Masa o procesie polskiej mafii

Masa o procesie polskiej mafii

Autorzy: Artur Górski

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 17.90 zł

Poznaj kulisy procesu, który zatrząsł światem biznesu, polityki i mafii.

We wrześniu 2002 roku rozpoczął się jeden z najważniejszych procesów ostatnich dekad. Procesem mafii pruszkowskiej żyła przez wiele miesięcy cała Polska. Wszystko za sprawą organów ścigania i jednego człowieka – Jarosława Sokołowskiego, który miał stanąć na sali sądowej oko w oko ze swoimi byłymi kompanami i pomóc wymiarowi sprawiedliwości udowodnić im winę.

W tej opowieści nie ma stenogramów zeznań ani akt sprawy. Jest przemilczana opowieść o najbardziej spektakularnym procesie i nieznane fakty, które po dziś dzień wracają w życiu publicznym. Bo kto myśli, że to już przeszłość, myli się.

Tak jak większość Polaków bardzo interesowałem się procesem grupy pruszkowskiej, choć – jak prawie wszyscy – miałem o nim bardzo mgliste pojęcie. Do mediów przeciekało niewiele z tego, co wydarzyło się na sali sądowej, a i tak nie można było mieć pewności, że te informacyjne okruchy mają coś wspólnego z prawdą. Dlatego głównie musieliśmy zadowalać się relacjami spod budynku sądu, gdzie reporterzy wypatrywali podejrzanie wyglądających mężczyzn w drogich samochodach i przypisywali im przynależność do mafijnych struktur.

Tak jak większość Polaków byłem pewien, że pruszkowscy bossowie zostaną skazani za najcięższe przestępstwa, przypisywane im nie tylko przez organy ściągania, ale także, a może przede wszystkim, przez media i społeczeństwo. Wydawało się niemożliwe, aby mafijny zarząd uniknął odpowiedzialności za krew, która do końca dekady lat 90. lała się po Polsce szerokim strumieniem. Okazało się jednak, że między wiedzieć a udowodnić jest olbrzymia przepaść – prokuratorzy pozbawieni twardych dowodów nie byli w stanie przekonać sądu do wymierzenia bossom kar za zlecanie zabójstw. A jednak stosunkowo niskie wyroki nie wywołały społecznego oburzenia. Dla Polaków ważniejsze było to, że potężna struktura mafijna przestała istnieć i przynajmniej na jakiś czas została odizolowana od społeczeństwa. A co będzie potem, co się uda udowodnić w kolejnych postępowaniach, to się zobaczy. No, właśnie – to się zobaczy.

Artur Górski

Artur Górski – dziennikarz, pisarz, autor bestsellerowej rozmowy z Jarosławem Sokołowskim "Masa o kobietach polskiej mafii", nagrodzonej Bestsellerem Empiku 2014 w kategorii literatura faktu, kolejne tomy – "Masa o pieniądzach polskiej mafii", "Masa o porachunkach polskiej mafii", "Masa o bossach polskiej mafii", "Masa o kilerach polskiej mafii", "Masa o żołnierzach polskiej mafii" i "Masa o życiu świadka koronnego" – przez wiele miesięcy podbijały listy bestsellerów. W 2017 roku udało mu się w formie książki doprowadzić do spotkania nieprzejednanych wrogów – Moniki Banasiak i Jarosława Sokołowskiego, i tak powstała bestsellerowa rozmowa "Słowikowa i Masa. Twarzą w twarz". Poza tym napisał wiele powieści sensacyjnych, m.in. "Gucci Boys", "Al Capone w Warszawie", "Zdrada Kopernika", oraz pozycji z gatunku non-fiction: "Świat tajnych służb", "Gang" i "Pięść Dawida". Specjalizuje się w problematyce międzynarodowej przestępczości zorganizowanej. Twórca magazynu „Focus Śledczy”.

Jarosław Sokołowski – pseudonim Masa, były przestępca, jeden z najbardziej wpływowych gangsterów tzw. grupy pruszkowskiej, od 2000 r. świadek koronny. W latach 90. blisko związany z jednym z pruszkowskich bossów Andrzejem K. „Pershingiem”. Skłócony z większością szefów mafii. Dzięki jego zeznaniom udało się pogrążyć „Pruszków”.

Copyright © Artur Górski, 2018

Projekt okładki

Prószyński Media

Zdjęcie na okładce

© Jarosław Wygoda; Krzysztof Wojciewski/FORUM;

praszkiewicz/Shutterstock.com

Zdjęć w książce nie traktujemy jako ilustracji do konkretnych rozdziałów,

ale jedynie jako uzupełniający materiał reporterski.

Dlatego też nie zostały podpisane.

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8123-674-4

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

OD NARRATORA

Jarosław Sokołowski „Masa”

Kiedy wchodziłem do programu świadka koronnego, nie do końca uświadamiałem sobie, że rozpoczynam grę w serialu, który nigdy się nie kończy. Pewnie zresztą mało kto zdawał sobie sprawę z tego, jak to się potoczy: najpierw będzie proces starego Pruszkowa, potem ciągnące się latami apelacje, potem proces młodego Pruszkowa – a tak naprawdę wiele rozpraw młodszej generacji przestępców z rodzimej mafii – później zupełnie osobne postępowania…

Nikt się nie spodziewał, że bossowie, po opuszczeniu zakładów karnych, znów powrócą za kratki, bo wieloletnia odsiadka nie nauczyła ich niczego. A przede wszystkim nikt chyba nie wierzył w to, że grupa pruszkowska (a także wszystkie inne Mokotowy i Wołominy) po osiemnastu latach od jej rozbicia wciąż będzie gorącym tematem w polskich mediach, w jakimś sensie jeszcze bardziej interesującym niż wtedy, gdy jej członkowie trafiali – jeden po drugim – do aresztu.

Kiedy wspominam moje pierwsze zeznania przed prokuratorem, a później początek procesu, przychodzi mi na myśl taka refleksja: prokuratura wybaczyła mi moje przestępstwa, wymiar sprawiedliwości też mi je wybaczył, tak zwane oficjalne czynniki przyznały jednogłośnie, że moja współpraca z organami ścigania była kluczowa w walce z przestępczością zorganizowaną. Mimo to dla niektórych nadal stanowię wrzód na, hm, tylnej części zdrowego ciała polskiego społeczeństwa. I uważają oni, że moje miejsce jest za kratkami.

Zanim pojawił się pierwszy tom serii Masa o polskiej mafii, takie głosy były albo odosobnione, albo niezbyt dobrze słyszalne. Ludzie wierzyli, że Masa faktycznie zrobił coś dobrego dla tego kraju (niezależnie od rzeczy, które nie stanowią powodu do dumy), i nie wyrywali się do krytykowania mojej osoby. Także dlatego, że zdawali sobie sprawę z faktu, że wymiar sprawiedliwości to naprawdę delikatna i skomplikowana materia i publicznie wypowiadać się w tej kwestii powinny wyłącznie osoby, które mają na ten temat jakiekolwiek pojęcie.

No ale gdy już mleko – w postaci pierwszego tomu – się rozlało, rozlał się też hejt. Okazało się, że Masa, choć był w samym sercu mafii i doskonale ją zna, nie powinien się o niej wypowiadać. Bo przecież przez kilkanaście lat kto inny miał monopol na pisanie o rodzimym półświatku i konkurencja w postaci Masy jest mu po prostu nie na rękę. Czyli Masa nie ma prawa do wspomnień, a tym bardziej do przekazywania ich w książkach. Masa ma siedzieć cicho i akceptować sytuację, że na mafii inni znają się lepiej. Nawet jeśli tę mafię widzieli jedynie w telewizorze albo słyszeli o niej u cioci na imieninach.

Kiedy Kowalski się zorientował, że Nowak i Kwiatkowski jadą po Masie i nic im za to nie grozi, dołączył do chóru. Bo śpiewanie w nim jest łatwe, nie wymaga żadnego talentu ani umiejętności. Nie jest karane i do tego dobrze wpływa na ego. Z internetu co rusz dowiaduję się o moich kolejnych przestępstwach (których, oczywiście, nie popełniłem), o moim podłym charakterze, o moich defektach fizycznych, o planach, które jak najszybciej powinny mnie zaprowadzić do puszki. Kto tak pisze? Przeważnie osoby, które ukrywają swoją tożsamość. Albo przestępcy mający określony cel w przedstawianiu mnie w jak najgorszym świetle. Nie będę tego wątku rozwijał, bo zajmowałem się nim wielokrotnie, ale przyznam, że jestem już nim trochę znudzony.

Wiecie, co jest dla mnie ważne? To, że mimo zmasowanego ataku na moją osobę, trwającego już od dobrych kilku lat, ci, którzy mają wiedzę na temat prawa i wymierzania sprawiedliwości, jakoś nie dołączają do tych chóralnych śpiewów. Mówiąc krótko: żaden prokurator, żaden śledczy nie potraktowali poważnie pojawiających się oskarżeń wobec mojej osoby. Bo ja zostałem prześwietlony naprawdę bardzo dobrze. A co więcej, przy okazji kolejnych postępowań moja wiarygodność wciąż jest weryfikowana, a z każdej próby podważenia jej wychodzę z tarczą. I dodatkowo wzmocniony.

Życzę moim krytykom, aby sobie to wreszcie uświadomili, bo może warto, aby przestali marnować czas na akcje skazane na porażkę. To nie jest tak, że Kowalski obrzuci mnie błotem, a prokurator od razu każe antyterrorystom przyjechać do mojego domu, wejść z drzwiami i położyć mnie na podłogę. Do tego daleka droga.

Bardziej prawdopodobne jest, że ktoś namierzy Kowalskiego, przyprowadzi go do prokuratora, a ten zapyta: „Skoro ma pan wiedzę na temat popełnionego przestępstwa, to czemu nie podzielił się pan nią z organami ścigania?”.

Kowalski nie jest przygotowany na taką konfrontację, więc jego jedyną obroną będą słowa: „Przecież ja tylko żartowałem! Nie można już żartować?”.

Można, oczywiście, że można. Ale po co ktoś inny ma się z tych żartów śmiać?

OD AUTORA

Artur Górski

Nieczęsto się zdarza, aby seria wydawnicza stała się wydarzeniem nie tylko literackim, lecz także kryminalnym. Myślę, że nie będę nieskromny, jeśli stwierdzę, że dzięki Masie i mnie w jakiejś części się to udało – trafiliśmy i pod strzechy, i za kraty, i na sale rozpraw. Używając przenośni: i na „dołki”, i na górki.

Chodziło nam właśnie o to, aby zaoferować coś, co mimo nieustającej krytyki i tak zwanego hejtu byłoby wiarygodne i na ile to możliwe – odkrywcze. Gdyby seria Masa o polskiej mafii stanowiła zbiór bajek, jak utrzymują niektórzy, nie przetrwalibyśmy tak długo na szczytach list bestsellerów.

Do towarzyszącej nam krytyki zdążyliśmy się już przyzwyczaić, a nawet ją polubiliśmy. Kiedy przez jakiś czas nikt nas nie atakuje, zaczynamy się zastanawiać, czy my w ogóle jeszcze żyjemy.

Rzecz w tym, że posługiwanie się złośliwością to trudna sztuka i nie każdy posiadł ją w stopniu uzasadniającym korzystanie z niej na forum publicznym. Oto przykład: bardzo często hejterzy narzekają, że w naszej serii brakuje im takich pozycji jak Masa o kwiatkach w ogrodach polskiej mafii czy Masa o ulubionych kolorach polskich mafiosów. Piszą, że wystrzelaliśmy się już z pomysłów i za chwilę będziemy produkować tomy o pieskach, ptaszkach, warzywach i owocach.

Chyba jednak nie! Kpiarze nie zauważyli najwyraźniej, że piszemy wyłącznie o sprawach kryminalnych; o kwestiach dotyczących przestępczej działalności polskiej mafii. Jeżeli nawet jakiś boss hobbystycznie zbierał znaczki (fakt, nie spotkałem się z takim przypadkiem), nie oznacza to, że od razu stworzymy tytuł Masa o filatelistach w polskiej mafii. Zapewniam, że takim tematom, jak porachunki, pieniądze czy kilerzy, bardzo daleko do biletów emitowanych przez Pocztę Polską.

Cieszy mnie natomiast, że w poważnych pismach poważni publicyści zastanawiają się nad fenomenem naszej serii i powodem jej popularności. Ja się nad tym nie zastanawiam, po prostu piszę. Jakiś czas temu w prestiżowym portalu kulturalnym „Dwutygodnik” (powstałym pod patronatem Narodowego Instytutu Audiowizualnego, zatem lipy nie ma) ukazał się tekst p. Łukasza Najdera pod zgrabnym tytułem Masa książek. Autor pochylił się nad autorami i doszedł do określonych wniosków. Czy raczej – wyekstrahował tezy, z których czytelnik może wyciągnąć własne wnioski.

Jak to inteligent, rozpoczął od dosyć popularnej w jego kręgach uwagi, że styl książki niedobry, bardzo niedobry nawet. To zrozumiałe – krytyk musi się do czegoś przyczepić, a styl i fraza (o gustach trudno dyskutować) to doskonały punkt zaczepienia czy wręcz przyczepienia się. Nikt nie zarzuci publicyście, że zachwycił się literacką stroną książki o gangsterach, a jedynie zwrócił uwagę na jej socjologiczne konotacje.

Tak czy inaczej, w tekście p. Najdera znajduje się wiele interesujących obserwacji. W tym miejscu pozwolę sobie przytoczyć tę finałową: „Na pozór trudno rozstrzygnąć, dlaczego Polacy tak chętnie kupują i czytają Masę i o Masie – wydaje się, że naturalnym dopełnieniem tego bestsellerowego cyklu winien być dublet Masa o Masie i Masa o śmierci Masy – czemu akurat jego opowieść przebiła się pośród tylu innych. Oczywiście, na wielu zadziałała marka »polskiego świadka koronnego numer 1«, który »przerywa milczenie«, i jego medialna nadaktywność, inni chcą posłuchać o gangsterskim dolce vita – kociakach, kabrioletach – jeszcze innych może i naprawdę frapuje historia mafii w jej słowiańskim, przaśnym wydaniu. Ale decydująca była tu chyba ostentacja i szczerość Masy, tego na przemian jowialnego cicerone i potulnego zwyrodnialca, przy serwowaniu wielu okrutnych, brutalnych, sadystycznych i pornograficznych anegdot, dzięki którym tak zwani zwykli ludzie mogą zaznać dreszczy wstydliwych przyjemności i zaliczyć małą, wewnętrzną transgresję, kiedy czytają o katowaniu dłużników, wjazdach na wrogie terytoria z pałami i gnatami, odstrzeliwaniu rywali, wymyślnym szmaceniu kobiet, odsiadkach w chliwie, barbarzyńskich vendettach i orgiach”.

Panie Łukaszu – dziękuję za pomoc w napisaniu niniejszego wstępu! Można powiedzieć, że wyjął mi pan z ust to, co sam chciałem powiedzieć i napisać, ale być może zabrakło mi przenikliwości w analizowaniu własnych „produkcji”. Zresztą tak jak wspomniałem: nie zastanawiam się nad fenomenem popularności naszej serii. Ja tylko piszę. Od wymyślania są inni.

Prolog

Na chwilę przed tym, jak sędzia Marek Walczak zaczął odczytywanie wyroku, na sali zapadła martwa cisza. Już wkrótce miało stać się jasne, czy organom ścigania udało się przekonać wymiar sprawiedliwości do skazania ludzi uchodzących za szefów najgroźniejszej organizacji przestępczej w Polsce. Na to rozstrzygnięcie czekał cały kraj – 29 maja 2003 roku sąd miał rozwiać wszelkie spekulacje.

Czy jednak rzeczywiście ten wyrok – wydany w pierwszej instancji – zadowalał kogokolwiek?

Najcięższą karę – siedmiu lat i trzech miesięcy więzienia – usłyszał Mirosław D. „Malizna”, człowiek, który zdaniem Masy w ostatnim okresie istnienia mafii pruszkowskiej aspirował do roli jej szefa. Siedmioletnie wyroki dostali: Ryszard Sz. „Kajtek”, Janusz P. „Parasol” oraz Zygmunt R., znany jako Kaban, a określany przez media jako Bolo. Najłagodniej sąd obszedł się z bratem Malizny, czyli Leszkiem D. „Wańką”, któremu zaaplikował sześć i pół roku w zakładzie karnym.

Wprawdzie sąd uznał, że nie ma wątpliwości co do tego, że wyżej wymienieni oskarżeni kierowali zorganizowaną grupą przestępczą, ale nie znalazł wystarczających dowodów, aby skazać ich za wszystkie zarzuty przedstawione przez prokuraturę. I tak na przykład Wańce nie udało się udowodnić produkcji amfetaminy, a Kabanowi nielegalnego posiadania broni.

Przede wszystkim jednak żaden z oskarżonych nie został skazany za zabójstwo czy za podżeganie do niego. Za coś, co przeciętnemu Kowalskiemu wydawało się oczywiste i łatwe do przeprowadzenia, bo przecież lata 90. ubiegłego wieku były ponurą dekadą krwawych porachunków gangsterskich. A jednak dowiedzenie oskarżonym udziału w tych czynach okazało się sztuką zbyt trudną.

Prokurator nie mógł mówić o pełnym sukcesie – mimo że oskarżyciel publiczny domagał się wyroków od 9 do 12 lat więzienia, sąd okazał się dla szefów Pruszkowa łaskawy. Oczywiście, w oficjalnych wypowiedziach przedstawicieli prokuratury pobrzmiewała satysfakcja. Zastępca prokuratora krajowego Kazimierz Olejnik zapewniał nawet w „Rzeczpospolitej”: „Jestem bardzo zadowolony z wyroku. Osiągnęliśmy swój cel. Struktura przestępcza została rozbita, a instytucja świadka koronnego się obroniła. To, co ta grupa zrobiła, zasługiwało na najwyższe kary, bo był to najgroźniejszy związek przestępczy w Polsce. Nie można jednak powiedzieć, że 6 czy 7 lat więzienia to niska kara”.

Takie było jednak powszechne mniemanie.

Wyrok przez wielu został przyjęty z niedowierzaniem. Jak to, zaledwie kilka lat za kierowanie organizacją, która przez dekadę terroryzowała kraj?

Tym bardziej że – jak donosiły media – już wkrótce starzy pruszkowscy będą mogli ubiegać się o przedterminowe zwolnienie.

Oczywiście wiadomo było, że zarówno prokuratura, jak i obrońcy wniosą apelacje i serial pod nazwą Proces polskiej mafii potrwa znacznie dłużej. Zwłaszcza że szykował się kolejny wielki proces, z Masą w jednej z głównych ról – proces tak zwanego młodego Pruszkowa, rozprawa na jeszcze większą skalę, z udziałem znacznie większej liczby oskarżonych.

Proces apelacyjny, który rozpoczął się w 2006 roku, trwał sześć lat, czyli do roku 2012, i zakończył się… uniewinnieniami. Za kratkami pozostali jedynie ci pruszkowscy starzy, wobec których prowadzono jeszcze inne śledztwa. Media pisały wówczas o totalnej porażce prokuratury, co w jakimś sensie potwierdził sam sąd. Prowadząca rozprawę sędzia Beata Najjar powiedziała, uzasadniając wyrok, że prokuratura poszła na skróty, oparłszy się wyłącznie na zeznaniach świadków koronnych. Nie dostarczyła wystarczających dowodów potwierdzających zeznania „skruszonych” gangsterów.

W artykule zatytułowanym Pruszków ograł Polskę przed sądem, zamieszczonym tuż po ogłoszeniu wyroków w „Dzienniku”, dziennikarz Robert Zieliński skomentował to następująco: „Wczorajsze zaskakująco niskie wyroki, lub ich całkowity brak, to nie jedyna kontrowersja dotycząca śledztwa i procesu mafii pruszkowskiej. Trwające dziewięć lat dochodzenie kosztowało miliony złotych, a nie doprowadziło do ujawnienia choćby drobnej części fortuny gangu i ostatecznie zostało umorzone”. „Dziennik” zacytował też słowa rozgoryczonego oficera z Komendy Głównej Policji, który stwierdził: „Teraz okazuje się, że nie potrafiliśmy udowodnić nawet ich udziału w popełnianiu pospolitych przestępstw. Wyjdą na wolność. Obawiamy się, że oprócz pozwów o odszkodowania wrócą do swojego rzemiosła, czyli organizowania mafii”.

Jak się miało wkrótce okazać, obawy te, nawiasem mówiąc dość powszechne i powtarzane przez wielu znawców tematu, nie były bezzasadne.

Ale nie uprzedzajmy faktów – pod koniec maja 2003 roku „Pruszków” przestał być li tylko legendą i obiektem zainteresowania policji i prokuratury. Przestał być króliczkiem, którego się goni, a został przez sąd nazwany „grupą przestępczą” i skazany na więzienie.

I cokolwiek się wydarzyło w następnych latach, mafia nie zdołała się odrodzić już nigdy. A Polacy przestali się bać Słowika, Wańki czy Malizny.

To już było coś!

* * *

Jarosław Sokołowski „Masa”: Kiedy wszedłem na salę rozpraw i zobaczyłem ich – moich dawnych kumpli, a obecnie śmiertelnych wrogów – poczułem emocje, które trudno opisać. Siedzieli w klatce z pancernego szkła i patrzyli na mnie z takim samym zdumieniem, z jakim także ja patrzyłem na nich. „No, kurwa, tak to się jeszcze nie bawiliśmy”, pomyślałem. Wcześniej widywałem ich w zupełnie innych okolicznościach: albo za stołem przy wódzie, albo w burdelu, albo gdzieś w lesie, gdy czekaliśmy na nadjeżdżającego tira. Czasami bywało bardzo wesoło, czasami w oczy zaglądał strach, czasami jednemu czy drugiemu miałem ochotę napluć w mordę. Ale zawsze byliśmy na wyciągnięcie ręki.

A teraz oni, przedzieleni policjantami, bali się moich zeznań, bo wiedzieli, że od nich zależy ich być albo nie być. Ich uniewinnienie albo skazanie. Prawie wszyscy starzy, z wyjątkiem Słowika, który jeszcze przez jakiś czas się ukrywał, siedzieli na ławie oskarżonych i pewnie nie do końca rozumieli, co jest grane.

Często słyszę pytania: „Co czułeś, kiedy ich zobaczyłeś? Czy nie było ci głupio, że za chwilę zaczniesz pogrążać swoich kolegów?”.

Mam na to jedną odpowiedź: miałem wystarczająco dużo czasu, żeby sobie wytłumaczyć, że to nie są już moi koledzy. To bezwzględni bandyci, którzy najchętniej zakopaliby mnie żywcem gdzieś w lesie. Być może nigdy nie byli moimi kolegami, a jedynie cynicznymi facetami, którzy chętnie korzystali z tego, że potrafiłem zarabiać pieniądze i ochraniać im dupy. Kiedy zorientowali się, że zaczynam wyskakiwać za wysoko i nie mam zamiaru oddawać im takiej doli, jakiej sobie życzyli, zaczęli kombinować, jak tu się mnie pozbyć.

Rzeczywiście, ich widok za pancerną szybą zrobił na mnie wrażenie, bo na każdym by zrobił, ale szybko wróciłem do pionu i postanowiłem, że zrobię wszystko, aby im zafundować dłuższe wakacje na koszt państwa. Ostatecznie to byli starzy recydywiści, koneserzy więziennej kuchni, więc chyba perspektywa kolejnej odsiadki nie zakłócała im spokojnego snu? I tak w ciągu poprzedniej dekady dostali od życia znacznie więcej, niż mogli się spodziewać na początku przestępczej kariery. Byli królami życia, gwiazdami, a dla niektórych nawet bogami. Ale teraz bogowie siedzieli na swoich miejscach, czyli na ławie oskarżonych, a ich adwokaci przez cały czas kombinowali, jak podważyć wiarygodność moich zeznań.

Przede mną był bardzo trudny czas; wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak się będę zachowywać podczas procesu. Nie wiedziałem, że adwokatom kilkakrotnie uda się wyprowadzić mnie z równowagi, nie wiedziałem, jak sąd będzie reagował na moje zeznania. Ale wiedziałem jedno: powiedziałem A i teraz nie ma takiej siły, żebym nie powiedział B. Choćby nie wiem co miało mnie za to spotkać!

I oni, starzy, chyba zdawali sobie sprawę z tego, że nie pojawiłem się na procesie, aby ich wybielać. Tylko po to, żeby pomóc ich wsadzić do puszki.

Udało się.

ROZDZIAŁ 1

Helikoptery nad sądem

Artur Górski: Wprawdzie jako świadek koronny przyzwyczaiłeś się do życia w świecie tajnych służb, konspiracji, nieustannego poczucia zagrożenia ze strony twoich wrogów, ale proces grupy pruszkowskiej musiał być dla ciebie przeżyciem szczególnym?

J.S.: Oczywiście. I to pod wieloma względami. Z jednej strony był to ciąg dalszy tego, co zaczęło się od przyznania mi statusu świadka koronnego, a z drugiej strony coś zupełnie innego. Ostatecznie, po długim czasie niewidzenia moich dawnych kumpli ze świata przestępczego, stanąłem z nimi twarzą w twarz.

A.G.: Przypomnijmy: proces tak zwanego starego Pruszkowa, czyli szefów polskiej mafii i ich bliskich współpracowników, rozpoczął się 18 września 2002 roku, czyli nieco ponad dwa lata po przyjęciu przez ciebie „korony”. Na ławie oskarżonych zasiadło raptem czternaście osób, w tym pięciu członków zarządu. To chyba niewiele jak na strukturę, której członków można było liczyć w tysiącach?

J.S.: Wiele czy niewiele, to już kwestia do dyskusji. Przecież jakiś czas potem rozpoczął się proces tak zwanego młodego Pruszkowa, gdzie na ławie oskarżonych siedziało już o wiele więcej osób. Ale trzeba było od czegoś zacząć, więc na pierwszy ogień poszli starzy i kilku ich przydupasów.

A.G.: Opowiedz mi o tym dniu. Czy data rozpoczęcia procesu była przed tobą ukrywana tak samo jak data operacji zatrzymania pruszkowskich starych?

J.S.: Jej się nie dało ukryć, bo media trąbiły o tym nieustannie. To nie mogło być tak, że ktoś mnie budzi pewnego ranka i mówi: „Jarek, dziś jest twój wielki dzień. Będziesz zeznawać przed sądem na swoich byłych kompanów. Jesteś na to gotowy?”. Nieco wcześniej przyjechał do mnie psycholog, żeby mnie przygotować na stres związany z procesem, ale ta wizyta nie trwała długo. Facet powiedział krótko: „Dasz sobie radę, jesteś odporny na ciśnienie”.

Termin rozprawy dostaliśmy z sądu odpowiednio wcześniej, więc był czas, żeby się przygotować. Zapowiadał się bardzo gęsty, pracowity czas, bo niekiedy sesje zaplanowano dzień po dniu.

A.G.: Bardzo zmienił się twój rozkład dnia?

J.S.: Tak. I nie tylko w kwestii wypełnienia grafiku, ale też oprawy.

A.G.: Jakiej oprawy?

J.S.: Jako świadek koronny znajdowałem się pod bardzo dobrą ochroną, dyskretną. Nikt postronny nie mógł się zorientować, że jestem osobą pod specjalnym nadzorem, a towarzyszący mi faceci to policyjna elita. Bądźmy szczerzy, nawet policja, także funkcjonariusze CBŚ, nie miała prawa skumać, co jest grane.

Tym razem nie było mowy o jakiejkolwiek dyskrecji. To była wręcz demonstracja siły, która przeszła moje najśmielsze oczekiwania.

Kiedy rozpoczynał się proces, mieszkałem w jednym z dużych polskich miast, kilkaset kilometrów od stolicy. Policja uznała, że dużą część podróży do Warszawy odbędę helikopterem, a potem zmienię środek transportu. Dostałem też nową ochronę, w postaci prawie wszystkich antyterrorystów w tym kraju. Żartuję, oczywiście, ale zapewniam cię, że było ich bardzo wielu, ściągniętych zresztą z różnych miast. Odpowiadali za ochronę konwoju, w którym byłem ja.

A.G.: Jak wyglądała ta podróż?

J.S.: Wyruszyliśmy 18 września o świcie. Na początku w niewielkiej obstawie. Znam dobrze Warszawę, wiem, jak dojechać na Bemowo, gdzie znajduje się gmach sądu okręgowego, a tymczasem wyprowadzono mnie z domu i powieziono w zupełnie inną stronę. Gdy wjechaliśmy w las na obrzeżach miasta, w którym mieszkałem, zacząłem się rzucać: „Co wy, kurwa, knujecie? Mieliśmy jechać do Warszawy, na Kocjana, a nie na grzyby!”.

Nic nie powiedzieli.

Wjechaliśmy na jakąś niewielką polanę, a tam… czarno!

A.G.: Jak to w gęstym lesie.

J.S.: Nie! Czarno od kombinezonów antyterrorystów! Nie powiem ci, ilu ich tam było, ale jakby poszli na wojnę, to pewnie wróg by spadał w podskokach na sam ich widok. Po prostu koszary! Po chwili usłyszałem jakiś huk – to helikoptery zniżały się do lądowania.

Wszyscy zapakowaliśmy się do nich i rozpoczął się kolejny etap podróży. Ale nie wyobrażaj sobie, że piloci od razu skierowali maszyny do Warszawy. Musieliśmy zrobić jeszcze trochę teatru dla zmylenia ewentualnego przeciwnika. Lataliśmy w różne miejsca, lądowaliśmy i znów startowaliśmy. Raz w lesie, raz przy jakiejś polnej drodze. Nie jestem w stanie określić, gdzie się znajdowaliśmy.

A.G.: Nie uważasz, że to była lekka przesada? Co twoi wrogowie mogli ci zrobić?

J.S.: Nie mnie to oceniać. Powiem tylko tyle: Pruszków, przynajmniej w czasach swojej świetności, miał możliwości, żeby zestrzelić helikopter. Nie zapominaj, że dysponowaliśmy granatnikami RPG, a gangsterzy byli szkoleni przez wojskowych. Owszem, dziś wiadomo, że Pruszków był już wtedy mocno bezzębny, i nawet wśród nich nikt przy zdrowych zmysłach raczej nie porwałby się z granatnikiem na policyjny konwój, ale wtedy stan wiedzy na ten temat był zupełnie inny. Powiedzmy, że służby dmuchały na zimne. I bardzo dobrze!

A wracając do mojego rejsu – lądowaliśmy nie tylko po lasach, ale także kilka razy w Warszawie i w jej okolicach: w Piasecznie, w Babicach, w Wołominie. Szybko przesiadałem się do innej maszyny i znów wzbijaliśmy się w powietrze.

Jestem pewien, że ta operacja została skonsultowana z różnymi służbami i potwierdzona przez kino sensacyjne.

Fot. Radosław Jóźwiak/Agencja Gazeta

A.G.: Zapewne ostatnie lądowanie nastąpiło na lotnisku na Bemowie, rzut beretem od sądu na Kocjana?

J.S.: Chyba żartujesz? To przecież byłoby wystawienie się na strzał! Wylądowaliśmy w miejscu, którego nikt nie mógł przewidzieć. Na jakiejś łące, których było w tamtym czasie w Warszawie mnóstwo. Zresztą pilot dostał informację, gdzie mamy lądować, niemal w ostatniej chwili.

Tam już czekał mnie sztywny konwój, taki, który nie mógł się zmienić aż do przyjazdu na Kocjana. Na jego czele jechał radiowóz drogówki, potem kilka wozów AT, a w środku znajdowało się moje opancerzone volvo 760 GLE, takie samo, jakim wożono generała Jaruzelskiego, gdy był u władzy. Pojechaliśmy na sygnale. Ulice, którymi się poruszaliśmy, zostały wcześniej dobrze zabezpieczone, a niektóre wręcz wyłączone z ruchu. I tak dotarliśmy do sądu.

A.G.: Od razu wprowadzono cię na salę rozpraw?

J.S.: Nie. Przybyliśmy znacznie wcześniej, więc przygotowano dla nas dwa chronione pomieszczenia – w jednym siedziałem ja i moja ochrona, a w drugim antyterroryści. Nikt spoza tej ekipy nie miał prawa nawet zbliżyć się do nas. Nawet sędziowie, nie mówiąc już o obrońcach oskarżonych. Byłem chroniony jak jakaś pieprzona Mona Lisa, co czasami prowadziło do sytuacji wręcz groteskowych.

Oto jedna z nich.

Działo się to podczas któregoś dnia procesu, dokładnie już nie pamiętam którego. Przed wjazdem na teren sądu znajdował się, i jest tam zresztą cały czas, szlaban. Stał przy nim uzbrojony policjant i wpuszczał tylko tych upoważnionych do wjazdu. No ale podczas procesu Pruszkowa wszyscy byli odrobinę bardziej nieufni i nerwowi. Tak samo policjant przy szlabanie. Kiedy podjechał nasz konwój, biedak – chyba nie wiedząc, co czyni – wycelował w nas swojego kałasza, albo coś innego, i zaczął drzeć mordę, że nas nie wpuści. To było odrobinę śmieszne, bo nie wyglądaliśmy na delegację z Al-Kaidy i wystarczyło spokojnie nas skontrolować.

No ale chłopu najwyraźniej podskoczyło ciśnienie. Rzecz w tym, że ciśnienie wzrosło także moim antyterrorystom. Wypadli jak burza z samochodów, mierząc do strażnika z broni automatycznej, i niewiele brakowało, a położyliby go na ziemi i skuli. Na obronę tego nieszczęśnika mogę powiedzieć tylko tyle, że tym razem jechaliśmy w nieco innym konwoju – to były tylko dwa ople vectra, a nie ta świta z radiowozami drogówki i land roverem ateciaków. Mógł gość nie skumać, że wiozą świadka koronnego. Poza tym nie dostał wcześniej żadnego halo od swoich szefów, więc nie spodziewał się Masy i jego ochroniarzy. Dlatego rozpoczął swoją samotną krucjatę.

A.G.: Mogła się dla niego skończyć źle?

J.S.: Gdyby kominiarze byli nieco bardziej nerwowi, mogliby go nawet zastrzelić, i to w majestacie prawa. Przecież to mógł być mafijny cyngiel w przebraniu gliniarza. Owszem, zrobiłby się wielki skandal, ale antyterroryści by się z tego wywinęli.

Pamiętaj, że nawet wielu szefów policji nie wierzyło, że ja dożyję rozprawy. Tak wielka była psychoza strachu przed długimi mackami ośmiornicy.

A.G.: Wróćmy do pierwszego dnia procesu.

J.S.: We wspomnianym pomieszczeniu, gdzie miałem czekać na wezwanie sędziego, mogłem już zdjąć kominiarkę i odsapnąć. Nie miałem jednak prawa kontaktować się ze światem zewnętrznym. Nikt, przynajmniej teoretycznie, nie mógł mieć przy sobie nawet komórki. Teoretycznie, bo adwokaci oskarżonych nagminnie łamali wszystkie zakazy i robili, co im się podobało. Generalnie czuli się w swoim żywiole, a jakiekolwiek napomnienia sędziego nie robiły na nich wrażenia.

No ale na adwokatów – przynajmniej na niektórych – też udało się znaleźć bat. I nie chwaląc się, to ja go miałem w ręku. Bat był tak skuteczny, że już na początku rozprawy dwóch mecenasów rzuciło w pizdu swoje togi i opuściło salę rozpraw. Jednym z nich był mecenas X., a drugim mecenas X.X.

A.G.: Powiedz zatem coś więcej o tym bacie.

J.S.: Najpierw dostało się temu drugiemu, czyli X.X. Kiedy zorientowałem się, że mogę mieć z nim problemy, w trakcie rozprawy powiedziałem: „Panie mecenasie, pan nie może występować w tej sprawie”. Uśmiechnął się ironicznie. „A niby dlaczego nie?”, zapytał. Wyjaśniłem mu: „Bo wcześniej reprezentował pan mnie, woził pan grypsy z więzienia do mojej żony, łamał pan prawo. Wcześniej o tym nie mówiłem, ale teraz zamierzam ujawnić wszystko zgodnie z prawdą”. W tym momencie sędzia zrobił wielkie oczy i zwrócił się do X.X. z pytaniem: „Czy to prawda, co mówi pan Sokołowski?”. X.X. przytaknął, bo nie miał innego wyjścia. Dlatego opuścił proces.

Fot. Piotr Skórnicki/Agencja Gazeta

A.G.: A czemu zależało ci na tym, aby X.X. nie reprezentował starych? Ostatecznie znałeś go, w przeszłości zapewne nawet mu zaufałeś. Zatem mogłeś liczyć na to, że nie będzie twoim wrogiem.

J.S.: Chyba żartujesz? Mecenas zawsze jest wrogiem tego, z którym procesuje się jego klient. O żadnych sentymentach z przeszłości nie mogło być mowy. Poza tym ja miałem z mecenasami wojnę. Z całą niemal warszawską palestrą. Oni mnie chcieli dojechać, a ja ich. Wszystkie chwyty w tym starciu były dozwolone.

A.G.: A jakiego haka miałeś na mecenasa X.?

J.S.: W trakcie procesu, o czym opowiem szerzej w następnych rozdziałach, podstawową strategią adwokatów były próby wyprowadzenia mnie z równowagi, tym bardziej że na początku rozprawy faktycznie kilka razy traciłem cierpliwość i dawałem się wypuścić. Zadawali mi też pytania o sprawy, które były utajnione, więc nie mogłem niczego na ich temat zeznać. Oni doskonale o tym wiedzieli, ale chcieli wykreować mnie na faceta, który boi się zeznawać. Który nie chce mówić prawdy i lawiruje.

Mecenas X. należał do tych najbardziej, przepraszam za określenie, wkurwiających gości, bo wciąż uderzał poniżej pasa. Przy jego kolejnej wycieczce pod moim adresem wstałem i powiedziałem: „Wysoki sądzie, proszę, aby nakazał sąd policji zabezpieczenie samochodu marki Jeep, którym przyjechał mecenas X. Oświadczam, że samochód pochodzi z kradzieży i był przekazany mecenasowi przez Pruszków. Mecenas doskonale o tym wiedział, przyjmując ten prezent, który mu zresztą sam przywiozłem na Saską Kępę”.

Kurtyna zapadła. Mecenas rzucił togą i poszedł w diabły.

A.G.: A był jakiś ciąg dalszy? Czy jeep został zabezpieczony, a jego pochodzenie sprawdzone?

J.S.: Podchodzisz do życia zbyt idealistycznie. O ile wiem, nie było żadnego ciągu dalszego. Dla mnie ważne było to, że z szachownicy spadła wyjątkowo perfidna figura.

A.G.: O twoich bojach z prawnikami będziemy jeszcze mieli okazję rozmawiać. Teraz jednak mam inne pytanie: czy podczas procesu zmieniono miejsce twojego zamieszkania?

J.S.: Oczywiście. Nawet kilkakrotnie. Ale pamiętajmy, że ten proces, tak na dobrą sprawę, trwa cały czas. Przecież nie skończyło się na wyrokach w sprawie starego Pruszkowa w pierwszej instancji. Teraz – a mówię te słowa we wrześniu 2017 roku – starzy znów są za kratkami i czekają na kolejny proces.

A.G.: Czy zawsze po rozprawie wracałeś do siebie, a potem znów wyruszałeś do Warszawy?

J.S.: Tak. Na Kocjana nie było warunków do nocowania. Rozprawy trwały mniej więcej od sześciu do ośmiu godzin i kończyły się o szesnastej. Często zjawiałem się w domu wczesnym rankiem następnego dnia.

Dlatego uważam, że był to najbardziej pracowity czas w moim życiu. Chyba nawet bardziej niż ciężka harówka gangstera.

A.G.: Czy rzeczywiście budynek sądu na Kocjana był tak zabezpieczony, że nie wchodziły w grę żadne ewentualne akty terroru?

J.S.: Był doskonale zabezpieczony, znacznie lepiej niż jakikolwiek inny sąd w kraju. No, może z wyjątkiem sądu w Katowicach, gdzie również odbywały się spektakularne procesy i obawiano się nieprzewidzianych fajerwerków. Oczywiście, sąd na Kocjana został dodatkowo ufortyfikowany pod kątem procesu Pruszkowa. Gdy to zobaczyłem, poczułem się jak na planie jakiejś hollywoodzkiej produkcji: helikoptery w powietrzu, helikoptery na ziemi, gotowe do natychmiastowej ewakuacji, antyterroryści, snajperzy. W tamtych czasach nie było jeszcze dronów, ale gdyby były, latałyby nad okolicą i kontrolowały całe Bemowo.

No, mówię ci – być gwiazdą takiego filmu to naprawdę duże przeżycie!

Potem podobną modernizację przeszło wiele sądów, bo procesy grup zorganizowanych zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu, ale w tamtym czasie sąd na Kocjana był czymś wyjątkowym. Pancernych klatek dla oskarżonych nie było nigdzie indziej, wyłączając Katowice, i szlus!

A.G.: Występowanie na takiej „scenie” musiało być dla ciebie silnym przeżyciem.

J.S.: Dlatego dobrze się stało, że kilka miesięcy wcześniej miało miejsce coś w rodzaju próby generalnej. Albo raczej przetarcia przed procesem Pruszkowa. Bodaj zimą rozpoczął się proces grupy Saida, która była związana z Pruszkowem. A ja składałem na nim zeznania.

A.G.: Przypomnijmy – Said, czyli Aleksander J., był uważany za szefa gangu ormiańskiego działającego w Warszawie, a głównie na Stadionie Dziesięciolecia, w drugiej połowie lat 90. Oskarżono go o zlecanie uprowadzeń dla okupu i rozboje. Podobno jego ludzie byli wyjątkowo brutalni i bezwzględni; przypalanie żelazkiem to zaledwie jedna z tortur. Pamiętam, że Said chwalił się mediom swoimi trzema żonami, przy czym tylko jedna z nich – jak miał powiedzieć – była legalna. Miał też siedmioro dzieci. Potrzebował więc sporo pieniędzy na utrzymanie tak wielkiej familii…

J.S.: Facet był z gatunku tych niezbyt przyjemnych, ale gangsterzy z Kaukazu rzadko kiedy przestrzegają zasad savoir-vivre’u. Natomiast w robocie są bardzo skuteczni. Złożyłem zeznania obciążające Saida, co on, oczywiście, próbował podważać, ale chyba sąd to mnie ufał trochę bardziej.

A.G.: Said dostał tylko dziewięć lat więzienia. Biorąc pod uwagę, że prokurator żądał piętnastu, to chyba niewygórowana kara?

J.S.: Nie mnie to oceniać. Ja zrobiłem swoje. Myślę, że dołożyłem jakąś tam cegiełkę do wyroku. Zresztą dziewięć lat to wcale nie tak mało, możesz mi wierzyć.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

OD NARRATORA. Jarosław Sokołowski „Masa”

OD AUTORA. Artur Górski

Prolog

ROZDZIAŁ 1. Helikoptery nad sądem

ROZDZIAŁ 2. Oskarżeni w szklanych klatkach

ROZDZIAŁ 3. Pierwsze strony dla Masy

ROZDZIAŁ 4. Spojrzał na mnie, zanim zniknął

ROZDZIAŁ 5. Wróć do Hiszpanii, będzie balanga

ROZDZIAŁ 6. Podejrzany może posiadać broń palną

ROZDZIAŁ 7. Sztywny jak Mięśniak

ROZDZIAŁ 8. Przypalone skrzydełka

ROZDZIAŁ 9. Drugi szereg w pierwszym rzędzie

ROZDZIAŁ 10. Bolo i kaczka po pekińsku

ROZDZIAŁ 11. Najskuteczniej działać pod szyldem

ROZDZIAŁ 12. Coloseum dziwnych kontaktów

ROZDZIAŁ 13. Koledzy z pagonami

ROZDZIAŁ 14. Nie chcą wydać, to nie chcą wydać...

ROZDZIAŁ 15. Cyngiel potrzebuje dwudziestu sekund

Gangsterska galeria według Masy

Spis treści

OD NARRATORA. Jarosław Sokołowski „Masa”

OD AUTORA. Artur Górski

Prolog

ROZDZIAŁ 1. Helikoptery nad sądem

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Masa o procesie polskiej mafii Słowikowa i Masa Cyngiel. Egzekutor polskiej mafii Masa o życiu świadka koronnego Masa o żołnierzach polskiej mafii. Jarosław Sokołowski "Masa" w rozmowie z Arturem Górskim Po prostu zabijałem 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran