Europa jesienią

Europa jesienią

Autorzy: Hutchinson Dave

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 408

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 14.95 zł

Najlepsza powieść SF 2016 roku według British Science Fiction Association.

Zjednoczona Europa należy już do przeszłości. W następstwie kryzysów gospodarczych i niszczycielskiej pandemii rozsypała się jak puzzle i wciąż się dzieli. Powstają coraz mniejsze państwa i quasi-państewka. Niepodległość ogłaszają nawet linie kolejowe, rezerwaty przyrody i statki wycieczkowe.

W tym raju szpiegów i przemytników swego miejsca na ziemi szuka Rudi, kucharz z krakowskiej restauracji. Zwerbowany przez tajemniczą organizację odbywa szkolenie wywiadowcze i wkrótce zostaje jej tajnym kurierem. Krąży po kontynencie, wymykając się jawnym oraz tajnym służbom, i z zadania na zadanie zaczyna sobie uświadamiać, że za spiskami i kontrspiskami, w których uczestniczy, za sporami, które toczą kraje Europy, mogą stać postaci z zupełnie innej rzeczywistości…

Cykl „Pęknięta Europa”: Europa jesienią, Europa o północy, Europa w zimie.

Bo trwasz,

Śpiewające żebro w moim marzycielskim boku;

Wciąż tutaj jesteś. Alun Lewis, For Gweno

CZĘŚĆ PIERWSZA

EUROPA

JESIENIĄ

KUZYN

MAKSA

1

Węgrzy, ośmiu wielkich mężczyzn w świetnie skrojonych garniturach, ręcznie szytych włoskich butach i z fryzurami za sto złotych od łebka, weszli do restauracji około dziewiątej wieczorem. Michał, kierownik sali, usiłował im powiedzieć, że nie ma wolnych miejsc, ale podeszli do dużego stołu i rozsiedli się przy nim. Jeden z nich podniósł karteczkę z napisem „Zarezerwowane” i z niedźwiedziowatym uśmiechem śmignął nią na drugi koniec sali, zmuszając innych gości do schylenia głów.

Maks, właściciel, miał układ o ochronie z Wesołym Ptakiem, ale zamiast wezwać jego ludzi albo policję – co w obu wypadkach zapewne skończyłoby się rozlewem krwi – wziął notatnik i przeszedł przez salę, żeby przyjąć od Węgrów zamówienie. Ten pokaz opanowania nie powstrzymał kilkorga gości od gorączkowego sygnalizowania, że chcą zapłacić rachunek.

Węgrzy, od początku hałaśliwi, pokrzykiwali i śmiali się z Maksa, gdy próbował się dowiedzieć, czego sobie życzą. Co rusz zmieniali zdanie, zmuszając go do notowania od nowa. W końcu zostawił ich i przeszedł do baru, gdzie stała Gosia, która aż zamarła ze strachu.

– Sześć butelek żubrówki na koszt firmy – rzucił do niej spokojnie, idąc do kuchni. – Postaraj się szybko uwinąć.

Rudi, który stał w drzwiach kuchni, obserwując z zainteresowaniem rozwój wypadków, powiedział:

– Kroi się coś paskudnego, Maks.

– Gotuj – odparł Maks. – I to szybko.

Do dziesiątej Węgrzy poluźnili krawaty, pozdejmowali marynarki i rozkręcili się do tego stopnia, że zaczęli śpiewać, przekrzykując się nawzajem i zaśmiewając z niezrozumiałych dla innych żartów. Zjedli już trzy dania z pięciu, które zamówili. Byli w restauracji sami, bo Rudi, stwierdziwszy, że większość zamówienia została już zrealizowana, posłał swoich ludzi do domu.

Nagle jeden z Węgrów, olbrzym z twarzą koloru barszczu, zaczął wrzeszczeć na pozostałych. Wstał, lekko się chwiejąc, i wydzierał się na swoich towarzyszy, którzy dobrodusznie krzyczeli do niego, żeby usiadł. Twarz mężczyzny spływała potem. Po chwili obrócił się, chwycił krzesło stojące przy sąsiednim stole i jednym płynnym ruchem rzucił je na drugą stronę sali. Uderzyło w ścianę, rozbiło kinkiet i strąciło lustro.

Zapadła cisza. Olbrzym, marszcząc brwi, przez chwilę wpatrywał się we wgniecenie w tapecie, po czym usiadł. Jeden z jego przyjaciół nalał mu wódki i poklepał po plecach, a Maks podał następne danie.

Gdy zrobiło się późno, Węgrzy się rozrzewnili. Położyli sobie ręce na ramionach i zaczęli śpiewać. Piosenki, w miarę jak zbliżała się północ, robiły się coraz smutniejsze.

Rudi, który skończył już gotować i zdążył nawet posprzątać kuchnię, stał w drzwiach, słuchając. Węgrzy mieli piękne głosy. Nie rozumiał słów, ale melodie były boleśnie tęskne.

Jeden z Węgrów dostrzegł go i machnął ręką, żeby do nich podszedł. Inni odwrócili się, żeby zobaczyć, co się dzieje, i też zaczęli go przywoływać.

– Idź do nich – powiedział Maks zza baru.

– Chyba żartujesz – odparł Rudi.

– Nie żartuję. Idź i zobacz, czego chcą.

– A jeśli chcą mi spuścić manto?

– Szybko im się znudzi.

– Wielkie dzięki, Maks – powiedział Rudi, ruszając w poprzek sali.

Stół Węgrów wyglądał tak, jakby ktoś zrzucił na niego pięciodaniowy obiad z wysokości sufitu. Podłoga dookoła chrzęściła rozbitym szkłem i potłuczonymi naczyniami, a dywan był lepki od sosów i wdeptanego jedzenia.

– Ty kucharz? – zapytał jeden okropną polszczyzną, gdy Rudi do nich podszedł.

– Tak – odpowiedział Rudi, balansując na palcach, na wypadek gdyby musiał się szybko oddalić.

Ten, który mówił po polsku, wyglądał jak półtusza wołowa zaszyta w garnitur od Armaniego. Twarz miał bladą i spoconą, a z kabury pod pachą wystawała mu rękojeść monstrualnego pistoletu. Zgiął palec wskazujący wielkości kiełbaski. Rudi pochylił się tak bardzo, że ich twarze dzieliło tylko kilka centymetrów.

– Szacunek! – ryknął Węgier. Rudi aż się wzdrygnął uderzony jego mięsnym, korzennym i tytoniowo-alkoholowym oddechem. – Nigdzie, my iść to pieprzone miasto, nie ma szacunek!

To oświadczenie zdawało się wymagać odpowiedzi, więc Rudi bąknął:

– Aha.

– Nie ma szacunek – powtórzył Węgier, kręcąc ze smutkiem głową. Jego twarz nagle pojaśniała. – Tutaj, w restauracja Maks, my mieć szacunek!

– My szanujemy naszych klientów – wymamrotał Maks, podchodząc bezszelestnie do Rudiego.

– Tak, cholera! – rzucił głośno Węgier. – Tak, cholera. Restauracja Maks większy szacunek.

– A jedzenie? – zapytał z uśmiechem Maks.

– Dobre, kurwa, jedzenie – odparł Węgier. Wokół stołu zaczęło się ogólne kiwanie głowami na znak zgody. Rozmówca Rudiego popatrzył na niego i beknął. – Dobry, kurwa, kucharz. Polskie jedzenie dla cholernych świń, ale dobry, kurwa, kucharz.

Rudi się uśmiechnął.

– Dziękuję panu – powiedział.

Węgier nagle spojrzał nań przenikliwie.

– Dobrze – rzekł. – My iść. – Rzucił kilka słów ostrym tonem i wszyscy siedzący przy stole wstali. Wszyscy z wyjątkiem tego, który cisnął krzesłem i spał teraz z głową na blacie, cicho pochrapując. Dwóch jego przyjaciół chwyciło go za ramiona i uniosło. Do twarzy przykleiły mu się z jednej strony kawałki jedzenia.

– Jedzenie dobre – powiedział Rudiemu mówiący po polsku. Zdjął z oparcia krzesła marynarkę i włożył ją, unosząc ramiona. Następnie z kieszeni na piersi wyjął wizytówkę i podał ją kucharzowi, trzymając w dwóch palcach. – Potrzebujesz pracy, dzwoń.

Rudi wziął wizytówkę.

– Dziękuję panu – powtórzył.

– Okay. – Węgier zakrył twarz dłońmi i przez chwilę ją masował. W jakiś magiczny sposób ułożyły mu się od tego włosy i jakby otrzeźwiał. – My iść. – Popatrzył na Maksa. – Sprytny, kurwa, Polak. – Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął portfel rozmiarów oraz kształtu cegły. – Jak jest?

– Na koszt firmy – odparł Maks. – Prezent.

Rudi popatrzył na szefa, niepewny, co się dzieje pod jego ogolonym skalpem.

Węgier przyjrzał się restauratorowi.

– My dużo potłuc i połamać.

Maks beztrosko wzruszył ramionami.

– Okay. – Węgier wyjął z portfela gruby na centymetr plik polskich banknotów i wyciągnął rękę. – Ty weź.

Maks się uśmiechnął, skłonił się lekko i wziął pieniądze.

Węgrzy ruszyli ku wyjściu. Ostatni wybuch chrapliwej pieśni, ostatni stołek rzucony na drugą stronę restauracji, podmuch zimnego powietrza wpływającego przez otwarte drzwi – i już ich nie było. Rudi usłyszał, jak Maks zamyka za nimi drzwi.

– No cóż – powiedział Maks, wracając po schodach. – To był interesujący wieczór.

Rudi podniósł przewrócony stołek i usiadł przy barze. Odkrył, że całkiem przepocił swój uniform szefa kuchni.

– Myślę – odparł – że powinieneś renegocjować swoją umowę z Wesołym Ptakiem.

Maks wszedł za bar. Schylił się i zaczął czegoś szukać na półkach.

– Gdyby Wesoły Ptak się tu dziś pojawił, połowa z nas skończyłaby w kostnicy. – Wyprostował się, trzymając do połowy pełną butelkę starki i dwa kieliszki.

Rudi wyjął z kieszeni zapalniczkę i papierośnicę z cygaretkami. Zapalił jedną i rozejrzał się po restauracji. Gdyby miał być obiektywny, powiedziałby, że tak naprawdę szkód było bardzo mało. Po prostu duży bałagan, z którym sprzątaczki będą się musiały jakoś uporać. Ale miewali przyjęcia weselne, po których zostawał większy nieporządek.

Maks napełnił wódką dwa kieliszki i uniósł jeden.

– Za dobre, kurwa, jedzenie – powiedział.

Rudi patrzył na niego przez chwilę. Potem wziął drugi kieliszek, wzniósł go w toaście i opróżnił jednym haustem. Obaj zaczęli się śmiać.

– A co, jeśli oni wrócą? – zapytał Rudi.

Ale Maks wciąż się śmiał.

– Dobre, kurwa, jedzenie – powtórzył, kręcąc głową, i ponownie napełnił kieliszki.

Węgrzy nie wrócili, co zdawało się potwierdzać opinię Maksa, że przyszli się po prostu zabawić, a nie wepchnąć się na teren Wesołego Ptaka.

Wesoły Ptak był bardzo zróżnicowaną organizacją. Różne jego oddziały zajmowały się prostytucją, handlem narkotykami, rabunkami z bronią w ręku, jeden prowadził rozlewnię napojów bezalkoholowych pod Krakowem, drugi przedsiębiorstwo przewozów autobusowych, inny pewną liczbę nielegalnych domów gry, a jeszcze inne wymuszały pieniądze za ochronę w rejonie ulicy Floriańskiej, tuż przy Rynku Głównym starej stolicy Polski.

Ogólnie rzecz biorąc, Wesoły Ptak nie był znany z gwałtownych działań, stosował siłę z chirurgiczną precyzją, nie na szeroką skalę. Na przykład restaurator lub sklepikarz, który próbował zorganizować sąsiadów przeciwko gangowi, mógł ocknąć się w szpitalu z anatomicznie nowatorskimi stawami w nogach. Reszta rebeliantów szybko pojmowała taką wiadomość i bunt się kończył. Inny gang przeprowadziłby w takiej sytuacji zmasowaną kampanię z użyciem bomb zapalających lub dokonałby serii spektakularnie krwawych zabójstw, ludzie Wesołego Ptaka kierowali się jednak zasadą „mniej znaczy więcej”.

W następstwie wizyty Węgrów w restauracji Maks właściciele niektórych innych biznesów zaczęli się głośno zastanawiać, za co właściwie płacą Wesołemu Ptakowi. Trwało to dzień lub dwa, a potem syn jednego z nich miał drobny wypadek w szkole. Nic zagrażającego życiu, ledwie kilka siniaków i zadrapań, ale po tym narzekanie przy Floriańskiej ucichło.

Mniej więcej tydzień później Dariusz, przedstawiciel Wesołego Ptaka, odwiedził restaurację Maks. Był już wieczór, tuż przed zamknięciem, i cały personel, z wyjątkiem Rudiego oraz Michała, poszedł do domu. Maks poprosił Rudiego, żeby przyrządził dwa befsztyki tatarskie, po czym on i Dariusz wzięli butelkę wyborowej oraz dwa kieliszki i usiedli przy stole w najciemniejszym rogu opustoszałej restauracji.

Gdy Rudi wyszedł z kuchni ze składnikami tatara na tacy, Maks i Dariusz, siedzący w chmurze papierosowego dymu, którą lekko rozświetlał mały kinkiet, byli pogrążeni w rozmowie.

Gdy Rudi zbliżył się do nich z jedzeniem, Dariusz uniósł wzrok i uśmiechnął się.

– Kolacja – powiedział.

Rudi rozstawił na stole tacki z sardelami i pokrojoną cebulą, małe miseczki z kiszonymi ogórkami i przyprawami, koszyki z chlebem ryżowym, talerzyki z masłem, a na koniec dwa talerze z mieloną polędwicą wołową, każdą z żółtkiem jajka we wgłębieniu na górze.

– Rozmawiamy o waszych gościach z zeszłego miesiąca – wyjaśnił Dariusz.

– To był wieczór bogaty w wydarzenia – zgodził się Rudi, wymieniając brudną popielniczkę na czystą. – Smacznego.

– A może byś tak usiadł i napił się z nami? – zaproponował Dariusz.

Rudi popatrzył na Maksa, który siedział po drugiej stronie stołu z rękami złożonymi na okazałym brzuchu, przez co wyglądał jak spokojny i zamożny śląski Budda. Nieznacznie skinął głową.

Rudi wzruszył ramionami.

– Dobrze – powiedział, po czym położył tacę i brudną popielniczkę na sąsiednim stole, przysunął sobie krzesło i usiadł.

– Pracowity wieczór – zadudnił niskim głosem Maks, podnosząc widelec.

Rudi pokiwał głową. Przez kilka dni po wizycie Węgrów wpływy kasowe były niższe niż zazwyczaj, ale teraz znowu wzrosły. Kilka dni wcześniej Maks mruknął nawet coś o podwyżce, ale Rudi znał go już wystarczająco dobrze, by nie traktować tych słów poważnie.

– Myślałem o Władku – powiedział Maks.

Władek był ostatnim z długiej linii rzekomych kucharzy, którzy zatrudniali się w restauracji Maks, a następnie odkrywali, że nie zarabiają wystarczająco dużo za tak wiele godzin ciężkiej pracy.

– Wydaje się chętny do pracy – odparł Rudi, obserwując, jak Maks widelcem rozgniata na talerzu mielone mięso z żółtkiem.

– Na początku wszyscy są tacy – zgodził się Maks. – A potem stają się chciwi.

– To nie chciwość, Maks – powiedział mu Rudi.

Maks pokręcił głową.

– Wydaje im się, że mogą tu przyjść i po miesiącu będą gotowi do otwarcia własnej restauracji. Nie rozumieją tego interesu.

Koncepcje Maksa na temat restauratorstwa miały pewne cechy wspólne z buddyzmem zen. Rudi, którego bardziej interesowało gotowanie niż filozofia, odpowiedział:

– To dość rozpowszechnione błędne przekonanie.

– Tak samo jest w moim interesie – włączył się do rozmowy Dariusz. Rudi prawie zapomniał, że ten niewysoki mężczyzna siedzi z nimi przy stole, ale był tam, mieszając z determinacją sardele i cebulę z wołowiną. – Żebyście widzieli niektórych naszych najnowszych ludzi. Myślą, że za rok będą rządzić miastem. – Uśmiechnął się smętnie. – Wyobraźcie sobie ich rozczarowanie.

– Tak – powiedział Rudi. – Jedyną różnicą jest to, że zastępcy szefa kuchni łatwiej jest opuścić restaurację niż komuś z was Wesołego Ptaka. – Maks uniósł na chwilę wzrok znad talerza, westchnął i wrócił do rozgniatania widelcem tatara.

Jeśli Dariusz poczuł się urażony, nie dał tego po sobie poznać.

– Prowadzimy interes jak każdy inny – stwierdził.

– Nie całkiem jak każdy inny – zaoponował Rudi.

Maks znów na niego popatrzył. Tym razem zmarszczył brwi, nim ponownie skupił uwagę na befsztyku.

Dariusz także zmarszczył brwi, ale ledwo dostrzegalnie, i po chwili twarz mu się wygładziła.

– Cóż, my mniej gotujemy, to prawda – powiedział i się roześmiał.

Maks z uśmiechem pokręcił głową.

Rudi wyprostował się i skrzyżował ręce na piersiach. W Wesołym Ptaku nie było niczego niezwykłego – natykał się na takie organizacje w Tallinie, Rydze i Wilnie. Wszystkie były podobne i tylko Dariusz nie pasował do schematu. Wyglądał na zwyczajnego szczupłego mężczyznę w średnim wieku, z tanią fryzurą i kurzymi łapkami wokół oczu. Jeśli był uzbrojony, jego skromny garnitur wcale nie na miarę doskonale to ukrywał.

– Powinniśmy się martwić tymi Węgrami? – zapytał Rudi.

Dariusz oderwał wzrok od posiłku i uniósł brwi.

– Martwić? – zdziwił się. – Dlaczego mielibyście się martwić?

Rudi wzruszył ramionami i popatrzył na Maksa, który wciąż pracował nad swoim tatarem. Rudi nie znosił befsztyków tatarskich. Goście sami je sobie przygotowywali i kiedy to robili, zajmowali całe miejsce na stole. Polacy w szczególności zdawali się to uważać za wydarzenie towarzyskie. Całe to wielokrotne smakowanie i doprawianie zajmowało im wieki. Już dawno postanowił, że kiedy będzie miał własną restaurację, w menu nie będzie tatara.

Dariusz wyciągnął rękę i dotknął przedramienia kucharza. Rudi zauważył, że ma poobgryzane paznokcie.

– Nie musisz się martwić – powiedział Dariusz.

– W porządku – odparł Rudi.

– Takie rzeczy zdarzają się cały czas.

– Ale nie mnie. Dla mnie to coś nowego.

Dariusz się uśmiechnął.

– Musisz myśleć o nas jak o narodach. Polacy i Węgrzy są kryminalnymi książętami Europy.

– I Bułgarzy – wtrącił dobrodusznie Maks.

Dariusz wzruszył ramionami.

– Tak, również Bułgarzy. Musimy nieustannie się odwiedzać, sprawdzać się wzajemnie, badać aktualną sytuację – powiedział Rudiemu. – To kwestia dyplomacji.

– Chcesz powiedzieć, że to, co tu się wydarzyło, było incydentem dyplomatycznym? – zapytał Rudi.

– Mogłoby tak być, gdyby góry nie wzięły chłodniejsze głowy. – Dariusz skinął głową Maksowi.

– Nie masz wódki – zauważył Maks. Spojrzał w stronę baru i Michał, reagując z telepatycznym wyczuciem kierownika sali, natychmiast przyniósł czysty kieliszek dla Rudiego, po czym wrócił za ladę. Maks napełnił kieliszek i powiedział: – Oni po prostu szukali dobrej zabawy, której nikt im nie mógł zapewnić, bo wszyscy się ich bali.

– Trudno im się dziwić – powiedział Dariusz. Posmakował tatara, skrzywił się, sięgnął po buteleczkę tabasco i strząsnął na mięso kilka kropel sosu. – Banda pijanych, uzbrojonych po zęby Węgrów włóczących się po restauracjach i barach. Co można było sobie o tym pomyśleć?

– Rzeczywiście – zgodził się Maks.

– To by była ich wina, gdyby ktoś zareagował zbyt ostro – mówił dalej Dariusz. Znowu spróbował tatara, który wyraźnie bardziej przypadł mu do gustu niż poprzednio. Tym razem włożył do ust znacznie większą porcję i zaczął ją z przyjemnością przeżuwać.

– I nikt by tego nie chciał – dodał Maks. Najwyraźniej jego tatar też był już dobrze przyprawiony, bo zabrał się do jedzenia.

– No właśnie – odezwał się po chwili Dariusz. – Coś takiego mogłoby wywołać wojnę. – Popatrzył na Rudiego i przechylił głowę. – Pochodzisz z Tallina, prawda?

– Urodziłem się w Taevaskoi – odparł Rudi. – Ale mieszkałem w Tallinie.

– Nigdy tam nie byłem. – Dariusz zerknął na kieliszek. Był pusty. – Jak tam jest?

Rudi obserwował, jak Maks napełnia kieliszek Dariusza.

– W porządku.

– Jak na Estończyka mówisz bardzo dobrze po polsku.

Rudi uniósł swój kieliszek i opróżnił go jednym haustem.

– Dziękuję – odpowiedział.

Dariusz odłożył widelec i wybuchnął śmiechem. Wyciągnął rękę i poklepał Maksa po ramieniu.

– Mówiłem ci! – rzucił. – Nie mówiłem?

Maks uśmiechnął się, skinął głową i jadł dalej. Rudi otworzył butelkę wyborowej i znowu napełnił swój kieliszek. Michał powiedział mu, że Wesoły Ptak wziął nazwę od pieśni śpiewanej przez Eugeniusza, jednego z długiej linii polskich społeczno-politycznych balladzistów, którzy na krótko zdobywali sławę, po czym zapijali się na śmierć, ginęli zastrzeleni przez zazdrosnych mężów albo porzucone kochanki. Ptak śpiewa w klatce i jego właściciel myśli, że jest szczęśliwy, powiedział mu Michał, ale ptak wciąż siedzi w klatce. To wyjaśnienie wprawiło Rudiego w głębokie zakłopotanie.

– Dyskutowaliśmy o geopolityce – powiedział mu Dariusz. – A ty? Często myślisz o geopolityce?

– Jestem kucharzem – odparł Rudi. – Nie politykiem.

– Ale przecież musisz mieć jakiś pogląd na tę sprawę. Każdy ma jakiś.

Rudi pokręcił głową.

Dariusz popatrzył na niego z niedowierzaniem. Uniósł kieliszek i wypił łyczek wódki.

– W zeszłym tygodniu mówili w wiadomościach, że tego roku w samej tylko Europie powstało dwanaście nowych państw i państewek.

– I w przyszłym roku w tym czasie większości z nich już nie będzie – odparł Rudi.

– Widzisz? – Dariusz wskazał go palcem. – Masz swoje zdanie na ten temat. Wiedziałem!

Rudi westchnął.

– Wiem tylko to, co usłyszę w wiadomościach.

– Ja widzę Europę jako cielący się lodowiec – powiedział cichym głosem Maks. – Taki, od którego odrywają się góry lodowe. – Włożył do ust dużą porcję tatara i przeżuwał go z wyraźną przyjemnością.

Rudi i Dariusz przyjrzeli mu się uważnie. Po chwili Dariusz znów spojrzał na Rudiego.

– Nie najgorsza analogia – stwierdził. – Europa cieli się stopniowo na coraz mniejsze i mniejsze państwa.

– Na jednostki quasi-państwowe – sprecyzował Rudi. – Państewka.

Dariusz prychnął.

– Sandżaki. Marchie. Księstwa. Landy. Europa cofa się do osiemnastego wieku.

– Zyskujecie nowe terytoria – zauważył Rudi.

– Terytorium to samo – odparł Dariusz. – Więcej granic. Więcej biurokracji. Więcej kontroli. Więcej straży granicznej.

Rudi wzruszył ramionami.

– Weź na przykład Hindenberg – ciągnął Dariusz. – Jakie to musiało być uczucie? Kładziesz się do łóżka we Wrocławiu, a budzisz w Breslau. Jak to było?

Tylko że ta zmiana nie nastąpiła w jedną noc. To, co się stało z Wrocławiem, Opolem i leżącymi między nimi miasteczkami oraz wioskami, zajęło dużo czasu, czasu pełnego goryczy, i jeśli ktoś śledził wiadomości, było dla niego oczywiste, że dla Polaków ta sprawa nie jest jeszcze załatwiona.

– Pomyśl o pierwszych dniach po drugiej wojnie światowej – odpowiedział Rudi. – Churchill, Roosevelt i Stalin spotkali się w Jałcie. Ludzie poszli do łóżek w Breslau, a następnego dnia obudzili się we Wrocławiu.

Dariusz uśmiechnął się i wycelował w niego widelec, przyznając mu rację.

Nastąpiła krótka przerwa w rozmowie.

– Mam kuzyna w Hindenbergu – zadumał się Maks.

Dariusz popatrzył na niego.

– Jeśli już o to chodzi, to dlaczego sam tam nie mieszkasz? – spytał. – Jesteś Ślązakiem.

Maks tylko chrząknął pod nosem.

– Często widujesz kuzyna? – znowu zapytał Dariusz.

Maks wzruszył ramionami.

– Podróż jest uciążliwa. Wizy i tak dalej. Ja mam polski paszport, on jest obywatelem Hindenbergu.

– Ale dzwoni do ciebie, tak? Wysyła ci e-maile?

Maks przecząco pokręcił głową.

– Polityka polskiego rządu – mruknął.

Dariusz wycelował palec w Rudiego.

– Widzisz? Widzisz, ile cierpień takie rzeczy mogą spowodować?

Rudi nalał sobie kolejny kieliszek wódki. Pomyślał, że rozmowa stała się nagle bardzo konkretna.

Dariusz spojrzał na Maksa.

– Długo już nie widziałeś się z kuzynem? – zapytał.

– Trochę czasu minęło – rzekł Maks po zastanowieniu, jakby już dawno o tym nie myślał. – Nawet poczta w tych czasach jest niepewna.

– Skandal – mruknął Dariusz. – Prawdziwy skandal.

Rudi wypił wódkę i wstał, jakby chciał odejść, żeby sprawdzić, co się stanie.

A stało się to, że Dariusz i Maks nadal patrzyli przed siebie, rozmyślając o Hindenbergu i stosunku Polski do tego państewka. Rudi usiadł i popatrzył na nich.

– I oto jesteśmy – odezwał się w końcu. – Dwóch mężczyzn z polskimi paszportami, którym niełatwo będzie zdobyć wizy uprawniające do wjazdu na teren Hindenbergu. I jeden Estończyk, który może praktycznie bez przeszkód przekroczyć granicę.

Dariusz jakby odzyskał świadomość. Rozpogodził się.

– Oczywiście – powiedział. – Ty jesteś Estończykiem, prawda?

Rudi wciągnął powietrze przez zęby i nalał sobie kolejny kieliszek wódki.

– Rudi jest Estończykiem, Maks – oznajmił Dariusz.

Rudi pomasował oczy.

– Czy chodzi o narkotyki? – zapytał.

Dariusz popatrzył na niego i Rudi przez chwilę myślał, że w pewnych okolicznościach mały mafioso mógł być całkiem przerażający.

– Nie – odparł Dariusz.

– Materiały rozszczepialne?

Dariusz pokręcił głową.

– Szpiegostwo?

– Najlepiej, żebyś nie wiedział – odezwał się Maks.

– Chodzi o przysługę – wyjaśnił poważnie Dariusz. – Wyświadczasz nam przysługę, my jesteśmy ci winni przysługę. – Uśmiechnął się. – To chyba nic złego, prawda?

To mogło być złe pod wieloma nieprzewidzianymi względami. Rudi przeklął się w duchu. Powinien był podać jedzenie i pójść do domu.

– Jak mam zrealizować dostawę?

– Cóż… – Dariusz podrapał się po głowie – to z grubsza zależy od ciebie. I to nie jest dostawa.

Później tego samego wieczoru, wychodząc spod prysznica, Rudi spojrzał na siebie w lustrze nad umywalką. Zdjął ręcznik z wieszaka i przez jakiś czas stał nieruchomo, patrząc na swoje odbicie.

Cóż, oto on. Nieco niższy niż średniego wzrostu. Szczupły. Z krótkimi, brązowoszarymi włosami. Nijaka, niewinnie wyglądająca twarz; ani słowiańska, ani aryjska, tak naprawdę bez żadnych cech szczególnych. Żadnych śladów lapońskiego dziedzictwa, które ojciec zawsze przypisywał rodzinie. Oczy piwne. Tu i tam dziwne blizny, medale zdobyte podczas kariery szefa kuchni. Tę na przedramieniu zostawił przewrócony wok w Wilnie, drugiej, tuż nad pierwszą, dorobił się, gdy się pośliznął w kuchni Turka w Rydze, a nóż do obierania, który miał w ręce, jakoś się obrócił i przebił mankiet uniformu, skórę oraz mięśnie.

– Nie biegaj w mojej kuchni! – krzyknął na Rudiego Turek. A potem zabandażował mu rękę i wezwał pogotowie.

Rudi uniósł prawą rękę nad głowę i obrócił się, żeby móc obejrzeć długą, zakrzywiającą się bliznę, która zaczynała się tuż nad jego kością biodrową, a kończyła obok prawego sutka. To nie był rezultat wypadku kuchennego. Zrobili mu to skinheadzi tego dnia, kiedy próbował znaleźć pracę w Warnemünde. Wciąż nie wiedział, czy mieli zamiar go zabić, czy też tylko wystraszyć, i myślał, że nawet oni nie byli tego pewni. Uznał to za znak, że dni jego wędrówek wzdłuż wybrzeża Bałtyku dobiegły końca, i ruszył w głąb lądu, najpierw do Warszawy, a potem do Krakowa.

Maks, zaraz gdy skończył z nim rozmowę o pracę, wręczył mu mopa.

– Ale ja to wszystko robiłem – zaprotestował Rudi, wskazując na kopertę z referencjami, którą Maks trzymał w drugiej ręce. – W Rydze, Tallinie…

– Chcesz pracować w mojej kuchni, to najpierw ją wysprzątaj – powiedział mu Maks. – Potem zobaczymy.

Rudi przez chwilę zupełnie poważnie się zastanawiał, czy nie powinien natychmiast wyjść z restauracji, na Floriańską, ruszyć na stację i wyjechać z tego zanieczyszczonego małego miasta, ale powstrzymał się, przypomniawszy sobie w porę, że brakuje mu pieniędzy, że chwilowo ma dość podróży i że dodatkową atrakcją tej pracy jest mały, ciasny pokoik kilka pięter nad lokalem Maksa. Wziął zatem mopa, mówiąc sobie, że to jedynie tymczasowe zajęcie, że gdy tylko zarobi dość pieniędzy, znów wyruszy w drogę na poszukiwanie kuchni, w której go docenią.

Wymachiwał tym mopem przez osiem miesięcy, zanim pani Stasia, przerażająca szefowa kuchni Maksa, pozwoliła mu zbliżyć się do żywności. Do tego czasu zdążył się uwikłać w konflikt charakterów z tą zasuszoną małą kobietą i opuścić kuchnię Maksa mógł już tylko nogami naprzód.

Kiedy teraz to wspominał, wydawało mu się niewiarygodne, że zniósł tak dużo. Przetrzymał Siergieja w Tallinie i Turka, i Wielkiego Rona w tej okropnej kuchni w Wilnie, ale pani Stasia traktowała to jak coś osobistego, jakby złamanie go uczyniła celem swojego życia. Stale na niego krzyczała: „Przynieś to! Przynieś tamto! Wyczyść to! Wyczyść tamto! Uważasz, że to jest czyste, ty cholerny Bałcie?! Pospiesz się, pospiesz! Nie biegaj w mojej kuchni! Szybciej, szybciej!”.

Nie był bynajmniej jedynym członkiem personelu, na którego wściekała się pani Stasia. Wszystkich traktowała równo. Miała zdeformowany staw biodrowy i chodziła, podpierając się czarną laską z włókna węglowego, cienką jak ołówek i mocną jak dźwigar. Wszyscy, nawet Maks, słyszeli kiedyś świst laski pani Stasi, zakreślającej łuk kończący się na ich pośladkach.

W tym interesie przyjmuje się, że wielcy szefowie kuchni mogą być bardzo wybuchowi i jeśli ktoś chce się od nich uczyć, musi znosić wszelkiego rodzaju inwektywy i akty przemocy. Turek, który był wybitnym szefem kuchni, rozwścieczony kiedyś tym, że Rudi rozgotował szparagi, jednym uderzeniem pozbawił go przytomności. Pani Stasia nie była wybitnym szefem. Była kompetentnym szefem kuchni pracującym w małej polskiej restauracji. Ale coś w tych jej napadach furii rozpalało w nim uśpioną zwykle skłonność do oporu i wtedy powtarzał sobie, że ta złośliwa stara kobieta nie przepędzi go ze swojej kuchni, nie złamie go.

Tak więc machał mopem, czyścił, zmywał, aż mu skóra na dłoniach poczerwieniała i popękała, a nogi bolały go tak bardzo, że były noce, kiedy ledwie wchodził po schodach do swej klitki na poddaszu. Mimo to ciągnął to dalej, nie chciał się poddać.

Pani Stasia, wyczuwszy, że w jej kuchni wyrósł jednoosobowy ruch oporu, skupiła uwagę na Rudim. Zyskało mu to popularność wśród innych członków personelu, bo odtąd już tak bardzo nie obrywali.

Pewnego dnia, w wybuchu wściekłości nawet jak na nią niezwykłej, przegoniła go z kuchni za jakieś wyimaginowane przewinienie, kuśtykając za nim zadziwiająco szybko i okładając laską po plecach i głowie. Jedno z uderzeń rozerwało mu lewe ucho i na kilka godzin stracił w nim słuch. Jeden z kucharzy pobiegł do restauracji i powiedział Maksowi, że pani Stasia morduje Rudiego, a kiedy Maks nie zareagował, kucharz poszedł do telefonu przy wejściu i zadzwonił na policję. Dyspozytor jednak uznał, że najlepiej będzie, jeśli tego wieczoru patrole pojadą gdzie indziej, i nie kłopotał się wezwaniem.

Jakiś czas potem Maks znalazł Rudiego, który przykucnął w uliczce obok restauracji. Rękaw kucharskiej bluzy miał poplamiony krwią.

– Lepiej by było dla ciebie, gdybyś odszedł – powiedział mu Maks.

Rudi popatrzył na właściciela i pokręcił głową.

Maks przyglądał mu się dłuższą chwilę, po czym skinął głową i wyciągnął rękę, żeby pomóc mu wstać.

I tak to się ciągnęło, aż do pewnego dnia, kiedy wieczorem, po zamknięciu lokalu, Rudi jak zwykle zaczął zmywać podłogę. Stasia niemal bezszelestnie podkradła się do niego od tyłu i podniosła laskę, ale Rudi nagle się odwrócił i chwycił narzędzie kaźni, kiedy już na niego spadało. Niemal przez minutę stara kobieta piszczała, przeklinała i szarpała laskę, próbując ją wyrwać z jego zaciśniętej dłoni. W końcu przestała się szamotać i kląć i tylko mierzyła go twardym, gniewnym wzrokiem.

Puścił laskę, a Stasia wsparła się na niej i stała tak, patrząc na niego. W końcu się odwróciła i przeszła ciężkim krokiem przez kuchnię, kierując się do wyjścia.

Następnego dnia rano Maks na powitanie powiadomił go, że daje mu podwyżkę i awans.

Nie żeby to wiele zmieniło. Wciąż musiał myć podłogi, sprzątać, być na każde zawołanie i znosić ataki wściekłości pani Stasi. Jednak teraz ona oczekiwała, że będzie się także uczył gotować.

Karała go za każdy, nawet najmniejszy błąd. Kiedy raz, na wpół przytomny ze zmęczenia, włożył świeżą sałatę do miski, w której była już inna porcja, przyrządzona kilka minut wcześniej, tak go pobiła, że miał sińce prawie na całym ciele.

Jednak się nauczył. Najpierw zrozumiał, że jeśli chce zostać w kuchni pani Stasi, musi zapomnieć wszystko, co poznał podczas swojego czteroletniego dryfowania wzdłuż wybrzeża Bałtyku. To, czego się nauczył od Turka i innych szefów, u których pracował, znaczyło niewiele lub nic dla tej małej starej kobiety.

Stopniowo, miesiąc po miesiącu, jej okresy niezadowolenia stawały się coraz rzadsze, aż pewnego dnia, prawie osiemnaście miesięcy po tym, jak po raz pierwszy postawił stopę w restauracji Maks, pozwoliła mu przygotować danie zamówione przez klienta. Nie pozwoliła go jednak podać. Przyrządziła duplikat zamówienia, kazała to zanieść klientowi, a sama zaczęła kosztować dzieło Rudiego. Obserwujący ją ukradkiem Rudi zdał sobie nagle sprawę, że w całej kuchni zapadła cisza. Rozejrzał się dokoła, przytłoczony przez coś, co przypominało scenę z filmu. Wszyscy w kuchni obserwowali panią Stasię. Nawet Maks, który stał w wahadłowych drzwiach prowadzących do sali restauracyjnej. To była, pomyślał Rudi, ta scena w filmie, kiedy niedojrzały żółtodziób zdobywa w końcu niechętny szacunek swojego mentora. Wiedział również, że życie nie jest takie jak w filmach i że pani Stasia wypluje zaraz jedzenie na wyłożoną kafelkami podłogę, a potem pobije go do nieprzytomności.

W tym wypadku życie i film zeszły się na tyle blisko, że pani Stasia odwróciła się, oparła na lasce i popatrzyła na widownię. Być może zastanowi się, powiedziała im w końcu, czy nie nakarmić dziełem Rudiego swojego psa.

Cały personel zaczął bić brawo. Rudi wcale tego nie słyszał. Pomyślał tylko później, że tylko on, jedyny spośród wszystkich, zauważył, że pani Stasia nagle wydała się stara.

Umarła tego lata i Rudi po prostu ją zastąpił. Nie było żadnego oficjalnego oświadczenia Maksa, żadnego nowego kontraktu ani niczego innego. Nawet podwyżki. Po prostu odziedziczył kuchnię. On i Maks byli jedynymi żałobnikami na pogrzebie.

– Nigdy się o niej niczego nie dowiedziałem – powiedział, gdy odprowadzali spojrzeniami opuszczaną do grobu trumnę.

– Była moją matką – odparł Maks.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

***

CZĘŚĆ PIERWSZA: EUROPA JESIENIĄ

KUZYN MAKSA

UCZEŃ CZARNOKSIĘŻNIKA

ŚWIATŁO GRANICZNE

OSTATNI SKOK LEONA

UZDOLNIONY JĘZYKOWO

KING'S BENCH WALK

CZĘŚĆ DRUGA: GOŃCY W LESIE

LEGENDA

DZIEŃ W ŻYCIU KAPITANA ŚMIERCI

CZŁOWIEK Z SYBERII

TRZYDZIEŚCI PRZYPADKÓW MAJORA ZEMANA

MYCIE NIEDŹWIEDZIA

Cykl „Pęknięta Europa”

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: Europe in Autumn

Copyright © 2014, 2018 Dave Hutchinson.

First published in English by Solaris, an imprint of Rebellion Publishing Ltd.

This translation is published by arrangement with Rebellion Publishing Ltd. www.rebellionpublishing.com

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2018

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Grzegorz Dziamski

Projekt serii i okładki oryginalnej: Clint Langley

Opracowanie graficzne polskiej wersji okładki: Sławomir Folkman

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Europa jesienią, wyd. I, Poznań 2018)

ISBN 978-83-8062-919-6

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Europa jesienią 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer