Zmowa byłych żon

Zmowa byłych żon

Autorzy: Grażyna Jeromin-Gałuszka

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 20.73 zł

Mikołaj K. zawsze musiał mieć wszystko, czego zapragnął: pieniądze, władzę i piękne, interesujące kobiety. Dorobił się w ten sposób trzech byłych żon i jednej kolejnej narzeczonej, której ojciec miał mu pomóc w szybkiej karierze politycznej. Mikołaj zostawiał swoje małżonki bez skrupułów, nie dając im ani grosza, po prostu z dnia na dzień wyrzucał każdą na bruk, by wziąć sobie następną, bo przecież serce nie sługa….
Pewnego dnia Wiktoria, Izabela i Monika spotykają się w salonie ich wspólnego fryzjera i powiernika, Feliksa. Od tego momentu wzajemna wrogość trzech eks zmienia się w przyjaźń. Postanawiają solidarnie odpłacić wiarołomnemu mężowi za krzywdy, których od niego doznały…

Grażyna Jeromin-Gałuszka - autorka wielu książek, które urzekają czytelników niezwykłym klimatem i wprowadzają w magiczny świat, wykreowany głównie z wyobraźni. Niektóre z jej powieści, jak na przykład "Kobiety z Czerwonych Bagien", czy "Magnolia" zdobywały laury na festiwalach i od wielu lat cieszą się niezmiennym zainteresowaniem. Mieszka w Sosnowicy, małej osadzie w dolinie Radomki, gdzie kończą się wszystkie drogi.

Copyright © Grażyna Jeromin-Gałuszka, 2018

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Lynne Morris/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8123-669-0

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

1.

ULICA ŚWIĘTEGO ANTONIEGO

To miasteczko jest jak zapomniany sen, którego fragmenty od czasu do czasu usiłują przedostać się przez natłok nagromadzonych przeżyć i wrażeń i czymś tam o sobie przypomnieć. Są takie sny, które mimo upływu czasu odzywają się w nas przedziwną aurą, wzbudzając tęsknotę i niepokój. Z samego dna duszy, gdzie, jak w przechowalni, lądują niepotrzebne bądź ukryte obrazy z całego życia.

Bliskość wielkiej aglomeracji sprawia, że w tym miasteczku prawie nie ma ludzi młodych. Być może wrócą tu, wcześniej czy później, na stare lata, ale na razie to nie dla nich miejsce.

Są tu za to przepiękne uliczki, zwłaszcza te boczne, jeszcze brukowane. Jedna z nich, wyjątkowo urokliwa, ze starymi kamieniczkami po jednej stronie i bielonym wapnem murkiem po drugiej, biegnie wzdłuż parkanu okalającego plac kościelny aż do cmentarza, przy którym kończy się delikatnym łukiem. To ulica Świętego Antoniego.

Na tej pięknej uliczce, nazwanej imieniem patrona od rzeczy zagubionych, czas nie pędzi na złamanie karku, jak gdzie indziej, lecz płynie wolno, jakby od niechcenia, pozwalając cieszyć się każdą mijającą chwilą tak, jak na to zasługuje. Z dala od zgiełku wielkiego świata nie pozostaje nic innego, jak zaakceptować to, co jest, czerpać radość z rzeczy i zdarzeń, bo w zasadzie innej możliwości nie ma. Chyba że chce się być nieszczęśliwym jak fryzjer Feliks, lecz o nim później.

Zacznijmy od tego, że jest tu Cafe ze słonecznym tarasem, na którym o różnych porach dnia przesiadują różni ludzie, najliczniej jednak po południu. Prowadzą ją dwaj bracia, Maksymilian i Aleksander, jednak życie jest za krótkie na wypowiadanie tak długich imion, więc Maks i Aleks wystarczy. Maks – nerwus i choleryk. Aleks odwrotnie – spokój i cierpliwość to jego drugie imię.

Naprzeciw Cafe znajduje się piekarnia, z której od świtu unoszą się przepyszne zapachy. Piekarzowa Wanda lubi sobie jednak pospać. Pospać i pośnić o tym, jak była szczupła i o wiele młodsza, a wtedy nie było mężczyzny, który by się za nią, i za jej falującymi kapryśnie biodrami, nie obejrzał, gdy tak sobie szła taką czy inną ulicą. „Cóż, taką miałam naturę” – oznajmia nader często i to jedno dotąd się w niej nie zmieniło: śni więc sobie długo, rozkoszując się potem aurą beztroskiej młodości, która gdzieś tam – nie wiadomo gdzie i kiedy – minęła. Młodość, bo beztroska wciąż Wandzie towarzyszy, gdy tak się przewraca z boku na bok w wygodnym łóżku do południa i oddaje się marzeniom. Jej mąż, piekarz, pilnuje, by zbyt głośno nie stawiać pojemników z chlebem i innymi pachnącymi wypiekami; w tym celu używa tylko wiklinowych koszy, bo one nie robią żadnego hałasu, pomijając już to, że pieczywo wygląda w nich przepięknie.

Obok piekarni jest pracownia sukien ślubnych; ach, jakież one ulotne! Prowadzi ją młoda kobieta, Manuela, zwana na tej ulicy romantyczką. Ma ciemne, długie włosy oraz hiszpańskie oczy: czarne i przenik­liwe, ale nos i usta już nie tak bardzo hiszpańskie, raczej miękkie w zarysie i kształcie. Na półkach otwartego na sklep zaplecza leżą bele białych koronek, szyfonów i atłasów, z których Manuela, nucąc wciąż pod nosem jedną i tę samą melodię, od świtu do pięć po szesnastej tworzy zjawiskowe kreacje, co daje jej taki spokój i szczęście, że niczego więcej nie pragnie. Każdą z nich ręcznie wykańcza, doszywając delikatne ozdóbki, a najbardziej lubi obszywać dekolty miękką koronką; nie ma na świecie panny młodej, która by się w takiej sukni nie widziała. Pięć po szesnastej Manuela odkłada igłę, prostuje plecy, po czym subtelnym gestem zagarnia ciemne włosy na jedną stronę, z drugiej odsłaniając aksamitny kark, wstaje i idzie do Cafe na wódkę. Bracia trzymają ją tam tylko dla niej.

Tuż za pracownią Manueli zaczyna się bielony białym wapnem murek z czerwoną cegłą na górze, popękaną, niestety, w wielu miejscach. Stąd wije się w górę jak ulica i ginie na jej końcu.

Jest tu jeszcze księgarnia – antykwariat, na prawo od Cafe, z alejkami książek, gdzie można się zagubić. Już dawno zabrakło dla nich miejsca w regałach, więc leżą na każdym wolnym miejscu na podłodze, do samego sufitu, trzeba się tu nieźle naszperać, by cokolwiek znaleźć. Wystarczy jednak poprosić księgarza Arnolda, on w tym nieskończonym chaosie znajdzie wszystko. Osiemnastoletnia Magda, do niedawna zapalona internautka, teraz odcięta od sieci, całymi popołudniami się tu szwenda. Na pytanie księgarza, czego szuka, które ten zadaje codziennie, dziewczyna niezmiennie odpowiada (a raczej warczy):

– Niczego!

On jej w tym szukaniu niczego nie przeszkadza. Wręcz odwrotnie: rozkłada jedną z pięknych starych ksiąg na ratanowym biurku pod witryną i przegląda strony, zachwycając się nieskończenie umieszczonymi na nich litografiami. Od czasu do czasu unosi wzrok i spogląda na pracownię sukien ślubnych po drugiej stronie ulicy, wypatrując Manueli, czy się nie pojawi przy swojej witrynie z kolejną białą suknią, którą będzie wkładać na wystawowego manekina, zdjąwszy z niego najpierw tę, co się już wszystkim opatrzyła. To jednak rzadki widok. Po szesnastej, gdy Manuela zamyka swoją pracownię i idzie do Cafe, zawsze ktoś wejdzie do księgarni, więc Arnold nie może tak sobie stać przy oknie i patrzeć. Potem trzeba jeszcze powkładać na swoje miejsce książki powyciągane przez niezdyscyplinowanych klientów (najbardziej niezdyscyplinowana jest Magda), według jemu tylko znanego klucza, inaczej nigdy niczego by nie znalazł. Około siedemnastej, kiedy już mógłby zamknąć lokal, iść do Cafe, usiąść na tarasie naprzeciw Manueli i spojrzeć jej w oczy, opuszcza go odwaga, by to zrobić. Magda przygląda mu się wtedy ironicznie i zawsze coś dogaduje.

– Ty jeszcze tu?! – rzuca Arnold, próbując ją odnaleźć wzrokiem wśród regałów. – Nie masz jakichś lekcji do odrobienia?

– No tak się złożyło, że już nie! – Dziewczyna gwałtownie potrząsa głową. – Ale z pana zakręcony facet, ja nie mogę! Całe życie z nosem w książkach, bez żadnego kontaktu z rzeczywistością…

– Wiem, jaki ty miałaś kontakt z rzeczywistością – wchodzi jej w słowo Arnold – dopóki nie dostałaś szlabanu na komputer. Przyganiał kocioł garnkowi. Nagle wirtualny świat prysnął jak bańka mydlana, to musiało zaboleć.

– Dałam radę… Co to za opasłe tomisko tam, nad atlasami?

– Nie twój zakichany interes. Wynoś się wreszcie.

– Bo co?

– Bo ile można łazić i nie wiadomo czego szukać!

– A może by tak grzeczniej! – fuka dziewczyna, wychylając się zza stosu książek.

Księgarz wyciąga w jej stronę lewą rękę, pokazuje palcem prawej na tarczę zegarka i mówi:

– W godzinach otwarcia, od dziesiątej do siedemnastej.

– Ale co?

– Jestem grzeczny, uprzejmy, a nawet uniżony. Która jest?

– No która?

– Pięć po piątej. Wynocha!

Pięć po piątej taras Cafe wypełniają już goście, a Manuela od pół godziny jest lekko wstawiona. Woli siedzieć sama, nikomu nie pozwala usiąść przy swoim stoliku, a zwłaszcza Bejbi.

Bejbi, była aktorka dziecięca, która w dorosłym życiu nie stworzyła żadnej kreacji, wciąż odgrywa zapomniane przez wszystkich role. Słodka dwudziestoośmioletnia dziewczynka z warkoczykami i w plisowanej spódniczce niektórym gra na nerwach. A niektórym nie.

Scenarzysta Maciek ma z Bejbi wiele wspólnego, z wzajemną antypatią włącznie. Autor jednego zrealizowanego scenariusza, zresztą docenionego ze względu na wartości artystyczne na prestiżowym festiwalu, przez dwadzieścia lat pisał kolejny, nie przyjmując do wiadomości tego, jak bardzo w tym czasie zmienił się świat. Ludzie już nie chcą oglądać tak wysublimowanych obrazów. Scenariusz ten, pobieżnie przeczytany przez wielu producentów i przez wszystkich odrzucony, leży teraz w pobliskim lombardzie. Jego właściciel, Stefan, zwany żartobliwie Stefano Lombardi, przyjmuje pod zastaw najdziwniejsze rzeczy, nawet takie, które przedstawiają sobą jedynie wartość intelektualną. Mało kogo stać, by zastawiony przedmiot wykupić.

– Wszystko na tym świecie kosztuje – oznajmia rubasznym tonem, wchodząc popołudniową porą na taras Cafe. Rozgląda się przyjaźnie dookoła i uśmiecha do wszystkich, i wszyscy go bardzo lubią. – Tak jak i na tamtym, więc nie traćmy czasu.

Pewnego dnia Maks, którego byle co wyprowadza z równowagi, spytał Stefana, w jakim, do stu diabłów, kontekście dzień w dzień wypowiada jednakową formułkę, wtedy tamten odpowiedział, że w każdym.

– Nie traćmy czasu, moi mili – dodaje teraz do oklepanej formułki Stefano, przyglądając się każdemu z osobna. – Nie dajmy mu o sobie zapomnieć.

Stefano Lombardi zawsze najdłużej zatrzymuje wzrok na Manueli, a ona wtedy woła Maksa bądź Aleksa, zależy który jest pod ręką, i zamawia kolejną wódkę. Ośmielona, odpowiada czasem na jego nachalny wzrok przenikliwym spojrzeniem. Nie wie, czego tak naprawdę chce od niej ten człowiek, więc na wszelki wypadek lubi go trochę mniej niż inni.

Właściciel lombardu to dusza towarzystwa, stawia każdemu kolejkę dżinu z tonikiem, a potem zachęca do tańca. Tak więc popołudnia na ulicy Świętego Antoniego to bardzo przyjemna pora dnia. Wszyscy wtedy wydają się pogodzeni z małomiasteczkową nudą i niedorzecznie szczęśliwi. Z jednym wyjątkiem.

Parter kamieniczki, stykającej się boczną ścianą z Cafe, zajmuje salon fryzjerski. Nieszczęsny fryzjer Feliks długo nie daje się namówić na popołudniowy relaks ani na żadne takie, w końcu jednak ulega. Przeskakuje płotek, dzielący sąsiadujące tarasy, zajmuje przypadkowe miejsce i prosi o papierosa, chociaż przez czterdzieści sześć lat swego szczęśliwego życia nie palił.

– Może coś mocniejszego, panie Feliksie… – proponuje Aleks. – Od czasu do czasu trzeba wrzucić na luz i odreagować.

Fryzjer nawet tego nie słucha. Z westchnieniem przyjmuje papierosa od Magdy, odpala, a potem zawodzi:

– Co ja tu robię, nieszczęsny! Co robię?!

– To co wszyscy! – rzuca w jego stronę Maks, prychając nerwowym śmiechem.

– Pewne rzeczy przyjmuje się do wiadomości i koniec – wtrąca żona piekarza. – O co tyle krzyku, nie rozumiem.

– O ja nieszczęsny!

Piekarzowa, wyspana do granic możliwości i znudzona lenistwem, szybko traci zainteresowanie problemami fryzjera i zaczyna się mizdrzyć do Stefana; widząc jednak, że ten całą swą uwagę skupia na romantycznej Manueli (Wanda wciąż się zastanawia, z której strony ona taka romantyczna), a przy tym tańczy jakby od niechcenia z dziecinnie podskakującą Bejbi, rzuca z niechęcią:

– Też byłam młoda. I szczuplejsza niż one obie razem wzięte. Co z tego?!

– Gdzie ja miałem rozum, nieszczęsny! – zawodzi fryzjer. – Gdzie?!

Nie da się ukryć, że jest irytujący dla całego towarzystwa, bo raz, że jego utyskiwanie bywa momentami głośniejsze od kojącej muzyki, a dwa, że ile można! Dzień w dzień ta sama śpiewka. Ten sam jednostajny lament.

Zawodzenie fryzjera trwa już od wielu dni, więc bracia zaczynają żałować, że tak go tu zapraszali. Teraz go nie wyproszą, to nie takie proste.

– Panie Feliksie… – zagaduje go z lekkim zniecierpliwieniem Aleks. – Niech pan spróbuje wyrzucić z siebie, co panu leży na sercu. Wszystkim nam to chyba wyjdzie na dobre. – Lubi tę porę dnia tak samo jak inni, ale za nic nie pokaże, że fryzjer zaczyna go drażnić.

W przeciwieństwie do Maksa. Ten mówi wprost:

– Wygarnij to z siebie, chłopie, i przestań się mazać jak baba!

Aleks próbuje załagodzić wrażenie, jakie na Feliksie robi ostry ton brata.

– Co się stało, już się nie odstanie. Czym byśmy byli bez potknięć i błędów.

– Potknięć? Błędów? – Fryzjer szeroko otwiera oczy. – Duszę diabłu bym oddał, gdybym mógł tylko tak to nazwać.

– Więc jak by pan to nazwał? – pyta Aleks ze stoickim spokojem, czujnie prowadząc wzrokiem brata, który roznosi drinki i klnie pod nosem. Potem powie: „Zamknijmy wreszcie tę knajpę i idźmy stąd gdzieś… Gdzieś dalej”. Zawsze tak mówi, gdy pojawia się tu ktoś z bagażem nieszczęść i myśli, że nie zdoła go udźwignąć. – Panie Feliksie…

Feliks rozgląda się po tarasie, jeszcze o tej porze słonecznym, i widząc, że całe towarzystwo dobrze się bawi, mając za nic jego rozpacz, oddycha z ulgą.

– Zawsze byłem człowiekiem spokojnym, skromnym, ledwo zauważalnym – mówi bezbarwnym głosem.

– Jeśli panu to pasowało… – wtrąca Aleks.

– Bardzo. Niektórzy, jak na przykład Mikołaj Kamiński, lubią, żeby świat się wokół nich kręcił, a razem z nim tłumy ludzi. A ja nie! Całe życie dbałem tylko o to, by być dobrym w tym, co robię, i chyba mi się udawało, skoro przez długie lata, odkąd jestem fryzjerem, żadna klientka nie poskarżyła się, że jej to i owo na głowie sknociłem, wręcz odwrotnie, skoro wciąż do mnie wracały. Z niektórymi nawet się zaprzyjaźniłem, a najbardziej z Wiktorią, Izabelą i Moniką. Wiedziałem o nich wszystko.

– Jak to u fryzjera – wtrąca z kolei piekarzowa, przypadkiem usłyszawszy ostatnie słowa Feliksa. – Siadasz, rozluźniasz się i pleciesz trzy po trzy dla zabicia czasu…

– Zaprzyjaźniłem się! A one ze mną i ufały mi jak nikomu na świecie. A ja co zrobiłem? Co? Nędzny człowieczek bez wyobraźni, który powinien psy czesać, i to nie wystawowe, tylko jakieś takie…

– Panie Feliksie! – Aleks w końcu też traci cierpliwość. Grzeczność nie pozwala mu ignorować fryzjera jak cała reszta.

– Popchnąłem je do zbrodni! – wyrzuca z siebie tamten na jednym wydechu, po czym pochyla się i opiera dłonie na czole.

Chciałby się teraz zapaść pod ziemię, zniknąć i o niczym nie wiedzieć, lecz już za późno – Manuela unosi na niego romantycznie błyszczące oczy, a Stefano Lombardi zagląda mu wścibsko przez ramię, przysuwając jednocześnie krzesło od sąsiedniego stolika. Piekarzowa zaś gwałtownie dostaje rumieńców, co ją trochę odmładza. Ale tylko trochę.

– No coś pan! – wyrzuca z siebie nienaturalnie piskliwym głosem. – Zbrodnia? To interesujące. Wstałam z rana, jak zwykle, bez nadziei, że coś ciekawego może się wydarzyć, a tu proszę!

Fryzjer łypie na nią ponurym wzrokiem.

– Pani piekarzowo! – karci kobietę Aleks.

– Wanda – poprawia go urażona. – Mam proste, piękne imię, więc Wanda. – Wciąż z urazą w głosie nalega: – Mów pan, panie Feliksie, skoro już pan zaczął.

– Zacząłem? – pyta tamten zdezorientowany. Widząc zainteresowanie rozbawionego dotąd towarzystwa, jeszcze jakoś próbuje się wymigać. – Ale to długa opowieść…

Stefano Lombardi puszcza wreszcie Bejbi, która ląduje na jednym ze stolików. Nie przepada za idiotką, więc go nie obchodzi, ile krzeseł po drodze wywróciła.

– A o czym ta opowieść? – dostojnym głosem pyta fryzjera.

Raz kozie śmierć – Feliks, z dłońmi dramatycznie przyciśniętymi do głowy, odpowiada:

– O trzech kobietach, a właściwie o zbrodni, jakiej nieszczęsne się dopuściły.

– Na kim? – pyta z nagłym zainteresowaniem scenarzysta Maciek.

– Na mężu.

– Takie trzy lady Makbet… Czyli że sprzątnęły trzech facetów.

Fryzjer zaprzecza gwałtownie:

– Nie, jednego!

– Tego samego? – dopytuje się zdumiony scenarzysta.

– Jeden facet i trzy jego byłe żony! – unosi się Feliks. – Panie, daj mi pan spokój.

– Z wielką chęcią. – Autor jednego zrealizowanego scenariusza z pogardą wydyma usta. – Trzy babki w zmowie przeciw byłemu, wyeksploatowany temat. W filmie i w literaturze… Banalna historia, na którą szkoda czasu.

Cofa się w głąb tarasu, a wszyscy pozostali otaczają fryzjera. Aleks i Maks mrugają do siebie porozumiewawczo – niechże wreszcie facet wyrzuci z siebie to, co mu leży na sercu, będzie święty spokój.

– Uwielbiam banalne historie! – oznajmia Wanda. – Są takie budujące.

Feliks wreszcie odrywa dłonie od czoła i parska gorzkim śmiechem.

– Mnie to, jak widać, nie zbudowało.

– A mnie – odzywa się z drugiego końca tarasu scenarzysta – zbiera się na wymioty, jak ktoś mi chce sprzedać kolejny banał. – Wyjmuje z kieszeni karty i w roztargnieniu zaczyna je tasować. – Ma ktoś ochotę na pokerka? Może pan, panie Lombardi? Zagrajmy o mój scenariusz na przykład – co panu szkodzi? Nie? No to trudno, przejdę się, pospaceruję do zmroku, bo jakoś niewiele mnie obchodzi, jak i gdzie się skończy ta historia.

– W prosektorium – odpowiada fryzjer. – Ostatni raz spotkali się wszyscy w prosektorium.

– Kto wszyscy? – pyta żona piekarza.

– Wiktoria, Izabela, Monika i ich były mąż, Mikołaj.

– Wszyscy nie żyją?

Fryzjer chaotycznie macha dłonią na wysokości twarzy i rozsiada się wygodnie na krześle.

– Ależ skąd! Tylko Mikołaj.

– A one?

– A one zabalowały ze znajomym patologiem na mieście. – Wzdycha ciężko, spoglądając na słuchaczy umęczonym wzrokiem. – Impreza zakończyła się w prosektorium.

– Sprzątnęły faceta i poszły balować? – W głosie Maćka słychać niedowierzanie. Wraca z końca tarasu i siada niedbale na brzegu przysuniętego krzesła.

Fryzjer przytakuje.

– Otóż to. Trzy wspaniałe kobiety…

– Z tego, co zrozumiałam – wtrąca Wanda – trzy morderczynie.

– Złe i okrutne. – Stefano podkręca śrubę.

– Oddałbym za nie życie. – Feliks jakby nie słyszał. – Przychodziły do mnie, kiedy Mikołaj po kolei je zostawiał, i zwierzały mi się ze wszystkiego. Jak one go kochały!

– W końcu jednak go zabiły! – stwierdza scenarzysta. Chowa karty do kieszeni, spaceru też mu się widać odechciało. – Panie, zacznij pan albo skończ, bądź pan mężczyzną.

– Tylko od czego tu zacząć…

– Od tego dnia, gdy coś się zaczęło. Wszystko kiedyś się zaczyna, każda historia ma jakiś początek. Krótko i zwięźle. Niech pan nie zapomni o punktach zwrotnych.

– Jak to?

– Szkoda czasu na zawodzenia i jęki, na powtarzanie w kółko tego samego. Początek, pierwszy punkt zwrotny, rozwinięcie, drugi punkt zwrotny, zakończenie. Jak w klasycznym dramacie.

Fryzjer wzdycha z rezygnacją, rozgląda się po słuchaczach, coraz bardziej zainteresowanych nierozpoczętą jeszcze opowieścią, po czym mówi, że tamten dzień był piękny…

* * *

Dzień był piękny. Piękny i spokojny. Babie lato fruwało przed salonem fryzjerskim Feliksa, a on co rusz spoglądał przez oszklone drzwi i co spojrzał, to miał ochotę wyjść, usiąść na skwerku, wystawić twarz do słońca i pozwolić, by cienkie, ulotne nitki opadały na jego policzek. Był szczęśliwym człowiekiem i nie wstydził się pewnych gestów.

Szczęśliwy już się urodził. Uśmiechnięty. Pierwsze, co zrobił po opuszczeniu łona matki, to parsknął śmiechem, zamiast rozpłakać się żałośnie, jak to zawsze czynią noworodki, i od tamtej chwili nie przestawał się uśmiechać. Wszystkie pielęgniarki i lekarze z oddziału przyszli go oglądać, a matka, widząc to, postanowiła, że będzie miał na imię Feliks. Chociaż już dawno wybrała jakieś inne.

I to był strzał w dziesiątkę – z żadnym nie czułby się tak dobrze. Aura delikatnej euforii towarzyszyła mu każdego dnia, a gdy spostrzegł, że w przedziwny sposób udziela się ona niektórym osobom, dotkniętym jakimś nieszczęściem, nikomu jej nie żałował. Przyjmował cudze nieszczęścia jak swoje własne, a ludzie (zwłaszcza kobiety) nimi doświadczeni z tą jego pomocą jakoś sobie w końcu radzili. Być może dlatego został fryzjerem.

W całej historii znaczenie ma to takie, że wszystkie byłe żony Mikołaja Kamińskiego uczyniły Feliksa swoim powiernikiem, dzieląc z nim najpierw szczęście i radość, gdy tamten się z nimi żenił, a potem dramat i smutek, kiedy zostawiał je dla innej. Mikołaj nie miał nic przeciwko temu, że wybrały właśnie jego salon, wręcz odwrotnie. W dwóch pozostałych mistrzami nożyczek byli również mężczyźni. Przystojni i heteroseksualni, klientki zakochiwały się w nich na zabój. Jest chyba wiele prawdy w tym, że każdy ocenia innych po sobie. Feliks był niepozorny, mało przystojny; żadnej kobiecie do głowy nie przyszło, by się w nim zakochać. Jednak gdy raz już siadły na obrotowym krześle, a on stawał za nimi i zapoznawał się z ich włosami, zagadując o to lub tamto, zanim jeszcze spytał, jak mają być obcięte bądź uczesane – nie przestawały przychodzić. Tak jak Wiktoria, Izabela i Monika.

Mikołaj Kamiński był tak zadufany w sobie i tak niewiele się liczył z uczuciami innych, że nie dbał o to, czy czasem wszystkie trzy nie spotkają się w tym miejscu. Mimo że wiedział, jak bardzo się nie znosiły. Wcześniej czy później jednak – Feliks zdawał sobie z tego sprawę – musiało to nastąpić. I nastąpiło.

W ten piękny jesienny dzień, gdy ludzie tak szczęśliwi jak Feliks mają ochotę rzucić wszystko, położyć się na skwerku i wystawić twarz do słońca, pojawiły się w kolejności chronologicznej, od pierwszej do ostatniej.

Tak więc najpierw przyszła Wiktoria.

– Kochany Feliksie! – usłyszał od progu jej piękny głos, na którego dźwięk zawsze poprawiał mu się i tak już dobry humor. – Nie zapisałam się, ale dziś poniedziałek, pomyślałam, że raczej tłoku nie będzie.

– Ty nie musisz się zapisywać – odparł, wychodząc z zaplecza ze świeżo zaparzoną espresso. Ujęła filiżankę dwoma paluszkami, wypiła na trzy razy ze smakiem.

– Od rana coś mnie nosi – dodała, podając mu pustą filiżankę, wesoła, swobodna, jak zawsze piękna.

Było w niej już najmniej urazy i o wiele szybciej niż ta druga, Izabela, pogodziła się z losem kobiety porzuconej. Feliks często się zastanawiał, czemu to po tylu latach od rozwodu nie ułożyła sobie na nowo życia. Zapytana, zawsze wykręcała się dziećmi: najpierw, że małe, potem, że nastoletnie, w trudnym wieku. Może kiedyś.

Izabela, jej następczyni, nie urodziła Mikołajowi dzieci, lecz Wiktoria nigdy tego nie podkreślała, wręcz unikała tematu. Była kobietą z klasą. Nie cierpiała Izabeli, ale nic nie miała do dzieci – nawet tych nieurodzonych przez Izabelę – bo czemu one winne. Przychodzą na świat z miłości bądź z przypadku, zawsze bez żadnej gwarancji, że wychowają się i dorosną w szczęśliwej rodzinie.

Lecz wracając do tematu… Wiktoria usiadła przy jednym z trzech stanowisk, przed lustrem, potrząsnęła głową i powiedziała, że już jej się znudziła ta fryzura.

– Wszystko już mi się znudziło, Feliksie – dodała po chwili swoim przepięknym głosem.

– No to popatrzmy – podjął temat Feliks, wsuwając dłonie w jej włosy. – Kiedy kobieta nie czuje się dobrze ze swą fryzurą, to najwyższa pora, by coś z tym zrobić. Bo, jak powtarzam bezustannie, trzy rzeczy są dla pań najważniejsze. Jakież to?

– Feliksie, nie jestem w nastroju na zgadywanki – ucięła krótko. – Zrób mi coś z tymi cholernymi włosami, bo mnie zaraz szlag jasny trafi.

Mimo to wyliczył:

– Fryzura, ciuchy i makijaż. – Rzuciła mu w lustrze karcące spojrzenie, więc dodał szybko: – Ja bym je trochę skrócił i trochę z objętości zabrał, żeby fryzura nabrała lekkości. Zaraz ci pokażę w katalogu, jak by to mogło wyglądać.

– Nic mi nie pokazuj, tylko zabieraj się do roboty. Który to raz u ciebie jestem?

– Oooo! W grubych setkach już by to można liczyć…

– Feliksie!

Zrozumiał, że Wiktoria ma zły dzień i nie przyszła tu na zwierzenia (to rzadkość!) czy pogaduszki o dupiemaryni, a jeśli on nie stanie na wysokości zadania, będzie zawiedziona. Umył więc jej włosy, wytarł ręcznikiem, chwycił nożyczki i zaczął nimi śmiało operować, licząc tylko i wyłącznie na własną intuicję.

Wtedy w drzwiach stanęła Izabela. Z dramatycznym okrzykiem „Feliksie, pomocy!” przeszła chwiejnym krokiem do lustra, na ślepo szukając w jasnych, miękkich włosach jakiegoś pojedynczego.

– Osiwiałam, przyjacielu, nie patrz tak na mnie jak na ducha… Zobacz! Tu i tu! Dwa siwe włosy… – lamentowała, oglądając się na bladego jak ściana Feliksa. Wreszcie w odbiciu lustra dojrzała Wiktorię, upewniła się, że to ona, spoglądając w bok, tym razem na kobietę, nie na fryzjera, po czym opadła na fotel przy zewnętrznym stanowisku i oświadczyła: – Musiałam tu przyjść, by znaleźć odpowiedź na sto razy zadawane sobie od rana pytanie: Dlaczego osiwiałam? Przecież jeszcze na to nie pora, ludzie w tym wieku nie siwieją.

– Niektórzy tak – wtrącił Feliks.

– I oto mam odpowiedź – dokończyła.

Wiktoria rzuciła jej przelotne spojrzenie.

– Coś się jaśnie pani mimozie chyba pokręciło – odparła przez zaciśnięte zęby. – Kto tu przez kogo miał prawo osiwieć?

– Bardzo proszę bez epitetów! – zdenerwowała się Izabela. – Mam zły dzień.

Starsza z dwóch byłych żon gwałtownie potrząsnęła głową (Feliks zaś przezornie odsunął się z nożyczkami na bezpieczną odległość), po czym przesiadła się ze środkowego na drugi zewnętrzny fotel.

– Zły dzień – mruknęła pod nosem. – Bo ja mam lepszy! Feliksie! Na co czekasz?!

Fryzjer ostrożnie zbliżył się z nożyczkami do Wiktorii i kontynuował cięcie, jednak ręce tak mu się trzęsły, że po raz pierwszy w życiu bał się o końcowy efekt.

Izabela, nazwana przez Wiktorię mimozą, z nieszczęśliwą miną patrzyła na swe odbicie w lustrze, od czasu do czasu przechylając głowę pod różnymi kątami w poszukiwaniu kolejnych pojedynczych śladów siwizny.

Feliks spoglądał czujnie to na jedną, to na drugą, gotów w każdej chwili odskoczyć z nożyczkami, one zaś, przedzielone jednym pustym fotelem, rzucały sobie mordercze spojrzenia.

Wiedział, jak się nie znoszą, i on, szczęśliwy człowiek, przyjaciel jednej i drugiej, bardzo cierpiał z tego powodu. O ile jednak niechęć Wiktorii do Izabeli miała oczywiste podłoże, o tyle w odwrotną stronę już nie. Minęło sporo czasu, zanim Feliks zrozumiał, że efemeryczna, bujająca w obłokach Izabela bardzo cierpi z powodu jawnej niechęci pierwszej żony Mikołaja. Bolało ją lekceważenie, z jakim tamta wyrażała się o niej w gronie wspólnych (do pewnego momentu) znajomych, w odwiedzanych przez obydwie miejscach, takich jak kawiarnia, gdzie podawano najlepszą na świecie szarlotkę, do której obie (a potem także Monika) miały słabość, albo francuski butik Na Rogu. Im bardziej ją to bolało, tym większą do tamtej czuła niechęć, aż w końcu (Feliks odkrył to z niemałym bólem) zrównały się w okazywaniu jej sobie wzajemnie. Za jego pośrednictwem ma się rozumieć.

Szybko się uwinął z fryzurą Wiktorii, do końca niepewny efektu, lecz w chaotycznym tańcu nożyczek musiała być jakaś ukryta metoda, bo wyszło nieźle. Wiktoria uśmiechnęła się do siebie, z gracją przechylając głowę to na jedną, to na drugą stronę, i zamruczała jak kotka, z zadowoleniem:

– Co to znaczy mieć mocne włosy. Mocne i zdrowe, a nie jakieś cienkie dziadostwo, z którym nie wiadomo, co zrobić. No, zrobić jeszcze może coś się i da, bo podatne, ale w takim tempie wypadania… – Tu spojrzała wymownie na ramię Izabeli, gdzie leżało kilka jasnych włosów. – W takim tempie już wkrótce wszelkie działania mogą się okazać zbędne.

– Spójrz lepiej na swoje odrosty – odcięła się Izabela. Zdecydowanym ruchem zrzuciła włosy z ramienia i chwyciła lakier w sprayu, mocno zaciskając na nim palce.

Wiktoria tak samo złapała piankę, lecz odłożyła ją zaraz, podobnie jak Izabela lakier, i obie zaczęły się rozglądać za czymś innym. I gdy tak się rozglądały za czymś bezpieczniejszym, czym mogłyby w siebie rzucić, a wybór był ogromny, do salonu weszła… Monika. Wysoka, zgrabna dwudziestoośmiolatka z burzą jasnobrązowych, delikatnie kręcących się włosów.

No, jeszcze tylko jej tu brakowało do pełnego nieszczęścia, pomyślał Feliks, zdumiony tą wizytą bardziej niż poprzednimi. O ile bowiem pojawienie się dwóch pierwszych żon w poniedziałkowe przedpołudnie dało się wytłumaczyć jakimś nieznanym impulsem, to przyjście trzeciej było całkiem zaskakujące.

Monika miała piękne, niewymagające jakiejś specjalnej interwencji włosy. Przychodziła w każdą sobotę, by Feliks je umył i nieco okiełznał przy suszeniu. Od czasu do czasu przy tej okazji delikatnie tylko podcinał rozdwojone końcówki. Dla wzmocnienia.

Weszła z impetem. Z impetem wysunęła środkowy fotel, zasiadła w nim, spojrzała na Wiktorię, na Izabelę, a potem na fryzjera i, robiąc ręką zamaszysty ruch nad głową, zawołała:

– Na łysą pałę poproszę!

Feliks wstrzymał oddech.

Wiktoria z Izabelą zgodnie parsknęły śmiechem.

Monika, robiąc dziwaczne miny do odbicia w lustrze i nie patrząc na żadną z tamtych, rzuciła:

– Co się śmiejecie, głupie? Właśnie mąż mnie opuścił.

– Mi-ko-łaj? – wydusiła Wiktoria.

– Nagle. Niespodziewanie. Znienacka.

– Misza? – wykrztusiła z siebie Izabela.

– Z samego rana, za pięć dziewiąta, mówi do mnie: „Kochanie, nie wiem, jak ci to powiedzieć” – a ja już coś czuję, bo raz, że od roku słowo „kochanie” nie przeszło mu przez gardło, a dwa, że za pięć dziewiąta. Za pięć dziewiąta! Sorry, coś tu nie tak, myślę sobie, a on dalej z miną, kurwa, skrzywdzonego dziecka, że się zakochał, serce nie sługa, więc chyba zrozumiem i nie będę mu utrudniać. Czego, do kurwy nędzy, się pytam, a on do mnie, że no właśnie, kochanie, no właśnie, to mi w tobie najbardziej przeszkadzało, to dosadne słownictwo… Ja pierdolę! Jakie dosadne słownictwo?! O ludzie! – Zerknęła na prawo, zerknęła na lewo i prychnęła z pogardą: – Cieszcie się, głupie cipy, oto dzień waszego triumfu!

– Zaraz ją trzepnę – syknęła Wiktoria, rozglądając się wokół siebie.

Feliks szybko pozbierał z blatu co cięższe akcesoria fryzjerskie, potem złapał koszyczek z nożyczkami, przeżegnał się do sufitu, po czym z westchnieniem opadł na miękką kanapę pod ścianą, obitą skórą w kolorze zgniłej zieleni, i zamknął oczy.

Wtedy, tak jak się spodziewał, od słowa do słowa, od gestu do gestu, wszystkie naraz zaczęły się kłócić. O to, że druga pierwszej zmarnowała życie, a trzecia drugiej. Że to i tamto. I jeszcze owamto. Daremnie byłoby dopatrywać się w tym jakiegoś porządku, ukrytej logiki, klucza. Oskarżały się o wszelkie nieszczęścia, jakie na nie spadły, i o niezrealizowane plany. Przy haśle: „marzenia”, które wymsknęło się jednej z nich, wszystkie parsknęły pełnym goryczy śmiechem, nawet ta, której się wymsknęło. Jak już zabrakło im argumentów, to zaczęły rzucać w siebie, czym popadło – Feliks wszystkiego nie zdążył schować. Wtedy wyszedł z salonu, zamknął drzwi, usiadł na skwerku pod drzewem i wystawił twarz do słońca.

Kiedy po jakimś czasie wrócił zaniepokojony nagłą ciszą, wszystkie trzy siedziały w fotelach, tyłem do luster i patrzyły na niego spode łba. Zrozumiał, że na pewnym etapie całej awantury do każdej dotarło, że nie była jedyną, która przychodziła tu z najintymniejszymi zwierzeniami. Nawet Monika, której wyznania jeszcze nie zawierały traumy porzuconej żony, jednak pewne obawy, wywołane przeczuciem, pojawiły się wiele miesięcy temu. A nawet cały długi rok wcześniej, gdy Mikołaj, zwracając się do niej, zapominał słowa „kochanie”. I żadnym innym, na przykład „kotku” bądź „kwiatuszku”, go nie zastępował.

Zrozumiał więc, że powiedziały już sobie wszystko, co miały powiedzieć, a teraz zjednoczyły się przeciw niemu.

– Ty zdrajco… – zaczęła Wiktoria.

– Złodzieju tajemnic – dorzuciła Izabela.

– Zakłamany fryzjerzyno – dodała Monika.

Potem zaś w kolejności, która nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia, usłyszał jeszcze:

– Wszystko mu powiedziałam, jak księdzu na spowiedzi.

– A ja wyśpiewałam jak najlepszej przyjaciółce.

– Księdzu i przyjaciółce nie wygadałabym się z niektórych rzeczy, które usłyszał ode mnie.

– A jak nadstawiał ucha, jak się pochylał dyskretnie.

– Jak wypytywał: „I co, i co?”.

– Jak kiwał głową ze zrozumieniem.

Mogłyby tak w nieskończoność. Feliks stał na środku, z lekko opuszczoną głową, i nie wiedział, gdzie oczy podziać, jak się wytłumaczyć i co zrobić, by do niego wróciły. W końcu przyszła mu do głowy myśl najprostsza, że z czego właściwie powinien się tłumaczyć.

Uniósł głowę i zapytał:

– O co się gniewacie? Że jestem waszym przyjacielem? Czy któraś z was usłyszała ode mnie coś złego na temat drugiej?

– Nie – przyznały zgodnie, acz niechętnie.

Zbliżył się do nich, odwrócił każdą po kolei do lustra, po czym objął z tyłu i powiedział:

– Drogie panie, życie jest takie krótkie.

Wiktoria z Izabelą sceptycznie potraktowały to oklepane stwierdzenie. Monika całkiem je zbagatelizowała.

– Więc co? – spytała nagle, trzepocząc głową przed lustrem. – Będzie coś z tego strzyżenia czy nie? Bo nie wiem, co robić.

– Nie będzie! – rzucił ostro w jej stronę.

– To pójdę gdzie indziej.

– Ani mi się waż!

– Ooo… – zdziwiła się Monika. – A to dlaczego?

– Bo włosy to twój największy atut.

– I chyba jedyny – zauważyła od niechcenia Izabela.

– Ale zawsze – odcięła się najmłodsza. – A ty co masz?

– Delikatność – odpowiedział za Izabelę Feliks. – W rysach, gestach, sposobie bycia.

– A tamta? – niegrzecznie rzuciła Monika w stronę Wiktorii.

– Uważaj, smarkulo – usłyszała od pierwszej byłej żony.

Feliks pokusił się o szerszą odpowiedź:

– Czułość. I klasę.

Monika z Izabelą otworzyły szeroko oczy. Wiktoria była lekko skonsternowana.

– Widziałam u niej przed chwilą tę klasę! – Monika prychnęła z pogardą. – Klasa sama w sobie. I delikatność u tej drugiej.

– Kopnę cię w te suche patyki – warknęła w jej stronę Wiktoria – wtedy może się przymkniesz.

– Suche patyki? – Monika odruchowo zerknęła na swoje długie nogi i z gracją wygładziła dłonią kusą spódniczkę. – Nie ma takich drugich w tej mieścinie.

– I takiego tyłka – palnęła bez namysłu Wiktoria. – Jedno i drugie zawsze na wierzchu.

Najmłodsza zerknęła w dekolt najstarszej.

– Podobnie jak twoje cycki. Gdzie kupujesz biustonosze?

– Bo co?

– Bo nieźle trzymają piersi, zważywszy na ich wiek. Dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa lata… Dwadzieścia dwa na każdą, ma się rozumieć.

Wiktoria przymknęła oczy. Po chwili otworzyła je szeroko i wysyczała przez zaciśnięte zęby:

– Lata szybko lecą, mała zdziro. Nim się obejrzysz, twoje będą mieć po dwadzieścia pięć. Po dwadzieścia pięć każda, ma się rozumieć.

– Mała co? – fuknęła najmłodsza. – Licz się ze słowami, stara suko, bo jeszcze jedno takie i nie wytrzymam.

– Już się boję – zlekceważyła jej słowa Wiktoria, po czym huknęła na Izabelę: – A ty co się tak mizdrzysz do tego lustra?

Druga żona uśmiechnęła się do swego odbicia i odparła z wyższością:

– Obie jesteście dobre, jedna w drugą.

Najstarsza i najmłodsza zerknęły na siebie, po czym jednocześnie odwróciły głowy w stronę środkowej.

– Patrzcie ją – zaczęła lekkim tonem Wiktoria – mimozę jedną.

– Niedokołysaną – dodała Monika od siebie.

– Powtórzcie – poprosiła delikatnie Izabela, marszcząc groźnie czoło.

– Niedokołysana mi… – zaczęła Monika, lecz Feliks położył dłonie na jej ramionach i ściskając je mocno, nie dopuścił, by dokończyła.

– Chyba już wystarczy – oświadczył zdecydowanie.

Odwrócił je z powrotem na fotelach, zrobił dwa kroki do tyłu, splótł dłonie na brzuchu i, uśmiechając się do wszystkich trzech, powtórzył oklepane zdanie:

– Życie jest takie krótkie… A wy młode i piękne.

– Piękne? – wymknęło im się z ust, jednej mniej, drugiej bardziej wyraźnie.

– Zgadza się – przytaknął.

– I młode? – dopomniały się o więcej.

– Młode i piękne. A Mikołaj to szmata.

Izabela, której pewne słowa nie przechodziły przez gardło, nawet była tym oburzona.

– Feliksie! Co ty mówisz?!

– O matko! – Monika ostentacyjnie przewróciła oczami. – A cóż takiego powiedział? Ja pierdzielę!

Feliks z miną niewiniątka pochylił się w ich stronę.

– A co powiedziałem?

– Że szmata – przypomniała Wiktoria.

– Naprawdę? Musiało mi się coś wymsknąć. Chodzi mi o to, moje drogie, że życie jest za krótkie, by trzy wspaniałe kobiety darły koty o mężczyznę, który właśnie znalazł czwartą.

– To co?! – rzuciła zaczepnie Wiktoria. – Może mamy się zaprzyjaźnić?

Nie dając dwóm pozostałym czasu na reakcję, odpowiedział:

– Dlaczego nie?

Parsknęły śmiechem jak na zawołanie.

– W życiu! – zawołała z oburzeniem Wiktoria.

– To niedorzeczne, Feliksie – poparła Wiktorię Izabela.

Monika rzuciła pod nosem parę niecenzuralnych słów, po czym gwałtownie zerwała się z fotela.

– Normalnie czuję, jak mi nagle poziom cukru we krwi spada – powiedziała, szukając torebki w bałaganie, jakiego narobiły, rzucając w siebie, czym popadnie. – Zawsze tak jest, kiedy się nasłucham głupot. Idę na szarlotkę.

– Ja miałam iść! – rzuciła Wiktoria z wyrzutem.

– I ja…

– To sobie idźcie! – Monika zarzuciła torebkę na ramię i ruszyła do drzwi, mamrocząc pod nosem: – Cukierni w tym mieście nie brak.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

1. ULICA ŚWIĘTEGO ANTONIEGO

2. AUTOPSJA

3. HORYZONT ZDARZEŃ

Spis treści

1. ULICA ŚWIĘTEGO ANTONIEGO

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zmowa byłych żon Legenda Bardzo długie przebudzenie Złoty sen Długie lato w Magnolii Gdybyś mnie kochała 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy