Życie nie tylko snem

Życie nie tylko snem

Autorzy: Barbara Młynarska-Ahrens Jerzy Sosnowski

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 384

cena od: 3.99 zł

"Ona przejdzie obok życia" – ta przepowiednia ciotki chiromantki wracała do Barbary Młynarskiej jak bumerang.

W młodości zawsze w czarnym kapeluszu, dlatego nazywana „Kardynałem”; aktorka, poetka, kolekcjonerka rodzinnych pamiątek. Od lat w Szwajcarii. Siostra Wojciecha Młynarskiego. Dzieciństwo spędziła w rodzinie o wielopokoleniowych tradycjach, w domu rodziców matki – Cecylii i Tadeusza Zdziechowskich w Komorowie. Wychowywana, jakby XIX wiek trwał w najlepsze, szybko doświadczyła, czym jest bieda, lęk przed groźną chorobą, samotność, odrzucenie.

Strażniczka rodzinnego archiwum. Ma pamięć absolutną. Jej opowieści pełne są anegdot o najbliższych, o minionych czasach i niezwykłych artystach, o rodzinach Młynarskich, Zdziechowskich, Rubinsteinów. Poznajemy ich nieoficjalnie, z dala od kamer, mikrofonów i światła rampy. Towarzyszymy Barbarze, gdy Artur Rubinstein o trzeciej nad ranem pije przy niej zsiadłe mleko, dowiadujemy się, że mieszkanka pałacyku sąsiadującego z willą Neli i Artura Rubinsteinów – księżna Grace Kelly – przekradała się tylnymi drzwiami do Neli, żeby jeść bliny… Wspomnienia są bogato ilustrowane niepublikowanymi wcześniej fotografiami i rysunkami, a towarzyszą im wiersze i piosenki.

Historie opowiedziane przez Barbarę spisał z wirtuozerskim wyczuciem, momentami delikatnie, momentami drapieżnie, czasem tonem lekkim, czasem bardzo poważnie utalentowany pisarz, publicysta i dziennikarz radiowy Jerzy Sosnowski. Ten duet stworzył wyjątkowe dzieło. To więcej niż biografia. To opowieść o niezwykłej wrażliwości, o rodzinnym dziedzictwie, o poszukiwaniu własnej drogi. Także o szczęściu, które... czasem się jednak zdarza.

Projekt graficzny okładki i makiety:

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN®

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Małgorzata Burakiewicz

Korekta: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

© for the text by Barbara Młynarska-Ahrens and Jerzy Sosnowski

© for this edition by Muza SA, Warszawa 2018

Fotografia na okładce: archiwum Barbary Młynarskiej-Ahrens

ISBN 978-83-287-0921-8

Dziękujemy Fundacji im. Wojciecha Młynarskiego za wyrażenie zgody na publikację tekstów Wojciecha Młynarskiego.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2018

Wydanie I

FRAGMENT

SPIS TREŚCI

WSTĘP

ROZDZIAŁ PIERWSZY – SMUTNA OPOWIEŚĆ O MIŁOŚCI

ROZDZIAŁ DRUGI – ET IN ARCADIA EGO

ROZDZIAŁ TRZECI – CIEŃ W OKNIE

ROZDZIAŁ CZWARTY – W KRAINIE NASTOLATKÓW

ROZDZIAŁ PIĄTY – MENAŻERIA PRZY ULICY MIODOWEJ

ROZDZIAŁ SZÓSTY – „DLACZEGO NIE MA PANI TRZYDZIESTU LAT WIĘCEJ?”

ROZDZIAŁ SIÓDMY – „POŻEGNAŁA SIOSTRA BRATA…”

ROZDZIAŁ ÓSMY – GO WEST!

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY – ŻYCIE Z WIKINGIEM

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY – ZWINNA SŁOWIANKA PROMUJE POLSKĘ

ROZDZIAŁ JEDENASTY – A MIAŁO TRWAĆ PIĘĆ LAT!

ROZDZIAŁ DWUNASTY – NELA, A NIE NELLY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY – ARCHIWUM RODZINNE: ŚWIAT, KTÓRY MINĄŁ

ROZDZIAŁ CZTERNASTY – Z CUKREM CZY BEZ?

WSTĘP

Zima w roku 1963 przyszła wcześnie. Ulice Warszawy już przed Bożym Narodzeniem pokrywał głęboki śnieg. Tego dnia, w południe, Krakowskim Przedmieściem szła w kierunku pomnika Kopernika efektowna dwudziestojednoletnia blondynka. Miała na sobie czarny kapelusz (zwracał uwagę, bo jego szyk był zdecydowanie zagraniczny, dlatego zresztą nosiła go okrągły rok) i czarne kozaki; zziębnięte dłonie ukryła w kieszeniach paletka, bo nie miała rękawiczek.

Minęła właśnie bramę uniwersytetu. Kilkanaście kroków dalej, za wejściem na tak zwany mały dziedziniec uczelni, znajdował się niewielki sklep z galanterią skórzaną, w którym można było czasem dostać „odrzuty z eksportu”. Dla brata dziewczyna miała już prezent – książkę, ale tu chciała kupić coś swojej mamie.

Na samym środku wystawy leżały rękawiczki z cielęcej skórki. Niestety ich cena przekraczała to, co dałoby się wygrzebać z portfela. Dziewczyna stała przed witryną, próbując się nie rozpłakać. Takie rękawiczki przydałyby się i mamie, i jej samej.

Zawsze ta bieda, myślała ze złością.

Za jej plecami zahamował z lekkim poślizgiem samochód. Obejrzała się: biało-szary Opel Record P1. W mieście tylko jeden człowiek miał takie auto. Wysiadł teraz i stanął tuż za nią, a płatki śniegu osiadały na jego szpakowatych skroniach.

– Dlaczego stoi pani tak sam na sam ze sobą w tym zimnie? – zapytał.

Żeby tylko nie przyszło mu do głowy, że mam za mało pieniędzy i tym się martwię, pomyślała dziewczyna. Więc odwróciła się gwałtownie od wystawy, podała mu rękę na powitanie i zaczęła tłumaczyć, że szuka ostatnich świątecznych prezentów, ale widzi, że tu nic ładnego nie ma. Mężczyzna puścił jej dłoń, jednak wciąż stał niepokojąco blisko. Mimo mroźnego powietrza czuła wyraźnie zapach jego zachodniej wody kolońskiej.

– Ach – odparł lekko – ja właściwie też szukam… Choć na razie myślę, że niezbędny jest tylko jeden podarunek. – Zdjął swoje irchowe rękawiczki i podał je dziewczynie. Były za duże, ale przyjęła je z wdzięcznością.

Oddam mu, jak zrobi się cieplej, pomyślała.

– A teraz może pozwoli się pani odwieźć do domu?

W Warszawie miał opinię dandysa i podrywacza, ale trudno jej było uwierzyć, że teraz to ona wpadła mu w oko. Z trudem powstrzymała chęć, żeby wzruszyć ramionami.

– Chętnie – kiwnęła czupurnie głową.

Do kamienicy, w której mieszkała, nie było daleko. Mężczyzna, prowadząc, zadawał jej konwencjonalne pytania, na które odpowiadała zdawkowo. Nie było dla niej całkiem jasne, czy czuje się skrępowana jego bliskością, czy też drażni ją myśl, że w jakiejś żywszej odpowiedzi mógłby zacząć doszukiwać się cielęcego zachwytu tą wspólną jazdą.

Niedoczekanie twoje! – pomyślała.

Ale on, tak czy tak, bawił się wybornie: jego wiek i towarzyskie wyrobienie obracały każdą męsko-damską sytuację na jego korzyść. I to dopiero było irytujące.

Kiedy zatrzymali się na Lwowskiej, obrócił się do niej i tyleż uprzejmie, co beznamiętnie, zapytał, czy nie przyjęłaby jego zaproszenia na premierę filmu Przerwany lot, za kilka dni, w kinie Skarpa. Pięć kolejnych „r” zabrzęczało bez wibracji, wykwintnie.

A ponieważ milczała zaskoczona, mężczyzna odczekał chwilę i z niezmąconym spokojem dodał, że przecież nie oczekuje odpowiedzi od „hazu”; zadzwoni niebawem i wtedy ponowi swoją „phopozycję”.

Ostatecznie umówili się na godzinę przed seansem w kawiarni w Alejach Jerozolimskich. Taperował tam pewien pianista, bardzo zdolny, ale przepijający właśnie swój wielki talent. Przy dźwiękach tej muzyki mężczyzna zaczął wypytywać ją, jak jej się studiuje w szkole teatralnej, jakie są jej marzenia… Zachowywał się tak, jakby rozmawiając z nią, perwersyjnie żonglował rolami uwodziciela i ojca. Ale może właśnie tego potrzebowała? W każdym razie zorientowała się, że zaczyna odpowiadać mu z zadziwiającą otwartością, choć w jego towarzystwie bezpieczniej było udawać ironistkę. Ale rozmówca przyglądał jej się z coraz dziwniejszym wyrazem twarzy. Gdyby to nie był on, gotowa byłaby uwierzyć, że patrzy na nią z troską.

– A ja ci coś powiem, wiesz? – przerwał jej nagle. Nie, to nie była randka. Raczej audiencja. – Ty uciekaj stąd. Dlatego, że to ani twój czas, ani twoje miejsce. Ty jesteś aktorką sprzed dużej zakurzonej kurtyny…

Dziewczyna wpatrzyła się w niedopitą kawę. Więc znowu nie pasowała, sierotka po dziewiętnastym wieku wśród miłośników nowoczesności? Koleżanka Heleny Modrzejewskiej zagubiona w epoce jazzu i rock and rolla? Być może powinna się obrazić. Albo obrócić wszystko w żart. Tylko że nie więcej niż dziesięć lat wcześniej usłyszała od matki opowieść o ciotce chiromantce, która obejrzała jej dziecięcą dłoń i szepnęła: „Ona przejdzie obok życia”.

Po co ludzie mówią jej takie rzeczy? To było jedno pytanie. A drugie, ważniejsze: czym ich do tego prowokuje?

Mężczyzną przy kawiarnianym stoliku był Leopold Tyrmand.

A o dziewczynie, o tym, co się działo wcześniej i co ona sama przeżyje później, opowiada niniejsza książka.

*

Pamiętam ciche jasne, złote dnie,

co mi się dzisiaj cudnym zdają snem,

bo był otwarty raj także i mnie

w dzieciństwie mem.

I czasem myślę, żem ja tylko spał,

że całe życie moje było snem – – –

zbudzę się, raj ten odnajdę, com miał

w dzieciństwie mem[1].

Ten wiersz Kazimierza Przerwy-Tetmajera, z muzyką Mieczysława Karłowicza, wykonywany był dawno temu w pewnym domu w podwarszawskim Komorowie.

Mój czarny kapelusz, 1968

ROZDZIAŁ PIERWSZY

SMUTNA OPOWIEŚĆ O MIŁOŚCI

Ta historia ma kilka prapoczątków, o których jeszcze przyjdzie nam opowiedzieć. Ale zacznijmy ją w tym miejscu.

Wczesne lata trzydzieste, Warszawa, plac Małachowskiego. Na rogu ulicy Mazowieckiej wznosi się gmach Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, gdzie na drugim piętrze jeszcze niedawno znajdowało się pierwsze studio Polskiego Radia, w roku 1929 przeniesione na ulicę Zielną 25.

Dyrektorem Banku Towarzystwa był Tadeusz Zdziechowski, który wraz z żoną Cecylią i trzema córkami zajmował mieszkanie w nieistniejącej już dziś kamienicy u wylotu ulicy Kredytowej.

Dyrektor Zdziechowski zupełnie nie odpowiadał potocznemu wyobrażeniu o bankowcach: poważnych i pozbawionych fantazji. W młodości chciał zostać śpiewakiem, ale w rodzinie nie wyobrażano sobie, by któryś Zdziechowski mógł wybrać podobnie nieodpowiedzialną profesję. Ukończył nawet konwersatorium pod kierunkiem profesora Aleksandrowicza, opanował grę na fortepianie i na skrzypcach, lecz zgodnie z wolą ojca studiował równocześnie prawo. Chętnie spędzał przy tym czas w teatrzykach rewiowych i kabaretach. Zdradzał na tyle buntownicze usposobienie, że w rezultacie – usunięty wraz z grupą kolegów z uniwersytetu – dyplom musiał robić z dala od Warszawy, w Kazaniu. Założywszy rodzinę i przyjąwszy odpowiedzialne stanowisko dyrektora Banku Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, nabrał oczywiście odpowiednich umiejętności, żeby odgrywać rolę, której od niego oczekiwano. Ale po powrocie do domu, po zdjęciu przypinanych ówczesnym zwyczajem kołnierzyków i mankietów koszuli oraz założeniu bonżurki odżywała w nim chłopięca dusza.

Na przykład już jako ojciec trzech córek potrafił zniknąć na całą niedzielę, bo w Warszawie otworzono właśnie linię tramwajową okrężną. Pan dyrektor wybrał się zatem na wielokrotny objazd tramwajowy miasta, fundując sobie przy okazji odpoczynek od rodziny…

Żona człowieka, który powagę odzyskiwał w pracy, zdawała sobie sprawę – przy całej miłości i szacunku dla męża – że w domu ktoś powinien jednak zachowywać się rozsądnie, wychować rozsądnie dzieci i że tym kimś musi być ona. W domu zaprowadziła więc rygor. Od zasad nie mogło być odstępstw. Pierwszą wśród owych zasad była prawdomówność, następną – sumienne wykonywanie codziennych obowiązków. Obydwie zbiegały się w chwili, gdy wieczorami pani Cecylia zadawała córkom pytanie: „Co panienki zrobiły dzisiaj dla domu?”. Nieraz, słysząc tę kwestię, najpracowitsza średnia siostra wybuchała płaczem, bo niczego konkretnego nie umiała sobie przypomnieć…

Ten zwyczaj Babunia wyniosła ze swojego domu. Sama mi o tym opowiadała. Moja prababka, Julia Modzelewska, wkraczała do pokoju, w którym do snu kładła się Babunia i jej młodsza siostra, i też pytała: „Co panienki zrobiły dzisiaj dobrego?”. To był rachunek sumienia na koniec każdego dnia. Zresztą tradycja powagi i sumiennego wypełniania obowiązków, także wobec ojczyzny, sięgała dawniejszych czasów, gdy w 1863 roku babka Cecylii przewoziła swoją dwukółką zaopatrzenie dla powstańców, zabierając na te wyprawy swojego jedynego synka. Żeby zapamiętał ludzi, walczących „bo tak trzeba”, bez widoków na powodzenie? Żeby skonfrontować go z niebezpieczeństwem? Któż to dziś może wiedzieć…

Uczucia, jeśli nie miały prowadzić do rozmiękczenia charakterów, winne również zostać wzięte w karby. Cecylia bardzo dbała o to, by żadna z córek nie miała wrażenia, że któraś kochana jest bardziej niż pozostałe. Stąd wziął się podobny krój sukien, płaszczy, beretów. Sprawiedliwość nie jest cnotą łatwą do praktykowania: gdy najstarsza Marychna miała siedemnaście lat, fakt, że jej dziewięcioletnia siostra ubrana jest prawie identycznie, nie mógł budzić entuzjazmu panny na wydaniu… Choć stroje były eleganckie.

Po ojcu córki odziedziczyły zdolności muzyczne. Maria, urodzona w 1908 roku, studiowała w konserwatorium, wyspecjalizowała się w prowadzeniu chórów, a w przyszłości miała zostać wybitną kompozytorką piosenek dla dzieci. Młodsza o cztery lata Anula również lubiła śpiewać, ale kształcono ją przede wszystkim na panią domu. Najmłodsza Magdalena, urodzona w 1916 roku, stała się oczkiem w głowie tatusia. Po ukończeniu pensji Janiny Tymińskiej – po sąsiedzku, przy placu Małachowskiego 2 – nie wyobrażała sobie innego życia niż życie śpiewaczki. Dyrektor Zdziechowski nie zamierzał powtarzać błędu swojego ojca i gorąco sprzyjał tym planom.

Tymczasem życie rodzinne toczyło się zgodnie z dziewiętnastowiecznymi jeszcze wzorami, choć przecież zaczynała się już czwarta dekada nowego stulecia. Zaczęto organizować spotkania młodzieży, podczas których przyglądano się bacznie ewentualnym kandydatom na zięciów. Wkrótce przy boku Marii pojawi się doktor Adam Kaczurba, lekarz wojskowy, wybitny specjalista w dziedzinie rentgenologii, a w przyszłości opiekun całej rodziny. Anulą zainteresował się jego brat, Jan, prawnik, pracownik Narodowego Banku Polskiego.

Z tamtych czasów pochodziły pamiątki, które nam, dzieciom, wolno było czasem oglądać, a nawet przymierzać: stare suknie balowe szyte z tafty dla trzech córek, o podobnym kroju, ale w rozmaitych kolorach, do kompletu pantofelki i długie do łokci rękawiczki, gdyż, jak wiadomo, panna, która na balu nie miałaby do pięknej sukni rękawiczek, byłaby właściwie nieubrana.

I w takiej atmosferze Magdalena rosła. Była otoczona wieńcem adoratorów – młodych ludzi, którzy przychodzili na jour fixe’y. Zaczęła się tymczasem kształcić u świetnego nauczyciela śpiewu, profesora Grzegorza Orłowa, który po ucieczce z Rosji radzieckiej osiedlił się w Polsce razem ze swoją żoną, Anną Młynarską, bratanicą słynnego dyrygenta. Jeden ich syn, Andrzej zwany Anderkiem, zginął potem w Powstaniu; drugi, Roman, został po wojnie znanym kompozytorem i malarzem. Magdalena miała piękny mezzosopran, a specjalizowała się przede wszystkim w pieśniach Schumanna, Schuberta, Czajkowskiego, choć wykonywała też arie operowe, między innymi słynną arię z Samsona i Dalili Camille’a Saint-Saënsa.

Któregoś dnia kuzynki zaproponowały, żeby Magda poszła z nimi – za pozwoleniem rodziców, to znaczy przede wszystkim matki – na popołudniowe tańce do Adrii. Dla panienek z dobrych domów i równych im stanem kawalerów urządzano tam wtedy o siedemnastej zabawy taneczne. Bywali na nich zarówno dobrze rokujący młodzi ludzie, jak i złota młodzież, więc Cecylia bała się trochę, czy córką nie zainteresuje się ktoś nieodpowiedni, ale ostatecznie wyraziła zgodę. Żeby zminimalizować ryzyko, do kuzynek i Magdaleny dołączyła jeszcze jedna ze starszych sióstr – dziś już trudno orzec: Marychna czy Anula. Raczej Marychna.

Młode damy wchodzą zatem do Adrii, zajmują miejsca przy stoliku – i po niedługim czasie ich uwagę przykuwa para tańcząca na parkiecie. Elektryzuje zresztą wszystkich. Tancerze są idealnie ze sobą zgrani, spojeni z muzyką, ich ruchy – płynne i wysmakowane. Magda pyta: „Kto to jest?” – i ktoś odpowiada, że to stryjeczne rodzeństwo, Helena Młynarska i Milek (Marian) Młynarski, który przyjechał właśnie z Młodzianowa do swojego stryja, Emila, dyrektora opery, znanego dyrygenta i kompozytora. Nie było w dobrym stylu, aby to od panny wychodziła inicjatywa znajomości, więc nic podobnego się nie stało, ale dziewczyna była pod tak wielkim wrażeniem, że po powrocie opowiedziała o świetnym tancerzu swojej mamie. Na co Cecylia odparła sucho:

– Tak, moje dziecko, ale tam, wokół tego młodego Młynarskiego, są skandale.

Co oznaczało mniej więcej: „Nawet o tym nie myśl”.

Wkrótce Zdziechowscy przeprowadzili się z placu Małachowskiego do Komorowa, do tej części, w którą zainwestował właśnie i gdzie uruchomił sprzedaż parceli Bank Kredytowy Ziemski. Stanął tam dom zaprojektowany przez Cecylię na wzór jej rodzinnego dworu w Gładczynie na Kurpiach, do którego niezmiennie tęskniła. Magda, teraz już po maturze, zaczęła dojeżdżać stamtąd do Warszawy: zarówno na lekcje śpiewu, jak do Berlitza na lekcje francuskiego i angielskiego.

Pewnego dnia profesor Orłow zaproponował jej dodatkowe spotkanie: wiedząc o jej fascynacji Schubertem, chciał opracować z nią kolejny cykl jego pieśni. Kiedy dziewczyna weszła do mieszkania przy Mokotowskiej, ktoś improwizował akurat na fortepianie. Pod palcami biegłego pianisty pojawiały się oraz przepływały jeden w drugi swingujące tematy z modnych filmów, w których występowali Fred Astaire i Ginger Rogers. Przy instrumencie, tyłem do drzwi, siedział mężczyzna w płaszczu, którego poły spływały aż na podłogę, i w kapeluszu zawadiacko zsuniętym na tył głowy – sam jak prosto z amerykańskiego musicalu. Na odgłos kroków przestał grać, odwrócił się w jej stronę i wstał, żeby się przywitać.

Był to tancerz z Adrii.

Jednocześnie z sąsiedniego pokoju wychynął profesor Orłow i czując chyba, że atmosfera nagle zgęstniała, odezwał się z wysiloną swobodą:

– Magduniu, przedstawiam ci brata mojej żony, Milka Młynarskiego. Przyjechał właśnie z Młodzianowa, zatrzymał się u nas, a potem przenosi się do Emilów.

Nim Magda zdążyła ochłonąć, tamten rzucił na ziemię płaszcz, cisnął kapelusz i zanim podała mu rękę, spojrzał na nią wzrokiem wymowniejszym niż słowa. Sama niewątpliwie patrzyła na niego tak samo, choć możliwe, że w tym pierwszym momencie, zgodnie z konwenansem, opuściła trochę powieki.

Niestety wkrótce okazało się, co oznaczają „skandale”, o których wspomniała Cecylia. Młody Młynarski miał żonę! Choć nie mieszkała z nim, a jej deklaracja, że jest w ciąży, okazała się humbugiem, mimo wszystko w oczach rodziny Zdziechowskich był on kandydatem nie do przyjęcia. Ponadto – i możliwe, że matka Magdy dopiero to uznała za fakt rozstrzygający – Marian chorował poważnie na gruźlicę (trzeba pamiętać, że lata trzydzieste to okres popularności, także w Polsce, eugeniki, którą kojarzono podówczas z uwzględnianiem wskazań medycznych przy zawieraniu małżeństw i z racjonalnym planowaniem rodziny, nie zaś, jak to się wkrótce stanie, z rasizmem i ludobójstwem). Doktor Kaczurba posunął się nawet do – kontrowersyjnego z dzisiejszego punktu widzenia – obejrzenia bez wiedzy Mariana zdjęć rentgenowskich jego płuc. Zaleczona niegdyś choroba rozwijała się na nowo, uruchomiona prawdopodobnie nie dość higienicznym trybem życia.

Marian był człowiekiem, któremu udawało się wszystko, czego tylko się dotknął. „Śliczny, miły, muzykalny chłopiec, był wysmukły jak topola, miał niebieskie oczy” – wspominała go kilkadziesiąt lat później daleka kuzynka[2]. Ukończył szkołę rolniczą w Ciechanowie, żeby administrować wspólnym majątkiem Młynarskich w Młodzianowie koło Makowa Mazowieckiego. Świetnie jeździł konno, zdobywał medale w zawodach hippicznych, był ułanem 11. Pułku Ułanów Ciechanowskich. Znakomicie grał na fortepianie, jako samouk grywał również na wiolonczeli, trzymanej dziwacznie – płasko na kolanach. Miał słuch absolutny: w rodzinie zachowała się opowieść, jak zajrzał na próbę do Teatru Wielkiego, do stryja Emila, i przerwał ją, wołając: „Stryju, waltornia obniża!” – na co wielki Emil Młynarski, który fałszywego dźwięku zza swojego pulpitu nie usłyszał, ale do bratanka miał słabość, rozładował atmosferę, wołając: „No, węża na sercu wyhodowałem!”. Mariana roznosiły pomysły, zapalał się i spalał w podjętych zobowiązaniach (ślub, być może nawet nieskonsumowany, był, zdaje się, efektem takiego niewczesnego uznania swojej winy wobec kobiety, której naobiecywał zbyt wiele). Ta nieokiełznana osobowość, szczerze przy tym pochłonięta ambicją, by Młodzianów nie przynosił rodzinie strat, nie rokowała dobrze przy leczeniu gruźlicy, które wymagało od pacjenta cierpliwości, rozwagi, konsekwencji – i to przez lata.

Magdalena początkowo starała się słuchać rozumu, nie zaś serca. Przez ponad rok z Marianem się nie widywała. Ale uczucie okazało się silniejsze. „To była taka miłość – wspominała Masza Przyborzyna (żona Jeremiego Przybory), która również uczyła się u profesora Orłowa – że oni właściwie nikogo poza sobą nie widzieli. Kiedy kończyła się lekcja, Marian siedział zasłuchany w jej śpiew, potem ją zabierał i… nikt im nie był potrzebny, nikt”. Oboje próbowali wcisnąć całą sytuację w wymogi własnej sfery: Młynarski wszczął procedurę unieważnienia pierwszego małżeństwa i zaczął przyjeżdżać do Komorowa, gdzie ze strony Cecylii spotykał go jednak lodowaty chłód. W końcu rodzice wydali córce jednoznaczny zakaz widywania się z tym mężczyzną. Potraktowała to jako decyzję nieludzką, nie tylko ze względu na stan swoich uczuć, ale też na wiarę, którą wzbudziła w sobie na wieść o jego chorobie: że jej miłość będzie dla niego skuteczną terapią. W tym świetle rodzicielski zakaz zabrzmiał nagle jak wyrok śmierci.

Właśnie tak się myśli, kiedy ma się tyle lat, ile ona wtedy…

Tymczasem przyszła klęska wrześniowa i zaczęła się okupacja. Tragiczne okoliczności życia zbiorowego wyostrzyły tylko konflikt u Zdziechowskich. Dwudziestotrzyletnia Magdalena oświadczyła rodzicom, że z ukochanym połączy się bez względu na wszystko. Cecylia odwołała się wtedy do najwyższego autorytetu, jaki po otwartym buncie córki jeszcze pozostawał: zawezwała do Komorowa radę rodzinną. Buntowniczkę zamknęła na klucz w gabinecie męża. Gabinet był na parterze. Kiedy rada zakończyła obrady i pokój otworzono, żeby poinformować krnąbrną pannę o podjętej decyzji, jedyny ślad po Magdzie stanowiło otwarte okno.

Uciekinierka została wówczas przez rodzinę oficjalnie wyklęta. Można przypuszczać, że dla Cecylii takie pogwałcenie zasad było przeciwne wszystkiemu, co uważała w życiu za wartościowe, za nadające życiu człowieka wartość. Dla Tadeusza stanowiło to porzucenie przez córkę drogi, którą dotąd podążała samoistnie, a przecież realizując po latach jego własne młodzieńcze marzenia. Nagle okazały się one mniej ważne niż jakiś człowiek o nieuregulowanej sytuacji osobistej, mający w perspektywie rychłą śmierć. Gdyż jeśli widoki Mariana na dłuższe życie nie wyglądały najlepiej przed wybuchem wojny, w realiach okupacyjnych nie wyglądały w ogóle.

Magdalena Zdziechowska zaryzykowała wszystko, nieomal od razu wszystko tracąc. Majątek Młodzianów został skonfiskowany przez okupantów. Marian, jako fachowy zarządca, znający język niemiecki, został skierowany przez władze do opuszczonej i zrujnowanej „resztówki”, małego majątku Kiczki koło Mińska Mazowieckiego. Warunki życia były tam gorzej niż nędzne, a perspektywy na przyszłość zaciemniał jeszcze fakt, że gdyby Kiczki administrowane przez Młynarskiego zaczęły kiedykolwiek przynosić dochód, pieniądze i tak zostałyby pochłonięte przez obowiązkowe dostawy. Kolejnym miejscem, w którym Marian został administratorem – w roku 1941 – był dwór państwa Czarnockich, Kobylanka. Wehrmacht uczyni niebawem ten majątek punktem rekonwalescencji dla lżej rannych żołnierzy wycofywanych z frontu wschodniego.

W tych okolicznościach przyszło na świat pierwsze dziecko Młynarskich. Żeby je urodzić, Magdalena opuściła na kilka tygodni męża i udała się do Warszawy, do kliniki położniczej doktora Chrapowickiego. Wróciła z synem Wojtkiem (najbliżsi będą zwali go Żukiem, zanim koledzy ze studiów nie przechrzczą go na pracowitego Pszczóła). Wkrótce okazało się, że pani Młynarska znowu jest w ciąży. Tymczasem gwałtownemu pogorszeniu uległ stan zdrowia Mariana. W okolicznościach, opisanych po wojnie w głośnym eseju Kazimierza Wyki Gospodarka wyłączona, gdy absurd gonił absurd, a przepisy nieomal zakładały korupcję, zamiar dorzecznego administrowania majątkiem był nie do zrealizowania. Równocześnie mąż Magdaleny włączył się do akowskiej konspiracji. Frustracje, niedożywienie, stres, poczucie odpowiedzialności za rodzinę wyniszczały organizm; wkrótce gruźlica powróci w straszliwej formie tzw. prosówki, choroby rozsianej po wielu narządach i niedającej już żadnych szans na ocalenie.

Małżonkowie starali się zachować choć resztki dawnych marzeń. Wieczorami muzykowali: Magda śpiewała pieśni Schuberta i Brahmsa, Marian jej akompaniował. Niebawem zorientowali się, że mają widownię: pod ich oknami przystawali oficerowie stacjonujący w Kobylance. Między nimi znalazł się Peter Heydemann (Haidemann? Heideman?), młody muzyk przysłany z frontu wschodniego, aby wyleczyć rany po… wszach. Był pod wrażeniem, że Polacy w tych okolicznościach wciąż są gotowi wykonywać utwory niemieckich kompozytorów. Pewnego dnia przedstawił się, opowiedział, że tęskni za żoną i synem, i zadeklarował, że nie rozumie, po co i w czyim właściwie interesie toczy się ta wojna. Był niewątpliwie przedstawicielem złowrogiego okupanta i nie wydaje się, by można było wyobrażać go sobie jako heroicznego przeciwnika Hitlera, dwudziestowiecznego Wallenroda. Już prędzej jako człowieka zagubionego, pozbawionego fanatyzmu, a przecież wierzącego wciąż, że rozkazy należy wykonywać. Niemniej z Młynarskimi połączył go rodzaj ostrożnej sympatii. Obie strony były zapewne skłonne z ulgą w tych nienormalnych czasach wejść w normalne relacje międzyludzkie. Kiedy Marian wyjechał na leczenie do Otwocka i Magda, oczekująca wkrótce rozwiązania, została sama, Peter zaczął przynosić jej żywność, a nawet zajmować się małym Wojtkiem. Jak głosi legenda rodzinna, uczył go chodzić w alejce kobylańskiego parku, usuwając spod nóg chłopca kamienie, o które ten mógłby się potknąć. Otrzymawszy wezwanie na front, Peter płakał. Z drogi przysłał jeszcze Magdzie pocztówkę, w której dziękował za wspólne rozmowy, podpisaną: Ihr Musik Freund („Pani muzyczny przyjaciel”). Ani adresatka, ani jej dzieci nigdy więcej o nim nie usłyszały.

Niestety, względna akceptacja okupantów dla muzykującego małżeństwa przybrała w pewnej chwili nieoczekiwany obrót. Po narodzinach córki Basi, w sierpniu 1942 roku, Magda wciąż była sama – mąż, jak wierzyła, kontynuował leczenie w Otwocku, choć bliższe prawdy byłoby zdanie, że w Otwocku powoli, ale nieodwołalnie, umierał. Nawiasem mówiąc, w sąsiedniej sali kończył także życie Stefan Jaracz… Po pewnym czasie kolejny uprzejmy oficer, być może sądząc, że składa jej niezwykle atrakcyjną propozycję, stwierdził, że ponieważ dzieci reprezentują bezdyskusyjnie typ aryjski, a samotna kobieta nie da sobie z nimi rady, władze niemieckie nie będą robić trudności z przejęciem ich na wychowanie. Przerażona Magda zabarykadowała się po tej rozmowie w pokoju i przez służącą wysłała kartkę do matki. Nie minęły dwie doby, gdy przed dom w Kobylance zajechał wielki wóz (którym normalnie przewożono węgiel), zaprzężony w potężne konie. Powoził furman, ale obok niego siedziała monumentalnie Cecylia. Nie było serdecznego powitania. Na widok wystraszonej twarzy córki Cecylia rzuciła tylko krótko: „Do domu!”.

Pojawienie się pani Zdziechowskiej nie było tak zupełnie niespodziewane. Kiedy urodził się Wojciech, w rodzinie Magdy doszło do niewielkiego przełomu. Z Komorowa zaczęli nadciągać rozmaici pośrednicy, przywożąc pomoc: pieniądze lub żywność. Mimo nieprzejednanej opinii Cecylii w sprawach zasadniczych, uznawała ona pomoc bliźnim za obowiązek chrześcijanina. Jeszcze na placu Małachowskiego wspomagała pukających do drzwi kuchennych „proszalnych” (u Zdziechowskich nie używało się słowa „żebrak”). A w Kobylance straszliwe trudności przeżywała jej córka – to prawda, że nieusłuchana – i niewinne niczemu wnuki, najpierw jedno, potem dwoje.

Mam tu list napisany przez moją Matkę 18 sierpnia 1942 roku, sześć dni po moim urodzeniu, do jej rodziców:

Najmilsi,

całym sercem dziękuję wszystkim za opiekę i pomoc. Wszystkie rzeczy, które otrzymałam z domu, są dla mnie bezcenne, a przyjazd panny Zofii [był] wielkim uspokojeniem, że mam już opiekę dla naszych maleństw. (…) Po szczepionkę Calmette’a zgłasza się dziś do Komorowa pan Mieczysław Mulski, który w Kobylance pełni urząd polowego, jest u nas już chyba dwa miesiące. Prosiłabym bardzo o przenocowanie go, on jutro pierwszą kolejką niech wyjedzie z Komorowa i zdąży na ranny pociąg do Mińska i stamtąd na rowerze do Kobylanki. (…) Pan Mieczysław zwróci Tatusiowi pieniądze za wykupienie szczepionki, on opowie dużo o naszym teraźniejszym życiu i pracy, pilnuje pól i dozoruje ludzi, to fachowy przedwojenny ekonom rządca, dziś w ciężkich warunkach, ma żonę i dzieci. (…) Myszeńka [Basia] najsłodsza jest grzeczna, jak dla mnie śliczniutka, bardzo proporcjonalna, je doskonale, ważyła 3 kg 750 g (…), podobna jest do Żuka, który od pierwszej chwili z entuzjazmem, wprost radością bez cienia zazdrości ją traktuje. (…)

Piszcie Kochani, (…), chcę być zupełnie zdrowa jak najprędzej.

Wasza córka i siostra Magda

W tym liście jest coś błagalnego. Te zapewnienia, że można zaufać panu Mieczysławowi, który opowie o życiu młodego małżeństwa, ta deklaracja, że kobieta chce jak najszybciej wyjść z połogu. Jakby próbowała przekonać, że stała się odpowiedzialna, że zasługuje na miłość.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobili Zdziechowscy po przyjeździe córki z wnukami, było sprzedanie swoich obrączek, żeby zdobyć pieniądze dla nowych lokatorów. Jeszcze przed ich zjawieniem się w Komorowie mieszkali przecież: Cecylia z Tadeuszem, Anula z Janem, wnuczka Elza, a ponadto tak zwani rezydenci. Co mogli pomyśleć o Magdzie? Że oto spadło na nich utrzymywanie dwudziestosiedmioletniej kobiety z dwojgiem dzieci, bez środków do życia (okupant, z którego pensji dotąd żyli Młynarscy, przestał płacić, gdy administrator Kobylanki musiał podjąć leczenie w Otwocku). Żeby nie czuć się ciężarem bardziej niż to konieczne, Magda zaczęła wyprzedawać resztki swojej garderoby. Codziennie, ryzykując łapanki, jeździła w odwiedziny do męża, którego tymczasem przeniesiono do szpitala przy ulicy Płockiej w Warszawie. Choć jego stan lekarze określali jako beznadziejny, ona wciąż wierzyła w cud. Na próżno. Marian zmarł w dniu pierwszych urodzin Basi, 12 sierpnia 1943 roku. Nawiasem mówiąc, dwie doby później przyszło pocztą unieważnienie jego pierwszego, kościelnego małżeństwa.

*

W kontekście tych wydarzeń, o których Magdalena Młynarska wielokrotnie w tej właśnie wersji opowiadała córce, zaskakującą treść przynosi poniższy dokument, znaleziony przez Barbarę w papierach po matce. Jest to odpis, sporządzony przez zastępcę notariusza Henryka Włoskowicza, asesora notarialnego Mariana Lembowicza, z datą 13 marca 1951 roku. Przytaczamy go w całości, zachowując oryginalną pisownię.

ODPIS

Rzeczpospolita Polska Województwo Lwowskie, Starostwo Lwowskie, Gmina Kozielniki, Miejscowość Kozielniki, Parafja Sichów. Do użytku Ksiąg Ludności i do spisu wojskowego. Świadectwo ślubu wydane na zasadzie Ksiąg Metrycznych. Zaświadcza się, iż Marjan Kazimierz Młynarski lat 33 mający syn Mariana i Marji z Spitzmacherów i Magdalena Zdziechowska lat 24 mająca córka Tadeusza i Cecylji z Modzelewskich zawarli związek małżeński dnia dwudziestego dziewiątego miesiąca sierpnia tysiąc tysiącdziewięćset trzydzieści dziewięć. Zgodność niniejszego wypisu z oryginałem stwierdzam. Kozielniki, dnia 29 miesiąca sierpnia 1939 r. Urzędnik Stanu Cywilnego

/podpis nieczytelny/

okrągła pieczęć z orłem „Urzędnik Stanu Cywilnego Rz. Kat.”.

Powiedzmy najostrożniej: po pierwsze, nic nie wiadomo o pobycie Magdaleny i Mariana w województwie lwowskim, a w końcu sierpnia 1939 roku wydaje się to zupełnie nieprawdopodobne. Po drugie, Magdalena, opowiadając córce swoją historię, nie pominęłaby przecież tego wydarzenia. Po trzecie, w okresie okupacji nie takie dokumenty sporządzano dla potrzebujących, czy była do tego podstawa formalna, czy nie. Po czwarte, w czasach powojennych trudno było urzędnikowi, domagającemu się odpisu aktu małżeństwa, wyjaśniać, co naprawdę się wydarzyło; zwłaszcza że gdyby nie śmierć Mariana, do ślubu naprawdę by doszło. Tak to chyba należy rozumieć – ale niczego nie jesteśmy pewni.

*

W okresie Powstania dom w Komorowie zaczął się jeszcze dodatkowo zapełniać uciekinierami z Warszawy. Pani Cecylia nie odmawiała nikomu noclegu i w dwunastu pokojach ludzie nocowali nieraz pokotem, na podłodze. Posażna pościel poszła wtedy na szarpie dla rannych zgromadzonych w pobliskim szpitalu prowadzonym przez Radę Główną Opiekuńczą. A potem nadciągnęła Armia Czerwona.

W mojej matce urodziło się w tym okresie poczucie strasznej winy. Ponieważ Babunia wychodziła z założenia, że kara musi być przewlekła, swój stosunek do Magdy określiła chyba tak: „Owszem, po chrześcijańsku będę cię, córko, traktowała, ale za to, coś narobiła, musisz zapłacić karę”. I ta przewlekła kara trwała całe życie.

My z Wojtkiem byliśmy za mali, żeby to rozumieć. Rodzina traktowała nas nadzwyczajnie, czuliśmy się kochani. Natomiast za często widzieliśmy matkę płaczącą. Rozpaczliwie płaczącą.

Równocześnie – odwaga Babuni: któregoś razu do kuchni wpadł jakiś mężczyzna, prosząc o ratunek. To było jeszcze przed Powstaniem. Ten człowiek uciekł z transportu i gonili go Niemcy. Akurat w ogrodzie rozstawione były sofy, na których wietrzyła się pościel. Babunia kazała mu wleźć pod jedną z tych stert, a służbie kazała walić w pościel trzepaczkami. Za chwilę pojawiła się żandarmeria, na szczęście bez psów. Mówią: „W tym domu musiał schować się mężczyzna”. Babunia uważała, że dla kłamstwa nie ma usprawiedliwienia, więc nie zarzekała się, że nie, tylko odparła: „Szukajcie”. Kazali wszystkim wyjść na korytarz, między innymi Żydówce z tzw. dobrym wyglądem, w mundurku uczennicy szkoły pielęgniarskiej Boduena. Nie zwrócili na nią uwagi; zaczęli przetrząsać pokój po pokoju. O sofach z pościelą na szczęście nie pomyśleli. Ich dowódca powiada do Babuni: „Jak go znajdziemy, to zaaresztujemy wszystkich. Nie boisz się?”. A Babunia odpowiedziała: „Boję się tylko Pana Boga i szczura, Ich habe Angst nur vor Gott und der Ratte”. I oni sobie poszli.

Była głęboko wierząca, ale miała problem z księżmi. Wieczorem w jej sypialni, przed figurą Matki Boskiej, odmawiało się razem pacierz. Uczyliśmy się od niej zażegnywać burzę: kiedy biły pioruny, chodziliśmy od okna do okna z gromnicą i modliliśmy się. Ale właściwie nie była praktykująca. Dopiero wiele lat później, niedługo przed śmiercią, kiedy mieszkała u mojej Mamy w Warszawie, zrobiła się niespokojna i Mama sprowadziła do niej księdza Niczyperowicza z parafii Zbawiciela, staruszka. On wszedł, popatrzył na nią i mówi: „A ty się nie niepokój, bo ja wszystkie twoje winy biorę na siebie”. Przeżegnał ją i dodał: „Rozgrzeszam cię, córko”. Spotkałam potem kilku wspaniałych księży, ale ten był zupełnie wyjątkowy.

Zaraz po wojnie sytuacja ekonomiczna Magdaleny się nie poprawia. Jedyne, co – jak ocenia – potrafii, to śpiew. Mógłby przynosić pieniądze, gdyby zaczęła występować, ale w jaki sposób organizować sobie koncerty – nie wie. Rodzina wpada na pomysł, żeby wydać ją za mąż. Zdecydowana odmowa Magdy jest być może ostatnim zrywem tamtej buntowniczki, która rzuciła na szalę wszystko, aktem lojalności wobec Mariana.

Ponieważ Jan Kaczurba otrzymał propozycję zorganizowania oddziału NBP w Gdyni, wraz z Anulą wyprowadzają się w 1945 roku nad morze. Po wojennej odysei wracają z kolei do Komorowa Marychna z Adamem. Gdy Cecylia odwiedza tamtych w Trójmieście, Magda pisze do niej z Komorowa:

Na Gdynię i Zoppoty ja nie mam na występy ani repertuaru, ani sukien, ale repertuar będę miała już w końcu kwietnia, gdyż od 1–go kwietnia zamieszka u nas (…) pan Zambrzycki [ceniony akompaniator], który obiecał mi dać cały repertuar i pracować ze mną. Będę mogła wtedy w Warszawie i Pruszkowie zarobić śpiewem, do radia częściej się dostanę [w Polskim Radiu podjęła tymczasem pracę jej siostra, Maria Kaczurbina]. (…) mam lęk paniczny przed odjechaniem od dzieci gdzieś daleko, choćby na parę dni, zbyt głęboko organicznie jestem z nimi zrośnięta. Basia po pięć razy żegna się ze mną, kiedy sama wychodzę do spółdzielni, i przypomina: tylko mameńko wróć prędko[3].

Niebawem po wysłaniu tego listu przyszedł Magdzie do głowy szczęśliwy pomysł. Za zgodą Cecylii, korzystając z okazji, że po wyjeździe tymczasowych lokatorów liczba mieszkańców komorowskiego domu się zmniejszyła, postanowiła otworzyć w nim prywatne przedszkole. Po uzyskaniu stosownych zezwoleń i uruchomieniu placówki okazało się, że młoda wdowa znakomicie potrafi zajmować się sporą grupą dzieci. Urządza z nimi przedstawienia, uczy piosenek – i kto wie, czy nie tam są źródła rodzinnych zabaw w teatr, które później będą z upodobaniem organizować Wojtek i Basia.

Ale prywatne przedszkola, jak i prywatne szkoły, zostają w 1948 roku zamknięte.

Formalnie przedszkole mojej mamy istniało do 30 listopada 1948 roku. Odtąd w Polsce dzieci miały być prowadzone w kierunku określonego sposobu myślenia. I żadnych przedwojennych piosenek. Teraz należało z dziećmi śpiewać nowe piosenki. Takie, jakie i ja wkrótce śpiewałam w szkole.

I tak się kończy ta część naszej opowieści: na Powązkach, blisko muru oddzielającego cmentarz od ulicy Tatarskiej, leży w mogile Milek Młynarski, mężczyzna o niebieskich oczach, który zdobywał medale na konkursach hippicznych, grał na fortepianie, administrował majątkami i zdaje się, że chwilami chciał być wszystkim naraz. Aż się szaleńczo zakochał. Kilkanaście kilometrów od tego miejsca, w Komorowie, jego ukochana wywiesza na furtce domu informację, że przedszkole zakończyło działalność. A z pobliskiej szkoły słychać dziecięce głosiki, które śpiewają tę – albo podobną – piosenkę:

Zielone już dróżki,

lśnią pierwsze kwiatuszki,

maj pierwszy roztacza swe czary.

Dziś pójdą w pochodzie

i starsi, i młodzież;

czerwone poniosą sztandary.

I wieść się rozszerzy,

że władza należy

do ludu, co w pocie pracuje,

do chłopa, lotnika,

piekarza, górnika,

murarza, co domy buduje.

Słoneczko lśni złotem;

stanęła za płotem

Marysia i siostra jej Ewka.

Trzymają bukiecik,

a w rękach im świeci

czerwona jak mak chorągiewka[4].

Trzy siostry Zdziechowskie. W środku siedzi maleńka Magdalena, po lewej Maria (Marychna), po prawej Anna (Anulka), 1917

Siostry Zdziechowskie, od lewej: Magdalena (moja Mama), Anna i Maria, ok. 1930

Od lewej: Magdalena, Anna i Maria. Ślub cioci Anulki z radcą prawnym Janem Kaczurbą, Komorów, sierpień 1935

Moja śliczna Mama Magdalena Zdziechowska-Młynarska

Mój ojciec Marian Młynarski, majątek Młynarskich, Młodzianów, lata 30.

Mój ojciec w Młodzianowie na swojej ulubionej wierzchówce, Nonny, lata 30.

Rodzice, Warszawa, listopad 1936

Mama po koncercie, Komorów 1937

Jedyne moje wspólne zdjęcie z ojcem, Kobylanka 1942

Wojtek i mama, Kobylanka 1942

Mama ze mną, Komorów 1946

Ostatnie wspólne zdjęcie rodziców, na kilka miesięcy przed śmiercią ojca, Kobylanka, luty 1943

Mama ze mną, Komorów, Wielkanoc 1946

Fotografia opisana przez mamę: „Nasz maleńki Poeta, okupacja, Komorów 1944, wiosna”

Basia, czerwiec 1944

Ja i Wojtek, Komorów 1945

Mama, ja i Wojtek, Komorów 1946

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Zdjęcia (w kolejności występowania w książce)

Wstęp

fot. Edward Hartwig

Rozdział 1

fot. z archiwum Joanny Łada-Gębskiej

fot. z archiwum B.M.-A.

fot. z archiwum B.M.-A.

fot. z archiwum B.M.-A.

fot. z archiwum B.M.-A.

fot. z archiwum B.M.-A.

fot. z archiwum B.M.-A.

fot. z archiwum B.M.-A.

fot. z archiwum B.M.-A.

fot. z archiwum B.M.-A.

fot. z archiwum B.M.-A.

fot. z archiwum B.M.-A.

fot. z archiwum B.M.-A.

fot. z archiwum B.M.-A.

fot. z archiwum B.M.-A.

dok. z archiwum B.M.-A.

fot. z archiwum B.M.-A.

fot. z archiwum B.M.-A.

[1] Kazimierz Przerwa-Tetmajer, XXX z cyklu Preludia [w:] Seria druga (1894); cyt. wg Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Poezje, Warszawa 1980, s. 300.

[2] Z listu Heleny Zanówny-Stankiewiczowej do Barbary Młynarskiej-Ahrens, Warszawa 24.12.1992 r. (w posiadaniu B.M.-A.).

[3] Z listu Magdaleny Młynarskiej do matki, 24.03.1946 r. Komorów (w posiadaniu B.M.-A.).

[4] Niestety nie udało nam się ustalić autora tego tekstu, zapamiętanego z dzieciństwa przez B.M.-A.

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Życie nie tylko snem 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran