Norma

Norma

Autorzy: Sofi Oksanen

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 33.99 zł

Kiedy jej matka ginie pod kołami pociągu, Norma przeczuwa, że nie był to zwykły wypadek. Choć z trudem porusza się w labiryncie kłamstw i mistyfikacji, z każdym krokiem odkrywa przerażającą prawdę. Czy jej też zagraża niebezpieczeństwo? Czy jak jej poprzedniczki trafi do piekła kobiet? Czy czeka ją los gorszy niż śmierć?

 

Norma to mistrzowskie połączenie realizmu magicznego, feministycznego manifestu i mrożącego krew w żyłach thrillera. Z powieści wyłania się obraz rzeczywistości pozornie odległej, ale niepokojąco znajomej.

 

Sofi Oksanen – bezlitośnie demaskuje mroczną stronę rzeczywistości. Bestsellerowa, wielokrotnie nagradzana autorka z Finlandii nazywana jest literackim fenomenem swojego pokolenia. Jej książki przetłumaczono na ponad pięćdziesiąt języków.

JEDEN

Jeśli wszystko pójdzie dobrze, w sierpniu będziemy mogły skupić się na dobrym jedzeniu, śnie, leczeniu i wypoczynku. Wzniesiemy toast za twoją przyszłość, która da ci wszystko, o czym dotąd nie odważyłaś się marzyć. Zrobię to, co do mnie należy, a cena, jaką zapłacę za twoje nowe życie, nie wzbudzi we mnie najmniejszego żalu.

Po pogrzebie nic już nie będzie takie samo, choć Norma jeszcze próbowała udawać, że to możliwe, kiedy maszerując w ogonie gości na cmentarzu, nagle zwolniła i niepostrzeżenie skręciła w stronę bramy wyjściowej. Mama nie miałaby jej za złe, że zamówiła już taksówkę – a nic innego nie miało dla Normy znaczenia. Obcy krewni, spadkowe intrygi, losy gospodarstwa Naakka, o które ktoś prędzej czy później zapyta nad pierożkami karelskimi i kanapkowym tortem, pomiędzy jednym a drugim komentarzem babci, przebijającym się zza postrzępionej zasłony jej pamięci. Zostawi tę farsę za sobą, spróbuje wrócić do rzeczywistości, spojrzy śmierci i wszystkim jej skutkom prosto w oczy; przestanie unikać miejsc, które przypominają jej o mamie. Już nie będzie się spóźniać do pracy, nie będzie jeździła taksówką, zamiast korzystać z metra, nie będzie wybuchać płaczem, gdy czesząc rano włosy, wyrwie sobie kosmyk żelaznym grzebykiem. Nie będzie zapominać o jedzeniu ani o piciu i nie pozwoli, żeby zwykłe życie, które razem z mamą tak mozolnie dla niej budowały, rozpadło się raz na zawsze. Jutro rano przygotuje się do pracy tak samo jak zawsze: usunie kłaczki ze zmechaconych pleców koszuli, spakuje do torby olejek do ujarzmiania loków, diazepam i postafen dla ukojenia umysłu i ciała; do tego dorzuci podróżną butelkę lakieru Elnett – pachnie jak normalny dzień w pracy, używają go kobiety, które wszystko mają poukładane, a właśnie taką kobietą miała zamiar być. Uzbroiwszy się na nadchodzący dzień, podąży na stację metra w Sörnäinen, wtopi się w zbitą masę ludzi, a ruchome schody zwiozą ją na sam peron, skąd skieruje się w stronę wlotu do tunelu, tak jak każdego innego dnia. Prąd powietrza zatrzepocze rąbkami ubrań, ludzie będą przeglądać telefony i darmowe gazety i nikt z nich nie pomyśli nawet o tragedii, do której doszło dokładnie w tym miejscu; nikt oprócz niej. Przygotuje się na spotkanie z dniem, na nerwową atmosferę, która panuje w pracy już od miesięcy, odkąd zaczęły się zwolnienia. I zrozumie, że nic innego w jej życiu się nie zatrzymało – nic poza biciem serca jej mamy.

Taksówka nie przyjeżdżała. Norma oparła się o ogrodzenie, czując, jak ulga rozpływa się po jej ciele w bańce ze skopolaminy i benzodiazepinu. Przeżyła pogrzeb. W żadnych kondolencjach nie wyczuła kłamstwa, w niczyich serdecznych słowach nie wyczytała hipokryzji. Nie zemdlała, nie zwymiotowała, nie wpadła w panikę – choć niektórzy podeszli blisko, żeby ją objąć. Zachowała się jak wzorowa córka. W końcu była gotowa, żeby zdjąć ciemne okulary, które w upale zsuwały się ze spoconego nosa. Ale kiedy wpychała je do torebki, nieznany mężczyzna podszedł złożyć jej kondolencje.

Norma z powrotem założyła okulary. Nie tęskniła za towarzystwem.

– Wydaje mi się, że inni już tam poszli.

Skinęła głową w stronę restauracji, gdzie miała się zacząć stypa, i nasunęła kapelusz mocniej na twarz. Mężczyzna nie odszedł, wyciągnął do niej rękę. Norma odwróciła się, nie odpowiadając na pozdrowienie; nie miała najmniejszej ochoty spędzać czasu z obcymi ludźmi. Mężczyzna się nie zniechęcił i jeszcze raz podał jej dłoń.

– Dyrektor Lambert – przedstawił się. – Max Lambert.

Jeden ze starych znajomych mamy.

– Nie pamiętam, żeby o panu wspomniała.

– A czy pani mówiła mamie o wszystkich swoich znajomych? – zaśmiał się. – Minęło już wiele lat. W młodości przeżyliśmy z Anitą całkiem sporo przygód.

Wyrwała dłoń z uścisku. Dalej czuła na palcach jego dotyk, jak pieczęć, którą ktoś odcisnął na jej skórze, nie pytając o pozwolenie. Jakby tego było mało, mężczyzna mówił o mamie w czasie przeszłym. Co za zniewaga. Norma wciąż nie była na to gotowa, a on wcale nie wyglądał na żadnego przyjaciela. Norma i Anita Ross trzymały się na uboczu, praca ograniczała ich życie towarzyskie. Obie świetnie znały wąskie kręgi swoich znajomych. Ten mężczyzna nie należał do żadnego z nich.

Miał zaczesane do tyłu włosy; wiek nie wpłynął szczególnie na ich kondycję – czego nie można było powiedzieć o skórze. Wyżłobione przez ostre słońce zmarszczki, worki pod oczami, uginające się pod ciężarem długo i sumiennie spożywanego alkoholu, popękane naczynka, których nawet opalenizna nie była w stanie zakryć. Na spoconych skroniach wciąż dało się wyczuć wczorajsze piwo. Również garnitur mężczyzny nosił ślady poprzedniego dnia, był odkształcony w kolanach, źle leżał i kłócił się ze spokojem iglastych drzew – mimo że był, zgodnie ze zwyczajem, czarny, materiał wyglądał na drogi, a mężczyzna wypowiadał się uprzejmie. Czuć było od niego wodę kolońską Kouros, świeżą – nie taką, która nietknięta, leżała przez lata na półce – i fryzjerski szampon do włosów. Na tym Norma zakończyła analizę. Nos miała zatkany przez leki i smutki, a przyklejone za uszami plastry przeciw nudnościom miarowo pompowały do jej żył skopolaminę – nie była w stanie rozszyfrować mężczyzny dokładniej. Gdy zauważyła, że kosmyk włosów, który wysunął się jej z kucyka, zaczyna kręcić się wokół własnej osi, zalała ją fala przerażenia. Sprawdziła w telefonie godzinę – taksówka powinna już tutaj być. Mężczyzna wyciągnął z kieszeni lustrzane okulary przeciwsłoneczne i włożył je na nos.

– Czy mógłbym zaproponować, że panią podwiozę?

– Nie, dziękuję. Moja taksówka zaraz tu będzie.

Mężczyzna wybuchnął śmiechem podstarzałego kobieciarza i przysunął się tak blisko, że omal nie dotknął jej w bok. Coś w jego głosie skojarzyło się jej z gwarem turystów; zawsze wybijają się z niego dowcipne uwagi jakiegoś błazna, głośne, wyraziste anegdoty, z których towarzystwo śmieje się, jeszcze zanim usłyszy puentę.

– Niech pani jak najszybciej się ze mną skontaktuje. Załatwimy wszystkie nieprzyjemne sprawy i będzie pani mogła wrócić do normalnego życia.

Mężczyzna wyjął kartonik z wizytownika – ciemne plamy na jego powierzchni sugerowały, że jest srebrny – i wcisnął go Normie do ręki. Złoty łańcuch wokół jego nadgarstka zabłysnął w słońcu. Na pewno wygrał ten wizytownik w karty albo ukradł. Norma zaczęła snuć w myślach filmowe scenariusze: mężczyzna nie mógł być jej prawdziwym ojcem – był nim Reijo Ross – a mama przecież nie zapomniałaby jej wspomnieć o swoim rodzeństwie, z którym była zwaśniona. Facet pomylił pogrzeby.

Margit zadzwoniła, kiedy taksówka już dojeżdżała do Kallio. Norma odebrała po szóstym sygnale. Ciągle trzymała na kolanach wizytówkę Lamberta i zaginała jej rogi. Ciotka zaczęła ją namawiać, żeby przyjechała z powrotem. Karton, z którego zrobiono wizytówkę, był drogi i giętki, kremowy, z wytłoczonymi na złoto literami. Brakowało tytułu i adresu mężczyzny. Nie zastanawiając się, Norma zapytała ciotkę, czy Max Lambert przyszedł na stypę.

Imię i nazwisko nic jej nie mówiły. Norma miała rację, mężczyzna przyszedł na zły pogrzeb. Już miała otworzyć okno i rzucić wizytówkę na wiatr.

– Czekaj, masz na myśli byłego męża Heleny? – zapytała Margit.

Norma zaniemówiła. Za bardzo znieczuliła się przed pogrzebem. To dlatego nie była w stanie powiązać ze sobą faktów: najlepsza przyjaciółka mamy miała na nazwisko tak samo jak tamten mężczyzna, który właśnie się jej przedstawił.

– Tylko co Max Lambert robiłby na pogrzebie Anity Ross? – zapytała Margit. – Zupełnie nie do pomyślenia.

– Myślę, że właśnie go spotkałam. Jest tam?

– Nie.

– Może przyszedł w imieniu Heleny?

– Nie pamiętasz już, w jakich okolicznościach się rozstali? Mama nigdy nie chciałaby go na swoim pogrzebie.

W tle słychać było spokojny głos księdza i brzęk talerzy. Gdy Margit po raz pierwszy usłyszała imię Lamberta, w jej słowach dało się wyczuć gorycz – teraz było już słychać, że jest zmartwiona. Mówiła o Helenie z szacunkiem, tak jakby mama mogła jeszcze usłyszeć jej słowa. Na tę chwilę, w tej rozmowie – mama znów żyła. Nikt inny nie mówił o Helenie tak samo jak ona.

– Z tamtych lat zostało dwoje dobrych dzieci, poza tym były przepełnione cierpieniem. Pomyśl tylko, jak Helena skończyła.

Margit coś przełknęła, zadzwoniło szkło.

– Zapomnij o całej sprawie, to na pewno nie był on.

Mąż szalonej Heleny. Mama nie mogła znieść obrzucania przyjaciółki wyzwiskami i prawie nie opowiadała Normie o ich spotkaniach. W ostatnim roku zaczęła odwiedzać Kuopio coraz częściej i Norma stwierdziła, że Helena musi się mieć albo lepiej, albo gorzej. Nigdy o nią nie wypytywała. Szpitale zawsze przywodziły jej na myśl losy wszystkich odmieńców – a o nich słyszała już od mamy wystarczająco dużo; nie dawały jej spokoju. Sama nie znała Heleny, ledwo ją pamiętała. Dopiero teraz zrozumiała, że nie zapytała Margit, czy Helenę powiadomiono o śmierci mamy i czy była wystarczająco świadoma, by pojąć, co to oznacza.

– Przez tych znajomych były same kłopoty.

– Znajomych, jakich znajomych?

Margit znowu zaczęła się rozgadywać, ale diazepam spowalniał układanie słów w całość i wypełnił jej usta watą. Norma zaczęła się zastanawiać, czy ciotka w ogóle byłaby w stanie rozpoznać Lamberta. Mężczyzna wyjechał do Szwecji razem z Reijo parędziesiąt lat temu, później nikt we wsi Naakka już nigdy ich nie widział. Nie wrócili nawet na pogrzeby własnych rodziców.

– Mówisz o Reijo? Jest tam z wami ktoś z jego rodziny? Może Lambert z kimś przyjechał.

– Rodzina Rossów? Nie żartuj. Przeszłość to przeszłość, nie ma sensu do niej wracać.

Ciocia miała pewnie rację, mama powiedziałaby to samo. Wolałaby zatrzymać tamtych znajomych tam, gdzie ich miejsce, w przeszłości. Ale jeśli nikt nie kontaktował się ani z Reijo, starym przyjacielem Lamberta, ani z Heleną – kto powiadomił Lamberta o wypadku? Norma nie pamiętała już, co napisano w nekrologu, czy w ogóle była tam wzmianka o pogrzebie. Margit i to wzięła na siebie. O mamie pisano wprawdzie w gazetach, ale zawsze anonimowo: Kobieta zginęła pod kołami metra na stacji Sörnäinen. Zdaniem policji nie ma przesłanek, by mówić o zbrodni.

Norma wycisnęła z blistra kolejną tabletkę i wrzuciła wizytówkę do torebki. Zadzwoniła na infolinię. Powiedziano jej, że mężczyzna albo zastrzegł swój numer, albo korzysta z karty pre-paid; adres też się nie znalazł. Mama wiedziałaby, co robić bez względu na to, czy to był jej znajomy, czy nie – zawsze znajdowała wyjście z każdej sytuacji. Choć plastikowa, energiczna muzyka w radiu w ogóle nie pasowała do tego dnia, Norma poprosiła kierowcę, żeby podgłośnił. Może zagłuszy jej katar. Jej bezradność. Na karku miała już prawie trzydzieści lat, a dotąd to mama rozwiązywała większość jej pokręconych problemów.

Nie pozwoliłaby, żeby Normę męczyli podejrzani dyrektorzy, przez których włosy jeżyły się na głowie.

Marion spojrzała na Alvara, ten ledwo zauważalnie kiwnął głową. Dziewczyny nie było na stypie. Lamberta też nie. W myślach Marion zadecydowała, że chce porozmawiać z Normą jako pierwsza.

– Więcej kawy?

Pytanie zadała kobieta po pięćdziesiątce. Wyglądała na lekko zdezorientowaną. Jej twarz zastygła w ostrożnym uśmiechu, który nie zniknął nawet, kiedy weszła przez pomyłkę do męskiej toalety i zderzyła się z drzwiami.

– Piękna ceremonia. Właśnie takiej życzyłaby sobie Anita.

Dla dobra misji Alvar sięgnął po swój najprzyjaźniejszy ton. Zachowywał się, jakby byli starymi znajomymi Anity, wierząc, że kobieta nie odważy się zapytać o szczegóły – a raczej w duchu przeklnie własną dziurawą pamięć.

– Nie do końca wiedzieliśmy, jak to zorganizować – powiedziała. – W zakładzie pogrzebowym powiedzieli nam, że w podobnych przypadkach rodziny zwykle decydują się na kremację. Ale my uznaliśmy, że standardowy pogrzeb będzie lepszy, ze względu na moją mamę. Źle by się czuła, gdybyśmy odeszli od tradycji.

Siostra. To była Margit, siostra Anity. Na cmentarzu stała przy jej matce. Elli Naakka była kruchą, nieobecną istotą – dokładnie tak, jak opowiadała Anita. Kiedy ksiądz posypał trumnę ziemią, a kołysząca się w ramionach matki Margit wybuchła płaczem, staruszka wyraźnie się spłoszyła. Poklepała ją po ręce, jak gdyby pocieszała daleką znajomą. Nie rozpoznawała córki, nie rozumiała, że właśnie chowa drugą. Marion czuła się dzięki temu bezpieczniej; miała jednak nadzieję, że staruszka zrozumie, jaka to uroczystość. Chciała zobaczyć jej łzy.

Alvar położył dłoń na ramieniu Margit i wziął od niej dzbanek z kawą.

– Może pomogę. Bardzo taktownie rozwiązała pani kwestię pogrzebu.

– Oczywiście nie mówiliśmy matce, co się naprawdę stało. Kiedy będziecie z nią rozmawiać, nie zdziwcie się, jeśli wspomni o wylewie – ostrzegła Margit. – Pewnie jesteście znajomymi Anity z poczty?

Marion podała bratu do napełnienia filiżankę, grała na zwłokę – ale Alvar już zdążył odpowiedzieć twierdząco. Najwyraźniej Anita nie powiedziała siostrze o swoim zwolnieniu ani o nowej pracy w Magii Włosów. Nic dziwnego, ludzie wstydzą się przyznać, że stracili pracę, nawet w dzisiejszych czasach. Anita na pewno nie chciała się tłumaczyć temu towarzystwu ze swoich nowych planów. W przemowach między posiłkami ludzie wspominali wakacje w Naakka i nudzili o innych nieistotnych głupotach. Te słowa nie miały wiele wspólnego z prawdziwym życiem Anity. Marion czuła, jak coraz mocniej pali ją gniew. Ludzie, którzy nie znali Anity, nie powinni jej odprowadzać do grobu. Ona sama by tego nie zniosła. Chciałaby, żeby goście pili wino i tańczyli do piosenek Abby, chciałaby, żeby zamiast Lamberta przyjechała Helena. Kiedy ksiądz przemawiał nad grobem, Lambert szepnął Marion do ucha: „Niepotrzebnie się martwiliście, czy wszystko dobrze pójdzie”. Nikt nawet nie wspomniał o Helenie, nikt nie pamiętał Lamberta, a już tym bardziej Marion czy Alvara. Czas zrobił swoje.

– Nawet się nie domyślałam, że Anita chowała w sobie coś takiego – mówiła dalej Margit.

– Depresja bywa podstępna – przyznał Alvar.

– Wy też niczego nie zauważyliście?

– Może była ostatnio trochę wycofana – odparł Alvar, po czym spojrzał na Marion, szukając potwierdzenia.

Powinna coś powiedzieć, ale nie była w stanie. Spróbowała wyłowić z kieszeni chusteczkę do nosa, ale wszystkie, jakie znalazła, były już brudne. Alvar podał jej serwetkę. Marion otarła nią oczy.

– Anita nigdy nie była towarzyska – ciągnęła Margit. – Mimo wszystko powinnam była częściej dzwonić, wypytywać, co u niej słychać, choćby i na siłę.

– Jak znosi to Norma? – zapytał Alvar. – Jej jest na pewno najtrudniej.

– Norma wdała się w matkę, wszystko chce trzymać w sobie.

– Jeśli możemy jakkolwiek pomóc…

– Dziękuję, będę pamiętać. Chętnie porozmawiałabym czasem z jej znajomymi z pracy, chociaż wydaje mi się, że nikogo nie rozpoznaję – odparła Margit i dodała, że dzwoniła na pocztową centralę poprosić, żeby powiadomiono wszystkich o pogrzebie Anity, ale kobieta, z którą rozmawiała, nie wiedziała nawet, o kim mowa.

– Na poczcie często zmienia się personel – Alvar wyjaśnił przepraszającym tonem.

Rozmowa robiła się coraz trudniejsza do zniesienia, brat powinien już skończyć z tymi bajkami. Marion powoli odsunęła się na bok, a Alvar subtelnie kiwnął w jej stronę głową, wracając do nalewania kawy. Margit zapomniała o szukaniu znajomych Anity już przy drugim gościu, który poprosił o dolewkę. Dzbanek do kawy okazał się genialnym posunięciem, Alvar mógł teraz swobodnie przyjrzeć się wszystkim gościom.

Męska część rodu wciąż trzymała się w kupie – tak samo jak wcześniej, na cmentarzu – nieprzyzwyczajona do sztywnych garniturów, z rękami skrzyżowanymi za plecami. Lambert robił to samo. Nabożny męski gest. Nie pasował do Lamberta, a już szczególnie nie na pogrzebie Anity, biło od niego obłudą. Kiedy Marion krążyła wśród gości, przelatywały jej obok uszu wyrazy zdumienia i doznanego szoku, żalu, że nikt niczego nie zauważył. Zupełnie jakby ktoś mógł – większość z nich nie widziała Anity od czasu, gdy przeprowadziła się do Helsinek. Marion nie rozumiała, dlaczego ci ludzie w ogóle tu przyszli. Może chcieli zrzucić z siebie poczucie winy, że zerwali kontakty, może chcieli poplotkować z wieśniakami o tragedii, która dotknęła rodzinę Naakka. Reakcje ludzi na brutalne śmierci były zawsze takie same, pełne hipokryzji i ciekawości; później szeptano o nich po kątach jeszcze przez dziesiątki lat – szczególnie jeśli nie dało się ich wyjaśnić logiką, tylko jej brakiem. Marion nawiąże jeszcze kontakt z dziewczyną. Miała dość tej farsy, musiała wyjść.

Norma wysiadła z samochodu, oderwała zza uszu i z łokci plastry ze skopolaminą i zapaliła papierosa. Za chwilę wyrzuci do śmietnika śmierdzące cmentarzem ubrania, zetnie włosy, przesycone smutkiem tego dnia, i otworzy butelkę czerwonego wina, którą zostawiła w kuchennej szafce, żeby ułatwić sobie oczekiwanie na kolejny poranek. Trzeba było już tylko przejść przez bramę i klatkę schodową. W ostatnich dniach to właśnie ten krok stał się dla niej najtrudniejszy ze wszystkich.

Dwanaście lat temu było inaczej. Ta sama brama z radością je witała, otwierała się jakby sama z siebie, a przeprowadzka do miasta wydawała się najlepszym możliwym rozwiązaniem. Podjęły ten decydujący krok, kiedy Norma dostała do rąk maturalną czapkę; zostawiły dom w Naakka i opresyjną lokalną społeczność daleko za sobą. Obie znalazły wymarzone mieszkania w tym samym budynku; uznały to za łut szczęścia i świętowały, jeżdżąc metrem w tę i z powrotem.

Dwanaście lat później ten symbol miejskiego życia przejechał po ciele mamy dzień po tym, kiedy wróciła z Tajlandii. Norma nie przestawała rozmyślać, czy mogła to jakoś powstrzymać. Czy dostrzegłaby coś niepokojącego, jeśli zadzwoniłaby do niej poprzedniego wieczoru? Jeśli przeszłaby się te kilka schodów w górę, do jej mieszkania?

Nie poszła nawet na kawę; spędziła noc z przypadkowym mężczyzną. Właśnie wtedy mama wysłała jej ostatnią wiadomość: Jutro kolacja? Ugotuję coś tajskiego. Norma odczytała ją dopiero rano. Nawet jeśli mama by zadzwoniła, nie odebrałaby telefonu. Wydawało jej się, że zasługuje na chwilę oddechu od burzliwych dni w pracy. Cały poprzedni tydzień śledziła spojrzenia menedżerów i przemykających szybko po schodach członków zarządu; zawsze wszystkowiedzący dozorca zaczął omijać palarnię szerokim łukiem i wszyscy uznali to za znak, że negocjacje nie idą w najlepszym kierunku. Myśl o tym, że miałaby na nowo przeżywać to wszystko od razu po powrocie mamy do kraju, spędzała jej sen z powiek. Skoncentrowała się więc na kieliszku, na pogodnym mężczyźnie, na beztroskiej chwili. Miała zobaczyć mamę następnego dnia.

Kiedy wezwano ją w połowie dniówki, myślała, że chodzi o zwolnienia, weszła do salki konferencyjnej szybkim krokiem, gotowa pokazać się z jak najlepszej strony, ale czekało na nią wyłącznie dwoje mundurowych. Warkocz policjantki pachniał brzozowym szamponem i zdrowym stylem życia, wysokim stężeniem witaminy C. Jej własne włosy zwinęły się w loki, a przez głowę przebiegła jej myśl, że zachowa pracę. Później było jej wstyd. Powinna była pomyśleć o czymś innym niż to, że nie można zwolnić osoby, która właśnie w tragicznych okolicznościach straciła matkę.

Wiadomość w jednej chwili rozniosła się po całym budynku, ktoś wrzucił jej do torebki wizytówki z numerami telefonów zaufania. Koleżanka z biurka obok szepnęła coś o artykule, który przeczytała niedawno w gazecie. Podobno na maszynistów wybiera się tylko osoby, które będą potrafiły zachować zimną krew, jeśli ktoś się rzuci na tory – w tym zawodzie prędzej czy później każdy będzie się musiał z tym zmierzyć. Normie przypomniało się, że to właśnie maszynista był ostatnią osobą, która widziała mamę żywą; świadkiem jej ostatniej sekundy, ostatniego kroku, ostatniego oddechu. Wszystko wydarzyło się pewnie tak szybko, że nawet nie zdążył tego zarejestrować. To Norma powinna była być tą osobą – nie maszynista, nie obcy ludzie na peronie.

Kiedy zatrzymał się na niej błądzący wzrok staruszki, Marion zrozumiała, że popełniła błąd. Otępienie rozstąpiło się niczym zasłona, Elli Naakka wstała zaskakująco pewnie i splunęła w jej kierunku. Siedzący obok ksiądz wzdrygnął się, głowy gości zwróciły się w stronę staruszki. Po chwili ciszy żenujący incydent zatuszowano szczękiem filiżanek i głośnym dokładaniem jedzenia na talerze.

– Może pomyliła cię z Heleną – zasugerował Alvar.

Brat niezauważalnie pojawił się u jej boku i poprowadził ją, znieruchomiałą, ku wyjściu z restauracji. Zaschło jej w ustach, dłonie jej drżały. Właśnie dlatego nie chciała wpaść na nikogo, kto pamiętał Helenę.

– Wcale tak mocno jej nie przypominam – szepnęła.

– Oczywiście, że nie, nikt inny by cię z nią nie skojarzył.

Alvar mimochodem pogładził jej włosy.

– Zapomnij o całej sprawie, staruszka cierpi na demencję.

Wzrok Elli był ostry i pełen oskarżenia. W końcu zrozumiała, że jest na pogrzebie córki, a winą obarczyła Helenę – zupełnie jakby myślała, że gdyby nie jej nędzne towarzystwo, Anity nigdy nie spotkałby taki los. Ale to było tylko jej własne wrażenie. Marion zmiarkowała się – za bardzo daje się ponieść wyobraźni, przecież staruszka nie rozumiała, co się dzieje. Nawet by do niej nie podeszła – ale chciała później zameldować Lambertowi, że spróbowała. Była pewna, że niczego z niej nie wyciągnie, że Elli Naakka nawet jej nie rozpozna.

– Spróbuj się uspokoić. Pamiętaj, dlaczego tu przyjechaliśmy. Czy kiedykolwiek widziałaś tych ludzi w towarzystwie Anity? – zapytał Alvar.

Marion pokręciła głową. Przyjechali na pogrzeb, żeby węszyć – i to było chore. Przyjrzała się źrenicom brata. Wyglądały jak zawsze. Tylko lekko napięte zmarszczki wokół oczu mówiły, że rozpoznał tu kogoś, z kim bił się kiedyś w dzieciństwie, albo kogoś, kto śpiewał piosenki o szalonej Helenie. Dał radę być tu na trzeźwo, uprzejmie rozmawiać z tymi ludźmi. Kiedy pojawi się taksówka i Marion odjedzie, Alvar dołączy do kółka palaczy przed drzwiami, wygrzebie z kieszeni piersiówkę, wdzięcznie nawiąże kontakt z mężczyznami z rodziny i pewnie uda mu się wyciągnąć z nich wszystko, co zechce. Lambert będzie zadowolony i nie przestanie dawać synowi regularnych podwyżek. Marion nigdy niczego nie dostawała – jeśli nie liczyć salonu fryzjerskiego.

Alvar zauważył między palcami siostry podartą serwetkę i zabrał jej strzępy z rąk. Podłoga wyglądała, jakby dopiero przebiegła po niej pierząca się kura.

– Potrzebujesz czegoś?

– Nie, wszystko jest w porządku.

– Możesz wygłosić własną przemowę na cześć Anity, choćby w domu. Powiem Lambertowi, że dałaś z siebie wszystko.

Okno było otwarte: uliczny pył pokrywał parapet i unosił się w powietrzu, dolatując aż do leżących na kanapie ubrań. Koszule Margit przykrywały stos sukienek mamy. Naczynia na blacie zostały po Margit, nie po mamie. W odtwarzaczu CD wciąż leżała płyta Suvi Teräsniski, której słuchała Margit. Zapach perfum Shalimar ustąpił woni podrabianych perfum cioci. Norma już nie czuła się tutaj jak w mieszkaniu mamy. Zaczynała rozumieć, że popełniła błąd, kiedy pozwoliła Margit, aby się tu zadomowiła i przejęła całą organizację pogrzebu. Przyjęła jej pomoc, bo sama po jednej nieudanej próbie nie była w stanie wejść do mieszkania. Nie mogła znieść widoku, który jawił się jej już na progu: mieszkanie wyglądało, jakby mama tylko na chwilę gdzieś wyjechała i miała niedługo wrócić. To dlatego pozwoliła cioci poszukać ulubionej sukienki mamy, wyjąć zza lustra bilet na koncert Abby, sprzątnąć buteleczkę Shalimar z toaletki – zebrać rzeczy, które mama chciałaby wziąć ze sobą do trumny. Pozwoliła cioci zrobić to wszystko, co powinna była zrobić sama, mimo że ta ani trochę nie znała mamy. Tylko Norma wiedziała, że po porodzie obudziła ją w szpitalu woń bergamotki i cytryny, i ten zapach dał jej pewność, że wszystko się ułoży, że sobie poradzą, koniec końców, poradzą sobie we dwie, nie będą już potrzebować Reijo ani nikogo innego. Później mama rozpoznała ten zapach w drogerii i nie patrząc na cenę, kupiła perfumy. Były symbolem największego przełomu w jej życiu. Norma zapaliła papierosa. Możliwe, że sama pozwoliła cioci zrobić bałagan na miejscu zbrodni. Wystraszyła się i instynktownie zaczęła szczotkować włosy – zupełnie jakby chciała wyczesać tę myśl z głowy. Próbowała na siłę znaleźć rozsądną przyczynę decyzji, którą podjęła mama, szukała podstępu tam, gdzie go nie było. Wizytę Maxa Lamberta na pewno dało się wytłumaczyć czymś zupełnie naturalnym.

Norma włączyła laptop mamy, ale po krótkiej chwili zrezygnowała. Nie znajdzie tam żadnych informacji o jej młodości, a to właśnie na niej powinna skupić swoje poszukiwania. Mama zawsze trzymała album ze starymi zdjęciami w szafie, teraz wszystkie półki były puste. W końcu znalazła album na nocnym stoliku, z pustymi miejscami po zdjęciach. Margit i to zdążyła już sobie przywłaszczyć. Ciotka twierdziła, że mama nie zostawiła Normie żadnego listu, a ona uwierzyła jej na słowo – teraz nie rozumiała już dlaczego. Mama nie wspomniała Margit nawet o swoim zwolnieniu, a już tym bardziej o nowej pracy. Margit nie znała mamy – nie tak jak Norma – nie potrafiła szukać wskazówek w odpowiednich miejscach. Norma pomyślała teraz, że przez własną niemoc pozwoliła ciotce zniszczyć dowody na powiązania mamy z Lambertem. Już miała do niej dzwonić, dopytać się o brakujące zdjęcia, już wybierała numer – ale po chwili wrzuciła telefon z powrotem do torby. Ciotka miała prawo do kilku zdjęć, nie było powodu do gniewu. Tyle się nakłopotała, zadbała o pogrzeb, opłaciła czynsz aż do lipca, żeby nie musiały się martwić, czy zdążą opróżnić mieszkanie, i żeby sama mogła w nim nocować, jeśli Norma przez dłuższy czas będzie potrzebować jej wsparcia.

Norma wepchnęła do torby laptop i znalezioną na stole kartę z kodami dostępu do banku, zapaliła następnego papierosa i zaczęła przeglądać album. Ciotkę interesowały tylko ujęcia, na których sama pozowała z mamą i babką; zostawiła wszystkie fotografie mamy z młodości czy Heleny i jej dzieci: z watą cukrową w rękach, w parku rozrywki. Norma rozpoznała jej córkę. Marion wyglądała jak jej matka w młodości. Choroba psychiczna zagnieździła się w Helenie dopiero później. Na zdjęciach miała jasne spojrzenie i słodki uśmiech. Norma przewróciła album na ostatnią stronę i już miała wstać, kiedy dostrzegła fotografię dwóch par w wesoły letni dzień: mama i Reijo Ross patrzyli w obiektyw, opierając się jedno o drugie. Obok nich stała młodsza wersja mężczyzny, którego dziś spotkała, z ramionami oplecionymi wokół Heleny. Na dole był jeszcze kadr z polaroidu – ten sam mężczyzna, już w starszym wydaniu, uśmiechał się razem z Marion, trzymając w ramionach niemowlę. Ktoś napisał coś z tyłu koślawym pismem i podpisał się „Alvar”. To on zrobił to zdjęcie i prosił mamę, żeby niedługo ich odwiedziła.

W komórce Marion zabrzęczała wiadomość. Przyszła od klienta, a nie – jak miała nadzieję – od dziewczyny. Jej esemesy, wiadomości głosowe i maile ciągle trafiały na mur milczenia.

– Za dwie godziny mam spotkanie – zauważyła Alla.

Odrywając wzrok od telefonu, Marion chwyciła za rozpuszczalnik. Alla nie wypytywała o pogrzeb, grała obojętną, odkąd tylko przekroczyła próg salonu, zupełnie jakby wiedziała, że Marion niczego się nie dowiedziała. Sypanie soli na rany było w jej stylu – robiła wszystko, żeby tylko pokazać innym swoją pozycję.

– Jeszcze nie testowałam tych włosów przy ciepłej pogodzie. Myślisz, że to ma jakieś znaczenie?

– Wytrzymają wszystko, chlorowaną wodę, nurkowanie, Wietnam – zapewniła Marion. – Żadna klientka, która pojechała z nimi w tropiki, nie narzekała. Niektóre miłośniczki pływania nawet odstawiły czepki.

Do podróży do Hanoi zostało jeszcze trochę czasu, a włosy Alli były w dobrym stanie. A jednak zachciało się jej przedłużania właśnie dzisiaj, w dniu pogrzebu Anity. Chciała wejść jej na głowę – a fakt, że ani na chwilę nie schodziły z tematu pielęgnacji włosów i trendów fryzjerskich, nadawał rozmowie gorzki smak. Alla na pewno zdążyła już obgadać pogrzeb z drogim mężem, ale jeśli Lambertowi udałoby się coś z Normy wydobyć, nie byłaby tak spokojna. A może Lambert wysłał ją na przeszpiegi, żeby sprawdziła, jak Marion się zachowuje, upewniła się, czy działa zgodnie z planem, czy daje sobie radę z powierzonym jej zadaniem. Może właśnie o to chodziło i nie była to umyślna złośliwość, może sama sobie wszystko wmówiła.

– Pokaż mi rezerwacje – powiedziała Alla.

Marion podała jej zeszyt. Alla uśmiechnęła się z aprobatą. Wszyscy wariowali na punkcie ukraińskich doczepów, nawet przyjaciółki macochy zaczęły odwiedzać Magię Włosów. Marion nie miała odwagi tknąć ich rezerwacji, przez co jeszcze trudniej było jej ułożyć na nowo wszystkie wizyty. Nie chciała przesuwać tych związanych ze ślubami; jej salon ponosił odpowiedzialność za sukces każdej imprezy, nie mogła tego bagatelizować. Dla pozostałych klientek znalazła inne daty, niektóre nawet miesiąc później. Harmonogram był napięty. Dzisiaj ostatnia klientka przyjdzie o dziewiątej wieczorem, jutro pierwsza o szóstej rano. Nie przetrwa sezonu weselnego bez czyjejś pomocy.

Alla ciągle siedziała, wbijając wzrok w zeszyt, jakby to była Biblia. Dla klanu obroty salonu były kroplą w morzu, śledzili je tylko po to, żeby się z nią podrażnić. W przeciwieństwie do Marion, nie obchodziło ich zadowolenie klientów. Marion nie znajdzie już do salonu tak dobrej amatorki jak Anita, a już tym bardziej zawodowej fryzjerki. Nikt tak dobrze jak Anita nie uspokajał kobiety, którą włosy doprowadzały do szału. Była urodzoną fryzjerką, tak dobrze wyczuwała tematy, których rozmówczyni nie chciała poruszać. Wbrew wcześniejszym obawom w pierwszych dniach pracy Anita wcale nie wypytywała o Helenę ani o przeszłość, nie rozpływała się nad tym, jak los znowu, po prawie trzydziestu latach, złączył ich drogi. Kiedy pierwszy raz przekroczyła próg salonu, nie zakrzyknęła, że Marion tak bardzo przypomina Helenę, nie zaczęła jej obwiniać, że nie odwiedza matki. Marion poczuła w piersi ukłucie tęsknoty. Tylko Anita tak dobrze ją rozumiała.

Alla stuknęła paznokciem o oprawę zeszytu i położyła go na kolanach.

– Ile ukraińskich mamy jeszcze w magazynie?

– Na tydzień. Na dwa, jeśli wymieszam je z rosyjskimi.

Alla westchnęła i spojrzała na telefon, który ciągle bezgłośnie migotał; zrobiła to tak, żeby Marion na pewno widziała, kto próbował się do niej dodzwonić. Znów tamten Japończyk. Alla upuściła telefon na kolana, przykryte ochronnym fartuchem. Może chciała pokazać, że w obecności Marion nie rozmawia się z ważnymi klientami. A może chciała podkreślić swoją pozycję: pokazać, że odbiera tylko wtedy, kiedy ma na to ochotę, nawet jeśli dzwoni do niej ktoś tak ważny jak ten Japończyk.

– Myślałaś już, co zaproponujesz klientom, kiedy się skończą? Rozmawialiśmy o tym z Maxem. Masz tydzień. Tydzień na to, żeby ogarnąć bałagan, którego sama narobiłaś.

Marion miała ochotę chwycić nożyczki i wbić je Alli w szyję. Uczucie było tak silne, że musiała oprzeć się na chwilę o pomocnik i mocno zacisnąć na nim ręce. Alla miała decydujące zdanie – tak samo w sprawach klanu, jak i dalszych losów Marion.

– Max zdziałał na pogrzebie dużo więcej niż ty. Nie chce mi się nawet pytać, co zrobiłaś, żeby naprawić sytuację. A zegar tyka, tik-tak.

Alla dotknęła swojego roleksa gestem, którego nauczył ją Lambert. Marion zaczęły szczypać oczy. To pył. Albo marzenia, które straciła po śmierci Anity. Dzień przed powrotem do Finlandii, w barze na dachu w Bangkoku, zamówiły koktajle o nazwie „słodki sen”. Wzniosły nimi toast za przyszłość, wszystko wydawało się takie jasne. Marion pomyślała wtedy, że w końcu pojedzie odwiedzić Helenę, któregoś dnia, z Anitą.

Wyjrzała przez witrynę na ulicę. Ten dzień już nie nadejdzie. Miejsce parkingowe Anity było puste. To tam widziała ją ostatni raz. Siedziała w samochodzie, wyprostowana, ze wzrokiem skierowanym do przodu, z uniesioną brodą. Kiedy Marion w końcu odważyła się wyjść na ulicę, Anity już nie było.

Za dziesięć ósma mama spieszyła się na metro,

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

DWA

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

TRZY

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

CZTERY

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

PIĘĆ

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

SZEŚĆ

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

SIEDEM

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

OSIEM

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

DZIEWIĘĆ

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

DZIESIĘĆ

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

JEDENAŚCIE

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

DWANAŚCIE

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

EPILOG

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Tytuł oryginału

Norma

Copyright © Sofi Oksanen 2015

Published by agreement with Salomonsson Agency

Projekt okładki

Katarzyna Ewa Legendź

Fotografia na okładce

© Irene Lamprakou / Trevillion Images

Opieka redakcyjna

Dorota Gruszka

Adiustacja

Magdalena Tobik

Korekta

Małgorzata Biernacka

Barbara Gąsiorowska

Copyright © for the translation by Katarzyna Aniszewska

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5423-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Norma Gdy zniknęły gołębie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie