Okruch

Okruch

Autorzy: Anna Ficner-Ogonowska

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 704

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 34.90 zł

Na początku jest grom z jasnego nieba. Jedno spojrzenie, jeden dotyk, jedno słowo. Od tej chwili życie dwojga ludzi zmieni się bezpowrotnie. Ona wreszcie zmierzy się ze swoim strachem przed bliskością. On odkryje prawdę o sobie i swojej rodzinie. Czy czeka ich wspólna przyszłość?

 

Anna Ficner-Ogonowska zabierze Cię w świat prawdziwych uczuć, silnych przeżyć i dramatycznych wydarzeń. Okruch to niezwykła powieść, która przywraca wiarę w sens życia i pozwala zrozumieć, czym jest odpowiedzialna miłość.

 

„To prawda, że jedna iskra wystarczy, by wywołać pożar i zniszczyć wszystko wokół. Ale jeden dobry okruch pamięci wystarczy, by wiele zachować, by karmić się nim przez całe życie. Zrozumiałam, że to moja jedyna nieskończoność.”

[fragment książki]

 

 

 

Anna Ficner-Ogonowska – autorka bestsellerów Alibi na szczęście, Krok do szczęścia, Zgoda na szczęście i Czas pokaże. Absolwentka Politechniki Wrocławskiej. Córka, matka, żona. Mieszka w Warszawie.

Martwię się… Zawsze się o niego martwię…

Dzisiaj na cmentarzu wpatrywałam się w jego plecy. Nieruchome. Kark sztywny do granic możliwości. Włosy gdzieniegdzie przyprószone siwizną, chociaż jest przecież jeszcze taki młody. Bardzo przypomina mi Włodka. Im jest starszy, tym robi się coraz bardziej do niego podobny. Włodek na pewno byłby z niego dumny. Maks to wymarzony syn. Nigdy nie sprawiał kłopotów. Ani wychowawczych, ani żadnych innych. Był przeciwieństwem, bardzo miłym przeciwieństwem swojej siostry, która, chociaż uczyła się doskonale, potrafiła równie doskonale komplikować życie rodzinne i szarpać nerwy nawet bardzo odpornego na stres Włodka. Włodek pracował w policji. To znaczy najpierw w milicji, później w policji. Maks też jest policjantem. Poszedł w ślady ojca. To dlatego się o niego martwię. O Włodka też się całe życie martwiłam. Ale chyba trochę inaczej niż o Maksa. Za czasów Włodka było inaczej. Inne czasy, inny świat. Teraz świat przyspieszył i do tego zwariował. A jak jest zwariowany, to trudno utrzymać w nim porządek. Maks jest stróżem tego porządku. Pewnie byłabym dużo spokojniejsza, gdyby mój syn odpowiadał za porządek na ulicach i próbował zapanować nad wariatami drogowymi i pijakami za kierownicą, ale akurat ci Maksa nie interesują. Maks szuka morderców, więc jak tu się nie martwić? Nigdy nie podobała mi się ta jego, jak on to określa, dochodzeniówka. Ale co ja mogę? Nic. Mogę się tylko modlić, i to żarliwie, żeby mu się nic nie stało. Kiedy mnie odwiedza, od razu widzę, choćby po kolorze jego twarzy, kiedy mija dzień, w którym mogło mu się coś stać, a kiedy ma za sobą dzień dość spokojny. Czasami ma nawet na sobie kamizelkę, która ma go przed kulami ochronić. Wtedy to dopiero jest mi słabo. Czasami też jego ulubiona czarna zamszowa kurtka dziwnie odstaje na plecach. Inni na pewno tego nie zauważają. Ja niestety tak. Nosi pod nią czarne takie jakby szelki, w których z boku ma schowany pistolet. Kiedy widzę, jak zdejmuje te szelki, siadając do obiadu, a pistolet uderza głucho w parapet kuchenny, wtedy czuję zawsze nieprzyjemną słodycz w ustach. Nie znoszę jej. Jestem na nią uczulona. Jednak nic nie mówię. Nie komentuję, ponieważ chcę, żeby mój syn w tym swoim niespokojnym życiu przynajmniej obiad zjadł w spokoju. Maks nie mieszka ze mną, ale na obiad przychodzi często. Robi to chyba bardziej dla mnie niż dla siebie. Doskonale wie, że lubię gotować. Dla niego. Dla Beatki i jej rodziny oczywiście też, ale oni nie odwiedzają mnie zbyt często. Są zapracowani. Rozumiem to doskonale. W tygodniu kierat, a w weekend chcą pobyć z Zosią, odpocząć. Zosia ma trzy latka. Opiekuje się nią niania. Niestety, to znaczy szkoda, że nie ja, ale tak postanowiła Beatka. Z nią się nie dyskutuje, szkoda czasu. Beatka pracuje w dużej firmie. Zarządza produktami. Dokładnie nie wiem jakimi, może i dobrze, bo akurat ta wiedza do niczego mi w życiu nie jest potrzebna. Mój zięć też jest bardzo zapracowany. Ludzi rozwodzi i cóż poradzić… Teraz są takie czasy, że ma ręce pełne roboty. A moja wnuczka, zamiast z babcią spędzać dzieciństwo, wychowuje się pod okiem niani. Co prawda to dobra i bardzo miła kobieta. Mała ją uwielbia, ale ze mną przecież też byłoby jej dobrze. Ale co ja mogę? Beatka ma swoje zdanie na ten temat, zresztą na każdy inny również. Żeby żyć w spokoju, od lat zgadzam się z jej poglądami albo po prostu nic nie mówię. Nie komentuję. A za wnuczką tęsknię. To taka cudowna istota.

Strasznie dziś wyglądał Maks na tym pogrzebie. Nie dziwię mu się wcale. To makabryczna sprawa chować taką młodą kobietę. Młodą i piękną. Gdy przydzielili ją Maksowi do pracy, był bardzo niezadowolony. Pamiętam to dobrze. Jednak przekonała go do siebie. Od niezadowolenia z faktu, że jego partnerem jest kobieta, przeszedł, i to dość szybko, do powtarzania: „Patrycja to…”, „Patrycja tamto…”. A w końcu „Pati doskonale nadaje się do tej roboty…”.

I dramat. Patrycji już nie ma. To dlatego twarz mojego syna miała dziś barwę popiołu. Nawet nie wiem, czy między nimi coś było. Maks jest bardzo skryty. Jego ojciec też taki był. Identyczny. A ja, jak nie muszę, to nie pytam. Nie jestem ciekawska. Nauczyła mnie tego siostra Józefa. Może inaczej… Ciekawi mnie wiele rzeczy, ale wstydzę się o nie zapytać. Dobre sobie… W tym wieku. Po prostu wstyd…

Maks obiecał jeszcze przed pogrzebem, że przyjdzie na obiad. Nie przyszedł. Dlatego dziś martwię się o niego bardziej niż kiedy indziej. Ale wiem też, że skoro nic na jego temat nie wiem, to dobrze. Zawsze mi powtarza to samo: „Mamo, pamiętaj, jak nic o mnie nie wiesz, to dobrze. To znaczy, że nic się nie dzieje. Jeśli coś mi się stanie, dowiesz się natychmiast. W dodatku pierwsza”. Tak do mnie mówi ten mój syn, a uśmiecha się przy tym tak, jakby chwalił moją botwinkę. Maks uwielbia botwinkę. Na razie jeszcze przez jakiś czas jej nie dostanie, bo zima w pełni. Chociaż kończy się luty, to mróz trzyma styczniowy. Dzisiaj na cmentarzu współczułam wszystkim mundurowym, ponieważ w taki ziąb w samych mundurach stali. Maks też. I jak go znam, to nie splamił męskiej godności podkoszulkiem. Aż mi się wierzyć nie chce, że Patrycji już nie ma. Bardzo boję się tego, co teraz będzie. Maks z całą pewnością nie odpuści tym, przez których taka młoda dziewczyna ze światem musiała się pożegnać. Zawzięty jest. Po ojcu. I nie ma na to rady. Pozostaje mi tylko wznosić oczy ku niebu i modlić się do wszystkich świętych, żeby chronili mojego synka. Dla mnie, niezależnie od tego, ile ma lat, Maks zawsze będzie małym chłopcem, który jak mu się coś stanie, to przytula się do mnie bez płaczu i bez ani jednego słowa. W ciszy. Tak przytulał się kiedyś i tak robi to teraz. Lubię, kiedy mnie delikatnie poklepuje po plecach podczas powitań i pożegnań. Z Beatką jest oczywiście całkiem inaczej. Kiedy wychodzi ode mnie, to rzuci jakieś nowoczesne „pa”, powietrze w pobliżu mojego ucha cmoknie albo i nie, a gdy pytam, kiedy znów mnie odwiedzi, zawsze odpowiada tak samo: „Nie wiem, mamuś, sama nie wiem…”. Myślę wtedy, nie powiem, trochę uszczypliwie: „Taka mądra, a takiej prostej rzeczy nie wie. Przecież odwiedziny matki to nie lot w kosmos”. Ale jeśli się ma w życiu taki „odlot” jak moja Beatka, to chyba nic nie powinno nikogo dziwić. Ani odlot, ani kosmos. „Mamo, w robocie odlot, w domu odlot, wszędzie odlot”. Właśnie tak moja córka do mnie mówi, i to najczęściej przez telefon. Zupełnie jakby stewardesą była. I rzecz jasna, nadawałaby się do tego podniebnego zawodu, bo urodziwa jest bardzo, a nogi ma, jak to się mówi, do nieba. Kiedyś i ja piękne nogi miałam, co prawda nie takie długie jak Beatka. Teraz zostały mi dwa patyki wysuszone, ale nie śmiałabym narzekać, bo niosą mnie posłusznie tam, gdzie chcę się znaleźć. Co prawda nie nanoszą się teraz jak kiedyś, bo jakiś czas temu weszłam w taki wiek, że mnie państwo emeryturą zasłużoną uhonorowało. Szkoda. Lubiłam pracować. Lubiłam swoją pracę. Krzątałam się po kuchni. Rządziłam w niej. Między małymi dziećmi się kręciłam. Dawało mi to siłę i energię. Podkarmiałam rozmarudzone towarzystwo, kiedy było trzeba. Ze stołów, przy których małe krzesełka ustawiałam, zbierałam okruchy. Kluski na parze kładłam, pierogi leniwe bez krzty lenistwa zagniatałam. A każdy uśmiech na małej buzi przekonywał mnie o tym, że moja praca ma wielki sens. Lubiłam słuchać słów płynących z małych ust: „Dzień dobry, pani Marysiu!”.

Teraz moje życie się zmieniło. Z pewnością dlatego piszę więcej niż kiedyś. Notuję, odkąd pamiętam. Robię to dlatego, że siostra Józefa też pisała. To ona mnie tego nauczyła. Albo inaczej, przekonała mnie, że jak będę zapisywała, to życie wyda mi się prostsze i samotność mi nigdy doskwierać nie będzie. Miała rację. Choć nie ukrywam, że czasami zastanawiam się, czy moje życie było prostsze dlatego, że je wiernie opisywałam, czy dlatego, że trwała przy mnie siostra Józefa. Tego nie wiem… Siostry Józefy już przy mnie nie ma. Odeszła jakiś czas temu, starowinka. Odeszła tak, jak żyła. Powoli i dostojnie. Po cichu. Co to był za człowiek… Staram się Ją naśladować. Różnie mi to w różne dni wychodzi. Raz dobrze, innym razem wcale. Ale staram się mimo wszystko. To siostra Józefa mnie tego nauczyła. Tak jak tego, że trzeba robić wiele rzeczy i większość z nich dla innych. Usiłuję więc wprowadzać w swe życie Jej słowa i staram się być dobrym człowiekiem, żeby za czas jakiś pozostać tylko dobrym wspomnieniem. Mam nadzieję, że tak się stanie…

A teraz przyjemnie mi się zrobiło, chociaż kończący się dzień do przyjemnych niestety nie należał. Moja Nutka trąca mnie swym chłodnym noskiem. Chce wyjść na krótki, ostatni już dzisiaj spacer. Jest trochę markotna, bo Maksa dziś w domu nie było. Ja też taka jestem, bo wiem, co teraz mój syn przeżywa. Albo przynajmniej tak mi się wydaje. Jednak bez względu na to co się dzieje, psa wyprowadzić trzeba. Niech pobiega chwilę. Zmrożone śniegi obwącha. A ja wtedy w gwiazdy popatrzę. Na pewno są na niebie, bo noc szykuje się mroźna. Nutka patrzy na mnie i merda swoim prościutkim jamnikowym ogonem. Lubię ten widok. Lubię jej oczy pełne wyczekiwania. Lubię czuć się potrzebna. Idę zatem…

– Cześć, mamo.

Na powitanie pocałował ją w policzek. Dostrzegał troskę w jej oczach, ale wiedział, że nie musi się niczego obawiać. Mama jak zwykle się martwiła, ale nie jojczyła. Bardzo lubił tę jej cechę. Podobnie jak takt i dyskrecję.

Zdjął kurtkę i niedbale rzucił na krzesło. Broń położył na parapecie. Zrobił to odruchowo. Tyle lat spędził w tym domu, że odruchów z nim związanych miał mnóstwo.

– Umyj ręce. – Usłyszał to co zwykle, gdy wszedł do łazienki. – Jadłeś coś dzisiaj?

– Jakieś suche ciastka u komendanta – podniósł głos, by był bardziej słyszalny niż szum wody.

Gdy wrócił do kuchni, na stole stał już talerz z zupą. Ogórkowa mamy jak zwykle pachniała obłędnie. Pierwszy raz od śmierci Patrycji poczuł głód. Usiadł i zaczął jeść. Zupa parzyła usta, ale rozgrzewała od środka. Potrzebował czegoś takiego. Czuł na sobie wzrok mamy. Nie chciało mu się rozmawiać. Nie chciało mu się nawet myśleć. Ale mama na pewno źle znosiła dzisiejszą ciszę, dlatego postanowił ją przerwać, choćby na chwilę.

– Dlaczego nic nie mówisz? – zapytał, podnosząc wzrok do poziomu zmartwionych oczu mamy.

– Bo nie wiem, co mam ci, synku, powiedzieć – odparła niespiesznie głosem przepełnionym smutkiem. – Chciałabym cię jakoś pocieszyć, ale niestety nie wiem, jak mogłabym to zrobić…

– Nie musisz mnie pocieszać – powiedział szybko.

– To akurat wiem. Przy tobie nic nie muszę. – Mama w końcu się uśmiechnęła, tyle że dość niewyraźnie.

Lubił każdy jej uśmiech. Nawet taki jak teraz, choć był to raczej niezbyt wesoły grymas niż okazanie radości.

– To może opowiedz, jak teraz jest w pracy. Po tym wszystkim…

– Ciężko jest – przyznał od razu, nie siląc się na udawanie. – Znowu sami faceci. Z Pati na początku było dziwnie, później całkiem fajnie, a teraz bez niej znów jest inaczej. Strasznie. Pusto. Nikt na nas nie krzyczy, żebyśmy posprzątali na biurkach i umyli kubki. Nikt nie robi jaśminowej herbaty. Zielonej też nikt nie parzy, ale to akurat dobrze… – Zamyślił się na chwilę i przestał jeść.

– Jedz – poprosiła od razu mama. – Jedz, bo mizernie wyglądasz. Źle śpisz?

– Bywało lepiej – odparł zgodnie z prawdą i wrócił do jedzenia.

– Co teraz będzie? Dostaniesz kogoś nowego? – zapytała mama i nie czekając na odpowiedź, wstała od stołu.

– Zagrzeję wodę na pierogi.

Uśmiechnął się, bo mama doskonale wiedziała, że wolał takie z wody, a nie przysmażone na patelni.

– Pewnie szybko – powiedział, nie czując póki co potrzeby, by ktoś zajął miejsce Patrycji.

– Może nie powinnam o to pytać, nie teraz, ale czy ty… Czy…

– Nie, mamo, nie byliśmy ze sobą – pospieszył z odpowiedzią, zanim zdążyła zadać pytanie.

– Akurat nie o to chciałam zapytać…

Spojrzał na nią i w jej wzroku jak zwykle dostrzegł prawdę. Rzeczywiście chciała zapytać o co innego.

– A o co? – zainteresował się natychmiast, używając przy tym policyjnego tonu, dlatego chrząknął, by choć trochę złagodzić opryskliwość głosu i pytania.

– Pomyślałam, synku, że może dobrze byłoby, gdybyś pomyślał teraz o jakimś urlopie. Chociaż krótkim. Zima w pełni. W górach pewnie śniegu po kolana. Tak uwielbiasz narty. Oderwij się od tego co tutaj. Dobrze ci to zrobi.

– Nie, mamo! – Znów przesadził z kategorycznością tonu, który spłoszył wzrok mamy.

Od razu odwróciła się do niego tyłem. Poczuł się jak palant i rzeczywiście nim był, ponieważ zamiast ratować sytuację, przesadzał ze swoją prawdomównością.

– Nie pójdę na żaden urlop, dopóki ich nie dorwę.

– Synku…

Mama była bliska łez. Był tego pewien.

– Nie martw się. – Chciał się poprawić, ale jego starania na nic się zdały, choć mówił bardzo spokojnie. – Mamo, ty nawet nie wyobrażasz sobie, co to są za ludzie. Zdajesz sobie sprawę, że oni teraz bezkarnie chodzą po ulicach? Tak nie może być. Muszę, to znaczy musimy… ich wyłapać co do jednego, bo oni dla pieniędzy są gotowi zabijać nawet dzieci.

Nie powinien był tego mówić. Wiedział o tym doskonale, jednak to, co zobaczył tydzień temu w jednym z mokotowskich mieszkań, było powodem przydarzającej mu się od tamtego dnia bezsenności. Śmierć Pati tylko spotęgowała jego złość i póki co niemoc, ale i tak był już bliski zakończenia sprawy. Bardzo bliski. Zwłaszcza że jednego z tej morderczej szajki już miał. I na szczęście okazało się, że trafił na materiał dość prosty w obsłudze, szybko go złamał. Facet przez dwa dni nie mówił nic, ale zmotywowany przez Grubego zaczął sypać i teraz należało tylko wybrać dobry moment, by przyskrzynić tę łysą pałę, przez którą od tygodnia musiał sam jeździć po mieście i przez którą dwójce małych dzieci nigdy nie dane będzie dorosnąć.

W samochodzie po Pati zostały tylko błyszczyk do ust i obrazek świętego Krzysztofa przyklejony do drzwi po stronie pasażera. Brakowało mu tej dziewczyny, chociaż nie miał w zwyczaju przywiązywać się do kobiet. Raz nawet myślał, że połączyło go coś poważniejszego z Zimną, to znaczy z policyjną patolożką. Jednak pomylił się co do niej. Zimna doceniała w nim tylko męskie fragmenty, za to dogadywać się umiała najlepiej tylko z tymi, którzy akurat leżeli na jej zimnym i metalowym stole, a to tylko dlatego, że zawsze milczeli. W dodatku paliła jak smok, mówiąc, że woli śmierdzieć petami niż trupami.

Mama spoglądała na niego, z jej oczu spadały krople smutku i niemocy, a przede wszystkim strachu. Wiedział o tym.

Nigdy nie bał się swojej pracy, choć zdawał sobie sprawę, a nawet był świadkiem tego, że za ten brak obaw może kiedyś słono zapłacić. Starał się o tym nie myśleć. W życiu nigdy nie zastanawiał się zbyt wiele nad kosztami. Musiał być bezwzględny. Patrycji zabrakło tej bezwzględności w najważniejszym momencie. Nie pociągnęła za spust w odpowiedniej chwili. Zupełnie jakby zapomniała o słowach, które słyszała od niego niejednokrotnie. Powtarzał jej do znudzenia: „Pamiętaj, przyjdzie taki moment, że jak nie ty jego, to on ciebie”.

– Nie płacz, mamo… – poprosił cicho i łagodnie.

– Tyle mego… – szepnęła żałośnie mama i uśmiechnęła się do niego, chociaż strach wciąż skraplał się na końcach jej rzęs otaczających czarne jak węgiel oczy.

Dzieci zasypiały powoli. Rozglądała się po sali. Starała się poruszać bezszelestnie pomiędzy małymi leżaczkami. Tu poprawiła kocyk, tam odgarnęła włosy z ciepłego policzka. Nuciła spokojną melodię płynącą z magnetofonu. Z niecierpliwością oczekiwała Karoliny, która wyszła na moment, by skorzystać z toalety. Też o tym marzyła i to od dłuższego czasu.

Lubiła swoją pracę. Bardzo. Traktowała ją wyjątkowo poważnie i odpowiedzialnie. Miała świadomość, że dzieci, których teraz doglądała, były największymi skarbami swoich rodziców. Przynajmniej tak zakładała. Dlatego do każdej swojej czynności podchodziła z wielkim oddaniem. Nawet podczas najśmieszniejszych zabaw z tyłu jej głowy czaiła się ostrożność.

Drzwi sali otworzyły się cichutko. Zobaczyła w nich uśmiechniętą twarz Karoliny. Znały się już drugi rok. To tyle pracowała w tym przedszkolu. Przypadły sobie do gustu już pierwszego dnia wspólnej pracy i to wbrew powiedzeniu, że przeciwieństwa się przyciągają, ponieważ były do siebie dość podobne. Wspierały się w pracy i pomagały sobie. Konsekwentnie nie pozwalały się zgnębić dyrektorce przedszkola, która miła bywała tylko w towarzystwie rodziców dzieci. Chociaż same pociechy nie interesowały jej ani trochę. Natomiast pracowników przedszkola, niezależnie od zajmowanego stanowiska, traktowała z wyższością i pogardą. Lubiła występować z pozycji siły. Lubiła się szarogęsić i rządzić nawet w takich sprawach, o których nie miała bladego pojęcia.

– Teraz ty – szepnęła do niej Karolina.

Obie wiedziały, że załatwienie swych potrzeb fizjologicznych w tym zakładzie pracy niechronionej, jak wyrażała się o przedszkolu Karolina, należało do rzadkości.

Uśmiechnęła się do koleżanki po fachu i nie odzywając się ni słowem, wyszła z sali wypełnionej już słodko posapującymi trzylatkami. Skierowała swe kroki do toalety dla personelu, znajdującej się na parterze budynku. Kiedy z niej wyszła, gdy była już na półpiętrze prowadzącym do sali leżakowania, stało się coś przerażającego. Usłyszała strzały. Zastygła w bezruchu. Na moment. Co prawda nigdy nie słyszała takiego odgłosu, ale rozwiercał jej głowę od środka. Ten huk nie zostawiał wątpliwości. Ktoś strzelał. W dodatku w niewielkiej odległości od przedszkola. Z góry dobiegał już płacz dziecka. Za chwilę kolejny. Nie wiedziała, co robić. Powinna ruszyć przed siebie i pobiec na pomoc Karolinie. Jednak wiedziona jakimś trudnym do wytłumaczenia impulsem nie zrobiła tego. Zbiegła na parter i przykleiwszy się do okna w ogromnej sali zabaw, obserwowała, co się dzieje. Widziała łysego, postawnego mężczyznę. Po chwili nie była już sama. Przy oknie jak spod ziemi wyrosły dyrektorka i dwie kucharki.

– Pani Saro! Proszę natychmiast wracać do dzieci! – Głos dyrektorki był kategoryczny.

Usłyszała go dokładnie w chwili, gdy za oknem czarny samochód, o numerach rejestracyjnych, które udało jej się spostrzec, z piskiem opon odjechał z ogromną prędkością, odsłaniając makabryczny widok na chodniku po drugiej stronie ulicy.

– Chryste Panie! – zapiszczała panicznie leciwa już pani Lucyna i chwyciła się za serce.

– Dzwonię po policję! – podniosła głos dyrektorka.

– Potrzebne jest pogotowie, nie policja! – Rozkazała dyrektorce tak zdecydowanym głosem, że ta wbiła w nią nienawistne spojrzenie.

– Proszę wracać do dzieci, a nie dyktować mi, co mam robić!

Nie mogła nie zareagować na to, co widziała. Do końca nie wiedziała, co się z nią dzieje i co robi. Miała gdzieś słowa dyrektorki i jej sypiące gromy spojrzenia. Teraz najważniejszy był tylko człowiek leżący po drugiej stronie ulicy. Leżał na tyle blisko, że dostrzegała kałużę krwi obok niego. Miała wrażenie, że poruszał się nieznacznie. Krew swym ciepłem na pewno roztapiała śnieg.

Dobrze znała ten widok. Ukrywała go w swych wspomnieniach. Obraz czerwonej krwi na białym śniegu. To pewnie dlatego za nic miała słowa dyrektorki. Wyminęła ją, ignorując dyscyplinujące spojrzenie, i w pośpiechu wyszła z budynku. Szybko pokonała kilka schodków. Nie czuła mrozu na ciele ani śniegu wpadającego do cienkich tenisówek. Szła przed siebie coraz szybciej. Ominęła przewrócony na drodze motocykl i zatrzymała się nad krwawiącym człowiekiem.

– Udo i bark – szepnęła z przestrachem.

Usiłując zapanować nad paniką, ukucnęła przy rannym. Spod skórzanego kombinezonu krew lała się strumieniem. Jednak z rany na udzie chyba dużo szybciej niż z tej wyżej. Bała się. Paradoksalnie widok czerwieni pochłaniającej w szybkim tempie biel na chodniku dodał jej odwagi. Wzięła dwa głębokie wdechy. Pomogły natychmiast, ponieważ ziąb był nieludzki. Pogody na jazdę motorem nie było na pewno. Delikatnie otworzyła szybkę kasku, który miał na głowie leżący mężczyzna. Zobaczyła fragment twarzy. To znaczy skórę bledszą od śniegu. Miała wrażenie, że na jej oczach zmienia kolor na sinozieloną. Nie wiedziała, czy dobrze robi, ale delikatnie uniosła głowę mężczyzny i ku swemu zdziwieniu bez wysiłku zdjęła mu z głowy kask. Jedną dłonią przytrzymała głowę, a drugą dotknęła jego policzka.

– Słyszy mnie pan? – zapytała dość głośno.

Niestety nie reagował. Tym razem trochę mocniej uderzyła w coraz bledszy policzek.

– Słyszy mnie pan? – zapytała znów, tyle że dużo głośniej.

Udało się! Mężczyzna otworzył oczy. Były bardzo błękitne. Popatrzyły prosto na nią.

– Mamo… – szepnął ledwie słyszalnie.

Znów zamknął oczy. Musiała działać. Szybko zdjęła z siebie rozpięty sweter. Zrobiła z niego coś na kształt poduszki, którą wetknęła mężczyźnie pod głowę. Nerwowo zerwała z siebie wąski pasek przytrzymujący dżinsy i nie wiedząc, czy dobrze postępuje, znów wiedziona jakimś intuicyjnym podszeptem, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że brudzi swe dłonie krwią, używając do tego nadludzkiej siły, obwiązywała nogę mężczyzny tuż nad raną. Nie potrafiła sobie teraz przypomnieć, czy ktoś kiedyś nauczył ją takiego postępowania, czy może widziała je na jakimś mrożącym krew w żyłach filmie, ale to było nieistotne. Teraz bardzo chciała uratować życie wciąż jeszcze tlące się w leżącym na śniegu człowieku. Zakrwawionymi i trzęsącymi się rękami zerwała z szyi apaszkę w kolorze oczu mężczyzny i obwiązała jego ramię. Też nad raną. Gdy udało jej się to zrobić, świat zawirował jej przed oczami. Natychmiast przyklękła przy głowie zranionego i kolejny raz uderzyła lekko jego policzek, całkowicie brudząc go przy tym krwią.

– Proszę pana! Proszę pana! Proszę otworzyć oczy! Proszę nie zasypiać! Słyszy mnie pan?! – Tym razem nie krzyczała, tylko szeptała w panice.

Nie miała siły na krzyk. Nie miała siły już wcale. Była bezradna. Płakała, nie zdając sobie z tego sprawy. Mężczyzna nie otworzył oczu. Niestety. Nie mogła patrzeć na jego zamknięte powieki. Dzięki Bogu, do jej uszu dobiegał już sygnał karetki. Dzięki Bogu, pomoc była już bardzo blisko.

– Już jedzie karetka – Usłyszała nad sobą jakiś głos.

Podniosła głowę. Popatrzyła w kierunku, z którego go usłyszała. Zobaczyła nad sobą kilka przerażonych twarzy. Była tak skupiona na pomocy rannemu, że nie rejestrowała, co się wokół działo. Wciąż trzymała mężczyznę za rękę. Przeraźliwie zimną. Znów spojrzała na jego ranę na udzie. To, co zobaczyła, sprawiło, że poczuła, iż jeszcze chwila, a sama będzie potrzebowała pomocy ratowników. Szybko przeniosła wzrok wyżej, na kurtkę. Dopiero teraz zauważyła, że była gęsto podziurawiona. Komuś musiało bardzo zależeć na śmierci tego mężczyzny.

– Przepraszam!!! Proszę się rozejść!!! Proszę zrobić miejsce!!! – Słyszała podniesione męskie głosy.

Jednak teraz zwracała uwagę tylko na krew. Była wszędzie. Wydawało jej się, że jej dłonie są coraz czerwieńsze.

– Policja!!! – Tym razem usłyszała inny głos niż poprzednio. – Proszę się rozejść!!!

Polecenia policjanta były dużo bardziej donośne niż ratowników. Dzięki temu wścibscy gapie rozstąpili się natychmiast.

– Kim pani jest? – zapytał szybko policjant.

Nie zdążyła odpowiedzieć. Było jej słabo. Pewnie dlatego jeden z ratowników przykucnął obok niej, chwycił ją za ramiona i spojrzał na nią z ogromnym zrozumieniem. Po czym, całkowicie ignorując nachalnego policjanta, zaczął mówić do niej wyjątkowo spokojnym głosem.

– Bardzo pani dziękujemy. Proszę się nie martwić. Zajmiemy się nim odpowiednio. Zachowała się pani doskonale. Proszę teraz pozwolić im działać – mówiąc to, spojrzał na swoich kolegów. – Uratują go. Na pewno.

Ostatnie słowa, które usłyszała, sprawiły, że puściła dłoń mężczyzny i z pomocą ratownika wstała. Tym razem wpatrujący się w nią policjant zachował się o wiele sensowniej. Nie bacząc na krew na jej dłoni, podał jej swoją i pomógł jej oddalić się od ratowanego mężczyzny.

– Skąd się pani tu wzięła? – zapytał policjant w końcu przyjaznym tonem.

Nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż nagle wyrósł przed nią inny, bardzo postawny mężczyzna. Machnął jej przed oczami jakąś legitymacją.

– Komisarz… – Podał nazwisko tak szybko, że go nie zrozumiała. I już wolniej dodał: – Komenda Stołeczna Policji.

Patrzyła na niego, zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego musiała brać udział w tej nieoczekiwanej prezentacji. Komisarz „Jakiśtam” nie miał na sobie munduru. Zupełnie nie wyglądał jak policjant.

– Czy była pani świadkiem zdarzenia? – zapytał, oczekując natychmiastowej i rzeczowej odpowiedzi.

Na taką nie miała siły, zatem tylko skinęła głową.

– Czy widziała pani coś… cokolwiek, co ułatwi nam poszukiwanie sprawcy, ewentualnie sprawców zdarzenia?

Patrzyła na komendanta, nie mogąc zdobyć się na ani jedno słowo.

– Postrzelony mężczyzna to policjant. – Komisarz chyba właśnie argumentował, dlaczego oczekiwał na jej konkretną odpowiedź.

– Tak – odezwała się w końcu.

Mówiąc to, utkwiła wzrok w kałuży krwi wciąż topiącej śnieg. Zranionego mężczyzny już nie zobaczyła, natomiast słyszała syrenę oddalającego się ambulansu. Pomyślała, że musi się natychmiast gdzieś położyć…

Jestem zmarznięta. Skostniała. Ręce mam wciąż lodowate. Zamiast wracać do domu, siedziałam dziś na ławce obok szpitala. Dopiero Beatka, jak się na mnie natknęła, to wciągnęła, dosłownie wciągnęła mnie do swojego samochodu, a przedtem siłą mnie do niego zaciągnęła. Panie Boże, jak ona pomstowała w tym aucie. I to wcale nie na tych strasznych morderców, co ich Matka Ziemia nosi i którzy życie ludzkie za nic mają. Beatka klęła, na czym świat stoi, na Maksa. Wyzywała go od najgorszych. Od debili, bohaterów, za przeproszeniem, pieprzonych. W dodatku straszyła mnie, że jak tak dalej pójdzie, to Maks przez tę swoją robotę na nas wszystkich nieszczęście ściągnie. Oczywiście nie odzywałam się, kiedy moja córka krzyczała na całe gardło. Nie chciałam jej dodatkowo denerwować, bo i bez moich wtrętów jechała jak wariatka. Po prostu serce mi waliło i wali do teraz. Powinnam zmierzyć sobie ciśnienie. Maks kupił mi ciśnieniomierz. Łatwy w obsłudze. Szwajcarski.

Kochany Panie, dziękuję Ci, że go ocaliłeś. Wiem, że najpierw opiekowałeś się Włodkiem, a teraz Maksem. Jestem tego pewna. Czuję to całym sercem. Dziękuję, że dałeś nam taki mroźny dzień, bo to chyba dzięki temu Maks po służbie włożył kamizelkę kuloodporną albo jej po prostu nie zdjął. Sama nie wiem. Szkoda tylko, że mnie nie posłuchał i wsiadł na ten diabelski motor. Kto to widział jeździć czymś takim, zwłaszcza zimą. Musiał dzień mieć ciężki. Kiedyś powiedział mi, że jazda na motorze pozwala mu pozbyć się stresu. Ale w taką pogodę? Kto to widział? Boże kochany! Na szczęście kamizelkę miał. Wygrał życie. W szpitalu lekarz mnie uspokajał. Bez skutku. Powtarzał w kółko coś o młodym, silnym organizmie. Ramię przestrzelone. Na wylot. Z nogą dużo gorzej. W tętnicę udową trafili. Gdyby nie pomoc jakiejś przypadkowej kobiety, mojego syna mogłoby już nie być. Dziękuję Ci, Panie, za tę kobietę. Za to, że zachowała się jak należy. Że ratowała. Że nie bała się ratować. Biedaczka na koniec sama pomocy potrzebowała. O wszystkim opowiedział mi komisarz Starzyński, kiedy patrzyłam na mojego synka. Przez szybę niestety. Patrzyłam, a komisarz szeptał. Boże… Jaki mój chłopiec był blady. Usta sine. Oczy zamknięte, i to ciągłe pikanie koło jego głowy. Straszne. Nie chcę myśleć, co byłoby, gdyby… Nie chcę myśleć. Nie mogę tak myśleć. Panie, opiekuj się nim. Ja nie proszę, ja błagam, błagam na kolanach. Panie, jeśli poczujesz, jeśli postanowisz, że czas na kogoś z naszej rodziny, to proszę, mnie wezwij do siebie. Nigdy w życiu nie pchałam się przed szereg, ale teraz się pcham i proszę, byś mnie wysłuchał. Chętnie się z Włodkiem spotkam. Omówię z nim sprawy, których nie zdążyliśmy omówić tu na ziemi. Ale moje dzieci niech użyją jeszcze świata, chociaż momentami jest bardzo zły. Psują go źli ludzie, ludzie okrutni. Psują go tak bardzo, że bardziej już chyba nie można.

Muszę się już położyć. Obiecałam Beatce, że wcześnie pójdę spać i nie będę się zadręczać. Obiecałam na wyrost, bo jak tu nie zadręczać się, jak nie myśleć, skoro władzy nad swymi myślami nie mam żadnej. Żałuję, że w szpitalu nie mogłam zostać. Nie pozwolili. A ja tak bardzo chciałam do niego wejść. Za rękę potrzymać, sine usta zwilżyć mu od czasu do czasu, po prostu posiedzieć obok. Nie pozwolili. Do domu kazali iść. Odpoczywać przykazali. Trudno o odpoczynek, jak się człowiek martwi i tęskni. Zawsze za dziećmi tęsknię. Taka już jestem. Myślę o nich dużo. Z nimi dni zaczynam i z nimi kończę. Moje dzieci to cały mój świat. Tak było, jest i będzie. Innego świata nie mam. Inny świat się dla mnie nie liczy. Kiedyś, jak żył Włodek, było trochę inaczej. Do pewnego czasu inaczej. Później wszystko się posypało, a gdy odszedł, to runęło już całkiem. To znaczy we mnie, gdzieś w środku, gdzieś bardzo głęboko. Popsuło się strasznie, niewyobrażalnie. Na szczęście życie nauczyło mnie okazywać tylko te uczucia, które innym niczego nie utrudniają. Wszystkie inne, te najtrudniejsze, chowam w sobie, i to bardzo głęboko. Czasami to ukrywanie się przychodzi mi bardzo łatwo, a innym razem towarzyszy temu wielki wysiłek. Dziś nie muszę niczego udawać. Nie mam przed kim, a przed sobą przecież nie muszę. Ani trochę…

Mój Maks… Kiedy był mały i coś sobie zrobił, zawsze do mnie przybiegał. Przytulałam go wtedy do siebie. Nie musieliśmy nawet nic mówić. Wystarczyło, że zbolałe miejsce pocałowałam albo rozmasowałam, na ranę podmuchałam, i od razu raźniej nam się robiło. I Maksowi, i mnie. Teraz jest inaczej. Dzieci rosną, a ich nieszczęścia i kłopoty poważnieją razem z nimi. Dziecięce guzy i zadrapania w przypadku Maksa zamieniły się na rany postrzałowe. Odchodzę od zmysłów, jednak nie mogę sobie na to pozwolić. Przecież jutro muszę iść do szpitala. Muszę być przy moim synku. Muszę strzec jego życia. I nie jest dziś ważne, ile mój syn ma lat. Matka to matka. Choćby taka jak ja. Kochająca bez pamięci, kochająca od chwili, gdy zobaczyła małego chłopca po raz pierwszy. Miał wtedy zamknięte oczka. Tak jak dziś. Spał wtedy, tak jak dziś. Panie… Dziękuję Ci za to, że mi go dałeś, i proszę Cię o to, byś mi go teraz nie zabierał. Niech będzie dobrze. Niech dobrzeje. Wybacz, że tak na Ciebie naciskam. Przecież powinnam powiedzieć: „Panie, niech będzie tak, jak chcesz tego Ty”. Należałoby tak zrobić, ponieważ w Ciebie wierzę, a skoro tak jest, to przecież o mnie nie zapomnisz. Ani o mnie, ani o moich dzieciach. Przecież mogę być spokojna, wybacz mi, że dziś tego nie potrafię. Nie potrafię nawet wtedy, gdy przypominają mi się słowa siostry Józefy: „Po prostu wierz, a Pan Bóg o tobie nie zapomni. On pamięta nawet o tych, którzy myślą, że Go nie ma”.

– A gdzie to się tyle czasu podziewałaś, moja Sarenko?

Dziadek spoglądał na nią radosnym, ale bardzo zatroskanym wzrokiem.

Usiadła przy stole, a raczej opadła na krzesło. Zmęczonym gestem potarła czoło, zupełnie tak jakby chciała przegonić doskwierający ból głowy.

– Byłam na policji.

Troska w oczach Dziadka z miejsca zamieniła się w strach. W bezmiar strachu, który sprawił, że zdenerwowała się sama na siebie.

– Nie! Bądź spokojny, Dziadku. Nic się nie stało. To nie to, co myślisz. To nie Robert. – Ostatnie słowo wymówiła z ogromną niechęcią.

Na nienawiść nie miała dziś siły. Zresztą nawet w dobre dni nie chciała myśleć o byłym mężu. Niestety na domiar złego dzisiaj o nim rozmyślała. Oczywiście całkowicie wbrew sobie. A wszystko przez ślady krwi na śniegu. Kombinacja ciepłej czerwieni z zimną bielą sprawiła, że wróciły wspomnienia, których żadną siłą nie udawało jej się wyrzucić z pamięci. Wszystko, co kojarzyło jej się z Robertem, było złe. Było w niej tak bardzo dużo złych wspomnień i myśli, że na dobre nie starczało już miejsca. Poza tym te dobre były tak odległe, że wydawały się nierzeczywiste i całkowicie odrealnione, jakby wymyślone. Miała świadomość, że wszystkie dobre chwile były udawane i odegrane. Były atrakcyjną pułapką, w którą wpadła.

– Na ulicy przed przedszkolem postrzelono człowieka. Widziałam to i mu pomogłam. Okazało się, że to policjant. Musiałam złożyć zeznania. Mogłam to zrobić jutro, ale wolałam dziś, żeby o niczym nie zapomnieć.

– Zawsze byłaś taka dzielna – powiedział Dziadek z dumą, jednak wciąż w jego głosie słychać było troskę. – Ale co się ze światem dzieje? To, co kiedyś można było zobaczyć tylko w filmach, przeniosło się na ulice. Dokąd to wszystko zmierza?

– Nie wiem, Dziadku… – odpowiedziała gorzko, choć w istocie nie odpowiedziała na jego pytanie. – Psuje nam się świat – dodała smutnym głosem.

– Nie psuje się, tylko ludzie go psują. I jak na ciebie dziś patrzę, to odnoszę wrażenie, że ludzie niestety nie mają zamiaru przestać.

– Chyba, Dziadku, nie mają… Przeżyłam dziś straszny dzień. Najpierw ten człowiek cały we krwi. Później policja, a na koniec starcie z moją dyrektorką. Nie wyobrażasz sobie, jakie miałam nieprzyjemności w pracy po tym wszystkim. Na policji to mi chociaż podziękowali, bo gdyby nie moja pomoc, to nie wiadomo… No wiesz, Dziadku… – Bała się dokończyć rozpoczęte zdanie. – Ale to nie zmienia faktu, że w związku z tym, co zrobiłam, mogę stracić pracę.

– Dlaczego? – zapytał od razu Dziadek i zrobił wielkie oczy.

– Dyrektorka zinterpretowała to tak, że samowolnie opuściłam miejsce pracy, narażając tym samym dzieci przebywające pod moją opieką na niebezpieczeństwo. Podczas gdy ja, kiedy to się wszystko działo, wracałam z toalety, a z dziećmi była Karolina. Jesteś w stanie, Dziadku, to sobie wyobrazić? – zapytała, licząc na zrozumienie.

– No masz! – fuknął Dziadek. – Sarenko, ja już tyle w życiu przeżyłem i tyle widziałem, że mnie to już nic nie zdziwi, a zwłaszcza brak zwykłej ludzkiej życzliwości.

– Zobacz! A ja wciąż się jeszcze dziwię. Najbardziej ludzką znieczulicą – podsumowała gorzko, ale mocnym głosem.

– To dobrze, Sarenko, akurat bardzo dobrze. To znaczy, że jesteś wrażliwa, bo niewrażliwych znieczulica rozjeżdża jak walec, a oni i tak niczego nie czują. Telefonujemy do Taty? – Dziadek utkwił w niej pytający wzrok.

– Nie, Dziadku. To niepotrzebne. Poradzimy sobie sami – stwierdziła przekonująco i zmieniła temat. – Jadłeś kolację, Dziadku?

Szybko wstała od stołu i otworzyła lodówkę.

– Na obiad zjadłem zupę – wymijająco odpowiedział Dziadek.

– Zakupów przez to wszystko nie zrobiłam, ale coś tu mamy – powiedziała, wciąż wypatrując czegoś we wnętrzu lodówki.

Czuła chłód i myślała, że powinna bardziej przyłożyć się do prowadzenia domu, ponieważ przez jej zaangażowanie w ratunek, a tym samym brak troski o dom, mogli dziś z Dziadkiem na kolację zjeść tylko śniadaniowe tosty z dżemem. W lodówce panowała bieda, ponieważ jak na złość akurat teraz dobiegał końca zwyczajowy dzień robienia zakupów. A skoro zakupy nie doszły do skutku, to oznaczało, że na kolację musiało być śniadanie. Zatem bezzwłocznie poinformowała o tym Dziadka.

– Wnusiu – powiedział ten od razu – nieważne, co się je, ważne, kto nam przy posiłku towarzyszy.

Uśmiechnęli się do siebie w tym samym momencie. Rozgrzeszyła się natychmiast i przygotowując posiłek, myślała o tym, jak mało w jej życiu było kobiet. Mamę straciła wcześnie. Miała wtedy dziesięć lat. Pamiętała ją, ale jak przez mgłę. Na szczęście Babcia była przy niej dłużej niż Mama, oczywiście i tak za krótko. Tylko przez to, że miała ją dłużej, to za Babcią tęskniła bardziej niż za Mamą. Pewnie działo się tak dlatego, że miała świadomość, za kim i za czym tęskni. Mama była dla niej obrazem, za którym tęskniła. Babcia natomiast była głosem, śmiechem, dotykiem, zapachem. To Babcia się nią opiekowała, ponieważ Mamy zwykle nie było, a jak już przestała wyjeżdżać, to zawsze chorowała. Babcia natomiast była dla niej jeszcze uzupełnieniem obrazu Dziadka. Tego sprzed lat i tego dziś. Gdy dziś patrzyła na Dziadka i nie widziała Babci w jego pobliżu, wciąż odczuwała brak i ogromną stratę. Kiedy podczas spacerów z Dziadkiem widziała jego pojedynczy cień, to niezmiennie nie mogła pogodzić się ze śmiercią Babci. Przecież ta ważna dla niej para miała zawsze wspólny cień.

Rozmyślając o Babci, dotknęła szyi i od razu poczuła się nieswojo. Nie miała już apaszki, którą od niej dostała. Nie miała też na sobie paska, ale ten brak nie doskwierał jej wcale. Apaszki natomiast było jej bardzo żal, chociaż wiedziała, że gdyby mogła opowiedzieć Babci, do czego dziś przydał jej się ten błękitny prezent od niej, to byłaby z niej bardzo dumna. Niestety nie mogła tego zrobić.

– Proszę, Dziadku, tosty gotowe. Dzisiaj bieda, ale jutro… obiecuję ci, będzie na bogato. Zrobię jakieś super zakupy, a jak się okaże, że dyrektorka za dzisiejszą akcję ratunkową zwolni mnie z pracy, to przez jakiś czas będę miała doskonałe warunki do wzorowego prowadzenia domu – stwierdziła, udając beztroskę, której nie miała w sobie dziś wieczorem ani odrobiny.

– Jak cię zwolni, to ze mną będzie miała do czynienia – stwierdził Dziadek, z apetytem zajadając chrupiące tosty.

Jedli, zerkając na siebie. Lubiła milczeć z Dziadkiem, który nigdy zbyt wiele nie mówił. To dzięki niemu wierzyła, że cisza potrafi być najdoskonalszą metodą porozumienia. Zwłaszcza dusz. Dziadek bywał milczkiem, ponieważ gdy żyła Babcia, nie musiał często się odzywać, bo ona była gadułą. Mówiła za dwoje, a na upartego nawet za troje. Odkąd jej zabrakło, ich dom ucichł. Pewnie do dziś Dziadek nie mógł się przyzwyczaić do tej ciszy. Jednak nie narzekał i nie skarżył się na swój los. Teraz jadł powoli, a każdy kęs popijał gorącą herbatą.

Wpatrywała się w jego twarz i myślała. O mężczyznach. Miała kilku w swoim życiu. Kilku ważnych. Dziadek był jej opoką. Najważniejszym pewnikiem w jej życiu. Był przy niej zawsze. Tato po śmierci Mamy długo był sam, aż w końcu ułożył sobie życie na nowo. Nie miała mu tego za złe. Wprost przeciwnie, cieszyła się, że stara się stworzyć nową rodzinę, nowe życie. Sama też tego kiedyś bardzo pragnęła. Jednak nie udało się. Z kimś takim jak Robert nie mogło się udać, chociaż bardzo się starała. O dwa lata za długo. O złamany nos i połamane żebra za długo. Starała się bardzo, za bardzo, starała się do krwi. Własnej krwi na białym śniegu. Już bardziej starać się nie potrafiła i nie mogła. Dziadek jej na to nie pozwolił i dobrze zrobił. Zachował się wzorowo. Jak zwykle. Zastąpił jej Tatę, który w związku z tym, że mieszkał w Amsterdamie, długo nie zdawał sobie sprawy z nadludzkich starań własnej córki, by utrzymać małżeństwo, a raczej je przetrzymać.

– Całkiem dobre to śniadanie na kolację – podsumował skończony posiłek Dziadek, zbierając opuszkiem palca okruchy, te pozostałe na talerzu, jak również te, które zawieruszyły się w jego pobliżu.

– Dobre to dopiero będzie jutrzejsze śniadaniowe śniadanie, zobaczysz, Dziadku – zażartowała, choć przed oczami wciąż majaczyły jej dwa patriotyczne kolory.

– Dziękuję, Sarenko. Dziękuję za dziś i dziękuję za jutro.

– Dziadku! Przecież wiesz, że nie lubię tych twoich podziękowań awansem – żachnęła się nieznacznie.

– Wiem, Sarenko, wiem… Ale uważam, że lepiej podziękować o sto razy za dużo niż raz za mało – spointował Dziadek, wstał od stołu i nachylił się, by pocałować jej czoło.

Od lat, z krótką przerwą na jej nieudane małżeństwo, żegnał się z nią w identyczny sposób. Gdy wstała od stołu, Dziadka już nie było.

Była koszmarnie zmęczona. Wiedziała, że powinna oddzwonić do Wojtka, ponieważ przez cały dzień nękał ją telefonami. Skoro jednak jakąś godzinę temu przestał, mogło to oznaczać, że poddał się i położył spać. A gdy spał, przeszkadzać mu nie należało. Sen był jego miłością. Podobnie jak sztuka i fotografowanie. Kochał kobiety, ale kochał je tylko fotografować. Żadna inna miłość nie wchodziła w jego przypadku w rachubę. Był uczuciowy. Zakochiwał się dość często, tyle że w mężczyznach, na jego nieszczęście zwykle bez wzajemności. Wojtek był jej największym i najwierniejszym przyjacielem. Takim, któremu można wszystko powiedzieć i jeszcze więcej od niego usłyszeć. Dla niej był doskonały, chociaż wad miał bez liku. Jednak akceptowała je wszystkie w pełnej rozciągłości, gdyż zawsze mogła na niego liczyć. On zresztą na nią również.

Myśląc o Wojtku, posprzątała po kolacji tak wystawnej, że tych kilku czynności, które wykonała, chyba nie można było nazwać sprzątaniem. Po cichutku weszła po schodach na górę. Kiedyś piętro domu należało do jej rodziców, teraz było już tylko jej. Dziadek gospodarzył na dole, na górze ona. Było im tak dobrze. Każde z nich miało swoją strefę komfortu. Lubiła ciszę i spokój swojego rodzinnego, kiedyś można było powiedzieć, że wielopokoleniowego domu. Lubiła tę ciszę najbardziej wtedy, gdy wracała z rozgadanego, a nawet rozkrzyczanego przedszkola. Lubiła swą przestrzeń. Czuła się w niej bezpieczna, ponieważ Robert nakazem sądu nie mógł się zbliżać nie tylko do jej domu, ale przede wszystkim do niej. Sądowy nakaz pozwolił jej odzyskać spokój, a bezpieczeństwo czuła dzięki bliskości Dziadka. Dziadek był w stanie zrobić dla niej wszystko. Nawet stanąć do walki z osiłkiem. Do walki skazanej oczywiście na porażkę. Jednak widmo porażki niektórym nie jest w stanie odebrać chęci do walki. Dziadek był dla niej bohaterem. Był przykładem, że to nie siła czyni z człowieka bohatera, tylko odwaga. Był bardzo odważny. Umiał w jej obronie zrobić wszystko, powiedzieć wszystko i zawalczyć o wszystko. Pamiętała, jak bardzo walczył o życie Babci. Nie przeszkadzała mu świadomość, że przegra. Była przekonana, że Babcia dzięki Dziadkowi żyła jeszcze długo od momentu, w którym lekarze po raz pierwszy załamali nad nią ręce.

Dzisiaj Dziadek jak zwykle nie powiedział zbyt dużo, ale widziała dumę w jego oczach, gdy opowiadała mu o tym, co dziś zrobiła. Miała nadzieję, że dyrektorka ochłonie i cofnie wszystkie swoje idiotyczne groźby związane ze zwolnieniem z pracy, w dodatku dyscyplinarnym.

Kładąc się do łóżka, nie miała siły nawet myśleć. Jednak myślała. Jak zwykle. O Mamie, Tacie, Babci, Wojtku, policjancie, który powiedział dziś do niej „mamo”. Miała nadzieję, że ten człowiek przeżyje. Chciała też, by dzięki jej zeznaniom zabójca z czarnego samochodu trafił za kratki tak szybko, jak to tylko możliwe. O nim akurat nie chciała teraz myśleć, ponieważ bardzo pragnęła już zasnąć. Od czasu, gdy znów tu zamieszkała, sypiała w miarę dobrze. Również dobrze jej się żyło, bo w jej życiu znów zawitał spokój, który ceniła sobie zawsze nade wszystko. Jednak kiedy zamykała oczy po ciężkich dniach, często widziała wściekłe, chorobliwie zazdrosne spojrzenie Roberta, któremu zawsze wydawało się, że spotykała się z kimś bez jego wiedzy, że zdradzała go i wciąż myślała o innych mężczyznach. Oczywiście tak nie było…

Dopóki nie poznała Roberta, uważała się za kogoś, kogo bardzo trudno oszukać. Twardo stąpała po ziemi. Nie była idealistką. Była realistką, która doskonale potrafiła odróżniać rzeczywistość od marzeń. A tu proszę! Dała się nabrać. W dodatku pokazowo. Pozwoliła na to Robertowi. Niestety jej były mąż miał warunki do oszukiwania. Nie miał serca. Był zabójczo przystojny, nieprzeciętnie inteligentny i niebotycznie bogaty. Był mężczyzną, o którego bliskości marzyło wiele kobiet. I taki królewicz trafił się właśnie jej. Żałowała, że nie wiedziała, iż ktoś mądry powiedział kiedyś: „Uważaj, czego sobie życzysz, bo może się spełnić”. Robert specjalnie dla niej wybudował piękny dom. Pokazał jej świat. Była z nim w miejscach, które inni mogli oglądać tylko w telewizji. Obsypywał ją kwiatami i prezentami. Wstawił ją do swego luksusowego świata jak rzecz. Uśpił jej czujność. Dlatego gdy poprosił ją o rękę po ponad roku znajomości, wypełnionym magią wielu bajkowych chwil, nie zawahała się ani przez chwilę. Inna odpowiedź niż „tak” na romantyczne pytanie zadane pod Łukiem Triumfalnym w Paryżu po prostu nie wchodziła w rachubę. Dlaczego miała nie wierzyć w to, że prezes wielkiej firmy może zakochać się w studentce pedagogiki? Nawet różnica wieku jej nie przerażała. Przecież miłość nie wybiera. To stara prawda. Wyszła za mąż. Przy dźwięku fanfar podczas wesela w Zamku Ryn. I to był początek końca. Wytrzymała dwa lata. Pierwszy rok małżeństwa nie był jeszcze taki zły. Zdarzały się spięcia, krzyki, przepychanki, za które – o zgrozo – często obwiniała siebie. Jednak gdy zdała sobie sprawę, że nie chce wychodzić z uczelni, ponieważ boi się wracać do domu, wtedy już wiedziała, że musi brać nogi za pas i uciekać. Nie miała niestety pojęcia, jak to zrobić. Po prostu trudno uciec od kogoś, kto jest mistrzem osaczania i manipulacji. W dodatku szanowanym człowiekiem, wzorem cnót wszelakich. Trudno walczyć z doskonałością, która poza zasięgiem ludzkiego wzroku zmienia się nie do poznania. Gdyby nie Dziadek, a raczej jego przemyślana pomoc, możliwe, że do dziś tkwiłaby w złotej klatce luksusowego domu i modliła się to o wypadek samochodowy, to o katastrofę lotniczą prywatnej awionetki, to o choroby rozmaite, najlepiej nieuleczalne. Gdyby nie Dziadek, wciąż byłaby samotną, zastraszoną dziewczynką, która musi spełniać zachcianki pana i władcy panującego nad wyraz niemiłosiernie. To Dziadek nie pozwolił Robertowi na zniszczenie jej życia. Dziadek miał głowę na karku. Dzięki niemu zrobiła pełną obdukcję i zgromadziła dokumentację medyczną. Dzięki temu tylko jedna sprawa rozwodowa zamknęła najgorszy rozdział w jej życiu. A później, gdy okazało się, że rozwód to za mało, by uwolnić się od Roberta, kolejny raz dzięki Dziadkowi i pomocy jego przyjaciela, prawnika z wieloletnim doświadczeniem, poczuła, że może prowadzić normalne życie, ponieważ jej były mąż, by ratować swoją karierę poważnie nadszarpniętą prokuratorskim oskarżeniem, został zmuszony do wyjazdu na drugi koniec świata.

Robert był daleko. Jednak wciąż czuła, że o niej myśli, i z pewnością przez to poczucie miewała takie noce, że sen nie nadchodził, chociaż zmuszała się do nierozpamiętywania tego, co było, i nieprzypominania sobie śladów krwi na śniegu…

Teraz wśród jej zmęczonych i nieuporządkowanych myśli błądziły właśnie takie ślady. Jednak nie te związane z przemocą Roberta, ale te dzisiejsze. Znów przypomniała sobie jedno, jedyne słowo wymówione przez rannego policjanta.

– Babciu… – szepnęła tęsknie i poszukała wzrokiem zdjęć Babci porozstawianych między innymi fotografiami na komodzie stojącej naprzeciwko łóżka. Wędrowała wzrokiem po różnych fotografiach. Taki spacer w jej przypadku był możliwy nawet nocą, spała przy świetle. Od zawsze bała się ciemności. I od zawsze tę wycieczkę kończyła na tym samym zdjęciu. Babcia jako mała dziewczynka przytula się na nim do szarej kotary, za którą widoczny jest pień brzozy. Zdjęcie było bardzo stare. Lubiła je do tego stopnia, że wyprosiła je od Dziadka, gdy była małą dziewczynką. Dziadek nie potrafił jej odmawiać, dlatego od lat mogła się w nie wpatrywać. Pamiętała też, co powiedział, gdy je jej ofiarował. „Jeśli tak bardzo chcesz, to weź je sobie, Sarenko, tylko proszę cię, dbaj o nie, bo to jedna z największych rodzinnych pamiątek. Komu innemu bym go na pewno nie dał, ale tobie ufam”. Dbała zatem o zdjęcie Babci. Co więcej, była to jedyna rzecz, którą zabrała ze sobą, gdy opuszczała złotą klatkę. Zostawiła w niej wszystko. Ubrania, książki, biżuterię. Wszystko, po prostu wszystko. Srebrna ramka, w której była fotografia, przypominała jej o Robercie, bo to od niego ją dostała jeszcze przed ślubem. Chciała ją nawet wyrzucić. Jednak nie zrobiła tego od razu, zresztą Babci należała się taka piękna ramka. Natomiast żeby podziękować Dziadkowi, że przed laty ofiarował jej to zdjęcie, zrobiła mu niespodziankę i kilka lat temu na urodziny sprezentowała wzorowany na nim olejny portret Babci, wykonany przez dobrego znajomego Wojtka. Od tamtego dnia portret Babci Sary, bo to po niej odziedziczyła imię, wisiał w salonie na dole. Najbardziej na nim podobały jej się oczy Babci, wtedy jeszcze małej dziewczynki, uśmiechnięte i bardzo ciemne. Też takie miała. Zamknęła powieki i wspominając głos Babci, usiłowała zasnąć.

„Śpij już, Sarenko, śpij, bo jutro musisz wstać do szkoły…”

Znajdowała się już niedaleko domu. Było jej bardzo ciężko, gdyż szła objuczona siatami pełnymi zakupów. Gdy zobaczyła zaparkowany na ulicy przed domem samochód Wojtka, uśmiechnęła się radośnie. Cieszyła się na spotkanie z przyjacielem, który od lat imponował jej tym samym. Mianowicie tym, że się nie zmieniał. Zawsze był taki sam. Był radosny i potrafił wszystko obrócić w żart. Kariera znanego fotografa nie zamieniła go w snoba obracającego się tylko w określonych kręgach. Wojtek mieszkał w małym mieszkanku, chociaż stać go było na pałac. Ale tylko takie było mu do szczęścia potrzebne. Jeździł rozklekotanym gruchotem, którego przekornie nazywał Jaguarem. Również na przekór światowi mody i blichtru ubierał się w rzeczy, które nie miały nic wspólnego z kolorem, ponieważ według Wojtka barwy biała i szara nie były kolorami. Znali się od czasów szkoły podstawowej, w której jej najlepszy przyjaciel był zawsze mniejszy od innych chłopców. Dopiero w szkole średniej przerósł wszystkich kolegów. Był szczupły i bardzo wysoki, jednak w duszy pozostał kimś, kto nie potrafi patrzeć na innych z góry. Ostatnio rzadko ją odwiedzał. Był bardzo zapracowany. Dlatego gdy już się pojawiał, to zawsze nadchodziło wielkie święto. Dziadek traktował Wojtka jak członka rodziny. Może dlatego, że ten bez większych ceregieli ochrzcił go kiedyś „Dziadziem” i właśnie tak zwracał się do niego od lat.

– Dzień dobry! – krzyknęła już w progu domu i postawiła tuż za nim siaty.

Nikt niestety nie zareagował na jej powitanie, dlatego wciąż podniesionym głosem upomniała się o jakiekolwiek zainteresowanie.

– A może ktoś raczyłby mi pomóc?! Są w tym domu jacyś dżentelmeni?!

– Mówisz, masz!

Wojtek wyskoczył z kuchni jeszcze w kurtce. Widocznie przyjechał chwilę przed nią.

– Cześć, kochana! – Pocałował ją w policzek, i to dwa razy w ten sam.

Zawsze witał ją w ten sposób. Wojtek lubił nazywać się królem natręctw i ta podwójna całowanka była jego znakiem rozpoznawczym.

– Cześć! Boże, jak dobrze, że się pojawiłeś – stwierdziła z radością. – Już prawie zapomniałam, jak wyglądasz. A może z pracy cię wyrzucili? Sobota, a ty nie między modelkami, sławami o nogach przypominających swą długością słupy telegraficzne.

– Wolne sobie zrobiłem. Wróciłem dziś rano z Paryża. Niestety za dwa dni muszę znów gdzieś gnać, więc postanowiłem odpocząć chwilkę z wami. I chyba dobrze, że się pojawiłem, bo mi Dziadzio już zdążył donieść, że z pracy chcą cię wyrzucić za brak odpowiedzialności. Niczym się nie martw. Z przedszkola cię wyrzucą, za to do policji przyjmą, i to z pocałowaniem rąsi. Człowieka im uratowałaś, zabójcę namierzyłaś, jako pielęgniarka też dałaś radę. Normalnie Sara niezłomna, pseudonim Przedszkolanka.

– Nie kpij, tylko za zakupy się chwytaj! O ile masz ochotę załapać się na pyszne śniadanie.

– A ty nie pyskuj, tylko się rozbieraj i ciesz, że kiedyś będziesz mogła się przed wnukami pochwalić, z kim w dawnych czasach jadałaś śniadania.

– Akurat na wnuki to ja raczej szans nie mam – odpowiedziała z wyraźnym stękaniem towarzyszącym zdejmowaniu kozaków o bardzo wąskich cholewach.

– Eee! Noo! Kochana! Nie przekreślaj się zawczasu. Po co to robisz?! – Wojtek wlepił w nią poważne spojrzenie.

– Bo tak mi się coś wydaje, że policjant to zawód wysokiego ryzyka – odparowała błyskotliwie. Schyliła się, by pozbierać z podłogi siatki. Wojtek jednak wcisnął się między nią a zakupy.

– Może jednak póki co pani z przedszkola pójdzie rączki umyć przed pracą w kuchni – mówiąc to, trącił ją biodrem z taką siłą, że gdyby nie ściana, to na pewno straciłaby równowagę.

– Ej, ty! Fotograf! Tak to możesz po ścianach rzucać swoimi modelkami, a ze mną lepiej nie zadzieraj, bo od wczoraj mam znajomości w policji – syknęła.

– Tylko patrzeć, a odznaczenie dostaniesz. Telewizja reportaż o tobie zrobi. Sławna będziesz. – Wojtek zbierał zakupy z podłogi i kpił w najlepsze.

Nie przeszkadzało jej to ani trochę. Zawsze tak się zachowywał, kiedy miał dobry humor. Czyli bardzo często, ponieważ złe humory miewał rzadko. Wojtek był człowiekiem robiącym na innych wrażenie kogoś, komu w życiu wszystko się udaje, a w swoje osiągnięcia nie musi wkładać wysiłku i pracy. Szczęściarz, po prostu szczęściarz.

Była jedną z niewielu osób, które znały Wojtka na tyle, by wiedzieć, że to tylko pozory. Pod beztroskim uśmiechem przyjaciela kryły się skupienie na życiu i mistrzowska uważność. Wojtek doskonale wiedział, co jest w życiu warte kpiny, co pochylenia głęboko głowy, a co ugięcia kolan.

– To jest myśl! – Podchwyciła jego pomysł. – Jak zrobią o mnie program, to może dyrektorce będzie głupio dać mi dyscyplinarkę.

– Obiło mi się kiedyś o uszy, że głupiemu to nigdy nie jest głupio – stwierdził, kładąc zakupy na kuchennym stole.

– To ja chyba głupia nie jestem – skonstatowała.

Uśmiechnęła się do Dziadka przysłuchującego im się w milczeniu. W kuchni pachniało świeżo zaparzoną kawą. Parowała z kubka, na którym był napis: „Najlepszy Dziadek pod słońcem”.

– To co mam robić? – zapytał Wojtek.

– Możesz umyć rzodkiewkę. – Wręczyła mu pęczek, jakby był to bukiet kwiatów.

– Będzie twarożek? – rozpromienił się Wojtek.

– Nawet szczypiorek kupiłam.

Zmartwiła się też szybko, ponieważ wlepione w nią oczy Wojtka podejrzanie traciły swą radość.

– A ta policja to nie powinna zafundować ci jakiejś ochrony?

Usłyszawszy pytanie Wojtka, skuliła się w środku. Nawet ją coś zabolało. Spojrzała na przyjaciela błagalnym wzrokiem, dając mu do zrozumienia, by nie kontynuował właśnie rozpoczętego wątku. Niestety Wojtek nie odczytał jej niewypowiedzianej słowami prośby albo po prostu postanowił ją zlekceważyć. Odwrócił się w kierunku kuchennego zlewu i kontynuował.

– Jakkolwiek by na to patrzeć, to jesteś świadkiem, pewnie jedynym, usiłowania zabójstwa, tak to się chyba nazywa…

Zamarła w bezruchu nad siatką pachnącą świeżym pieczywem, ponieważ bała się spojrzeć w oczy Dziadka. Już czuła na sobie jego zafrasowany wzrok.

– Po pierwsze, widziałam tylko samochód – skłamała. – Po drugie, nie jesteśmy w Nowym Jorku.

– I co z tego?! – przyjaciel paplał jakby jej na złość.

– Możesz przestać! – podniosła głos, tracąc cierpliwość.

– Nie denerwuj się – poprosił od razu Dziadek. – To, co mówi Wojtek, wcale nie jest całkiem niedorzeczne…

– Nie wiem jak wy, ale ja jestem potwornie głodna i nie zamierzam zaczynać tego dnia od jakiegoś wariactwa – powiedziała podniesionym głosem.

– Może to jednak nie jest wariactwo, moja miła Sarenko? – Dziadek patrzył na nią czujnym wzrokiem.

– Raczej jest – stwierdziła kategorycznie, widząc, że rzodkiewka była umyta wzorcowo.

– Ta nasza policja… – zaczął Wojtek.

Nie mogła dać mu skończyć.

– Nie bój się! Oni wiedzą, co robią! – skomentowała, ponieważ wciąż pamiętała pewność i siłę głosu komisarza, który ją wczoraj przesłuchiwał.

– Jakoś swojego nie udało im się upilnować – zauważył.

– Wojtek! – wrzasnęła. – Jeśli chcesz zjeść z nami śniadanie – tu wymownie spojrzała na Dziadka – to, dobrze ci radzę, skończ już ten idiotyczny temat.

– Przecież wiesz, że nie chcę źle.

– Skoro nie chcesz, to przestań – poprosiła. – Dziadek nie powinien się denerwować – ucięła.

– Właśnie, Sarenko – dopowiedział Dziadek.

– Jeszcze jedno wasze słowo, a sama zgłoszę się zaraz na policję i poproszę o areszt tymczasowy. Nie dlatego, żeby mnie jakiś mafioso nie odstrzelił, tylko żebym to ja nie zrobiła krzywdy któremuś z was – zawyrokowała.

Zrobiła to, ponieważ bardzo chciała, żeby rozpoczynający się dzień był bardzo spokojny i przyjemny. Zwłaszcza że miała za sobą nieprzespaną noc.

– To może przydzielisz mi jakąś pracę – stwierdził Dziadek.

Wojtek niestety wciąż spoglądał na nią wzrokiem, w którym obawa konkurowała ze współczuciem. Żeby się uspokoić, musiała wyjść z kuchni.

– Idę powiesić pranie. – Popatrzyła na Wojtka wzrokiem zblazowanej modelki, wiedząc, że przyjaciel takiego nie znosił, a sam ją tego nauczył. – Mam nadzieję, że jak wrócę, to śniadanie będzie gotowe. Skoro tak świetnie się dogadujecie, to z pewnością dacie sobie radę bez moich wskazówek. Moi drodzy, do roboty!

Wyszła z kuchni, udając, że nie zauważa, w jakie osłupienie wprawiła obu panów swoim konkretnym, choć niezbyt długim występem. Zresztą nawet samą siebie trochę zdziwiła. Szła przed siebie, denerwując się sytuacją, która miała miejsce przed chwilą. Bardziej jednak przerażało ją to, co przeżyła wczoraj. Mimo to miała nadzieję, że nic jej nie groziło. Uspokajała się myślą, że kierowca czarnego samochodu nie mógł jej widzieć. Tego mogła być pewna. Chyba że…

Minął już ponad miesiąc, odkąd źli ludzie chcieli zabić Maksa. To był bardzo trudny czas. Na szczęście już przeminął. Wszystko, co złe, przemija. Zresztą to, co dobre, również. Tyle że szybciej. Niestety. Maks wyszedł już ze szpitala. Martwię się o niego. Żadna nowość. Powinien na siebie uważać. Powtarzam mu, żeby się nie przemęczał i pracę z daleka omijał. Co z tego? Przytakuje mi, ale wiem, że swoje robi. Cóż ja mogę? Dorosły jest. Może robić, co chce. Kiedy wychodził ze szpitala, poszłam porozmawiać z lekarzem. Z chirurgiem, który go operował. Czasu oczywiście nie miał. Zbyć mnie próbował. Przykro mi było bardzo. Gdyby nie chodziło o Maksa, to pewnie położyłabym uszy po sobie. Ale chciałam zapytać o zdrowie mojego syna, więc nie pozwoliłam się zbyć. W moim przypadku to wyczyn nie lada, bo w życiu nigdy zbytnio o swoje walczyć nie potrafiłam. Ale jeśli o dzieci chodzi, co nieco potrafię… Lekarz powiedział, że wszystko dobrze i powodów do zmartwień nie ma. Rana wygojona, morfologia dobra. Pacjent wypisany do domu w stanie dobrym. Zalecany oszczędny tryb życia. Tak do mnie mówił. Zupełnie jakby strzelał tymi zdaniami do celu, którym się czułam. Tylko w oczy mi nie patrzył. Jak ja nie lubię z takimi ludźmi rozmawiać, którzy mówią do mnie, a jakby nie do mnie, bo w oczy mi popatrzeć nie chcą choćby przez chwilę. Ja jestem inna. Lubię patrzeć ludziom w oczy. Patrzę, widzę i wiem. Uważam, że w oczach człowieka można wiele zobaczyć. Niektórzy ludzie takie spojrzenie mają, że z miejsca strach mnie ogarnia. Inni natomiast wystarczy, że zerkną w moim kierunku, a już mi się lżej i cieplej na duszy robi. Siostra Józefa miała właśnie takie spojrzenie. Niebiańskie. I to wcale nie dlatego, że niebieskie. Jej oczy były zawsze radosne, jakby uśmiechały się takim charakterystycznym ciepłym uśmiechem, który z lodem w moim sercu zawsze potrafił się rozprawić. Oczy Maksa są podobne do tych siostry Józefy. To dlatego lubię, kiedy na mnie patrzy. Czas się wtedy cofa i czuję się chwilami tak, jakbym nawet w oczy Włodka znów popatrzeć mogła. Beatka natomiast ma moje oczy. Może nie identyczne, ale też ciemne. Ja odziedziczyłam oczy po Mamie. Wiem to od siostry Józefy, która dużo opowiadała mi o niej, chociaż znała ją krótko. Niecały miesiąc. Ja znałam ją dłużej. Ale jej nie pamiętam prawie wcale. To pewnie wynika z tego, że zapamiętałam jej oczy. Całkiem dobrze. Śnią mi się czasem. Śmieją się do mnie. Bardzo lubię ten sen. Równie bardzo chciałabym, żeby przyśniła mi się twarz Mamy. Niestety jeszcze nigdy to nie nastąpiło. Wiem tylko, że Mama była bardzo ładna. Pamiętam, że gdy byłam już trochę starsza, często wypytywałam siostrę Józefę o Mamę. Zwykle odpowiadała mi, że Mama, oprócz tego, że piękna, była też bardzo dobrą i odważną kobietą. Nigdy niczego więcej się nie dowiedziałam. Aż pewnego dnia siostra Józefa powiedziała mi, że czasami lepiej jest nie wiedzieć… Wtedy przestałam pytać…

Teraz na pewno nie zgodziłabym się z jej zdaniem. Wtedy jednak była dla mnie jak matka, więc nie przyszło mi do głowy, by powiedzieć jej, że nie ma racji, i poprosić, aby opowiedziała mi o tym, o czym mówić nie chciała. Już tyle na świecie żyję, iż wiem doskonale, że milczenie ludzkie w niektórych sprawach zwykle ma jakieś ważne powody. Wiem coś o tym. Wiem dobrze. Wiem doskonale. W moim życiu też jest jedna sprawa, o której również milczę. Wciąż o niej myślę i wciąż milczę. Myślę, chociaż oddałabym wiele, żeby nie myśleć. Czasami tak się dzieje w życiu człowieka, że choćby nie wiem jak się starał, to i tak wraca do tematu myślami. Po prostu siła wyższa. Zatem myślę i myślę… I jak znam siebie, myśleć nie przestanę.

Teraz zerkam w małe lusterko i wydaje mi się, że w swojej twarzy widzę wyśnione oczy mojej Mamy. Lubię takie chwile, Mama wydaje mi się wtedy bardzo bliska. Nawet trochę bliższa od siostry Józefy. Przecież jest to możliwe. Matka to matka. Krew z krwi. Z siostrą Józefą łączy mnie serce. Nie miałam szczęścia, by przeżyć dzieciństwo pod czujnym okiem matki. Ale miałam inne szczęście. W moim życiu znalazł się ktoś, kto doskonale zastąpił mi nieobecną Mamę. Żałuję tylko, że nie mogłam używać słowa „mama”. Ono umarło razem z moją Mamą. Umarło na zapalenie płuc. Umarło z biedy, głodu i gorączki. Kiedy patrzę na moje pierwsze zdjęcie z czasów dzieciństwa i widzę na nim uśmiechniętą siostrę Józefę, to myślę, że to niemożliwe, iż moja Mama umarła w noc poprzedzającą wizytę fotografa w naszym domu dziecka. Chociaż powinnam napisać: klasztorze, bo w czasie wojny to jeszcze nie był dom dziecka, tylko klasztor. To w nim moja Mama znalazła schronienie. Wcale nie dla siebie, tylko dla swoich dwojga dzieci. Zima była bardzo mroźna, a głód dużo mniejszy od niebezpieczeństwa. Tak, byłyśmy trzy. Mam siostrę. Młodszą ode mnie. Nie zawsze o niej wiedziałam. Powiedziała mi o niej siostra Józefa na łożu śmierci. Zatem byłyśmy trzy. Tato już wtedy nie żył. Siostra Józefa chyba nie wiedziała, co się z nim stało. Mama zapukała do bramy klasztoru, który z zewnątrz wyglądał na opuszczony. Te drzwi, o które uderzała słabą dłonią, były dla nas ostatnią deską ratunku. Marną, ale jednak… Otworzyła nam siostra Józefa. W klasztorze było też kilka innych zakonnic, ale tylko siostra Józefa nie bała się otworzyć klasztornych drzwi. To dzięki jej odwadze mojej Mamie udało się uratować dzieci. Żyję dzięki odwadze siostry Józefy. Mam nadzieję, że moja siostra też żyje. Głęboko wierzę, że tak jak ja mam tu swoje życie, ona ma swoje gdzieś indziej tam. Gdzie? Tego nie wiem. Siostra Józefa oddała ją dobrym ludziom. Gdy umierała, wytłumaczyła mi, że zrobiła to dla małej. Moja siostrzyczka była wątła i bardzo chorowita, dlatego gdy tylko nadarzyła się okazja, Siostra oddała ją z naszego głodnego i przeżartego wilgocią świata do lepszego. To na pewno była dobra decyzja. Niebieskooka zastępczyni mojej Mamy była bardzo mądra i tylko trafne decyzje w życiu podejmowała.

Mój Włodek też miał błękitne oczy. To chyba właśnie przez nie tak mocno mi w głowie zawrócił. Maks też ma takie oczy i panny się za nim oglądają. Tylko żałuję, że się przy nim na dłużej nie zatrzymują. Widocznie jeszcze się taka nie znalazła, która raczyła Maksowi w głowie na całego zawrócić. Ale ja jestem cierpliwa i bardzo cierpliwie na nią czekam. Poza tym z mężczyznami jest inaczej niż z kobietami. Na pewne sprawy mają więcej czasu. Za to Beatka, moje popędliwe dziecko, bardzo szybko sobie kompana do życia zorganizowała. I dobrze. Cieszę się z tego, bo Marcin to bardzo dobry człowiek. Za dużo nie mówi i tym samym doskonale się z Beatką uzupełniają. Beatka już od małego lubiła dużo mówić. Jak tylko półtora roczku skończyła, to się tak rozgadała, że aż uwierzyć w to nie mogłam. Takie maleństwo, a pełnymi zdaniami mówiło. Z Maksem było całkiem inaczej. Musiał trzy lata skończyć, żeby z siebie jakąś „mamę” i jakiegoś „tatę” wydusić. Do dziś pamiętam, ile zmartwień kosztowało mnie to jego dziecięce milczenie. Chłopcy sąsiadek z osiedla jeden przez drugiego trajkotali, a mój Maks tylko mądrze na wszystkich patrzył tymi swoimi wielkimi niebieskimi oczami. Zresztą nawet wtedy, gdy już nauczył się mówić, nigdy zbyt rozmowny nie był. Jak Włodek. Lecz w tym akurat nic dziwnego raczej nie ma. Przecież jaki ojciec, taki syn. Prawda to raczej znana. Włodek też do rozmów dłuższych niż konieczne chętny nie był. Za to do pracy rwał się każdego dnia i o każdej porze. Maks też już na posterunek wrócił. Na moje nieszczęście. A komendant, zamiast go wygonić, to z otwartymi ramionami go przyjął. Lubią go w tej robocie i cenią, a ja jej pracą nie zamierzam nazywać, bo uważam, że to jest akurat robota. Gdyby Maks pracował w normalnym zawodzie, to takie zdarzenie jak to ostatnie na pewno by go nie spotkało. Ale cóż zrobić… Jak znam życie, to Maks już dzień od pompek zaczyna. Jak był mały, to też pompki robił. Razem z Włodkiem. To na pewno dlatego ma identyczne ramiona. Jak jest ubrany, to się nawet mocno w oczy nie rzucają, ale jak się rozbierze, to mięśnie ma jak powrozy. Włodek miał identyczne. Pamiętam czasy, kiedy mogłam ich dotykać, ale skoro teraz o tym piszę, oznacza to, że powinnam na dziś dać już sobie spokój z tą pisaniną. I amen.

– Cześć, kochana!

Najpierw usłyszała głos Wojtka, a dopiero po chwili zobaczyła jego sylwetkę opatuloną w bardzo dziwne futro.

– Cześć! – Przywitała się już z daleka. – Wyglądasz w tym czymś trochę jak z peerelowskiej komedii.

– Tam gdzie robiłem jeszcze wczoraj zdjęcia, jest pełnia lata, jak tu wróciłem, to mnie tak zaczęło telepać z zimna, że nie dziw się, proszę… Po prostu musiałem się tak ubrać. – Wojtek dwukrotnie pocałował ją w policzek. – Ale widzę, że dyrektorka poszła po rozum do głowy i nie wyrzuciła cię z roboty na zbity pysk.

Wojtek od razu nawiązał do zajścia sprzed ponad miesiąca, podczas gdy ona robiła wszystko, aby o nim zapomnieć. Jednak robiła wciąż chyba za mało… Poza tym w jej przypadku „chcieć’ i „móc” to były dość często dwie, bardzo oddalone od siebie sprawy.

– Wyobraź sobie, jakiś policyjny guru przyniósł mi do pracy dokładnie w dniu, kiedy byłam przekonana, że zostanę bezrobotna, wielgachny bukiet kwiatów i w obecności dyrektorki podziękował mi za odwagę, postawę i takie tam. Żeby było śmieszniej, to dyrektorce pogratulował takiego pracownika i tym sposobem w jednej chwili z przedszkolnej dywersantki stałam się, jak mi to przepowiedziałeś, policyjną bohaterką, więc chyba rozumie się samo przez się, że byłoby idiotycznie, gdybym swe bohaterstwo musiała odkupić bezrobociem. – Przytuliła się do miękkiego futra, bo stęskniła się, i to bardzo, za przyjacielem.

Czując na sobie ramiona Wojtka, odzyskiwała spokój i wmawiała sobie, że wszystko jest tak, jak powinno. Chciała zostać w nich jak najdłużej, więc całkiem świadomie przedłużała moment bardzo serdecznego przywitania.

– Co jest? – szepnął.

– Cieszę się, że wróciłeś – odpowiedziała, choć całkowicie nieprzekonująco.

– Mogę cię zabrać gdzieś na kolację? – zapytał.

Ton głosu miał zupełnie normalny, ale spojrzenie, które właśnie napotykała, było więcej niż zaniepokojone. Ten niepokój dostrzegła bez problemu, choć zapadał już zmrok. Do końca kalendarzowej zimy zostało jeszcze kilka dni, lecz były wciąż niezmiennie zimne i nie chciały się zrobić ani trochę dłuższe.

– Tak szczerze, to zmęczona jestem… Bardzo…

– Chcesz jechać do domu?

– Tam jest Dziadek – stwierdziła.

– Nie będzie dobrych warunków do rozmowy – podsumował.

– Nie będzie.

Wiedziała, że nie będzie potrafiła zamknąć się z Wojtkiem na górze w momencie, kiedy czuła, iż Dziadek wypatruje jej powrotu. Całe dnie spędzał w samotności. Wiosną i latem było inaczej, lecz jesienią i zimą samotność doskwierała Dziadkowi wyjątkowo. Wiedziała o tym dobrze. Jednak dziś potrzebowała porozmawiać tylko z Wojtkiem.

– Rozumiem, że moje podejrzenia dotyczące tego, że jest temat do rozpracowania, właśnie się potwierdziły – stwierdził.

– Potwierdziły.

– To mamy do wyboru albo jakąś knajpę, albo klitkę zawaloną świeżo zrobionym praniem i rozbebeszonymi bagażami. Do jedzenia zamówimy, co będziesz chciała. Pizzę chcesz?

– Bardzo.

– A poprasujesz mi trochę?

Wojtek nie byłby sobą, gdyby czegoś dla siebie nie ugrał. Ale taki już był i wcale nie miała mu tego za złe. Zawsze sam musiał dbać o siebie. Nikt tego za niego nie robił. Rozumiała go dobrze, choć z nią było inaczej. Wychowała się w rodzinie, w której czuła się potrzebna i bardzo ważna.

– Poprasuję, posprzątam, nawet się z tobą prześpię, jak wieczór się przedłuży – zaoferowała.

Tego ostatniego z Wojtkiem nie miała szansy zrealizować. A uważała, że do tego jej talent był całkiem spory. Robert o niego dbał, to znaczy dbał do czasu. Musiała przyznać, że w łóżku był bardzo dobry. Tylko w nim. Gdzie indziej nie potrafił być nawet znośny. Na jej nieszczęście ich życie małżeńskie nie składało się tylko z nocy. Noce oddzielały dni. To właśnie dni z Robertem rozłożyły ich małżeństwo, a przede wszystkim ją na łopatki. Bywało tak, że leżała na łopatkach od rana do wieczora i na zmianę pozycji się nie zanosiło. Nie chciała o tym pamiętać.

– To przestań się już przyglądać mojej pięknie opalonej twarzy, tylko dzwoń do Dziadzia i powiedz mu, że będziesz u mnie spała. Ja w tym czasie zamówię pizzę, żebyśmy nie musieli na nią długo czekać.

Zrobiła to, o co poprosił Wojtek. Prawie natychmiast usłyszała spokojny głos Dziadka.

– Wsiadaj! – Wojtek otworzył przed nią drzwi Jaguara. – Dziadziowi też zamówię.

Posłusznie wsiadła do samochodu, ciesząc się, że nie musi nic tłumaczyć Dziadkowi, gdyż ten usłyszał głos Wojtka i od razu roześmianym głosem potwierdził to, o czym chciała go poinformować.

– Wiem, wiem, Sarenko… Wszystko wiem. Dzisiejszy wieczór chcesz spędzić z Wojtkiem. A gdyby wam się przedłużyło, to już nie musisz dzwonić. Mną się nie przejmuj. Ja tu sobie świetnie daję radę.

– Wiem, Dziadku… Wiem… – odpowiedziała głosem, w którym jak w lustrze odbijała się radość Dziadka. – Wojtek zamówił ci pizzę, więc za jakieś czterdzieści minut powinna u ciebie być. Zjedz sobie na zdrowie. Umówmy się, że będę jutro. Postaram się wrócić przed południem, to razem pójdziemy do Babci, później na zakupy, a jeszcze później może dasz się namówić na kino.

– Dobrze, Sarenko, dobrze. Wszystko będzie, jak chcesz. A teraz ucałuj ode mnie Wojtka. Życzę wam miłego wieczoru, a za pizzę podziękuj mu w moim imieniu. Nawet nabrałem na nią chęci, chociaż jeszcze niedawno wydawało mi się, że wcale nie jestem głodny.

– Dobrze, Dziadku, podziękuję. Smacznego życzę. Ja też ci dziękuję. To pa, Dziadku, do jutra.

– Pa, Sarenko…

– Jak się miewa?

– Dobrze. – Wrzuciła telefon do torebki. – Ale też ma już dość tego zimna.

– To plan jest taki…

Wojtek uwielbiał planować. Pewnie dlatego, że tego wymagał jego zawód. Aby ogarnąć niezliczoną ilość zajęć i spotkań, wszystko musiał mieć zapisane w kalendarzu z wyprzedzeniem i z dokładnością co do godziny.

– … robimy wjazd do mnie, pożeramy pizzę, a później mówisz mi, o co chodzi, i to bez ciągnięcia za język. Zrozumiano?

– Tak jest!

Ucieszyła się, że w końcu będzie mogła opowiedzieć komuś o nękających ją niepokojach. A ten ktoś jej wysłucha i zupełnie nie będzie udawał, iż ją rozumie. W pewnych sprawach, w pewnych rozmowach nie chodzi o poszukiwanie zrozumienia. Chce się o tych sprawach opowiedzieć i po prostu zostać wysłuchanym. Wojtek umiał słuchać. Była szczęściarą. Przynajmniej w jego towarzystwie.

Wojtek leżał z rękami założonymi za głowę i wpatrywał się w każdy jej ruch. Prasowała i mówiła. Nikt jej nie popędzał, nie przerywał jej. Mogła mówić, powoli dostosowując tempo wypowiadanych przez siebie słów do własnego oddechu, nad którym ostatnio musiała regularnie pracować i dzięki niemu kontrolować narastające lęki.

– Po tym jak to się stało, dokładnie trzy dni po tamtym zdarzeniu, zadzwonił do mnie jakiś policjant i powiedział, że mam się stawić na komendzie. Nie podał żadnych szczegółów oprócz tego, że mam być tego i tego dnia, tam i tam, o tej i o tej. Nawet musiałam wziąć dzień urlopu z tej okazji, bo dyrektorka stwierdziła, że nie mogę przecież być obecna i w pracy, i na komendzie. Już na miejscu dowiedziałam się, że przyszłam na okazanie. To było straszne! – Przerwała na moment swą opowieść, a kolejna biała koszula Wojtka zawisła na dwumetrowym wieszaku bez powodzenia udającym szafę.

Wojtek lubił takie garderobiane rozwiązania, ponieważ ułatwiały mu funkcjonowanie w gospodarstwie, w którym nawet nie zanosiło się na gospodynię. Przyjaciel nie miał w mieszkaniu ani jednej szafy. Gdy kiedyś zapytała go, dlaczego nie sprawi sobie mebla z prawdziwego zdarzenia, odpowiedział, że gdyby chował ciuchy w szafie, to na pewno nigdy nie zrobiłby prania na czas. Lubiła w Wojtku to, że był praktyczny i nie czuł potrzeby funkcjonowania w określony sposób tylko dlatego, że tak robili inni. To jemu miało być dobrze i wygodnie.

– Naprawdę? – Wojtek aż podniósł się z wrażenia.

Siedział teraz po turecku na łóżku i wpatrywał się w nią w milczeniu i w oczekiwaniu na dalszą część jej prawie kryminalnej opowieści.

– Stałaś przed lustrem weneckim? Było jak w filmie?

– Było. Nawet jak w horrorze – stwierdziła i zamilkła.

To milczenie nie spodobało się Wojtkowi.

– Obiecywałaś, że nie będę musiał ciągnąć cię za język.

– Nie obiecywałam, tylko ty dokonałeś takiego założenia.

– Niech ci będzie, ale jak go dokonywałem, to z tego, co pamiętam, nie oponowałaś.

– Nie byłam świadoma, że będzie tak trudno. – Przerwała pracę, by spojrzeć przyjacielowi w oczy.

– Myślę, że jak się nie wygadasz, to dopiero będzie ci trudno – podsumował.

Musiała przyznać, że zrobił to bardzo umiejętnie. Jak zwykle zresztą. Wojtek umiał łapać ją za słowa tak dobrze, jak umiał uchwytywać momenty godne uwiecznienia obiektywem aparatu. Fotografował od zawsze. Odkąd pamiętała, nie rozstawał się z aparatem. Pracy z modelkami nie lubił jakoś przesadnie, ale to ona sprawiała, że stać go było na podróże bliskie i dalekie. Wszystkie odbywał w tym samym celu. Podróżował, by fotografować fragmenty świata, a dokładniej światów. Tych, które rozumiał aż nadto, i tych, których nie pojmował wcale. Wojtek nie był zwyczajnym fotografem. Był artystą, który w bardzo intrygujący sposób potrafił uwieczniać naturę i zwyczajnie przedstawiać cuda współczesnej rzeczywistości. Gdyby nie był tak skromny i podzielił się z innymi swoimi zdjęciami, to z pewnością niejedna nagroda trafiłaby już na jego konto. Ale Wojtek fotografował dla siebie, nie dla nagród. Bardzo często miała wrażenie, że była jedyną osobą, która dostępowała zaszczytu oglądania efektów pracy Wojtka, tych nieprzeznaczonych do kolorowych magazynów o modzie.

– No powiedz coś!

Wojtek ponaglił ją, ale w tym ponagleniu nie było nawet grama przymusu. Pewnie dlatego zaczęła znów mówić. Odważyła się opowiedzieć o tym, przez co nie mogła ostatnio normalnie funkcjonować.

– Stałam tam i widziałam, jak ich wprowadzali. Było ich pięciu, pięciu rosłych dryblasów z ogolonymi głowami i szerokimi karkami. Strasznych. Barczystych. Takich, że gdybym spotkała ich w ciemnej uliczce, to nie zdążyliby mi zrobić krzywdy, bo natychmiast umarłabym ze strachu. Uwierz mi, oni byli okropni. W dodatku patrzyli w moim kierunku zupełnie tak, jakby mnie dobrze widzieli. A ten właściwy miał najstraszniejsze spojrzenie ze wszystkich. Takie, które mówi: „Pamiętaj, jeżeli mnie wsypiesz, to jak stąd wyjdę, szybko cię znajdę”. Normalnie chyba nie mam instynktu samozachowawczego, bo wskazałam go od razu. – Znów zamilkła.

– I co?

Patrząc na Wojtka, dałaby głowę, że jej opowieść bardzo mu się podobała. Nie potrafiła zrozumieć przyjaciela w tej chwili, a takie momenty przytrafiały się jej niezmiernie rzadko.

– I od tamtej pory prześladuje mnie ten jego wzrok. Nie mogę normalnie żyć. Boję się, że jacyś jego kolesie mnie namierzą i sprzątną, a Dziadek tego nie przeżyje.

– Żartujesz?

– Nie załamuj mnie – poprosiła. – Czy wyglądam ci na kogoś, kto jest w nastroju do żartów? – Wlepiła wzrok w twarz przyjaciela.

– Mówiłaś o tym komuś oprócz mnie?

Na szczęście Wojtek chyba właśnie przystępował do akcji: „Pomoc”.

– Nie. Przecież oprócz ciebie nie mam nikogo, komu mogłabym o tym opowiedzieć.

– A policja? Współpracują z tobą od tamtego czasu czy mają cię gdzieś?

– Nie wiem, czy mają mnie gdzieś, czy nie, ale nie ma między nami żadnego kontaktu.

– To może przynajmniej wiesz, kto prowadzi tę sprawę?

– Znam tylko nazwisko tego komisarza, który spisywał moje zeznanie tamtego dnia. Nawet mam w domu jego wizytówkę.

– A był podczas tego okazania?

– Był, ale nie wiem, czy to on prowadzi sprawę.

– Jak się nazywa?

– Nowak. Jan Nowak.

– No proszę! – Parsknął z niesmakiem Wojtek. – To pewnie ten sam Jan Nowak, który użycza swoich personaliów na wzorach do wypełniania idiotycznych druczków na poczcie. Jeżeli on naprawdę nazywa się Jan Nowak, to ja jestem Dalajlamą.

– Myślisz, że dał mi nieprawdziwą wizytówkę, kiedy prosił mnie, żebym się do niego odezwała,

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

www.panczakiewicz.pl

Ilustracja na okładce

© Lilia Alvarado / Trevillion Images

Fragmenty tekstu piosenki pt. Pejzaż bez ciebie autorstwa Jeremiego Przybory pochodzą z tomu: Jeremi Przybora, Dzieła (niemal) wszystkie, t. 2, Kraków 2016

Opieka redakcyjna

Dorota Gruszka

Redakcja

Alicja Gałandzij

Adiustacja

Monika Skowron

Korekta

Małgorzata Biernacka

Barbara Gąsiorowska

© Copyright by Anna Ficner-Ogonowska

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5424-4

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Okruch Czas pokaże Zgoda na szczęście Szczęście w cichą noc 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter