Nie moje życie

Nie moje życie

Autorzy: Olivia Sudjic

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 26.94 zł

Dwudziestotrzyletnia Alice Hare przybywa do Nowego Jorku w poszukiwaniu miejsca, które mogłaby nazwać domem. Spotyka tam japońską pisarkę Mizuko Himurę. Dołącza do licznego grona osób obserwujących ją w sieci i nabiera pewności, że życie Mizuko jest lustrzanym odbiciem jej własnego. Jednak w miarę jak Alice coraz bardziej osacza w sieci swoją „internetową bliźniaczkę”, granica między życiem realnym a wirtualnym coraz bardziej się zaciera, a na jaw wychodzą kłamstwa, relacje rodzinne i seksualne, których nie da się już wymazać.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

Podziękowania

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: SYMPATHY

Redakcja językowa: Ewa Kaniowska

Projekt okładki: Jon Gray with ©Gray318

Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka

Korekta: Beata Wójcik

Redaktor prowadzący: Małgorzata Hlal

Copyright © 2017 by Olivia Sudjic

All rights reserved.

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-361-5

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Pat

Ponieważ miękka leśna trawa

Cóż może, jeśli nie powtarzać

Kształty zająca, który w niej spoczywał.

W. B. Yeats

Mogłabym być nawet Pionkiem, gdyby tylko dano mi do nich dołączyć.

Alicja

1

Nie byłam z nią, kiedy zaczęła się gorączka. Nawet nie wiedziałam, że jest chora. Wtedy znałam ją już na wylot, mogłam przypomnieć sobie w szczegółach każdy jej dzień, niezależnie od tego, czy spędziła go ze mną, czy nie. Miesiącami jej fizyczna i wirtualna obecność nadawały kształt mojemu życiu w Nowym Jorku. Teraz, za jednym dotknięciem palca, wszystko się skończyło.

Przestań obserwować. To miał być symboliczny gest, symboliczne fuck you, założyłam, że wciąż będę miała publiczny dostęp. Obserwowałam ją w ten sposób, na długo zanim się poznałyśmy, ale okazało się, że jej ustawienia prywatności od tamtego czasu się zmieniły. Pewnie całkiem niedawno. Przeraziły mnie jej zahamowania, chociaż mogło to też oznaczać, że się ukrywa. Martwiłam się, z jakiego powodu musiałaby to robić. Przedtem każdy mógł ją znaleźć. Wystarczyło wpisać nazwisko, aby natychmiast otrzymać jej życie w pigułce: uporządkowaną tabelkę zdjęć podpisanych streszczeniem jej myśli i uczuć, otagowanych miejscem i datą. Każdy mógł podążać jej śladami w mieście albo cofnąć się do przeszłości, do jej wakacji i ukończenia studiów. Nie mogłam być jedyną osobą, której udało się to bez problemu. Ale teraz byłam odcięta. Pojawiał się biały ekran z symbolem kłódki.

Bardziej niż jej fizyczna nieobecność, dezorientowała mnie jej niewidoczność. Nie miałam potwierdzenia, że mija czas. Nie wiedziałam, co robiła rano, co jadła na obiad, nie mogłam oglądać jej zachodów słońca ani rozgwieżdżonego nieba na zdjęciach z filtrami. Kiedy nad moim światem zapadła ciemność, dręczyło mnie światło jej życia, ciągle ta sama szpitalna biel. Stukałam z uporem palcem w białą ścianę, ale jej prowokujące małe usta, zaledwie widoczne w okienku ze zdjęciem profilowym, obracały mój symboliczny gest przeciwko mnie: fuck you. Wszystko było symboliczne. Dotykałam jej ust; były zaciśnięte i nie przyznawały się do niczego. Jej twarz też była nieprzenikniona. Zaprzeczała wszystkiemu albo nic nie czuła. Nieważne, jak mocno naciskałam. Nie mogłam nic zrobić, tylko wybrać przycisk Obserwuj albo Wróć. Nie mogłam się zdecydować, więc czekałam, aż mój zły wybór sam się jakoś cofnie. Czasami zakrywałam blask ekranu dłonią, gasząc jej światło przez przyciskanie palców do siebie. Liczyłam do sześćdziesięciu i zabierałam rękę, z nadzieją że ten ruch w magiczny sposób otworzy kłódkę lub okaże się, że ten ekran był tylko tymczasowy i wróciła do poprzednich ustawień. Tak się nie działo, więc próbowałam bardziej pomysłowych sposobów. Zamiast wpisywać jej nazwisko, jak pierwszy lepszy amator, szukałam innych znanych mi nazwisk. Nazwisk jej przyjaciół. Próbowałam wejść przez wszystkie tylne drzwi, które udało mi się wymyślić, żeby choć zobaczyć, gdzie była i z kim. Myślałam, że przynajmniej zobaczę ją na ich zdjęciach. Ale nikt z nich się z nią nie widywał, a jeśli to robił, nie ujawniał tego. Albo ukrywała się w labiryncie życia innych ludzi, ale za obiektywem aparatu.

Nie wytrwałam długo w swoim postanowieniu, w końcu przyznałam się do klęski i wcisnęłam ponownie przycisk Obserwuj. Czas, kiedy czekałam, aż zaakceptuje moją prośbę, wlókł się niemiłosiernie. Przez kolejne minuty usiłowałam sobie wytłumaczyć, że to najlepsze, co mogło się stać, że to było jedyne wyjście: nic już o niej nie wiedzieć. Bez skutku. Zbyt dużo już wiedziałam, a przez długie godziny między tymi minutami torturowałam się okrutnymi wyobrażeniami tego, co działo się za ścianą, kiedy ja czekałam, aby ponownie wejść do jej świata.

Przycisk Obserwuj, przedtem biały, teraz miał przygnębiająco szary kolor, a słowo „obserwuj” zostało zastąpione napisem „zaproszenie wysłane”. Czułam, że to nowe hasło nie oddawało wyjątkowo pilnego charakteru sprawy. Nie podobał mi się też czas przeszły. Gapiłam się na te słowa, leżąc w łóżku, przekonana, że posłaniec nie starał się wystarczająco. Zastanawiałam się, jak odzyskać kontrolę nad sytuacją. Dawniej, w te nieliczne wieczory, których nie spędzałyśmy razem, zostawiałam naszą historię wiadomości otwartą, żeby oglądać na szarym pasku na górze historii wiadomości, jak pojawia się online i znika, dotykając co chwila ekranu, żeby nie zgasł. Czułam wtedy, jakbym miała ją przy sobie, jakby leżała obok, oddychając, ale teraz ta sztuczka nie działała – miałam raczej wrażenie, jakbym szukała pocieszenia w bliskości trupa.

Kiedy nie patrzyłam na białą ścianę, obserwowałam szary pasek. Tam przynajmniej było widać mijający czas. Zegar nie pokazywał godziny, tylko ile czasu minęło, odkąd ostatni raz była online. Chciałam oddychać tą samą atmosferą co ona. Otworzyłam okna najszerzej, jak się dało, czułam na twarzy powiewy powietrza, które przeciskało się między wysokimi budynkami, i wyobrażałam sobie, że zmieniam ich stan w płynny, tworząc między nami system hydraulicznych połączeń, dzięki któremu mogłam sprawić, że uniesie palec nad ekranem i kliknie, jeśli i ja to zrobię. Raz byłam pewna, że widziałam, jak jej status zmienił się z „ostatnio widziany” na „online” i z „online” na „pisze”: znak życia, jak para na lusterku. Ale kiedy zamrugałam oczami, szary pasek, nagrobek nad paskiem wiadomości, pokazywał, że nie ma jej wśród żywych.

Czekałam na jej pojawienie się tak długo, że co jakiś czas musiałam się przewracać na brzuch i spuszczać rękę trzymającą telefon komórkowy na ziemię, żeby przywrócić w niej krążenie. Kiedy udało mi się zasnąć, moje myśli przemykały się między możliwymi miejscami spotkania jak kulka we fliperze, podążając za nią przez każde skrzyżowanie na Upper West Side. W zależności od natężenia mojej desperacji ulice albo nas łączyły, albo oddzielały od siebie, i chociaż prawie się nie ruszałam, za każdym razem, gdy się budziłam, byłam wyczerpana, zlana potem, jakbym spędziła noc na śledzeniu jej, przemierzając pięćdziesiąt przecznic, które nas dzieliło.

Ten okres zawieszenia nauczył mnie wszystkiego, co trzeba wiedzieć o obszarze pomiędzy tęsknotą a odrazą. Tam, gdzie się spotykały, czułam słabe ciepło sączące się z materaca. Za każdym razem, gdy je poczułam, miałam wrażenie, podobne do nagłego bólu szyi, do silnego skurczu mięśni, że na chwilę ją posiadłam. Właśnie tam nasze ciała zgodnie zamykały się w uścisku i przez moment to j a robiłam wszystko, co robiła ona, ignorując moją prośbę o zaakceptowanie.

Z nielicznych wiadomości, które mam na temat jej działań w tamtym okresie, wynika, że to słabe ciepło ma sens. Informacje dostałam później, od portiera w budynku, gdzie mieszkała, na Sto Trzynastej Zachodniej. Doniósł mi, że jakiś pasożyt zaatakował jej mózg, i z wysoką gorączką trafiła do szpitala dwie przecznice dalej. Wyjaśnił, że wszystko zaczęło się jak większość chorób prowadzących do śmierci – „objawami grypopodobnymi”. Pierwszy lekarz, który ją zbadał, z tego powodu odesłał ją do domu. Kazał jej kupić mocniejszy apap. Drugi raz do szpitala pojechała karetką. Portier sam po nią zadzwonił. Karetki, jak z poważną miną mnie poinformował, w Stanach są zarezerwowane dla całkiem nieprzytomnych albo dla bardzo bogatych i doszedł do wniosku, że ona należy do obydwu kategorii.

– Prawdopodobnie to coś zaczęło swoją życiową podróż na dnie oceanu, w skorupiaku. Dostało się do jakiegoś organizmu, na przykład żaby, a stamtąd może do węża, potem do ptaka…

– Albo – odezwałam się chrapliwym głosem – jakiegoś innego stworzenia.

Patrzył na mnie przez chwilę. Od wielu dni z nikim nie rozmawiałam, trudno było mi zatrzymać swoje teorie dla siebie.

– Właśnie – potwierdził. – Zanim to coś zostało przez nią zjedzone albo pogłaskane. Lubiła miluśkie zwierzątka, prawda?

– Zgadza się.

– Paskudna kocica. – Wywrócił oczami, a ja przytaknęłam. Jej kotka stanowiła zagrożenie, to prawda.

Po operacji przeniesiono ją na oddział intensywnej terapii, do pokoju ze wspaniałym widokiem na rzekę Hudson. To był chyba pierwszy października. Pamiętam, że powietrze było jeszcze ciepłe, a w słońcu zrobiło się nawet gorąco. Lato, n a s z e lato, trwało jeszcze w łagodnym świetle i gęstym gorącu wieczoru, ale ona już go nie pamiętała. Drugą połowę lipca, sierpień i wrzesień wypatroszono wraz z usunięciem pasożyta. Poznałyśmy się w sierpniu, ale później zapewniła mnie, że moja rola w tym wszystkim została albo pochłonięta przez pasożyta, albo wypalona podczas operacji.

W opowiadaniu, które napisała po tym, jak to się stało, jakiś czas po moim wyjeździe z Nowego Jorku, mówi, że pamięta tylko przebudzenie: „wrażenie pieczenia, wilgotny rozkwit” jej własnych powiek, sklejonych chirurgiczną taśmą, widzianych od wewnątrz, kiedy „wpływała w świadomość” w jasnym pokoju. To wspomnienie, brzmiące podejrzanie literacko, wykluczało jej matkę, która przyleciała do niej z Tokio, aby nad nią czuwać. Albo „wilgotny rozkwit” jest wymyślony i nic nie pamięta z momentu przebudzenia, albo celowo wyedytowała matkę z tej sceny. Jej matka na pewno tam była. Nawet zrobiła zdjęcie budzącej się córce i wysłała do swojej matki, która wtedy spała jeszcze gdzieś w archipelagu ich przodków. Podpis brzmiał „Przebudzenie!”, po japońsku.

Kakusei!

W holu apartamentu córki, kiedy przyszła zwrócić zapasowy klucz, pokazała portierowi to zdjęcie i prześwietlenie, na którym widać było dziwną, krętą ścieżkę pasożyta. Podziękowała mu za pomoc. Bez wątpienia uratował życie jej córce. Niedługo ją wypiszą. To tylko dwie przecznice, może się przejść albo weźmie taksówkę. Pewnie będzie potrzebować pomocy w początkowym okresie, więcej niż zwykle.

Na pewno widzieliście zdjęcie Kakusei. Pojawiło się w wiadomościach. Nie wygląda na nim dobrze. Jej twarz o wyraźnych rysach jest na nim poczerwieniała, szczęka wystająca, ale według mnie jej piękno jest tak bezwzględnym faktem, że próżność jej nie dotyczy. Teraz to zdjęcie wyskakuje jako pierwsze przy wyszukiwaniu jej nazwiska. Mizuko Himura. Zastawiłam miliony pułapek na to nazwisko. Zawsze gdy w jakikolwiek sposób zaznaczy swoją obecność w internecie albo gdy ktokolwiek coś o niej napisze, na którymkolwiek kontynencie, dostaję powiadomienie w alertach Google. Za każdym razem, kiedy grzebię w sieci, najpierw doznaję uniesienia, gdzieś na sekundę, a potem ogarniają mnie potworne mdłości. Czytam na bezdechu, szybko szukając jakichś słów o sobie albo sekretnie do mnie zaadresowanych, i czuję skradające się zażenowanie, kiedy okazuje się, że nie ma tam dla mnie nic, a ona znowu znika. Chociaż ciągle mam nadzieję na wiadomość, nawet teraz, po ponad roku, muszę przyjąć, że to pomijanie mnie samo w sobie stanowi wiadomość, a jej długie milczenie zawiera wszystkie odpowiedzi, jakich potrzebuję.

Patrząc na jej zdjęcia zrobione później, po tamtym okresie, mogę powiedzieć, że coś się zmieniło. Jej wdzięk stał się dziwny, silniejszy, jeśli to możliwe, choć może to być efekt odległości albo profesjonalny makijaż, albo to, że odnajduję w jej twarzy ślady tego, co, jak wiem, się stało, albo wszystko razem. Jej rysy wydają się pozbawione struktury, mniej symetryczne, jakby patrzyło się na resztki czegoś doskonałego, ale nie mogło się sobie przypomnieć, jak to wyglądało w całości.

Nadal nie wiem, co naprawdę do mnie czuła. Przejrzałam wszystkie pamiątki, które zatrzymałam; są nieprzekonujące, jakieś szczątki, które mogą znaczyć cokolwiek albo nic. Jestem jednak pewna, że coś tam jest, bardzo głęboko pod powierzchnią. Jeśli to poruszę, może nawet sprowokuję, wypłynie w końcu na wierzch, żeby zaczerpnąć powietrza. Kiedyś umiałam w ten sposób przywoływać rzeczy, przyciągałam je na niewidzialnych niciach, sprawiałam, że niebo gęstniało, rozgorączkowany granatowy ekran wytrząsał wszystko to, co chciałam mieć przy sobie. Dostałam ten dar od matki, tuż przed wyjazdem do Ameryki. Szczególny prezent. Zajrzała do mojego pokoju, gdzie się zaszyłam na całe tygodnie, zawzięcie się pakując. Przyzwyczaiłam się do obchodzenia otwartej walizki na środku podłogi i zapomniałam, że kiedyś w końcu będę musiała: a) zamknąć ją i b) sama ją nosić. Po chwili ciszy, kiedy z furią składałam ubrania, nie podnosząc wzroku, poradziła mi, żebym spróbowała „żyć lekko” w Nowym Jorku. Nie wiedząc nic o tym, co mnie czeka, założyłam, że jej mądrość życiowa odnosiła się do mojej walizki, otwartej na oścież na podłodze, z której wylewały się na dywan zbyt trudne książki (Baudrillard, Deleuze) i zbyt ostrożne garsonki. Wtedy przycisnęła mnie do piersi, w pierwszym uścisku, który pamiętam jako osoba dorosła, i poczułam, że w ten sposób przekazuje mi swoją moc. Jej siła wślizgnęła się we mnie jak rtęć, powodując łaskotanie w palcach i sprawiając, że w nowy sposób odczuwałam ich wagę. Oczywiście ona sama nigdy nie żyła lekko. Cierpiała na nieuleczalną apofenię. „Na Manhatanie – powiedziała – albo jesteś lekka, tak lekka, że unosisz się nad miastem jak wolny zarodnik, albo – i to była strona B jej ostrzeżenia, ta część, która utkwiła mi w pamięci – musisz być naprawdę bardzo ciężka i wszystko do siebie przyciągać”.

2

Kiedy patrzę na jej zdjęcie ze szpitala, to z podpisem Kakusei, przypominam sobie, jak czekałam, aż się obudzi, pierwszy raz, kiedy spałam w jej łóżku. To był sierpień. Leżałam tam godzinami, aż dotyk porannego słońca wpadającego przez okno stał się bolesny, piekło mnie ciało, ale nie mogłam się poruszyć. Bardzo, bardzo wolno przekręciłam głowę, tak że widziałam jej kark. Zapięcie łańcuszka zostawiło ślad, jakby ugryzły ją dwa małe ząbki.

Starałam się przypomnieć sobie wszystko, każde małe ogniwo w łańcuchu, który sprawił, że znalazłyśmy się w tym punkcie, w tym miejscu, gdzie moje oczy świdrowały jej kark, jej zarys o tyle wyraźniejszy niż na zdjęciach. Dziwne było to, że nie mogłam przełożyć rąk przez jej ciało, wyciągnąć ich z drugiej strony, albo obracać jej na swojej dłoni. Do tamtej pory, po całych dniach przesuwania palcem jej zdjęć, myślałam, że jest raczej płynem lub gazem, ale w rzeczywistości była ciałem stałym. Dziwnie było też patrzeć na nią pod innym kątem. Po prostu być tak blisko. Nie chodzi mi o to, jak to jest, kiedy ludzie z obcych sobie stają się kochankami. Chodzi mi o coś dokładnie przeciwnego. To było tak, jakbym z kochanki (która jest blisko, dobrze czuje się w jej towarzystwie, mimo że ona nigdy nie wiedziała, jak blisko byłam) stała się obcą osobą. Ona wcale mnie nie znała, to było niedorzeczne i jednocześnie zadziwiające. Trudno było mi też zaakceptować fakt, że Mizuko, którą znałam w wielu miniaturach, była jedną fizyczną osobą. Myślę, że czułabym się podobnie, gdybym obudziła się w łóżku z Chrystusem albo ze Świętym Mikołajem, albo z jakimkolwiek już nieżyjącym przywódcą dawnego kultu. Znasz na pamięć każde słowo z każdej jego wypowiedzi i nagle oglądasz jego paznokcie u nóg, dziąsła, kręgi, nie w kawałkach, ale wszystko razem. Trudno, żeby ci nie odwaliło.

Przekopałam się przez wszystkie komentarze pod jej zdjęciami, głównie od dziewczyn, których nie znała, a które, tak jak ja, zauważyły, że ma skórę niemowlaka. Przeczytałam też ohydne wyrażenia takie jak „zasymilowana manhattanka” i „enfant terrible japońskiej dynastii bankierów” w krótkich notkach biograficznych zamieszczanych w modnych magazynach literackich. W sieci było więcej tego typu rzeczy niż jej własnego pisania. To prawda, że nie pracowała znowu tak ciężko, nie napisała dużo w okresie, kiedy ją poznałam. Wtedy spędzała większość swojego słodkiego czasu na wrzucaniu zdjęć rzeczy, które chciała mieć, i na lajkowaniu fotek innych ludzi. Rzadko mówiła ludziom nie, ale nie dlatego, że faktycznie była miła; po prostu wiedziała, jak sprawić, żeby wszystko działało na jej korzyść, kształtując rzeczywistość tak, by mogła jej użyć, zwykle do swojego pisania. Prawdopodobnie w japońskim jest specjalne określenie na taką osobę. Powinnam ją była spytać.

Był taki czas, kiedy mogłam się do niej odwrócić i zadać jej głupie pytanie, tak po prostu, bo ona rzeczywiście była o b o k. Trudno mi to sobie teraz wyobrazić. Bardzo rzadko czuję, jakby stała za mną i patrzyła, jak zmagam się, żeby znaleźć słowa, albo rzucała mi wyzwanie, abym ich użyła. Czasami, kiedy piszę na komputerze, mam dziwne uczucie, które pojawia się w nocy, gdy okna stają się lustrami i zaczynam czuć, że ktoś mnie obserwuje. Że w moim jasnym świecie wewnętrznym oczy, w które nie mogę spojrzeć, przeprowadzają inspekcję. Zawsze, kiedy mnie to ogarnia, gapię się agresywnie w swoje odbicie, żeby ten, kto tam jest, pomyślał, że go zauważyłam. Teraz mieszkam sama w kawalerce w Wood Green, w Anglii, upiornie oświetlonym podziemnym pudełku, do którego można zajrzeć z poziomu ulicy. Na wypadek gdyby ktoś tam był, ukryty w moim odbiciu na ciemnej szybie, podnoszę i – nie wiadomo po co – opuszczam żaluzje, i gapię się ze złością na siebie w oknie, ale tak naprawdę przez siebie, na wyobrażonego natręta.

Ale jak się właściwie tam dostałam, do jej łóżka, pierwszy raz? Tamtego poranka, 11 sierpnia, nie czułam się inaczej niż poprzedniego wieczoru, kiedy weszłam do jej mieszkania po kolacji w restauracji z sushi. Po prostu szłam za nią, nie bardzo wiedząc, dokąd zmierzam. Jednym z niewielu faktów, których na jej temat nie znałam, był jej dokładny adres. Posłusznie truchtałam od jednego punktu do następnego i nie miałam wrażenia, że posuwam się naprzód. Cały czas się tak czułam, w okresie kiedy ją poznałam, dopóki nie doszłam do końca i nie spojrzałam wstecz. Kiedy teraz cofam się w czasie, oczywiście widzę, że to zaczęło się dużo, dużo wcześniej.

Mizuko miała trzydzieści dwa lata, kiedy ją odkryłam, ja miałam dwadzieścia trzy. Mam e-mail, w którym to odkrycie datowane jest na 23 lipca. Wyglądała jak dziecko, z pewnością na dużo młodszą ode mnie. Poznałyśmy się parę tygodni później w „węgierskiej kawiarni” naprzeciwko katedry św. Jana. W czerwcu przeniosłam się z pierwszego mieszkania na Upper East Side w jej okolice, Morningside Heights, niedaleko Uniwersytetu Columbia. Większość z tego, co wciąż o niej wiem, wiedziałam, zanim się poznałyśmy. Urodziła się i dorastała w Japonii. Jej dziadek założył Himura Securities. Jej matka miała własną firmę w Tokio. W Nowym Jorku mieszkała od ukończenia osiemnastu lat. Zawsze wiedziała, co chce robić w życiu, a teraz jest pisarką, która ma własnego agenta i uczy kreatywnego pisania na studiach magisterskich na Uniwersytecie Columbia. Kilka lat temu sama chodziła na te zajęcia jako studentka. Jej opowiadanie, które jak dotąd odniosło największy sukces, to Kizuna czyli Więzi, które łączą. To lubiłam najbardziej. Wtedy pracowała nad powieścią o próbnym tytule Kegare, który przetłumaczyła dla mnie jako Nieczystość, ale nigdy nie pozwoliła mi jej przeczytać.

„Historie pochodzenia sprawiają, że czujemy się bezpiecznie. Ich rozsupłanie może nas zniszczyć”.

To pierwsze zdanie z Kizuny. Było to także pierwsze jej opowiadanie, które przeczytałam.

Jasne, pomyślałam. Taa. Zaczęłam sobie nawet wyobrażać, że to ja napisałam te słowa. Czytanie o jej życiu było dla mnie jak dopasowanie dwóch dłoni. Wydawało się, że jest dla mnie drugą połówką pomarańczy. Wplotłam ją w swoją historię pochodzenia jako sposób wyjaśnienia sobie siebie samej, jakby tylko ona dawała mi powód do istnienia.

Urodziłam się w Nowym Jorku, dlatego tam wróciłam, i w ten sposób ją spotkałam. Poleciałam tam z nadzieją, że ułożę się w logiczną całość. Była wiosna 2014 roku. Dopiero co zaginął samolot Malaysia Airlines i podczas lotu do Nowego Jorku byłam przerażona, że zniknę w szarym oceanie i nikt nigdy mnie nie znajdzie. W efekcie miałam wtedy najlepsze w życiu przemyślenia egzystencjalne. Zawieszona, odłączona, nieruchoma, a jednak mknąca przez przestworza z prędkością setek mil na godzinę, bez wpływu na cokolwiek.

Przypomniało mi się, jak po raz pierwszy usłyszałam powiedzenie: „Co wzlatuje, musi upaść”. Moja matka omawiała czyjąś zasłużoną karę. Teraz myślę o swoim locie na lotnisko JFK i trajektorii, którą jak dotąd podążałam: mieszkania na coraz niższych piętrach, aż przeprowadziłam się do sutereny. „Co wzlatuje, musi upaść” było maksymą, którą słyszałam przez całe życie, tak często i od tak wielu różnych osób, że stała się jak szkiełko oszlifowane przez morze, ale za to bardziej matowe i mętne. W samolocie zrozumiałam to w inny sposób, nagle zszokowała mnie prosta, uniwersalna prawda zawarta w tych słowach. Kiedy kapitan obwieścił, że w końcu schodzimy do lądowania, na tę nieuchronną wiadomość zareagowałam tak, jakbym to ja została wezwana do sprowadzenia samolotu na ziemię. Chociaż za cały widok miałam gęstą białą chmurę, musiałam mocno zacisnąć oczy. Kiedy wyłączono sygnalizację „Zapiąć pasy” i w każdym rzędzie rozległy się dźwięki włączanych urządzeń elektronicznych, byłam jedyną osobą, która pozostała na swoim miejscu. Siedziałam tam, dopóki nie minął mnie ostatni pasażer. Przeczytałam wielokrotnie formularz imigracyjny, przetrawiając wszystkie zakazane artykuły. Owoce, warzywa, insekty, hodowle komórek, zarazki chorobotwórcze, ślimaki, gleba. Bardzo dokładnie przepisałam adres Silvii z jednej z kopert, chociaż znałam go na pamięć. Jeszcze raz przeczytałam formularz. Hazard? Tak. Pornografia zawierająca przemoc? Tak. Wątpliwa moralność? Chyba jeszcze nie.

W końcu przekroczyłam prawo pobytu na wizie turystycznej o kilka miesięcy (cztery), popełniając wykroczenie „bezprawnego pobytu”, co oznacza, że mam zakaz wjazdu na terytorium Stanów Zjednoczonych przez trzy lata. Chociaż w holu odprawy celnej klimatyzacja była włączona na cały regulator, bardzo się pociłam, a kiedy zapytano mnie o cel wizyty, miałam pustkę w głowie. Jako osoba urodzona w Nowym Jorku kiedyś miałam amerykański paszport, ale moja matka z powodów podatkowych kazała mi zrzec się obywatelstwa amerykańskiego i legitymować się paszportem brytyjskim, tak jak ona. Mężczyzna za biurkiem zrobił mi zdjęcie i udawał zainteresowanie stemplami, które zebrałam w paszporcie podczas trwających rok podróży przed rozpoczęciem studiów. Znaczyło to zapewne, że był bardziej ludzki, niż sugerowały to jego ogromne barki.

– Kambodża? Jedzą tam mnóstwo dziwnych rzeczy. Prawdopodobnie jedzą wszystko, co się rusza.

– Tak – odpowiedziałam, szeroko się uśmiechając, chociaż nie podzielałam jego poglądu.

Byłam gotowa udawać, naśladować, nauczyć się tutejszych zwyczajów, być miła.

Kiedy ponownie skonfrontowałam się z ogromną walizą, podjęłam decyzję, że metrem pojadę kiedy indziej. Z tylnego siedzenia taksówki widziałam wstążkę tekstu przesuwającą się z prawej strony i znikającą w lewym dolnym rogu podzielonego ekranu. Wyświetlała sensacyjną wiadomość o zbiegłym słoniu i strzelaninie z jadącego samochodu w Queens. Ponieważ wszystko było w tym samym języku, nie byłam przygotowana na to, że będę się czuła tak obco. Musiałam sobie powtarzać, że to miejsce zaludniali kiedyś rdzenni Amerykanie, a w ziemi znajdowano groty strzał. Często przypominałam sobie o tym podczas całego pobytu. Za każdym razem, kiedy wydarzyło się coś, przez co czułam się jak kosmitka, myślałam o strzałach rdzennych Amerykanów. Gleba była przesycona pewną wrażliwością, która przenikała do wody lecącej z kranu, smakującej inaczej.

Przez większą część drogi na Manhattan jechaliśmy obok samochodu służby więziennej, furgonetki z niebieskim napisem ZAKŁAD KARNY. Z takiej furgonetki mógłby wyskoczyć John Malkovich, a następnie przeturlać się na cmentarz, który ciągnął się wzdłuż drogi. Byłam oczarowana. Wszędzie, gdziekolwiek spojrzałam, widziałam filmy. Dookoła były podwórka, garaże, solidnie wyglądające ganki, drewniane domy. Słowa downtown, crosstown, uptown, również solidne jak pnie drzew. Przywiozłam mały brązowy notatnik. Silvia, która była po osiemdziesiątce i miała być moją gospodynią, zasugerowała, że pisanie dziennika, tak jak oszczędzanie, może mi pomóc dojść do siebie. Otworzyłam go na pierwszej stronie i napisałam: piękne światło na Van Wyck Xpwy, oleiste popołudniowe słońce, namaszczające moje czoło. Mizuko, później, kiedy jej to pokazałam, śmiała się ze mnie, ale tak właśnie się czułam: starożytne słońce, które namaściło tylu ludzi przede mną, darowując im drugi lub trzeci początek.

Na zewnątrz budynku, w którym mieszkała Silvia, powietrze było wilgotne i smakowite, przesączone zapachem przypominającym jakąś przekąskę do kina – drapiąca w gardło bryza o smaku popcornu, która przyprawiała mnie o zawroty głowy. Zapomniałam zostawić napiwek. Kiedy zamknęłam bagażnik, ugotowana w dżinsach, poczułam, że mogę albo robić gwiazdy przez całą długość ulicy, albo zemdleję tu, gdzie stoję. Budynek był na Siedemdziesiątej Drugiej Wschodniej, zrobiony ze szkła i luster. Pilnowało go trzech identycznych mężczyzn, z których wszyscy, wydaje mi się, nazywali się Tony. Teoretycznie mieli pracować na zmiany, ale zawsze tłoczyli się razem za biurkiem w holu.

– Idź na górę – powiedzieli chórem. – Dwudzieste trzecie piętro, apartament A.

Winda była bardzo szybka. Żołądek podszedł mi do gardła i skrzyżowałam ręce z tyłu. Chciałam wysiąść na innym piętrze, żeby zyskać na czasie. Nie pomyślałam, co powiem, kiedy wejdę do mieszkania. Byłam przygotowana na wszystkie poważne rozmowy, ale nie na początek ani na wstęp do nich. Zapukałam kilka razy, ale nikt nie odpowiedział. Zastanawiałam się, czy nie wrócić na dół, ale wtedy nacisnęłam klamkę i drzwi się otworzyły.

– Dzień dobry – zawołałam, chwytając walizkę. – To ja, Alice.

Czekałam, aż ktoś mnie zauważy. Ze środka emanowało intensywne gorąco. Po chwili zauważyłam, że ściany korytarza pokrywały lustra, a zajączki światła skakały po perskich dywanach na podłodze. Zrobiłam kilka ostrożnych kroków, wołając Silvię po imieniu. Pojawiła mi się w głowie myśl, że to wszystko może być żartem. Istniało prawdopodobieństwo, że wymieniałam listy z bardzo mądrym i na pierwszy rzut oka pomocnym nigeryjskim oszustem, który przez dwa lata odgrywał rolę chorej na raka babci. Było to możliwe. Moja matka kiedyś dostała pięknie napisany e-mail, w którym wyjaśniano, że na Księżycu w latach siedemdziesiątych pozostawiono nigeryjskiego astronautę, ma się on dobrze, ale chciałby wrócić do domu, jeśli moja matka może mu pomóc. Jasne, powiedziałam sobie, ale nawet tak kreatywni ludzie nie poradziliby sobie z pisaniem l i s t ó w na maszynie.

Pierwsze drzwi były lekko uchylone. Wydawało się, że pod kocem na kanapie leży ludzka postać. Byłam nauczona nie przeszkadzać śpiącym ludziom, więc wycofałam się. Po kilku minutach postanowiłam, że powinnam dać jakiś sygnał, że tu jestem. Znalazłam łazienkę. Ściany od sufitu do podłogi pokrywały zdjęcia Silvii i jej zmarłego męża. Obok umywalki walały się cukierki cynamonowo-miętowe Spry, a dookoła wanny powtykano różne wersje plastikowego przyrządu, coś jakby powiększone gruszki do odsysania tłuszczu z indyka. Spuściłam wodę, ale dźwięk był zbyt subtelny, cichy jak szept. Kiedy wyszłam z łazienki, postać wciąż spała. Zwiedziłam na palcach resztę apartamentu. Czułam się, jakbym wkradła się na plan amerykańskiego serialu komediowego. Zdziwiłam się, że każdy pokój dokądś prowadził, każdy miał ogromne okna, z których rozciągał się widok na miasto. Były tam trzy sypialnie, dwie z łazienką. Jedna ewidentnie należała do mężczyzny, a teraz służyła za gabinet. Drugą wypełniały pudła. Ostatnia należała do Silvii, choć nigdy tam nie spała i później powiedziała mi, żebym to ja się w niej zainstalowała, bo tamto łóżko jest najwygodniejsze, a ona i tak śpi na kanapie. Pokój dzienny był jednocześnie jadalnią. Prowadziły stamtąd wahadłowe drzwi do kuchni i drugie do łazienki dla gości, w której byłam wcześniej. Silvia spała na swoim posłaniu, a telewizor wyświetlał kanał TCM z wyłączonym dźwiękiem. Wzięłam ze stołu lornetkę. Miasto ciągle tam było. Po dwudziestu minutach usiadłam na kanapie i natychmiast zasnęłam.

Kiedy się obudziłam, niebo było ciemne, ale pomarańczowy blask latarni promieniował z ulicy w dole. Przede mną stała Silvia.

– Kim jesteś? – spytała, gapiąc się na mnie.

– Alice – wymamrotałam w półśnie.

– Kto?

– Alice. Hare – dodałam. – Już jestem.

– Miałaś być jutro.

– Och – zająknęłam się i zaczęłam się poprawiać na kanapie.

– Nie chciałam, żebyś przyjechała wcześniej niż jutro. Miałam operację.

– Przepraszam – zaczęłam się usprawiedliwiać, próbując wstać.

– Okej – powiedziała i z powrotem zaległa na swoim posłaniu.

Słuchałam i czekałam, mrugając oczami w słabo rozjaśnionej ciemności, czując, że wszystko stoi na głowie. Po kilku minutach, kiedy usłyszałam, że znów zasnęła, bo jej oddech stał się płytki, położyłam się i próbowałam głęboko oddychać, bo wiedziałam, że zaraz dostanę ataku paniki. Na jego krawędzi byłam już kilkakrotnie podczas tej podróży, za każdym razem, kiedy myślałam o samolocie, który zniknął z radarów. Czułam się nierealnie, jak duch, przez którego właśnie przeszła właścicielka mieszkania. Mój oddech stawał się coraz płytszy i szybszy, jakbym pociągała powietrze z zatkanej słomki, aż poczułam, że moje płuca rozszerzają się tak bardzo, że kiedy próbowałam wydychać powietrze, wydawało mi się, że się skleiły i zaraz się rozedrą w wysiłku, aby się rozdzielić. Zaczęłam wtedy płakać, chwytałam hausty powietrza i łkałam, aż w końcu zaczęłam ryczeć. Kiedy nikt nie przyszedł, łzy skończyły się i leżałam nieruchomo, całkiem spokojna, jak niemowlę uciszone przez głęboki szok, gdy zobaczyło coś bardzo błyszczącego na suficie. Dźwięk ulicy daleko w dole zlokalizował mnie jak pinezka w mapach Google, przypominając mi, gdzie się znajduję, że naprawdę tu jestem, i to mnie oszołomiło.

Ułożyłam się z powrotem na poduszce i przypomniałam sobie początek mojej korespondencji z Silvią, albo z oszustem, który się pod nią podszywał, prawie dwa lata temu. Lipiec 2012. Wakacje przed moim ostatnim rokiem studiów. Przekopywałam się przez listę lektur, leżąc na dworze, na płóciennym łóżku polowym w kolorze khaki ze sklepu z nadwyżkami dla wojska. Większość naszych mebli była w jakiś sposób przenośna. Weszłam do środka, kiedy usłyszałam krzyki. Moja matka stała przed telewizorem. Patrzyłyśmy na salę pełną fizyków, którzy oficjalnie ogłaszali odkrycie bozonu Higgsa. Peter Higgs, miło wyglądający pan o orlim nosie, uronił łezkę. Moja matka też płakała, dużo bardziej niż Higgs. „No już dobrze – powiedziałam, głaszcząc ją. – To nas w ogóle nie dotyczy”.

Tydzień później dostałam list z Nowego Jorku, znaczek nosił datę odkrycia.

Droga Alice,

Okazuje się więc, że jesteśmy zanurzeni w oceanie. Z pewnością wiesz o odkryciu cząstki Higgsa. Boli mnie głowa, kiedy myślę o największej maszynie (mówią, że jest rozmiarów katedry w Chartres), która znajduje najmniejszą istniejącą cząstkę.

Czy mówią o tym w Twojej szkole? Przepraszam, już przecież skończyłaś szkołę. Studiujesz? Ciekawa jestem, jaką stałaś się dziewczyną. Ostatni raz widziałam Cię, kiedy byłaś bardzo mała, zakładam, że teraz jesteś dużo większa. Pewnie się zastanawiasz, dlaczego kontaktuję się z Tobą po tak długim czasie. Szczerze mówiąc, nie mam ochoty wdawać się w szczegóły, chyba że chcesz wiedzieć. Jeśli tak, odpisz.

Twoja

Silvia Weiss

3

Nie miałam problemów z przywłaszczeniem sobie części historii pochodzenia Mizuko, bo w praktyce moja własna historia pochodzenia nie należała do mnie i wciąż się zmieniała. Jeśli coś kwestionowałam: daty, nazwiska, miejsca, moja matka nie udzielała mi odpowiedzi, a odpowiadała pytaniem, na przykład: „Może znajdziesz swoich prawdziwych rodziców i zostawisz mnie w spokoju?”. Chodziło jej o moich biologicznych rodziców i obie wiedziałyśmy, że znalezienie ich było niemożliwe. Matka już nie żyła, a ojciec był w więzieniu, a może też był już martwy. Nie wiedziałam o nich prawie nic.

Nasze pierwsze narzędzie to pamięć. Uczymy się rysów twarzy tego, kto nas karmi, innych rzeczy też, mniej cielesnych. Pamiętamy uczucia albo ciągłe wątpliwości. Zaczynają nas one zbijać z tropu, jesteśmy manipulowani i wszystko nam się miesza. Myślę, że tamtej wiosny pojechałam do Nowego Jorku, bo chciałam uciec od Londynu i tego, co terapeutka Mizuko nazwała toksycznym cyklem wątpienia w siebie. Chciałam mieć jedną, spójną opowieść, która mi wyjaśni, kim jestem i co mam robić.

Obie moje matki były zaborcze, jeśli chodzi o fakty. W przypadku mojej drugiej matki każdy szczegół, jeśli go zapisać i porównać, jest sprzeczny z innymi. Nacisk kładzie na swojego nieobecnego męża, mojego drugiego nieobecnego ojca, Marka. Czasami jest on dezerterem, pamięć o nim związana jest z pogardą i wyzwiskami, kiedy indziej staje się przeznaczeniem, któremu oddaje się cześć i które się opłakuje. Moje miejsce w tym obrazie ciągle się zmieniało. Albo ratowałam małżeństwo, albo je rujnowałam. Jedyna rzecz, której konsekwentnie się trzymała, to że zepsuję wszystko, czego tylko się dotknę. Nie powiedziałam jej właściwie nic o ostatnim roku.

Kiedy Mizuko poprosiła mnie, żebym podsumowała swoje dzieciństwo jednym słowem, powiedziałam klaustrofobiczne. Susy zapewniała mnie, że nigdy, przenigdy mnie nie opuści. Powinnam jednak była powiedzieć sprzeczne, bo kiedy indziej było odwrotnie. Wałęsałam się dookoła naszego domu sama albo siedziałam w ukryciu na strychu, gdzie w nierozpakowanych pudłach trzymała niezliczone fragmenty rzeczywistości. Sama ilość informacji była przytłaczająca, sprawiała, że były one prawie bezużyteczne, i myślałam, że to właśnie było jej zamiarem, zniechęcić mnie do ich przeszukiwania. Wnioskując z widoku naszego strychu, potrzebny byłby milion robotów i milion lat, żeby poskładać do kupy, co naprawdę nam się zdarzyło.

Silvia w listach przedstawiała mi swoją wersję wydarzeń.

Zacznę od Twoich urodzin. Manhattan, rok 1991. Nazywałam Cię Króliczkiem. Tak samo nazywałam Marka, kiedy był małym chłopcem.

Króliczek utkwił mi w głowie. Często mówiłam tak na głos do siebie albo na głos, ale w głowie, Króliczek. Wolę to niż Alice Hare. Byłam wniebowzięta, kiedy Mizuko też zaczęła nazywać mnie Króliczkiem.

Być może miałaś inne imię przed Alice, ale Twoja prawdziwa matka uciekła, zabierając ze sobą tę informację (i wiele innych), z oddziału położniczego Szpitala Lenox Hill w szpitalnej koszuli nocnej

– Wyobrażam ją sobie, z wystającym brzuchem i obwisłym tyłkiem –

i znienacka wpadła pod czerwoną ciężarówkę Moishego, która jechała do centrum. Roztrzaskała się jak arbuz, zanim ktokolwiek się zorientował. Lubiła niespodzianki, nie poinformowała więc też Twojego ojca o tym, że w ogóle istniejesz. On sam, pogardzając kobietami i władzą, najprawdopodobniej nie przyjąłby poleceń od nikogo. Był osadzony w Zakładzie Karnym Baybram przeznaczonym dla więźniów, którzy popełnili przestępstwa wymagające czegoś tak poetycznego jak „samotne i przepełnione złością serce”. Jasne było, że Twoja prawdziwa matka, której nawet nie było stać na poród, nie miała dla Ciebie żadnego planu, który państwo mogłoby zrealizować, choć władze przekopały się przez jej nieliczne rzeczy osobiste w poszukiwaniu jakiejś wskazówki.

Wiem od Silvii, że w jej parującym brzuchu, z którego wydostałam się niewiele wcześniej, znaleziono tylko jarmuż, fasolkę szparagową, rybę i sznaps, a ci, którzy widzieli wypadek, powiedzieli, że ostatnie słowa mojej matki były prawie niezrozumiałe, ewidentnie skierowane do niej samej: „Czarnuchu, zostaw mnie w spokoju, daj spokój. Mój syn palnie ci w łeb”.

Wszystkie najlepsze historie zaczynają się w ten sposób, powiedziała Mizuko, kiedy jej to opowiedziałam. Szczęściara.

Oddano Cię do adopcji. Wziął Cię mój syn, Mark Hare, i jego żona, Susy. Mieli już dla Ciebie imię: Alice. Byłam tam, kiedy cię przekazano: ruchliwa kulka piąstek i meszku, a przed nią całe życie problemów z plączącymi się włosami. Byli starsi niż normalni rodzice. Mark był profesorem fizyki, Susy ilustratorką, przynajmniej na formularzach adopcyjnych. Mieszkali w pobliżu jego pracy, Uniwersytetu Columbia, na Morningside Heights.

Ten kawałek ciągle słyszałam od Susy. Wiem, że poznali się tam na studiach, podczas protestów studenckich w 1968 roku. Opowiadała mi tę historię t a k … w i e l e … r a z y. Sądzę, że zna ją każdy, kto chociaż na chwilę zetknął się z moją matką.

Ich pierwsza rozmowa była transmitowana przez studenckie radio, WKCR. Susy, wtedy Susanah, osiemnastoletnia poważna studentka pierwszego roku z Anglii, przeprowadzała wywiad z Markiem.

„Bardzo wysoki, o silnych ramionach, z pięścią uniesioną jak różdżka” (różdżka, a także zszywacz, to jedne z niewielu punktów orientacyjnych dla Susy w tym opowiadaniu). Sprawiło mi to przyjemność, że kiedy sprawdzałam prawdziwość faktów z listów Silvii, wszystkie szczegóły znalazłam w internecie, zakorzenione w rzeczywistości, powtórzone prawie słowo w słowo. Dzięki temu Silvia była moją pocieszycielką, jakbym w końcu stała na twardym gruncie. Wtedy nie miałam powodów, żeby nie ufać temu medium, wydawało się uspokajające, bezosobowe, obiektywne, pozbawione uprzedzeń i osobistych interesów. Google był arbitrem i rozstrzygał o prawdzie.

Susy chciała mieć wypowiedzi studentów do swojej audycji o kryzysie na Columbii. Większość magistrantów z 1968 wykorzystała ceremonię zakończenia studiów jako platformę do kolejnego protestu. W tamtym roku uroczystość miała miejsce w kościele Świętego Jana i wielu studentów ukrywało odbiorniki radiowe pod togami, z wyłączonym dźwiękiem, dopóki nie rozległ się głos Boba Dylana, kiedy WKCR zagrała The Times They Are A’Changing i studenci wymaszerowali na zalany słońcem dziedziniec.

Pobrali się w 1976. Twoja matka wyglądała jak krem śmietankowy. Mark zamierzał zostać profesorem na Columbii. Pewnie czuł się klaustrofobicznie, bo urodził się, dorastał, a teraz też pracował, wspinając się po ścieżkach kariery akademickiej, na tych samych dwóch milach kwadratowych Manhattanu.

Susy zawsze powtarza, że kiedy poszła z nim pierwszy raz do łóżka, od razu wiedziała, że za niego wyjdzie. Wstała, odwrócona do niego tyłem ubrała się i usiadła na jednym z jego foteli w ciasnawym studenckim mieszkaniu. Kiedy tam siedziała, patrząc na niego i czekając, aż się obudzi, poczuła, że zaraz dostanie okres, nieco wcześniej, niż powinna. Natychmiast się zerwała, ale było już za późno. Mark nie przyjął jej oferty odratowania fotela, mówiąc, nadal śpiący albo jeszcze naćpany, że to znak. Plama, dzięki której stała się częścią mebla. Za każdym razem, kiedy opowiada tę historię, czuję obrzydzenie, ale ona używa jej, jakby to był papierek lakmusowy testujący dobry męski charakter. Wygląda miło, mówi o jakimś mężczyźnie, ale widać, że jej zdaniem nie zdałby testu plamy okresu tak jak Mark.

Mark, kiedy obronił doktorat, rozpoczął pracę jako fizyk teoretyczny w Columbii. Pojawiła się teoria, która wyjaśniała podstawową architekturę wszechświata. Zaczął się zajmować teorią superstrun i stopniowo M-teorią. M to skrót od słowa „mother”, matka wszystkich teorii, magia, matrix lub misterium. Jest to adaptacja teorii superstruny, proste równanie według standardów fizyki cząsteczkowej, która, jeśli zostanie udowodniona, „pogodzi to, co uważamy za sprzeczne, wyjaśni naturę i zachowanie całej materii i energii”. Stał się, powiedzmy, zatroskany. Susy (to Mark zaczął używać tego zdrobnienia, także jako skrótu do teorii superstrun) była pełna podziwu, ale nie mogła go zrozumieć. Kobiety chyba lubią tajemnice. Uwierz mi, najlepszy wybór to miły, bezpieczny facet, jak mówił mój świętej pamięci mąż, Rex. Popełniłam ten błąd z ojcem Marka. Twoja matka nie lubi w zasadzie niczego, co ją wyklucza. Fizyka była jak sekretny język między Markiem a jego przyjaciółmi. Żartowała z tego, ale nikt się nie śmiał. Żarty w rodzaju: „Jako fizyk powinien bardziej interesować się moim aspektem fizycznym i ruchami powtarzalnymi, albo małymi rzeczami, takimi jak małe dzieci”. Zaczynała te rozmowy w obecności tak wielu przerażonych znajomych i kelnerek, że (bo Mark robił wszystko, żeby uniknąć sceny) zaczęli nawet starać się o dziecko, choć nie był to odpowiedni moment ze względu na jego karierę. Starali się przez cztery lata, bez rezultatu.

Wiedziałam już bardzo dużo o ich życiu seksualnym, bo przynajmniej w tej dziedzinie moja matka nie miała zahamowań.

Pamiętam ten rok, kiedy zaczęło to być problemem i wysłałam Susy do lekarza, bo to było wtedy, gdy Chińczycy wypożyczyli do zoo na Bronxie dwie pandy, Ling Ling i Yun Yun. Zdecydowałam wtedy, że chcę wnuka. Chyba kiedy zaczęło się wydawać, że mogę go nigdy nie mieć. Dużo czytałam o procesie zapłodnienia, do którego chcieli doprowadzić pracownicy zoo. Pandy tracą libido, jeśli człowiek chodzi po ich wybiegu, tak jak pewnie i ludzie straciliby zainteresowanie seksem, gdyby panda wpadła do ich sypialni.

Susy też wspominała o pandach. Mark miał być swego rodzaju Ling Ling, samcem. Żeby zainteresował się parzeniem, Susy niezauważalnie stwarzała cały zestaw warunków: odpowiednią temperaturę, specjalne światło, właściwy posiłek, a żeby zwiększyć szanse na wykorzystanie jego rzadkiego, mimowolnego popędu – Wielkiego Dnia Namiotu – prawie nigdy się od niego nie oddalała.

Chociaż chodziła z nim prawie wszędzie, nawet do pracy, gdzie przesiadywała w bibliotece niedaleko jego gabinetu, nie zauważała go. Tak długo, tak bardzo chciała zobaczyć dwie niebieskie kreski, że twarz Marka sama stała się niebieską kreską.

Znam to uczucie.

Mark powiedział mi, że zawsze, kiedy się budził, Susy leżała obok niego z szeroko otwartymi oczami, czekając. Ciągle mówiła o tym, jak niedługo będzie już troje państwa Hare. Odnosiła się do znanego symbolu trzech królików goniących się nawzajem, klasycznego przykładu symetrii rotacyjnej, czegoś, co kiedyś jej wyjaśnił, na początku ich związku, zanim się zorientował, że ona obróci to przeciw niemu. Mój cały wkład to wybór imienia. Zawsze powtarzałam, że musi to być imię łatwe do wypowiedzenia w sytuacji kryzysowej, ma dobrze brzmieć przez głośnik i z obcym akcentem.

Kiedy mieszkałam z Silvią, zawsze można było liczyć, że zdefiniuje coś, co właśnie ma się wydarzyć, tak że właściwie nie było potrzeby, żeby to się wydarzyło. Susy nadal chciała, by to się wydarzyło, i posłusznie wybrała imię, biorąc pod uwagę śmierć, zniszczenie i zarządzanie sytuacją kryzysową.

Zrobiłam listę wszystkich możliwych słów, z którymi może rymować się Alice, kiedy wykrzyknie się to imię na tłocznej ulicy, i wyszło mi, że mało prawdopodobne są sytuacje, kiedy w obliczu zagrożenia można pomylić imię Alice ze słowem palace, malice albo chalice. Susy przestała chodzić do wszystkich drogich lekarzy, do których ją wysyłałam. Wierzyła, że chodząc do doktorów zajmujących się płodnością, przyciąga do siebie bezpłodność. W zamian zaczęła czytać horoskopy i stawiać tarota. Brukowane ścieżki w parku Riverside były pełne pęknięć. To wszystko były znaki. Pamiętam, że kupowała nawet ciasteczka, w których jest wiadomość, i zostawiała po stronie łóżka Marka, ale pozostawały tam nieodkryte i rozgniecione przez sen, zredukowane do niepokojących brązowych plam na pościeli. Miałam wtedy tę samą sprzątaczkę co Mark, ciągle na to narzekała.

Ale wielki znak pojawił się, kiedy stała obok posągu Alicji w Central Parku. Zaczęła kiedyś rozmawiać z młodą kobietą, która szybko została jej przyjaciółką, powierniczką, a potem, mimo moich i Marka interwencji, surogatką. Susy zaprzyjaźniała się z kobietami z prędkością światła. Zawsze mówiłam, że te przyjaźnie bardziej przypominają zakochanie i zawsze tak samo szybko się kończą. I oczywiście surogatka poroniła pierwszą Alice. Więc Susan miała już czterdzieści jeden lat, kiedy w końcu przyniosła w nosidełku do domu Ciebie, Alice II.

To mój ulubiony fragment tego listu…

Wtedy mieszkali już na Claremont Avenue, w domach profesorskich. Ulice były pokryte śniegiem, kiedy wnieśliśmy Cię po schodach. To był 19 stycznia 1991 roku. Mam zdjęcie z polaroida, pokażę Ci je, kiedy przyjedziesz. Podczas tej godziny, jaką zabrało nam pojechanie po ciebie, wyłączyli prąd i wszystko było zalane. W długim, ciemnym korytarzu woda sięgała do kolan, nie działały windy. Z nisko umieszczonej skrzynki na listy wysypała się poczta, rozsiewając różnego rodzaju informacje osobiste wokół kolumn. Nienawidziłam tamtego mieszkania. Pamiętam, że Mark wyglądał bardzo smutno, a ja pozwoliłam sobie na żart, który z perspektywy czasu wydaje mi się dość nie na miejscu: „Nie wylej dziecka z kąpielą”.

Muszę przyznać, że większość z tego, co Susy opowiedziała mi o tym konkretnym momencie, była prawdą. Kiedyś nawet znalazłam tę wiadomość, która według słów mojej matki była przypięta do tablicy ogłoszeń, kiedy wrócili do zalanego mieszkania:

Drodzy mieszkańcy, ktoś z was ma niesprawną spłuczkę w łazience. Jeśli zauważycie, że woda nie spuszcza się prawidłowo lub spłuczka hałasuje, proszę poinformować nadzorcę budynku.

Dziękuję, Ramon

Susy powiedziała, że Mark uśmiechnął się, zdjął ogłoszenie, starannie je złożył i schował do kieszeni. Normalnie to ona zrobiłaby coś takiego, to było niezwykłe, być może był to znak, ale trzymała nosidełko ze mną i nie miała wolnej ręki.

– Co masz zamiar z tym zrobić? – spytała.

– To będzie pamiątka tego dnia.

Wtedy zaczął nucić The Power of Love, na zalanym korytarzu z uszkodzonymi kolumnami, tak jak w wideoklipie do tej piosenki, gdzie Luther Vandross stoi w wodzie po kolana, a ekran trzeszczy od iskier z popsutej instalacji elektrycznej, przywodząc na myśl niewidoczne pole miłości w nocnym klubie urządzonym à la rzymskie termy.

Na początku, kiedy byłam dzieckiem i moja matka opowiadała mi ciągle, jak pojawiłam się w domu, za każdym razem dodając więcej szczegółów, aż wydawało się, że zdarzyło się to zaledwie przed chwilą. Myślałam, że była to historia o tym, jaki Mark był szczęśliwy, że w końcu został ojcem. Ona właśnie tak to opowiada. Później, nawet zanim skontaktowała się ze mną Silvia, kiedy dorastałam, zdałam sobie sprawę, że był już wtedy czterdziestoczteroletnim fizykiem cząstek elementarnych, i stopniowo zrozumiałam, że śpiewający Luther Vandross był innego rodzaju znakiem. Mark był wkurzony. Moje pojawienie się oznaczało, że w końcu będzie mógł opuścić miasto, gdzie tracił siły w przekonaniu, że marnuje swoją jedyną szansę, aby być wielkim. Dla niego zabranie tego ogłoszenia oznaczało, że tak jak Susy, kiedy naprawdę czegoś chce, może wykorzystać do osiągnięcia swojego celu jakikolwiek przedmiot.

Mark wtedy był już członkiem zespołu, który zajmował się SSC, Nadprzewodzącym Superakceleratorem w Waxahachie w Teksasie. Miał on być, jeśli nie znasz się na fizyce, tym, czym później stał się Wielki Zderzacz Hadronów w Genewie, tylko oczywiście amerykańską wersję planowano jako dziesięć razy mocniejszą i polującą na bozony Higgsa „dziesięć razy szybciej”.

W 1988 roku, kiedy pierwsza Alice została poroniona, wybrano na budowę akceleratora obszar wokół Waxahachie. W komisji, która podjęła tę decyzję, był Mark. Miał przekonać naukowców z wybrzeża, żeby się tam przenieśli. Młodzi fizycy podążali może jeszcze nie jego śladami, ale w tym samym kierunku. Osadnicy w dużych białych adidasach, indywidualiści w hawajskich koszulach. Chociaż nadal mieszkał w Nowym Jorku, coraz więcej czasu spędzał w Dallas (Susy nie mogła mu towarzyszyć ze względów bezpieczeństwa narodowego), a coraz mniej na uniwersytecie czy w mieszkaniu na Morningside Heights, gdzie Susy wypełniała swój czas rysowaniem. Warunkiem jej przeniesienia się do Dallas była wcześniejsza adopcja i wspólne z Markiem napisanie i zilustrowanie książki dla dzieci Alice w Dallas, która miała przybliżyć fizykę cząstek elementarnych dzieciom w wieku od trzech do sześciu lat.

Wykopano siedemnaście szybów i wydrążono czternaście mil tunelu w wapieniu w Austin, a potem opuszczono to miejsce. Kongres wycofał wsparcie, zabierając fundusze, pełen obaw związanych z zaangażowaniem się w projekt o tak wysokich kosztach. Wielu fizyków udało się na Wall Street, a tych kilku, którzy zostali, zajęło się farmerstwem.

To wycinek z artykułu, który pokazała mi Silvia. Susy też czasem o tym wspomina, z tęsknotą, jakby hodowla bydła mogła stanowić odpowiedź. Kiedy indziej, w zależności od nastroju, mówi z zadufaniem o swoim poświęceniu, jakby los amerykańskiej nauki i odkrycie pochodzenia świata zależały wyłącznie od fizycznej obecności Marka w tamtym miejscu.

Kiedy projekt odwołano, Mark czuł się zdradzony, teraz to wiem, n i e przez Kongres, n i e przez społeczność fizyków i według zapewnień Silvii n i e przeze mnie, a przez Susy. Był przekonany, że gdyby nie kazała mu czekać w Nowym Jorku, dopóki mnie nie znajdą, gdyby był tam, na miejscu, wcześniej, projekt zakończyłby się sukcesem. Jestem pewna, że czuł się winny. Nie wobec nas, ale wobec wszystkich innych rodzin, których życie wywrócił do góry nogami, które zostawił samym sobie pośrodku pustyni i które naraził na porażkę.

W 1993 roku, z poczuciem klęski wrócił z Susy do Nowego Jorku, i oczywiście z Tobą. Właśnie zaczęłaś mówić. Wróciliście do tej samej części Morningside Heights, ale mieszkanie profesorskie w tym czasie przydzielono komu innemu. Przez rok mieszkaliście w apartamencie należącym do jednego z przyjaciół Marka, innego profesora, który wtedy rzadko z niego korzystał, w tej samej okolicy. Ktoś kiedyś wykorzystał fragmenty wnętrza jachtu, aby tchnąć nowe życie w budynek, mieszkanie wyglądało jak wnętrze transatlantyku w stylu secesji z lat 30.

Wyobrażam sobie, że było to unikalne wnętrze, które mogło powstać tylko w takim wypadku, gdy jeden z jego mieszkańców nagle stał się właścicielem transatlantyku i nie wiedział, co z nim zrobić.

Możliwe, że budynek miał się tematycznie łączyć z rzeką Hudson, ale Mark martwił się, że styl waszego nowego lokum nie ma wyjaśnienia. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy was tam odwiedziłam, siedział na środku mieszkania, niewyspany i patrzący spode łba. W ogóle nie był do siebie podobny. Wszystkie pomieszczenia były w tym mieszkaniu połączone, więc z holu było widać salon, a z salonu dało się zaglądać do jadalni. Zajął centralne miejsce na kanapie i stamtąd patrzył na mnie wilkiem, milcząc. Jak zwykle próbowałam obrócić wszystko w żart i powiedziałam, że jego nastrój nie komponuje się z optymistycznym wyglądem budynku. Zignorował mnie. Widziałam, że celowo sabotował moje próby rozbawienia go. Był w opozycji do wszystkiego, co go otaczało. Nic się już dla niego nie liczyło. Przywykł do tego, że wszędzie, na każdej powierzchni widzi swoje równania, a białe ściany nie miały dla niego żadnego sensu. Poruszał tylko oczami, rozmawiając za ich pomocą z przedmiotami, czasem jakby chciał zatopić wszystko, kiedy indziej jakby siłą woli próbował przywrócić początkowy kurs, gdzieś na morze.

Kiedy pełnoprawny właściciel potrzebował mieszkania, musieliśmy wysiąść z transatlantyku i wprowadzić się do Silvii.

Kiedy właśnie się urządziliście, Mark oznajmił, że przyjął posadę w banku w Tokio. Dział handlowy, wyjaśnił, potrzebował spokojnych, błyskotliwych mężczyzn, którzy zastosują teorie naukowe do panującego tam chaosu. Nagle podjął decyzję, że zostawi zarówno fizykę, jak i Amerykę.

Susy usiłowała wysłać tam jego fotel, z plamą okresu ukrytą pod nową tapicerką, ale Mark już nie akceptował kompromisu. Zdążył zostać zwolennikiem japońskiego minimalizmu, a fotel nie mógł być częścią jego nowego ascetycznego życia.

Najpierw wysłano transportem morskim niezbędne do życia minimum, a Wy troje wyruszyliście tydzień później. Odwiozłam Was na lotnisko taksówką. Pamiętam, że nuciłam jakiś hymn do Świętego Jana, jego niedokończony pomnik uosabia dla mnie wszystkie cechy, które tak podziwiam u fizyków czekających całe życie na udowodnienie jakiejś teorii. Siedzieliśmy w ciszy, co chwila zatrzymując się w korku na 125 ulicy, kiedy dzieciaki akurat wychodziły ze szkół. Gdy mijaliśmy Apollo Theater, Susy odwróciła się do Ciebie – siedziałaś między nami, a Mark siedział z przodu. Patrzyła na Ciebie wymownie dużymi oczami, ale oczywiście zwracała się do mnie i do Marka, kiedy powiedziała: „To jakbyśmy przenosiły się na księżyc, prawda, Alice?”. Pamiętam, że zaczęłaś płakać. To był tak rozdzierający serce dźwięk, że sama zaczęłabym płakać, ale nie mogłam, bo byłam wściekła. Już ją obwiniałam. Zastanawiam się, jak mogłabym go powstrzymać, co powiedzieć, gdybym wiedziała, że widzę go po raz ostatni. W wyobraźni produkuję pełne emocjonalnej manipulacji matczyne przemowy. Wiesz, kto to jest Wolumnia, matka Koriolana? Bardzo dobrze pamiętam moją ostatnią „rozmowę” z Markiem, bo prawie nic nie mówiliśmy, to Twoja matka cały czas gadała z taksówkarzem, my słuchaliśmy, a ja usiłowałam powiedzieć mu, patrząc na jego prawe ucho, że zabraniam mu jechać, mimo że przyszłam się pożegnać. Kierowca zadawał uprzejme pytania, jakbyśmy wszyscy czworo wybierali się na wakacje, a Mark pozwalał, by Susy odpowiadała z tylnego siedzenia. Taksówkarz opowiedział nam historię życia swoją, swojej żony i syna.

– Ma pan zamiar mieć jeszcze jedną?

– Żonę?

– Nie, pociechę.

– Tak, mam nadzieję.

– Macie już dla niej imię?

– Nie, jeszcze nie.

Kiedy zaległa cisza, kierowca odezwał się wesoło:

– Moje imię jest b a r d z o krótkie.

– To ważne – powiedziałam. – Imiona muszą być łatwe do wymówienia w sytuacji kryzysowej. Jakie to imię?

– Haseeb.

– Pisze się H-A-S-I-B?

– Nie, H-A-S-E-E-B.

– Nie jest więc takie krótkie.

W tym momencie mój wspaniały syn w końcu się odwrócił, strzelając we mnie spojrzeniem, które mówiło PRZESTAŃ.

4

W okresie między odkryciem Higgsa w lipcu 2012 a moim przylotem do Nowego Jorku w kwietniu 2014 poznawałam Silvię poprzez listy, które zawsze pisała na maszynie. Przez to, co zdecydowała mi się opowiedzieć, po kawałku. Nie mogłam wybiegać w przyszłość i czasami niecierpliwiłam się, czekając na list, ale nigdy nie pozostawiła żadnego pytania bez odpowiedzi.

Zastanawiałam się, czy się z nią skontaktować, zanim ona to zrobiła. W szkole były różne zadania, które wymagały współpracy dziadków, czasem z ostrożności niektórych nie przynosiłam do domu. Kiedyś jedna nauczycielka zachęcała nas, byśmy poprosili babcie o przepisy do naszej klasowej książki kucharskiej, z której miało wynikać, jak zmieniło się życie od kartek na mięso do mikrofalówek. Zasugerowałam, żeby spytać Silvię. Nie zostało to dobrze przyjęte, a Susy, w swoim chaotycznym wyjaśnieniu, dlaczego nie mogę tego zrobić, posunęła się do twierdzenia, że jej teściowa zmarła.

Odkrycie bozonu Higgsa sprawiło, że pojawiło się więcej pytań niż odpowiedzi. Konsekwencje tego odkrycia i list od nie-zmarłej Silvii sprawiły, że zaczęłam jeszcze bardziej zajmować się swoim miejscem na świecie. Chciałam studiować fizykę, ale Susy mi zabroniła, więc wybrałam w zamian filozofię. W kategoriach fizyki miejsce, które zamieszkiwałam, było albo centrum jakiejś kosmicznej uwagi albo jedną zarozumiałą drobinką w nieskończoności, bańką na całym oceanie piany. Albo istniały prawa fizyczne, które rządziły każdym pojedynczym wydarzeniem z mojego życia i w ten sposób łączyły mnie ze wszystkim, co podlegało tym samym prawom, albo wszystko, co pomyślałam czy zrobiłam, było w zasadzie błędem, a w tym przypadku jaki sens miała fizyka? W czasie kiedy miałam uczyć się do egzaminów, czytałam wszystkie dostępne wiadomości. Niektórzy twierdzili, że to odkrycie oznacza, iż nasz świat jest skazany na rozpad.

Filozofia najlepiej działa, kiedy wymyślisz wysoce nieprawdopodobny, niemożliwy albo fantastyczny scenariusz, żeby coś przetestować. Dochodzisz do tego, czym coś jest, poprzez dedukowanie, czym nie jest. Najbardziej lubiłam wymyślanie fantastycznych scenariuszy.

Podobał mi się demon Kartezjusza, zmysł wewnętrzny Locke’a, neo-Locke’anie, a szczególnie teoria kwantowa, według której gdzieś może się nagle pojawić twoja identyczna kopia – u sąsiada albo w innym kraju, albo nawet na innej planecie. Ta kopia byłaby identyczna z tobą, miałaby nawet te same wspomnienia, ale jedność nie trwałaby długo. Inne otoczenie sprawiłoby, że zaczęłybyście się od siebie różnić, na przykład rodzice tej kopii mogliby wyemigrować.

Kiedy odpisałam Silvii, utrzymałam to w tajemnicy. Częściowo dlatego, że fajnie było mieć sekret, a po części z tego powodu, że zwykle unikałam robienia czy mówienia czegokolwiek, co mogłoby zaburzyć równowagę w domu. Lubiłam, kiedy panował spokój.

W odpowiedzi na prowokację z pierwszego listu Silvia napisała mi, że nie ma e-maila ani telefonu komórkowego. Prędzej umrze, niż sobie kupi. Zdecydowała się do mnie napisać zainspirowana odkryciem Higgsa, ale też dlatego, że zaczęła tracić czucie w prawym ramieniu, co oznaczało, że wkrótce może nie być w stanie pisać na maszynie i będzie odcięta od świata. Poskarżyła się, że jest coraz bardziej odizolowana, pozostawiona samej sobie w swoim apartamencie na Upper East Side. Ze sposobu, w jaki o tym pisała, wydawało się, że jest nieszczęśliwa w tej sytuacji, ale kiedy w końcu pojawiłam się u jej drzwi, zaczęłam uważać jej samotność raczej za wybór stylu życia. W każdym razie postanowiła napisać wszystkie listy, które kiedykolwiek miała zamiar napisać, i wysłać je, zanim nie będzie już w stanie tego zrobić. Niedawno owdowiała, odszedł jej trzeci mąż, Rex. Swoje cierpkie listy pisała do mnie w przerwach między czytaniem korespondencji z kondolencjami i wrzucaniem jej do niszczarki.

Mogę teraz stawiać hipotezy (po tym jak zarówno byłam w Japonii, jak i sama miałam depresję) dotyczące tego, czego mógł chcieć Mark, wyprowadzając się do Tokio. Otoczyć się ludźmi, którzy go nie znali, nie mogli go zawieść, obcymi, którzy nie mówili w jego języku, ale których ceremonialna uprzejmość go dosięgała. W przeciwnym wypadku to był dziwaczny plan, przenieść się do Tokio, biorąc pod uwagę, że bańka już pękła i Japonia, ofiara „pułapki płynności”, rozpoczęła pierwszą ze swoich straconych dekad. Nie wiem, czy rzeczywiście został oficjalnie zatrudniony przez bank, w którym, jak twierdził, pracował. Susy mówi, że tak, Silvia twierdzi, że nie. Mówił, że pracuje w banku Tsuki, należącym do Himura Securities, firmy założonej przez dziadka Mizuko. W czasie gdy Mark rozpoczął tam pracę, nazywano go już „bankiem zombi”, który utrzymywał się na powierzchni tylko dzięki rządowi, gdzie nikt naprawdę nie wykonywał żadnej pracy, choć Mark wychodził do biura o ósmej rano i wracał o drugiej po południu. Mówił, że zaprzyjaźnił się z innymi pracownikami, wieczorami chodzili razem grać w madżonga albo do późna oglądali telewizję NHK. Silvia uważa, że to wszystko było zmyślone, że po prostu przesiadywał całe dnie na ławce w parku i łaził samotnie po Tokio.

W tej przeprowadzce nic nie jest do końca jasne, bo Silvia z nami nie pojechała. Jedno jest pewne, nasza trójka opuściła Nowy Jork w 1993 roku, a tylko dwójka wyjechała z Tokio do Anglii w 1994.

Kiedy miałam dziesięć lat, bardzo chciałam jakiegoś zakończenia tego, co wydarzyło się wcześniej, i napisałam jego fałszywy list pożegnalny. Poplamiłam go herbatą, opaliłam brzegi świeczką, ukryłam w pudełku na buty, a potem udawałam, że znalazłam go na strychu. Susy przejrzała moje wysiłki i zabroniła mi chodzić na strych, ale ja nadal to robiłam, w ukryciu. Przekopywanie się przez te przedmioty jako nastolatka: piękne ornamenty, zwoje i druki, jakie znajdowały się w zakurzonych pudłach, a także moje prawdziwe zdjęcia, na których mam trzy lata i stoję przed świątynią albo na skrzyżowaniu rozświetlonym neonami, to wszystko zapoczątkowało moją obsesję na punkcie Japonii. Chciałam przywrócić, a może bardziej wymyślić, przyszłość, którą sugerowała ich zawartość.

Susy zdaje się zdecydowała, że moja biologiczna rodzina nie będzie dla mnie tak interesująca jak jej, bo tę pierwszą wykorzystywała, żeby mi grozić. Mogłam sobie pójść i mieszkać z nimi, jeśli byłam z nią taka nieszczęśliwa. To była sprytna strategia, niszcząca w zarodku wszelkie pomysły buntu. Moje pobieżne przeszukiwanie internetu nie dało żadnych rezultatów. Susy utrzymywała, że zgubiła dokumenty adopcyjne podczas jednej z wielu przeprowadzek, ale Silvia jest przekonana, że je zniszczyła, aby powstrzymać mnie przed poszukiwaniami. Silvia winiła też Susy za długie milczenie, a także za to, że Mark porzucił fizykę i przeniósł się do Japonii. Obwiniała ją przede wszystkim o jego zniknięcie. W efekcie prawie potem nie rozmawiały. W moich listach wymieniłam wszystkie sprzeczności, które Susy zatuszowała: o Silvii, Nadprzewodzącym Superakceleratorze, Tokio i o Marku. Silvia w swoich odpowiedziach wyciągała każdą z nich, nie ze złością, a w poczuciu moralnej odpowiedzialności, jakby kłamstwa Susy były małą rybką, którą mogłam się zakrztusić, a z której ona musiała dla mnie usunąć ości, aż zostały tylko kawałki białego mięsa na kręgosłupie. Kiedy już to zrobiła, sam kręgosłup stał się małym kluczykiem do przeszłości, która przypominała moją.

W mechanice kwantowej żaden przedmiot nie ma stałego miejsca, chyba że wchodzi w kolizję z innym. W pozostałym czasie znajduje się w ciągłym ruchu. Listy Silvii pomogły mi się w końcu wyrwać, ale też na pewien czas sprawiły, że byłam bardziej zakorzeniona tam, gdzie byłam. Silvia nigdy nie uporała się z żadnym sposobem komunikacji, do którego naprawienia potrzebna by była inna osoba. Najbardziej zaawansowane technologicznie narzędzie, jakie posiadała, oprócz niszczarki do dokumentów, to bezprzewodowy telefon stacjonarny. Miałam przez to poczucie stałości, kiedy z nią korespondowałam. Za każdym razem, gdy otwierałam kopertę z listem od niej, czułam radość z dotarcia do znajomego miejsca po długiej podróży.

Opowiedziałam jej o moich studiach, a ona zrewanżowała się recenzjami i wycinkami z „New Yorkera” i „New York Timesa” o książkach, które wydawały jej się interesujące.

To była pierwsza korespondencja znaleziona w uniwersyteckiej skrzynce pocztowej, która nie była moimi poprawionymi esejami albo informacjami rozsyłanymi do wszystkich studentów. Czasami pytała mnie, jakie mam plany po skończeniu uniwersytetu, a ja odpowiadałam, że nie wiem. Wyjaśniłam, że nie chcę myśleć o tym, co będzie po egzaminach końcowych, żeby nie zwariować. Odpowiedziała, że to rozsądna strategia, bo po egzaminach życie stanie się serią dni, tygodni i lat bez żadnych punktów zwrotnych i z dość niewieloma regułami. Nikt nie będzie mi już mówił, co mam robić. Powiedziałam, że to mnie jeszcze bardziej przeraża. Odparła, że może mam ochotę odwiedzić ją w Nowym Jorku, jeśli nie wiem, co ze sobą zrobić.

Po egzaminach wszyscy wylegli na zewnątrz, na słońce, spiesząc się, by w końcu robić to, na co czekali, kiedy nie będą już musieli się uczyć. Ja wcale nie czułam się wolna. Czułam się osamotniona. Jakbym miała agorafobię. Mimo że filozofia to nie było to, co najbardziej chciałam studiować, lubiłam się uczyć i funkcjonować zgodnie z harmonogramem. Bardzo lubiłam jedną profesorkę. Podczas naszego ostatniego spotkania powiedziała mi: „Baw się dobrze, wyszalej się”, a ja wybuchłam płaczem. W ciągu kilku dni ogarnęło mnie wyniszczające znużenie. Wszystko mnie bolało, wysychały mi oczy. Leżałam w łóżku, nie mogąc zasnąć. Potem dostałam wysypki z jednej strony tułowia. To były ciemne, nieregularne plamy. Lekarz powiedział, że to ze stresu. Odkąd z narastającym przerażeniem czekałam na wyniki egzaminów, na pewno odczuwałam stres. Ale kiedy dostałam wyniki, które były dobre, i nie było już nic, co wiązałoby mnie z jakimiś terminami, datami czy miejscami, i nic, na co mogłam czekać, naprawdę mi się pogorszyło. Nikt by nie przyszedł na moją ceremonię zakończenia studiów, więc postanowiłam w ogóle tam nie iść. Zresztą nie powiedziałam o niej Susy, bo nie chciałam, żeby nagle podjęła decyzję, że jednak przyjdzie. Wytrąciłoby mnie to z równowagi.

Po zakończeniu studiów leżałam godzinami na tapczanie, aż ktoś zapukał do drzwi. Ponieważ nie otwierałam, stara wiedźma przekręciła klucz w zamku.

– Nie – powiedziała rozeźlona. – Nie możesz tu teraz być. Na lato wynajęli te pokoje uczestnikom konferencji z Kuala Lumpur.

Wróciłam do matki. Wszystko mnie swędziało. Moja wysypka przekształciła się w otwarte rany. Dryfowałam jak we mgle, nie byłam nigdy do końca przytomna, nie mogłam też spać. Pojawiły się ataki paniki i migrena. Kiedy chciałam coś powiedzieć, zapominałam słów albo zmieniałam ich kolejność w zdaniu, czułam się jak cudzoziemka. Pamiętam, kiedy to się zdarzyło pierwszy raz: kelnerka w kawiarni spytała mnie, co miałam na myśli, kiedy poprosiłam o „kranu szklankę wody”. Wkrótce prawie nie wychodziłam z domu, a potem, im dłużej to trwało, stwierdziłam, że nie ma również potrzeby, żebym wychodziła ze swojego pokoju. Oczy miałam zapuchnięte, jakby zatkane watą. Każda część mojego ciała wydawała mi się dziwna, nie moja, jakby do moich ramion były przyczepione ręce innego człowieka. To dziwaczne, obce uczucie ogarniało coraz więcej części mojego ciała, aż poczułam, że mój mózg jest w niewłaściwej głowie. Nawet skóra twarzy wydawała się obca, mogłam ją z niej zedrzeć i nic by nie bolało, tak jak zdziera się plaster stearyny, który zastygł na palcu. Cokolwiek robiłam, czułam, jakbym odgrywała siebie.

Susy poprosiła mnie, żebym pomogła jej przy organizacji jednego z tych smutnych odosobnień połączonych z terapią sztuką dla ludzi czujących więcej, które gościła w naszym domu. Kiedy ktoś otwierał przede mną drzwi, musiałam udawać, że wchodzę. Kiedy odbierałam telefon w domu, zastanawiałam się, jak sprawić, żeby mój głos brzmiał tak, jak go pamiętałam, zanim ogarnęło mnie to uczucie.

Silvia była przekonana, że jest to efekt spędzania zbyt dużej ilości czasu w sieci, że to przeżarło moją pamięć i mózg. Przeczytała w i e l e a r t y k u ł ó w o dzieciakach, które cierpiały dokładnie na to samo, choć głównie chodziło o młodzież z Południowej Korei i Tajwanu. Mówiła, że powinnam więcej wychodzić z domu, spotykać ludzi i być aktywna. Odpowiadałam, że nie mam siły, ale nie powiedziałam jej, że nie mam żadnych znajomych, z którymi mogę się spotkać w realu. Większość moich przyjaciół była za ekranem komputera, rozsiana po różnych częściach globu, dzięki temu, że byłam zapisana do szkoły dla dzieci, których rodzice ciągle się przeprowadzają. Silvia wysyłała mi różne wycinki, które miały złagodzić mój niepokój, albo przynajmniej moje poczucie bycia wyjątkową. Niektóre ze swoich pisanych na maszynie słów podkreślała długopisem: stres. Malejąca liczba ludności. Recesja. Rynek mieszkaniowy. Czasami sugerowała, że mam depresję z powodu swoich anemicznych ambicji. Nie ustając w wysiłkach, aby mnie zainspirować, wysyłała mi quizy, plany działania, testy osobowości, które miały mi powiedzieć, co mam robić z niezliczonymi wolnymi dniami.

Nie potrafiłam sobie poradzić z diagramami sekwencji działania. Nie umiałam ich wypełniać. Kładłam je przed sobą, a potem wycofywałam się przy pierwszym pytaniu, jak pies, który utknął na górze schodów. Nie byłam w stanie planować dalej niż na kolejną godzinę. Wydawało się, że jedyny kierunek, w jakim mogę się poruszać, to do tyłu. Kiedy zastanawiałam się nad przyszłością, czułam, że się kurczę.

Znajdź pracę,

pisała Silvia,

jakąkolwiek. Żeby odzyskać godność osobistą. Albo lepiej przyjedź tutaj, nie wymagam godności.

Nie mogę nigdzie pojechać, zapewniałam ją. Być może cierpię na zespół zamknięcia. Może miałam udar. Leżałam na łóżku w swoim dawnym pokoju, a matka wydawała niepokojące głuche odgłosy na strychu. Ale mądrość płynąca z listów Silvii w końcu do mnie dotarła i znalazłam sposób, żeby zarobić maleńkie kwoty pieniędzy, nie opuszczając własnego łóżka, pisząc broszury reklamowe dla firmy, która robiła zabawki diagnostyczne dla dzieci z autyzmem. Wydałam te pieniądze na loterii i na granie w pokera online. Godzinami zastanawiałam się nad wyborem szczęśliwych cyfr, aż system mnie wylogowywał. Hazard był prawdopodobnie najzdrowszym z moich zajęć. Pewnego ranka otworzyłam link w e-mailu od dziewczyny o imieniu Miki, która pisała w temacie, że chce być moją przyjaciółką. Wszystko wydawało się w porządku, dopóki nie kliknęłam w link.

Do tamtej pory nigdy nie oglądałam pornografii, ale szybko nadrobiłam zaległości. Lubiłam filmy z Azjatkami, szczególnie z jedną aktorką, Marią Ozawą, która była pół Japonką, pół Kanadyjką. Występowała w filmach japońskiego producenta porno o nazwie Attackers. Nie chodzi o to, że specjalnie szukałam filmów o gwałtach, torturach czy sado-maso, ale tak się składało, że w takich filmach występowała moja ulubiona aktorka.

W tym okresie pornografii, hazardu i autyzmu narodził się we mnie strach, że jestem bezpłodna. Mimo że nigdy wcześniej nigdy nie rozważałam posiadania dzieci, z jakiegoś powodu zdecydowałam, że nie mogę ich mieć, a to stało się symbolem mojej całkowitej bezużyteczności i izolacji od normalnego społeczeństwa. Pamiętam, że pierwszy raz ta myśl pojawiła się we mnie, kiedy przysypiając, słuchałam programu radiowego dobiegającego z pokoju Susy. Powiedziano w nim, że pewna samica rybołowa o imieniu Lady pobiła własny rekord. Złożyła sześćdziesiąte dziewiąte jajo w wieku dwudziestu dziewięciu lat i aby to zrobić, poleciała do południowej Afryki i z powrotem. Obserwatorzy ptaków zauważyli w środku nocy, że jej zachowanie się zmieniło. Setki ludzi oglądały na żywo transmisję, w której ptak składał jajo. W tym momencie całkiem się rozbudziłam, zlana potem. Słuchając ornitologów wychwalających dokonanie Lady, zrobiłam internetowy test autodiagnostyczny na telefonie. Stwierdziłam, że mój lekko nieregularny okres wskazuje na torbielowatość jajników i całkowitą bezpłodność. Linia rodziny, gdziekolwiek się zaczęła, na mnie się zakończy. W radiu było słychać wiwatujący tłum, kiedy Lady wstała i pokazała Jajo. Miałam tylko dwadzieścia dwa lata, ale czułam, jakbym już poniosła porażkę.

W tym momencie moja korespondencja z Silvią została przerwana, a raczej to ja przestałam pisać. Jej listy nadal przychodziły, starała się mnie ożywić, porównując moją samopobłażającą apatię postmagisterską do tego, jak się czuł Mark, kiedy odwołano program budowy superakceleratora, i radząc mi, jak z niej wyjść.

Powinnaś codziennie rano wstawać o tej samej porze, jeść dużo awokado, zwiedzać historyczne miejsca. Powinnaś zajmować się zwierzętami i aktualizować swoje zbiory. Chyba wspominałaś, że masz jakieś kolekcje? Powinnaś starać się o prawdziwą pracę i chodzić na długie spacery. Powinnaś ograniczyć czas, który spędzasz w sieci, i w zamian czytać albo pisać. Inaczej co Ci po Twoim dyplomie? Powinnaś też, Kochanie, tak jak Ci wcześniej pisałam, PRZYJECHAĆ DO NOWEGO JORKU. Bardzo zdrowo jest przebywać w miejscu, gdzie widok ciągle się zmienia, a Ty nie musisz się nigdzie ruszać. Przyjedź i powąchaj, jak pachnie tu powietrze.

Słowa „ruszać się” były podkreślone długopisem.

Rak wdał się już we wszystkie części jej ciała. Potem powiedziała mi, że nalegała na mój przyjazd bardziej dla siebie niż dla mnie. W końcu dzięki pracy online mogłam pokryć niewielką część kosztów biletu, a ona dołożyła resztę. Uważała, że próba zarobienia pieniędzy na podróż wzmocni mój charakter. Przypomniałam sobie o tym później i poczułam się winna, kiedy zobaczyłam napis na budynku na Amsterdam Avenue, który minęłam po drodze, gdy szłam odwiedzić Silvię w domu opieki, do którego została przeniesiona ze szpitala: ZWYCZAJ OSZCZĘDZANIA PIENIĘDZY PRÓCZ WZMACNIANIA WOLI POPRAWIA RÓWNIEŻ NASTRÓJ. JEŚLI CHCESZ BYĆ PEWNY, ŻE DOBRZE ZACZYNASZ, ZACZNIJ OSZCZĘDZAĆ.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nie moje życie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter