Vivian

Vivian

Autorzy: Christina Hesselholdt

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 15.00 zł

Niezwykła książka o niezwykłej kobiecie. Biografia – bez biografii. O fotografii – bez fotografii. Warto przeczytać!

Chris Niedenthal

 

Opowieść o losach niezwykłej fotografki Vivian Maier, która pozostawiła po sobie dorobek w postaci 150 tysięcy fotografii

Tajemnicza, ekstrawagancka, niezwykle utalentowana – tak w skrócie można opisać Vivian Maier, jedną z najciekawszych postaci fotografii XX wieku. Jej prace, odkryte przez przypadek w 2007 roku, zaledwie dwa lata przed śmiercią artystki, szybko obiegły Internet i od razu stały się sensacją w świecie sztuki. Na co dzień skryta i zagadkowa, pracująca jako opiekunka do dzieci, nikomu nie pokazywała swoich zdjęć.

W czasach nachalnej autopromocji artystów i wybujałego egocentryzmu postać Vivian Maier budzi szczególną fascynację. Kim tak naprawdę była ta ekscentryczna postać? Dlaczego przez całe życie tworzyła anonimowo? Czy była świadoma swojego niezwykłego talentu? Odpowiedzi na te pytania stara się udzielić Christina Hesselholdt w nietuzinkowej w treści i formie powieści o kultowej fotografce.

Christina Hesselholdt (ur. 1962) – duńska pisarka, autorka kilkunastu książek, laureatka m.in. Beatrice Prisen, Jytte Borberg Prisen i Kritikerprisen. Debiutowała w 1991 roku powieścią Køkkenet, gravkammeret & landskabet. Prawa do jej książki Selskabet (2015) sprzedano na kilka rynków europejskich. Wydana w 2016 roku Vivian, powieść o losach tajemniczej fotografki Vivian Maier, zdobyła nagrodę DR Romanprisen i była nominowana do Nordisk Raads Litteraturpris.

 

Christina Hesselholdt

VIVIAN

przełożyła Justyna Haber-Biały

Tytuł oryginału: Vivian

Copyright © Christina Hesselholdt, 2016

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVIII

Copyright © for the Polish translation by Justyna Haber-Biały, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa MMXVIII

Spis treści

Motto

Vivian

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Have you the Heart in your Breast – Sir – is it set like mine – a little to the left

Emily Dickinson

Narrator (to ja pobrzękuję… gdy uchylam pokrywkę, aby sprawdzić, czy postaci już się zagotowały).

Pewnego pięknego dnia (wtedy nie byli jeszcze w separacji), w ostatni czwartek listopada 1929 roku, kiedy właśnie wyjęto z pieca indyka, który leżał teraz na kuchennym stole. Pochodząca ze wsi Maria, gdy tylko chciała, potrafiła naśladować jego gulgot i zrobiła to, pochylając się nad kurakiem, żeby rozśmieszyć swoją córkę Vivian i swojego syna Charlesa (noszącego również imię Carl) oraz męża Charlesa, a może także teściów, którzy przyjechali z Carlem, gdyż z nimi mieszkał. Ta błazenada związana z indykiem za każdym razem przybierała na sile; żyli w Ameryce na tyle krótko, że przestrzeganie wszystkiego, co narzucał ten świąteczny dzień, czyli konieczność przygotowania sosu żurawinowego i tarty z dyni, okazało się sposobem na przylgnięcie do Ameryki, a ten ogromny indyk był Ameryką… Otóż tego dnia rozległo się pukanie do drzwi rodziny Maierów; stał za nimi niskiego wzrostu, zazwyczaj schludny mężczyzna, Julius Hauser, brat babci Vivian ze strony ojca, który zazwyczaj przynosił ze sobą własne kapcie w papierowej torebce, aby ochronić się przed chłodem ciągnącym od podłogi, ale najwyraźniej tym razem musiał mieć wyjątkowego pecha: „Nalej wody do balii!” – krzyknął Charles Maier do swojej żony Marii Jaussaud Maier (Jaussaud, jej własne francuskie nazwisko, które od czasu zamążpójścia funkcjonowało jak drugie imię, stało i drżało, aby przesunąć się na pierwszą pozycję); „Nie wejdziesz do salonu, póki się nie umyjesz, Hauser” – odezwał się Charles do Juliusa, a Vivian spostrzegła, że jej ojciec nie ma najmniejszej ochoty nawet go dotknąć i tylko szuka jakiegoś czystego miejsca na kurtce, za które mógłby chwycić, ale żadnego takiego nie znalazł i z wyraźnym wstrętem (górna warga wypchnięta pod nos, a usta rozciągnięte w grymasie) chwyta dwoma palcami za ubrudzony kołnierz (poplamiony wymiocinami i brudem z chodnika, gdy Julius upadł pijany i prawdopodobnie spędził tak noc; to cud, że nic więcej mu się nie stało) i ciągnie go za sobą do kuchni, gdzie matka Vivian właśnie zagotowała wodę. Zamknęli za sobą drzwi, ale po chwili Vivian zakradła się do klamki, nacisnęła ją i pchnęła skrzydło, które lekko się uchyliło, tworząc niewielką szczelinę. Julius siedział w ocynkowanej balii, ojciec szorował mu plecy, matka prała jego odzież w kociołku stojącym na kuchence, jakiś rękaw przebił się na powierzchnię, ale wcisnęła go z powrotem pod wodę. Kuchnia wypełniła się parą śmierdzącą niczym gotowane wnętrzności, twarz i tułów Juliusa poczerwieniały. Vivian wiedziała, że jest, czy też był, rzeźnikiem (w hotelu, a może oznaczało to po prostu, że odpowiadał za dostawy mięsa, ale nie zastanawiała się nad tym, bo miała trzy lata), i dlatego go nie lubiła. Mogłaby przysiąc, że tylko jedno jej oko jest widoczne przez szparę i właśnie to jedno oko przyciskała do otworu, żeby jak najwięcej zobaczyć, a gdy dojrzała Juliusa szorowanego w ogromnej balii, ten nagle zauważył oko w szczelinie i krzyknął: „Podejdź no tutaj, moja maleńka!”. Matka odwróciła się od kuchenki z łyżką w dłoni, z której coś kapało, a ojciec walnął Hausera w głowę szczotką do szorowania i krzyknął po niemiecku, że jest wcielonym diabłem.

Gdy Charles Maier po raz drugi walnął Hausera szczotką, ten, podnosząc się w balii, poślizgnął się i dla złapania równowagi zaczął wymachiwać rękami; w ciasnej kuchni nikt nie zdążył zarejestrować, jak do tego doszło, ale indyk wpadł do balii. „Ty też masz zostać wyszorowany?” – krzyknął Hauser, ściskając wielki złoty karmel pomiędzy nogami (w tym miejscu zapraszam Was do obejrzenia sceny z filmu Felliniego, nie pamiętam tytułu, w którym grupa chłopaków złapała stado kur, a następnie zaczęła je pieprzyć albo też udawać, że pieprzy, każdy z nich z trzepoczącą kurą przyciśniętą do podbrzusza, a te furkoczące skrzydła przypominały śmigła, ciągnące ciała chłopaków do przodu), ale został ponownie walnięty, więc wyciągnął indyka z topieli i wręczył go Marii. Stała w gotowości z ręcznikiem i chwyciła indyka jakby (było to) dziecko, które wynurza się z fal i musi zostać wytarte do sucha; cała drwina ustąpiła miejsca trosce, ponownie pojawiła się myśl o wielkim kryzysie, to był niesamowicie drogi indyk.

Juliusowi Hauserowi nie pozwolono jednak zasiąść do wspólnego posiłku, chociaż został dokładnie wyszorowany, a Vivian nie miała ochoty na indyka, bo wcześniej znajdował się między nogami rzeźnika, a gdy ten wstawał w balii, dojrzała jeszcze kawałek dyndającej pomarszczonej skóry, ale jej matka, ur. 11 maja 1897 roku we francuskich Alpach, przekonywała Vivian Dorotheę Theresę Maier, ur. w 1926 roku w Nowym Jorku, że go opłukała i że Vivian powinna go zjeść, jednak Karl (w Ameryce nazywany Charlesem) Wilhelm von Maier, ur. w 1892 roku w Austrii, dojrzał szansę na kłótnię i oświadczył, że Vivian nie musi go jeść, wtedy „będzie więcej dla nas”, a już chwilę później, po raz nie wiadomo który podczas ich wspólnego życia, oznajmił Marii, że ta nie ma pojęcia, na czym polega rola mężczyzny, nawiązując do tego, że nigdy nie miała ojca, bo ten, który nazywał się Nicolas Baille, uciekł do Ameryki i zatrudnił się jako pastuch gdzieś na zachodzie, po tym jak zapłodnił jej szesnastoletnią matkę, sam zaledwie o rok starszy. Wtedy zareplikowała:

– I to ja sama, wyznaczając dzień swoich urodzin na datę ślubu, pozwoliłam, aby jedno nieszczęście zrosło się z kolejnym.

Sprzeczka stała się dla Charlesa pretekstem, aby się napić, a skoro Julius Hauser i tak siedział wyszorowany na krześle w kuchni, Charles mógł równie dobrze potraktować go jako kompana do wypitki; niebawem Julius Hauser był znowu pijany, więc wspólnie zaintonowali dawne austriacko-węgierskie knajpiane przyśpiewki, podczas gdy pozostali członkowie rodziny – a byli to, poza Marią i Vivian oraz jej sześć lat starszym bratem, również rodzice Charlesa z córką Almą oraz jej mężem, Josefem Korsunskym z Kijowa, obecnie sprzedawcą jedwabiu na Manhattanie, znanym jako Joseph Corsan, właściciel Colony Silk Shop, a także babcia Vivian ze strony matki, francuska gwiazda sztuki kulinarnej zatrudniona w wytwornych domach, oraz goście, emigranci, wszyscy ciężko pracujący, także ci, którzy już osiągnęli słuszny wiek – przybyli podczas rodzinnej kłótni, aby wspólnie spożyć indyka – w salonie zrobił się taki ścisk jak w tym fragmencie, ale teraz całe towarzystwo zostało już jeżeli nie przedstawione, to przynajmniej wymienione, miejmy więc nadzieję, że nikt nie został pominięty; siedzieli tam wszyscy, zgromadzeni wokół stołu, przysłuchując się swojemu ojcu, synowi, małżonkowi, bratu, zięciowi Charlesowi Maierowi, który siedział w kuchni coraz bardziej pijany. Jego rodzice oraz matka Marii wydawali z siebie kolejne austriacko-węgierskie i francuskie westchnienia, mechanicznie machając rękami w górę i w dół i stwierdzając, że ten austriacki pies rzeźnika i ta francuska kotka nigdy nie powinni byli się ze sobą pobrać. Zwracając baczną uwagę na to, aby krytykować i oczerniać wyłącznie własne dziecko, nigdy to drugie, udało się dwóm babciom nawiązać długotrwałą przyjaźń – na przekór szaleństwu rodziny.

– Nie czuję najmniejszej potrzeby, aby kiedykolwiek jeszcze w moim życiu spotkać się z tym pijaczyną – wypowiedziała się Maria Hauser von Maier o swoim synu. – Jest bezwartościowym indywiduum.

– Moja córka jest leniwa i złośliwa – wtórowała jej Eugénie Jaussaud.

– Ale Carl i Vivian… – ciągnęła Maria Hauser.

– Tak, o nich będę się biła jak lew – odparła Eugénie.

Dzień później Maria po raz Bóg wie który opuściła Charlesa, zostawiając za drzwiami nazwisko Maier. Pozwoliła synowi przebywać u teściów, gdzie i tak mieszkał już od wielu lat, po tym jak wylądował w domu dziecka, oddany tam dla zapewnienia mu bezpieczeństwa z powodu gwałtownych kłótni rodziców.

„Nie chcieli mnie – powiedział później o rodzicach. – Jedyne, co zapewnili mi w nadmiarze, to imiona”.

Stosunkowo wcześnie zetknął się z zamieszaniem spowodowanym tą wielością imion, gdyż został ochrzczony nie raz, ale dwa, jako że jego katolicka matka i luterański ojciec nie potrafili dojść do porozumienia w żadnej kwestii, więc najpierw został ochrzczony jako Charles Maurice Maier (a ponadto jego własna matka wpisała w rubryce aktu chrztu filius naturalis, co oznacza urodzony poza związkiem małżeńskim, chociaż przyszedł na świat dziewięć i pół miesiąca po zawarciu związku), kolejny raz jako Karl William Maier, a w przyszłości francuska część rodziny nazywała go Charlesem, podczas gdy austriacka zwracała się do niego Carl, co prymitywnie rzecz ujmując, mogło prowadzić do schizofrenii, która zresztą została u niego zdiagnozowana pod koniec lat pięćdziesiątych – wówczas już od dłuższego czasu mówił o sobie „John William Henry Jaussaud (Karl Maier)”, solidarnie łącząc to, co amerykańskie, francuskie i niemieckie.

Podczas chrztu Vivian (została ochrzczona tylko raz) najbardziej zaskakujące okazało się to, że jej matka dodała sobie w akcie chrztu nowe drugie nazwisko. Wybrała Justin, jakby chciała zasugerować, że ojcem Viv był jakiś mister lub monsieur Justin, jednak gdy porównuje się brata i siostrę, widać, że mają te same spiczaste, zadarte nosy i lekko cofnięte podbródki. Było w nich coś dziwnie potarganego. Wiatr (albo czyjaś dłoń) zbyt mocno musnął rysy ich twarzy.

Maria, gdy odchodziła, zabrała ze sobą Vivian. Powiedziała, że nie ma miejsca dla dwójki dzieci w mieszkaniu na szóstym piętrze przy St. Mary’s Street, które wynajęła od fotografki i portrecistki Jeanne Bertrand, ale do domu teściów nie było specjalnie daleko, mieścił się tuż po drugiej stronie parku St. Mary’s i można było skrócić sobie przez niego drogę.

*

Narrator

A teraz ogromny skok w przyszłość, do 1968 roku.

Mr. Rice

W drodze na dworzec, gdzie się udałem, aby ją odebrać, zacząłem przypominać sobie opiekunki z dzieciństwa i towarzyszyło temu cudowne wspomnienie przytulających mnie ramion i piersi, tego całego ciała, które się nade mną pochylało, aby mnie unieść i przycisnąć do siebie, ciała, które chciało dla mnie wyłącznie jak najlepiej. Nigdy wcześniej nie spotkałem Vivian Maier, Sarah samodzielnie przeprowadziła z nią rozmowę o pracę. Tym razem chcieliśmy mieć pewność, że podjęliśmy właściwą decyzję, a dziewczyna zrobiła na Sarah bardzo dobre wrażenie (Maier była najbardziej zainteresowana tym, czy z naszego domu do miasta istnieje szybkie połączenie), ale gdy dopiero co się do nas wprowadziła (nadal przebywałem w podróży służbowej), zmarł jej ojciec, więc wyjechała, żeby wziąć udział w pogrzebie.

Narrator

Peron opustoszał, możliwości stopniały, została tylko ona; wysoka na sześć stóp i chuda jak tyczka, właśnie przyjechała pociągiem o czwartej, z Nowego Jorku, prawie bez bagażu, a słodkie marzenia Mr. Rice’a (o pulchnej niani w krótkiej sukience z falbankami i ewentualnie w fartuszku, przez cały czas dostępnej, niczym żarówka, nie zaś niczym ognisko gdzieś w przestrzeni w pobliżu Ellen, ale córka spała albo bawiła się w ogrodzie, a on miał długie dłonie i obojętnie w którym miejscu domu przebywała niania, jego dłonie wydłużały się, sięgając do jej ud i obejmując pośladki, nagle, kurczę, z dekoltu wystaje czyjeś ramię, skąd też ono się wzięło?) odeszły w zapomnienie.

Mr. Rice

Nie chcę przez to powiedzieć, że musiałem się odchylić, żeby spojrzeć jej w oczy, ale niewiele brakowało i to, że okazała się wyższa ode mnie, nieco mnie ogłupiło, zwłaszcza po tym, jak oddałem się wspomnieniom z dzieciństwa (jakbym nadal był małym chłopcem).

– Proszę przyjąć moje kondolencje – odezwałem się, wychodząc jej naprzeciw z wyciągniętą dłonią. Jej wzrost sprawił, że automatycznie oczekiwałem wyraźnego uścisku, ale dotyk jej dłoni okazał się ostrożny i wilgotny, „Vivian Maier – przywitała się. – Po prostu mów mi Viv”. Zabrzmiało to jakoś ulotnie, jakby ktoś pojawił się i zniknął, zanim człowiek zdążył się obejrzeć, „Viv” i już jej nie było. Nie miała ze sobą prawie żadnego bagażu – warto podkreślić, że tylko tym razem, bo mogę z pełnym przekonaniem dodać, że pojawił się później – podręczna walizka, torebka przewieszona przez ramię oraz lustrzankowy aparat fotograficzny na rzemyku sięgającym pępka, rolleiflex, taki, o jakim zawsze marzyłem. Wsiedliśmy do samochodu, rozmawiając o tym, co mijaliśmy po drodze. Pracowała w Chicago od pięćdziesiątego szóstego. Odpowiedzieliśmy na jej ogłoszenie zamieszczone w „Chicago Tribune”.

Narrator

Już pod koniec lat czterdziestych przyjechała do Chicago, aby odwiedzić swojego brata Carla w szpitalu dla umysłowo chorych. Gdy zmarły babcie, całkowicie się rozsypał. Zjedzenie jabłka, które przywiozła, zajęło mu godzinę. Był niemal zupełnie sparaliżowany od leków. Gdy podniósł się z krzesła, aby odprowadzić Viv do drzwi, targały nim drgawki i powiedział tylko: „Jestem taki brudny”.

Redaktor inicjujący: Magdalena Gołdanowska

Redaktor prowadzący: Magdalena Matuszewska

Przekład: Justyna Haber-Biały

Redakcja: Ewa Rojewska-Olejarczuk

Korekta: Małgorzata Kuśnierz, Grzegorz Krzymianowski

Projekt okładki, grafika wykorzystana na I stronie okładki: Anna Pol

Skład i łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 48

tel. (22) 828 98 08

faks (22) 395 75 78

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-5541-4

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Vivian 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana