Ktoś ci się przygląda

Ktoś ci się przygląda

Autorzy: Katarzyna Misiołek

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

cena od: 20.74 zł

Anna, radiowa dziennikarka, której nocny program „Randka w ciemno” jest bardzo popularny wśród słuchaczy, mieszka z pięcioletnim synem w starym domu na krakowskim Podgórzu. Jest kobietą jakich wiele – rozwiedzioną samotną matką, która godzi pracę zawodową z opieką nad dzieckiem. W jej życiu nie dzieje się nic niezwykłego, aż do dnia, w którym odkrywa, że ktoś się koło niej kręci. Ktoś, kto ma klucze do jej domu. Ktoś zupełnie obcy, a może bliski? Ktoś, kto nie waha się naruszyć pewnych granic i być może ma złe zamiary… Anna zaczyna się bać. Ten, kto ją osacza, wciąż pozostaje w ukryciu. Anna gubi się w domysłach, powoli przestaje ufać nawet swoim bliskim. Nęka ją nowy sąsiad? Syn gruzińskiej gosposi o ponurym spojrzeniu? Były student, z którym miała przelotny romans? Jak wiele wiemy o ludziach, których spotykamy na co dzień? I czy to możliwe, że Anna, która bardzo źle zniosła swój niedawny rozwód, wszystko to sobie wyobraziła? Pozostawiona samej sobie, osamotniona po odejściu męża, wpada w paranoję, czy może jednak ktoś na nią czyha?

Projekt okładki: Izabella Marcinowska

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

© Wojciech Zwolinski/Arcangel Images

© by Katarzyna Misiołek

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN 978-83-287-0909-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Spis treści

Prolog

Czekaj, stój spokojnie……

Godzinę później…

Łup!…

Wieczorem…

Dominik, pospiesz się…

Wieczorem…

Rano, po tym jak wypiłam…

Ireneusz otworzył mi…

Po wyjściu od Irka…

Przepraszam…

Poniedziałek…

Nawet jeśli Alicję…

W środę lało…

Zanim odebrałam Dominika…

Noc spędziłam na…

Majka zadzwoniła…

W Teatro Cubano…

Przechodziliśmy…

Po południu…

Była późna noc…

Napijesz się kawy?…

W barku…

Wieczorem…

Byłam mniej więcej…

Nie było jeszcze…

W niedzielę…

Szłam Nadwiślańską…

W drodze…

Poniedziałek…

Sebastian zjawił się…

Rano znalazłam…

Tym razem miałam szczęście…

Otwierałam dom…

Kiedy się ocknęłam…

Kiedy wyszliśmy…

Kolejne tygodnie…

Prolog

Ktoś był w sypialni. Ktoś obcy. Zły. Obecność intruza wyczuwałam całą sobą, jakby wszystkie moje zmysły wyostrzyły się w jednej sekundzie, gotowe do odparcia ataku. Otaczała mnie aksamitna ciemność, a w niczym niezmąconej ciszy upalnej nocy wyraźnie słyszałam czyjś ciężki chrapliwy oddech. Znieruchomiałam pod cienką kołdrą i leżałam z zaciśniętymi powiekami, wmawiając sobie, że wszystko to tylko mi się wydaje. Wtedy na mnie ruszył. Zatrzepotała ciężka zasłona z tafty w kolorze ciemnego cynamonu i w tej samej chwili wynurzyła się zza niej postawna sylwetka. Usiadłam na łóżku, wydając z siebie zduszony okrzyk przerażenia, ale on był już przy mnie. Jego dłoń była szorstka i lepka. Zasłonił mi usta, drugą złapał mnie za włosy i oplótł je sobie wokół nadgarstka. Szarpnęłam się, ale było już za późno. Pchnął mnie na plecy, a jego ciężar wbił mnie w miękki materac. Sprawił, że straciłam panowanie nad własnym ciałem. „Teraz dam ci nauczkę, suko” – wycedził. Jego usta były tuż przy moich, czułam na policzku ciepły, przesiąknięty miętą oddech obcego mężczyzny. Na twarzy miał kominiarkę. Zaczęłam wpadać w panikę. To się nie dzieje naprawdę, pomyślałam, jednak jego ciężar nadal wgniatał mnie w materac, unieruchamiał niczym przyszpilonego do gobelinu motyla. Szarpnęłam głową i chaotycznie zatrzepotałam rękoma, usiłując mu się wyrwać, ale cios, który mi wymierzył, sprawił, że świat zawirował i zniknął. Kiedy się ocknęłam nadal lekko zamroczona, krztusząc się od krwi, która buchnęła mi z nosa i spłynęła do gardła, napastnik zdarł ze mnie krótką nocną koszulę, a jego duże, szorstkie dłonie ugniatały moje nagie piersi, brzuch, ramiona… „Nie!” – krzyknęłam, bijąc go na oślep, ale już się na mnie zwalił i jednym pchnięciem wbił się w moje wnętrze.

Obudziłam się w momencie, w którym zamaskowany mężczyzna wyjmował spod materaca duży ząbkowany nóż i dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że to był tylko koszmarny sen. Jednak zwierzęcy strach, jaki czułam uwięziona w gęstych mackach koszmaru, towarzyszył mi nawet po przebudzeniu… Tym bardziej że otaczała mnie właśnie cała jego sceneria… Sięgnęłam do nocnej lampki i wnętrze niewielkiej sypialni zalała przyjazna bursztynowa poświata. Drżąc na całym ciele, zerknęłam w stronę okna. Wiedziałam, że to idiotyczne, jednak przez moment byłam niemal pewna, że za ciężkimi kotarami z cynamonowej tafty czai się gwałciciel.

– To tylko sen, tylko pieprzony sen – szepnęłam do siebie, odrzucając cienką letnią kołdrę, którą byłam przykryta.

Krótka biała koszula nocna lepiła mi się do pleców i brzucha, przepocone włosy nieprzyjemnie łaskotały szyję. Panująca w pokoju duchota była nie do zniesienia, przechodząca nad miastem fala upałów zamieniła je w wielki rozgrzany piekarnik. Podeszłam do okna i odsunęłam zasłonę. Zalany księżycowym światłem zaułek za moim domem sprawiał wrażenie cichego i spokojnego, ale serce nadal tłukło się mi się w piersi jak oszalałe.

Otwierając stare okno z wypaczoną ramą, poczułam, że jeszcze nigdy nie było mi tak źle samej. Dni sprawiały wrażenie niekończącego się ciągu obowiązków, noce były puste, samotne i pełne wyimaginowanych strachów. Nocne powietrze wdarło się do pokoju, owiewając moją spoconą twarz i szyję ciepłym powiewem. Wzięłam głęboki wdech i przez kilka minut stałam przy oknie, starając się zapanować nad oddechem. Kiedy byłam żoną Sebastiana sypiałam jak dziecko. Teraz, cztery lata po rozwodzie, z trudem udawało mi się złapać kilka godzin snu bez przerwy. Dom, który kiedyś był naszym wypieszczonym gniazdkiem, teraz wydawał się zbyt duży, a obawa o bezpieczeństwo syna i moje sprawiała, że niemal każdej nocy budziłam się przynajmniej raz, a później długo nie mogłam zasnąć…

Na myśl o Dominiku wyszłam na korytarz i boso ruszyłam w stronę otwartych drzwi dziecięcej sypialni. Synek spał w pokoju naprzeciwko, z rozrzuconymi na boki rękoma i włosami wilgotnymi od upału, w swojej ulubionej piżamce w parowozy. Stanęłam nad jego łóżkiem i obserwowałam go, tłumiąc w sobie potrzebę muśnięcia delikatnego aksamitu jego policzka. Spał tak spokojnie pogrążony w ufnym dziecięcym śnie bez koszmarów. Jego oddech, cichy, ledwie słyszalny szmer, sprawiał, że powoli się uspokajałam, czułam jednak, że tej nocy prędko nie zasnę.

Na dole coś trzasnęło. Drgnęłam i nerwowo spojrzałam za siebie, chociaż wiedziałam doskonale, jak wiele różnych odgłosów potrafi wydawać stary, kilkudziesięcioletni dom. A jednak wciąż nasłuchiwałam, z rękoma zaciśniętymi na drewnianym zagłówku dziecięcego łóżeczka, ale z parteru nie doszedł już żaden dźwięk. Na dół zeszłam po ciemku, bosa, sunąc dłonią po zimnej ścianie. Cisza… Przystanęłam u podnóża drewnianych schodów i zapatrzyłam się w otaczającą mnie ciemność. Przez niewielką szybkę we frontowych drzwiach wpadało pomarańczowe światło z ulicznej latarni, od strony kuchni na podłogę smuga księżycowej poświaty, poza tym otaczał mnie nieprzenikniony mrok.

Przechodząc przez ciemny korytarz, przypomniałam sobie nagiego Sebastiana, który oblał szampanem mój olbrzymi ciążowy brzuch, a później uklęknął przede mną i z rękoma na moich nagich pośladkach zlizał z niego przyjemnie chłodny alkohol. Kochaliśmy się wtedy na schodach, zaśmiewając się do łez z niewygodnej pozycji i jęczących pod nami drewnianych stopni. I chociaż od tamtej nocy minęło już ponad pięć lat, przez moment czułam się tak, jakby to było wczoraj…

Światło rozbłysło, momentalnie przepędzając wszystkie wspomnienia, i oto stałam pośrodku olbrzymiej kuchni, w której nie było już żadnej rzeczy mojego byłego męża. Pijąc wodę, pomyślałam, że wszystko jest takie kruche, niepewne, nieprzewidywalne…

– Było sobie małżeństwo – westchnęłam.

Z przepełnionego kubła na śmieci buchał słodkawy odór nadpsutych warzywnych odpadków. Poczułam wstręt do własnego lenistwa – już drugi dzień obiecywałam sobie, że w końcu tu posprzątam. Minutę później i piętro wyżej, samotna w olbrzymim łóżku, które lata temu kupiliśmy wspólnie z Sebastianem, leżałam zasłuchana w dochodzące zza uchylonego okna odgłosy nocy. Gdzieś w sąsiedztwie ostro zaszczekał pies, a jego niespodziewane ujadanie na nowo rozbudziło drzemiący głęboko we mnie strach.

Policja nadal nie złapała tego przeklętego zboczeńca. Terroryzował miasto od miesięcy i wciąż był nieuchwytny. W dodatku, od czasu niedawnego incydentu, który pozbawił mnie poczucia bezpieczeństwa, ciągle czegoś się bałam, dopadła mnie jakaś paranoja i chyba powoli zaczynałam wariować…

Czekaj, stój spokojnie – poprosiłam syna, który w lekko poplamionej krwią koszulce polo i z czerwonymi od płaczu oczami, histeryzował, kiedy wsuwałam mu do nosa zwinięte kawałki chusteczek higienicznych. – Musimy zatamować krew, Dominik – powiedziałam łagodniejszym głosem, a on skinął głową i w końcu przestał odpychać moją rękę.

Na zewnątrz, widoczne przez oszklone szybki mojej niewielkiej werandy, biegały pociechy zaprzyjaźnionych sąsiadek – piszcząc i przepychając się na świeżo skoszonym, pełnym zabawek trawniku. Pięcioletni Kamil, wrzeszcząc niemiłosiernie, biegł, ciągnąc za sobą na sznurku plastikową wywrotkę mojego syna; jego dwa lata starsza siostra kręciła się w kółko z różowym balonikiem w dłoni. Lubiłam, kiedy dom i ogród były pełne dzieci, nawet jeśli wokół nich panował kompletny chaos. Podobała mi się nieskażona cynizmem i zgorzknieniem dziecięca energia. Dzieciaki były jak pierwsze promienie słońca przedzierające się przez szarość przedświtu. Ożywiały świat.

– Mamo, już? – Dominik szarpnął mnie za rękaw, wyraźnie chcąc wrócić do przerwanej zabawy.

– Pogodzisz się z Kamilem, dobrze? To twój przyjaciel, pamiętasz?

– Walnął mnie w nos – wymamrotał mój syn.

– Na pewno niechcący – zapewniłam go, starając się za wszelką cenę utrzymać beztroską atmosferę zabawy.

– Może. – Nie wyglądał na przekonanego, ale urazy też już chyba nie żywił.

Schylił się, żeby śledzić wzrokiem idącego po drewnianej ścianie werandy niewielkiego pająka i na moment stracił zainteresowanie całym otaczającym go światem.

– Mamo, juuuuż? – po chwili zerwał się na nogi i zaczął podskakiwać. – Już?!

Uśmiechnęłam się, a Dominik lekko odchylił do tyłu głowę, coraz bardziej zniecierpliwiony.

– Mamo, mogę już iść, dobra? – Znowu pociągnął mnie za rękaw, wyraźnie chciał dołączyć do kolegów, więc w końcu mu na to pozwoliłam.

– Już. Możesz biec, tylko uważaj na nos – poklepałam go po ramieniu i poprawiłam wywinięty kołnierzyk koszulki.

Z werandy wybiegł w dzikim pędzie i po chwili, zupełnie jakby nic pomiędzy nimi nie zaszło, dołączył do bawiącego się wywrotką Kamila.

Dopijając resztkę wina, obserwowałam, jak wyrywają kępy krótko przyciętej trawy i rękoma brudnymi od wilgotnej po nocnym deszczu ziemi ładują je na plastikową naczepę samochodu. Na myśl o rujnowanym przez nich trawniku poczułam lekkie poirytowanie, złość szybko jednak ustąpiła miejsca błogim rozleniwieniu.

Mój syn skończył właśnie pięć lat, pomyślałam. Czy ta chwila może być bardziej idealna?

– Jak jubilat? – Majka, mieszkająca od niedawna po sąsiedzku prawniczka, zjawiła się na werandzie, kiedy dolewałam sobie kolejny kieliszek wina. – Pijemy w samotności, sąsiadko? – mrugnęła do mnie.

– Siadaj, też się załapiesz – powiedziałam. – Chyba muszę go przebrać – dodałam, śledząc wzrokiem bawiącego się na trawniku syna.

– Nie mogę uwierzyć, że mój Kamil go uderzył… I to jak! Z łokcia w nos! Gdzie on się tego nauczył?

– W przedszkolu? – zasugerowałam.

– To jedna z opcji. Albo od bliźniaków Ady Kalickiej, prawdziwych czortów. Ostatnio, kiedy Kamil od nich wrócił, wziął z łazienki mój lakier do włosów, rozpylił go i podpalił. Prawie zawału dostałam na ten widok i mogę tylko mieć nadzieję, że to pojedynczy wybryk.

– Boisz się, że wychowujesz piromana? – roześmiałam się.

– Przyszło mi to do głowy. Na szczęście nie zaczął się jeszcze znęcać nad zwierzętami, więc chyba nie wyrośnie na następcę Teda Bundy’ego – roześmiała się moja sąsiadka. – W każdym razie strasznie cię przepraszam, głupio mi. – Majka spoważniała, posłała mi skruszone spojrzenie i sięgnęła po stojącą na starym drewnianym stoliku butelkę Porto Borges.

– Nie przejmuj się – wzruszyłam ramionami. – Zresztą wygląda na to, że już zdążyli się pogodzić – dodałam, a ona krzywo się uśmiechnęła.

– To mój kieliszek? – zapytała.

– Nie mam pojęcia – przyznałam.

– Chrzanić to – mruknęła i nalała sobie do pełna. – Chryste, jak oni wrzeszczą! – skrzywiła się. – Czasem czuję się jak matka tego upiornego bachora z filmu Babadook. Znasz?

– Nie. Dobry?

– Mocny. O kobiecie, która… Kamil, nie popychaj Amelki! Kurwa mać, muszę zapalić. – Maja szpetnie zaklęła i sięgnęła po wysadzaną metalowymi ćwiekami, czarną torebkę. – Mogę tutaj?

– Jasne – powiedziałam i podsunęłam jej upaćkany waniliowym kremem talerzyk po torcie. – Wybacz, gdzieś mi zniknęły wszystkie popielniczki.

– Nie przejmuj się – westchnęła sąsiadka i wyjęła z torebki papierosy.

Usiadłam na prowadzących na werandę betonowych schodkach z ukruszonymi stopniami, a Maja z papierosem w jednej i kieliszkiem wina w drugiej ręce usiadła obok. Zauważyłam, że ma na nogach plamy po samoopalaczu i brzydko odpryśnięty ciemnozielony lakier na dużym palcu lewej stopy. Pewnie jest tak samo zagoniona jak ja, pomyślałam, czując przypływ sympatii do tej ambitnej, atrakcyjnej kobiety, która samotnie wychowując dwójkę dzieciaków, prowadziła jednocześnie ze swoimi znajomymi dużą kancelarię prawną.

– Mamusiu, chyba pobrudziłam sukienkę. – Jej siedmioletnia córka Nina zjawiła się przy nas, kiedy rozmawiałyśmy o Arturze, naszym nowym sąsiedzie.

– Pokaż. – Majka odstawiła kieliszek na betonowy stopień, pociągnęła córkę za rękę i odwróciła ją tyłem. – Jesteś cała w błocie – zauważyła i pospiesznie zgasiła niedopalonego papierosa.

– Bo Amelka powiedziała, że możemy tam usiąść!

– Nie skarż na koleżankę – zganiła dziewczynkę matka. – Nic z tym teraz nie zrobię, wracaj do zabawy i nie przejmuj się. – Majka lekko popchnęła córkę w stronę pełnego kolorowych balonów trawnika i oparła się ramieniem o ścianę domu. – Czasem, kiedy już mi się wydaje, że jestem na skraju obłędu, któreś z nich przychodzi i się do mnie przytula, a ze mnie momentalnie schodzi całe napięcie – uśmiechnęła się do mnie.

– Uwierz mi, świetnie znam to uczucie. Z tym że ja mam tylko jego, a też chwilami jestem na skraju szaleństwa – powiedziałam, sięgając po butelkę. – Dolać ci?

– Odrobinkę. – Maja podsunęła mi swój kieliszek i umoczyła usta w winie. – Robert wpadł wczoraj wieczorem, żeby zabrać swoją rakietę tenisową. Prawdę mówiąc, miałam ją już wywalić, bo tkwiła u mnie w garderobie od czasu naszego rozwodu. Nagle sobie o niej przypomniał. Przyjechał z tą swoją nową lalą, wyobrażasz sobie?! Została przy jego samochodzie, paliła papierosa i od czasu do czasu zerkała w moje okna. Nienawidzę mojego byłego męża, ale widząc tę dziunię, miałam ochotę przyciągnąć go do siebie i bzyknąć na kuchennym stole. A najlepiej w otwartym na oścież oknie. Jak myślisz, powinnam sobie znaleźć dobrego psychiatrę? – roześmiała się sąsiadka.

– Powinnaś się z kimś umówić. Czasem nawet zupełnie przypadkowy krótki związek sprawia, że człowiekowi od nowa zachciewa się żyć – zasugerowałam i sięgnęłam po widelczyk, żeby skończyć resztkę porzuconego przez syna tortu.

– I to mówi kobieta, która od paru ładnych lat jest sama – roześmiała się Majka, jednak w jej głosie nie wyczułam żadnej złośliwej nutki.

Bardziej rozbawienie.

– W udzielaniu rad jestem naprawdę dobra – powiedziałam z pełnymi ustami.

– Zwłaszcza na antenie. Słuchałam w ten piątek twojego programu, wyobraź sobie! Facet, który opowiadał o randce w ciemno z kuzynką byłej żony, sprawił, że popłakałam się ze śmiechu.

– Ludzie opowiadają naprawdę śmieszne historie – przyznałam. – Mam wrażenie, że sporą część tych opowiastek zmyślają, ale i tak mnie to bawi.

– Mamo, patrz! – Dominik z pięcioma kolorowymi balonami w ręku przemknął obok nas i pognał w stronę ogrodzenia.

– Chodź tutaj, zobaczymy, co z twoim nosem! – zawołałam.

– Zaraz! – odkrzyknął i zaczął się wdrapywać na niewielki drewniany zamek, który kupił mu niedawno mój były mąż.

– Wszystkie jesteśmy rozwiedzione, dasz wiarę? Ty, ja, Edyta… – Majka z niedowierzaniem pokiwała głową i spojrzała na rozmawiającą przez komórkę sąsiadkę, która, co chwila zerkając na swoją pięcioletnią córkę, kręciła się po moim ogrodzie.

Wyglądało to o tyle komicznie, że szpilki zapadały się jej w mokrą po nocnej ulewie ziemię, a wiatr targał króciutką falbaniastą sukienką, odsłaniając opalone, nieco zbyt masywne uda.

– Marzę o wakacjach. Mogłabym jechać dokądkolwiek, przysięgam! Zadowoliłabym się nawet trzygwiazdkowym hotelem w jakiejś nadmorskiej dziurze, byle tylko móc rozłożyć leżak i wyłączyć komórkę. – Majka sięgnęła po swoją torebkę i wyjęła z niej papierosy, ale chwilę później zmieniła zdanie. – Muszę rzucić to cholerstwo, bo jak odwalę kitę, to moje dzieci wychowa dwudziestoparolatka z tlenionym sianem na pustej głowie… Ty wiesz, że ona nie skończyła nawet technikum? Ciekawe, jak Robert ją przedstawia swoim snobistycznym znajomym z doktoratami? – Majka parsknęła urywanym śmiechem i wstała. – Naleję im soku i ukroję jeszcze nieco tortu. Jeśli dzieciaki tego nie zjedzą, zostaniemy same z jakimś milionem cholernych kalorii!

– Spalimy w biegu, jak zawsze. Dwa, trzy dni na pełnych obrotach, i już – pocieszyłam ją, wstając. – Wyjmę mu z nosa te prowizoryczne tampony, zanim wymyśli coś głupiego.

– Albo sam je wyciągnie. – Majka parsknęła śmiechem i podeszła do córki.

Przyglądałam się jej, czekając, aż podbiegnie do mnie Dominik. Na krakowskim Podgórzu mieszkałam od zawsze, to oni byli nowi. Maja wprowadziła się z dziećmi do dużego mieszkania na ostatnim piętrze pobliskiej kamienicy z widokiem na strzeliste wieże kościoła Świętego Józefa, a Edyta kupiła połówkę świeżo wyremontowanego bliźniaka po drugiej stronie naszej ulicy, dokładnie naprzeciwko moich kuchennych okien. Drugą połowę kupił Artur – samotny facet koło czterdziestki, którego bacznie obserwowały wszystkie mieszkające w okolicy panny i rozwódki. Ja czasem też na niego zerkałam, chociaż nie był do końca w moim typie. Trzeba mu jednak przyznać, że jest świetnie zbudowany, a ja zawsze lubiłam muskularnych silnych mężczyzn. Takich jak Sebastian, pomyślałam ze smutkiem i przyciągnęłam do siebie syna.

– Dasz mamie buziaka? – zapytałam.

– Co? Nie! – obruszył się młody, który wszedł chyba właśnie w etap unikania matczynych czułości.

– Pokaż ten nos – westchnęłam.

Kiedy pociągnąłem za pierwszy prowizorycznie skręcony tampon, syknął i się cofnął.

– Już, jeszcze tylko ten – delikatnie wyjęłam mu z nosa drugi lekko zakrwawiony strzęp chusteczki i wywinęłam przekrzywiony kołnierzyk splamionej krwią koszulki. – Zjesz coś? Napijesz się?

– Nie – burknął i nie czekając na moją odpowiedź, pognał w stronę drewnianego zamku, w którym samotnie został syn Majki, jego rówieśnik.

Zbierając plastikowe talerzyki i kubki, które dzieciaki rozrzuciły po całym ogródku, doszłam do wniosku, że to w sumie smutne. Mój synek skończył dopiero pięć lat, a jego ojciec już zdążył się ożenić z inną kobietą i zniknąć z naszego życia… Owszem, Sebastian regularnie odwiedzał syna i płacił alimenty, ale ojcowskie wizyty bywały raczej krótkie, a najważniejsza w jego życiu była teraz Natalia, jego obecna żona.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ktoś ci się przygląda Julia zaczyna od nowa Nie podchodź bliżej Ironia losu Dziewczyna, która przepadła Ostatni dzień roku 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej