dozorca powinien mieć kanciapę, żeby przebrać się czy odpocząć po pracy. Na parterze, bo pewnie nie chciało mu się niepotrzebnie biegać na piętro.

Pięć minut później dziewczyna znalazła malutki pokoik niedaleko schodów. Były w nim piecyk, stary, wytarty fotel, cały pokryty kocimi albo psimi włosami, kwadratowy stoliczek i rozchwiane krzesło. Na stoliczku leżały zatłuszczona gazeta, nóż i piętka zeschniętego chleba. Obok pusta szklanka, a w niej resztki mętnego płynu w brudnożółtym kolorze: słaba herbata albo, co bardziej prawdopodobne, bimber. Na wieszaku obok pieca wisiała kurtka na wacie. Dziewczyna włożyła ją, nie zdejmując pelerynki, a potem zmieniła atłasowe pantofelki na ubłocone kalosze, które stały przy drzwiach. Zarówno kurtka, jak i buty były na nią zdecydowanie za duże, ale przynajmniej nie marzła już tak bardzo.

Sprawdziła jeszcze datę w gazecie: 25 lutego 1954. Przeczytała kawałek artykułu, ale informacja o katastrofie kolejowej w Świebodzicach koło Wałbrzycha nic jej nie mówiła.

Wyszła, starannie zamykając za sobą drzwi.

***

Rynek wciąż był pusty, na gładkiej połaci śniegu kładły się coraz dłuższe i głębsze cienie zachodzącego słońca: fioletowe, purpurowe i różowe. W innych okolicznościach dziewczyna zachwyciłaby się tym widokiem – tak przynajmniej podejrzewała. Dzisiaj jednak była zdecydowanie zbyt przerażona na jakiekolwiek zachwyty. Nawet otaczające miasteczko górskie szczyty nie wydawały się ładne, chociaż wyglądały jak z pocztówki.

– Jest tu ktoś? – Niemal wystraszyła się własnego głosu, który zaraz utonął w nienaturalnej, ciężkiej ciszy.

Samotny płatek śniegu sfrunął z nieba i miękko opadł u stóp dziewczyny. Poza tym nie poruszyło się nic. W żadnym oknie nie drgnęła firanka, nie skrzypnęły żadne drzwi, nie było wiatru ani chmur, które mogłyby płynąć po coraz szybciej ciemniejącym niebie. Właściwie wszystko tu wyglądało jak na pocztówce, zupełnie jakby dziewczyna znalazła się w środku obrazka. Tylko słońce coraz niżej prześwitujące pomiędzy górskimi szczytami świadczyło o tym, że czas się nie zatrzymał.

– Hop, hop? – Jej głos był niebezpiecznie bliski szeptu.

Odchrząknęła, ale to nie pomogło. Strach wciąż trzymał ją za gardło. Przez chwilę myślała, żeby wrócić do pałacyku i zamknąć się w kanciapie dozorcy. Tam przynajmniej mogłaby rozpalić ogień. Jednak na samą myśl o ciasnym, dusznym pomieszczeniu zrobiło jej się trochę słabo.

Brnąc w głębokim śniegu, obeszła rynek dookoła. Były tu punkt repasacji pończoch, szewc, magiel i kawiarnia Tęcza. Oraz sklep spożywczy – dziewczyna poruszyła klamką, ale drzwi okazały się zamknięte. Szkoda, bo zaczynała być głodna, a nikt chyba nie miałby nic przeciwko, gdyby wzięła sobie jedną malutką bułkę. Taką najmniejszą.

Za to drzwi szewca okazały się zachęcająco uchylone − jednak w środku, oprócz leżących na ladzie starych damskich półbutów nie znalazła nic ciekawego.

Dalej było podobnie: drzwi kawiarni zamknięte na kłódkę, drzwi magla otwarte, drzwi punktu repasacji znowu starannie zamknięte.

Jeśli rządziła tym wszystkim jakaś prawidłowość, to dziewczyna nie potrafiła jej znaleźć.

Co tu się wydarzyło?

Zepchnęła pytanie w głąb świadomości. Lodowate zimno przenikało kurtkę i pelerynkę, stopy marzły w za dużych gumowych kaloszach. Dziewczyna zadrżała. Mrok zgęstniał już tak bardzo, że nie widziała fasady pałacyku, która zajmowała całą wschodnią pierzeję rynku. A przecież jeszcze przed chwilą mogła podziwiać barokowy front z ryzalitami i attykami balkonowymi.

Pierzeja, ryzality, attyki – jakoś wcale nie dziwiła się, że zna takie słowa, choć wiedziała też, że jej rówieśnicy nie mieliby pojęcia, o czym mówi.

– Halo?! – zawołała ponownie, już bez nadziei, że ktoś jej odpowie. – Proszę! Potrzebuję pomocy!

Mroźna cisza połknęła jej słowa, zanim jeszcze zdążyły wybrzmieć nad rynkiem. Walcząc z napływającymi do oczu łzami, dziewczyna ruszyła w stronę najbliższej kamienicy i pchnęła pierwsze z brzegu drzwi.

Na klatce schodowej panowała już zupełna ciemność: gęsta, pachnąca kurzem i starym spaczonym drewnem. Dziewczyna przesunęła dłonią po chropowatej ścianie, namacała włącznik światła i zawahała się. A co, jeśli się nie zapali? Jeśli zostanie tu sama, w mroku, przez całą noc?

Gwałtownie wcisnęła przycisk i po przerażająco długich dwóch sekundach żarówka pod sufitem rozbłysła mętnym, też jakby zakurzonym blaskiem. Dziewczyna odetchnęła i sprawdziła drzwi na parterze: numery jeden, dwa i trzy. Jedynka i dwójka były zamknięte, drzwi trójki otworzyły się, gdy nacisnęła klamkę. Nie szukała dalej, tylko wsunęła się do mieszkania i namacała kolejny włącznik.

Światło zalało staroświecki przedpokój, taki z mnóstwem obrazków świętych na ścianach i haftowaną serwetą przykrywającą komodę, na której stał cynowy lichtarz z wypaloną do połowy świecą.

– Jest tu ktoś? – zawołała. – Przepraszam, weszłam, bo było otwarte, a nie mam się gdzie schronić. Halo?

Ale i tak wiedziała, że nikt jej nie odpowie. Wiedziała o tym ze stuprocentową pewnością, choć mieszkanie wcale nie wyglądało na opuszczone. W kuchni unosił się lekki zapach kapuśniaku zmieszany z jeszcze lżejszą wonią mydlin – ktoś robił niedawno pranie. W spiżarni znalazła jedzenie: mleko w kamionkowym dzbanku nie zdążyło skwaśnieć, skórka chleba uginała się delikatnie pod naciskiem dłoni. Dziewczyna mogłaby się założyć, że ktoś kupił ten chleb jeszcze dzisiaj rano. W sypialni na krześle wisiały ubrania: zimne, jak wszystko w tym mieszkaniu, ale kiedy zbliżyła nos do szarej wełnianej sukni, poczuła jaśminowe perfumy. Łóżko było starannie zaścielone, szafki i podłoga wyglądały na niedawno wypastowane. Jakby mieszkańcy tego domu posprzątali, a potem wyszli gdzieś tylko na chwilę.

Może gdzieś na obrzeżach miasta odbywał się festyn i ludzie tam poszli? Albo jakaś inna impreza? Miło byłoby, gdyby właściciele mieszkania zaraz wrócili, nawet jeśli dziewczyna miałaby się przy tym najeść wstydu – w końcu to nic przyjemnego, jeśli człowiek zostaje przyłapany w cudzej sypialni. Wiedziała jednak, że oni nie wrócą. Żadna impreza nie jest na tyle atrakcyjna, by wyciągnąć z domu absolutnie wszystkich, a poza tym mieszkańcy pamiętaliby przecież o zamknięciu drzwi, zwłaszcza teraz, w tych niespokojnych powojennych czasach, gdy po lasach wciąż włóczyli się bandyci.

Hmm, skąd właściwie wiedziała, że była wojna, skoro nie potrafiła sobie przypomnieć własnego imienia?

Niecierpliwie odsunęła kolejne pytanie i skupiła się na Czymś Tajemniczym, co wydarzyło się w mieszkaniu. Czymkolwiek to było, musiało mieć miejsce niedawno, prawdopodobnie gdzieś między śniadaniem (ktoś kupił rano świeży chleb i twaróg) a obiadem (gdyby ktoś zaczął go przygotowywać, w śmieciach leżałyby obierki od ziemniaków czy inne resztki).

Może o godzinie 13:00. Z jakiegoś powodu dziewczynie wydawało się to całkiem prawdopodobne.

Wzdrygnęła się. Wolałaby, żeby Coś Tajemniczego wydarzyło się dawno temu, wtedy byłaby chyba odrobinę bezpieczniejsza. Teraz czuła się trochę jak bohaterowie kryminałów, którzy odkrywają, że znalezione przed chwilą zwłoki są jeszcze ciepłe, i zaczynają rozumieć, że morderca wciąż może czaić się w pobliżu.

Zirytowana na siebie samą, przeszła do następnego pokoju, który musiał należeć do dzieci. Chłopca i dziewczynki, jeśli sądzić po zabawkach. Na toaletce obok lalek w fikuśnych sukniach stało zdjęcie w srebrnej ramce, przedstawiające jasnowłose rodzeństwo: on miał może z dziesięć lat i ponurą minę, ona, młodsza od niego, nosiła włosy poskręcane w ciasne loki i uśmiechała się do obiektywu szczerbatym uśmiechem. W ręku dzierżyła wyleniałego pluszowego królika, który leżał teraz na dywanie pod łóżkiem – jedyny ślad nieporządku w całej sypialni.

Dziewczyna otworzyła szafę i walcząc z poczuciem winy, przetrząsnęła jej zawartość. Zdjęcie musiało zostać zrobione kilka lat temu, bo ubrania należały do nieco starszych już dzieci. Rzeczy dziewczynki wciąż były na nią za małe, ale te należące do chłopca mogły nawet pasować.

Rzuciła na jedno z łóżek kurtkę oraz pelerynkę, a potem sięgnęła za plecy. Myślała, że namęczy się przy rozwiązywaniu gorsetu, ale poszło zaskakująco łatwo, jakby już wcześniej ktoś poluzował tasiemki. Z lekkim żalem zdjęła suknię, a następnie sztywną halkę. Zadygotała, kiedy panujący w sypialni ziąb dotknął nagiej skóry. Na ramionach i z boku miała kilka rozległych, bladych już siniaków. Ktoś ją uderzył? Jeśli tak, musiało się to wydarzyć dwa albo nawet trzy tygodnie temu. Z pewnością nie dzisiejszego ranka.

Dziewczyna nie była pewna, czy uznać to za pocieszenie, czy wręcz przeciwnie.

Dała spokój siniakom i włożyła koszulkę z długim rękawem oraz spodnie na szelkach. Musiała podwinąć nogawki, ale poza tym leżały całkiem nieźle. Poszukała jeszcze skarpetek i przejrzała się w lustrze toaletki. Wcześniej w pałacu zwróciła uwagę tylko na sylwetkę, teraz przyjrzała się twarzy ze spiczastym podbródkiem i szerokim, naznaczonym niewielką blizną czołem. Twarz ta w pierwszej chwili wydała jej się przerażająco obca, ale moment później wrażenie zniknęło i własny wygląd był teraz najbardziej oczywistą oczywistością pod słońcem. Uśmiechnęła się nieśmiało, a odbicie odpowiedziało identycznym uśmiechem. Dziewczyna w lustrze była całkiem ładna, choć wyglądała też na porządnie wystraszoną.

I wciąż nie miała imienia ani wspomnień, ani...

Odetchnęła głęboko, po czym ruszyła do kuchni. W węglarce, tak jak się spodziewała, zostało sporo węgla, obok leżał stos przygotowanych na podpałkę szczap. Dziewczyna rozpaliła ogień i poczekała, aż kuchnia się nagrzeje. Obejrzała w tym czasie jeszcze raz spiżarkę, potem zauważyła wiszący na ścianie kalendarz z wizerunkiem jakiegoś świętego. Data 26 lutego była zakreślona ołówkiem.

W kuchni panowała cisza, zakłócana tylko cichym trzaskiem ognia pożerającego suche drewno i tykaniem zegara, który pokazywał godzinę szóstą dwadzieścia pięć. Zegar, ciężki i porcelanowy, stał na czymś, co wyglądało jak biblioteczka. Książki w kuchni nieco dziewczynę zaskoczyły, ale ostatecznie czemu miałoby ich tu nie być? Podeszła bliżej, by się przyjrzeć. Znalazła sporo książek kucharskich i jeszcze więcej poradników dotyczących szycia, haftowania i robienia na drutach, przewodnik po Karkonoszach z roku 1938 (czy znajdowała się w Karkonoszach?), stare wydanie Biblii, pachnącą kadzidłem książeczkę do nabożeństwa, a także dzieła zebrane Sienkiewicza. Te ostatnie przywitała jak dobrych znajomych – przynajmniej dzisiejszego wieczoru nie zabraknie jej lektury.

Kiedy płyta pieca zrobiła się gorąca, dziewczyna podgrzała mleko i wypiła je, przegryzając kromką chleba. Mogłaby coś ugotować – zgadywała, że to umie, bo potrafiła sobie przypomnieć sporo przepisów – ale przygotowywanie obiadu w obcym domu wydawało się w jakiś sposób niewłaściwe. Potem przyniosła z dziecięcego pokoju koc, otuliła się nim i usiadła przy piecu.

Dopiero teraz się rozpłakała.

Wcześniej przez cały czas czymś się zajmowała i starała się odsuwać niewygodne pytania na bok, aż wreszcie dopadły ją wszystkie naraz.

A co, jeśli nigdy nie odzyskam pamięci, nie dowiem się, kim jestem ani nawet jak mi na imię? Jeśli zostanę tu na zawsze w tym opuszczonym mieście, bo – to była ta najstraszniejsza myśl, którą ledwie odważyła się wyartykułować – zniknęli nie tylko ludzie z tego miasta, ale w ogóle z całego świata? Jeśli jestem ostatnią osobą na Ziemi? Albo jeśli Coś Tajemniczego, co ich spotkało, wróci teraz po mnie?

Szlochała tak dobrych piętnaście minut, ale wreszcie zdrowy rozsądek zaczął przebijać się przez rozpacz i przerażenie.

Po pierwsze, bardzo rzadko ludzie całkiem tracili pamięć i nigdy jej nie odzyskiwali. Najczęściej amnezja zdarzała się z jakiegoś powodu – na przykład na skutek urazu albo pod wpływem stresu – a potem mijała. Dziewczyna gdzieś o tym czytała. Nie pamiętała gdzie ani kiedy, ani nawet jak brzmiały dokładnie słowa tekstu, ale niewątpliwie czytała. Lubiła przecież czytać, tego była pewna na sto procent.

Niemożliwe też, żeby ludzie z całej kuli ziemskiej tak po prostu wyparowali. Coś takiego mógłby sprawić tylko Bóg, a dziewczyna w Boga nie wierzyła – tego również była pewna. Wiedziała o tym już w chwili, kiedy zobaczyła wiszące w przedpokoju obrazki świętych.

Pozostawał problem Czegoś Tajemniczego, jednak na to nie mogła nic poradzić.

Pociągnęła jeszcze parę razy nosem. Wciąż się bała, ale przynajmniej myślała już jaśniej.

Spędzi tutaj noc, a rano, kiedy zrobi się widno, pójdzie poszukać pomocy.

Czy powinna jednak zgasić światło? Z jednej strony musiała jakoś dać znać, gdzie jest, jeśli ktoś jej będzie szukał. Z drugiej − jasno oświetlone okna w pogrążonym w ciemności miasteczku mogą przywabić... coś groźnego.

Ostatecznie zostawiła światło tylko w dziecięcej sypialni, którą starannie zamknęła na klucz. To wydawało się rozsądnym kompromisem. Jeśli przyjdzie coś – albo ktoś – czego powinna się bać, zdąży uciec.

Taką miała nadzieję.

Zapaliła świecę w lichtarzu i wróciła do kuchni, by owinąć się kocem i skulić przy dogasającym piecu. Resztę wieczoru spędziła, śledząc bez większego zainteresowania losy pięknej Ligii i dzielnego Winicjusza. Migotliwy blask płomienia kładł się na pożółkłych od starości stronach, zegar tykał cicho, odmierzając czas, a za oknem gęstniała mroźna lutowa noc. Jaka temperatura panowała na zewnątrz? Minus dziesięć stopni? Minus dwadzieścia?

Oczy zaczęły jej się zamykać, odłożyła więc książkę i położyła się na podłodze, owinięta w koc. Nie zdobyłaby się na to, żeby spać w cudzym łóżku, w zimnej pościeli, która wydziela jeszcze lekki zapach właściciela.

Kręciła się przez chwilę, szukając w miarę wygodnej pozycji na nierównej podłodze. W kuchni było duszno, ale dziewczyna bała się wstać i otworzyć okno. Dręczyła ją jeszcze jedna myśl. W miasteczku zauważyła coś dziwnego, coś więcej niż to, że nie było tu ani jednego człowieka. Coś, co było niemal równie niepokojące, ale wtedy nie miała czasu, żeby się nad tym zastanowić, była przecież przerażona i przemarznięta... Wtedy całą jej uwagę zaprzątało znalezienie schronienia, a teraz...

Co to było?

Poruszyła się niespokojnie, na wpół już śpiąc.

***

W nocy coś ją obudziło. Jakiś dźwięk, który sprawił, że otworzyła oczy i zamarła, zupełnie już przytomna. W kuchni było cicho, nawet zegar umilkł i w gęstej jak smoła ciemności dziewczyna słyszała tylko swój własny niespokojny oddech i serce uderzające o żebra.

A przecież nie wydawało się jej, naprawdę ze snu wyrwał ją jakiś odgłos. Nie w mieszkaniu, tylko gdzieś na zewnątrz.

Nie wstając z podłogi, namacała pudełko zapałek oraz lichtarz ze świecą. Ruchliwy płomień wydobył z ciemności kawałek kuchni i jednocześnie pogłębił cienie dalej, poza kręgiem światła. Dziewczyna czekała, nasłuchując.

Coś było na zewnątrz. Nie pod oknem, ale na korytarzu, przed drzwiami wejściowymi. Słyszała dźwięk, jaki mogłyby wydawać pazury drapiące o drewno. I ciężki, sapiący oddech. Nie człowieka, tylko jakby dużego zwierzęcia.

Lichtarz w jej ręce zadygotał, kropla gorącego wosku kapnęła na dłoń.

Proszę, niech to sobie stąd pójdzie, niech sobie pójdzie, niech sobie pójdzie.

Jeszcze jedno drapnięcie i zwierzę – jeśli to było zwierzę, bo przecież nie mogła mieć pewności – fuknęło gwałtownie jak zirytowany pies, węszący wokół obiecująco pachnącej nory.

Dziewczyna czekała i liczyła uderzenia serca: jedno, drugie, trzecie, czwarte...

Przy dwudziestym trzecim zwierzę fuknęło jeszcze raz, a potem usłyszała odgłos pazurów stukających o posadzkę korytarza.

To tylko jakiś bezdomny pies, pomyślała, kiedy mogła już normalnie oddychać. Zwyczajny pies, bo cóż by to mogło być innego?

Wtedy przypomniała sobie, co zaniepokoiło ją wcześniej.

Jeśli nie liczyć być-może-psa, który przed chwilą złożył jej wizytę, w mieście nie widziała żadnych zwierząt. Jasne, koty czy bezdomne kundle w takie mroźne dni zazwyczaj chowały się gdzieś w piwnicach. Ale dziewczyna nie dostrzegła też żadnych ptaków, a ich nie odstraszyłoby zimno. Nie było wron kołujących nad miastem w poszukiwaniu jedzenia ani wróbli przysiadających na gałęziach nagich drzew. Więcej nawet – uświadomiła sobie, że przez cały wieczór nie usłyszała chrobotu myszy, choć w starej kamienicy można się było spodziewać nieproszonych lokatorów.

A więc nie tylko ludzie zniknęli z miasta, zwierzęta – z wyjątkiem być może jednego – także.

Dziewczyna na powrót skuliła się pod kocem. W kuchni nadal było ciepło, choć ogień w piecu wygasł. Która mogła być godzina? Pierwsza, druga? Sądząc po ciemności na zewnątrz, wciąż gęstej jak smoła, do świtu zostało jeszcze sporo czasu.

Tym razem się nie rozpłakała, chociaż niewiele jej brakowało. Swoją drogą to też było dziwne, miała przecież nie więcej niż czternaście lat, powinna więc chyba... panikować? wołać mamę? No, robić to wszystko, co robią przerażone dzieciaki. A tymczasem, owszem, była cholernie (poczuła się trochę bardziej dorosła, kiedy użyła wyrażenia „cholernie”) wystraszona, ale mimo wszystko wciąż potrafiła jasno myśleć.

To nie jest mój pierwszy raz, przyszło jej do głowy. Już kiedyś zetknęłam się z czymś podobnym. Nie dokładnie takim, oczywiście, ale czymś równie dziwnym i przerażającym.

Zetknęłam się i przeżyłam.

Ta myśl uspokoiła ją na tyle, że pół godziny później udało jej się ponownie zasnąć.

***

Obudziła się zesztywniała, kiedy za oknem było całkiem jasno. Przez chwilę leżała jeszcze, mrugając w oszołomieniu i szukając pod kocem resztek coraz szybciej umykającego ciepła. Potem wstała i zabrała się do rozpalania ognia. Jeśli miała wyjść na zewnątrz, chciała najpierw trochę się rozgrzać. I zjeść śniadanie.

Zegar na szafce stanął na wpół do pierwszej, ale dziewczyna znalazła drugi w sypialni dorosłych. Mały stalowy budzik wskazywał dziesiątą rano. Jeśli wziąć pod uwagę, że w lutym słońce zachodziło po piątej, miała ponad siedem godzin, zanim zrobi się ciemno. Jeśli nie znajdzie w tym czasie pomocy, znowu będzie musiała poszukać miejsca, żeby schronić się na noc.

Odszukała w spiżarni kawałek słoniny, dwa jajka oraz cebulę i usmażyła jajecznicę. Zjadła ją, przegryzając wczorajszym chlebem, napiła się też ciepłego mleka z odrobiną miodu. Potem poszła do dziecięcego pokoju po zeszyt i ołówek – tak jak się spodziewała, przyborów szkolnych było tam pod dostatkiem.

Wyrwała z zeszytu kartkę i napisała:

Nocowałam tutaj, ponieważ nie miałam dokąd pójść. Przepraszam. Wzięłam też trochę jedzenia i ciepłe rzeczy z szafy. Musiałam, bo chcę wyjść na mróz, żeby poszukać pomocy. Zwrócę je, jak tylko będę mogła. Straciłam pamięć i nie wiem, jak się nazywam, ale jestem uczciwa.

Ostatnie słowo podkreśliła dwa razy, po czym przyjrzała się krytycznie kartce. Czy brzmiało to przekonująco? Nie była pewna, ale niczego lepszego nie potrafiła wymyślić. Poza tym naprawdę zamierzała oddać pożyczone rzeczy – zwłaszcza kożuszek, który znalazła w szafie. Wyglądał na nowy i chłopakowi, jeśli wróci, na pewno jeszcze się przyda.

Stojące w przedpokoju śniegowce okazały się nieco za duże, ale ten problem załatwiło założenie dodatkowej pary wełnianych skarpet. Położyła kartkę na stole w kuchni i ciepło opatulona, uchyliła drzwi na zewnątrz.

Klatka schodowa była pusta.

Dziewczyna odetchnęła i wyszła z mieszkania. Na posadzce widniały mokre plamy, jakby ktoś naniósł tu śniegu, jednak nie była pewna, czy to jej ślady, czy może zwierzęcia, które odwiedziło ją w nocy. A na drzwiach...

O, cholera.

Na drzwiach, dobrych dziesięć centymetrów powyżej klamki, widniały cztery długie, głębokie rysy. Pies mógłby je zrobić, jeśli był naprawdę duży i jeśli stanął na tylnych łapach, ale...

Dziewczyna poczuła nadciągającą falę paniki, odetchnęła więc kilka razy głęboko. Miała ochotę zanurkować z powrotem do mieszkania i zamknąć się tam na cztery spusty, wiedziała jednak, że to głupi pomysł. Po pierwsze, prędzej czy później i tak będzie musiała wyjść. Po drugie, nie powinna zostawać w miejscu, które tajemnicze zwierzę już znało.

Odwróciła się i jednym susem przeskoczyła trzy niskie schodki prowadzące do drzwi wyjściowych. Były szeroko otwarte, widziała padający na zewnątrz śnieg. Czy to ona tak je zostawiła zeszłego wieczoru? Jeśli tak, to wyjaśniałoby, jak zwierzę dostało się do środka. Jeśli nie... Cóż, wolała przyjąć, że to był jeden z tych inteligentnych psów, które potrafią otwierać zamknięte na klamkę drzwi.

Naciągnęła czapkę głębiej na uszy, założyła jeszcze kaptur i wyszła prosto w śnieżną zadymkę.

***

Godzinę później zgubiła drogę. To znaczy tak naprawdę zgubiła ją już wcześniej, ale dopiero teraz zorientowała się, że nie ma bladego pojęcia, dokąd właściwie zawędrowała. Zatrzymała się. Śnieg sięgał do kolan i wciąż padał. To jej nie przeszkadzało, w zadymce miasteczko traciło swoją pocztówkową nieruchomość i wydawało się... no cóż, nieco bardziej żywe. Nie zmieniało to jednak faktu, że szukanie czegokolwiek w taką pogodę niewiele miało sensu, widoczność sięgała góra kilku metrów, a uliczki wokół rynku były zaskakująco do siebie podobne. Ostatnio szła Garncarską, potem chyba Żelazną, a wreszcie Szewską. Miłe staroświeckie nazwy, bez żadnych nawiązań do polityki. Dziewczynie się podobały, bo były jak powiew starego świata, tego sprzed wojny. Albo i dwóch wojen. Czasów, kiedy kobiety nosiły długie suknie, a mężczyźni chodzili w cylindrach i podkręcali wąsy, dyskutując przy kieliszku koniaku. To rodzaj eleganckiego alkoholu, tyle wiedziała.

Zdesperowana pchnęła drzwi najbliższego sklepu, a te okazały się otwarte. Weszła. W środku pachniało pieczywem, na półkach leżało kilka bochenków chleba i stos rogalików z lukrem. Dziewczyna wzięła jeden i zaczęła pogryzać odruchowo, bez poczucia winy, bo przecież rogaliki za chwilę będą czerstwe. W piekarni było zimno, ale i tak cieplej niż na zewnątrz, postanowiła więc tu zaczekać.

Żałowała, że nie wzięła z mieszkania książki, którą mogłaby teraz poczytać.

Siedziała, gapiąc się w okno i walcząc ze łzami, które znów zaczęły napływać jej do oczu. Była zupełnie sama w opuszczonym mieście, bez nikogo, kto mógłby jej pomóc. I nadal nie miała pojęcia, kim jest ani co się tu stało. A przecież powinna to wiedzieć. Nie mogła długo leżeć na zimnej posadzce w pałacyku. Rozsądek podpowiadał, że nie zdołałaby tak łatwo wstać, gdyby leżała tam dłużej niż trzy-cztery godziny, jeśli więc mieszkańcy nie zniknęli w tak krótkim czasie (co wydawało się niemożliwe), dziewczyna musiała coś wcześniej zauważyć.

Gdy skończyła rogalik, poczuła pragnienie, poszła więc na zaplecze, gdzie znalazła czajnik stojący na wystygłym piecu. Było w nim trochę wody. Dziewczyna przelała ją do szklanki i wypiła. Woda smakowała osadem z kamienia, ale poza tym była całkiem w porządku.

Kiedy wróciła na swoje miejsce przy oknie, śnieg wciąż padał, choć nie tak gęsto jak wcześniej. Dziewczyna czekała cierpliwie. Nic innego jej nie pozostawało. Wreszcie, gdy wiszący nad ladą zegar wskazał godzinę drugą, zadymka ustała. Dziewczyna wsunęła do kieszeni kożuszka dwa rogaliki, naciągnęła na czapkę kaptur i wyszła. Odbite od śniegu słońce niemal ją oślepiło. Zamrugała, pod powiekami pojawiły się łzy. Zapadając się w zaspach, ruszyła przed siebie. Rynek powinna mieć po lewej. Chyba. Teraz, kiedy wreszcie mogła zobaczyć, dokąd idzie, zaczęła rozpoznawać mijane kamieniczki. Przyszło jej do głowy, że mogłaby znaleźć kościół, wspiąć się na wieżę i stamtąd się rozejrzeć. Dlaczego nie wpadła na to wcześniej?

Kościół musiał być gdzieś w centrum, a więc niedaleko.

Szła jak żuraw: podnieść nogę wysoko, opuścić, znowu podnieść... Powietrze było ostre i zimne, otaczające miasteczko góry na tle błękitnego nieba znowu wyglądały jak z pocztówki. Karkonosze, przypomniała sobie. Jeśli znalezione w kuchni przewodniki nie kłamały. To oznaczało, że znajdowała się gdzieś w pobliżu granicy z Czechosłowacją. Przez chwilę rozważała możliwe scenariusze: była kolejna wojna, Niemcy znowu napadli na Polskę i w jakiś sposób sprawili, że wszyscy zniknęli. Może mają jakąś supernowoczesną broń, może...

Potknęła się i upadła. W ostatniej chwili wyciągnęła ręce i jej twarz zatrzymała się parę centymetrów nad białą zaspą. Zaczęła się podnosić, przeklinając pod nosem i strzepując śnieg z kożuszka.

Wtedy zauważyła ślady.

Zwyczajne ludzkie ślady, wyraźnie odciśnięte w świeżym puchu. Dziewczyna zastygła. Przez cały czas tak bardzo liczyła na to, że w mieście jest jeszcze ktoś oprócz niej, a teraz nagle na widok tych śladów poczuła niepokój.

Wstała i otrzepała spodnie. Odciski stóp zaczynały się w jednej z bocznych uliczek, przecinały główną i znikały w zaułku. Nie były głębokie – ktokolwiek tędy szedł, miał duże stopy, ale nie był zbyt ciężki. To ją odrobinę pocieszyło. Z chudym, drobnym mężczyzną chybaby sobie poradziła, gdyby... gdyby nie okazał się przyjazny.

Skręciła i poszła za śladami, czując się trochę jak Winnetou z powieści Karola Maya. Pamiętała, że to czytała, choć znowu nie miała pojęcia kiedy i gdzie. Nieważne, za chwilę być może znajdzie kogoś, kto pomoże jej wszystko sobie przypomnieć.

Ślady wyglądały na świeże, poruszony śnieg osypywał się jeszcze z krawędzi. Ktoś tędy szedł nie dalej niż kilka minut temu. Jakim cudem dziewczyna go nie dostrzegła? Jasne, była zajęta gapieniem się na mijane kamienice, ale powinna przynajmniej tajemniczego ktosia usłyszeć. Chyba że szedł naprawdę bardzo cicho...

Znowu zrobiło jej się odrobinę nieprzyjemnie, szła jednak dalej. Mogła zawołać – otworzyła już usta, ale przypomniała sobie, jak słabo i dziwnie rozbrzmiewał w ciszy jej głos, i zrezygnowała.

Ślady minęły śmietnik, wijąc się pośród zagraconych podwórek na tyłach kamienic. Były tu klatki, w których chyba hodowano króliki, chlewik z uchylonymi drzwiami, śmierdzący jeszcze świniami, ale oczywiście pusty, rower bez jednego koła oparty o trzepak, resztki dziecięcego wózka. Ślady zniknęły w ciemnej bramie i wynurzyły się z powrotem po drugiej stronie, zupełnie jakby ktoś bawił się w ciuciubabkę.

Wie, że za nim idę, pomyślała. Myślała o nieznajomym „on”, bo nosił męskie buty, ale równie dobrze mogła to być kobieta – dziewczyna sama miała na sobie pożyczone od obcego chłopaka śniegowce.

Może on boi się mnie tak samo jak ja jego?

Ślady kończyły się przy kolejnym chlewiku. Po prostu urywały się, jakby nieznajomy wszedł w murowaną ścianę. To było niemożliwe. Dziewczyna gapiła się w stare cegły, jakby mogła wyczytać z nich odpowiedź. Potem zauważyła, że to wcale nie jest gładka ściana. Na wysokości uda cegły były tak ukruszone, że tworzyły niewielki ustęp. Pół metra wyżej wystawała lekko kolejna cegła. Jeśli ktoś był naprawdę bardzo zręczny, mógł się wspiąć...

Uniosła głowę i w tym momencie z dachu chlewika runęło na nią jakieś sto kilo żywego ciała. Przynajmniej to właśnie czuła, kiedy przewracała się na plecy, machając desperacko rękami. Wrzasnęła, słońce przez ułamek sekundy świeciło jej w szeroko otwarte oczy, a potem przesłonił je cień.

– Czemu za mną łazisz?! – Głos nie należał do mężczyzny, ale do nastoletniego chłopca.

Znajomy głos, choć dziewczyna nie miała czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Ciemna plama przed jej oczami skonkretyzowała się wreszcie w pucułowate oblicze siedzącego na niej okrakiem chłopaka. Spoglądał na nią, jakby ona jemu również wydawała się znajoma.

– Nina? – zapytał, marszcząc brwi. – Rany, zupełnie cię nie poznałem w tym kapturze. Przepraszam, nie chciałem... Cholera... – Zsunął się z niej zaskakująco zgrabnie jak na kogoś, kto miał kilka dodatkowych kilogramów. – Czemu się nie odzywałaś?

Po raz drugi tego dnia gramoliła się ze śniegu, otrzepywała kożuszek i spodnie. Lewy łokieć i pośladki pulsowały bólem, ale wyglądało na to, że nic poważnego jej się nie stało. Kim jesteś? − chciała zadać pytanie, ale uświadomiła sobie, że jest przecież coś ważniejszego.

– Kim ja jestem? – zapytała. – Wiesz, kim jestem?

Na twarzy chłopaka odbiło się zdumienie.

– Co ty, wygłupiasz się? No przecież Nina Pankiewicz, nie? To znaczy teraz Marczak. Nina Marczak.

Rozdział drugi, w którym Nina kolejny raz rusza w podróż, nie znając zupełnie celu.

Nina Marczak – powiedziała siostra Anzelma, zaglądając do dziennika.

Była stara, miała co najmniej siedemdziesiąt lat, jeśli nie więcej, a siedzącej po drugiej stronie biurka prawie czternastolatce kojarzyła się nieodparcie z zasuszonym konikiem polnym. O ile oczywiście koniki polne mogłyby nosić habity i okulary w drucianych oprawkach, które zakonnica umieściła właśnie na nosie, by przyjrzeć się dziewczynie.

Nina czekała z rękoma na kolanach. W czystym granatowym mundurku i bereciku zsuniętym na lewe ucho dokładnie tak, jak nakazywał regulamin, wyglądała niczym wcielenie grzecznej uczennicy.

Siostra Anzelma chrząknęła.

– Rozumiesz, że muszę podjąć ważną decyzję, prawda? Wiesz, czemu tu jesteś?

– Nie, proszę siostry – odparła Nina. – Nikt nie był łaskawy niczego mi wyjaśnić. Siostra Joanna po prostu przyszła po mnie do klasy i kazała mi się tutaj zgłosić.

– Hmm... – Tym razem chrząknięcie było nieco dłuższe, po czym wzrok starej zakonnicy wrócił do dziennika. – Z matematyki i z polskiego, jak widzę, same piątki, z historii, fizyki i geografii też całkiem nieźle, za to z biologii słabo, a łacina... Chyba będziesz musiała więcej popracować nad łaciną, moja droga, to taki szlachetny język. Mówili nim pierwsi chrześcijanie. Ale ty podobno nie wierzysz w Boga. – Siostra zaakcentowała słowo „podobno”, jakby spodziewała się, że dziewczyna zaprzeczy takim okropnym plotkom.

– Pierwsi chrześcijanie mówili raczej po aramejsku – skorygowała Nina. – I tak, nie wierzę w Boga.

Siostra Anzelma przyjrzała jej się uważnie.

– Jednak nie buntujesz się przeciwko chodzeniu do kościoła. Ciekawe.

– A dałoby to coś, gdybym się buntowała?

– Nie – przyznała zakonnica. – Wszystkie nasze uczennice raz w tygodniu muszą wziąć udział we mszy świętej. Takie mamy zasady. Ale spodziewałabym się z twojej strony... no cóż, więcej protestów, zwłaszcza że w niedzielę większość dziewcząt wolałaby się wyspać.

– Lubię kościoły. – Nina wzruszyła ramionami, a ponieważ siostra Anzelma patrzyła na nią podejrzliwie, dodała prędko: – Naprawdę. Zwłaszcza stare i zabytkowe. W naszym są bardzo piękne siedemnastowieczne witraże i barokowy obraz. A wczesne wstawanie nigdy mi nie przeszkadzało. Lubię siedzieć w ławce i myśleć o różnych rzeczach. Kościół zawsze nastraja mnie bardzo romantycznie, szczególnie kiedy grają organy, a słońce kładzie się barwnymi plamami na drewnianych ławkach...

– Próbujesz ze mnie kpić?

– Nie, oczywiście, że nie. – Nina zaczerwieniła się lekko.

– To dobrze, bo widzę, że masz problemy z zachowaniem. Siostra Immaculata skarżyła się, że jesteś bezczelna.

– Siostra Immaculata uważa, że pójdę do piekła, powiedziałam jej więc, że skoro i tak spędzę tam wieczność, to przynajmniej na ziemi mogłaby mi dać trochę spokoju.

– To było bezczelne.

– Trochę było – przyznała Nina uczciwie. – Ale ona ciągle ma do mnie pretensje. I...

– Tak?

– Nic. – Dziewczyna zacisnęła usta.

– Podobno podważasz wiedzę siostry Immaculaty.

– Ona naprawdę wierzy, że Bóg stworzył świat w siedem dni i zrobił Ewę z żebra Adama. A przecież teoria ewolucji...

– Za moich czasów dzieci nie odzywały się niepytane. – Siostra Anzelma spojrzała na Ninę surowo. – Może ty też weźmiesz sobie tę zasadę do serca.

– To bardzo głupia zasada – zaprotestowała dziewczyna.

– Doprawdy? A dlaczegóż to?

– Powiedzmy, że budynek zacząłby się palić, a ja nie mogłabym o tym siostrze powiedzieć, dopóki siostra by mnie nie spytała. Albo gdybym umierała na jakąś nagłą chorobę...

– A umierasz?

– Nie, ale widzi siostra, tego nie da się tak całkiem przewidzieć, prawda? – Siostra znowu zmarszczyła brwi, więc Nina dorzuciła pośpiesznie: – Nie próbuję kpić, naprawdę.

– W moich czasach – siostra Anzelma miała naprawdę ograniczony repertuar – bezczelne dzieci bito pasem. Na gołą skórę. To bardzo wyrabiało charakter, zapewniam cię.

– Nie wątpię. I pewnie też napełniało te dzieci prawdziwie chrześcijańską miłością do reszty świata. – Nina zastanowiła się. – Tym razem to była kpina. Przepraszam.

Pomarszczone policzki siostry Anzelmy spąsowiały.

– Wydaje ci się, że jesteś zabawna?

Nina milczała, bo miała wrażenie, że cokolwiek powie, i tak będzie źle.

Zakonnica westchnęła.

– No cóż, pomijając twój charakter, wygląda na to, że stopnie masz wystarczająco dobre, by zwolnić cię z lekcji do końca tygodnia. Pakuj się, jedziesz wcześniej na ferie. Twój opiekun czeka w samochodzie przed szkołą.

***

Dormitorium wydawało się bardzo puste teraz, w środku dnia, kiedy wszystkie uczennice były na lekcjach. Puste i spokojne – taką sypialnię Nina mogłaby chyba nawet polubić. Promienie zimowego słońca wpadały przez okna, kładąc się na pięciu starannie zaścielonych łóżkach (zakonnice nie tolerowały nieporządku), przez grube ściany z trudem przebijał się gwar zwyczajnego szkolnego życia.

Nina wyciągnęła z szafy walizkę i zaczęła się pakować. Bielizna, trzy ciepłe spódnice, dwa swetry, jedna trochę bardziej elegancka sukienka... Nie, właściwie po co jej elegancka sukienka? Przecież nie będzie miała okazji jej założyć. Dziewczyna westchnęła ciężko. Poza tym sukienka i tak nie była zbyt ładna. Nie była też brzydka, tylko zwyczajnie nijaka. Nina, która kochała tiul, koronki i bufiaste rękawy, patrzyła na tę solidną, szarą nijakość z wyjątkowym wstrętem.

Wszystkie jej ubrania teraz tak wyglądały. Były wygodne, praktyczne, z dobrego materiału. I śmiertelnie nudne. Oczywiście nie wybrała ich Nina, tylko Ewa Wiśniewska, komunistka, która razem z Lisem była teraz jej oficjalną opiekunką. Przyjechała na początku stycznia do Bogusławca, przywiozła Ninie nowe dokumenty, a potem stwierdziła, że rosnąca dziewczyna potrzebuje zmiany garderoby. Zabrała ją wtedy do krawcowej i nawet pytała o zdanie, ale Nina była tak nieszczęśliwa, że powtarzała tylko „wszystko mi jedno”. Zresztą i tak nie mogłaby za bardzo wymyślać. Komuniści płacili za jej szkołę z internatem, ubrania i wszystkie przyjemności. Chwilami naprawdę czuła się jak sierota. Miała rodziców, ale ci zostali we Wrocławiu, a ona nie mogła się z nimi kontaktować. Gdyby to zrobiła, matka i ojciec by umarli. Tak działała magia.

Nina nie chciała o tym myśleć.

Odłożyła sukienkę do szafy i zdjęła granatowy szkolny mundurek. Skrzywiła się przy tym – siniaki na jej ramionach, wczoraj jeszcze prawie niewidoczne, właśnie rozkwitały intensywną czerwienią.

„W moich czasach bezczelne dzieci bito pasem. Na gołą skórę. To bardzo wyrabiało charakter”.

Uśmiechnęła się gorzko sama do siebie.

Złożony w kostkę mundurek położyła na poduszce, na wierzchu starannie umieszczając granatowy beret. Dziewczyny ze szkoły świętej Łucji nazywały te berety „naleśnikami”, bo niezależnie od tego, jak człowiek je założył, i tak przypominały spływające z głowy klapnięte ciasto. Mało kto wyglądał w czymś takim korzystnie i Nina nie była wyjątkiem. Naleśnikoberet podkreślał jej trójkątną twarz i eksponował bliznę na czole – Nina najchętniej przysłaniałaby ją grzywką, ale niestety w szkole obowiązywał tylko jeden rodzaj uczesania: włosy sczesane do tyłu i związane wstążką, ewentualnie splecione w warkocz.

Cóż, przynajmniej w ferie będzie mogła chodzić w zwyczajnej czapce.

Ubrała się, chwyciła walizkę i zbiegła schodami w dół. Twój opiekun czeka przed szkołą w samochodzie, powiedziała siostra Anzelma, ale porucznik Daniel Lis stał w przedsionku, flirtując w najlepsze z młodziutką zakonnicą, która chichotała i płoniła się pod jego spojrzeniem. Jak on to robi? – zastanowiła się Nina, ponieważ Lis był nie tylko rudy, ale też zwyczajnie brzydki. Nie miała jednak czasu, żeby rozważać takie kwestie, bo porucznik właśnie ją dostrzegł.

– Jesteś – powiedział. – Daj tę walizkę, zaniosę do auta.

Nina poszła za nim posłusznie.

– Dokąd jedziemy? – zapytała, kiedy walizka wylądowała już w bagażniku.

– Wytłumaczę wszystko, jak dołączy do nas Hubert, w porządku?

Skinęła głową. W inny dzień pewnie zaczęłaby nalegać, ale dziś już i tak mocno naciągnęła swoje szczęście podczas rozmowy z siostrą Anzelmą. Była grzeczną dziewczynką przez większość swojego życia i sprzeciwianie się dorosłym wciąż stanowiło dla niej nowość.

Zatrzymali się piętnaście kilometrów dalej, przed męską szkołą świętego Andrzeja. Też z internatem, mieszczącą się w budynku bardzo podobnym do tego, w którym uczyły się łucjanki. Lis wysiadł, ale nie wszedł do środka, tylko oparł się o maskę i zapalił papierosa.

– Nie pójdzie pan po Huberta? – zapytała Nina, gramoląc się z tylnego siedzenia.

– Byłem tu już wcześniej, powiedzieli, że puszczą go po trzeciej lekcji. Czyli – spojrzał na zegarek – za jakieś dziesięć minut.

– Aha – bąknęła dziewczyna.

– Z tyłu masz dwa termosy i trochę kanapek, jeśli jesteś głodna.

– Nie jestem – burknęła, świadoma, że nie jest zbyt grzeczna.

Nadal nie wiedziała, jak „ich”, czyli komunistów, traktować. Lis jesienią ocalił jej życie, a teraz (znowu do tego wracała) razem z Ewą Wiśniewską płacił za jej szkołę. Nie potrafiła jednak być mu wdzięczna. Nie po tym, co zrobił swego czasu Jackowi.

– Nie próbuję być miły – westchnął Lis. – Jeśli uważasz, że poczęstowanie kogoś kanapką równa się byciu miłym, to naprawdę masz niskie standardy.

– Nie uważam. – Nina nie potrafiła się zdobyć ani na bycie uprzejmą, ani nieuprzejmą i w rezultacie balansowała między jednym a drugim i tak naprawdę obie te skrajności budziły w niej poczucie winy.

– Jak tam w szkole? – zapytał Lis niezobowiązującym tonem.

– Och, świetnie – odparła, patrząc na kanciasty budynek świętego Andrzeja. Z zewnątrz wyglądał łudząco spokojnie, aż trudno było uwierzyć, że w środku uczy się kilkuset dorastających chłopców. – Mam mnóstwo koleżanek. I wszystkie dosłownie mnie uwielbiają. Gdybym chciała, na każdej lekcji mogłabym siedzieć z kim innym w ławce. Obsypują mnie prezentami i ciągle chcą, żebym im się wpisywała do pamiętników. Mam już dosyć rysowania tych wszystkich serduszek i kwiatów, a wiersze...

– Jeśli próbujesz być sarkastyczna, musisz się jeszcze sporo nauczyć – powiedział Lis.

– Nieprawda – mruknęła Nina. – Moim zdaniem idzie mi całkiem dobrze. Pewnie dlatego, że sporo ćwiczę.

Pomyślała o ostatnich trzech miesiącach, które niemal w całości przepłakała z tęsknoty za rodzicami, i o strachu, że już nigdy ich nie zobaczy. O najgorszych świętach Bożego Narodzenia w swoim życiu, spędzonych w znienawidzonej szkole pośród zakonnic, których nie lubiła i które nie lubiły jej. I o tym, że mimo wszystko te święta i tak były czasem wytchnienia, bo nareszcie mogła zostać sama, bez koleżanek chichoczących głupio za jej plecami i odwracających wzrok, kiedy do nich podchodziła.

Dziewczyny od świętej Łucji nie wkładały Ninie ropuch do łóżka, nie potrącały jej na przerwach ani nie pluły do zupy na stołówce. Były na to zbyt dorosłe. Nie, one po prostu ją ignorowały, jakby była Niewidzialnym Człowiekiem z powieści Wellsa. Jeśli ktoś coś do niej mówił, to zazwyczaj były to krótkie komunikaty: przesuń się, komunistko, bo zasłaniasz mi światło, idź stąd, oddaj, nie rusz. Na początku próbowała tłumaczyć, że ateista wcale nie musi być komunistą, ale tylko pogorszyła swoją sytuację. Potem przestała się odzywać i też było źle.

Och, mogłaby Lisowi sporo opowiedzieć. O posiłkach jedzonych na stołówce przy osobnym stoliku, bo przy innych „miejsca były zajęte” (choć nikt tam nie siedział), o tym, że gdy miały się dobrać w dwójki, zawsze zostawała sama (w klasie było siedemnaście dziewczyn), a kiedy nauczyciel kazał jej dołączyć do jakiejś pary, pozostałe dwie dziewczyny ani się do Niny nie odzywały, ani nie pozwalały jej niczego zrobić, w rezultacie czego obrywała za lenistwo, zupełnie jakby to była jej wina, że na lekcjach siedzi i gapi się w ścianę. O przerwach spędzanych na czytaniu książek, o tym, że kiedy Marianna z dziewiątej B miała urodziny i częstowała wszystkich ciastkami, jedyną, dla której ciastka zabrakło, była właśnie Nina... Nie żeby jakoś szczególnie zależało jej na poczęstunku czy przyjaźni wszystkich tych dziewczyn, ale to i tak bolało, zwłaszcza że w poprzedniej szkole Nina była jedną z bardziej lubianych uczennic.

Mogłaby o tym wszystkim opowiedzieć, ale ostatecznie nie powiedziała nic. Zresztą od strony budynku szedł już, taszcząc walizkę, chudy piętnastoletni chłopak. Nina poznała go po tej chudości właśnie, bo Hubert znowu miał czarne włosy, tak jak wtedy, gdy spotkali się po raz pierwszy w Markotach.

– Cześć – sapnął, stawiając walizkę obok samochodu.

Lis wrzucił ją do bagażnika, a Nina niezbyt zręcznie objęła chłopaka. Żadne z nich nie przepadało za okazywaniem uczuć.

– Wszystko w porządku? – zapytał Hubert, a dziewczyna z pewnym ociąganiem skinęła głową.

Przez ostatnie trzy miesiące widzieli się tylko raz, i to z daleka, bo uczniom obu szkół nie wolno było się spotykać ani nawet wychodzić na miasto bez opieki zakonnic.

– A u ciebie?

– Nieźle – przyznał Hubert. – Ta szkoła jest całkiem fajna. Mają tu nawet kółko dramatyczne, w zeszłym tygodniu wystawialiśmy Żywot świętego Stanisława Kostki. To jakaś okropna sztuka o chłopaku, który uciekł z domu, bo chciał wstąpić do klasztoru. Na Szekspira ani nawet na Słowackiego nam pewnie nie pozwolą, więc lepsze to niż nic. Co prawda one mnie nie lubią...

– Zakonnice?

– Zakonnice, tak. Mówią, no wiesz, że jestem dzieckiem grzechu, bo moi rodzice nie mieli ślubu. Ale chłopaki z klasy są w porządku.

A więc przynajmniej Hubert znalazł kolegów w nowej szkole. Nina przyjrzała mu się uważnie: nastolatek faktycznie sprawiał wrażenie zadowolonego, co w jego przypadku oznaczało, że nie miał tak ponurej miny jak zwykle. I nabrał trochę ciała. Nadal oczywiście był chudy, ale już nie przerażająco chudy. Nina odetchnęła z ulgą – ostatecznie to ona namówiła Huberta na współpracę z komunistami i czuła się teraz za niego poniekąd odpowiedzialna.

– A co z twoimi włosami? Zafarbowałeś je?

– Zafarbowałem – przyznał, uśmiechając się nieoczekiwanie radośnie. – No wiesz, doszedłem do wniosku, że czarne jednak bardziej do mnie pasują.

Fakt, z ciemną czupryną wyglądał trochę jak blady, romantyczny poeta, a z jasną – jak wypłowiały duch albo negatyw zdjęcia. Ale jakim cudem ktokolwiek mu na to pozwolił? Ninie nie wolno było nawet zapuścić grzywki, a on mógł zafarbować włosy?

Gdy go o to zapytała, wzruszył niedbale ramionami.

– Powiedziałem im, że mnie ścigają i dlatego muszę zmienić wygląd.

Wytrzeszczyła oczy.

– Uwierzyli?

– Ja naprawdę jestem dobrym aktorem. Poza tym akurat przyszły dokumenty od Lisa i siostra przełożona uznała chyba, że coś jest na rzeczy. Ty też masz nowe nazwisko?

– Tak, nazywam się teraz Marczak. Nina, a nie Janina, jak wcześniej. Nina została, bo pani Wiśniewska powiedziała, że i tak by mi się myliło.

– Ja jestem Hubert Jerzycki.

– Wsiadajcie – pogonił ich Lis, który skończył wreszcie przekładać walizki w bagażniku. – Już i tak jesteśmy spóźnieni.

– Miał nam pan powiedzieć, dokąd jedziemy – przypomniała Nina.

– Powiem wam, jak tylko ruszymy.

***

– Jedziecie do Wilczych Dołów, to takie małe miasteczko w Karkonoszach – wyjaśnił porucznik Lis. – Po drodze spotkamy się z Tamarą i Jackiem, a na miejsce zawiezie was towarzyszka Wiśniewska. Ona będzie się wami opiekować. Mam nadzieję, że miło spędzicie ferie.

– Spędzimy ferie? – W głosie Niny zabrzmiało niedowierzanie. – To my jedziemy tam na ferie?

– Oczywiście, a co ty myślałaś?

– Mieliśmy przecież dla was pracować! Pamięta pan? Czerwone Kapturki, magia, te sprawy?

Właściwie co ją tak oburzało? Przecież wcale nie chciała pracować dla komunistów. Może to była kwestia tego specyficznego dreszczu emocji, który czuła latem w Markotach i potem jesienią w instytucie Totenwald. Jasne, groziła jej wtedy śmierć i bywały momenty, kiedy Nina oddałaby pół życia, żeby znaleźć się z powrotem w bezpiecznym domu, ale w jakiś sposób tęskniła za tamtymi dniami. Tęskniła, choć sama sobie powtarzała, że to bardzo głupie.

– Pamiętam. – Lis wyminął jadący drogą wóz z węglem. – Ale zanim powierzymy wam jakiekolwiek zadanie, musicie najpierw trochę poćwiczyć.

– Co poćwiczyć? – Siedzący obok Niny Hubert zmarszczył brwi. – Nasze moce? Ja ze swoją sobie radzę. I jak dotąd nikt w szkole się nie domyślił, że mam jakąkolwiek magię.

Pstryknął palcami i nad opuszką kciuka pojawił się maleńki ogień. Hubert bawił się nim przez chwilę, przerzucając z ręki do ręki, a potem zgasił. Nina odwróciła wzrok. Ona również miała moc, ale w przeciwieństwie do Huberta nie potrafiła nad nią panować.

– Nie chodzi tylko o magię – tłumaczył cierpliwie Lis. – Chcemy nauczyć was paru pożytecznych rzeczy.

– Na przykład jakich?

– Na przykład jak się bronić, jeśli ktoś was zaatakuje. Albo coś. Nawet upiora można przecież zranić. Nauczymy was strzelać i walczyć wręcz. Dzięki temu będziecie bezpieczniejsi, a my nie będziemy musieli się o was martwić.

– Dostaniemy pistolety? – Hubert starał się zachować powściągliwość, ale oczy podejrzanie mu błyszczały.

– Pomyślimy o tym.

Nina spojrzała w odbite w lusterku oczy Lisa, a mężczyzna odwrócił wzrok. On wie, pomyślała dziewczyna. Wie, że konwencjonalna broń rzadko działa na upiory. Ale oni po prostu nie mają nam nic innego do zaoferowania, w żaden inny sposób nie mogą nas chronić.

Jechali na południe. Lis milczał, Nina i Hubert rozmawiali na tylnym siedzeniu, nadrabiając ostatnie trzy miesiące. Chłopak opowiedział jej o przedstawieniu i Bożym Narodzeniu spędzonym u Jacka (Nina odrzuciła zaproszenie Tamary, bo uznała, że gość, który cały czas płacze, tylko psułby świąteczną atmosferę). Nina zrewanżowała się opowiadaniem o naleśnikoberetach i o tym, że na lekcjach gimnastyki dziewczyny ćwiczą w pończochach, bo odsłanianie gołych nóg według zakonnic jest nieprzyzwoite. Nie chciała mówić ani o ignorujących ją koleżankach, ani tym bardziej o siniakach, które ukrywała pod swetrem. Po pierwsze, Lis cały czas słuchał. Po drugie, Hubert wyraźnie był w dobrym humorze i dziewczyna nie miała serca go martwić – zwłaszcza że i tak nie potrafiłby jej pomóc.

Koło drugiej sięgnęła wreszcie po leżące na tylnym siedzeniu termosy. W jednym była obrzydliwie gorzka herbata, dokładnie taka, jaką chętnie pił Hubert (być może po to, żeby się umartwiać), w drugim natomiast bardzo słodka kawa z dużą ilością mleka, czyli ulubiony napój Niny. A więc Lis jednak próbował być miły. Dziewczyna zawahała się, sięgając po swój termos, ale czuła już takie pragnienie, że było jej wszystko jedno. Napiła się kawy, a potem zaczęła walczyć z mielonką na wielkiej pajdzie świeżego chleba.

Hubert jadł drugą kanapkę, wyglądając przez okno, za którym przesuwał się zimowy krajobraz.

Mijali białe pola, z których sterczały samotne strachy na wróble i nagie drzewa, obsypane wronami jak czarnymi nastroszonymi ulęgałkami. Przejeżdżali przez zapyziałe wioski i senne małe miasteczka, czasem też na horyzoncie pokazywało się duże miasto, z kominami dymiącymi w szare niebo, ale Lis zazwyczaj omijał je, jadąc bocznymi drogami.

Za Zieloną Górą zatrzymali się pod lasem, by porucznik mógł sprawdzić dalszą trasę. Wysiadł, rozłożył mapę na masce samochodu i patrzył na nią ze zmarszczonymi brwiami, a Hubert skorzystał z okazji i poszedł podziwiać słońce prześwitujące między drzewami (innego chłopaka Nina podejrzewałaby, że idzie za potrzebą, ale Hubertowi mogło faktycznie chodzić o piękne widoki). Dziewczyna spacerowała po pustej drodze tam i z powrotem, patrząc, jak para unosi się z jej ust przy każdym oddechu.

Po lewej stronie drogi rósł dębowy las, po prawej aż po horyzont rozciągało się puste pole, na którym dwie sarny szukały pod śniegiem jedzenia. Nina obserwowała je przez chwilę, a potem podeszła do Lisa.

– Naprawdę jedziemy do Wilczych Dołów tylko na ferie? – zapytała.

– Naprawdę. – Mężczyzna złożył mapę. – Nie chcemy was wywieźć do lasu i zamordować, jeśli tego się boisz. Wiem, że nie masz o nas najlepszego zdania, ale my nie zabijamy dzieci.

– Chyba że nie macie innego wyjścia.

Nina pomyślała o instytucie Totenwald, o tym, jak dostała czerwoną kartkę i czekała na swoją kolej, żeby umrzeć. Lis ocalił jej wtedy życie, ale pytanie brzmiało, czy nie zrobił tego przypadkiem kosztem kogoś innego. Nina uwierzyła, kiedy zaprzeczył, bo chciała wierzyć, czasem jednak i tak miała wątpliwości.

– Chyba że nie mamy innego wyjścia – przyznał Lis ze spokojem, który wydawał się bardziej przerażający niż wściekłość (brzmiała też w tym spokoju nuta znużenia i smutku, ale Nina wolała jej nie dostrzegać).

Ona również miała potencjalnie niebezpieczną moc, nad którą nie panowała. Wiedziała o tym i czasem myślała, że lepiej by było dla wszystkich, gdyby Lis nigdy jej nie uratował. Skoro inne dzieci z niestabilnymi mocami szły na śmierć, dlaczego ona miałaby żyć?

Porucznik musiał pomyśleć o tym samym, bo schował mapę do kieszeni i spojrzał na Ninę.

– Myślę, że mogłabyś nad tą mocą zapanować, gdybyś tylko dłużej poćwiczyła – powiedział. – Tak naprawdę nigdy przecież tego nie próbowałaś. Twoja moc działa, kiedy pada śnieg?

– Działa, ale za każdym razem, kiedy jej używałam, komuś działa się krzywda. – Nina zacisnęła usta.

– To idź tam, gdzie nikogo nie ma. W Wilczych Dołach jest uschnięty las, w którym nie ma żadnych zwierząt ani tym bardziej ludzi.

– I dlatego właśnie zabieracie nas tam na ferie?

Hubert wynurzył się z lasu i podszedł do nich.

– Ja też chciałbym wiedzieć, dlaczego właściwie jedziemy do Wilczych Dołów. Nie mogliście wybrać miejsca gdzieś bliżej?

– To jedyne miasto w całej Polsce, w którym jak dotąd nie zanotowano ani jednego incydentu magicznego – wyjaśnił porucznik. – Dlatego uznaliśmy, że tam będziecie bezpieczni. Żadnych upiorów, bestii, magii ani nawet aniołów.

Hubert wyglądał na odrobinę rozczarowanego, Nina zmarszczyła brwi.

– Skąd właściwie o tym wiecie? – zapytała. – Macie jakiś... system badań albo coś w tym rodzaju?

– Zbieramy informacje od naszych ludzi rozsianych po całym kraju, a oni z kolei zbierają informacje od mieszkańców miast i wsi. Oczywiście nigdy nie dowiemy się absolutnie o wszystkich incydentach, ale jesteśmy w stanie na podstawie raportów stwierdzić, które rejony są mniej aktywne magicznie, a które bardziej. A w Wilczych Dołach pracował jeden z naszych najbardziej zaufanych ludzi. Bardzo skrupulatny współpracownik, zapewniam cię. Na pewno nie przegapiłby niczego poważnego.

Wszystko to brzmiało bardzo przekonująco, może nawet trochę przesadnie, zupełnie jakby Lis próbował przekonać też siebie. Ninę uderzyła nagła myśl, że Lis się martwi. Próbuje to ukryć, ale naprawdę się martwi.

– Jedziemy – powiedział porucznik. – Za Legnicą zatrzymamy się na obiad i zaczekamy na Tamarę i Jacka.

Dwie godziny później zaparkowali przy gospodzie Leśna Polana, gdzie Lis zamówił dla siebie bigos, a dla nastolatków po porcji pierogów z jagodami. Nina jadła, rozmazując po talerzu śmietanę, za oknem powoli zapadał zimowy zmierzch. Kiedy dojedziemy do Wilczych Dołów, będzie już całkiem ciemno, pomyślała.

Lis skończył swój obiad i zerknął na zegarek.

– Zaczekajcie tutaj – powiedział. – Pójdę zobaczyć, czy tamci już przyjechali.

– Idę z panem. – Nina zerwała się z ławki.

Hubert, pogrążony w lekturze wyciągniętego z kieszeni tomiku poezji, skinął obojętnie głową.

Na zewnątrz przenikliwy wiatr sypał im w twarze drobinki śniegu. Nina skuliła się i podniosła kołnierz palta. Lis zapalił papierosa, osłaniając ogienek dłonią. Dziewczyna spodziewała się, że zapyta, po co za nim poszła, ale on milczał i wydmuchiwał tylko dym, który zaraz niknął w zadymce.

– Pan nie jest z nami szczery – powiedziała wreszcie. – Pan się czymś martwi...

– A ty jesteś szczera? Myślisz, że nie widzę, jak ciężko ci ruszać lewą ręką?

Nina poczerwieniała. Lewy bok faktycznie miała bardziej poobijany niż prawy, ale sądziła dotąd, że nikt niczego nie zauważył.

– Spadłam na gimnastyce z drabinki – powiedziała obronnym tonem, a Lis skinął głową, nawet na nią nie patrząc. – To był...

– Daruj sobie.

Zaciągnął się jeszcze papierosem, a potem rzucił niedopałek pod nogi i przydepnął.

– Towarzysz Konstanty Rygiel naprawdę był jednym z naszych najlepszych ludzi – oznajmił. – Nie lubił komunistów, ale jeszcze bardziej nie znosił magii i dlatego zgodził się dla nas pracować. Typ przedwojennego dżentelmena, jeśli wiesz, co mam na myśli. Jestem pewien, że kto jak kto, ale on by nas nie oszukał.

– Ale?

– Dlaczego sądzisz, że jest jakieś ale?

– Powiedział pan był. Nie jest, tylko był.

Lis westchnął.

– Towarzysz Rygiel zniknął tuż po tym, jak wysłał nam ostatni raport. Nie, nie ma w tym nic podejrzanego – zastrzegł od razu, bo Nina już otwierała usta. – Był stary i od dawna myślał o przejściu na emeryturę. To miało być jego ostatnie zadanie, taki sentymentalny powrót do miasteczka, w którym jak twierdził, spędził najpiękniejsze lato młodości.

– Ale? – powtórzyła uparcie.

– Z tego, co wiemy, towarzysz Rygiel wrócił z Wilczych Dołów do Krakowa, gdzie mieszkał, a następnego ranka spakował wszystkie rzeczy do walizki, zaniósł ją do swojej warszawy i odjechał, nikt nie wie dokąd.

– I pan twierdzi, że nie ma w tym nic podejrzanego?

– Dlaczego miałoby być? To był stary, samotny człowiek, którego nic w Krakowie nie trzymało. Może potrzebował odmiany i zwyczajnie wyjechał.

– Żeby szukać spokoju nad morzem? – podsunęła Nina. – Albo wypasać owce na tatrzańskich halach i zastanawiać się tam nad sensem życia?

– Naprawdę pilnie ćwiczysz sarkazm, co?

Dziewczyna zignorowała pytanie.

– I nikt nie próbował go znaleźć?

Lis wzruszył ramionami.

– Próbowaliśmy, ale to nie jest takie łatwe.

Jasne, że nie, pomyślała. W wielu rejonach kraju panował jeszcze powojenny chaos, zaginione dokumenty odnajdywano albo przeciwnie, okazywało się, że zniknęły na dobre, ludzie mieli w dowodach sfałszowane − z takich czy innych względów − dane. Jeśli ktoś chciałby zmienić tożsamość i zatrzeć za sobą ślady, nie miałby z tym większego problemu.

W gęstniejącym zmroku na podjazd wtoczył się szeroki czarny samochód. Nikt poza komunistami takimi nie jeździł, Nina od razu więc wiedziała, że to Tamara i Jacek. Ruszyła w ich stronę, ale Lis chwycił ją jeszcze za ramię.

– Tak, byłbym spokojniejszy, gdyby towarzysz Rygiel odnalazł się na tych halach z owcami. Ale na dziewięćdziesiąt procent nie ma w tym niczego tajemniczego. Nie musisz się martwić.

A te pozostałe dziesięć procent? – pomyślała, jednak nie zastanawiała się nad tym więcej, bo z samochodu wysiadały już dwie znajome sylwetki: chuda i wysoka Tamary oraz krępa Jacka.

***

– Ja jestem najgrubszy, więc pojadę z przodu – oznajmił Jacek, z satysfakcją wsuwając się na przednie siedzenie.

Nina, Tamara i Hubert usiedli z tyłu, miejsce za kierownicą zajęła Ewa Wiśniewska. Jeśli czuła zmęczenie po kilku godzinach jazdy, to nie było tego po niej widać. Samochód ruszył, zostawiając na podjeździe samotną sylwetkę porucznika Lisa. Tylko Nina odwróciła się, by na niego spojrzeć.

– Pani Ewa powiedziała, że nauczy nas strzelać – mówił tymczasem wyraźnie rozentuzjazmowany Jacek. – I bić się. I walczyć na noże!

– O nożach nie było mowy – zaprotestowała kobieta, ale chłopak jej nie słuchał.

– Jeśli o mnie chodzi – powiedziała Tamara, ziewając przeraźliwie – nie miałabym nic przeciwko zupełnie zwyczajnym feriom. No wiecie, takim z jazdą na sankach, rzucaniem się śnieżkami i lepieniem bałwana. No co? – dodała zaczepnie, bo pozostała trójka nastolatków spojrzała na nią zdumiona. – Wszystkim nam przydałaby się odrobina normalności.

– Nie uważasz, że jesteśmy trochę za starzy na lepienie bałwana? – zasugerował Jacek.

Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami. Miała prawie piętnaście lat i najwyraźniej weszła już w ten wiek, kiedy człowiek przestaje się przejmować, że jest na coś za stary.

Nina pomyślała, że naprawdę przydałyby im się dla odmiany jakieś normalne wakacje. Mogliby nawet przeżywać przygody, o których czytała w książkach: zwyczajne przygody, takie jak zgubienie się w lesie czy spotkanie z dzikim zwierzęciem. Wieczorami opowiadaliby sobie przy piecu straszne historie i graliby w karty, w dzień uczyliby się jeździć na nartach i śmiali się, kiedy któreś z nich przewracałoby się w śnieg.

Rozmarzyła się, wyobrażając sobie wszystkie te miłe codzienne rzeczy, jakie mogliby razem robić. Wyprawy do miejscowego sklepu, oszukiwanie pani Ewy, która zapędzałaby ich wcześnie do łóżek...

A potem przed oczami stanęła jej twarz Lisa. Porucznik miał całe mnóstwo wad, ale nie można było odmówić mu inteligencji. Jeśli on się martwił, to znaczyło, że istniały powody do zmartwienia.

Dziewięćdziesiąt procent. Nina przezornie odjęła od tego dwadzieścia, bo Lis prawdopodobnie starał się ją pocieszyć. Niech więc będzie siedemdziesiąt procent szansy, że wszystko jest w porządku. I trzydzieści, że nie jest.

Nie potrafiłaby odpowiedzieć na pytanie, czy to dużo, czy mało.

Zrobiło się już całkiem ciemno, światła samochodu wykrawały z mroku długie szarożółte smugi, w których kuliły się sylwetki przydrożnych krzewów. Hubert patrzył przez okno z twarzą niemal przylepioną do szyby, Tamara przysypiała – jak wspomniała, była wykończona, bo ojciec puścił ją na wcześniejsze ferie tylko pod warunkiem, że najpierw nadrobi zaległości z jesieni, kiedy przebywała w instytucie Totenwald.

Nawet Jacek zamilkł i ograniczył się do pilnego śledzenia drogi, która rozwijała się przed maską samochodu jak połyskująca drobinkami lodu biała wstęga. Ewa Wiśniewska jechała powoli, skupiając się, żeby nie wpaść w poślizg, z najniższych gałęzi śnieg sypał się na szyby. W aucie było nieznośnie duszno, pani Ewa uchyliła więc na moment okno – tylko odrobinę, ale tyle wystarczyło, by do środka wdarł się ostry, zimny zapach górskiego wiatru i świerków.

Nagle pochyliła się gwałtownie do przodu i szarpnęła kierownicą. Jacek krzyknął, samochodem zarzuciło w bok, koła ślizgały się przez chwilę na oblodzonej drodze. Wreszcie auto stanęło i Nina, która przez cały ten czas siedziała nieruchomo, bojąc się nawet oddychać, wypuściła długo wstrzymywane powietrze.

– Co to było? – zapytała wyrwana ze snu Tamara.

– Ktoś wyskoczył nam pod koła – wyjaśnił Jacek. – Chy... chyba udało nam się go ominąć.

Pani Ewa zaklęła w sposób, który zupełnie nie pasował do jasnowłosej, eleganckiej kobiety o urodzie gwiazdy filmowej, i wysiadła. Pasażerowie wysypali się na drogę zaraz za nią.

– Nic panu nie jest? – zapytała nerwowo.

Nina dopiero teraz zauważyła skuloną na poboczu postać. Jacek, jak zawsze przytomny, wyciągnął z kieszeni latarkę i zapalił ją. Schwytany w smugę ostrego blasku mężczyzna zmrużył oczy, a potem odruchowo zasłonił się rękami. Nie wyglądał dobrze: miał rozczochrane włosy i połatane ubranie, a twarz, którą dziewczyna widziała przez chwilę, zryta była głębokimi bruzdami. Nie sprawiał jednak wrażenia rannego.

– Boli coś pana? – Ewa Wiśniewska musiała dojść do podobnego wniosku, bo jej głos brzmiał już zdecydowanie spokojniej.

– N... nie umiem t... trafić do domu – wyjąkał płaczliwie. – Z... zgubiłem drogę.

– A gdzie pan mieszka?

– Nied... daleko...

Kobieta westchnęła ciężko i wzięła go za łokieć, po czym przeszła kilkanaście kroków. Reszta grupy powędrowała za nimi, trochę z ciekawości, a trochę dlatego, że i tak nie mieli nic lepszego do roboty. Już po chwili otworzył się przed nimi widok na Wilcze Doły. Znajdowali się teraz w najwyższym punkcie przełęczy, dalej droga wiodła w dół, do miasteczka, które leżało całe rozświetlone w górskiej kotlinie jak w wielkiej misie.

– Stąd już widać miasto – powiedziała Ewa Wiśniewska. – Podrzuciłabym pana, ale niestety nie mam miejsca. Wsiadajcie. – Pogoniła nastolatków do samochodu. Kiedy ruszyli, Nina usłyszała wyraźnie, jak kobieta mruczy: – Kompletnie pijany.

I to się zgadzało, mężczyzna faktycznie wyglądał na typowego wiejskiego pijaczka, przedwcześnie zniszczonego przez alkohol, w obdartym ubraniu. I mówił przecież niewyraźnie, jąkając się, i miał niezborne ruchy...

Coś jednak w tym obrazie nie pasowało i kiedy samochód zsuwał się w dół, coraz bliżej miasteczka, Nina uświadomiła sobie nagle, co to takiego.

Nie czuła od nieznajomego alkoholu.

– Pięknie tu – powiedział Hubert, patrząc na rozświetlone Wilcze Doły.

Jacek uśmiechnął się złośliwie.

– Ciekawe, czy powiesz to samo, kiedy utkniesz tu do końca zimy.

– Czemu miałby utknąć? – zainteresowała się Tamara, a Jacek nadął się lekko, pełen poczucia własnej ważności.

– Bo to miasto leży przy samej granicy i dlatego dojazd jest tylko z jednej strony. Nie ma żadnej innej drogi, wiem, bo sprawdzałem na mapie. Jeśli więc spadnie dużo śniegu, Wilcze Doły będą, no wiecie...

– Odcięte od świata – podpowiedziała Nina.

Jacek skinął głową, a auto stoczyło się jeszcze niżej, wjeżdżając w krąg pierwszych świateł.

Rozdział trzeci, w którym Nina przypomina sobie przeszłość (choć niecałą), a potem poznaje opuszczone miasto.

Z początku mówili jednocześnie, przerywając sobie nawzajem.

– Co tu robisz? Nie wiedziałem...

– Obudziłam się w takim pałacyku koło rynku. Wiesz może...

– ...szukałem kogoś, kto...

– ...co tu się stało, gdzie są wszyscy...?

– Nie pamiętam...

– Czekaj. – Nina (bardzo szybko przyzwyczaiła się do tego imienia) zamachała gwałtownie rękami. – Opowiedz po kolei, co się z tobą działo.

Chłopak, który przedstawił się jako Jacek, odetchnął.

– Ja też obudziłem się w pałacyku przy rynku.

– Na piętrze?

– Nie, na schodach. Na piętro w ogóle nie wchodziłem.

– Gdybyś wszedł, to może znaleźlibyśmy się wcześniej. – W głosie Niny zabrzmiała lekka pretensja.

– Jakoś nie przyszło mi to do głowy. – Jacek zrzucił warstwę śniegu z trzepaka i usiadł. Dziewczyna po chwili wahania poszła w jego ślady. – Miałaś mi nie przerywać.

– Przepraszam. Mów dalej.

– No więc obudziłem się i nie wiedziałem, co się stało...

– Ty też niczego nie pamiętasz? – Nie mogła się powstrzymać, żeby znowu nie przerwać.

– Pamiętam tylko, jak tu przyjechaliśmy, a potem już nic. Ale poza tym wiem wszystko. Jak się nazywam i w ogóle. Ty naprawdę całkiem straciłaś pamięć?

– Tak... – powiedziała Nina i zaraz zorientowała się, że to przecież nieprawda. Sporo do niej wracało, powoli i w kawałkach, ale wracało – i szkoła świętej Łucji, i wakacje w Markotach, i Totenwald.... I rodzice, na myśl o których poczuła gwałtowny ból w sercu. Jednak tam, gdzie powinny być wspomnienia ostatnich tygodni, rozciągała się czarna dziura. – To znaczy nie, nie do końca. Ja też nie pamiętam naszych ferii, ale resztę chyba sobie przypomnę. Co było dalej?

– No, zupełnie nie wiedziałem, co zrobić. Strasznie się bałem, wiesz.

Skinęła głową. Pamiętała dobrze, jak ona się bała.

– Wtedy trafiłem do takiego jakby mieszkania...

– Mieszkania?

– Znowu przerywasz.

– Już nie będę, obiecuję.

– No więc tam, w tym pałacu, jest coś w rodzaju mieszkania. Zupełnie normalnego, nie żadne komnaty, tylko zwyczajne pokoje z kominkiem, łazienką i kuchnią. Ktoś musiał część tego pałacu przerobić jeszcze przed wojną. Nie byłaś tam?

– Nie. Ja widziałam tylko taką jakby kanciapę, chyba dla dozorcy.

– To mieszkanie jest dalej, bardziej z tyłu. I tam jest naprawdę wygodnie, tylko nie ma jedzenia, dlatego musiałem wyjść, żeby znaleźć coś na kolację.

– Przechodziłeś przez rynek?

– Nie, wyszedłem drugim wyjściem.

Nina przytaknęła. To przynajmniej wyjaśniało, czemu na rynku nie było żadnych śladów.

– Musiałem też znaleźć jakieś ciuchy, bo nawet sobie nie wyobrażasz, w co byłem ubrany...

– W koronkową sukienkę z gorsetem?

Jacek spojrzał z urazą.

– No wiesz? Spodnie, tylko takie pumpowate, jak z zeszłego stulecia. I białą koszulę z takim śmiesznym fontaziem pod brodą i kamizelkę. Haftowaną, wyobrażasz sobie?

Nina sobie wyobrażała.

– A potem?

– Tu część mieszkań jest otwarta, pewnie już o tym wiesz. I niektóre sklepy też. Dlatego naznosiłem do mieszkania jedzenia, zjadłem kolację i poszedłem spać, bo robiło się ciemno. A dzisiaj rano...

– Czekaj. W nocy niczego nie słyszałeś?

– Nie, co miałbym słyszeć? – Jacek na chwilę zapomniał, że powinien się oburzać, kiedy dziewczyna mu przerywa.

– Do moich drzwi coś drapało.

– Coś?

– Może zwykły pies, nie wiem. Ale musiało być naprawdę duże. Mniejsza z tym. Co robiłeś dzisiaj rano?

– Nic specjalnego. Przyniosłem jeszcze trochę ubrań i jedzenia, a potem kręciłem się trochę po mieście, ale śnieg sypał coraz mocniej, więc schowałem się w kościele. Było cholernie zimno, myślałem, że mi tyłek przymarznie do ławki. A kiedy pogoda się uspokoiła, przyszło mi do głowy, że warto wejść na wieżę i zobaczyć miasto z góry. Jak w Totenwaldzie, kiedy wchodziłaś na komin, pamiętasz?

– Tak... Chyba tak. Ja też myślałam, żeby wejść na wieżę.

– No to tym razem ja byłem szybszy. – W głosie Jacka zabrzmiała lekka satysfakcja. – Ale nie zobaczyłem niczego ciekawego. Poza tobą, oczywiście, tylko że wtedy nie wiedziałem, że to ty. Myślałem, że to jakiś chłopak. Nie wiedziałem, kogo się spodziewać, więc wolałem być ostrożny, a jak zobaczyłem, że idziesz za mną, to trochę spanikowałem i...

– Postanowiłeś się na mnie rzucić.

– Przepraszam. – Jacek poczerwieniał. – Nic ci nie zrobiłem?

– Teraz pytasz? – Nina westchnęła. – Nie, nic. Tylko siedzenie mam całe mokre.

– Możemy pójść do tego mieszkania i tam się wysuszyć. I zastanowić się, co dalej.

– Dobra. – Zsunęła się z trzepaka i obróciła w kierunku, w którym jak podejrzewała, znajdował się pałacyk. – W którą stronę? Tam?

– Aha. – Jacek ruszył naprzód. – Naprawdę obudziłaś się w kiecce z gorsetem?

***

Mieszkanie składało się z trzech pokoi: dwóch sypialni, salonu z kominkiem, łazienki oraz niewielkiej kuchni z piecykiem na butlę gazową. W szafkach była pościel i dodatkowe koce, w łazience leżał stosik mydeł i świeże, złożone w kostkę ręczniki, a w kuchni Jacek zdążył już znaleźć garnki oraz trzy komplety zastawy stołowej. Nigdzie natomiast nie było osobistych rzeczy, dlatego Nina rozsądnie wywnioskowała, że to prawdopodobnie apartament wynajmowany przyjeżdżającym do Wilczych Dołów partyjnym oficjelom. Zrozumiała też od razu, dlaczego Jacek wolał spędzić noc tutaj zamiast w dowolnym innym mieszkaniu – tu człowiek czuł się nie jak intruz, tylko jak gość w hotelu.

Jacek rozpalił ogień w kominku i Nina wysuszyła spodnie. Za oknem znów padał śnieg, przyśpieszając nadejście wczesnego zimowego zmierzchu. Dochodziła dopiero czwarta, ale na zewnątrz było już niemal zupełnie ciemno.

– Zrobię coś do jedzenia – powiedział chłopak niepewnie, a Nina, która zdążyła trochę zgłodnieć, skinęła głową.

Poszli do maleńkiej kuchni, gdzie Jacek zabrał się do smażenia placków ziemniaczanych. Nina miała lekkie poczucie winy, bo nie zaproponowała mu pomocy, ale chłopak świetnie sobie radził, a ona naprawdę nie lubiła gotować. Usiadła więc w kącie i zagapiła się w spiętrzony na blacie stos jedzenia. Były tam nie tylko takie podstawowe produkty jak ziemniaki, mąka czy worek soli, ale też koszyk z jajkami, dwa bochenki chleba (jeden napoczęty, drugi cały), kilka bułek, garnek smalcu, pół koła białego sera, trochę pomarszczonych warzyw i opakowanie kawy zbożowej. Jacek zauważył wzrok Niny.

– Trzeba będzie posegregować te rzeczy od najłatwiej psujących się do najtrudniej. No wiesz, w końcu nie wiadomo, ile czasu tu spędzimy, zanim nas wyciągniesz.

– Ja?

– No a kto? Przecież to ty zawsze coś wymyślasz.

On nie żartuje, pomyślała Nina, czując, jak wzbiera w niej panika. Naprawdę mówi serio.

– Myślałem, że moglibyśmy przejść przez te góry, no wiesz, jak taternicy wyprawiający się zimą w Himalaje. Albo znaleźć narty...

– Później. – Zamachała gwałtownie rękami. – Daj mi pięć minut, co?

Zamknęła oczy. Obrazy z przeszłości napływały, jakby ktoś odkręcił kran. Potrzebowała chwili, żeby ułożyć je sobie wszystkie w głowie. Sławek umierający w przychodni wiejskiego lekarza, Lidka krzycząca, kiedy odłamek rozbitej szyby skaleczył ją w czoło, i Bestia z Kręgu. A potem, jesienią, instytut Totenwald, strażniczka musztrująca dziewczęta pod prysznicem, upiory w lesie i czerwone kartki. I porucznik Lis, matka Niny chwytająca się za serce, jej zsiniałe nagle usta. Wreszcie szkoła świętej Łucji, koleżanki wyzywające Ninę od „komunistek”, przepłakane święta i siniaki na ramionach...

Kiedy z powrotem uniosła powieki, Jacek posypywał właśnie placki cukrem.

– Dzięki – mruknęła, przyjmując talerz i widelec.

Placki były idealne: miękkie w środku i chrupkie na zewnątrz.

– Pójdziemy do salonu? – zaproponował chłopak. – Możemy siedzieć na dywanie z talerzami na kolanach. Tak jest fajniej niż przy stole.

Nina znowu bezmyślnie skinęła głową. Uświadomiła sobie przy tym, że od wczoraj nie zrobiła właściwie nic konstruktywnego: to Jacek znalazł mieszkanie i zgromadził zapasy jedzenia, jej udało się tylko zgubić w śnieżycy. Naprawdę chłopak się spodziewał, że właśnie ona zdoła w jakikolwiek sposób zmienić sytuację, w jakiej się znaleźli?

Kiedy usiedli przed kominkiem, żarówka w zawieszonej pod sufitem lampie zamrugała i zgasła, a całe pomieszczenie wypełniło się gęstym, miękkim mrokiem, który rozjaśniał tylko czerwony blask ognia. Nina drgnęła nerwowo, Jacek zaklął.

– To przez ten śnieg – powiedział. – Musiało zerwać linię...

– Może ją naprawią.

– Może. – W głosie chłopaka brzmiało powątpiewanie, bo kto miałby cokolwiek tu naprawiać, skoro miasto było opuszczone? – Widziałem świece w kuchni, czekaj, przyniosę.

Wrócił po chwili ze świeczką w ręku, ale słaby płomień ledwo radził sobie z odpychaniem mroku.

Zjedli w ciszy, przerywanej tylko pacnięciami śniegu, który nagłe porywy ciskały na szybę. Jacek wyglądał na wyczerpanego, jakby nagła ciemność odebrała mu całą energię. Wyczerpanego i przestraszonego. Nina, która też straciła resztki dobrego humoru, chrząknęła.

– Wymyślę coś – powiedziała, starając się zapanować nad drżeniem głosu. – Znaczy, postaram się. Poza tym przecież ktoś przyjdzie nas tu szukać. Nie ma szans, żeby nikt nie zauważył zniknięcia wszystkich mieszkańców.

– Myślałem o tym. – Jacek wzruszył ramionami. – Ale gdyby mieli nas szukać, to już by tu chyba byli?

– Bo ja wiem? Nie minęło przecież dużo czasu. Może zjawią się jutro z samego rana.

– Może.

– Poza tym my też możemy się jakoś stąd wydostać.

– Na nartach? – Chłopak ożywił się odrobinę.

– Na przykład. – Pomysł, żeby przedzierać się na nartach przez cały ten śnieg i góry, wydawał się szalony, ale ostatecznie takie pomysły czasem też działały. – Zastanowimy się nad tym, tylko najpierw muszę się umyć. Jest tu ciepła woda?

– Jest. A w tym mniejszym pokoju masz trochę ubrań, możesz sobie coś wybrać.

– Dzięki.

***

Nina przejrzała stos ubrań rzuconych niedbale na łóżko. Było tu kilka par spodni, trzy czy cztery koszulki, skarpetki, wełniany sweter, a nawet bielizna, wszystko oczywiście męskie albo chłopięce i na Ninę zbyt obszerne, ale nie zamierzała wybrzydzać. Wzięła parę kalesonów i podkoszulek – od biedy taki strój mógł ujść za piżamę. Nie miała już przy tym poczucia winy, że zabiera cudze rzeczy, zupełnie jakby przyzwyczaiła się do myśli, że mieszkańcy Wilczych Dołów nigdy nie wrócą. Jacek w dodatku, sądząc po tym, ile tu tego wszystkiego naznosił, szykował się chyba na dłuższy pobyt w opuszczonym mieście.

I kto wie, może miał rację.

W łazience postawiła świecę na umywalce, a później rozebrała się szybko w półmroku. Naga, czuła się dziwnie bezbronna, zwłaszcza tuż przy oknie, na które napierała zimowa śnieżna ciemność. Pochyliła się nad żelazną wanną na lwich łapkach i odkręciła kurek. Kran zakrztusił się, a potem bryznął ciepłą wodą. Cóż, przynajmniej to działało.

Nina umyła się, wytarła jednym z ręczników i ubrała (z kalesonów musiała wyciągnąć gumkę i zrobić na niej węzeł). Kiedy wróciła do salonu, Jacek siedział przed kominkiem niemal dokładnie w takiej pozycji, w jakiej go zostawiła, jedyną różnicą były stojące na dywanie kubki, z których unosił się zapach kawy zbożowej.

– Możesz iść się myć – powiedziała.

– Myłem się wczoraj.

Chciała powiedzieć coś złośliwego, ale zrezygnowała. Ostatecznie co ją to obchodziło? Mieli większe problemy niż nawyki higieniczne Jacka.

Napiła się kawy.

– Masz jakąś kartkę i ołówek? – zapytała.

– Będziesz teraz pisać?

– Chcę zanotować parę pomysłów.

– Jasne. – Chłopak poderwał się. – Chyba widziałem coś takiego w szufladzie przy łóżku.

Wrócił po chwili z plikiem papieru listowego, piórem i kałamarzem. Nina odkręciła słoiczek i zanurzyła stalówkę w atramencie.

– Dobra, to teraz pomyślmy, co możemy zrobić. Znaczy, poza czekaniem, aż ktoś nas tu znajdzie.

– Możemy przejść przez góry.

– A wiesz, jak daleko jest do najbliższej zamieszkanej wioski albo miasta?

– Nie mam pojęcia – przyznał. – Pamiętam tylko, że Wilcze Doły leżą przy granicy i prowadzi do nich jedna droga.

– Teraz pewnie cała zasypana śniegiem.

Chłopak ponuro skinął głową. „Odcięte od świata”, Nina przypomniała sobie rozmowę w samochodzie. Zupełnie jakby wypowiedzieli tamte słowa w złą godzinę.

– W takim razie będziemy potrzebować mapy. Gdzie tu można znaleźć mapę?

– W bibliotece?

Zapisała starannym pismem: biblioteka.

– Poza tym poszukałabym telefonu, na poczcie powinien jakiś być.

– Jeśli światło nie działa, to telefon też nie będzie.

– Racja. – Nina westchnęła. – W takim razie może jakieś radio?

– W porządku. I możemy zrobić taki duży napis w śniegu, no wiesz, SOS albo coś w tym rodzaju. Żeby było widać z góry.

– Dobry pomysł.

Jacek wymyślił jeszcze, żeby zbudować szybowiec, ale Nina uznała, że to bez sensu – szybowcem mogliby ewentualnie przelecieć kawałek, gdyby startowali z góry, ale żeby wystartować z doliny, potrzebowaliby jakiegoś silnika. Mimo to zapisała i ten pomysł. Potem padały różne koncepcje: rozpalić na dachu najwyższego budynku ognisko, nadawać sygnały za pomocą luster, poszukać traktora, który mógłby przejechać przez śnieg, pójść pieszo, zabierając ze sobą na wszelki wypadek namiot (polarnicy nocują w namiotach przy bardzo niskich temperaturach, przekonywał Jacek).

Notowała, aż wreszcie w salonie zapadła cisza. Chłopak dorzucił do ognia drewna, dziewczyna odłożyła kartki i pióro.

– Myślisz, że którykolwiek z tych pomysłów ma jakiś sens? – zapytał cicho Jacek.

– Myślę, że zanim zaczniemy je realizować, ktoś nas tu znajdzie. WOP sobie poradzi, nie? Wiesz, pewnie mają specjalne samochody albo pługi śnieżne...

Skinął głową, ale nie wyglądał na pocieszonego.

– Poza tym w najgorszym wypadku zostaniemy tu do wiosny. Mamy mnóstwo jedzenia i gdzie spać, więc przeżyjemy. A jak tylko śnieg stopnieje, przejdziemy przez góry bez problemu.

– Do tego czasu moja matka osiwieje ze zmartwienia – mruknął Jacek, a Nina pomyślała o własnych rodzicach. Jak zareagują, kiedy Lis powie im, że ich córka zniknęła gdzieś w Karkonoszach?

Z drugiej strony fakt, że porucznik wiedział, dokąd jechali, dawał im pewne szanse. Bo przecież jeśli Ewa Wiśniewska nie będzie się odzywać, to Lis chyba zacznie ich wszystkich szukać?

– Jak myślisz, gdzie są Hubert i Tamara? – zapytał Jacek, kuląc się przy ogniu. – I pani Ewa?

– Nie mam pojęcia.

– Ale nic im się nie stało, prawda? To znaczy, no wiesz, gdyby... gdyby...

– Gdyby mieli umrzeć.

– Gdyby mieli umrzeć, tak.

– To wtedy znaleźlibyśmy gdzieś ciała, prawda? – Nina westchnęła. – W mieszkaniach albo na ulicy, pod śniegiem. Ale tu nie ma nikogo oprócz nas, ani żywego, ani martwego. No, może jeszcze tylko jakieś dziwne zwierzę.

– Myślisz, że oni wszyscy przed czymś uciekli?

– Chyba tak.

Nie dodała „albo wyparowali”, choć miała na to ochotę. Nie dodała też, że jeśli mieszkańcy miasta naprawdę odeszli, musieli to zrobić, zanim spadł śnieg – wszyscy razem, jakieś kilka tysięcy osób. A to było jednak mało prawdopodobne, choćby dlatego, że po takiej panicznej ucieczce całego miasteczka musiałyby zostać jakieś ślady.

– Wszystko jedno. – Jacek wyprostował się. – Nie obchodzi mnie, gdzie ci ludzie się podziali. Chcę tylko znaleźć Tamarę i Huberta. I wrócić do domu.

– Naprawdę cię nie interesuje, co tu się stało?

– Nie bardzo. A ciebie tak?

Nina skinęła głową.

– A mnie obchodzi tylko to, jak się stąd wydostać. I przeżyć.

Dziewczyna pochyliła się i niezbyt zręcznie klepnęła Jacka w ramię.

– Hej, będzie fajnie. Jak na bezludnej wyspie. Pamiętasz historię Robinsona?

Chłopak przytaknął.

– Kazali mi to czytać jako lekturę. W sumie chyba jedyna książka, która mi się w miarę podobała.

– No widzisz?

Rozmawiali przez jakiś czas, próbowali nawet żartować, ale coraz częściej zapadało milczenie. Śnieg przestał padać, lecz cisza była chyba jeszcze bardziej przerażająca niż odgłos ciskanych na szybę lodowatych płatków. Wreszcie Jacek uznał, że pora spać, a Nina podsunęła pomysł, żeby – zamiast kłaść się w chłodnych pokojach – przynieśli sobie materace przed kominek. Jacek zgodził się, a kiedy poszedł po koce do sypialni, dziewczyna sprawdziła, czy wszystkie okna na pewno są zamknięte.

Tak na wszelki wypadek.

Jak na bezludnej wyspie, myślała, gdy leżeli w ciemności obok dogasającego w kominku ognia, każde z nich udające przed tym drugim, że śpi. Nina pamiętała, że kiedy była mała, powieść Daniela Defoe bardzo jej się podobała, i teraz też w myśli, że muszą sobie radzić sami w opuszczonym mieście, było coś ekscytującego. A raczej byłoby, gdyby nie parę drobnych szczegółów.

Na przykład drapiące w drzwi tajemnicze zwierzę.

I zagadka zniknięcia kilku tysięcy ludzi.

Zamknęła oczy. Obok słyszała równy oddech Jacka, któremu najwyraźniej wreszcie udało się zasnąć. Ona też wkrótce zapadła w niespokojny, pełen koszmarów sen, w którym jakiś potwór ścigał ją długimi, ciemnymi korytarzami, podczas gdy dziewczyna uciekała w stronę Lisa, który krzyczał i krzyczał coś całkiem niezrozumiałego.

***

Obudziła się wcześnie, bo przed siódmą. Jacek jeszcze spał, pochrapując na swoim materacu, wstała więc cicho i poszła do kuchni przygotować śniadanie. Usmażyła jajecznicę (jajka niewątpliwie należały do produktów, które szybko się psują) i posmarowała masłem coraz twardszy chleb. Gdy parzyła kawę zbożową, w drzwiach pojawił się zaspany Jacek.

– Dzięki – mruknął. – Co dzisiaj robimy?

– Poszukamy biblioteki. Jak będziemy mieć mapę, to możemy się zastanowić, co dalej.

Zjedli, ubrali się ciepło i wyszli – tylko po to, żeby tuż za progiem wpaść w sięgającą powyżej kolan zaspę.

– Szlag – stęknął Jacek. – Niedługo całkiem nas zasypie.

Nina rozejrzała się w poszukiwaniu śladów, ale śnieg jak okiem sięgnąć był idealnie gładki i biały. Albo więc nad ranem jeszcze padało, albo tajemnicze zwierzę nie odwiedziło ich tej nocy. Potem odruchowo spojrzała w górę.

– Nadal nie ma ptaków.

– Jakich ptaków?

– Zwyczajnych. Wróble, gołębie, sikorki, szpaki i wrony... Są w każdym mieście. Nie ma też kotów, psów ani myszy.

– Jest zimno, wszystkie zwierzęta siedzą pochowane.

– Musiałyby przecież wyjść, choćby po to, żeby poszukać czegoś do jedzenia – upierała się.

Jacek spojrzał na nią ponuro.

– Dlaczego dla ciebie wszystko musi być cholerną tajemnicą? Nie ma zwierząt, wielkie mi rzeczy. Może sobie dokądś poszły. Co za różnica? Mamy ważniejsze rzeczy do roboty niż martwienie się o jakieś głupie ptaki. Poza tym sama przecież mówiłaś, że w nocy słyszałaś psa.

– Wcale nie jestem pewna, czy to był pies.

– A co by to mogło być? Straszny potwór, który zajmuje się drapaniem w drzwi?

Nina otworzyła usta i zaraz je zamknęła. Bo przecież jej teoria była absolutnie, całkowicie absurdalna, a Jacek zdecydowanie nie wyglądał na kogoś, kto miałby teraz ochotę na wysłuchiwanie takich teorii.

Chłopak odwrócił się i ruszył przed siebie. Przedzierali się przez zaspy, unosząc wysoko nogi i posapując. Już po kilkunastu metrach byli spoceni, a przecież nie dotarli nawet do pierwszej uliczki. W butach mieli pełno śniegu, w mroźnym powietrzu z ust unosiła się para. Jacek, silniejszy i zdecydowanie zręczniejszy, szedł z przodu, Nina starała się iść po jego śladach. Nie patrzyła w górę na czyste, błękitne niebo ani w bok na przykryte białymi czapami kamienice, tylko w dół, skupiając się na stawianiu kolejnych kroków. Jeden, drugi, trzeci...

– Czekaj – powiedziała wreszcie, kiedy chłopak zaczął skręcać. – Nie ma sensu, żebyśmy chodzili razem. Rozdzielmy się. Ja sprawdzę tutaj, a ty sprawdź uliczki po drugiej stronie rynku. Spotkamy się potem w... – słowo „dom” nie chciało jej przejść przez usta – w mieszkaniu.

– Dobra.

Jacek ruszył w swoją stronę, a Nina powędrowała dalej przed siebie. Szła już wcześniej tymi uliczkami, ale wtedy padał śnieg i bibliotekę mogła zwyczajnie przegapić. Teraz znalazła sklep mięsny, w którym z haków zwisało kilka zamarzniętych na kość kiełbas (zanotowała sobie w głowie, żeby potem wysłać tu Jacka), aptekę (zamkniętą, ale zawsze to było jakieś zabezpieczenie w przypadku choroby) i magiel (ten z całą pewnością do niczego nie mógł się przydać). Skręciła w kolejną uliczkę, a potem w jeszcze jedną. I następną.

Czas mijał, każdy krok wymagał coraz więcej wysiłku. Nina czuła, jak pot spływa jej po kręgosłupie, klejąc do pleców koszulkę. Przewróciła się dwa razy i teraz śnieg miała już nie tylko w butach, ale także za kołnierzem, a spodnie były całe mokre. Może w tym mieście nie ma biblioteki, pomyślała, partia co prawda starała się dbać, żeby w każdej miejscowości był jakiś ośrodek kultury, ale teoria teorią, a praktyka praktyką. Myślała też o ptakach – bo choć krążyła po ulicach od dwóch godzin, nadal nie widziała po nich śladu.

Przyszło jej do głowy, że może Jacek ma rację, może niepotrzebnie doszukiwała się we wszystkim tajemnic. Pod tym śniegiem ptaki i tak nie znalazłyby niczego do jedzenia, możliwe więc, że naprawdę przeniosły się w jakieś cieplejsze rejony. A pies mógł być zwyczajnym psem, a nie... Nie tym, o czym Nina nie chciała myśleć.

Ale tak czy inaczej pozostawała najważniejsza zagadka: co się stało z mieszkańcami miasta? I z Tamarą oraz Hubertem?

Przez jedną straszną chwilę wyobraziła sobie, że wszyscy z jakiegoś powodu wybiegli na ulice, gdzie zostali zabici, a potem ich zwłoki przysypał śnieg. Może Nina i Jacek, zupełnie tego nieświadomi, od wczoraj chodzili po stosach trupów. Ale to przecież niemożliwe, tłumaczyła sobie, do ukrycia tylu ciał potrzebne byłyby znacznie wyższe zaspy.

Sapnęła, coraz bardziej zmęczona, podczas gdy kolejne pytania krążyły w jej głowie.

A jeśli biblioteka w miasteczku jest, tylko gdzieś na obrzeżach? Albo znajduje się w budynku, który nie ma szyldu? Albo...

Z każdą minutą szła wolniej i wolniej, aż wreszcie całkiem się zatrzymała. Oddychała ciężko, włosy pod czapką miała mokre od potu. Koszulka, do niedawna wilgotna i ciepła, teraz gwałtownie stygła i dziewczyna zadygotała z zimna, kiedy ostry podmuch wiatru przeniknął kożuszek i sweter.

Pora zawrócić. Jeśli nie zrobi tego teraz, na powrót zabraknie jej już sił. Może Jacek coś znalazł, pocieszała się, brnąc w śniegu po własnych śladach. Minęła fryzjera, kino i sklep mięsny, zdążyła się nawet zastanowić, czy nie wziąć kawałka kiełbasy – byłoby jej ciężko, bo pęta sporo ważyły, ale dałaby radę.

Wtedy ją zobaczyła. Zwykły budynek, który wcześniej przegapiła, może dlatego, że tabliczka z napisem „Dom Kultury w Wilczych Dołach. Biblioteka miejska” była naprawdę malutka.

Nina podeszła i nacisnęła klamkę. Naprawdę spodziewała się, że wejdzie bez problemu, w końcu połowa drzwi w miasteczku była otwarta, a po tym, co dzisiaj przeszła, należała jej się odrobina szczęścia.

Drzwi jednak okazały się zamknięte.

Poczuła, jak do oczu napływają jej łzy. Była wyczerpana, przemarznięta, przemoczona i głodna. I miała dość, tak po prostu. Uderzyła w drzwi pięścią i kopnęła je kilka razy, ale solidne drewno oczywiście nie zamierzało ustąpić. Dziewczyna cofnęła się. Mogłaby przywlec coś pod okno – na przykład kosz ze śmietnika – wejść na to i rozbić szybę. Teoretycznie, bo w praktyce przeciągnięcie czegokolwiek przez zwały śniegu graniczyło z niemożliwością i Nina nawet nie zamierzała próbować. Poza tym nie miała pod ręką żadnego kamienia, a odłamkami szkła tylko by się pokaleczyła. W książkach i w filmach rozbijanie szyb było proste, w życiu, dobrze o tym wiedziała, wyglądało to nieco inaczej.

Z góry sfrunął płatek śniegu. Za nim podążyły kolejne niczym armia idealnie białych maleńkich żołnierzyków, maszerujących z nieba na ziemię coraz gęstszym szeregiem. Nina czuła z tyłu głowy pulsowanie mocy i wzbierającą w niej wściekłość. Już nie złość, tylko zwyczajną wściekłość.

„Idź tam, gdzie nikogo nie ma” − powiedział Lis, kiedy rozmawiali o mocy.

Cóż, tu z całą pewnością nikogo nie było.

Z wyjątkiem Niny, oczywiście.

Zrobiła to, zanim zdążyła się zastanowić, zanim w ogóle cokolwiek pomyślała. Odruchowo, tak jak wcześniej waliła w drzwi pięścią i kopała.

Uderzyła w dębowe drewno mocą, a ono rozpadło się na mnóstwo maleńkich odłamków, które opadły wokół Niny. Dziewczyna odetchnęła, dopiero teraz uświadamiając sobie, że na chwilę wstrzymała oddech. Dębowe drzazgi pstrzyły śnieg, tworząc niemal idealny okrąg, zupełnie jakby Ninę przed chwilą chroniła niewidzialna sfera.

Z jakiegoś powodu wcale jej to nie zdziwiło.

***

W bibliotece pachniało kurzem, starym papierem i wilgocią nieogrzewanych pomieszczeń. I było zimno, prawie tak zimno jak na dworze. Nina zadrżała, walcząc z ochotą, żeby rozpalić ogień w piecu i ogrzać nie tylko siebie, ale też te wszystkie książki. Nie miała jednak na to czasu. Krążyła między regałami. Literatura polska, literatura zagraniczna i młodzieżowa, geografia, historia... Mapy i przewodniki, są. Mała półka tuż nad podłogą, w najciemniejszym rogu, pod zwisającym festonem pajęczyn. Kimkolwiek była pracująca tu bibliotekarka – albo bibliotekarz – raczej nie przykładała się do pracy.

Nina strzepnęła kurz z okładek i w świetle padającym z okna przejrzała tytuły. Były tam przewodnik po górskich szlakach, mapa Polski i druga Karkonoszy, wreszcie mała książeczka poświęcona atrakcjom turystycznym Wilczych Dołów. Wszystko jeszcze sprzed wojny, ale mogło się przydać. Ostatecznie, pocieszyła się, niewielkie miejscowości nie zmieniają się radykalnie w ciągu dwudziestu lat. Góry tym bardziej.

Schowała książki pod kożuszkiem, dołożyła Na wschód od Edenu dla siebie oraz Poradnik majsterkowicza dla Jacka (chłopak twierdził, że wymyślone historie go nudzą) i wyszła.

Śnieg wciąż padał, ale na szczęście nie na tyle gęsto, by miała problem z odnalezieniem właściwej drogi. Zresztą zaczynała już coraz lepiej poznawać układ uliczek i teraz chyba trafiłaby nawet w śnieżycy. Wciąż była przemarznięta, przemoczona i głodna, jednak radość dodawała jej sił.

Półtorej godziny później dotarła do mieszkania, stanęła w drzwiach i ujrzała jeden z najstraszniejszych widoków w całym swoim młodym życiu.

***

Jacek stał z uniesioną siekierą, zamierzając się na krzesło z aksamitnym wytartym siedzeniem i wygiętymi nóżkami.

– Zostaw! – wrzasnęła Nina. – Zwariowałeś? Co ty wyprawiasz?

Wytrzeszczył na nią oczy.

– Drewno się skończyło, to pomyślałem, że porąbię trochę starych mebli. Nie uwierzysz, ile tego w tym pałacu jest. Coś nie tak?

– To krzesło to chippendale.

– Aha. – Po minie chłopaka można było poznać, że nic nie rozumie. – To wezmę drugie. – Odwrócił się w stronę piętrzącego się pod ścianą stosu.

– Tamto to biedermeier. A tu masz rokoko.

– Znasz po imieniu wszystkie krzesła w tym pałacu?

– To nie... Mniejsza z tym. Próbujesz porąbać zabytki, wiesz?

– To też zabytek? – Chłopak nieufnie trącił nogą rozpadającą się brudną szafkę, przyniesioną najwyraźniej z kanciapy stróża.

Nina westchnęła.

– Nie, to akurat nie. I znalazłam bibliotekę, tak w ogóle.

– Super. Zjemy coś, a później przejrzymy mapy.

Jacek z satysfakcją porąbał szafkę, a Nina przebrała się w tym czasie w suche rzeczy. Potem powędrowała do kuchni, zwabiona dobiegającym z niej zapachem kartoflanki. Garnek z zupą bulgotał na palniku, dziewczyna przykręciła więc lekko kurek. Ciekawe, co zrobią, gdy gazu w butli zabraknie. Będą gotować na kominku? Przeprowadzą się gdzieś, gdzie jest piec z płytą?

Odsunęła od siebie te myśli. Na razie nie zamierzała się tym martwić.

Zjedli, Nina pozmywała (uznała, że powinna, skoro Jacek dobrowolnie wziął na siebie gotowanie) i usiedli przy kominku na materacach. Dziewczyna rozłożyła przewodnik po górskich szlakach. Pochylili się nad nim jednocześnie, niemal zderzając się głowami.

– Jesteśmy tu, o. – Chłopak stuknął w mapę. – Tędy biegnie droga przez przełęcz, a najbliższe miasteczko jest....

– Jakieś trzydzieści kilometrów stąd – dopowiedziała Nina.

Jackowi wydłużyła się mina.

– Gdybyśmy wzięli namiot i zapasy jedzenia... – powiedział niepewnie.

– Daj spokój. W takim śniegu poruszamy się w tempie... Jakichś dwóch kilometrów na godzinę? Trzech? Z obciążeniem i kiedy będziemy zmęczeni pewnie jeszcze wolniej. A to oznacza co najmniej dwie noce na zewnątrz.

– Polarnicy...

– Polarnicy mają profesjonalny sprzęt i psy, które ciągną im sanki. My musielibyśmy nieść wszystko na własnych plecach. Nie, moim zdaniem to bez sensu. Zwłaszcza że nie mamy nawet pewności, że pogoda będzie ładna, a w śnieżycy pewnie i tak byśmy się pogubili.

– Może jest coś bliżej. Jakaś wioska.

– Może, ale co z tego, skoro i tak nie mamy pojęcia, w którą stronę iść. Narty to też głupi pomysł – dodała, bo Jacek już otwierał usta. – Przecież musiałbyś wejść najpierw pod górę, żeby na nich zjechać. A poza tym ty w ogóle umiesz jeździć na nartach?

Zastanowił się.

– Chyba nie, ale mógłbym się szybko nauczyć.

Nina skinęła głową. Cały Jacek. Pewnie rzeczywiście dałby radę.

– To myślisz, że nie wydostaniemy się stąd pieszo? Może ja bym spróbował? Jestem silniejszy od ciebie i zręczniejszy...

Już chciała powiedzieć, że nawet on nie poradziłby sobie w takich warunkach, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język.

– Nie powinniśmy się rozdzielać – oznajmiła zamiast tego.

Jacek skinął głową z ulgą, najwyraźniej ucieszony, że dziewczyna nie wymaga od niego bohaterstwa.

– W takim razie możemy wprowadzić plan B.

– To znaczy? – Nina czuła, że zaczyna się gubić.

– No, te litery na śniegu. Mieliśmy napisać SOS, pamiętasz?

– Wiem, ale najpierw powinniśmy chyba przynieść więcej jedzenia. I może jeszcze jakieś ubrania.

– Na wszelki wypadek, gdyby miało nas całkiem zasypać? – Chłopak westchnął, podnosząc się. – Dobra.

Przez resztę dnia znosili do pałacu wszystko, co mogło im się przydać: ciepłe ubrania, zapałki, świece, drewno na opał, a przede wszystkim jedzenie. Nina wzięła jeszcze parę książek, a Jacek w jednym z mieszkań znalazł talię kart i szachy (brakowało kilku pionków, ale oboje uznali, że bez problemu da się je czymś zastąpić).

Ostatnią partię nieśli, kiedy było już całkiem ciemno. Chłopak zapalił latarkę – również jedną z dzisiejszych zdobyczy. Ciepły krąg światła wyłowił z ciemności ścieżkę wydeptaną przez Jacka i Ninę: większe ślady chłopaka odróżniały się wyraźnie od mniejszych śladów dziewczyny. Tyle że dużych odcisków stóp było jakby... więcej?

– Czekaj – powiedziała Nina, przystając.

W kieszeniach miała pełno świec, w jednej ręce ściskała kosz wyładowany warzywami, a przez ramię przewiesiła sobie flanelową piżamę i bardzo długi wełniany szalik.

– Co? – Jacek zatrzymał się.

Wyglądał zabawnie ze spodniami okręconymi wokół szyi i założonymi na głowę trzema czapkami. Jedną rękę zostawił wolną, żeby trzymać w niej latarkę, w drugiej ściskał pękaty worek grochu.

– Nie wydaje ci się, że tych śladów jest jakby więcej? I są trochę inne, patrz na wzór podeszwy...

– Rany, co ty znowu wymyślasz? – mruknął, ale postawił worek z grochem na śniegu i pochylił się. Przy okazji jedna z czapek zsunęła mu się z głowy, a chłopak chwycił ją zręcznie i wsadził pod pachę. – To przecież moje ślady.

– Te tak. Ale te są inne, widzisz? Zresztą stań tutaj. A teraz się cofnij.

Jacek zrobił, o co Nina prosiła, i na świeżej, niezdeptanej jeszcze bieli widniał wyraźny odcisk prawego buta z gładką, nową podeszwą. A tuż obok w zaspie odciśnięty był drugi ślad, częściowo już zatarty przez nawiewany śnieg. Ślad tej samej wielkości, z wyraźnie widocznym pęknięciem na obcasie.

– Widzisz? – powiedziała Nina, ale Jacek pokręcił głową.

– Nie. Dla mnie te ślady wyglądają tak samo.

Chciała zaprotestować, ale sama też już nie była pewna. Śnieg sypał coraz gęściej, zmieniając oba ślady w dwa ledwo widoczne wgłębienia, a światło latarki tańczyło po wszechobecnej bieli, myląc wzrok.

– Wracajmy do środka – powiedział Jacek – bo zaraz tu zamarzniemy.

***

Na kolację zjedli przypieczony na smalcu chleb, który popili mocną, słodką herbatą. Potem grali w szachy – Nina czarnymi pionkami (z pieprzniczką zamiast jednego skoczka), Jacek białymi (solniczka świetnie sprawdziła się jako królowa). Dziewczyna była rozkojarzona, bo wciąż myślała o śladach na śniegu.

Pomyliła się? A jeśli nie, co by to właściwie oznaczało? Że w mieście jest ktoś jeszcze, kto nosi buty tego samego typu co Jacek, tylko z pękniętym prawym obcasem? To ostatnie wcale nie było nieprawdopodobne – mieszkańcy Wilczych Dołów zaopatrywali się w jednym sklepie i Nina widziała w mieszkaniach mnóstwo par takich szarych walonek. Ale jeśli ktoś jeszcze tutaj był, dlaczego czaił się w ciemności, zamiast się ujawnić?

– Twój ruch.

– Już.

Nie myśląc o tym, co właściwie robi, przesunęła wieżę. Tego wieczoru przegrała w szachy po raz pierwszy, odkąd odziedziczyła po Wybrańcu inteligencję. Niewiele ją to obeszło.

– Mam jeszcze jeden pomysł – powiedziała, kiedy Jacek wkładał szachy do pudełka. – Powinniśmy znaleźć miejsce, w którym mieszkaliśmy z Tamarą i Hubertem.

– Myślisz, że oni wciąż tam są?

Nina wzruszyła ramionami.

– Nie wiem. Ale nawet jeśli nie, to możemy znaleźć jakieś ślady. Problem w tym, że nie mam pojęcia, gdzie to jest. Ostatnia rzecz, jaką pamiętam, to nasza rozmowa w samochodzie – no wiesz, o śniegu, który zimą może odciąć miasto, bo jest tylko jedna droga.

– Ja pamiętam trochę więcej – mruknął Jacek. – Ulica Leśna, skręca się z ulicy Legnickiej, obok dużego szarego budynku.

Rozdział czwarty, w którym Nina znajduje coś, czego się nie spodziewała.

Za kościołem skręcamy w ulicę Legnicką – tłumaczyła pani Ewa. – Potem jedziemy cały czas prosto aż do dużego szarego budynku i tam skręcamy w Leśną.

– Widzę kościół – zakomunikował Hubert.

– Dobra, to teraz szukamy dużego szarego budynku. – Jacek, przejęty swoją rolą, przylepił nos do szyby.

– W ciemności wszystkie są szare – wytknęła mu Tamara.

– Ale większość jest mała, a ten powinien być duży.

Minęli już, nieco bokiem, centrum i wspinali się na zachodni stok. Nina jako jedyna nie wypatrywała żadnych budynków, tylko fantazjowała o zgubieniu się w górach. Mógłby ją ocalić jakiś przystojny pracownik GOPR-u, oczywiście już po tym, jak dziewczyna wykazałaby się niesamowitą odwagą, determinacją, a przede wszystkim inteligencją. On byłby pod wrażeniem, a ona leżałaby na szpitalnym łóżku, bardzo piękna i tak blada, że jej twarz zlewałaby się z bielą pościeli...

– Jest budynek! – Wrzask Jacka wyrwał Ninę z marzeń.

Samochód skręcił, ślizgając się na oblodzonej drodze, i pięć minut później stanął przed piętrowym domem. Wysiedli. Pani Ewa otworzyła bagażnik i zaczęła wyjmować walizki, Jacek z Hubertem podeszli, żeby jej pomóc, a dziewczyny zagapiły się na szyld, doskonale widoczny w świetle ulicznej latarni.

– Pensjonat Świerk – przeczytała Tamara. – No, trzeba przyznać, że po starym klasztorze i starej fabryce zdecydowanie poprawił nam się standard.

***

Drzwi otworzyła im starsza kobieta w pasiastej spódnicy i białej haftowanej bluzce. Chrząknęła, jakby szykowała się do przemówienia.

– Witajcie w Świerku – oznajmiła, a potem dodała już znacznie mniej oficjalnym tonem: – Pokoje macie naszykowane na górze. Śniadanie o dziewiątej, obiad o drugiej, kolacja wpół do ósmej. Po dziesiątej nie wracać, bo drzwi na klucz zamykam. Zapraszam.

Na piętrze Nina zajęła się rozpakowywaniem, a Tamara rzuciła się na łóżko i patrząc w sufit, powtarzała: „O cholera”, co było chyba wyrazem najwyższego uznania.

Pokój naprawdę był bardzo ładny: pachnący świeżym drewnem, z rzeźbionymi przodami łóżek i malowanymi na szkle obrazkami na ścianach. Jeden przedstawiał górski widoczek, drugi martwą naturę z jesiennymi owocami. W kącie stał rozgrzany do czerwoności piecyk, obok mały stoliczek, dwa krzesła i niewielka szafa. Żaden luksus, ale całość okazała się zaskakująco przytulna i urokliwa. Tamara miała rację, po klasztorze i instytucie Totenwald była to zdecydowanie zmiana na lepsze.

Nina włożyła do szafy ostatnią spódnicę i wyszła na korytarz. Chłopcy w pokoju naprzeciwko też rozpakowywali swoje rzeczy, pokój należący do pani Ewy był zamknięty. Dziewczyna usłyszała głos opiekunki dobiegający gdzieś z dołu, wychyliła się więc przez poręcz, żeby posłuchać.

– Co to znaczy, że ktoś tu jeszcze jest? Umówiliśmy się, że cały pensjonat będzie tylko dla nas. – Ewa Wiśniewska mówiła ostrym tonem, a właścicielka pensjonatu tłumaczyła nerwowo:

– Pan Klimsza to spokojny człowiek, nikomu nie wadzi, tylko ptaki sobie ogląda. No i na parterze mieszka, nie koło państwa. Pani droga zrozumie, mąż świętej pamięci trochę grosza zostawił, to się Świerk wyremontowało, ale teraz skąd pieniądze mam brać?

– Zapłaciliśmy więcej właśnie po to, żeby zarezerwować cały pensjonat.

– I zostajecie do dwudziestego szóstego, tak jak się umawialiśmy?

– Owszem.

– Wyjedziecie przed trzynastą?

– Tak, przecież obiecałam to pani. – W głosie Ewy Wiśniewskiej zabrzmiało lekkie zniecierpliwienie. – Nawiasem mówiąc, kiedy tu jechaliśmy, omal nie potrąciłam człowieka. Na przełęczy jest bardzo niebezpieczne miejsce, w którym ścieżka wychodzi na drogę tuż za zakrętem. Ktoś powinien z tym coś zrobić. Ten mężczyzna był pijany, ale podejrzewam, że łatwo tam o wypadek, nawet jeśli ktoś jest trzeźwy. Wystarczy chwila nieuwagi.

– Rzeczywiście, było w tym miejscu parę wypadków...

Nina wycofała się cicho. Dziesięć minut później do pokoju wpadła Ewa Wiśniewska, która zapędziła dziewczyny do łazienki.

– Chłopcy już są w łóżkach – powiedziała podstępnie.

Nina nie bardzo w to wierzyła, bo kiedy przed chwilą wyszła na korytarz, słyszała dobiegające z drugiego pokoju odgłosy gry w pikietę, ale była zbyt wykończona, żeby się kłócić.

Umyły się w niewielkiej łazience i przebrały w koszule nocne. Tamara planowała, że kiedy pani Ewa pójdzie spać, wpadną z Niną w odwiedziny do chłopaków i urządzą całonocną imprezę, ale obie zmęczone podróżą zasnęły, ledwo przyłożyły głowy do poduszek.

***

Następnego dnia po śniadaniu wybiegli na zewnątrz w niezapiętych paltach, narzuconych pośpiesznie na swetry. Śnieg skrzył się w promieniach słońca, obsypane bielą gałęzie drzew wyglądały jak lodowe słodycze. Niżej w dolinie widać było czerwone dachy i kominy, z których płynęły do nieba szare smużki dymów, wyżej wznosiły się zbocza gór porośnięte ciemnozielonym lasem. Powietrze było przejrzyste, przesycone zapachem zimna i świerkowych igieł.

– Pięknie tu. – Hubert powtórzył to, co mówił już w samochodzie, a Nina skinęła głową, starając się nie myśleć, że to urokliwe miejsce zimą może zamienić się w pułapkę.

Za ich plecami Jacek rzucił śnieżką w Tamarę, która zaczęła go gonić, przewróciła chłopaka w zaspę i do wtóru dzikich wrzasków wrzucała mu śnieg za kołnierz.

– Widziałem anioła – powiedział Hubert. – Jak mijaliśmy wczoraj kościół, pamiętasz? Stał na wieży.

– Jesteś pewien?

– Jestem. Miał na sobie białą szatę i wyraźnie odcinał się od ciemnego nieba. To był anioł, na sto procent.

– Czemu nikomu o tym nie powiedziałeś?

– Mówiłem Jackowi, ale on chyba nie uważa, że to ważne.

– No bo chyba nie jest. – Nina zawahała się. – Znaczy, anioły mogą być wszędzie, niekoniecznie tam, gdzie jest magia. We Wrocławiu było ich sporo, a to wcale nie jest jakoś szczególnie magiczne miasto.

– Wiem. O czym rozmawiałaś wczoraj z Lisem? – Hubert zmienił temat tak niespodziewanie, że Nina drgnęła.

– O Konstantym Ryglu. On podobno... zniknął. To znaczy wyjechał i Lis mówił, że to nic takiego, ale...

Nie zdążyła dokończyć, bo rzucona z impetem śnieżka trafiła ją w ramię. Odwróciła się, nabrała w garść śniegu, ulepiła zgrabną kulkę i cisnęła w uśmiechniętego od ucha do ucha Jacka. Wkrótce przed pensjonatem rozgorzała regularna bitwa i nawet Hubert przyłączył się do zabawy. Otrzeźwił ich dopiero głos wołającej z okna Ewy Wiśniewskiej. Stanęli, zdyszani, ze śniegiem osypującym się z włosów. Kobieta patrzyła na nich z dezaprobatą.

– Przebierzcie się w coś wygodnego – powiedziała wreszcie. – Będę na was czekać w piwnicy.

***

– Jesteście pewni, że powiedziała w piwnicy? – zapytał Jacek, schodząc po kamiennych schodkach w rozświetlony blaskiem słabej żarówki półmrok.

Tamara wzruszyła ramionami, Nina i Hubert rozejrzeli się niepewnie. Piwnica okazała się zaskakująco czysta, bez śladu kurzu czy pajęczyn, jednak poza tym nie było tu nic interesującego.

Nic oprócz solidnych drewnianych drzwi na końcu ciemnego korytarza.

Nina zapukała, a kiedy usłyszała ciche „wejść”, nacisnęła klamkę. Cała czwórka znalazła się w pozbawionym okien pomieszczeniu. Wisząca pod sufitem żarówka była tu zdecydowanie mocniejsza i Nina mogła w jej świetle zobaczyć niewielką salę z niskim stropem. Na podłodze leżały maty do ćwiczeń, a na nich siedziała pani Ewa, ubrana w strój gimnastyczny.

– Kazałam pani Kociubie przygotować to pomieszczenie – powiedziała. – W takim miejscu nikt nie będzie nam przeszkadzał.

– Co tu było wcześniej? – zapytała Nina, rozglądając się z ciekawością.

– Piwnica na wino. Przed wojną Świerk nie był pensjonatem, tylko zwyczajną karczmą i właściciel trzymał tu beczki. Nieważne. Mówiłam, żebyście włożyli coś wygodnego. – Przyjrzała się krytycznie ich ubraniom.

Tamara i Jacek mieli na sobie luźne ogrodniczki, Hubert zwyczajne spodnie, a Nina założyła spódnicę i bluzkę z długim rękawem.

– Nie wzięliście ze sobą strojów gimnastycznych?

– Nikt nam nie mówił, że mamy wziąć.

Pani Ewa westchnęła.

– Trudno, jakoś sobie poradzimy. Chcę wam pokazać, jak się bronić. Kto pierwszy?

– Ja! – Jacek wysunął się do przodu.

– Zapraszam.

Pół minuty później chłopak leżał na macie, powalony zgrabnym chwytem zapaśniczym. Podniósł się, nadrabiając miną, podczas gdy kobieta tłumaczyła mu, co zrobił źle.

– Musisz złapać mnie za ramię, o tak, a potem pociągnąć i wytrącić z równowagi. Spróbuj.

Chłopak chwycił panią Ewę i po chwili to ona leżała na macie.

– Świetnie – pochwaliła go. – Masz prawdziwy talent.

– On odziedziczył po zmarłym Wybrańcu zręczność – powiedziała Tamara. – Dlatego tak dobrze mu idzie.

– A co dostałaś ty? – Ewa Wiśniewska odgarnęła z czoła jasne włosy.

Nawet teraz, spocona i z fryzurą w nieładzie, wciąż wyglądała jak hollywoodzka gwiazda filmowa.

– Odwagę.

– To może przyjdziesz tu jako druga, panno odważna?

– Jasne, czemu nie. – Dziewczyna zrzuciła buty i wkroczyła na matę.

Pani Ewa powtórzyła z nią całą sekwencję ruchów, najpierw powoli, potem szybko. Tamara upadła, prychnęła i podniosła się, gotowa do powtórki.

– Nieźle – oceniła opiekunka chwilę później. – Nie tak dobrze jak Jacek, ale nieźle. Musisz tylko trochę poćwiczyć. Kto następny?

Hubert wstał spod ściany, gdzie siedział do tej pory z kolanami podciągniętymi pod brodę. W białej eleganckiej koszuli wyglądał na macie wyjątkowo nie na miejscu. Nina podejrzewała, że on nie poradzi sobie „świetnie” ani nawet „nieźle”. Słusznie, bo Hubert najwyraźniej żadnego talentu do walki wręcz nie miał. Kiedy kolejny raz wylądował z łoskotem na macie, dziewczyna odwróciła się, żeby nie patrzeć na upokorzenie chłopaka.

– W twoim przypadku potrzeba znacznie więcej ćwiczeń – skomentowała pani Ewa. – Teraz ty.

Nina wstała i odetchnęła, szykując się na swoją porcję upokorzenia.

– Powiedzmy, że atakuję cię z przodu – powiedziała Ewa Wiśniewska. – Chwytam...

Nina wrzasnęła, a zdumiona kobieta puściła jej przedramię.

– Co się stało?

– Mam siniaka z tej strony. Spadłam z drabinki na lekcji.

– Czemu nie powiedziałaś wcześniej?

– Mówię teraz.

Pani Ewa zmarszczyła brwi.

– Dobrze, dziś rano możesz nie ćwiczyć. Potem obejrzę sobie tego twojego siniaka. To co, wracamy do ciebie? – Skinęła na Jacka.

Nina uniosła rękę jak grzeczna uczennica w szkole.

– Tak?

– Chyba nie ma sensu, żebym tu siedziała, skoro i tak nic nie robię. Mogę pójść do miasta?

– Po co? – Kobieta wciąż marszczyła brwi, patrząc na Ninę podejrzliwie.

Dziewczyna rozważyła możliwe odpowiedzi. Niestety, prawdziwa, czyli „Chciałabym obejrzeć miejscową architekturę sakralną”, była jednocześnie tą najgorszą, bo dorośli z jakiegoś powodu uważali to za dziwaczny żart.

– Po cukierki – powiedziała wreszcie. – Zamierzam kupić dużo kolorowych cukierków.

Pani Ewa rzuciła jej jeszcze jedno podejrzliwe spojrzenie, po czym skinęła głową.

– Tylko wróć na obiad. I nie zgub się po drodze.

***

Najbliższy kościół rozczarował Ninę, bo był stosunkowo nowy, wybudowany prawdopodobnie tuż przed wojną. Nad ołtarzem wisiał całkiem ładny realistyczny obraz, przedstawiający wniebowzięcie Matki Boskiej, ale poza tym nie było czego podziwiać. Nina ruszyła więc w stronę, gdzie powinien znajdować się rynek. Liczyła na to, że drugi kościół jej nie zawiedzie, a jeśli będzie miała szczęście, może znajdzie się i trzeci. Miasteczko co prawda było maleńkie, ale trzy kościoły spokojnie mogłoby mieć.

W miarę jak oddalała się od obrzeży i ulicą Legnicką schodziła w dolinę, zmieniała się architektura: współczesne domy coraz częściej ustępowały zabytkowym kamieniczkom. Początek dziewiętnastego wieku, uznała Nina, podziwiając front jednej z nich. Może nawet koniec osiemnastego. Nigdzie nie widziała śladów po wojnie, żadnych ruin czy nowych domów zbudowanych na gruzach starych (poznawało się je łatwo, bo najczęściej zupełnie nie pasowały do krajobrazu).

W małym sklepiku kupiła dwadzieścia deko landrynek, zjadła parę, a resztę włożyła do kieszeni. Powinna uważać, na co wydaje pieniądze. Kieszonkowe dostała już od Lisa, a nie miała najmniejszego zamiaru prosić pani Ewy o więcej.

Drugi kościół stał na końcu ulicy Legnickiej: zbudowany z czerwonej cegły, ze wznoszącą się w niebo neogotycką wieżą, na której znajdował się punkt widokowy. Nina spojrzała na niego podejrzliwie, na wpół spodziewając się, że ujrzy tam anioła, ale dziś na wieży nie było nikogo.

Pchnęła ciężkie drzwi, czując jak zwykle dreszcz przyjemności, kiedy wciągnęła w nozdrza charakterystyczny zapach kadzidła i starych zimnych murów. W środku było pusto, tylko w jednej z ławek siedziała zgarbiona postać. Nina obeszła kościół, podziwiając witraże, a potem zatrzymała się przy ołtarzu. Światełko przed tabernakulum płonęło purpurą, która zawsze kojarzyła jej się z barwą krwi, Chrystus na obrazie wznosił się półnagi w stronę burzowego nieba, w jednej ręce ściskał miecz, drugą wyciągał w górę, jakby chciał dotknąć czarnej chmury. Pod jego nogami kłębił się tłum grzeszników, niewątpliwie przed chwilą zdeptanych świętą stopą.

– Podziwia panienka ołtarz?

Drgnęła, słysząc głos za plecami. Odwróciła się, by spojrzeć na starszego mężczyznę w kapeluszu nasuniętym nisko na czoło. Miał twarz z gatunku tych nijakich, które trudno zapamiętać, i kołnierz płaszcza podniesiony tak wysoko, że chował w nim brodę. Do piersi przyciskał skórzaną teczkę.

– Janusz Klimsza – przedstawił się. – Chyba mieszkamy w tym samym pensjonacie. Świerk, prawda? Widziałem tam panienkę przy śniadaniu.

– Tak, rzeczywiście. – Przypomniała sobie siedzącą w kącie, na wpół ukrytą w mroku postać. – Nina Marczak. Pan jest tym ornitologiem?

Redaktor inicjujący: Agnieszka Trzeszkowska

Redakcja: Magdalena Adamska

Korekta: Julia Topolska, Artur Kaniewski

Ilustracje na okładkę i projekt okładki: Dominik Broniek

Skład i łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 48

tel./faks (22) 826 08 82, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-5542-1

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tajemnica diabelskiego kręgu. Tom 3. Tajemnica godziny trzynastej Niepełnia Wiara Łaska Tajemnica Nawiedzonego Lasu Światy Dantego 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona