Zanim się poznaliśmy

Zanim się poznaliśmy

Autorzy: Lucie Whitehouse

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 26.00 zł

Najniebezpieczniejsze są te kłamstwa, które rodzą się tuż obok nas…

Hanna, kobieta niezależna, uparta i zdecydowana, by nie iść w ślady matki, której małżeństwo skończyło się przykrym rozwodem, zawsze unikała związków. A potem pewnego upalnego lata spotkała w Nowym Jorku Marka Reilly’ego, tak jak ona Brytyjczyka, i rzuciła się w romans, który zmienił jej spojrzenie na miłość.

Teraz mieszka w eleganckim i kosztownym londyńskim domu, adorowana przez odnoszącego fantastyczne sukcesy męża, i wie, że postąpiła słusznie, zapominając o swoich zastrzeżeniach. Kiedy jednak Mark nie wraca z podróży służbowej do Stanów, a godziny wyczekiwania przeradzają się w dni, pewność siebie Hanny zaczyna się kruszyć.

Kobieta zaczyna grzebać w życiu męża, odkrywając rewelacje, które każą jej powątpiewać we wszystko, co do tej pory uważała za prawdę. Czy Mark utrzymywał tyle rzeczy w tajemnicy, ponieważ chciał chronić ją czy raczej siebie…?

„Jeśli od czasu superświetnej Zaginionej dziewczyny uzależniliście się od thrillerów psychologicznych, z tą książką będzie podobnie. Jest w niej wystarczająco dużo sekretów, kłamstw i podejrzanych odkryć, byście nie mogli się od niej oderwać”. Heat

„Intrygujący thri ller unikający banałów typowych dla kryminałów romantycznych”.Publishers Weekly

„Wątpliwości, tajemnice i kłamstwa, które budują niezwykłe napięcie, zwłaszcza gdy autorka zręcznie wplata retrospekcje, badając przeszłość i teraźniejszość Marka i Hanny”. Shelf Awareness

Tytuł oryginału:

BEFORE WE MET

Copyright © 2014 by Lucie Whitehouse.

Originally published by Bloomsbury Publishing.

Translation rights arranged by Anderson Literary Management LLC, and Andrew Nurnberg Associates International Ltd. All rights reserved.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcie autorki: © Jaime Turner

Redakcja: Małgorzata Najder

Korekta: Emilia Grzeszczak, Joanna Rodkiewicz

ISBN: 978-83-8110-474-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Rozdział 1

Lało jak z cebra i wiało, na nieosłoniętych odcinkach autostrady wiatr ciskał starym volkswagenem Hanny, jakby chciał go zepchnąć na pobocze. Dojeżdżając do Heathrow, zwykle obserwowała samoloty lądujące jeden po drugim w odstępach ledwie minutowych, ale dzisiaj wieczorem rytm został zaburzony i mijały dwie, czasem trzy minuty, nim nowe światła przebijały się przez warstwę chmur. Mocniej zacisnęła dłonie na kierownicy, poprawiła lusterko i skręciła na szybki pas.

Po lewej wznosił się Holiday Inn, brzydki betonowy ząb rysował się na tle nieba, światło zielonego neonu blakło w wilgotnym powietrzu. Skręciła w zjazd na terminal trzeci, czując coraz większe drżenie w żołądku. Chociaż teraz byli małżeństwem, wyprawa na lotnisko wciąż budziła ekscytację. Hanna nie musiała po niego przyjeżdżać, prawdę mówiąc, byłoby szybciej, gdyby Mark do miasta wrócił taksówką, zwłaszcza w taką noc jak dzisiejsza, ale podróż, czekanie w hali przylotów, tłum przed barierką: wszystko to przypominało jej o czasach przed ślubem, kiedy JFK i Heathrow były biegunami, wokół których obracało się tak wiele wspólnych weekendów.

Jak zwykle dwa pierwsze poziomy parkingu były zapełnione. Niechętnie wjechała na poziom trzeci, gdzie znalazła wolne miejsce koło korytarzyka z automatami biletowymi. Pośpiesznie przejrzała się w lusterku, wysiadła i ruszyła do windy.

W hali przylotów było tłoczno nawet jak na piątkowy wieczór. Pod nisko zawieszonym sufitem czekały setki ludzi z twarzami wypranymi z koloru przez ostre światło lamp. Zgromadzili się w trzech, czterech rzędach w środku hali i wzdłuż sklepików: zwyczajowy tłum kierowców z nazwiskami na kawałkach kartonu, turyści z plecakami ubrani w szorty i T-shirty, które przeklną w chwili, gdy wyjdą na zewnątrz, oraz cała liczna dwudziestopięcio-, może trzydziestoosobowa rodzina w tradycyjnych afrykańskich strojach, istne szaleństwo barw i wzorów.

Hanna przepchnęła się do monitorów i zobaczyła, że samolot Marka właśnie wylądował. Minie kwadrans, dwadzieścia minut, zanim wyjdzie, kupiła więc kanapkę w małym sklepie Marks and Spencer i usiadła na jednej z ławek po drugiej stronie hali. Wcześniej tego dnia była w delikatesach, gdzie zaopatrzyła się w bagietkę i kawałek naprawdę dobrego sera roquefort, co z kieliszkiem wina Markowi zazwyczaj zupełnie wystarczało po wieczornym locie, ale za bardzo chciało się jej jeść, żeby na niego czekać. Od lunchu nie miała nic w ustach: popołudniowa rozmowa w AVT odbyła się o wiele później, niż się spodziewała, i dopiero po siódmej wieczorem wysiadła z metra na Parsons Green.

Z ławki obserwowała, jak automatyczne drzwi wypuszczają nieregularny strumyk ludzi. Na monitorze widniała długa lista lotów ze sporymi opóźnieniami. Teraz wychodzili pasażerowie samolotu z Freetown, jak przypuszczała, czyli dwa loty przed samolotem Marka; byli spóźnieni o półtorej godziny. Patrzyła, jak szczupły, mocno opalony mężczyzna w dżinsach i koszuli khaki wodzi spojrzeniem po tłumie. Zza bariery przepchnęła się młoda kobieta z twarzą rozjaśnioną radością i rzucając mu się w ramiona, całowała go w sposób, który starszego mężczyznę siedzącego obok Hanny skłonił do pełnego dezaprobaty prychnięcia. Znowu poczuła drżenie w żołądku. No, Mark, pośpiesz się.

Przypomniała sobie, jak przed przeprowadzką do Londynu czekała na Marka po drugiej stronie Atlantyku. Terminal siódmy na JFK, z którego korzystały American Airlines, był dość surowy, żadnych kafejek czy sklepów pozwalających zabić czas, tylko barek kawowy i kilka rzędów twardych plastikowych krzeseł. Zawsze zabierała laptop na wypadek, gdyby samolot się spóźnił, chociaż nie potrafiła skupić się na pracy, bo podrywała głowę za każdym razem, kiedy ktoś wychodził zza barierki. Nie chciała przegapić chwili, gdy Mark ją dostrzega i uśmiech rozlewa się na jego twarzy. Na początku ten uśmiech ustępował miejsca przesadnemu komicznemu szczerzeniu zębów, jakby Mark usiłował zamaskować zakłopotanie wywołane zdradzeniem swoich uczuć, ale to wkrótce się skończyło i ustaliła się regularna sekwencja zdarzeń: tulił ją tak mocno, że się bała, że połamie jej żebra, wsiadali do taksówki i jechali prosto do mieszkania i łóżka. Później się ubierali i szli za róg do Westville przy Dziesiątej Ulicy na hot dogi.

Teraz drzwi otwierały się częściej, wypuszczając stały strumień ludzi. Wielu z nich mówiło z amerykańskim akcentem, co sugerowało, że przylecieli samolotem Marka; loty tuż przed i po były z Egiptu i Maroka. Kilku mężczyzn w garniturach z walizkami, dwie pary, rodzina zmagająca się z chwiejną wieżą bagażu na wózku, którego koła się zacinały. Kilkulatek pierwszy zobaczył tatę, uwolnił rączkę z dłoni mamy i na tłustych nóżkach popędził ku niemu pod barierką, rozśmieszając wszystkich dokoła.

Po dwudziestu pięciu minutach Hanna wiedziała, że musi być jakiś zator. Mark niemal zawsze był w pierwszej fali wysiadających, a tym razem zabrał tylko małą skórzaną torbę, nie musiał więc czekać na bagaż. Może zostawił coś w samolocie i wrócił po to, a może zatrzymano go na wyrywkową dokładną kontrolę. Odsunęła rękaw i spojrzała na zegarek marki Rotary, prezent od mamy na rozpoczęcie studiów. Pięć po dziesiątej. Wybrała numer Marka na blackberrym, ale zmieniła zdanie: telefon do niego wszystko zepsuje. Poczeka jeszcze dziesięć minut i wtedy zadzwoni, jeśli będzie musiała.

Po kwadransie jednak amerykański akcent zniknął, większość osób wchodzących do hali przylotów rozmawiała po hiszpańsku z szybkością karabinu maszynowego. Poza Hanną tak długo czekał tylko mężczyzna po pięćdziesiątce ubrany w granatowy sweter i sztruksy, a teraz pojawiła się jego córka. Hanna zastanawiała się, czy czegoś nie pomyliła, ale nie, była pewna, że Mark powiedział: piątek o zwykłej porze.

Wybrała jego numer. Momentalnie odezwała się poczta głosowa i Hanna przerwała połączenie, nie zostawiając wiadomości. Spóźnienie się na lot nie było w stylu Marka, ale może właśnie tak się stało: nie zdążył na pierwszy samolot i zdołał kupić bilet na późniejszy. Już raz tak zrobił, kiedy wracał do Nowego Jorku z Toronto.

Ponownie spojrzała na monitory. Lotu Marka już nie wyświetlano, ale były dwa kolejne z Nowego Jorku, jeden samolot właśnie wylądował, drugi podchodził do lądowania. Może Mark leciał jednym z nich. Jeśli tak, wyśle esemesa lub zadzwoni, gdy będzie mógł włączyć telefon.

Tłum się przerzedził i tym razem zajęła miejsce przy barierce naprzeciwko drzwi – Mark nazywał to „złotym punktem”. Sprawdzając telefon co kilka minut, czekała do dziesięć po jedenastej, niemal następną pełną godzinę. Kiedy ostatnia partia Amerykanów przeszła przez drzwi, znowu do niego zadzwoniła i znowu odezwała się poczta głosowa.

Hannę powoli ogarniał strach. Jeśli zmienił lot, dlaczego do niej nie zadzwonił? A może coś mu się stało w samolocie? Po raz kolejny zatelefonowała, po czym ruszyła w stronę wyjścia ewakuacyjnego. Punkty informacyjne linii lotniczych znajdowały się w hali odlotów; dostanie się tam szybciej, jeśli przejdzie przez dziedziniec pomiędzy dwoma budynkami, zamiast się wlec przez labirynt tuneli i ruchomych schodów.

Na placu hulał wiatr, w porywach miotając deszczem jak ławicami małych rybek, unosząc go na moment i zaraz uderzając nim w ziemię. Był tak silny, że wyrwał ciężkie drzwi z ręki Hanny i zatrzasnął za jej plecami. Nad głową kolejny samolot przedzierał się przez chmury, silniki napełniały powietrze okropnym hukiem. Hanna schyliła głowę i pobiegła.

Zajęło jej to najwyżej trzydzieści sekund, mimo to gdy przekraczała próg, musiała odgarnąć z twarzy mokre włosy. W porównaniu z halą przylotów terminal trzeci był uosobieniem doskonale oświetlonej, przestronnej nowoczesności, kiedy jednak Hanna znalazła stanowisko American Airlines, z których usług zwykle korzystał Mark, pracownica wkładała kurtkę.

– Już wyłączyłam komputer – oznajmiła, nie podnosząc wzroku.

– Chcę się tylko dowiedzieć, czy mój mąż dzisiaj wieczorem przyleciał z Nowego Jorku.

– Och. – Kobieta spojrzała na Hannę i twarz jej pojaśniała. – Ale i tak nie mogłabym tego pani powiedzieć. Ochrona danych, prawda?

Hannę jak zwykle zalała fala irytacji na małoduszną biurokrację.

– Naprawdę? To mój mąż.

– Przykro mi. – Kobieta wzruszyła ramionami, najwyraźniej ucieszona z okazji do okazania swojej władzy, i rozdrażnienie Hanny skrupiło się na niej. To, że się pracuje w bliskim sąsiedztwie sklepów bezcłowych, nie jest usprawiedliwieniem dla takiego cholernie mocnego makijażu. Ile ona właściwie ma lat pod tą maską pośmiertną z podkładu?

– Proszę posłuchać – Hanna położyła dłonie na blacie – muszę wiedzieć, czy mąż jest bezpieczny. Mogłaby mi pani przynajmniej powiedzieć, czy dzisiaj wieczorem były jakieś problemy z lotami z Nowego Jorku?

Kobieta westchnęła.

– Nic w tym rodzaju, tylko opóźnienia spowodowane wiatrem.

– Dzięki Bogu.

Hanna była w połowie hali, zanim zaczęła się zastanawiać, dokąd idzie. Znowu zadzwoniła do Marka i znowu nic. Tym razem zostawiła wiadomość.

– Cześć, to ja. Jestem na Heathrow, a ty gdzie się podziewasz? Przyjechałam po ciebie, ale nie wydaje mi się, żebyś tu był. Jeśli jesteś, zadzwoń. – Zawahała się. – Mam nadzieję, że wszystko w porządku. Odezwij się, jak to odsłuchasz, bo martwię się o ciebie. – Zaśmiała się, by dać mu do zrozumienia, że zdaje sobie sprawę z własnej niedorzeczności: Mark był ostatnią osobą, która uwikłałaby się w jakąś awanturę, skoro więc samoloty były bezpieczne, to on też.

Rozłączyła się. Do kogo powinna zadzwonić? Do Neeshy, asystentki Marka? Nie, dochodziło wpół do dwunastej. Poza tym gdyby Neesha wiedziała, że jest problem, dałaby Hannie znać. To samo dotyczyło Davida, wspólnika Marka. Tym razem Mark sam pojechał do Ameryki, nie było więc możliwości sprawdzenia u kogoś innego, czy wszystko w porządku. Jeśli nie odezwie się do niej dzisiaj w nocy, będzie musiała poczekać do rana, zanim zacznie wydzwaniać.

Na parkingu krótkoterminowym ledwo zdołała powstrzymać impuls wymierzenia kopniaka automatowi z biletami.

– Dwanaście funtów za gówniane dwie godziny? – Jej głos odbił się echem od pustego korytarza.

Autostrada M4 do Londynu także opustoszała, uliczne latarnie rzucały samotne kręgi światła na jezdnię. Przy Brentford, gdzie droga prowadziła przez wzniesienie, Hanna zajrzała do biur opuszczonych do poniedziałku i na widok upiornych zarysów biurek, krzeseł i komputerów naszła ją przerażająca myśl, że patrzy na wizję własnej kariery, odległej, blaknącej, zamkniętej za szkłem, przez które może ją zobaczyć, ale już jej nie dotknie.

Na Quarrendon Street zgasła ostatnia iskierka nadziei. Gdyby Mark wrócił do domu przed nią, widziałaby światła w każdym oknie, ale dzisiaj wieczorem były ciemne, tak jak je zostawiła.

Lynda, jego sprzątaczka – ich sprzątaczka – pracowała dzisiaj i w powietrzu unosił się silny zapach pasty do mebli. W kuchni Hanna zdjęła z regału butelkę wina, nalała do kieliszka i usiadła przed laptopem, żeby sprawdzić mejle. BlackBerry miewał okresy, kiedy godzinami nie było nowych wiadomości, a potem równocześnie pojawiało się całe ich stado. Teraz tak nie było, i na telefonie, i na komputerze ostatnią wiadomość przysłał jej brat, pytając, jak poszła jej rozmowa o pracę.

Otworzyła nowego mejla i zaadresowała go do Marka.

Cześć, nieobecny na Heathrow, wystukała. Podejrzewam, że albo nadal siedzisz w samolocie, albo coś się stało z Twoim telefonem, dlatego piszę mejla. Daj mi znać, co się dzieje. Brakuje mi Ciebie na Quarrendon Street. Dom – i łóżko – są takie puste…

Napiła się wina; było przepyszne, Mark inaczej rozumiał ideę wina na codzienny użytek i plasował je w innym zakresie cenowym niż ona. Wstała i z kieliszkiem w dłoni poszła do drzwi tarasowych prowadzących na małe podwórko za domem. Kiedy osłaniała oczy przed światłem z pokoju, widziała kamienie, którymi było wyłożone, oraz krzewy i ozdobną wiśnię w głębi. Wiatr narobił solidnego bałaganu. Jedno z drewnianych krzeseł przeleciało na drugi koniec i wylądowało na podłużnej kamiennej donicy, w której latem Hanna hodowała pomidory, wszędzie leżały liście i gałązki. Jutro posprząta, jeśli przestanie padać.

Na niebie samolot leciał w kierunku Heathrow, to wyłaniając się zza chmur, to się za nimi chowając. Mark pewnie nadal jest w powietrzu, powiedziała sobie, za kilka godzin położy się obok niej, a ona się obudzi i dostanie zawału, myśląc, że to włamywacz.

Odwróciła się w stronę pokoju i znieruchomiała. Od czasu do czasu wciąż przydarzały się jej momenty, gdy od nowa zdumiewała ją wielkość domu. Poczuła oszołomienie, słysząc od Marka, że kupił go przed trzydziestką, oba domy przy tej ulicy, które sprzedano, odkąd się wprowadziła, osiągnęły cenę ponad dwóch milionów funtów.

– Ale tak jest teraz – powiedział. – Ja mam ten dom od dwunastu lat, na długo przed wielkim boomem, i był wtedy zrujnowany. Kupiłem go od starszego małżeństwa, które nic w nim nie robiło od lat sześćdziesiątych. Musiałem przeprowadzić remont generalny, założyć nową kanalizację i elektryczność, odnowić całą resztę.

– Mimo to…

Wzruszył ramionami.

– Miałem szczęście, firma dobrze sobie radziła, cena była odpowiednia. Dom okazał się świetną inwestycją.

Musiała się przyzwyczaić, że teraz to jest jej kuchnia. Uwielbiała kuchnię w nowojorskim mieszkaniu z odsłoniętymi ceglanymi murami i otwartym wejściem do dawnych pomieszczeń magazynowych, chociaż patrząc obiektywnie, była tylko dwumetrowym odcinkiem korytarza. Gotowanie wymagało manewrów jak w tej grze, w której przesuwa się ruchome kwadraty, by ułożyć obrazek, ciągle musiała znajdować nowe miejsca na talerze, noże i deski do krojenia na niewielkim blacie, na piecu, na taborecie. Ta kuchnia była dziesięć razy większa. Gdyby kiedyś – rzecz nieprawdopodobna – Hanna zapragnęła przyrządzić posiłek dla trzydziestu osób, zrobiłaby to, mając niezbędne sprzęty w zasięgu ręki.

Wszystko tu było wielkie, po prostu wszystko, i gdyby nie dobry gust, z jakim ją urządzono, kuchnia wyglądałaby na ostentacyjną. Jedną ścianę zburzono, by wykorzystać ścieżkę wzdłuż domu, dzięki czemu szerokość, już wynosząca sześć metrów, powiększyła się o prawie dwa kolejne. Sufit był wysoki, część zewnętrzną wyłożono wielkimi taflami szkła, przez co pomieszczenie miało dużo światła, a podłogę pokrywały płyty z łupku walijskiego z ogrzewaniem podłogowym na zimę. Na wyposażenie składały się stalowe blaty, piec w rozmiarze restauracyjnym oraz podwójna lodówka w amerykańskim stylu, która stała w głębi, tuż koło drzwi do salonu.

– Mała nie wchodziła w grę – wyjaśnił Mark. – Lodówka w moim mieszkaniu w Tribece była jak garderoba, po niej straciłem ochotę na mniejsze.

– Jesteś strasznie rozpuszczonym bachorem.

– Nie przeczę. – Uśmiechnął się do niej i jego oczy otoczyła siateczka zmarszczek.

Czując przypływ tęsknoty za mężem, Hanna wróciła do laptopa i ponownie zaczęła szukać informacji o lotach z Nowego Jorku, nie tylko z lotniska JFK, ale też Newark i LaGuardia. Nic. Zaczynasz popadać w nerwicę, powiedziała sobie, martwisz się bez uzasadnionego powodu. Wyjaśnienie jest proste, Mark jutro wróci do domu. Wszystko jest w porządku.

Rozdział 2

Kiedy Hanna się obudziła, światło otaczało krawędzie zasłon. Druga strona łóżka była pusta, ale przecież w czasie podróży służbowych Marka często budziła się sama, dlatego minęła chwila, nim sobie przypomniała, że dzisiaj wcale nie tak miało być. Oparła się na łokciu i sięgnęła po blackberry’ego. Żadnych nowych wiadomości.

Położyła się i przez minutę rozmyślała, później odrzuciła pościel i wstała. Ulubiony szary kaszmirowy sweter wisiał na krześle, włożyła go na piżamę. Na dole na wycieraczce leżała poczta: rachunek za prąd, wyciąg z banku Coutts dla Marka i kolejna reklamówka z Savills z pytaniem, czy zamierzają sprzedać dom. Położyła rachunek i wyciąg na stoliku w holu, gdzie leżała wczorajsza poczta, i poszła do kuchni.

Czekając, aż zagotuje się woda, sprawdziła mejle w laptopie, tak na wszelki wypadek, ale były same śmieci. Penrose Price też się nie odezwał, a rozmowa o pracę odbyła się przed tygodniem. Na tej posadzie naprawdę jej zależało, AVT nie należało do tej samej ligi. Jeśli jednak mieliby zamiar powiadomić ją o decyzji mejlem, nie zrobiliby tego w sobotę, poza tym wysłaliby list papierowy, to była tego rodzaju firma. Tak czy owak kwestią czasu było, kiedy niezależnie od formy otrzyma odpowiedź odmowną; gdyby wiadomość była dobra, już by ją usłyszała.

Pijąc kawę, zastanawiała się, co powinna zrobić. Może Mark załapał się na nocny lot i niedługo wyląduje na Heathrow. Zadzwoniła do niego. Znowu poczta głosowa. Nie zostawiła wiadomości; zrobiła to wczoraj wieczorem, później wysłała mejla i Mark z pewnością wie, że żona zadaje sobie pytanie, co się dzieje. Poczuła ukłucie rozdrażnienia z powodu tego braku troski o jej emocje – jak trudne może być wybranie numeru i zostawienie dwudziestosekundowej wiadomości? – choć zaraz ogarnął ją niepokój. Stało się coś złego. To nie było w jego stylu: nie zdarzyło się, żeby bez uprzedzenia nie wrócił do domu o ustalonej porze.

Zegar pokazywał za pięć dziewiąta, trochę za wcześnie jak na sobotę, ale Neesha miała trzyletnie dziecko i pewnie już dawno była na nogach. Hanna przewinęła listę kontaktów, szukając jej numeru.

Asystentka Marka, piękna półkrwi Francuzka, półkrwi Hinduska, wychowała się w Afryce Południowej, ale kształciła w London School of Economics, gdzie poznała Stevena, którego potem poślubiła. Miała dwadzieścia siedem lat, ostatnimi czasy Mark pozwalał jej prowadzić własne niewielkie projekty, ponieważ się obawiał, że Neesha odejdzie, jeśli szybko nie awansuje. Jej syn Pierre pojawił się na świecie jakieś dziesięć lat wcześniej, niż planowała, powiedziała Hannie na letniej imprezie DataPro, ale to nie wpłynęło na jej ambicje. Mark stwierdził, że jeśli w roli menadżera projektu Neesha okaże się tak samo skuteczna jak w roli asystentki, to spodziewa się, że już po pięciu latach będzie zajmowała najwyższe stanowisko w jego zespole.

Po sześciu, siedmiu sygnałach w komórce włączyła się poczta głosowa i głos Neeshy poprosił o zostawienie wiadomości.

Hanna odchrząknęła, bo nagle poczuła, że ma sucho w gardle.

– Cześć, Neesha. Mówi Hanna Reilly. Przepraszam, że przeszkadzam ci w weekend, ale czy mogłabyś do mnie zadzwonić, kiedy to odsłuchasz?

Po dwóch grzankach i pobieżnym przejrzeniu wiadomości w sieci Hanna poszła na górę i włożyła strój do biegania. Nie przepadała za bieganiem – Och, bądź szczera, Hanno, odezwał się jej wewnętrzny głos, ty tego nienawidzisz – ale od trzech, może czterech miesięcy wprowadziła je w skład tego, co w duchu uważała za harmonogram dnia zapewniający zdrowie psychiczne. Zdawała sobie sprawę, a ta świadomość była przerażająca, jak łatwo mogłaby popaść w depresję z powodu swojej sytuacji, gdyby jej dni nie miały schematu wymagającego niejakiej dyscypliny i ćwiczeń fizycznych. Oczywiście nie chodziło o życie z Markiem (kiedy mu o tym powiedziała, zapytał, czy jest z nim nieszczęśliwa, a ona spojrzała na niego jak na wariata), ale o pracę czy raczej jej brak.

Pobrali się prawie osiem miesięcy temu, Hanna jednak została w Nowym Jorku jeszcze przez trzy. Mark częściej pracował w amerykańskim biurze DataPro i planowali, że tutaj się przeniesie, a londyński oddział będzie odwiedzał. Jego nowy partner David przejąłby kierownictwo. Po mniej więcej miesiącu rozmowy o tym stały się rzadsze, a potem pewnego piątkowego wieczoru Mark przyleciał z Londynu z winą wypisaną na twarzy. Przyrządził martini według własnego przepisu – wódkę z likierem żurawinowym – i powiedział, że konsultanci, których zatrudnili do przeprowadzenia analizy kosztów, zdecydowanie zalecili zamknięcie biura w Stanach. Mark wielokrotnie przyglądał się liczbom i widział, że to rozsądne posunięcie.

– Jesteś pewien? – zapytała wtedy ze ściśniętym sercem.

– To zalecenie zajmowało pierwsze miejsce na liście i prawdę mówiąc, jako jedyne miałoby realny wpływ na koszty operacyjne. Mnie też się to nie podoba, wiesz przecież, że oddział w Nowym Jorku zawsze był moim celem, ale w gruncie rzeczy możemy interesy z Amerykanami prowadzić z Londynu. Nasza fizyczna obecność tutaj nie jest do tego potrzebna. Tak mi przykro, Han.

Zarabiał jakieś pięć razy więcej niż ona, poza tym była tylko pracownicą, a nie właścicielką firmy. Należało też wziąć pod uwagę kwestię wiz, oboje byli Brytyjczykami, więc Londyn stanowił najłatwiejsze rozwiązanie, w dodatku Hanna wynajmowała mieszkanie w West Village, a Mark już miał dom. Zanim usłyszała to od niego, sama już doskonale wiedziała, że jeśli mają mieszkać razem, wszystkie argumenty przemawiają za jej przeprowadzką, dlatego po bezowocnych próbach przekonania Leona, jej szefa, że powinna w Londynie otworzyć filię jego firmy, Hanna pięć miesięcy temu zrezygnowała z pracy, spakowała się i wysłała rzeczy do Anglii. W taki sposób zakończyła siedmioletni pobyt w Nowym Jorku. Dopóki nie poznała Marka, myślała, że będzie tu mieszkać do końca życia.

Pomijając to, że bardzo chciała z nim być, zdumiała ją radość, jaką sprawił jej powrót do Londynu. Przed poznaniem Marka przyjeżdżała tu dość często w odwiedziny do brata, rodziców i przyjaciół, chociaż po dwóch, trzech latach zaczęła się czuć jak turystka oglądająca wszystkie interesujące miejsca, restauracje, galerie, nowe knajpy, ale z miastem nic naprawdę jej nie łączyło, nie miała z nim codziennych relacji.

To uczucie teraz niemal całkiem wyparowało, uroczo było wrócić do pewnych brytyjskich zwyczajów, za którymi tęskniła. W zeszłym tygodniu poszli z Markiem do Bishops Park podziwiać fajerwerki w Noc Guya Fawkesa. Imponujące jak fajerwerki na czwartego lipca organizowane przez Macy’ego, chociaż w niej nie wywołały rezonansu emocjonalnego, nie poruszały nawarstwionych wspomnień z dzieciństwa, kiedy z rodzicami i Tomem jedli jabłka w polewie w poświacie potężnego ogniska, na które tygodniami składano suche chwasty, połamane palety, spróchniałe części płotów, aż osiągało wysokość pięciu, sześciu metrów. W Bishops Park oczywiście nie było tak samo, palenia ogniska zabraniały przepisy przeciwpożarowe, ale wilgotna listopadowa trawa pachniała identycznie jak w Worcestershire i Hanna uwielbiała patrzeć na płynącą na granicy parku Tamizę, w której tafli odbijały się refleksy błękitu, zieleni i czerwieni z fajerwerków.

W holu usiadła na ostatnim stopniu, żeby włożyć buty do biegania. Wyszła z domu i schowała klucz w zapinanej na zamek błyskawiczny kieszeni kurtki. Niski żywopłot przy murze był mokry od nocnego deszczu, na doskonałej pajęczynie rozpiętej między słupkami krople wisiały niczym szklane paciorki. Hanna ostrożnie otworzyła furtkę, by jej nie zerwać.

Poszła Quarrendon Street, stawiając długie kroki, by rozciągnąć mięśnie nóg. Poznawała już niektórych sąsiadów, w każdym razie z widzenia, i ukłoniła się lokatorowi spod numeru dwudziestego trzeciego; zbliżał się ku niej chodnikiem z upchniętymi pod pachą „Telegraphem” i torbą z croissantami z delikatesów, jak się domyślała. Ze swą pytającą miną i siwymi włosami sięgającymi aksamitnego kołnierza płaszcza trzy czwarte z wielbłądziej wełny przypominał jej Billa Nighy’ego. Był typowym reprezentantem tutejszych mieszkańców dzielących się generalnie na dwie kategorie: albo bogate rodziny codziennie rano odprowadzające dzieci w nieskazitelnych mundurkach i słomianych kapelusikach do pobliskiej prywatnej szkoły podstawowej, albo dobrze zakonserwowani starsi ludzie, których potomstwo już wyfrunęło w świat. W tej okolicy dwudziestokilkuletni kawalerowie zasadniczo nie kupowali domów, były o wiele modniejsze dzielnice niż Fulham, poza tym nie dość, że nieruchomości słono tu kosztowały, to jeszcze wcale nie uważano ich za szpanerskie. Mark mógł wybrać jakiś ogromny loft w Docklands albo na East Endzie, cały w szkle i chromie, z wielkimi skórzanymi sofami, a zamiast tego zdecydował się na tradycyjny wiktoriański rodzinny dom. Hanna go za to kochała.

Przeszła na drugą stronę New King’s Road i wolno pobiegła chodnikiem. Z drzew, które osłaniały przypominające weselny tort domy w stylu regencji, kapało obficie, woda tworzyła wzory na opadłych liściach leżących grubą namokłą warstwą na ziemi.

Hanna od razu zdawała sobie sprawę, że będzie trudno znaleźć nową pracę, zwłaszcza taką, jaką miała w Nowym Jorku, ale bardzo się pomyliła w ocenie stopnia trudności. Sądziła, że ze swoim amerykańskim doświadczeniem i reputacją autorki kampanii, które doskonale sobie radziły po obu stronach Atlantyku, zdoła znaleźć nową posadę w ciągu trzech, czterech miesięcy, nawet w obecnej sytuacji ekonomicznej.

– Pracodawcy zawsze zatrudniają najlepszych kandydatów – powiedział Mark, kiedy pierwszy raz o tym rozmawiali. – Może trochę potrwać, zanim otworzy się możliwość, na której ci zależy, ale nie martw się, że nie dostaniesz pracy. Będą chcieli cię przyjąć, więcej, będą się o ciebie bili.

Tylko że wcale się nie bili. Minęło pięć miesięcy i chociaż odbyła trzy finalne rozmowy, żadnej propozycji nie otrzymała. Na początku czuła się pewnie i składała podania tylko o pracę równorzędną z tą, którą miała u Leona, kiedy jednak minęły trzy, cztery miesiące, zaczęła obniżać wymagania. Mówiła sobie, że to logiczne, w kraju panuje recesja, miejsc pracy jest mało, może arogancją z jej strony było przekonanie, że natychmiast znajdzie atrakcyjną posadę, w końcu u Leona latami pięła się w górę, ale kiedy tych gorszych także nie dostała, zaczęła myśleć, że to ona jest problemem.

– Nie – oznajmił Mark, gdy w zeszłą niedzielę spacerowali po Richmond Park. Wziął jej rękę i schował pod swoim ramieniem, przyciągając ją do ciężkiej granatowej wełny swojej kurtki. Przytuliła się do niego i obserwowała, jak obłoczki ich oddechów łączą się w jeden. Chociaż listopad dopiero się zaczynał, w nocy był przymrozek i ziemia skrzypiała im pod stopami. Nieosłonięte czapką koniuszki uszu Marka poróżowiały. – To tylko recesja – mówił. – Wiesz, że jesteś dobra, i znajdziesz właściwą pracę. To jak ze wszystkim, czekasz i czekasz, aż w końcu jesteś na skraju wytrzymałości, ale kiedy myślisz, że zaraz eksplodujesz albo skoczysz z Beachy Head, sprawa się rozwiązuje.

– A cóż ty wiesz o Beachy Head, panie wielki biznesmenie od dwudziestego piątego roku życia? – odparła, szturchając go łokciem w bok, chociaż miał rację z tym czekaniem. Po skończeniu uniwersytetu szczęście jej dopisało („Szczęście nie miało z tym nic wspólnego”, powtarzał Mark) i dostała jedno z kilku miejsc przeznaczonych dla absolwentów w agencji reklamowej J. Walter Thompson, potem na prawie rok utknęła w mniejszej agencji, z której musiała odejść, bo w przeciwnym razie zanudziłaby się chyba na śmierć. Myślała, że jeśli zrobi kolejną kampanię reklamową karmy dla psów, po prostu oszaleje. Posada u Leona ją uratowała, dzięki Bogu, ale teraz znowu znalazła się w takiej sytuacji. A właściwie gorszej, bo wtedy przynajmniej miała pracę, nawet jeśli polegała na zachwalaniu koniny. Teraz z każdym mijającym tygodniem coraz wyraźniej uświadamiała sobie rosnącą odległość pomiędzy nią a płatną pracą i malejące znaczenie jej ostatnich kampanii. Wartość Hanny się obniżała.

Jej oddech przyśpieszył, gdy zbliżając się do Eel Brook Common, zwiększyła tempo. Pokonała zygzakiem podwójną barierkę mającą na celu zniechęcenie rowerzystów do korzystania z parku i wbiegła na trawę. Grunt był namoknięty i trudny dla stóp, ale Hanna zmusiła się do przemierzenia dwóch boków prostokąta i zatrzymała się dopiero przy małym placu zabaw w rogu. Radziła sobie coraz lepiej, choć nigdy nie będzie urodzoną biegaczką, jak ci, którzy ją mijali, pędząc dwa razy szybciej niż ona, i równo, ledwo słyszalnie oddychając. Była w dobrej kondycji, ale nie miała odpowiedniej budowy ciała, tak brzmiała jej teoria, gdyby należała do wysokich i prostych jak struna, byłoby o wiele łatwiej. Mark zaproponował, żeby raczej chodziła na siłownię, ponieważ jednak nie pracowała, nie czuła się dobrze na myśl o wydawaniu osiemdziesięciu funtów miesięcznie. Roześmiał się i odparł, żeby nie zapominała, że są małżeństwem, to, co jego, jest także jej, mimo to nie potrafiła się na to zdobyć.

Odpięła kieszeń i wyjęła komórkę, żeby sprawdzić, czy nie przegapiła sygnału. Nic. Spojrzała na zegar: dziesiąta dwadzieścia. Przy pięciogodzinnej różnicy czasu będzie musiała zaczekać co najmniej do wpół do drugiej, żeby w rozsądnej porze zadzwonić do znajomych w Nowym Jorku z pytaniem, czy Mark się z nimi kontaktował, zwłaszcza w sobotę. Schowała telefon i wyciągnęła ręce za głowę, czując napięcie w mięśniach szyi i ramion. Dwa metry od niej przysadzisty labrador z zadowoleniem obwąchiwał porzuconą torbę czipsów, dopóki nie przerwała mu właścicielka, odrywając się od rozmowy i ostro go przywołując.

Hannie zrobiło się zimno i znowu zaczęła się ruszać. W tygodniu ćwiczenia pomagały jej w poczuciu, że ma cel, a przynajmniej coś do zrobienia. Codziennie godzinami czytała prasę branżową, oglądała nowe kampanie reklamowe, wysyłała mejle do znajomych z pytaniem, czy słyszeli o wolnych etatach, jeśli jednak pozwalała, by jej myśli rozproszyły się na dłużej niż kilka minut, miała wrażenie, że dzień zmienił się w długie, absolutnie nijakie zbocze, po którym będzie się zsuwać i nic jej nie zatrzyma. To samo zdarzyłoby się dzisiaj, gdyby do tego dopuściła. Dyscyplinowała się, żeby nie szukać pracy w weekendy, nawet sztucznie odróżnić je od dni roboczych, dzisiaj jednak musiała znaleźć sobie jakieś zajęcie, żeby zagłuszyć coraz wyrazistsze wrażenie, że dzieje się coś złego.

Po dwóch wyczerpujących okrążeniach ruszyła do domu. Ponownie sprawdziła telefon i laptop, po czym poszła na górę wziąć prysznic. Mark odnowił łazienkę w tym samym czasie co kuchnię i chociaż nie była wielka, to bez dwóch zdań najbardziej wytworna, jaką Hanna widziała w prywatnym domu. Całe wyposażenie, prysznic, wanna, dwie jednakowe umywalki, było smukłe i białe, w kontraście do szarych kafelków na podłodze i ciemnego, niemal czarnego drewna, którego nazwy zapomniała. Czy Mark powiedział, że to wenge? Nie miała pewności. Z trzema pięknymi wysokimi orchideami i ręcznikami po każdym wyjęciu z suszarki wyglądającymi tak, jakby właśnie przywieziono je ze sklepu White Company, to mogła być hotelowa łazienka, Mark jednak uniknął takiego wrażenia, ponieważ zachował oryginalne cechy, architrawy i wiktoriański witraż w oknie, dzięki czemu pomieszczenie było stylowe i luksusowe.

Kiedy wycierała włosy ręcznikiem, zadzwonił telefon, który zostawiła na komodzie za drzwiami. Pochylając się po niego, spojrzała na zegar przy łóżku. Jedenasta: przypuszczalnie za wcześnie, jeśli nadal był w Nowym Jorku. To pewnie Neesha.

– Hanna?

Mark. Zalała ją fala głębokiej ulgi.

– Żyjesz – powiedziała, wypuszczając powietrze z płuc. – Dzięki Bogu, już zaczynałam się zastanawiać, czy zostawiłeś instrukcje dotyczące pogrzebu. – Podeszła do łóżka i usiadła. – Co się dzieje?

– Bardzo przepraszam, że nie zadzwoniłem wczoraj wieczorem. Boże, to była kompletna katastrofa, naprawdę, Han, jakaś farsa. Po pierwsze facet utknął w korku i przyjechał trzy kwadranse spóźniony, więc de facto samolot miałem z głowy, zanim zaczęliśmy, ale umawialiśmy się na to spotkanie od pół roku, więc uznałem, że pieprzyć to, polecę później. Śniadanie przeciągnęło się niemal do wpół do dziesiątej, potem pojechałem taksówką na lotnisko, ale oczywiście ruch był okropny i kiedy w końcu tam dotarłem, okazało się, że nie ma wolnych miejsc, wszystkie loty wykupione. Próbowałem prawie do trzeciej, bo może ktoś zrezygnuje, w końcu się poddałem i wróciłem do miasta.

– Dlaczego do mnie nie zadzwoniłeś?

– Chciałem z taksówki, ale zatelefonował David z problemem, którego rozwiązanie zajęło nam wieki, a potem pomyślałem, że będzie lepiej, jeśli się odezwę, jak będę wiedział, którym samolotem polecę. A kiedy na lotnisku chciałem wyjąć telefon, uświadomiłem sobie, że zostawiłem go w taksówce. Oczywiście nie zapamiętałem jej numeru, więc nie było szans na odzyskanie komórki, a było na niej wszystko: kontakty, zdjęcia.

– Dupek. – Rogiem ręcznika wytarła strumyk wody płynący jej po karku. Ogarnęła ją irytacja na męża. Pojechała na Heathrow w środku burzy, spędziła tam dwie godziny, w nocy wyobrażała sobie katastrofy lotnicze nad oceanem, na litość boską! – Dlaczego nie zadzwoniłeś z automatu? – zapytała, nie do końca maskując rozdrażnienie.

– Przyznaję to ze wstydem – odparł, a w jego głosie mimo dzielących ich pięciu tysięcy kilometrów istotnie brzmiało zakłopotanie – ale nie znam na pamięć twojego numeru. Bez komórki jestem załatwiony.

Zastanowiła się nad tym. Też nie miała pojęcia, jaki Mark ma numer, wiedziała tylko, że kończy się na 675. Zapisawszy go raz w swoim blackberrym, nie miała potrzeby uczenia się go na pamięć.

– Mogłeś mi posłać mejla.

– Chciałem, ale jak wróciłem do hotelu, okazało się, że wi-fi padło. Rozumiesz, co miałem na myśli, mówiąc o farsie? Potem, i to też mówię ze wstydem, przysiadłem na fotelu i zasnąłem. Kiedy się obudziłem, u was była północ i pomyślałem, że pewnie już jesteś w łóżku. – Westchnął. – Rano wi-fi działało i stąd mam twój numer. Przypomniałem sobie, że kiedy kilka tygodni temu umawialiśmy się na kolację, podałem go Pippie w mejlu. Boże, ale jestem stary. Moja szyja: spałem w tym fotelu przez jakieś trzy godziny z głową przekręconą na bok. Nie wydaje mi się, żebym dał radę się ruszyć.

Hanna czuła, jak jej irytacja słabnie. Ostatnio ciężko pracował, ciężej niż zwykle. W czasie recesji interesy w DataPro utrzymywały się raczej na stałym poziomie, a nie zwyżkowały, i Mark pilnował, by każdy klient został obsłużony najlepiej jak to możliwe oraz otrzymał wiodący projekt, bo dzięki temu firma zasłużyła sobie na dobrą renomę. A w dodatku pojawiła się kwestia wykupu. Miesiąc temu do Marka i Davida zgłosiła się amerykańska firma, jeden z ich największych konkurentów. Hanna sądziła, że Mark z miejsca odrzuci pomysł sprzedaży, ale on najpierw był nim zaintrygowany, a potem wręcz podekscytowany.

– Ja to widzę jako niezwykłą okazję – oznajmił przy śniadaniu kilka dni po pierwszej rozmowie z ewentualnymi nabywcami. Znieruchomiał z nożem nad grzanką, którą smarował masłem. – Prowadzę DataPro od dwudziestego trzeciego roku życia i pomysł robienia czegoś innego jest podniecający. Prawdę mówiąc, radosny. Po sprzedaży mógłbym wykorzystać pieniądze na założenie czegoś zupełnie innego. Ale jak wiesz, mam teraz czterdzieści lat i jestem żonaty…

– Naprawdę?

– Owszem.

– Nie miałam pojęcia. Szczęściara.

– Szczęściara albo tolerancyjna, zależy, kogo zapytasz. – Uśmiechnął się do niej. – Ale chciałbym spędzać więcej czasu z tobą, mniej w biurze. Może też w nie tak odległej przyszłości będę musiał wziąć pod uwagę inne osoby…

– Inne…? Och. – Nagle spoglądał na nią poważnie. Odwróciła wzrok i sięgnęła po dzbanek z kawą, zaskoczona intensywnością jego emocji. Chciała mieć dzieci, właściwie była pewna, że chce je mieć, ale dopiero przyzwyczajała się do tego pomysłu. Prawdę mówiąc, nadal przyzwyczajała się do myśli, że jest mężatką; czasami, kiedy była sama, ta świadomość budziła w niej coś na kształt strachu. Jak do tego doszło? Jeszcze niespełna rok temu była singielką.

– Jak myślisz, kiedy wrócisz? – zapytała teraz. – Uda ci się kupić bilet na jakiś dzisiejszy lot? Dzwoniłeś do linii lotniczych?

– Ha, w tym problem. Facetowi, z którym się wczoraj spotkałem, zależy na umowie z nami, tak sądzę, ale chce, żebym spotkał się z jego partnerem. On, to znaczy ten partner, cały tydzień spędził w Kalifornii, więc nie był dostępny wczoraj ani w czwartek. Do Nowego Jorku wraca w poniedziałek i zaproponował, żebyśmy wtedy porozmawiali.

– Ach.

– Wiem. Wczoraj powiedziałem, że nie mogę, ale skoro weekend i tak kompletnie spieprzyłem, rozsądniej jest zostać i załatwić sprawę, niż znowu tu przylatywać, zwłaszcza jeśli oni podpiszą kontrakt. Chcą się spotkać w poniedziałek po południu, więc złapałbym nocny lot i był w domu we wtorek rano. Nie masz nic przeciwko temu?

– Poza miażdżącym rozczarowaniem? – Roześmiała się lekko w nadziei, że to odwróci jego uwagę od faktu, iż naprawdę jest rozczarowana. – Nie bądź śmieszny, głuptasie, jasne, że nic przeciwko temu nie mam. To sensowne rozwiązanie. Jak sam powiedziałeś, to może być wielki kontrakt.

– Na tyle znaczący, by wpłynąć na potencjalną ofertę wykupu, tak mi się wydaje. Jeśli zobaczą, że nawiązujemy tego rodzaju współpracę, zwłaszcza z firmą amerykańską i zwłaszcza w takim momencie…

– To po prostu musisz to zrobić, prawda? Poza tym to tylko kilka dni, jakoś je przeżyję. Hej, skoro zostałeś sam jak palec w Nowym Jorku, możesz zadzwonić do Anta i Roisin, sprawdzić, czy mają czas.

– Świetny pomysł, chyba tak zrobię. Mogłabyś przesłać mi mejlem ich numer? – Usłyszała, jak coś pije, potem rozległ się szczęk filiżanki odstawianej na spodek. Niechęć do kubków była jednym z jego dziwactw i częstym tematem żartów Hanny. – Odezwali się z Penrose Price? – zapytał.

– Nie, a ja staram się o tym nie myśleć. Nic z tego nie będzie.

– Nie trać wiary.

– Pozamiatane. Dokumentnie.

– Zrelaksuj się w weekend, dobrze? Nie szukaj pracy.

– Nie będę.

– Może pójdziesz do Brytyjskiego Instytutu Filmowego i obejrzysz te dwa filmy Herzoga?

– Nie, tobie też na tym zależało, spróbujemy w tygodniu po twoim powrocie. Chyba zadzwonię do Toma, może umówimy się na kolację.

– Brzmi dobrze. A ja zajmę się tym, co aktualnie najważniejsze. Idę teraz do siłowni przekonać się, czy uda mi się przywrócić sprawność szyi, żebym przez cały weekend nie poruszał się jak Frankenstein. – Zniżył głos, teraz mówił bardziej intymnie. – Tęsknię za tobą. Nie planuj nic na wtorek, wezmę wolne popołudnie, jeśli będę mógł. Rozerwiemy się.

Wysuszyła włosy, ubrała się, po czym zeszła do kuchni i wysłała mu mejlem numery Anta i Roisin. Może Mark spotka się z nimi dzisiaj wieczorem na kolacji albo jutro na późnym śniadaniu w tej knajpce tuż za rogiem na Cobble Hill, gdzie serwują niesamowite jajka z papryką i żytnim tostem. Oraz koktajle mimosa – Boże, pomyślała Hanna, chętnie bym teraz jeden wypiła. Alkohol w ciągu dnia zwykle ją rozkładał, ale amerykański zwyczaj niedzielnych późnych śniadań z mimosami i krwawymi mary stanowił cywilizowany wyjątek. To była jedna z rzeczy w Nowym Jorku, których naprawdę jej brakowało.

Pomyślała o Marku siedzącym przy stole naprzeciwko Anta i Roisin i ogarnęła ją zazdrość. Kochała tych dwoje, byli jej najlepszymi przyjaciółmi w Stanach. Poznały się, kiedy Ecopure, firma, w której pracowała Roisin, zleciła agencji Hanny wykonanie reklam prasowych ekologicznych detergentów służących do utrzymania czystości w domu. Na początku współpracy Hanna zaprosiła Roisin na lunch i przeżyła coś na kształt zakochania, jeśli chodzi o głębię porozumienia, którą wtedy odkryły. Rozmawiały o życiu, rodzicach, miejscach, gdzie dorastały. Roisin powiedziała, że przeprowadziła się z San Francisco do Nowego Jorku, kiedy miała dziewiętnaście lat. Pracowała w trzech firmach, aż zaoszczędziła dość pieniędzy, żeby zrobić dyplom z marketingu. Hanna uwielbiała tę historię: wyłaniał się z niej obraz zdeterminowanej, opanowanej dziewiętnastoletniej Roisin. W następnym tygodniu umówiły się prywatnie na drinka i kiedy dobrze po północy chwiejnie wytoczyły się z jakiejś knajpki w East Village, Ro przytuliła Hannę i cokolwiek bełkotliwie wyznała, że od dnia, gdy poznała Anta, nie spotkała innej osoby, którą by tak bardzo polubiła jak ją.

To oni przedstawili Hannę Markowi. W zeszłym roku Ant dostał wielki awans i postanowili dodatkowe pieniądze wydać na wynajęcie letniego domku na Long Island. Zaczęli szukać dość późno, ale po dwóch tygodniach znaleźli stary, podniszczony dom w Montauk, kilka minut od plaży. Czasami jeździli tam sami, najczęściej jednak zapraszali na weekend przyjaciół z miasta. Wśród nich zawsze była Hanna i niemal zawsze dostawała jeden z dwóch pachnących morzem pokoików, z których rozciągał się widok na zatokę za domem. Pewnego razu, mniej więcej po półtora miesiąca od pierwszej wizyty, przyjechała taksówką ze stacji i zastała wysokiego, ciemnowłosego mężczyznę śpiącego na werandzie. Wyciągnięty na leżaku, z kapeluszem Roisin nasuniętym na oczy, długie gołe stopy opierał o drewnianą skrzynię, którą wykorzystywali jako stolik na drinki, a w jego dłoni grzał się ostatni łyk piwa Sam Adams. Spał tak smacznie, że nie obudził się nawet wtedy, gdy drzwi przesuwne wymknęły się Hannie z rąk i zatrzasnęły za jej plecami niczym paszcza.

Na kuchennym stole leżała kartka z informacją, że pozostali są na plaży. Poszła tam, znalazła Ro na zwykłym miejscu pod wydmami i zapytała, kim jest ten facet.

– Mark. Nowy przyjaciel Anta – odparła Roisin, pochylając się, by mocniej zawiązać na szyi ramiączka bikini. – Kilka tygodni temu poznali się na wieczorze kawalerskim Harry’ego i z miejsca przypadli sobie do gustu. A przy okazji, to twój rodak. Też jest Brytyjczykiem.

– Naprawdę? – Hanna posmarowała się kremem z faktorem 25, już czując pieczenie na ramionach. Słońce świeciło tak oślepiająco, że nawet przez okulary słoneczne plaża wydawała się wyprana z kolorów. Tego lata po raz pierwszy było tu tak tłoczno, szeroki pas białego piasku zapełniały grupy dwudziesto-, trzydziestolatków opalających się albo grających w siatkówkę, pary obserwujące małe dzieci biegające wkoło lub pracowicie kopiące w piasku. Tu i tam na leżakach starsze małżeństwa czytały kryminały w miękkich oprawach. Przy brzegu Ant i Laura, przyjaciółka obojga z college’u, walczyli z falami, usiłując utrzymać równowagę. – Wcześniej o nim nie wspominałaś.

– Nie? Wydaje mi się, że tak.

– Jakbyś o tym zapomniała. – Roisin z niewinną miną wzruszyła ramionami. – Mam nadzieję, że niczego nie knujesz.

– W jakiej sprawie? Wiem, że nie interesują cię związki, w każdym razie te przyzwoite.

– A co jest nie tak z nieprzyzwoitymi?

– Jak dla mnie absolutnie nic. I szczerze mówiąc, gdybym nie miała męża…

– On tu mieszka?

– Tak jakby, w każdym razie mieszkał. Jest właścicielem firmy software’owej. Mają centralę w Londynie i oddział w Tribece, więc często tu przyjeżdża. Wczoraj wieczorem mówił, że przedtem wynajmował mieszkanie, ale tak często podróżuje, że hotele są rozsądniejszym wyjściem.

– Hm. – Hanna nie chciała zadawać więcej pytań, żeby nie wzbudzić podejrzeń, zmieniła więc temat i zapytała o ostatnią intrygę zarządu w Ecopure, co było gwarantowanym sposobem na wykorzystanie talentu Roisin do opowiadania anegdot.

Spędzili na plaży całe popołudnie. O wpół do piątej na ścieżce między wydmami pojawił się Mark. Przebrał się w spłowiałe szorty kąpielowe w delfiny; ukrywając oczy za okularami przeciwsłonecznymi, Hanna obserwowała, jak idzie plażą do oceanu. Popłynął mocnym kraulem i szybko znalazł się poza pełną wirów wodą przy brzegu. Po mniej więcej dwudziestu minutach wrócił i usiadł koło Laury, woda strumyczkami spływała mu po klatce piersiowej i nogach. Roisin przedstawiła go Hannie, po czym przeprowadzili typową dla Brytyjczyków w Stanach rozmowę złożoną z pytań „skąd jesteś” i „co robisz”, której celem jest ustalenie, czy coś lub ktoś ich łączy. Okazało się, że nie. Mark miał głęboki, ciepły głos, mówił bez śladu akcentu pozwalającego ustalić region pochodzenia. Powiedział, że wychował się w Sussex.

– A ty? – zapytał.

– W Malvern.

– To daleko? – zainteresowała się Roisin.

– Bieguny. – Mark się uśmiechnął. – Lata świetlne.

– Chyba jakieś dwieście czterdzieści kilometrów – wyjaśniła Hanna. – Sussex jest na południowym wybrzeżu, Malvern w środku.

– Myślałam, że Malvern jest blisko Szkocji.

Hanna spojrzała na Marka i przewróciła oczami.

– Wierzysz lub nie, Roisin i ja przyjaźnimy się od pięciu lat.

Mark wybuchnął śmiechem.

Do domu wrócili grupą, Hanna, Laura i Ro szły pierwsze, mężczyźni za nimi. Raz, kiedy się obejrzała, żeby powiedzieć coś do Anta, przyłapała na sobie spojrzenie Marka. To samo zdarzyło się później; na spłachetku trawy przed domem spłukali się wodą z węża, po czym w kuchni przygotowywali jedzenie, które wieczorem mieli zabrać na plażę. Hanna kroiła pomidory. W pewnej chwili podniosła głowę, bo chciała zapytać Ro, czy ma zrobić sos winegret, i stwierdziła, że patrzy w oczy Markowi. Pierwsza odwróciła wzrok, chociaż ostatnimi czasy Mark utrzymywał, że on zrobił to pierwszy.

W ciągu dnia temperatura dochodziła do trzydziestu stopni Celsjusza, ale wraz z zachodzącym słońcem szybko zaczęła spadać i zerwał się zaskakująco ostry wiatr od morza. Ant i Justin, następny z przyjaciół z college’u, wykopali płytki dół w piasku, pozostali ruszyli brzegiem, żeby pozbierać wyrzucone przez morze drewno i resztki polan przyniesionych na ognisko z okazji czwartego lipca tydzień wcześniej. Mark wrócił z wydm z konarem długim na dwa, dwa i pół metra, który niósł na ramionach jak jarzmo.

Wykorzystali konar jako ławkę. Słońce znikło za horyzontem, a oni, siedząc rzędem, pili piwo z lodówki turystycznej. Wreszcie ognisko rozpaliło się na tyle, że można było upiec kiełbaski. Po jedzeniu Mark wyciągnął się na piasku, refleksy z ogniska pełzały po jego twarzy, i opowiedział długą zabawną historię o tym, jak w Rio ukradziono mu portfel, poszedł więc na policję i o mało nie wylądował w więzieniu za to przestępstwo. Ukrywając oczy pod baseballówką pożyczoną od Anta, Hanna nie spuszczała z niego wzroku i czuła przy tym dziwne drżenie w żołądku.

Roisin i Ant byli zmęczeni, wrócili do domu niedługo po tym, jak ostatnie smugi koloru zniknęły z nieba za wydmami. Potwierdziły się podejrzenia Hanny, że Justin podrywa Laurę – powodowany szczerym zainteresowaniem albo wrodzonym kobieciarstwem zaproponował jej spacer po plaży. Ku zaskoczeniu Hanny Laura bez chwili wahania wstała i otrzepała szorty z piasku. Zostali sami z Markiem. Dorzucił do ognia i znowu ułożył się na piasku. Drżenie w jej żołądku przybrało na sile, zaczęło przypominać skurcz.

– Ant mówił mi, że jesteś odpowiedzialna za tę reklamę granoli, którą widzę za każdym razem, kiedy włączam telewizor – powiedział Mark.

– Zabójcy płatków śniadaniowych? Owszem, obawiam się, że to moja wina. Tani chwyt, ale…

– Wręcz przeciwnie, pomysł jest rewelacyjny, bardzo zabawny. Reklama odniosła wielki sukces, prawda?

– No cóż, Grain Brothers są zadowoleni, sprzedaż Harvest Bite wzrosła dwunastokrotnie, więc…

– Dwunastokrotnie? Nic dziwnego, cholera, że są zadowoleni. – Wziął patyk i poruszył żar. – Zawsze chciałaś zajmować się reklamą?

– Hm, to nie jest marzenie z dzieciństwa, ale tak, od studiów o to mi chodziło.

– A mieszkanie tutaj?

– To akurat jest marzenie z dzieciństwa.

– Naprawdę? Moje też. Siedziałem w swoim pokoju i wymyślałem sposoby, jak je zrealizować.

– Coś takiego nazywam działaniem zorganizowanym – roześmiała się. – Ja tylko miałam nadzieję, że tak się stanie.

Rozmawiali przez wiele godzin, wyprawiając się w ciemność po podpałkę, gdy ogień przygasał, i po powrocie zajmując te same pozycje co wcześniej. Kiedy na palcach weszli do domu, pilnując, by drzwi nie trzasnęły, zegar na piecu z lat siedemdziesiątych pokazywał 02.42. Niepotrzebnie się skradali: Justin nie spał na swoim miejscu na sofie. Wcześniej na plaży rozmawiali o wszystkim, o sprawach poważnych (Hanna była sobą zaskoczona, gdy zaczęła mu opowiadać o rozwodzie rodziców) i śmiesznych, anegdotach o zachwalaniu końskiego mięsa, o żółwiu, którego z Tomem przeszmuglowała na rodzinne wakacje na południu Francji. Wyjąwszy Roisin, Hanna nie pamiętała, by poznała kogoś, kto tak interesowałby się szczegółami jej życia: jakie książki i muzykę lubi, gdzie się wychowała i chodziła do szkoły, gdzie przed przeprowadzką do Stanów mieszkała w Londynie. Wypytywał nawet o pracę jej ojca jako wykładowcy na uniwersytecie w Bristolu.

– Nie chcę zachować się jak Justin – powiedział, gdy w mroku szedł za nią przez wydmy, a janowce czepiały się ich dżinsów – ale tak się zastanawiałem… będę w Nowym Jorku przez cały przyszły tydzień. Miałabyś ochotę zjeść ze mną kolację?

Zawahała się, mięśnie jej brzucha boleśnie się skurczyły.

– Tak – odparła. Jej głos poniósł się w ciemności. – Byłoby miło.

Rozdział 3

Wiatr spowodował zaskakująco dużo szkód. Chociaż powierzchnia ogrodu wynosiła pewnie ze dwa metry kwadratowe, sprzątanie go zajmie trochę czasu. Nie chodziło tylko o stosy liści i złamane wiśniowe gałęzie, wicher naniósł też pełno śmieci: mokre gazety, kilka opakowań po czipsach, podartą białą reklamówkę, która łopotała na drzewie. Hanna podniosła drewniane krzesło i postawiła je, po czym wróciła do domu po worki i miotłę.

Było po wpół do jedenastej. Wcześniej zadzwoniła do Toma i umówiła się z nim na ósmą w knajpce, w której od jej powrotu zwykle się spotykali, małym lokalu przy bocznej uliczce w Chinatown, gdzie podawano autentyczne dania kuchni syczuańskiej. Tomowi polecił go Zhang An, jego przyjaciel, i Hanna przypuszczała, że jej brata można uznać za uzależnionego od kurczaka bang bang.

Pomyślała, że dobrze będzie zobaczyć się z nim w cztery oczy, bez Marka i Lydii, żony Toma, która zabrała matkę na długi weekend do Harrogate. Wieczory spędzane w czwórkę były przyjemne, ale to nie to samo. Hanna bardzo lubiła Lydię, za to Mark i Tom tak się różnili, że czasami rozmowa zamierała. Zwłaszcza Mark się starał, latem dyskutował z Tomem o krykiecie, obecnie o lidze rugby (raz, kiedy mieli się spotkać na kolacji, przyłapała Marka na studiowaniu strony internetowej drużyny Harlequins), ale należeli do innych typów. Tom uczył angielskiego w Highbury, Mark prowadził DataPro; Tom lubił Thomasa Pynchona, Davida Fostera Wallace’a i cienkie tomiki autorstwa niespokojnych młodych ludzi, Mark z kolei, o ile Hanna mu czegoś nie poleciła, preferował biografie prezydentów i osobistości znaczących w biznesie, książki o historii i ekonomii, literaturę klasyczną w wydaniach Penguina.

Podwinęła rękawy i zanurzyła dłoń w małej ozdobie wodnej, by pozbierać lodowatą warstwę liści zatykającą odpływ. Widok tego urządzenia zawsze ją rozśmieszał. Nawet termin „ozdoba wodna” był strasznie zabawny – „poniżej godności”, jak powiedziałaby jej matka – ponieważ to dzieło odznaczało się wyjątkową brzydotą. Prace remontowe Marka nie objęły ogrodu, w którym zrobił tylko to, co absolutnie niezbędne, i dbał o fragment na tyle duży, by można tam było wieczorami usiąść na drinka. Po przeprowadzce Hanna latem wzięła na siebie ten obowiązek i ścinając winobluszcz, który Mark puścił samopas, odkryła małą zagniewaną kamienną twarz w prawym kącie muru. Dalsze badania doprowadziły do stwierdzenia, że instalacja jest sprawna, i kiedy Hanna odkręciła kurek obok drzwi balkonowych, woda popłynęła spomiędzy wydętych ust cherubina do płytkiej misy pod jego brodą.

– Widziałeś go? – zapytała, wezwawszy Marka do ogrodu.

– Owszem. Stąd ten winobluszcz.

– Daj spokój, jest niesamowity.

– Jest obrzydliwy. Wygląda jak pacjent u dentysty plujący do miski. Szybko, zakryj go, zanim ktoś zobaczy.

– Wykluczone, jest zabawny. I działa.

Mark zrobił minę całkiem przypominającą minę cherubina i objął Hannę w pasie.

– Lubię patrzeć, jak pracujesz w ogrodzie – powiedział. – Pasuje ci to, angielska różo.

Podniósł rękę i dotknął pasma włosów, które wymknęło się z luźnego węzła, w jaki je zawiązała, by nie przeszkadzały. Była naturalną blondynką, zimą włosy jej ciemniały, ale latem w słońcu szybko jaśniały, zwłaszcza wokół twarzy. Nigdy nie robiła sobie pasemek i wiedziała, że Markowi to się podoba, tak samo zresztą jak jej ogólne podejście laissez-faire do wyglądu, co interpretował jako świadomy wybór estetyczny. W trakcie jednej z pierwszych wspólnych nocy przysunął do niej twarz i pogładził ją po policzku.

– Masz makijaż? – zapytał.

– Delikatny. Puder, kredka do oczu i tusz. Ale szczerze mówiąc? Nie jestem w tym dobra. Widzę te wszystkie nieskazitelnie zrobione dziewczyny w Nowym Jorku i żałuję, że tak nie potrafię, ale…

– Po co? Wyglądasz klasycznie, ponadczasowo, nie musisz być modna.

Wygrzebując teraz liście, pomyślała, jaką dobrą panią domu wydałaby się każdemu, kto zobaczyłby ją przy tej pracy, a nie znał jej dobrze. Zadziwiające, że w ciągu kilku miesięcy zmieniła się z mieszkanki Nowego Jorku ze śmiercią wielu storczyków na sumieniu w mieszkankę Londynu pielęgnującą cały ogród, choćby i mały. Kiedy myślała, jak niewiele brakowało, a do tego by nie doszło, ta metamorfoza wydawała się szczególnie zdumiewająca.

Kiedy w niedzielne popołudnie w Montauk przygotowywali się do wyjazdu, Mark zniósł na dół jej torbę i zapytał, czy ma plany na piątkowy wieczór. Odparła, że nie, i umówili się na spotkanie w barze w Chelsea. Po powrocie do Nowego Jorku zaczęła się jednak tego obawiać. Ból żołądka, który pojawił się tamtego wieczoru na plaży, wracał na samą myśl o spotkaniu, z każdym dniem silniejszy, i w końcu musiała sama przed sobą przyznać, że powodem jest niepokój. Zdawała sobie sprawę, że Mark fizycznie ją pociąga (kilka razy złapała się na myśli o tym, jak miękki materiał jego starej koszulki naciągał mu się między łopatkami, kiedy kucał, żeby poprawić polana w ognisku na plaży), ale to samo w sobie nic nie znaczyło: Hanna była tuż po trzydziestce, mieszkała w Nowym Jorku, umawiała się z mężczyznami, nie żyła w celibacie. Problem polegał na tym, że go lubiła – bardzo go lubiła.

W końcu po bezsennej nocy, którą spędziła, rzucając się na posłaniu w klimatyzowanym chłodzie sypialni, w piątek z samego rana wysłała mu mejla z wiadomością, że jej najpoważniejszy klient wyznaczył w ostatniej chwili spotkanie na wieczór, a potem mają zjeść kolację z jego szefem. Strasznie mi przykro, że tak wyszło. Może znowu wpadniemy na siebie w któryś weekend w Montauk? Wiedziała, że Mark odbierze ukryte w tym przesłanie – „nie proponuj innej daty” – i się nie pomyliła. Po dwudziestu minutach dostała odpowiedź: Nie przejmuj się, doskonale rozumiem. Do zobaczenia przy ognisku. Czytając to, nie czuła ulgi, że się uwolniła, tylko dojmujący ból straty.

Tamtego wieczoru wyszła z biura tuż po siódmej, a ponieważ nastrój wyraźnie się jej pogarszał, z Midtown pojechała na rowerze do księgarni McNally Jackson w SoHo. Odkryła ją wiele lat temu, zaraz po przeprowadzce do Nowego Jorku, a że prawie nikogo wtedy nie znała, nabrała zwyczaju chodzenia tam wieczorami. Kupowała nową książkę i w kafejce przy lampce wina siedziała czasami aż do zamknięcia. Zawsze tłoczyli się tam klienci i interesującym zajęciem było obserwowanie ich i podsłuchiwanie; Hanna widziała wiele randek w ciemno, które kończyły się klapą, oraz jedną wyjątkowo udaną, ludzi stukających w klawiatury laptopów, rodziców odwiedzających dzieci studiujące na NYU, grupki omawiające plany biznesowe dla internetowych start-upów i ośrodków terapii holistycznej, słyszała też sensacyjne plotki. Dzięki książkom i tłocznej kafejce wyparowała samotność, która na początku pobytu w Nowym Jorku jej doskwierała.

Kiedy tamtego wieczoru przypięła rower do stojaka, niebo nad Prince Street zaczęło przybierać barwę bladego perłowego różu. Był środek lipca, miasto smażyło się w upale, Hanna na kostkach czuła żar unoszący się z chodnika. W księgarni przez piętnaście minut wybierała książkę, w końcu zdecydowała się na nową powieść Alana Hollinghursta, choć zamierzała czekać, aż ukaże się w miękkiej oprawie, ale co tam, do diabła, potrzebowała pocieszenia. Przy kontuarze zamówiła kieliszek wina i poszła z nim do stolika pod oknem, który właśnie się zwalniał. Okna były otwarte, z ulicy dobiegały urywki rozmów przechodniów i strzępy muzyki z samochodów jadących w stronę świateł na Lafayette. Przy stoliku naprzeciwko olśniewająca czarna kobieta pod trzydziestkę, jak przypuszczała Hanna, ubrana w srebrną suknię z czerwoną wstęgą rozmawiała z członkiem personelu, przygotowując się do zejścia na dół i głośnego odczytania fragmentu swojej nowej książki.

Wino było wytrawne i zimne, Hanna szybko pogrążyła się w lekturze. Zerwał się lekki wiatr, rozpraszając duszność i poruszając włoski na jej karku, bo siedziała tyłem do okna. Z dołu, gdzie odbywało się spotkanie z pisarką, dobiegały oklaski.

W połowie lampki Hanna oderwała wzrok od książki. W pobliżu wejścia do księgarni na małym stoliku nowe tytuły literatury faktu przeglądał mężczyzna, który przynajmniej z tyłu wyglądał jak Mark. Ubrany w garnitur, choć zdjął marynarkę i krawat, był tego samego wzrostu, tej samej budowy i miał takie same włosy, ciemnobrązowe, krótkie na karku, dłuższe na czubku głowy, gdzie już zaczynały się kręcić. Mężczyzna odłożył książkę i obszedł stolik. Serce Hanny waliło o żebra. To był on, to naprawdę był Mark. Cholera, jasna cholera. Pomyślała o swoim mejlu, o jawnym kłamstwie. A niech to szlag. Czym innym jest pozbycie się pod byle pretekstem faceta poznanego w barze, a zupełnie czym innym okłamanie przyjaciela przyjaciół, zwłaszcza Anta i Roisin.

Co powinna zrobić? Albo zostanie na miejscu z nadzieją, że on jej nie zauważy, albo uprzedzi tę ewentualność i natychmiast wyjdzie. Rzecz tylko w tym, że teraz patrzyła prosto na niego, odległość między nimi wynosiła najwyżej trzy, cztery metry, gdyby więc Mark podniósł głowę, ona także znalazłaby się na linii jego wzroku. Może jej się uda jakoś wykręcić, jeśli będzie siedziała pochylona. Gdyby wstała, z większym prawdopodobieństwem przyciągnęłaby jego uwagę.

Przez dwie, trzy minuty obserwowała go ukradkiem zza książki, żałując, że nie rozpuściła włosów, bo zakryłyby jej twarz. Nie ulegało wątpliwości, że Mark rzeczywiście szuka czegoś do czytania; brał kolejne książki do ręki, przebiegał wzrokiem po notce na obwolucie, a w dwóch przypadkach zaglądał także do środka. To było straszne – na litość boską, kiedy w końcu na coś się zdecyduje i sobie pójdzie? Brzuch znowu ją bolał, choć tym razem powodem był strach, że zostanie zdemaskowana.

Wreszcie po pięciu minutach wybrał książkę i poszedł do kasy na drugim końcu księgarni. Hanna odetchnęła z ulgą i upiła wielki łyk wina. Kasa znajdowała się tuż przy drzwiach, Mark wyjdzie, jej kłamstwo się nie wyda. Oddychając swobodniej, ale nadal zachowując ostrożność, znowu schowała się za książką; zerknęła na niego tylko raz i zobaczyła, że wkłada do kieszeni resztę, a zakup upycha pod pachą.

Minutę później po jej prawej zrobiło się ciemniej i Hanna pojęła, że ktoś stoi przy stoliku. Wolno podniosła wzrok. Grafitowe spodnie. Wykrochmalona biała koszula, materiał pięknie tkany, bez wątpienia kosztowna.

– Cześć – powiedział. – Tak myślałem, że to ty.

– Boże, Mark, ojej! Cześć. – Hanna poczuła, jak krew napływa jej do twarzy.

Uśmiechnął się.

– Wielkie umysły myślą podobnie. – Głową kiwnął na jej kieliszek, teraz prawie pusty. – Przyszedłem w tym samym celu.

– Naprawdę? No tak, to fantastyczne miejsce, nie sądzisz? Uwielbiam je.

– Ja też. Dobra? – Wskazał jej książkę.

– Dopiero zaczęłam, ale sądzę, że tak. To jeden z moich ulubionych pisarzy.

– Czytałem tę powieść, która zdobyła Bookera, chociaż ze wstydem przyznaję, że nie należę do wielbicieli literatury pięknej. Ale mi się podobała. – Poprawił torbę pod pachą i spojrzał w kierunku kontuaru. – Idę po lampkę wina. Przynieść ci następną?

Zawstydzona Hanna zawahała się. Mark miał pełne prawo być na nią zły, ale pomimo że jej kłamstwo było tak oczywiste, nie sprawiał wrażenia urażonego. Najmniej, co mogła w tej sytuacji zrobić, to odwzajemnić uprzejmość.

– Bardzo proszę.

Obserwowała go, gdy stał w kolejce. Wyglądał na kompletnie rozluźnionego, powiedział coś brodaczowi za kontuarem, który nalewał wino, a ten się roześmiał. Wrócił do stolika i ostrożnie postawił kieliszki.

– Dziękuję – powiedziała Hanna. – To bardzo miłe z twojej strony. Posłuchaj, nie czuj się… to znaczy, jeśli chcesz w spokoju poczytać… gdybyś jednak miał ochotę… – Wskazała wolne krzesło.

– Tylko jeśli na pewno nie będę ci przeszkadzał.

– Ależ nie. – Pokręciła głową. Kiedy odsuwał krzesło, skorzystała z okazji. – Posłuchaj, tak mi przykro z powodu dzisiejszego wieczoru, zrobił się straszny bałagan. Klient najpierw w ostatniej chwili zażądał spotkania, a w porze lunchu zadzwonił, że wszystko odwołuje. Żonie jego wielkiego szefa zrobił się ropień na dziąśle i chciał zostać z nią w Bostonie. – Boże, Hanno, skąd ci się to wzięło? Ropień na dziąśle?

– Nie przejmuj się. – Mark machnął dłonią. – Ciągle mi się to przytrafia. Czasami mam wrażenie, że niemożliwością jest prowadzenie jakiegokolwiek życia towarzyskiego. Kilkoro moich londyńskich przyjaciół solidnie się na mnie wkurzyło, bo ciągle zawalam spotkania.

– Znam to uczucie.

Upił wielki łyk wina.

– Więc w ten weekend nie jedziesz do Montauk? Zwykle tam jeździsz, prawda?

– Owszem, uwielbiam plażę, ale jutro mam zajęty wieczór. – Uśmiechnęła się. – Mój asystent gra na bębnach w kapeli i mają koncert w Williamsburgu. Obiecałam mu, że pojadę i będę jego groupie. – Znowu się napił i Hanna zwróciła uwagę na sposób, w jaki jego proste długie palce obejmują delikatną nóżkę kieliszka. – Niedawno powstali, dlatego potrzebują wsparcia, ale moje źródła w biurze twierdzą, że są całkiem dobrzy.

Spotkanie na dole się skończyło i napłynął nowy strumień ludzi zajmujących ostatnie wolne miejsca. Pisarka stała w pobliżu, oblegana przez wytatuowanych mężczyzn w T-shirtach z ironicznymi napisami, którzy usiłowali zrobić na niej wrażenie żarliwymi, pełnymi szacunku pytaniami.

– Wiesz, kiedy otworzyliśmy nasze biuro w Nowym Jorku i mieszkałem tu na stałe, a nie latałem do Londynu i z powrotem – powiedział Mark – często tu przychodziłem. Z przyjemnością coś jadłem i piłem lampkę wina, to było o wiele lepsze od siedzenia samemu w mieszkaniu.

– Niewykluczone, że dzieliliśmy stolik – odparła, chociaż wiedziała, że zapamiętałaby, gdyby tak było. – Robiłam tak samo. Nadal robię, jeśli nagle nie wiem, co ze sobą począć. Jak dzisiaj wieczorem.

– Ja też. Jak dzisiaj wieczorem.

– Przepraszam. – Hanna się skrzywiła.

Przewrócił oczami.

– Błagam. – Przekrzywił głowę w kierunku pisarki i jej wytatuowanych wyznawców. – Jak sądzisz? Któryś ma szansę?

Był taki łatwy w obejściu, rozmowa toczyła się naturalnie i niewymuszenie jak wtedy w ciemności na plaży. Teraz też skupił się niemal bez reszty na Hannie, pytał o jej pracę i rodzinę. Wypili wino i Hanna postawiła następną kolejkę. Kiedy w kieliszku pokazało się dno, w głowie przyjemnie jej zaszumiało i uświadomiła sobie, że od ostatnich siedmiu lat tak dobrze nie bawiła się z nikim, kto nie był jej bliskim przyjacielem ani bratem. Pośpiesznie odwróciła myśli od minionych czasów.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zanim się poznaliśmy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer