W pułapce losu

W pułapce losu

Autorzy: Virginia C. Andrews

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 24.56 zł

Cofamy się w czasie, aby poznać historię Grace, rodzonej matki Willow De Beers. Światem Grace Houston były bazy marynarki wojennej, gdzie kolejno służył jej ukochany ojciec, oficer lotnictwa. Dziewczyna, zmuszona do ciągłej zmiany szkół i rozstań z przyjaciółmi, ma dosyć tułaczego życia i marzy o zamieszkaniu w jednym miejscu. Nie wie, że marzenie się spełni, lecz cena będzie okrutna…

Kiedy ojciec ginie w katastrofie śmigłowca, świat Grace i jej mamy Jackie Lee wali się w gruzy. Przenoszą się do bogatego, snobistycznego Palm Beach, by tam zacząć nowe życie. Skromna córka oficera trafia do prywatnej szkoły, gdzie stroje i samochody liczą się bardziej niż nauka. Na dodatek jej matka szybko ulega czarowi tego blichtru. Wkrótce Jackie Lee poślubia dżentelmena – milionera, Winstona Montgomery’ego, który wprowadza ją do bogatej socjety. Teraz jej marzeniem staje się wydanie córki za mąż równie korzystnie. Grace, siłą wpychana w świat balów i fortun, ma ochotę zamknąć oczy i schować się w kąt.

Stopniowo świat Grace nabiera barw, ale zły los znów atakuje z mroku. Niedługo potem w życiu Jackie Lee pojawia się młody i przystojny Kirby Scott, zwabiony fortuną pięknej wdowy… i młodzieńczym urokiem jeszcze piękniejszej córki. Czy los uderzy po raz trzeci?

Fenomen popularności V.C. Andrews trwa nieustannie od czasu wydania "Kwiatów na poddaszu". Książki autorki, tworzące prawie dwadzieścia bestsellerowych serii, osiągnęły łączny nakład ponad 106 milionów egzemplarzy i zostały przetłumaczone na dwadzieścia dwa języki. "W pułapce losu" to czwarta część cyklu o rodzinie De Beers, którego kolejne tomy ukażą się nakładem Prószyński i S-ka

Tytuł oryginału

INTO THE WOODS

Copyright © Copyright © 2003 by the Vanda General Partnership Gallery Books, a division of Simon & Schuster, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki

Izabella Marcinowska

Zdjęcie na okładce

© Serg Zastavkin/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Lucyna Łuczyńska

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8123-671-3

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Prolog

Żegnaj, Morska Panno

Na zawsze zachowałam we wspomnieniach moment, kiedy po raz ostatni widziałam tatę – w bazie marynarki wojennej w Norfolk, kiedy szedł do helikoptera, na którym służył. Kursanci stojący na baczność przy maszynie zasalutowali mu z szacunkiem, tata też odpowiedział salutem. Potem odwrócił się i pożegnał mnie pięknym uśmiechem; ja też się uśmiechnęłam. Mama zawsze zabierała mnie do bazy, gdy tata odlatywał na misję czy manewry. Nazywaliśmy te uśmiechy „naszymi słoneczkami”. Z biegiem lat w mojej pamięci uśmiech taty blakł jak stara fotografia, odtwarzałam go już tylko w wyobraźni.

Twarz taty niezmiennie rozjaśniało szczęście, kiedy oglądał się i widział nas. W takich momentach orzechowe cętki w jego niebieskich oczach nabierały złocistego koloru. Nazywał mnie Morską Panną i salutowaliśmy sobie dwoma palcami, a nie całą dłonią, jak w amerykańskiej armii. Tamtego dnia też mnie tak pozdrowił, a ja przyłożyłam dwa palce do skroni.

Odwrócił się do swoich ludzi, a ja na moment podążyłam wzrokiem za mewą – sprawiała wrażenie spłoszonej, nawet przerażonej. Zrobiła szybki zwrot w powietrzu, ale zamiast zanurkować po rybę, umknęła w bok, jakby się czegoś przestraszyła. Kiedy usłyszałam huk uruchamianych silników, znów skupiłam uwagę na tacie.

Ciaśniej przylgnęłam do mamy, bo nagle ogarnął mnie niepokój. Serce zgubiło rytm i coś uciskało mnie w żołądku. Musiałam mocniej poczuć obecność mamy. Choć miałam już piętnaście lat, potrzebowałam muru, który bezpiecznie oddzielał mnie od świata. Mama i tata byli moją fortecą. Przy nich nic nie mogło mi się stać.

– Nie mogę pojąć, jak on może znosić ten łomot! – Mama usiłowała przekrzyczeć huk wirnika. Na jej twarzy malowała się duma i wyglądała pięknie z bujnymi włosami do ramion, w odcieniu brzoskwini. Była wysoka i miała królewską postawę. Każdy, kto na nią spojrzał, musiał zatrzymać spojrzenie na dłużej, zahipnotyzowany jej urodą.

Oczy mamy przypominały barwą granatowy kolor mundurów marynarki i tata często żartował, że nie bez powodu taka kobieta została mu przeznaczona. Rzeczywiście, służyła mężowi wiernie i lojalnie, bezgranicznie go podziwiała. Żałowałam, że moje oczy, bardziej turkusowe, nie są takie jak u mamy, bo wtedy tata miałby wrażenie, że jeszcze bardziej należę do niego.

– Chodźmy już, Grace – powiedziała. – Mam zajęcia w domu, ty musisz się pouczyć, a potem przygotować na przyjście gości.

Pociągnęła mnie lekko i zwlekając, ruszyłam za nią. Coś kazało mi pozostać tu jak najdłużej. Patrzyłam, jak w niebo wzbija się eskadra helikopterów. Już nie widziałam taty i było mi smutno. A oni pomknęli nad ocean, podążając za mewą.

Chmura zakryła słońce i długi cień padł na nas, kiedy szłyśmy do samochodu.

Zapamiętałam to.

Zapamiętałam każdy szczegół na długie lata.

Aż wreszcie wszystko zniknęło w dali, a ja pozostałam samotna, marząc o jeszcze jednym uśmiechu, jeszcze jednym salucie.

Rozdział pierwszy

Życie

Kiedy byłam bardzo mała, myślałam, że wszyscy żyją tak jak my, stale przenoszą się z miejsca na miejsce. Nasze domy zmieniały się jak stacje, rozproszone nie tylko po kraju, ale i po świecie. Ledwie zaczęłam naukę w jakiejś szkole, już musiałam ją zmieniać. Gdy zaczynaliśmy poznawać sąsiadów, albo nawet zanim do tego doszło, pojawiali się nowi. Znałam tylko krótkotrwałe przyjaźnie i obawiałam się głębszych związków, które prowadzą do zbytniego uzależnienia się od drugiej osoby. Jednocześnie trudno mi było przestrzegać tej zasady, zwłaszcza w stosunku do nauczycieli. W trzeciej klasie podstawówki miałam swoją ulubioną nauczycielkę i płakałam rozpaczliwie, kiedy mama przyjechała do szkoły, a ja musiałam w jednej chwili zabrać swoje rzeczy i się pożegnać.

Od jakiegoś czasu tata dużo mówił o nowej bazie marynarki wojennej i świetnych warunkach, jakie tam oferują, jakby chciał nam osłodzić kolejną przeprowadzkę. Jako pilot wojskowego helikoptera często udawał się na różne misje, skazując nas na długotrwałe rozstania. Starał się jak najczęściej dzwonić i regularnie przysyłał listy – przy czym w kopercie zaadresowanej do mamy zawsze był osobny list do mnie, zatytułowany „Kochana Morska Panno!”. Powtarzał w nich, jak bardzo mnie kocha i tęskni za mną.

Kiedy dostawał przydział stacjonarny, który zapowiadał się na dłużej, mama z większym entuzjazmem pakowała nasz dobytek do samochodu i jechała tam ze mną. Jej przyjaciółki wiodły takie samo życie jak ona – marynarskie żony przywykły do wędrówek, przelotnych przyjaźni i wielomiesięcznych nieobecności mężów.

Mama cieszyła się, że kariera taty rozwija się tak pomyślnie.

Prawie każdy jego zawodowy ruch był „wertykalny”, jak mówiła. Szybko piął się w górę po szczeblach wojskowej hierarchii i mama uważała, że pewnego dnia tata zostanie admirałem. Żartowali sobie z tego i często tytułowała go admirałem Houstonem. Kiedyś, gdy miałam siedem lat, pochwaliłam się nawet w klasie, że tata już jest admirałem. Tak często słyszałam to w domu, że uwierzyłam. Starsi uczniowie nabijali się ze mnie.

– Chyba dowodzi flotą kaczek w bajorze – szydził jakiś dryblas. Bardzo mnie to zabolało i poskarżyłam się mamie. Zaskoczyła mnie, bo roześmiała się, a mnie zbierało się na płacz.

– Nic się nie stało, Grace – uspokajała. – Nie słuchaj ich. Któregoś dnia twój ojciec naprawdę zostanie admirałem i wtedy udławią się swoimi głupimi żartami.

– To czemu ciągle nazywasz go admirałem, skoro nim nie jest?

Usiadła ze mną w naszym małym salonie, w domu na oficerskim osiedlu, i tłumaczyła, że dwoje ludzi, którzy się kochają tak jak oni, często czule się ze sobą droczą.

– Kiedy poznałam twojego tatę, udawał, że ma już stopień kapitana. Nie znałam się na belkach i gwiazdkach, więc mu wierzyłam.

– Okłamał cię? – wyjąkałam. Tata stanowił dla mnie absolutny wzorzec. Nigdy nie posunąłby się do kłamstwa, oszustwa czy zdrady. Był chodzącym ideałem, modelem dla werbunkowego plakatu marynarki, niezłomnym, uczciwym, silnym i szlachetnym wojownikiem.

Imponował nienaganną sylwetką. Miał prawie sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, ważył osiemdziesiąt kilogramów i był zawsze w znakomitej formie. Codzienne ćwiczenia uważał za tak oczywiste, jak jedzenie czy oddychanie. Uwielbiałam przyglądać się, gdy grał w tenisa albo w kosza z młodszymi oficerami. Kiedy udało mu się jakieś zagranie, odwracał się do mnie i triumfalnie salutował. Miałam wrażenie, że uśmiechy mój i jego są połączone, a jego śmiech jest moim śmiechem. Nie mogłam oderwać od niego oczu i postać taty więziła mój wzrok, jak płomień świecy więzi ćmę.

Mama zmarszczyła nos i pokręciła głową, zaskoczona moim pytaniem.

– Nie należy tego nazywać kłamstwem, Grace. To tylko chytry chwyt, który zastosował, żeby przyciągnąć moją uwagę, jak mi później powiedział. Bał się, że nie będę chciała na niego spojrzeć, kiedy się okaże, że nie jest oficerem, ale dla mnie, młodej i szalonej dziewczyny, liczyło się tylko to, co zobaczyłam w jego oczach.

– Dlaczego byłaś taka szalona, mamo?

Westchnęła.

– Człowiek bywa szalony, kiedy jest młody, Grace. A na pewno lekkomyślny. – Zastanawiała się chwilę, a potem zmrużyła oczy jak zawsze, gdy była bardzo poważna albo smutna, i zapytała: – Wiesz, Grace, czym naprawdę jest miłość?

Pokręciłam głową i wstrzymałam oddech w oczekiwaniu na odpowiedź. Wiedziałam, że miłość jest czymś wyjątkowym, ale nie miałam pojęcia, jak ubrać to w słowa, zwłaszcza gdy miałam mówić o miłości kobiety i mężczyzny.

– Miłość to rodzaj inwestycji, wielka szansa, a takie rzeczy zwykle wiążą się z ryzykiem, które z kolei wymaga pewnej dozy szaleństwa. W głębi serca wiedziałam, że ten mężczyzna jest wygraną mojego życia. Święcie w to wierzyłam, więc nie obawiałam się rozłąk i życia na walizkach. Godziłam się na samotność i czekałam na niego wytrwale, aż… – Uśmiechnęła się. – Aż urodziłaś się ty i już nie byłam samotna.

Przytuliła mnie czule.

Życie było cudowne. Zawsze takie będzie. Czy deszcz, czy śnieg, dla mnie słońce zawsze świeciło jasno, kiedy ona albo tata uśmiechali się do mnie szeroko, serdecznie, promiennie. Jak bardzo brakuje mi dziś tych uczuć i wiary, że nasze życie pozostanie niekończącym się, słonecznym letnim dniem. Nie byliśmy bogaci, ale nawet nie zauważyłam, czy czegoś nam brakuje. W ogóle nie byłam tego świadoma. Mama kupowała mi nowe ubrania, zwłaszcza jeśli zmienialiśmy strefę klimatyczną. Mieliśmy najnowsze modele aut, a w moich kolejnych pokojach było pełno lalek, pocztówek i pamiątek, rzeczy z różnych stron świata, które tata przywoził ze swoich morskich misji.

Dzisiaj większość z nich jest w pudłach na strychu i nigdy do nich nie zaglądam. Wspomnienia mogą być bardzo bolesne, ranią i wywołują łzy. Lepiej trzymać się z daleka od takich pamiątek.

Uważaj, kogo dopuścisz do swojego wnętrza, ostrzegał mnie wewnętrzny głos i ostrzega nadal. Twoje serce zastygnie wokół czyichś słów, obietnic i dotyku niczym odciski dłoni i stóp w betonie, a ty będziesz nosić te odciski aż do śmierci, czy jeszcze dłużej. Im bardziej kogoś kochasz, tym większy będzie ból po jego odejściu – bo przecież kiedyś odejdzie. Dlatego drżałam wewnętrznie, gdy ktoś próbował się do mnie zbliżyć.

Parę tygodni po moich piętnastych urodzinach tata wrócił z delegacji, przywożąc, zdaniem mamy, najlepszy z możliwych prezentów. Przed rokiem został przeniesiony do San Diego i tam przydzielono nam dom, mniejszy niż poprzedni. Na szczęście miałam swój pokój i właśnie odrabiałam lekcje, spiesząc się, żeby zdążyć na specjalne wydanie programu muzycznego w telewizji. Nazajutrz czekała mnie klasówka z angielskiego, ale czułam się przygotowana.

Kiedy tylko tata przywitał się z mamą, zagrzmiał na cały dom:

– Gdzie jest moja Morska Panna?

– Twoja panna ma już piętnaście lat, Rolandzie. Przestań wreszcie traktować ją jak pięciolatkę! – powiedziała mama, ale tata tylko potrząsnął głową.

– Dla mnie zawsze będzie słodką pięciolatką – odparł i wyciągnął ręce. Wpadłam w nie z rozpędu, lecz odsunął mnie na odległość ramion i poprosił: – Usiądź, Gracey.

– O, nie! – Mama złapała się za głowę. – Rolandzie Stemperze Houstonie, za każdym razem, kiedy mówisz do niej Gracey, znaczy to, że zaraz podniesiemy kotwicę.

– Mam bardzo dobre wieści, naprawdę. – Tata dał jej znak, żeby też usiadła. A potem wyprostował się z zadowoloną miną kota, który zjadł mysz.

– No mów – ponagliła mama. – Nie każ nam stać pod parą, jak te statki w porcie. Kotwicę rwij albo staw, żeglarzu!

Roześmiał się.

– Otóż – zaczął – dostałem przydział do HC-8 w Norfolk, w Wirginii – czyli Ósmego Szwadronu Śmigłowców Wsparcia Bojowego, Dragon Whales.

– A co oni robią? – zapytała mama i widać było, że już się martwi.

– Ósmy szwadron lata na helikopterach Ch-46 Sea Knight, pełniących zadania ratownicze i transportowe w ramach Floty Atlantyckiej – wyjaśnił z dumą tata. – Jednakże – ciągnął, zanim mama zdążyła zapytać, jak bardzo jest to niebezpieczne – HC-8 prowadzi również Heliopsa.

– Czyli co? – udało mi się wtrącić.

– Czyli, moja Morska Panno, Szkołę Pilotażu Śmig­łowców Floty Atlantyckiej, w której niżej podpisany będzie instruktorem, co oznacza – ciągnął na jednym oddechu – stały pobyt, najdłuższy, jaki jest dla nas możliwy. Niewykluczone, że nawet trzyletni!

Mama gapiła się na tatę, po prostu oniemiała. Wyglądało, jakby się bała, że to tylko sen i jeśli nieopatrznie mu przerwie, słowa rozwieją się jak dymek z komiksu.

– Rzecz jasna z tym łączy się awans – zaznaczył tata, prężąc się dumnie. – Masz przed sobą komandora porucznika Houstona, kategoria wynagrodzenia zero-cztery.

Pochylił się ku nam, żebyśmy mogły zobaczyć jego epolet z paskami – szerokim, wąskim i szerokim. A potem wyjął z kieszeni folder.

– Nasze nowe lokum – oznajmił.

Mama zaczęła oglądać zdjęcia domów osiedla oficerskiego.

– Ładne, co?

– Tak. – Nabrała powietrza i spojrzała na mnie.

Widziała to w mojej twarzy. Wiedziałam, że znów będą pożegnania i te nieważne już ostatnie słowa, wypowiadane jednym tchem. Tata zauważył nasze miny.

– Morska Panna sobie poradzi – rzekł. – Wychodzenie z portów ma we krwi.

– Tak, tato.

– Przykro mi, kotku. – Mama spojrzała na mnie ze współczuciem. – Wiem, że zaprzyjaźniłaś się z paroma osobami.

– Nie martw się o to, mamo. Z nikim nie jestem blisko. – Tak rzeczywiście było, ale głównie z mojej winy.

– Będziesz miała większy pokój – obiecał tata. – Zamieszkamy w dużym, ładnym domu, pójdziesz do lepszej szkoły i…

– Ona zna tę procedurę na pamięć – przerwała mu mama. – Daruj sobie.

Kiwnął głową. Mama wstała i pocałowała go.

– Moje morskie panny – powiedział czule i uścisnął nas obie.

Popatrzyłam na dom. Ledwie zdążyłam do niego przywyknąć i zaraz mieliśmy to miejsce opuścić, jak tonący okręt. Pewnego dnia, pomyślałam, zamieszkam na długo w jednym miejscu, poznam różnych ludzi, będę miała prawdziwych przyjaciół, a te czasy odejdą do historii.

Czy będę wtedy szczęśliwsza?

Bardzo chciałabym to wiedzieć.

Mieliśmy do przebycia kawał kraju, od Kalifornii do Wirginii. Tata postanowił, że lepiej będzie sprzedać samochód, wysłać nasz dobytek frachtem na statku i dolecieć na miejsce. Tam kupi nowe auto. Rozkazy kazały mu się stawić w Norfolk jak najszybciej i gdyby nie ta decyzja, musiałby polecieć sam, a my odbyłybyśmy długą podróż samochodem. Nie był to problem, gdyż zawsze tak wyglądały nasze przeprowadzki. Tym razem rodzice postanowili przełamać rutynę, gdyż mieli poczucie nowego otwarcia; momentu, który ożywi i odmieni nasze życie. Dobra doczesne nie były dla nas tak ważne jak dla większości ludzi. Nie mieliśmy własnych mebli, a obrazy i ozdoby dziedziczyliśmy po poprzednich mieszkańcach albo mama kupowała je na miejscu i sprzedawała przed kolejną przeprowadzką.

Większość znanych mi dzieci z rodzin wojskowych coraz bardziej obojętniała na bezustanne wyrywanie ich z jednego miejsca i przerzucanie do drugiego „lokum”, jak mówił tata. Moje chwilowe koleżanki miały zawsze stoickie miny, niesygnalizujące ani szczęścia, ani smutku. Pewną ciekawość wzbudziło tylko miejsce, do którego nas przenoszą i nowe zadania taty, ale zanim skończyłam odpowiadać, zobaczyłam, że ich spojrzenia umknęły w bok i przestały mnie słuchać. Poszły w ruch mentalne gumki, pracowicie wycierające z pamięci moje imię i twarz. Nie potępiałam ich. W każdej chwili, tak samo jak ja, mogły wyjść z tej szkoły i zostawić ją na zawsze razem z poznanymi tutaj ludźmi.

W dniu wyjazdu telefon milczał. Nikt nie uznał za stosowne, aby zadzwonić z obietnicą, że będzie do mnie pisać, ani z prośbą, żebym ja pisała. My, dzieci wojskowych, przepływałyśmy obok siebie jak balony z wymalowanymi na nich twarzami, bezwolne i gnane wiatrem. Od czasu do czasu natykałam się na kogoś, kogo znałam z poprzedniej bazy morskiej, czyj ojciec został przeniesiony tuż przed albo tuż po moim, ale były to jedynie wyjątki od reguły. Ponowna znajomość nie wpływała na zacieśnienie więzów. Pewnie dlatego, że ciągle wisiała nad nami groźba pożegnania.

Trudno sobie wyobrazić piękniejszy majowy dzień niż ten, który powitał nas w bazie Norfolk w Wirginii. Niebo miało turkusowy odcień, podobny do koloru moich oczu. Wisiały na nim nieruchomo białe obłoczki, jakby ktoś rzucił na niebieską płachtę kawałki bitej śmietany. Było ciepło i wiał leciutki wiaterek; wszystko wyglądało świeżo i zdawało się pachnieć nowością.

Tata nie kłamał, chwaląc nasz nowy dom na pięknym terenie ogrodzonego osiedla. Gdy tylko przyjechaliśmy, zjawiły się żony innych oficerów, żeby nas powitać i wciągnąć mamę do swojego kręgu. Jedna z nich przyszła z córką. Dziewczyna nazywała się Autumn Sullivan i była tylko dwa miesiące młodsza ode mnie. Miałyśmy być w tej samej klasie i widziałam, że nowa koleżanka aż się rwie, by opowiedzieć mi wszystko o szkole, nauczycielach, innych ludziach z klasy i o życiu w bazie.

Włosy Autumn o bursztynowym odcieniu przypominały barwą jesienne liście, a górę jej policzków zdobiły drobne, rdzawe piegi. Od razu zastrzegła, że nie dlatego rodzice wybrali dla niej imię nazywające tę porę roku.

– Moja mama zawsze lubiła jesień i nazwałaby mnie tak, nawet gdybym miała włosy jak skrzydło kruka. Pochodzi z północy stanu Nowy Jork, gdzie jesień jest wyjątkowo kolorowa i piękna. Kiedy odwiedzamy tam babcię i ciotki, mama zawsze się stara, żeby wizyta przypadła w październiku.

Rozgadała się i usiłowała jak najszybciej opowiedzieć o sobie. Jakie to typowe dla nas, wędrownych wojskowych dzieci, myślałam. Odruchowo działamy i mówimy szybko, jakbyśmy się bały, że o czymś zapomnimy albo nie zdążmy przed kolejną przeprowadzką. Dlatego nasze przyjaźnie, z definicji tak krótkie, muszą być intensywne, nasycone informacją i wydarzeniami, jakbyśmy przewijały w przyspieszonym tempie film naszego życia.

Ojciec Autumn był porucznikiem i tak jak mój tata, instruktorem Heliopsu. Uczył w Szkole Sygnalistów Kontroli Lądowań. W Norfolk mieszkali od roku. Starsza siostra Autumn, Caitlin, chodziła do ostatniej klasy liceum. Od razu się dowiedziałam, że jej chłopak, Jarvis Martin, jest synem wiceadmirała Martina i przyjęto go już do Akademii Marynarki Wojennej w Annapolis.

Autumn była niższa ode mnie, pulchna, z dużym biustem. Miała dołki w policzkach, tak głębokie, że zmieściłaby się tam pięciocentówka, jak mawiał tata. Od razu ją polubiłam za szczerość i żywiołowość. Zanim zdążyłam powiedzieć słowo, wyliczyła mi listę swoich płyt CD i poinformowała, kto zalicza się do jej idoli.

– Przyjdziesz do nas dzisiaj na kolację? – rzuciła jednym tchem.

Mama usłyszała ostatnie zdanie i się uśmiechnęła.

– Czy nie powinnaś najpierw spytać swoją mamę, Autumn? – zasugerowała.

– Och, chyba raczej tatę. On jest u nas mistrzem kuchni.

Mama roześmiała się i zerknęła na panią Sullivan, która stała w kuchni, rozmawiając z dwiema innymi żonami wojskowych.

– Mimo wszystko uważam, że powinnaś zapytać – powiedziała z łagodnym naciskiem.

– Dobrze, zapytam. – Autumn zerwała się natychmiast. Wymieniłyśmy z mamą spojrzenia, rozbawione jej gorliwością.

– Możesz przyjść! – zawołała do mnie z kuchni. – Tata zawsze się cieszy, kiedy ma jeszcze jedną gębę do nakarmienia. Tak mówi moja mama.

Zerknęłam na mamę.

– Zgoda, idź i baw się dobrze, kochanie. Na razie nie masz nic do roboty, skoro już się rozpakowałaś – powiedziała.

Wiedziała, że na poukładanie lalek, książek i innych ważnych dla mnie rzeczy potrzebuję więcej czasu. Poza tym tata musiał dorobić półki.

Mama powróciła do rozmowy z innymi kobietami, a ja wyszłam z Autumn, bo chciała mi pokazać osiedle. Zdjęcia w folderze wiernie odzwierciedlały rzeczywistość, co należało do wyjątków; zwykle takie broszury okazywały się nieaktualne, albo fotografie zostały upiększone. Te domy jaśniały nowymi tynkami, a szmaragdowe, wypielęgnowane trawniki i bujne kolorowe klomby były ich ozdobą.

Zobaczyłam oficerów w nienagannie skrojonych mundurach, niektórzy wysiadali z samochodów na podjazdach swoich domów, inni wsiadali do nich albo rozmawiali ze sobą na ulicy. Z uśmiechem odprowadzali nas wzrokiem lub pozdrawiali lekkim skinieniem głowy, nie tracąc ani na moment swojej wymusztrowanej, wzorowej postawy. Tak się przyzwyczaiłam do sprężystych, prostych sylwetek kobiet i mężczyzn, że cywile wydawali mi się niechlujni, roztyci albo zgarbieni, wykonujący niezgrabne, bezcelowe ruchy.

Autumn paplała bez przerwy, rzucała nazwiska rodzin mieszkających w kolejnych domach i przy okazji informowała, kto ma dzieci w naszym wieku, a kto nie. Wspomniała o dwóch dziewczynach z naszej klasy – Wendi Charles i Penny Martin. Miałam jednak wrażenie, że nie za bardzo je lubi. Ojciec Wendi Charles był kapitanem, pilotem myśliwca, a Penny była siostrą Jarvisa i córką wiceadmirała Martina. Mówiąc o nich, moja nowa koleżanka dawała do zrozumienia, że to straszne snobki, zawsze znajdą sposób, by napomknąć, że ich rodziny są wysoko notowane w wojskowej społeczności.

Autumn także mieszkała kiedyś w San Diego. Z tego, co mi powiedziała, wynikało, że wówczas po raz pierwszy mieszkała w bazie wojskowej. Szłyśmy dalej, aż dotarłyśmy do niewielkiego parku, gdzie matki z małymi dziećmi obległy placyk zabaw. Usiadłyśmy na ławce.

– Pewnie jesteś zmęczona – rzuciła Autumn. Ton, jakim wypowiedziała te słowa, nasunął mi myśl, że chodzi raczej o „zmęczenie życiem”, jak określała to moja mama. Niektóre z wojskowych żon z jej kręgu uważały kolejne przydziały mężów za rodzaj więzienia i marzyły o chwili, kiedy ich małżonkowie wreszcie przejdą do cywila.

– Trochę – przyznałam. – Wiesz, jak to jest z błyskawicznymi przeprowadzkami.

– Miałaś chłopaka w San Diego?

– Nie – odpowiedziałam szybko. Kiwnęła głową, jakby spodziewała się takiej odpowiedzi.

– Wendi Charles mówiła mi, że chłopcy, którzy wiedzą, że jesteś z wojskowej rodziny, uważają cię za rozwiązłą. Rozumiesz znaczenie tego słowa?

– Tak.

– Założę się, że jesteś dobrą uczennicą, mądrzejszą ode mnie. Wyglądasz na taką – dodała i roześmiała się.

– Lubię czytać – wyznałam.

– Ja też, ale na pewno nie przeczytałam tylu książek, ile ty. No i co myślisz?

– O czym?

– Myślisz, że Wendi ma rację? Naprawdę jesteśmy rozwiązłe?

Czy jest ciekawa mojej odpowiedzi, czy tylko chce potwierdzić coś, co już wie? – zastanawiałam się.

– Chyba nie – odparłam po namyśle. – Dlaczego mieliby nas uważać za puszczalskie?

– Zdaniem Wendi dlatego, że tak często się przeprowadzamy. Nie musimy dbać o opinię.

– Głupie wyjaśnienie – skwitowałam i Autumn kiwnęła głową.

– Też tak uważam. A w ogóle chodziłaś z jakimś chłopakiem? – Wpatrywała się we mnie brązowymi oczami, niecierpliwie oczekując na odpowiedź.

– Nie, nikogo takiego nie poznałam. A ty?

Pokręciła głową.

– Też nie, choć lubię Trenta Ralstona. Tobie pierwszej o tym mówię.

– Ralston nic o tym nie wie, tak?

– Nie wie. – Uniosła brwi i żachnęła się, jakby taka wiedza była czymś skandalicznym. – Zdaniem Wendi, kiedy chłopak się dowie, że go lubisz, od razu staje się namolny. Dlatego lepiej trzymać ich w niepewności.

– Rozumiem, że uważa się za wielką ekspertkę od chłopaków?

– Myślę, że naprawdę się na nich zna. Ona jest bardzo popularna. Ale mnie Wendi nie mówi takich rzeczy – przyznała szczerze. – Po prostu przechodziłam obok, kiedy gadała z przyjaciółkami, i wtedy to usłyszałam.

– A twoja starsza siostra, Caitlin?

– Nie rozumiem?

– Czemu jej nie spytasz, nie radzisz się w sprawach chłopaków?

– Nie ma sensu. Ona uważa, że jestem smarkata i nie ma sensu rozmawiać ze mną o takich sprawach. – Wzruszyła ramionami. – Wiesz, nigdy nie byłyśmy zbyt blisko.

– Szkoda.

– Nie masz rodzeństwa?

– Nie i żałuję. Ludzie z reguły nie doceniają tego, co mają – odpowiedziałam nieco gorzko, bo przypomniało mi się, co moje koleżanki wygadywały na swoje siostry czy braci; one ich nie znosiły.

Autumn kiwnęła głową.

Zauważyłyśmy, że jedna z matek strofuje swojego synka, który przepychał się z innymi dziećmi na zjeżdżalni. Potrząsała nim gwałtownie, aż się rozpłakał. Pomyślałam, że łamie mu charakter. Nikt nie lubi być strofowany w taki sposób na oczach reszty towarzystwa. Wściekła mina tej kobiety przeraziła inne dzieci, odsunęły się i łypały na nich nieufnie.

– Bałabym się zostać matką – skomentowała Autumn, obserwując tę scenę.

– Dlaczego?

– Wiem, że nie będę dobrą matką. Jestem zbyt łagodna i pozwalałabym dziecku na wszystko. Nigdy nie zareagowałabym tak jak ona. – Ruchem głowy wskazała na rozwścieczoną kobietę. – Moje dzieci zachowywałyby się jak dzikie zwierzaki, wreszcie mąż by tego nie wytrzymał i nas zostawił.

– Mój tata mawia, że nigdy nie wiesz, co będziesz kiedyś robić, dopóki nie zaczniesz tego robić. Cała reszta jest tylko gadaniem. Dlatego nie oceniaj się tak krytycznie – poradziłam.

Uśmiechnęła się.

– Chodź! – Zerwała się z ławki i chwyciła mnie za rękę. – Pójdziemy do mnie, posłuchamy sobie muzyki i pogadamy jeszcze trochę przed kolacją.

– Super, ale najpierw wpadnę do domu i sprawdzę, czy mama mnie nie potrzebuje – powiedziałam. Autumn nie kryła rozczarowania. – Jeśli nie będę potrzebna, zaraz przyjdę – zapewniłam i znów się rozpromieniła.

– Dobrze, bo mam ci jeszcze tyle do powiedzenia! Powinnaś wiedzieć, komu możesz ufać, a komu nie i w co wierzyć, a w co nie. Niełatwo jest samej rozpracować takie rzeczy. Nie znajdziesz lepszej przyjaciółki niż ja, bo pochodzimy z tego samego świata.

Czekała na moją odpowiedź z widocznym napięciem. Założę się, że nie ma przyjaciółek, myślałam, a nawet zwykłych koleżanek.

W tym momencie po raz pierwszy uświadomiłam sobie, jak strasznie samotne i pełne lęków mogą być dziewczyny takie jak my. Zastanawiałam się, czemu wcześniej nie miałam takich odczuć. To dobrze czy źle? Powinnam się bardziej otworzyć na innych, pożądać towarzystwa i przyjaźni jak Autumn? Czemu dotąd mnie nie martwiło, że nie mam chłopaka?

Motyl zatrzepotał przy naszych głowach, kiedy szłyśmy przez park, i wyobraziłam sobie, że jestem jeszcze poczwarką, która zaczyna lękliwie wychodzić z kokonu i rozprostowywać skrzydła. Każde nowe uczucie, rodzący się apetyt na nowe rzeczy napawają nas lękiem. A jeśli nam się nie uda? Jeśli będziemy tak jak Autumn drżały, że nigdy nie znajdziemy miłości, sensu życia?

Mama powiedziała, że nie jestem jej potrzebna, więc poszłam z Autumn do jej domu. W pewnym momencie na osiedlowej ulicy zrównał się z nami czerwony kabriolet. Prowadził chłopak, a pasażerkami były dwie dziewczyny.

– To Wendi Charles i Penny Martin – szepnęła Autumn pospiesznie, jakby lekko zaniepokojona.

– Cześć. – Dziewczyna na przednim siedzeniu wychyliła się w naszą stronę. – Jesteś tutaj nowa?

– Na to wygląda – odpowiedziałam i dziewczyna na tylnym siedzeniu zachichotała.

– Ja jestem Wendi. Ta, co się tak głupio chichra, to Penny, a za kierownicą siedzi Ricky Smith, który uwielbia być naszym niewolnikiem. A ty jak się nazywasz?

– Grace Houston.

– Widzę, Grace, że Autumn już cię zagarnęła. Jak ty to robisz, Autumn? Czyhasz całą noc przy bramie, czekając, aż ktoś się pojawi, żebyś mogła dopaść go pierwsza?

– Nie. – Autumn unikała twardego spojrzenia zimnych, ciemnobrązowych oczu Wendi. – Nikogo nie zagarniam – dodała, nie unosząc wzroku.

– Jasne, bo każdy chce zagarnąć ciebie – powiedziała Wendi kpiąco, a Penny i Rick parsknęli śmiechem. – Prawda, że tak jest, Autumn?

– Chodź. – Autumn pociągnęła mnie za rękę. – Idziemy do mnie.

– Co się tak spieszysz? – odezwała się Penny. – Podkręca cię nowa przygoda czy po prostu chcesz uraczyć Grace swoimi wojennymi opowieściami?

– Bum, bum! – huknął Ricky, wyrzucając pięść w górę jak cheerleaderka.

Dziewczyny wybuchnęły śmiechem. Jacy oni są szyderczy i okrutni wobec Autumn, pomyślałam.

– Chodź – ponagliła Autumn.

Odwróciłam się, żeby oddalić się razem z nią.

– A powiedziałaś już Grace o swojej tajnej skrobance? – Penny niemal to wykrzyczała.

– Co? – Zatrzymałam się i spojrzałam na nią niepewna, czy dobrze słyszę.

Cała trójka zarechotała.

– Rozumiem, że zbierasz się do tego, Autumn? – zapytała szyderczo Wendi i zwróciła się do mnie. – To nie jest coś, z czym chciałabyś się obnosić, rozumiesz – dodała znacząco.

Spojrzałam na Autumn. Wtuliła głowę w ramiona i łzy popłynęły jej po policzkach.

– Nie rozumiem – powiedziałam.

– Bo nie tak łatwo to zrozumieć – odparła Penny. – Wpadnij do nas później, Grace, a powiemy ci, co powinnaś wiedzieć, a czego nie. Jeśli jeszcze chwilę będziesz się z nią prowadzać, zarobisz sobie na opinię, zanim zdążysz się rozpakować, i pożałujesz tego. Chyba że chcesz sobie popsuć reputację.

Znów się roześmiali.

– Jazda, James! – Wendi dała mu znak, żeby ruszał.

– Aye, aye, pani kapitan – odpowiedział Ricky służbiście i ruszył z piskiem opon.

Autumn oddychała z trudnością. Zbladła jak papier, skrzyżowała ręce na piersiach i przycisnęła drżące dłonie do łokci.

– O czym oni mówili? – zapytałam.

Powoli uniosła głowę. Oczy miała zaczerwienione.

– To kłamstwo. Bezczelne kłamstwo. Nienawidzą mnie! – krzyknęła, oddalając się. Kabriolet zniknął za rogiem. Stałam zdezorientowana, nie wiedziałam, co robić. Czy oni kłamali? Autumn udaje niewiniątko, a jednocześnie ukrywa takie rzeczy? Byłam tu dopiero od paru godzin i już zdążyłam wdepnąć w wielką aferę!

Autumn skierowała się do jednego z domów. Podbiegłam do niej i chwyciłam ją za łokieć, zanim zdążyła skręcić na podjazd.

– Nie rozumiem, co tu się dzieje. – Pokręciłam głową. – Dlaczego oni tak mówią?

– Bo są podli, wstrętni.

– Podłością jest mówienie komuś takich rzeczy, nawet gdyby to była prawda. Zwłaszcza przy kimś, kto jest tutaj nowy, jak ja. – Autumn już się nie wyrywała, otarła łzy i popatrzyła na mnie.

– Wszystko w porządku? – zapytałam.

– Nie. – Wargi jej drżały.

Milczałam, nie wiedząc, co powiedzieć. Spojrzałam na ulicę, a potem na nią. Wpatrywała się we mnie dziwnym wzrokiem.

– Autumn?

– Och, co za różnica? I tak byś się dowiedziała. – Jej głos pełen goryczy był cichy, na granicy szeptu. Znów ruszyła przed siebie, obejmując się ramionami.

Czy to prawda?

Miałam wrażenie, jakby wrzucono mnie w jakiś szalony świat, gdzie nie sposób rozróżnić, co jest prawdą, a co kłamstwem. Serce mi waliło. Przeleciały z rykiem dwa myśliwce i hałas na moment przytłumił moje myśli. Zobaczyłam, że Autumn wchodzi do domu.

Pomimo wątpliwości i pewnego niesmaku, zrobiło mi się jej żal. Postanowiłam tam wejść.

Nacisnęłam dzwonek i czekałam. Za moment otworzył mi mężczyzna o włosach złocistych jak płatki jaskra. Miał na sobie fartuch kuchenny z podobizną Franka Sinatry. Od razu zauważyłam, że Autumn jest do niego podobna. Oboje mieli okrągłe, pyzate policzki, brązowe oczy i piegi. Nie był też zbyt wysoki. Wytarł dłonie w fartuch i uśmiechnął się do mnie.

– Zapewne jesteś gościem zaproszonym na naszą kolację – powiedział. – Marjorie przed chwilą dzwoniła do mnie w tej sprawie. Mam nadzieję, że nie jesteś znawczynią kuchni? – zażartował, udając obawę.

– Nie jestem.

– To bardzo dobrze. Przy okazji – otworzył szerzej drzwi i się rozejrzał – gdzie jest Autumn? Nie byłyście razem?

– Weszła do domu tuż przede mną. – Zdziwiłam się, że jej nie usłyszał. Musiała poruszać się cicho jak kot.

– Serio? Dobrze, w takim razie zapraszam. Jestem komandor porucznik Sullivan. – Wyciągnął do mnie rękę.

– Grace Houston.

– Witaj w bazie, Grace. Nie mogę się doczekać, kiedy poznam twojego ojca. Przyjechaliście z San Diego, prawda?

– Tak, proszę pana.

– Tam też stacjonowałem. Spodoba ci się tutaj, choć zimy są bardziej surowe.

Kiwnęłam głową. Zawsze nowe miejsce wydaje się nam fajniejsze od starego, pomyślałam.

– Chodź, Grace – zachęcił. Podszedł do drzwi pokoju Autumn i zapukał. Odpowiedziała mu cisza. Zerknął na mnie i zapukał ponownie.

– Autumn? Jest tu twoja koleżanka – powiedział głośno. Nadal nie odpowiadała, więc zwrócił się do mnie. – Czy ona na pewno weszła do domu?

– Tak, widziałam, jak wchodzi.

Zmarszczył brwi. Obrócił klamkę, ale drzwi były zamknięte od środka.

– Autumn! – rzucił ostro. – Co ty wyrabiasz?

Usłyszeliśmy, że otwierają się drzwi wejściowe. Odwróciliśmy się szybko. Jedno spojrzenie wystarczyło mi, żeby rozpoznać siostrę Autumn, Caitlin. Caitlin niewątp­liwie wrodziła się w matkę. Była wyższa i szczuplejsza od siostry, a także bardziej urodziwa. Rysy miała wyrazistsze, twarz szczuplejszą, a kości policzkowe wydatne. Za nią wszedł wysoki, ciemnowłosy chłopak, ostrzyżony krótko, na rekruta, który wyglądał jak młodszy oficer. Z jego twarzy – zwłaszcza z bystrych, orzechowych oczu o przenikliwym spojrzeniu – biła pewność siebie. Był w dżinsach i jasnobrązowej koszuli z krótkim rękawem.

– Co się dzieje, tato? – zapytała Caitlin.

– Poznaj Grace Houston – odparł. – Córkę komandora porucznika Houstona. Właśnie wprowadzili się do naszej bazy i Autumn zaprosiła dzisiaj Grace na kolację.

– O, fajnie. Witaj. – Uśmiechnęła się przyjaźnie.

– Niestety, wygląda na to, że twoja siostra znów zamknęła się w pokoju – dodał jej ojciec z nieukrywaną irytacją. W oczach Caitlin pojawiły się zakłopotanie i niepokój. Odwróciła się do swojego chłopaka, którym musiał być Jarvis Martin. Ten cmoknął tylko i pokręcił głową.

– Pogadam z nią. – Podeszła do drzwi. Odstąpiliśmy krok w tył. – Autumn, co z tobą? Masz gościa. Otwórz drzwi. Robisz kłopot, zwłaszcza tatusiowi. – Zapukała jeszcze raz. – Autumn?

Cisza przedłużała się. Zerknęłam na Jarvisa – udawał, że przygląda się obrazowi przedstawiającemu dawny statek wielorybniczy; zapewne już widział go wiele razy.

– To na nic – stwierdził porucznik Sullivan. – Odsuń się od drzwi, Caitlin.

Jarvis stanął przy nim.

– Autumn, jeżeli natychmiast nie otworzysz, będę musiał wyłamać drzwi! – ostrzegł ojciec.

– Może ja już pójdę – szepnęłam do Caitlin. Dziwnie czułam się w tym domu.

Potrząsnęła głową.

– Bardzo mi przykro, Grace.

– Czy mogę panu pomóc? – Jarvis był podekscytowany i rwał się do akcji.

Ojciec Autumn zmierzył go wzrokiem. Rysy mu stężały. Bez słowa zrobił krok do tyłu i barkiem staranował drzwi, aż zatrzeszczało drewno. Za moment Jarvis zrobił to samo, z jeszcze większym impetem. Drzwi otwarły się gwałtownie i chłopak omal nie wylądował na podłodze.

Krok po kroku cofałam się do wyjścia. Serce waliło mi jak młotem, gdy dwóch mężczyzn wpadło do pokoju Autumn. Caitlin wolno weszła za nimi.

Usłyszałam krzyk – najpierw jej, a za moment ojca.

– O Boże!

Nie czekałam, żeby się dowiedzieć, co tam zobaczyli. Odwróciłam się i wybiegłam z domu. Na chodniku nie zwolniłam tempa i stanęłam dopiero za rogiem, kiedy się zorientowałam, że skręciłam w niewłaściwą stronę. Zawróciłam. Po chwili usłyszałam ryk silnika i zobaczyłam, że mija mnie matka Autumn. Opony zapiszczały na zakręcie.

Zwolniłam do szybkiego chodu i za moment znalazłam się w swoim nowym domu. Drzwi wejściowe były otwarte. Tata i mama stali w holu i rozmawiali. Kiedy weszłam, odwrócili się i popatrzyli na mnie. Trzęsłam się cała; łzy spływały mi po policzkach.

– Hej, nie płacz, Morska Panno! – Tata w paru krokach znalazł się przy mnie.

– Och, biedna Grace, widziałaś, co sobie zrobiła? – zapytała mama.

Pokręciłam głową.

– Nie, mamo, nie widziałam! – wyjąkałam drżącym głosem i opowiedziałam im, co się działo.

– Biedna dziewczyna. – Mama westchnęła.

– A co sobie zrobiła? – Wreszcie odważyłam się zapytać.

– Podcięła sobie żyły.

Miałam wrażenie, jakby nagle wyssano mi całe powietrze z płuc, bo przeczuwałam taką odpowiedź i bałam się jej. Urodziłam się w rodzinie wojskowego, widziałam broń i słyszałam strzały, ale krwawe wydarzenia oglądałam dotąd tylko na ekranie. Kiedy byłam mała, myślałam, że tata udaje i razem z innymi dorosłymi tylko bawi się w wojnę. Nawet opowieści o terrorystach, atakujących statki na odległych wodach, wydawały się nierealne. Przecież wokół nas toczyło się normalne, spokojne życie.

I oto nagle, w samym środku zwykłego dnia, omal nie stałam się świadkiem czyjejś samobójczej śmierci.

– Wyjdzie z tego? – spytałam.

– Na pewno – odpowiedział tata.

– Fizycznie pewnie tak – dodała mama.

Tata popatrzył na mnie.

– Wszystko będzie dobrze – zapewnił z naciskiem.

Mama pokręciła głową.

Powiedziałam im, co mówiły Wendi i Penny i jak się tym przejęła Autumn.

– Jak one mogły tak postąpić! – oburzałam się.

– Bardzo mi przykro, kochanie, że tak powitało cię nowe miejsce. – Mama mnie przytuliła.

To nie twoja wina, chciałam powiedzieć, ale pomyślałam: A jednak twoja. Zawsze winny jest rodzic, bo ma władzę nad swoim dzieckiem. Ty decydujesz za mnie, ty wybierasz i wszystko, co się wydarzy, jest skutkiem twoich wyborów. Mama zdecydowała się wyjść za tatę i zostać żoną wojskowego, co znaczy, że musiałam dzisiaj znaleźć się w tym właśnie miejscu i przeżyć to, co przeżyłam.

Gdybyśmy mogli wiedzieć, jakie będą skutki naszych decyzji, zanim je podejmiemy, myślałam. Na pewno wiele można by przewidzieć, ale zwykle ta wiedza przychodzi po fakcie albo nabywamy ją dopiero po latach. Kiedy jesteśmy młodzi, nie chcemy słuchać starszych, mądrzejszych ludzi, od których moglibyśmy się dużo nauczyć. Najwidoczniej musimy popełnić w życiu swoją porcję błędów, aby potem móc się cieszyć sukcesami. Być może w ten sposób kształtujemy swoją osobowość, wypełniamy treścią swoje imię.

Biedna Autumn, pomyślałam.

Co otrzymała w darze?

Jesienną rozpacz w wiośnie życia?

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Prolog. Żegnaj, Morska Panno

Rozdział pierwszy. Życie

Rozdział drugi. Mój wewnętrzny radar

Rozdział trzeci. Pożyteczna kontuzja

Rozdział czwarty. Mężczyźni i ich zabawki

Rozdział piąty. Dwie dziewczynki

Rozdział szósty. Augustus i Phoebe

Rozdział siódmy. Gra w sekrety

Rozdział ósmy. Kontrofensywa

Rozdział dziewiąty. Mama i pani Greenstein

Rozdział dziesiąty. Przejść most

Rozdział jedenasty. Mit Ikara

Rozdział dwunasty. Morze róż

Rozdział trzynasty. Na zawsze szczęśliwi

Rozdział czternasty. Witajcie w Palm Beach

Rozdział piętnasty. Mężczyzna jak Winston Montgomery

Rozdział szesnasty. Nie dostrzec prawdy

Rozdział siedemnasty. Przedsmak przyszłości

Rozdział osiemnasty. Fortel

Rozdział dziewiętnasty. Ostatni salut

Epilog

Spis treści

Prolog. Żegnaj, Morska Panno

Rozdział pierwszy. Życie

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Moja słodka Audrina W pułapce losu Splątane korzenie Mroczny las Willow Tajemniczy brat 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie