Dziewczyna ze sklepu z kapeluszami

Dziewczyna ze sklepu z kapeluszami

Autorzy: Dorota Gąsiorowska

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 27.19 zł

Kamelia wraz z babcią prowadzą w Krakowie rodzinne atelier z kapeluszami. Pewnego dnia w salonie pojawia się przystojny dziennikarz, zainteresowany stuletnią historią tego miejsca. Jego pytania dotykają jednak spraw, o których starsza pani wyraźnie nie chce mówić.

 

Kilka dni później Kamelia otrzymuje od babci broszkę z zagadkową inskrypcją. Czuje, że prezent ten może mieć związek z rodzinną tajemnicą sprzed lat. Dziewczyna za wszelką cenę chce ją odkryć.

 

Tymczasem dziennikarz zaczyna być bardziej zainteresowany piękną Kamelią niż historią pracowni. Na dodatek w życiu młodej kobiety pojawia się jeszcze jeden mężczyzna…

Którą z tajemnic będzie Kamelii łatwiej rozwikłać –

tę z przeszłości czy tę, która kryje się w jej własnym sercu?

rzymały się mocno, zaborczo, do utraty tchu. Kiedy odstąpiły od siebie, niższa dziewczynka włożyła coś w ręce wyższej i nakryła swoją dłonią zaciśniętą pięść tamtej.

– Obiecaj mi, że po mnie wrócisz! Obiecaj mi to! – Błękitne oczy dziecka zasnuła mgiełka smutku.

– Wrócę, na pewno wrócę. Wiesz, że nigdy nie mogłabym o tobie zapomnieć. Przecież zawsze trzymałyśmy się razem, prawda?

– Tak, prawda, ale… – Niższa opuściła głowę i spojrzała na swoje odświętne lakierki do połowy zanurzone w błocie. – Nie zostawisz mnie tak jak ona?

– Teraz na jakiś czas muszę odejść, ale obiecuję, że wrócę…

– Mówiłaś, że będziemy wszystkie razem już do końca świata, a ona odeszła. – Z oczu mniejszej dziewczynki popłynęły łzy.

– Nie maż się – upomniała ją wyższa, ale za ostrymi słowami nie potrafiła ukryć rozżalenia. – Ona odeszła na zawsze. Ja też muszę odejść, ale tylko na pewien czas. Potem wrócę i znów będzie tak jak dawniej.

– Nie będzie – zauważyła niższa. – Już nigdy nie będzie tak samo. Będę za tobą tęsknić. Za tobą i za nią. Ale za tobą bardziej! To nieprawda, że to ty, że to twoja wina… Ona powinna to wiedzieć i kochać nas tak samo.

– Kocha nas tak, jak umie, i tak, jak chce. – Wyższa dziewczynka w nagłym przypływie rozpaczy wypuściła rękę niższej i gwałtownie się cofnęła. Potem odeszła jeszcze kilka kroków.

Odległość między dziewczynkami powiększała się, ale wciąż na siebie patrzyły. Gęsta mgła napływająca od strony pól coraz bardziej wszystko przesłaniała. W pewnej chwili wyższa dziewczynka zaczęła biec. Zachłannie łapała powietrze, a chłód zziębniętych policzków gasił żar wypływających z oczu łez. Zatrzymała się. Spojrzała za siebie. Ona nadal tam stała, ale teraz obok niej był ktoś jeszcze. Ktoś, kto zabrał jej połowę serca. Jak miała teraz żyć taka pokaleczona?

Znów ruszyła przed siebie. Dostrzegła samochód. Dotarło do niej, że przecież cały czas tam stał. Nagle wokół niej wszystko jakby się rozmyło i już nie wiedziała, gdzie jest i co się z nią dzieje. Tkwiła pomiędzy tym, co było, i tym, co miało nadejść.

Kiedy wprowadzono ją do samochodu i zamknięto za nią drzwi, po raz ostatni się obejrzała. Ale nie zobaczyła już nic, poza ciemnymi chmurami, które napływając nagle od zachodu, zakryły niebo grafitowym parawanem.

Otworzyła zaciśniętą dłoń i spojrzała na niewielki połyskliwy przedmiot. Uśmiechnęła się smutno, po czym wepchnęła go do kieszeni krótkiej plisowanej spódniczki. „Wrócę tu, wrócę do ciebie na pewno!”, krzyczała w myślach, żeby nie usłyszała jej siedząca obok kobieta. W tym samym czasie spadły pierwsze krople deszczu, które w ciągu paru chwil zmieniły się w rzęsistą ulewę. Dziewczynka dotknęła oczu, ścierając z nich ostatnie łzy. Od tamtej pory nie umiała już płakać…

ątły sierp księżyca przytulał się do zachodniej strony nieba. Przejrzyste wiosenne powietrze tej nocy pozwalało oglądać liczne konstelacje gwiazd. Droga Mleczna niczym jasna szarfa wyznaczała kierunek zbłąkanym wędrowcom. Lidia długo patrzyła na ulubiony kawałek nocnego nieba. Od jakiegoś czasu codziennie budziła się o trzeciej, a potem często już do rana nie udawało jej się zmrużyć oka. Ta noc była jedną z wielu naznaczonych bezsennością i natrętnymi myślami.

Zatrzasnęła bramę i ruszyła przed siebie. Szczelniej otuliła szyję apaszką. Chociaż kilka dni wcześniej przywitano maj, chłód wciąż nie odpuszczał. A ona odczuwała go wyjątkowo dotkliwie. Jej organizm był jak barometr, reagował nawet na najmniejszą zmianę pogody. Teraz też czuła, że za kilka dni spadnie deszcz. Od wczorajszego wieczoru jej skronie pulsowały tępym bólem, jakby w głowie tkwił kawałek rozżarzonego węgla. Przywykła do tego, od młodych lat była meteoropatką, a dolegliwości związane z kaprysami aury znosiła dzielnie. Łamanie w kościach znikało równie szybko, jak się pojawiało. To nie pogoda i jej skutki stały się dla Lidii zmartwieniem. To wspomnienia nie pozwalały zaznać spokoju. Były jak ziarenka piasku, które dostały się pod powieki i nie dawały zmrużyć oczu. Kłuły i drażniły każdego dnia, a nocą przybierały kształt smutnych twarzy. Wtedy Lidia budziła się zlana potem, ze świadomością, że już do rana nie zaśnie. Kiedyś, gdy jeszcze była młoda, lepiej radziła sobie z przeszłością. Bywały dni, tygodnie, że nawet jej nie pamiętała. Ale od jakiegoś czasu koszmary nawiedzały ją za często, żeby mogła od nich odetchnąć, żeby mogła przespać spokojnie choć jedną noc, czuć się bezpiecznie we własnym ciele i w swoim mieszkaniu.

Ulica Madalińskiego przy Rynku Dębnickim wyglądała inaczej niż za dnia, kiedy Lidia spoglądała na nią przez dużą witrynę atelier. Z dużym powodzeniem już od młodych lat prowadziła niewielki sklepik z kapeluszami. Przejęła go od ciotki Brygidy, kuzynki matki, która zaopiekowała się nią, gdy Lidia skończyła jedenaście lat. Opatrzność nie postawiła na drodze Brygidy odpowiedniego kandydata na męża, choć sama ciotka dumnie oznajmiała, że świadomie wybrała panieński stan, żeby zaoszczędzić sobie smutków i losu kobiety zamężnej. Brak potomstwa dawał się jej jednak mocno we znaki i bolała nad tym, że nie będzie miała komu zostawić majątku. Kiedy więc pojawiła się możliwość zaopiekowania się kilkunastoletnią dziewczynką, Brygida uznała to za wielką szansę i natychmiast podjęła decyzję o przysposobieniu małej.

Zanim się dotarły, Brygida wiele razy zastanawiała się, czy podjęła słuszną decyzję. Lidia była cicha, uparta i wciąż nieobecna duchem. Jednak zawsze robiła to, o co ją poproszono. Mijały kolejne miesiące i lata ich wspólnego życia, a Lidia wciąż pozostawała cichą i zamkniętą nastolatką. Była jak piękny ptak w złotej klatce, skazany na to, by cieszyć oczy innych. Lidia zdawała się nie zwracać uwagi na nic i na nikogo. Tylko w atelier ciotki, gdy tworzyła wymyślne kapelusze, była sobą. Czuła się wtedy szczęśliwa. Zupełnie tak, jakby przenosiła się do innego świata, gdzie wszystko jest możliwe. Mogła stworzyć cokolwiek chciała. A talentu jej nie brakowało. Miała go po wielekroć więcej niż uzdolniona Brygida. Nic więc dziwnego, że kiedy delikatne dłonie kilkunastoletniej Lidii niczym ręce czarodziejki dotykały różnokolorowych kaplin, pilśni, wielobarwnych wstążek, koralików i piór do ozdabiania kapeluszy, potrafiły wyczarować modele tak unikatowe, że mogły zadowolić najbardziej wymagające modnisie. Gdy w atelier pojawiła się Lidia, interes rozkwitnął jeszcze bardziej. Brygida sowicie wynagradzała podopieczną. Zyskami dzieliły się sprawiedliwie, po połowie. A że ciotka była osobą niezwykle honorową, do czasu aż Lidia skończyła dwadzieścia jeden lat, nie wzięła od niej za utrzymanie nawet złotówki. Dopiero kiedy nieco podupadła na zdrowiu, pozwoliła dziewczynie dokładać się do domowego budżetu. Obie żyły skromnie, choć mogły pozwolić sobie na więcej. Pomieszczenie, w którym znajdowało się atelier, należało do Brygidy, nie musiały więc płacić za wynajem. Tuż nad nim mieściło się mieszkanie. Było przestronne i wygodne, rozplanowane na osiemdziesięciu metrach. To za dużo dla dwóch kobiet, z których każdej wystarczał niewielki pokój. Zresztą i tak większość czasu spędzały w atelier.

Lidia przyspieszyła kroku i objęła się ramionami. Zimno stawało się coraz bardziej dokuczliwe. „Może powinnam wrócić?”, pomyślała i pospiesznie obejrzała się przez ramię. Poczuła szybkie uderzenia serca. Przez chwilę wydawało jej się, że ktoś za nią idzie. Przyspieszyła, zbliżając się do Wawelu. Widziała już wyraźnie oświetloną kopułę Kaplicy Zygmuntowskiej. Nagle przystanęła, usłyszawszy trzask zamykanych drzwi w którejś z kamienic. Dźwięk niósł się po uśpionej ulicy wyjątkowo długo i natarczywie, a ona nie mogła zrobić nawet kroku. Czuła się jak manekin z witryny atelier. Brakowało jej tylko kapelusza, choć zazwyczaj zakładała go, kiedy wychodziła na miasto. Strach znów sparaliżował mięśnie. Sprawiał, że jednocześnie chciała krzyczeć i zapaść się pod ziemię. Z całej siły nabrała w płuca tyle powietrza, ile tylko się dało. Uniosła ramiona. Kiedy po kilku sekundach wypuściła powietrze, znów była sobą, zmęczoną siedemdziesięcioczteroletnią kobietą, stojącą samotnie na pustej ulicy.

– Pora wracać do łóżka, może teraz uda mi się usnąć – powiedziała do siebie z wymuszonym uśmiechem, który ostatnio towarzyszył jej coraz częściej. Powoli odwróciła się, zgarbiła i niczym żółw ruszyła w stronę mostu Dębnickiego. Gdy doszła do kamienicy, nim włożyła klucz do zamka i nacisnęła klamkę, uniosła głowę i popatrzyła na okna swojego mieszkania. – Znów nie wyłączyłam lampki nocnej. Mam nadzieję, że Kamelia nie zauważyła, że wyszłam – mruknęła niezadowolona, a potem cicho wsunęła się do środka.

Drewniane, kręcone schody zaskrzypiały, kiedy stawiała stopy na kolejnych stopniach. Stare deski, choć zeszłego lata odnowione i pomalowane na modry kolor, wciąż roztaczały woń dawnych czasów. Pachniały tak samo jak wtedy, gdy jako jedenastolatka stanęła na nich po raz pierwszy. To dziwne, ale miała pewność, że ów zapach unosił się w wysokim korytarzu o ścianach wymalowanych bladoniebieską farbą od samego początku. Ciotka potwierdziła kiedyś, że ściany klatki schodowej zawsze malowano na niebiesko i zawsze tak tam pachniało. Dlaczego, tego Lidia nie dociekała.

Nie próbowała również szperać w zakamarkach przeszłości samej ciotki Brygidy, bo nie spodziewała się, że odnajdzie tam jakiś ekscytujący wątek. Ciotka podkreślała, że zawsze patrzyła pod nogi, by nie wpaść w zasadzki, jakie szykuje przekorny los. Jeśli jednak chodziło o sprawy rodziny, trzymała buzię na kłódkę, ostentacyjnie przewracała oczami i natychmiast zmieniała temat. Lidia nawet nie próbowała wypytywać, bo tak naprawdę niewiele ją to obchodziło. Polubiła ciotkę Brygidę na tyle, żeby czuć się przy niej dobrze, i to wystarczyło. Miejsce, w którym żyła razem z krewną matki, stało się całym jej światem.

Powoli stawiała kroki, trzymając się okrągłej poręczy. Gdy dotarła pod drzwi mieszkania, poczuła zmęczenie. Ostatnio coraz częściej miała wrażenie, że coś jest nie tak, a ciało, które dotąd nie płatało żadnych figli, teraz jej nie słucha. Nogi, mimo szczupłej budowy ciała, stały się ociężałe, nie nadążając za tym, czego od nich oczekiwała, a ręce nieposłuszne. Ganiła siebie za tę niezgrabność i udawała przed swoją wnuczką Kamelią, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Ale nie było i Lidia jak nigdy wcześniej zdawała sobie z tego sprawę. Głowa zawodziła coraz częściej, a w starym sercu szalała burza z piorunami. Najgorsze było jednak to, że nie miała pojęcia, jak temu zaradzić. Ostatnio nawet nie chciało jej się dbać o zazwyczaj staranną fryzurę, dlatego zdecydowała się ściąć włosy, żeby łatwiej poskromić białe fale. Wciąż były gęste i mocno skręcone. Kiedyś każdego poranka upinała je w zgrabny kok z tyłu głowy, ale teraz włosy ledwie zachodziły za uszy. Nowe uczesanie sprawiało, że Lidia nie wydawała się już tak dystyngowaną damą, za jaką uchodziła przez większość życia. Teraz wyglądała jak miła starsza pani, wesoła, choć trochę zmęczona. Duże niebieskie oczy, szeroko osadzone na drobnej pociągłej twarzy, nieco przygasły, choć nadal przyglądały się wszystkiemu uważnie.

Zanim nacisnęła klamkę, głośno sapnęła, odgarniając z czoła pasmo włosów. Zaraz potem otworzyła drzwi i cicho wślizgnęła się do mieszkania. W ciągu ostatnich kilku miesięcy stała się w tym mistrzynią. Potrafiła chodzić jak kot i bezgłośnie otwierać drzwi. W takich chwilach nie czuła się komfortowo. A dzisiaj na domiar złego zostawiła zapaloną lampkę. Kolejny dowód, że z jej pamięcią nie jest najlepiej.

Czuła się okropnie, zmuszając się do uśmiechu. Kamelia na pewno nie zasługiwała na to, by przed nią udawać. Wnuczka jak nikt na tym świecie troszczyła się o nią. Ale Lidia nie miała wyboru. Skoro nauczyła się grać przed sobą, teraz musiała również nauczyć się grać przed Kamelią. Nie było to łatwe. Dociekliwe, niebieskie oczy dziewczyny zazwyczaj przyglądały się babci tak uważnie, że Lidia w jej obecności traciła pewność siebie. Kamelia była dla niej nie tylko członkiem najbliższej rodziny, ale i bratnią duszą, z którą łatwiej iść przez świat ramię w ramię. Z córką nigdy nie miała tak dobrego kontaktu. Były jak ogień i woda. Nigdy nie potrafiły dojść do porozumienia. Daniela zachowywała się jak nieokiełznane źrebię, wciąż ciekawa świata i ludzi.Nie umiała nigdzie zagrzać miejsca. Ciągle biegła przed siebie. Nie zmieniły tego nawet narodziny Kamelii. Daniela ze swoim bacznym spojrzeniem fotografa i otwartym umysłem miała tak duży apetyt na życie, że Lidia jako matka, ku jej udręce, nie potrafiła go zaspokoić. Danielę nieustannie gdzieś gnało. Po pięciu latach burzliwego związku z indyjskim przedsiębiorcą, znudzona rolą pani domu i życiem w klimacie, który nie do końca jej odpowiadał, porzuciła Indie i pewnego chłodnego jesiennego poranka wróciła do Polski tylko z jedną walizką, trzyletnią córeczką i nieodłącznym aparatem marki Canon zawieszonym na szyi. Wtedy Lidia poczuła, że odtąd jej poukładany świat już nigdy nie będzie wyglądał tak jak dotychczas. Okazało się, że przeczucia jej nie myliły. Daniela została w Krakowie dwa miesiące i ani dnia dłużej. Nim ustąpiła zima, oznajmiła, że zabiera Kamelię do odległej Kambodży. Starszej pani włosy stanęły dęba. W ciągu dwóch miesięcy zdążyła już przywyknąć do dziewczynki na tyle, żeby stanowczo oznajmić, że nigdzie Kamelii nie wypuści, bo miejsce jej wnuczki jest w starym Krakowie, w znajomej kamienicy, gdzie większość życia przeżyła jej babka, a potem matka, a teraz nadszedł czas, by wychowała się tu również mała Kama. Daniela, choć kochała córkę nad życie, nie protestowała długo. Natychmiast dopatrzyła się w propozycji matki sporych korzyści, nie tylko dla siebie, ale i dla córeczki. Zdawała sobie sprawę, że dziecko powinno mieć bezpieczny dom i spokój, których ona sama nie potrafiła zapewnić. Z wielkim żalem, wylewając morze łez, podjęła decyzję, że jej ukochana „maskotka” będzie teraz należeć w większej mierze do babci. Bądź co bądź Lidia sprawdziła się w roli matki. Daniela miała pewność, że pod taką opieką Kamelii zabraknie tylko ptasiego mleka. Oczywiście nadal była nieustannie obecna w życiu swojej pociechy, ale niestety tylko na odległość. Jeśli nic nie stanęło na przeszkodzie, Daniela raz w roku przyjeżdżała do Krakowa z krótką wizytą, trwającą zazwyczaj nie dłużej niż dwa tygodnie, a potem znów pakowała niewielką walizkę, zawieszała na szyi aparat i ruszała, by poznawać świat. „Jest jeszcze tyle miejsc do zobaczenia, tyle pięknych zakątków, które muszę zatrzymać w kadrze”, zwykła mówić już po kilku dniach pobytu w rodzinnym domu, kiedy z coraz większą tęsknotą zerkała przez okno i zachłannie wpatrywała się w ruchliwą ulicę.

„Jakie smutne byłoby moje życie bez Kamelii”, pomyślała Lidia i zbliżyła się do ściany, za którą znajdował się pokój wnuczki. Przez chwilę wydawało się jej, że z jego wnętrza dochodzi jakiś szelest. Nie miała pewności, czy Kamelia śpi. Ostatnio dziewczyna zrobiła się bardzo uważna. Lidia czuła, że wciąż ją obserwuje. Nawet kiedy były w atelier w towarzystwie klientek, wzrok Kamelii skupiał się głównie na babci. Z jednej strony Lidia była rozczulona tą nader widoczną opieką, ale z drugiej strony butnie przeciwstawiała się temu, raz za razem informując Kamelię, że nie potrzebuje aż takiej troskliwości z jej strony, bo sama świetnie potrafi o siebie zadbać. Po takim kontrataku ze strony babci Kama zwykle odpuszczała. Wciąż miała ją jednak na oku.

Lidia pośpiesznie odsunęła się od ściany. „Jeszcze tego by brakowało, żeby Kamelia nakryła mnie na gorącym uczynku”, pomyślała z obawą i pokręciła głową, świadoma tego, że kolejny już raz sprzeciwiła się wnuczce i wyszła na nocny spacer. Oczywiście rozumiała Kamelię, doskonale wiedziała, że dziewczyna się o nią boi. Ale cóż taka młoda osoba mogła wiedzieć o długich nocach naznaczonych lękiem i bezsennością? Kiedy tylko wieczorem przykładała głowę do poduszki, zmęczona, natychmiast usypiała.

Odetchnęła dopiero w swoim pokoju. Szybko zgasiła lampkę nocną. Po omacku doszła jeszcze do biurka i zarzuciła na krzesło zdjęte w pośpiechu ponczo. Zaraz potem niezgrabnie wślizgnęła się pod kołdrę, przez nieuwagę potrącając stojący na nocnym stoliku budzik. Zaklęła w duchu, kiedy niechciany dźwięk odbił się od ścian. Przez chwilę nasłuchiwała. Gdy jednak po dziesięciu minutach drzwi się nie otworzyły, Lidia zyskała pewność, że wnuczka się nie obudziła. Zanim nastał świt, kobietę zmorzył sen.

– Babciu, schodzę do pracowni. – Kamelia wsunęła głowę przez uchylone drzwi.

Lidia lekko drgnęła, unosząc ciężkie powieki. Minęło kilka sekund, zanim zorientowała się, że do pokoju zagląda wnuczka. Po kolejnej źle przespanej nocy była wyczerpana. Szybko jednak wzięła się w garść. Przecież Kamelia nie mogła niczego zauważyć. Zrzuciła z siebie kołdrę i podniosła się na łokciach. Poczuła zawrót głowy, więc z powrotem opadła na poduszkę. To ją zawstydziło. Miała świadomość, że została zdemaskowana. „Dlaczego moje ciało staje się moim wrogiem?”, pomyślała ze złością, odwracając twarz do ściany.

Kamelia w jednej chwili znalazła się przy niej. Usiadła na skraju łóżka, nie patrząc jednak na babcię, tylko na krzesło, na którym wisiało ponczo.

– Babciu, znowu wychodziłaś… – Westchnęła ciężko i dotknęła chłodnej dłoni Lidii, którą ta starała się wsunąć pod kołdrę. – Przecież cię prosiłam… – zaczęła Kamelia z wyrzutem, choć wiedziała, że Lidia i tak nie przyzna się do tego, że kolejny już raz spacerowała po uśpionej ulicy. Z babcią działo się coś niedobrego. Niestety wciąż udawała, że wszystko jest w porządku. Im bardziej jednak Lidia starała się oszukać wnuczkę, tym większych podejrzeń nabierała Kamelia. Od kilku dni przypatrywała się babci tak bacznie, że wręcz zakrawało to na obsesję. Sądziła, że dziwne zachowanie Lidii miało coś wspólnego z listem, który przyszedł pod koniec zeszłego roku. Niestety Kamie nie udało się wówczas dowiedzieć, co zawierał, bo gdy tylko babcia go przeczytała, wyraźnie wzburzona natychmiast podarła go na maleńkie kawałki. Nie wiedziała jednak, że wnuczka przygląda się tej pełnej emocji scence przez uchylone drzwi. Od tamtej chwili Kamelia obserwowała babcię jeszcze uważniej. Choć właściwie miała na nią oko już od śmierci ciotki Brygidy rok temu. Babcia bardzo mocno przeżyła odejście opiekunki, z którą spędziła większość życia.

Lidia spojrzała na Kamelię wzrokiem pełnym zniecierpliwienia. Zupełnie jakby chciała powiedzieć: „No idź już! Co ty tutaj właściwie jeszcze robisz?”.

Kamelia w mig wychwyciła jej myśli. Nie dała się jednak zbyć. Wstała i pochyliła się nad Lidią.

– Umówię cię na wizytę do Bonifratrów i nie interesuje mnie, że tego nie chcesz! – oznajmiła podniesionym głosem i się wyprostowała. To zwykle robiło na babci wrażenie. – Musimy znaleźć sposób, żeby zaradzić twojemu złemu samopoczuciu.

– Kto powiedział, że źle się czuję? – Lidia spojrzała na wnuczkę, nieumiejętnie starając się grać pewną siebie.

– Jesteś niemożliwa! Myślisz, że nie widzę, co się z tobą dzieje? – Kamelia z rezygnacją opuściła ręce. Wiedziała, że nie będzie łatwo. Już miesiąc wcześniej samo zaciągnięcie Lidii do ośrodka zdrowia na badania kontrolne graniczyło z cudem. Babcia unikała lekarzy jak diabeł święconej wody. Na szczęście wyniki okazały bardzo dobre. Lekarz, który dokładnie zbadał Lidię, nie krył zdziwienia, że w tym wieku można obyć się bez tabletek na obniżenie ciśnienia i zbicie cukru. Sama pacjentka wcale nie wydawała się uradowana faktem, że należy do nielicznej grupy osób, które po siedemdziesiątce cieszą się naprawdę dobrym zdrowiem. Usłyszawszy diagnozę lekarza rodzinnego, wzruszyła tylko ramionami i zgarnęła z jego biurka plik kartek stanowiący niezbity dowód na jej idealną kondycję. Cóż z tego, że medycyna akademicka uznała ją za okaz zdrowia, kiedy ona tak naprawdę kawałek po kawałku rozsypywała się od środka.

– No dobrze, skoro tak bardzo chcesz, umów mnie na tę wizytę. Koniec końców zioła jeszcze nikomu nie zaszkodziły. – Ku zdziwieniu Kamelii Lidia wygłosiła tę kwestię jak dobrze wyuczony wierszyk i usiadła.

Dziewczyna wpierw popatrzyła na babcię nieufnie, zaskoczona tą nagłą zmianą. Kiedy jednak zauważyła, że Lidia wsunęła chude stopy w miękkie wełniane pantofle i zaczęła niecierpliwie rozglądać się za szlafrokiem, w końcu dała za wygraną, uznając, że może spokojnie zejść do pracowni i zająć się kapeluszami. Zwłaszcza że ostatnio zamówień nie brakowało, a czasu było mało.

– W dzbanku jest jeszcze ciepła herbata, świeże bułki tam gdzie zawsze. Ja zmykam… – Kamelia poprawiła długi kucyk, który wślizgnął jej się pod kołnierzyk bluzki.

– Ładnie dziś wyglądasz. – Lidia obrzuciła ją ciepłym spojrzeniem i wstała z łóżka.

Kamelia miała nietuzinkową urodę, odziedziczoną po ojcu, Danvirze, którego właściwie już nie pamiętała. Zostało jej po nim tylko kilka fotografii z czasów, gdy jeszcze mieszkała w Munnarze w Indiach, i niewielki drewniany słonik z podniesioną trąbą inkrustowany masą perłową. Ojciec podarował go Kamelii zaraz po urodzeniu. Na szczęście. Więzy krwi nie okazały się na tyle mocne, żeby połączyć tę dwójkę. Rozpacz Danvira po odejściu żony i córki nie trwała zbyt długo. Już rok po tym, jak Daniela opuściła Indie, młody przystojny właściciel plantacji herbaty szybko pocieszył się w ramionach hinduskiej piękności i założył nową rodzinę.

Egzotyczna uroda wyróżniała Kamelię już z daleka. Duże niebieskie oczy w ciemnej oprawie rzęs, długie, czarne jak heban włosy i delikatna oliwkowa karnacja przyciągały wiele spojrzeń.

– No to zmykam – rzuciła jeszcze z naciskiem.

– Zaraz do ciebie dołączę. – Lidia przeciągnęła się, czując lekki ból w kręgosłupie.

– Możesz jeszcze poleżeć, dobrze wiesz, że dam sobie radę.

– Wiem, kochana, że godnie mnie zastępujesz, ale uschłabym z tęsknoty za moimi kapeluszami. Poza tym jakoś po dwunastej miał przyjść dziennikarz z „Gazety Krakowskiej”, z którym byłyśmy umówione. Nie pamiętasz? – Lidia uśmiechnęła się z satysfakcją, że jednak wciąż ma zakodowane w umyśle to, co istotne.

– Rzeczywiście. Jak mogłam o tym zapomnieć?

– Widzisz, nie jest ze mną tak źle. – Z każdym kolejnym słowem Lidia prostowała się dumnie.

– Babciu…

– No, idź już. – Starsza pani uśmiechnęła się do wnuczki, zmierzając w jej kierunku.

Poranki w pracowni zawsze były takie same, spokojne i leniwe, a jednak interesujące. Zazwyczaj to Kamelia jako pierwsza zbiegała na dół i otwierała przeszklone drzwi atelier, które witały ją radosnym skrzypieniem wiekowych zawiasów. Lidia wciąż opierała się nowoczesności i nie pozwalała niczego zmieniać w pracowni. Choć właściwie nie było potrzeby robić rewolucji w gustownie urządzonym atelier, którego umeblowaniem zajmowała się jeszcze Brygida. Udoskonalały więc to, co z dużym smakiem stworzyła ciotka.

Kamelia włożyła klucz do zamka, ale zanim go przekręciła, jej wzrok na chwilę uciekł ku witrynie, pośrodku której stał jasnowłosy manekin. Na jego głowie spoczywał najnowszy model kapelusza, nad którym pracowała przez ostatni tydzień. Ten letni model z kremowej bawełnianej koronki Kamelia wykonała na specjalne zamówienie dla jednej ze stałych klientek. Jednak, mimo że miał już potencjalnego nabywcę, nie mogła się oprzeć pokusie, żeby się nim nie pochwalić.

Zmrużyła oczy z zadowoleniem, a zaraz potem oderwała wzrok od szyby i otworzyła drzwi. Gdy włączyła światło, rozłożysty kryształowy żyrandol zamigotał, przywodząc na myśl błyszczące w słońcu, zamrożone drobinki śniegu. We wnętrzu zrobiło się jasno i wytwornie. Kamelia rozejrzała się uważnie. Zawsze to robiła. Każdego dnia lustrowała wszystkie kąty, regał po regale, szafka po szafce, ściana po ścianie, jakby chciała sprawdzić, czy w ciągu nocy nic się nie zmieniło. Wnętrze atelier zawsze lśniło czystością. W trzech identycznych drewnianych białych gablotach, za błyszczącymi szybami zalotnie i dumnie prezentowały się różne modele kapeluszy, od cięższych jesiennych i zimowych, wykonanych z wełny i filcu, po lżejsze, eleganckie wykonane z atłasu, koronki, żakardów, ozdobione kwiatami, piórami, koralami czy wstążkami. Kilka półek zajmowały maleńkie kapelusiki – stroiki w stylu lat trzydziestych, z woalką, i charakterystyczne toczki. Na przeciwległej ścianie ustawiono dwa regały, oczywiście z kapeluszami. W atelier Kamelii i Lidii można było dostać też kaszkiety i turbany. W rogu sali przy oknie wystawowym stał okrągły stoliczek z klonowego drewna. Pod połyskliwą szybą pokrywającą blat znajdowały się stare zdjęcia i pocztówki przedstawiające kobiety w wytwornych długich sukniach i reprezentacyjnych kapeluszach. Między ścianą a stoliczkiem ustawiono miękki fotel i niedużą sofę obitą tkaniną do złudzenia przypominającą mięsistą skórkę moreli. Było tu przytulnie i elegancko. Ten sam szyk, niezmienny od kilkudziesięciu lat, sprawiał, że wnętrze wyglądało wciąż atrakcyjnie, a każdy, kto odwiedzał to oryginalne miejsce, odczuwał pewien rodzaj ekscytacji. Zupełnie jakby na jednym z regałów miał znaleźć niespodziankę. Trzy stare kinkiety ubrane we francuskie koronki pyszniły się na jednej ze ścian niczym panny młode, w nieco już pożółkłych, ale wciąż finezyjnych sukienkach. Ulubiony kapelusz ciotki Brygidy, wizytówka atelier, wychylał się z najwyższej półki środkowej gabloty. Wykonany z czerwonej tafty, która mimo upływu czasu nie straciła na wyrazistości, z filuternym rubinowym piórkiem wysuwającym się spod brokatowej tasiemki otaczającej główkę tuż przy rondzie, przyciągał wzrok już od progu, jako świadectwo tego, że wszystkie przedmioty, którymi opiekują się właścicielki tego miejsca, są niebanalne.

Kamelia uwielbiała czerwony kolor, a o wiekowy kapelusz krewnej dbała szczególnie. Codziennie sięgała do gablotki i przetrzepywała go, głaszcząc piórko, które łaskotało jej palce. Czerwień wydawała się dziewczynie taka konkretna. Potrzebowała jej. Ubrana w karminową sukienkę czy sweter wydawała się sobie wyraźniejsza. Być może zamiłowanie to pozostało w niej jeszcze z dzieciństwa, kiedy Daniela ubierała ją w czerwone stroje. Szerokie falbaniaste sukienki falowały, kiedy mała Kama okręcała się i chwytała mamę w pasie. Wokół unosił się gorący zapach indyjskiej ziemi, przesycony aromatem kwiatów lotosu, delikatnego jaśminu i hibiskusa. Takie wspomnienie pozostało jej w pamięci do dzisiaj. Niestety nie było w nim ojca, choć to on wybrał dla niej imię Kamal, co w sanskrycie oznacza „czerwień”. Kiedy jako kilkulatka przybyła do Polski, egzotyczne imię brzmiało nieco dziwnie na szarej krakowskiej ulicy. Lidia spontanicznie nazwała ją wówczas Kamelią i tak już zostało.

Kamelia stanęła na palcach i pociągnęła za rondo kapelusza ciotki Brygidy, który zaczął się prezentować jeszcze dumniej. Sapnęła z zadowoleniem i obejrzała się na drzwi wejściowe, za którymi po drugiej stronie jezdni rozciągał się plac targowy. Zaraz potem weszła na zaplecze, gdzie mieściła się przestronna pracownia. Nieduże białe okienko, ozdobione szydełkową firanką z różanym wzorem, wychodziło na zielone, zadbane podwórze, z gęstym, równo przystrzyżonym trawnikiem pośrodku. W rogach utworzono kolorowe koliste rabatki skomponowane z sezonowych kwiatów. Teraz akurat kwitły niezapominajki i konwalie. Drobna kremowa kostka brukowa, subtelnie łącząca się z trawnikiem, dawała solidne podłoże dwóm ławeczkom o oryginalnej żeliwnej konstrukcji i wygodnych drewnianych siedziskach. Ścianę sąsiedniej kamienicy oplatał bluszcz. Natrętnie wciskał się między okna i zaborczo oplatał pręty niedużych balkonów, wspinając się po fasadzie na dach. Przy oknie pracowni rósł rozłożysty krzak białego bzu, zasłaniający część szyby. Każdej jesieni Lidia z Kamelią skrupulatnie go przycinały. Wiosną krzew odwdzięczał się im bujnym kwieciem, którego zapach wywoływał przyjemny zawrót głowy. Właśnie teraz nadchodził ten szczególny moment. Kiście, nabrzmiałe od ogromnej ilości już rozchylonych kwiatów, uginały się od ciężaru słodyczy.

Kamelia przekręciła klamkę i otwarła okno. Mała gałązka z na wpół rozkwitłym bzem opadła na blaszany parapet, a do wnętrza wpłynął odurzający zapach. Dziewczyna zerknęła na podwórze. Na jednej z ławek siedziała panna Melania, zaprzyjaźniona sąsiadka. Z lubością wystawiała twarz do słońca, a obok niej kręciła się siedmioletnia suczka Petunia.

Kamelia szerzej otwarła okno. Lubiła poranki w swojej starej kamienicy. Cichy szmer budzącego się podwórza, aromat parzonej kawy i znajome głosy sąsiadów. Gdzieś obok furkotała pralka, a na przeciwległym balkonie powiewało dopiero co rozwieszone pranie. No i ten niepowtarzalny zapach przepływającej za wałem Wisły… To wszystko sprawiało, że z radością zaczynała każdy dzień.

– Dzień dobry, panno Melanio. – Dziewczyna pomachała do sąsiadki i wychyliła się z okna, żeby pogłaskać Petunię, która podbiegła się przywitać.

Na znak powitania Melania uniosła rękę. Tak jak zazwyczaj miała na sobie szlafrok w wyblakłym różowym kolorze, który dostała jeszcze od świętej pamięci matki, a na głowie tuzin papilotów zrobionych z gazety i bawełnianych tasiemek. Kamelia nie pojmowała, dlaczego sąsiadka nie sprawi sobie przyzwoitych wałków albo lokówki. Panna Melania twierdziła jednak, że nic nie jest w stanie zastąpić własnoręcznie wykonanych papilotów.

– Witaj, Kamelio – odpowiedziała leniwie Melania. Uniosła głowę i popatrzyła na lazurowe niebo. – Piękny dzień dziś mamy – sapnęła, wygodniej sadowiąc się na ławce. Z zadowoleniem zmrużyła oczy, a na jej pulchnych policzkach pojawił się delikatny rumieniec. Bywały momenty, że przez swoją żywiołowość, radosne usposobienie i figielki w oczach siedemdziesięciotrzyletnia Melania sprawiała wrażenie niemal młodej dziewczyny.

– Tak – odpowiedziała Kamelia, dotykając gałązki oprószonej białymi kwiatami. – Podobno cały tydzień ma być ciepły.

Optymistka Mela tym razem jednak nie podzielała entuzjazmu dziewczyny.

– No nie wiem… – Znów zadarła głowę, aż niesforne papiloty zadrżały. – Na moje oko to nie potrwa zbyt długo, góra trzy dni. – Włożyła rękę do kieszeni i po chwili wyjęła klucze, uniosła i nimi zabrzęczała. Na ten dźwięk suczka odskoczyła od ściany i natychmiast popędziła do swojej pani. – Petunia, pora na poranną kawę. – Melania zawsze zwracała się do suczki jak do najbliższej przyjaciółki.

Petunia powachlowała strzępiastym ogonem, gładząc okrągłe łydki Melanii obleczone w łososiowe wzorzyste rajstopy.

– Miłego dnia, Kamelio. – Sąsiadka pomachała w stronę okienka pracowni. – Dzisiaj uzbierało mi się wiele nadplanowych obowiązków, ale jutro na pewno was odwiedzę.

Kamelia odsunęła się od okna i zablokowała je żelazkiem. Podeszła do regału stojącego przy północnej ścianie. Stały na nim drewniane i metalowe główki – niezbędne do wykonania kapelusza. Kucnęła i zdjęła z półki jedną z nich, na której obsychał filcowy stożek w przyciągającym wzrok rubinowym kolorze. Dzień wcześniej zamoczyła go w roztworze mączki kasztanowej, podsuszyła, uparowała i rozciągnęła na formie. Dokładnie przewiązała filc sznureczkiem, delikatnie naciągając jego brzegi, a potem wyszczotkowała. Obejrzała go dokładnie i doszła do wniosku, że jeszcze przez kilka godzin powinien obsychać. Na tym kapeluszu zależało jej szczególnie. To był już czwarty model przeznaczony do kolekcji Magdy.

Magda była przyjaciółką Kamelii. Od kilku lat prowadziła ekskluzywny salon mody La Promesse na ulicy Różanej, która odchodziła od Rynku Dębnickiego. Ponieważ w tym roku przypadała setna rocznica założenia atelier, Magda i Kamelia planowały zorganizować pod koniec lata wielki modowy show, żeby uczcić ten jubileusz i sprawić przyjemność Lidii. Zresztą to przedsięwzięcie było ważne i dla samych dziewczyn, dlatego Kamelia już od dwóch miesięcy jak szalona pracowała nad modelami kapeluszy, które będą pasować do kolekcji uszytych przez Magdę ubrań w stylu lat dwudziestych. Ten rubinowy był szczególny. Miał bowiem stanowić uzupełnienie głównej sukienki tego pokazu. Magda wymyśliła sobie, że oczywiście włoży ją Kamelia, co spotkało się z protestami przyjaciółki. W końcu po prawie pół roku namawiania Kamelia się zgodziła, ale i tak uważała pomysł za niedorzeczny. „Czego się nie robi dla przyjaciół”, mruknęła z miną tak niewyraźną, jakby lada moment miała się wycofać.

Kamelia uniosła do lampy drewnianą główkę z filcowym stożkiem. Z cytrynowego szklanego klosza zwisającego na mosiężnym łańcuszku padł ciepły blask. „Tak, właśnie o to mi chodziło”. Uśmiechnęła się z zadowoleniem, przygryzając górną wargę. W tej samej chwili usłyszała hałas otwieranych drzwi.

– Dzień dobry. – Do jej uszu dobiegł sympatyczny męski głos.

Szybko odstawiła formę na miejsce i ruszyła do atelier. Obok biurka stał wysoki jasnowłosy mężczyzna w ciemnych dżinsach i granatowej koszulce.

– Dzień dobry – powtórzył.

– Dzień dobry – odpowiedziała, uśmiechając się czarująco. – Czym mogę służyć?

Mężczyzna sugestywnie zakaszlał, wkładając rękę do kieszeni, wyjął z niej telefon, sprawdził coś na ekranie. Przez moment wydawał się zmieszany, ale szybko odzyskał pewność siebie.

– Byliśmy na dzisiaj umówieni – rzucił z rozbrajającą pewnością siebie, od której Kamelii odebrało mowę.

– My? – wydukała, wpatrując się w oszołomieniu w jego twarz.

Krótko obcięte blond włosy i niebieskie oczy, nad którymi brwi unosiły się w wyrazie lekkiego zdziwienia.

– Tak. – Zakasłał, roześmiał się i zrobił krok do przodu. – Nazywam się Artur Gajewski, jestem umówiony z panią Lidią Kowalewską.

– Ach tak… Myślałam, że spotkanie jest później. Musiałam coś pomylić. – Kamelia ukryła zakłopotanie za uprzejmym uśmiechem. „Babcia mówiła, że jest umówiona na dwunastą. Zapomniała?”, pomyślała zaniepokojona. – Zapraszam – dodała, wskazując sofę – babcia powinna zaraz przyjść.

Zastanawiała się, czy pobiec po Lidię, czy czekać na nią. Zwykle o tej porze zjawiała się już w atelier.

– Najlepiej będzie, jak… – Odsunęła się od biurka i w tej chwili drzwi się otworzyły i pojawiła się Lidia.

Zauważywszy mężczyznę, zatrzymała się i chwyciła za głowę, zupełnie jakby złapał ją nagły ból. Wciąż wpatrując się w gościa, ruszyła w jego stronę, zamykając za sobą drzwi.

– Dzień dobry – powiedziała pewnie, a Kamelia odetchnęła z ulgą. Lidia zbliżyła się do mężczyzny z wyciągniętą na powitanie dłonią. Uścisnął ją serdecznie. – Mam nadzieję, że nie kazałam panu zbyt długo czekać. – Wyczarowała na twarzy jeden z tych szczególnych uśmiechów, który potrafił zachwycić każdego.

– Nie. – Roześmiał się spontanicznie. – Zastanawiałem się tylko, czy przez przypadek nie pomyliłem godzin. Ostatnio wciąż chodzę roztargniony.

– To tak jak ja. – Lidia potarła dłonie, czując, że olejek migdałowy jeszcze nie zdążył się wchłonąć. – Pan Artur, tak? – upewniła się, badawczo spoglądając na dziennikarza.

– Tak – odpowiedział, mrużąc oczy, jakby starał się coś sobie przypomnieć. – Widzieliśmy się na początku kwietnia, a ostatnio rozmawialiśmy przez telefon. – Patrzył na Lidię uważnie, oczekując potwierdzenia.

– Pamiętam to dokładnie. – Lidia znów obdarzyła mężczyznę uroczym uśmiechem. – Proszę usiąść. – Skinęła w kierunku sofy.

Artur podszedł do stolika i rozsiadł się wygodnie na kanapie.

– Czego się pan napije? – spytała właścicielka, zajmując miejsce obok niego.

– Nie chcę sprawiać kłopotu. – Artur nieśmiało spoglądał w stronę Kamelii.

– Panie Arturze, ależ to żaden kłopot. Jest pan naszym gościem, a jak przypuszczam, spędzimy w swoim towarzystwie przynajmniej godzinę. – Lidia patrzyła na mężczyznę z dużą sympatią.

– Tak, może nawet nieco dłużej. – Spojrzał na zegar ścienny w okrągłej ramie przypominającej misterną koronkę. – Niezwykłe miejsce, niewiele takich zostało już w Krakowie. – Wodził wzrokiem po ścianach, łowiąc kolejne szczegóły.

– Tak, rzeczywiście. – Lidia się uśmiechnęła. Te słowa sprawiły jej przyjemność. Sam fakt, że Artur osobiście zjawił się w atelier z prośbą o udzielenie wywiadu, nieco połechtał jej zawodową dumę. – Więc czego się pan napije? – spytała.

– Może… kawy – odpowiedział po krótkiej chwili zastanowienia.

Kamelia upewniła się, że do drzwi atelier nikt się nie zbliża, i ruszyła w kierunku pracowni.

– Babciu, a tobie mam zaparzyć tę herbatę co zwykle? – spytała dla zasady, bo Lidia niezmiennie od lat pijała angielską herbatę ze śmietanką.

– Nie, kochanie. Dzisiaj napiję się kawy. Ten dzień jest wyjątkowy – ogłosiła babcia z zadowoleniem.

Kamelia starała się nie dać poznać po sobie zdziwienia i przekroczyła próg pracowni. Poprawiła kucyk, mocniej zaciskając na nim gumkę, i zajęła się parzeniem kawy. Gdy ponownie zjawiła się w atelier, babcia i Artur byli tak bardzo zatopieni w rozmowie, że niemal nie zwrócili na nią uwagi. Zauważyła włączony dyktafon. Wślizgnęła się więc cicho i ostrożnie postawiła filiżanki na stoliku. Uśmiechnęła się do Artura, napotykając jego wzrok, i wycofała się do biurka. Co chwilę spoglądała jednak w stronę tej dwójki, prowadzącej niezwykle żarliwą rozmowę. Właściwie nie potrafiła sobie przypomnieć, żeby Lidia w ciągu ostatnich miesięcy była tak ożywiona jakimś spotkaniem. Nawet panna Melania swoim zabawnym stylem bycia nie potrafiła wywołać u przyjaciółki takiej ekscytacji. Żeby nie przeszkadzać, próbowała znaleźć sobie jakieś zajęcie. Ciekawość jednak wzięła górę i wzrok uciekał do stolika i wygodnej zamszowej sofy, na której siedzieli Lidia i młody dziennikarz. Babcia opowiadała doskonale znaną dziewczynie historię atelier, jednak teraz, kiedy Kamelia przysłuchiwała się opowieści z boku, miała wrażenie, że słyszy ją po raz pierwszy. Ciotka Brygida jawiła się jej jako dystyngowana dama, a nie wieczna spóźnialska wpadająca do atelier na ostatnią chwilę i w kapciach. Zresztą sama babcia sprawiała wrażenie dużo młodszej, jakby zniknął z jej barków ten cały bagaż lat i doświadczeń, o których nigdy nie chciała rozmawiać. Lidia była z natury skryta i małomówna. Kiedy siadały razem przy kuchennym stole, często milczały. Nie przeszkadzało to Kamelii. Taką babcię, cichą, z wyrazem lekkiego zamyślenia na twarzy, znała od zawsze. Towarzystwo panny Melanii nieco ją zmieniało, nie na tyle jednak, by mogła wyzbyć się swojej małomówności. Teraz głos Lidii brzmiał pewnie i radośnie, oczy błyszczały, a zmęczona cera nabrała zdrowego blasku. Kiedy jednak z rozpędu wymieniła imię Felicja, natychmiast zamilkła, zmieszana.

Kamelia nasłuchiwała, zbliżając się do gabloty stojącej najbliżej sofy. Babcia nigdy nie opowiadała o Felicji, a to ona przecież założyła to atelier. Felicja była matką Brygidy i to było jedyne, co o niej wiedziano. Zupełnie tak, jakby ktoś celowo chciał wymazać pamięć o niej. Sama babcia unikała tematu Felicji, uważając, że jest to winna ciotce Brygidzie, która już na początku ich znajomości wymusiła na niej obietnicę dyskrecji. Kamelia nie raz zastanawiała się, czy babcia wie coś na temat matki ciotki Brygidy i tylko udaje, że nie zna historii pięknej Feli, czy rzeczywiście nie ma o tym pojęcia. Kiedy jednak teraz wymówiła przez przypadek jej imię, miała minę niegrzecznej dziewczynki, która właśnie coś spsociła i nie chce się do tego przyznać. Wymigała się lakoniczną odpowiedzią, że niewiele wie na temat Felicji, gdyż ta zginęła w czasie okupacji.

Kamelia zapatrzyła się na szybę wystawową, przy której akurat zatrzymała się młoda kobieta, oglądając najnowszy model kapelusza. Głos Lidii wyrwał ją z zamyślenia.

– Chodź do nas, kochanie.

Kamelia zareagowała, dopiero gdy Lidia ponowiła zaproszenie.

Zbliżyła się powoli i usiadła na brzegu fotela, nieśmiało przyglądając się babci i Arturowi. Zauważyła, że ta rozmowa bardzo ich do siebie zbliżyła. Babcia wciąż zachowywała się wyjątkowo spontanicznie, a młody dziennikarz co chwilę wtórował jej śmiechem. Żeby dodać sobie pewności, założyła nogę na nogę.

– Kamelko, pan Artur jeszcze tobie chciał zadać kilka pytań. – Lidia chwyciła mężczyznę za rękę jak dobrego znajomego.

– Wydaje mi się, że wszystko już panu powiedziałaś – wydukała Kamelia. To babcia miała być gwiazdą tego wywiadu. To ona była przecież utalentowaną modystką i właścicielką najstarszego krakowskiego atelier z kapeluszami, które w tym roku obchodziło setną rocznicę założenia. Zresztą to Lidia zgodziła się na ten wywiad.

– No tak… Opowiedziałam co nieco o sobie, o początkach pracy, lepszych i gorszych chwilach. Nawet nie przypuszczałam, że wciąż tyle pamiętam. Jednak nie jest aż tak źle z moją pamięcią. – Kamelia poczuła na sobie wymowne spojrzenie i natychmiast odczytała przekaz. – Ale pan Artur ciekaw jest też, jak wygląda praca w atelier widziana oczami tak młodej osoby jak ty. Jeśli oczywiście masz na to ochotę, kochanie – dodała, wpatrując się w nią z naciskiem.

Nie mogła nie mieć ochoty.

– Co chciałby pan wiedzieć? – zwróciła się bezpośrednio do mężczyzny, obdarzając go ujmującym uśmiechem, może nie tak przekonującym jak ten Lidii, ale i tak robiącym wrażenie.

– Wszystko – rzucił pośpiesznie. – To znaczy, jak się pani tutaj pracuje? Co pani robi?

– Przecież pan wie. – Uśmiechnęła się przekornie, zakładając pasmo włosów za ucho.

– Tak? – Sprawiał wrażenie, jakby nie zrozumiał.

– Projektuję kapelusze – odpowiedziała figlarnie.

– Oczywiście. – Roześmiał się. – Nie sądzę, żeby mogła pani zajmować się czymś innym.

– Dlaczego?

– To oczywiste. – Nie przestawał się uśmiechać, ale jego oczy zdradzały, że nad czymś się zastanawia. – Pani babcia mówiła, że kapelusze z pani pracowni są piękniejsze niż te, które wychodzą spod jej rąk. – Zmieszał się i ukradkiem spojrzał na Lidię.

– To prawda – przytaknęła babcia. – Porozmawiajcie sobie spokojnie, a ja zajmę się sklepem. – Podniosła się i wyszła naprzeciw dwóm kobietom, które właśnie wchodziły do atelier.

– Może jeszcze kawy? – Kamelia spojrzała na pustą filiżankę Artura.

– Nie, dziękuję. – Chwycił dyktafon, jakby chciał go włączyć. – Na czym właściwie skończyliśmy? – Próbował zebrać myśli.

– Właściwie jeszcze nie zaczęliśmy. – Nie ułatwiała mu sprawy.

– To może w końcu zaczniemy?

– W porządku, proszę pytać.

– Może usiądzie pani bliżej, będzie lepiej słychać.

Kiedy Kamelia zajęła miejsce Lidii, dziennikarz włączył dyktafon. Dalsza rozmowa przebiegała już składnie. Artur zadawał ciekawe pytania, a ona od razu na nie odpowiadała. Mówiła nawet więcej, niż początkowo zamierzała. Niewątpliwie Artur miał swoisty dar wyciągania od rozmówcy takich informacji, które ten wolałby zachować dla siebie.

– Proszę o tym nie pisać – rzuciła Kamelia, kiedy zorientowała się, że powiedziała za dużo, a ich rodzinny sekrecik gotów był ujrzeć światło dzienne. – Najlepiej niech pan o tym zapomni. – Zerknęła w stronę Lidii.

– Nie napiszę nic, na co pani nie wyrazi zgody. Zresztą dostaną panie tekst do autoryzacji. Od pań będzie zależało, czy pójdzie do druku. A tę informację puszczę mimo uszu. – Uśmiechnął się.

– Dziękuję. – Chwyciła za rąbek bluzki i zaczęła bawić się wyciągniętą nitką.

– Każdy ma jakieś problemy. Może po prostu chciała pani o tym komuś powiedzieć? – Przyjrzał się jej uważnie.

– Nie, na pewno nie miałam zamiaru informować o tym całego świata – obruszyła się.

– Nie jestem całym światem. Mam na imię Artur. – Wyciągnął rękę.

Popatrzyła na niego z zaskoczeniem, a potem podała mu dłoń.

– Kamelia. – Nieoczekiwane przejście na „ty” przypieczętowała uśmiechem.

– Tak będzie łatwiej. Nie masz nic przeciwko temu? Trochę męczyło mnie to „pani”.

– Nie. – Rozwiała jego wątpliwości. – Co chciałbyś jeszcze wiedzieć? – Poczuła się jeszcze bardziej ośmielona nagłym gestem Artura. Naprawdę dobrze im się rozmawiało.

– To już wszystko. – Roześmiał się. – Nawet nie zauważyłaś, że już kilka minut temu wyłączyłem dyktafon. To, co powiedziałaś, nawet się nie nagrało.

– To dobrze. – Znów popatrzyła w stronę Lidii, tłumaczącej coś nadąsanej klientce.

Młoda kobieta przeglądała się w lustrze, ze skwaszoną miną przechylając głowę raz w jedną, raz w drugą stronę. Co chwilę poprawiała kapelusz, który jeszcze kilka minut wcześniej kusił oczy przechodniów zza wystawowej szyby.

– Pójdę już. – Artur nagle wstał, wkładając dyktafon do kieszeni spodni. – Cieszę się, że cię poznałem. Fajnie się z tobą rozmawiało. Zresztą z twoją babcią też… – Obejrzał się w stronę Lidii, a ona uśmiechnęła się do niego. – Kiedy tekst będzie gotowy, od razu go prześlę. Artykuł powinien ukazać się w przyszłym miesiącu. Te zdjęcia, które dała nam pani Lidia, są doskonałe, więc umieścimy je w tekście.

– Świetnie.

– Naprawdę będzie mi przyjemnie pisać na tak ciekawy temat. Ostatnio wciąż wpadały mi nudne sprawy.

– Mówisz serio? – Rozbawiona uniosła brwi.

– Bardzo poważnie. A dziwi cię to? – Starał się nie roześmiać.

– Trochę… Wiesz, atelier z kapeluszami i dwie modystki to raczej nie jest temat dla mężczyzny.

– A jaki według ciebie powinien być temat dla mężczyzny?

– Nie wiem… Może jakaś nocna ustawka kiboli Wisły i Cracovii. – Wzruszyła ramionami.

– Lubię mecze, ale nie aż tak. Znalazłem inne hobby. A nawet kilka… Zawsze byłem niezdecydowany. – Uśmiechnął się tajemniczo.

W tej samej chwili oboje spojrzeli w stronę gabloty. Toczyła się tam niezbyt przyjemna dyskusja, o czym świadczyły podniesione głosy. Lidia bezskutecznie starała się coś wyperswadować kapryśnej klientce, która zaborczo przyciskała kapelusz do piersi, jakby nie miała zamiaru się z nim rozstać.

– Przepraszam cię – zwróciła się Kamelia do Artura, po czym wstała i ruszyła babci na pomoc.

Mężczyzna skierował się do drzwi, ale czując w powietrzu awanturę, usunął się na bok i zatrzymał przy wystawie.

– Jak można prezentować na wystawie kapelusz, który nie jest na sprzedaż?! – krzyczała młoda kobieta o twarzy dziecka i fryzurze matrony, złożonej z mnóstwa dziwnie skręconych loków w nienaturalnym, mahoniowym kolorze.

Lidia popatrzyła na wnuczkę ze współczuciem, ale jednocześnie tak, jakby właśnie chciała powiedzieć: „A nie mówiłam?”.

Kamelia nabrała powietrza, babcia rzeczywiście nie raz ją upominała. „Nie kładź tam tego kapelusza”, mówiła jeszcze wczoraj, „On ma już swoją właścicielkę. Pani Józefa ma przyjść po niego już jutro”.

Kamelia jednak zbagatelizowała te słowa. Czasami potrafiła być nawet bardziej uparta od swojej matki. Wyglądało na to, że teraz będzie musiała ponieść konsekwencje własnej przekory.

Kamelia łudziła się, że obłaskawi rozzłoszczoną klientkę łagodnym uśmiechem, który zwykle był jej niezawodną bronią. Jednak uśmiechnięta twarz młodej sprzedawczyni nie zrobiła na gościu żadnego wrażenia, a jedynie wzmogła jeszcze irytację.

– Przepraszam panią bardzo za to całe zamieszanie – zaczęła dyplomatycznie Kamelia.

– Zamieszanie?! – Kobieta zbliżyła się do niej i demonstracyjnie ścisnęła kapelusz.

– To jeden z naszych stałych modeli. W ciągu kilku dni zrobimy dla pani identyczny.

– Nie chcę identycznego! Byłam zdecydowana właśnie na ten egzemplarz!

– Ten jest trochę nietypowy, dość głęboki. Klientka, która go zamówiła, zastrzegła, że musi zmieścić się pod nim duży kok. – Dziewczyna starała się ratować sytuację.

– Według mnie jest idealny, właśnie takiego szukałam. – Kobieta pochyliła głowę i spojrzała na przytulony do piersi kapelusz jak na obiekt największego pożądania.

– Nie wiem, czy zdaje sobie pani sprawę, że najładniej leżą kapelusze szyte na miarę. Takiego modelu nic nie zastąpi. Mamy wprawdzie do sprzedaży wiele gotowych egzemplarzy, ale to nie to samo.

Widząc zawziętą minę klientki, Kamelia opuściła ręce z rezygnacją. Kobieta zmrużyła zaś chytrze oczy i kokieteryjnie przechyliła głowę.

– Niech będzie. Będę potrzebowała tego kapelusza dopiero za dwa tygodnie, na wyjazd do Maroka. O tej porze roku panują tam podobno nieziemskie upały. Czy pani sądzi, że ta tkanina dostatecznie uchroni moje włosy przed promieniami słonecznymi? – spytała słodko.

– Naturalnie. – Kamelia uśmiechnęła się swobodniej, zorientowawszy się, że awantura została zażegnana.

Kobieta odłożyła kapelusz na jedną z półek gabloty.

– W takim razie proszę zdjąć miarę! – Teraz mówiła już całkiem łagodnie.

Kolejne minuty zeszły Kamelii na nieco męczącej naciąganej rozmowie. Dopiero kiedy klientka opuściła atelier, Kamelia uśmiechnęła się z ulgą. Popatrzyła na babcię.

– Tyle razy upominałam cię, żebyś nie kładła na wystawę zarezerwowanych modeli. – Lidia nie mogła sobie darować uszczypliwości, choć zdawała sobie sprawę, że to pewnie i tak nic nie da. Wnuczka była piekielnie zdolna i to działało na jej korzyść. Lidia mogłaby jej wybaczyć każde potknięcie, ale nieczęsto miała ku temu okazję, Kamelia rzadko popełniała gafy. A jeżeli już zaliczyła jakąś wpadkę, z wrodzoną gracją szybko naprawiała błąd. Dzisiejsze nieporozumienie było tego idealnym przykładem.

Kamelia przemilczała słowa babci nie dlatego, że chciała uniknąć kolejnej dyskusji, ale przy wystawie wciąż stał ich gość. Gdy klientka wyszła z atelier, Artur podszedł do Kamelii.

– Będę uciekał, nie chciałem wyjść bez pożegnania. – Zauważył jej zdziwione spojrzenie.

Sądziła, że dziennikarz wymknie się zaraz po tym, jak rozgorzała awantura. Ta cała sytuacja była nieprzyjemna i krępująca.

– Nie zatrzymuję cię – odrzekła.

– No to cześć – rzucił, a potem pożegnał się z Lidią. Gdy wyszedł, jeszcze pomachał zza szyby.

Lidia nie wracała już do wcześniejszego tematu. Kamelia najpierw zabrała się do ratowania wymiętoszonego kapelusza dla pani Józefy, potem zajęła się realizacją zamówienia kapryśnej klientki. Całe popołudnie poświęciła zaś modelowi przeznaczonemu na jubileuszowy show. Zdjęła go z formy, równo podcięła, podszyła, lekko wyginając go nad parą. Ozdabianie zostawiła na następny dzień. Przemieszczała się między pracownią a atelier jak zwinna kotka na znajomym terenie. Liczyła, że Magda dzisiaj wpadnie, w końcu jej salon znajdował się zaledwie kilkadziesiąt metrów stąd. Czasami widywały się nawet kilka razy w ciągu dnia. Jednak przyjaciółka zadzwoniła i poinformowała, że dziś się nie zobaczą, bo pojechała do Łodzi po nowe tkaniny, które dopiero co dotarły do hurtowni. Wciąż nie miała gotowych pięciu sukienek na pokaz, choć większość modeli już dumnie prezentowała się na wieszakach.

Kuchenny zegar wybił dziewiętnastą. Kamelia zebrała ze stołu puste miseczki po purée z brokułów i odniosła do zlewu. Lidia w okularach na nosie czytała „Gazetę Krakowską”, uśmiechając się od czasu do czasu. Usadowiła się wygodnie na krześle i nie odrywała wzroku od artykułu. Właśnie taką babcię Kama zobaczyła, kiedy pierwszy raz przybyła do jej mieszkania. Stanęła wtedy z matką w drzwiach kuchni i poczuła się, jakby trafiła na nieznany ląd, na którym z obawą stawia się pierwszy krok. Najpierw z niepokojem wpatrywała się w nieznajomą twarz starszej pani, która podobno była jej babcią, a potem wodziła okrągłymi ze zdziwienia oczami po wnętrzu. Wydawało jej się zupełnie inne niż pachnąca szafranem i kurkumą przestronna kuchnia w Munnarze, za której oknami rozciągały się plantacje herbaty, zazwyczaj skąpane we mgle, a szczupła, wysuszona jak rodzynka kucharka Safira każdego dnia wyczarowywała kolorowe, wymyślne potrawy, które podawała na tacach rodzinie siedzącej przy lśniącym stole z tekowego drewna. Tamtego pamiętnego dnia kuchnia babci wydała się dziewczynce bardzo ponura i obca. Kama zmarszczyła ciemne brwi, złapała mamę w pasie, ukrywając zadziwioną twarzyczkę w oranżowym sari, wciąż przesiąkniętym znajomym zapachem Indii. Okazało się, że bardzo szybko polubiła to nowe miejsce i nieznajomą kobietę z pasemkami biało-ciemnych włosów, tak inną od Hindusek. Nic więc dziwnego, że przyglądała się starszej pani z dużym zainteresowaniem. Lidia też patrzyła na nią z ciekawością, a na styku ich spojrzeń pęczniało ziarenko zaufania, które już po kilku dniach pękło, uwalniając małą roślinkę. Roślinka ta właściwie pielęgnowana urosła i zakwitła bardzo szybko, wypełniając smutne dotychczas kąty szczególnym zapachem miłości.

Od tamtego czasu kwadratowa kuchnia, którą urządziła jeszcze Brygida, niewiele się zmieniła. Właściwie tylko przybyło w niej kilka drobiazgów i kolor ścian przybrał nowy odcień jasnej lawendy. Na sepiowym kredensie niezmiennie bieliła się porcelanowa zastawa, a przy hebanowym stole, zawsze nakrytym szydełkowym obrusem, ustawiono równo cztery krzesła o siedzeniach obitych lekko już przetartym liliowym pluszem. Przy jednym stał ulubiony podnóżek Brygidy. Po śmierci ciotki Lidia nie odważyła się go wyrzucić. Tkwił więc dumnie w tym samym miejscu, jakby czekał na właścicielkę. Od śmierci Brygidy minęło niewiele czasu i Lidia z Kamelią często odnosiły wrażenie, że duch zaradnej cioteczki jest tuż obok i przysłuchuje się ich rozmowie. W takich chwilach przeważnie milkły na chwilę. Nigdy nie mówiły na ten temat, ale obie wciąż odczuwały w mieszkaniu obecność niematerialnej istoty. Kimkolwiek ona była, Kamelia podejrzewała, że to ciotka, która od młodości była przesadnie zakochana we własnym mieszkaniu – zachowywała się dyskretnie, nie przesuwała ulubionych przedmiotów ani nie trzaskała złośliwie drzwiami, jak to podobno czynią zjawy. I tylko czasem Lidia z Kamelią odczuwały lekki powiew chłodnego powietrza, który sprawiał, że obie spoglądały sobie w oczy, rozumiejąc się bez słów. Było więc całkowicie naturalne, że zarówno podnóżek, jak i wiele innych przedmiotów, którymi Brygida przez lata ozdabiała ukochane cztery kąty, muszą pozostać na swoich miejscach. Nad stołem, na zachodniej ścianie kuchni wisiał portret wuja Roberta, ojca Brygidy, mężczyzny o ciemnych włosach, sumiastych wąsach, bujnych bokobrodach i skupionym, a jednak łagodnym spojrzeniu. Wuj przyglądał się im czujnie, za każdym razem gdy siadały przy stole. Chcąc nie chcąc, zawsze więc czuły jego obecność. W pokoju gościnnym przy jednej ze ścian stała klonowa biblioteczka, na której stały oprawione w zieloną skórę dzieła klasyków. Ściany pomieszczenia oklejono angielską tapetą w dyskretny kwiatowy wzór w odcieniu chłodnego błękitu. Lidia, decydując się kilka lat wcześniej na niewielki remont, który w głównej mierze polegał na tapetowaniu i malowaniu ścian, wybrała deseń, który podobał się ciotce. Na jednej z półek szerokiej etażerki wciąż siedziały te same kruche, porcelanowe lalki, ubrane we frymuśne falbanki i koronki. Pod nimi na białych wykrochmalonych serwetkach znalazły miejsce większe i mniejsze puzderka: owalne, mosiężne i ceramiczne, z malowanymi lub grawerowanymi wieczkami. W dwóch większych skrzyneczkach z orzechowego drewna ukrywały się sznury lśniących pereł, jaskrawych korali i kilka misternej roboty łańcuszków z uroczymi wisiorkami, które Brygida dostała od ojca. O boczną ściankę najniższej półki opierała się porcelanowa tancerka z odłamaną nogą. Towarzyszył jej orszak złożony z innych figurek, dla których czas okazał się bardziej łaskawy. Kilka razy w tygodniu Lidia przecierała meble miękką frotową ściereczką nasączoną woskowym płynem o zapachu kamfory i eukaliptusa, którego zawsze używała ciotka. Wciąż można było go kupić u pewnego stolarza, który zajmował się renowacją mebli. Wąski szezlong w kolorze morskiej zieleni, odsunięty o kilkanaście centymetrów od północnej ściany po to, żeby uniknąć nieestetycznych śladów otarć, wyglądał tak, jakby wciąż czekał na swoją panią. Ciężkie żakardowe zasłony w granatowo-srebrny wzór rozdzielały dwa okna przysłonięte mocno marszczonymi firankami w odcieniu tak intensywnej bieli, że zdawała się ona dominować w całym pomieszczeniu. I nawet duży okrągły dywan, którego wzór tworzył mieszaninę kolorów wijących się obok siebie niczym splątane łodygi roślin o różnych kwiatach, nie mógł odwrócić uwagi od mlecznych okien. Między szezlongiem a dywanem stał klonowy stolik na grubych wygiętych nóżkach. Brygida tak dalece upodobała sobie ten gatunek drewna, że oprócz kuchni, którą zdominowały ciemne meble, to właśnie z jasnego drewna klonowego wykonana była większa część wyposażenia mieszkania.

Prostokątne pomieszczenie graniczące z pokojem dziennym, niegdyś sypialnia Brygidy, zachowało dawny wystrój, skromny, niemal ascetyczny, pozbawiony zbędnych bibelotów, które piętrzyły się na półkach w pokoju gościnnym. Zszarzały błękit ścian potęgował uczucie lekkiego chłodu. Wąskie łóżko nakrywała ulubiona narzuta, a na dwuskrzydłowej szafie stał ukochany okrągły, skórzany kufer Brygidy. W holu, którego ściany ozdabiała tapeta w kremowo-błękitne pasy z drobnymi liśćmi srebrzystego bluszczu, znajdowały się skryte za dopasowaną kolorystycznie kotarą wąskie schodki prowadzące do niewielkiego pokoiku na poddaszu i jeszcze troje białych drzwi. Za jednymi z nich mieściła się skromna łazienka, gdzie znajdowały się tylko najbardziej potrzebne sprzęty: wanna, umywalka, owalne lustro, mosiężny stelaż z półkami i dopiero co zakupiona pralka. Drzwi pokoju Kamelii przeważnie pozostawały zamknięte. Jego ściany przesiąknięte były zapachem ulubionego kadzidła Nag Champa. Lidia go nie znosiła, miała na nie alergię. Gdy tylko słodki korzenny zapach rozchodził się po domu, natychmiast zaczynała kichać. Dlatego Kamelia starannie zamykała drzwi. Ten pokój był inny niż większość pomieszczeń w mieszkaniu. Na gładkich ścianach w kolorze dojrzałej mandarynki wisiały zdjęcia w mahoniowych ramkach wykonane przez Danielę. Przedstawiały ciekawe miejsca: Chichen Itza – założone przez Majów na Jukatanie, miasto Karakorum, jezioro Kaali w Estonii powstałe po uderzeniu w ziemię meteorytu, Waranasi, miasto położone nad świętą rzeką Ganges, Tadż Mahal – symbol Indii i jednocześnie miłości, Pałac Wiatrów i obserwatorium astronomiczne w Dżajpurze. Zdjęć z Indii było najwięcej, zajmowały jedną ze ścian, przy której stało niziutkie, szerokie łóżko z palisandrowego drewna, nakryte wzorzystą, orientalną narzutą w dominującym odcieniu czerwieni. Na przeciwległej ścianie pomiędzy fotografiami rozpychała się okazała tekowa szafa z okrągłymi mosiężnymi okuciami. Na górnej części bliźniaczych drzwiczek dwa patynowane słonie unosiły trąby w radosnym tańcu, jakby wciąż witały się z właścicielką. Kamelia wybrała tę szafę w jednym ze sklepów kolonialnych właśnie ze względu na słonie. To były jej ukochane zwierzęta. A szczególnym sentymentem darzyła drewnianego słonika, którego dostała od ojca. Teraz ta jedyna pamiątka z wczesnego dzieciństwa stała na biurku pod oknem obok patchworkowej serwetki. Króciutka firanka niczym woalka na twarzy dostojnej damy przysłaniała tylko część szyby, przez co Kamelia miała idealny widok na podwórze. Na środku parapetu stała gardenia o bielutkich kwiatach, przypominających rozkwitłe różyczki. Jej słodki zapach, mieszając się z wonią kadzidła, sprawiał, że pokój Kamelii był tak różny od reszty mieszkania. Przez swoją egzotyczność wyglądał nawet jak z innej epoki. Zawsze stanowił dla Kamelii azyl, w którym czas płynął inaczej niż ten, według którego żyła większość ludzi. Zdarzało się, że kiedy leżała nocą w łóżku i spoglądała na czarny fragment nieba, na którym rozbłyskiwały gwiazdy, była pewna, że będąc jeszcze dzieckiem, zabrała z Indii tamten inny czas, upychając go obok drewnianego słonika w małej szmacianej torebce wyszywanej koralikami. A potem, kiedy już nauczyła się żyć w kraju babci, kiedy ją pokochała, odważyła się otworzyć torebkę, która nadal pachniała znajomym Munnarem, i uwolniła tamten czas. Od tamtej pory żyła według niego, trochę niechronologicznie i po swojemu. Rzadko spoglądała na zegarki, które w kulturze Zachodu były głównym miernikiem czasu, a jednak zawsze znajdowała się we właściwym miejscu o odpowiedniej porze. Z półki ściennej, na której prezentowały się figurki różnych bóstw indyjskich, zwisała mala, której okrągłe, drewniane paciorki, zakończone pędzelkiem z czerwonych nici, nieustannie przypominały Kamelii o tym, skąd pochodzi. Mala też była pamiątką z dzieciństwa w Indiach. Kiedyś należała do Danieli. Matka, zrywając więzi z dawnym życiem, zostawiła w swoim panieńskim mieszkaniu kilka przedmiotów, które przypominały jej o tamtym okresie. Do tej pory na wieszaku ściennym tuż przy szafie wisiało jej pomarańczowe sari. Zrzuciła je wówczas z siebie jak niewygodny pancerz i dość szybko przeobraziła się w nową osobę, zrywając z indyjskim, krępującym ją życiem. Sari było w pewnym sensie pamiątką po mamie, ale Kamelia powiesiła je w widocznym miejscu bardziej dlatego, że po prostu lubiła na nie patrzeć. Lidii nie podobał się wystrój pokoju wnuczki, ale doskonale rozumiała jej potrzebę wyrażania odmiennej, egzotycznej natury. „Tak tutaj pstrokato, że aż kręci mi się w głowie”, mówiła zazwyczaj, gdy przekraczała próg. Czasami tylko krzywiła się, patrząc z dezaprobatą na podstawkę z kadzidłami. I nieważne, czy któreś się paliło, Lidia i tak zawsze wykrzywiała usta w charakterystyczny sposób, przykładając do nich dłoń.

Lidia zamknęła gazetę, zdjęła okulary i spojrzała na Kamelię, która już od dłuższego czasu stała przy zlewozmywaku i nie odrywała od babci wzroku. Za to starsza pani sprawiała wrażenie, jakby dopiero teraz ją zauważyła.

– A co ty tak na mnie patrzysz?

Kamelia speszyła się, zupełnie jak przyłapana na gorącym uczynku. Tak samo się czuła, gdy jako kilkulatka podkradała z jednej z szuflad w kredensie krówki zawinięte w jasnobeżowe papierki. Cukierki miały cudowny smak i miękką, ciągnącą się konsystencję. Lidia zwykle przyłapywała ją z ustami zapchanymi karmelową mazią, a Kama mrużyła wówczas oczy i zawadiacko uśmiechała się do babci, pewna, że starsza pani i tak puści jej to płazem. Teraz też, stojąc naprzeciw babci, próbowała uśmiechnąć się tak jak w dzieciństwie. I udałoby jej się to na pewno, gdyby nie brak karmelowych cukierków.

– Może powinnaś wyjść na wieczorny spacer. Jeśli chcesz, pójdziemy razem… – Kamelia popatrzyła w otwarte okno. Spod krótkiej koronkowej firanki do środka wniknął podmuch wiosennego powietrza. Mimo że kuchenne okno wychodziło na zazwyczaj gwarny rynek, gdzie smród spalin mieszał się z różnorodnymi zapachami miasta, teraz w ten ciepły majowy wieczór powietrze pachniało inaczej, subtelniej.

– Chyba dzisiaj położę się wcześniej – stwierdziła Lidia sucho, gładząc dłonie.

O ile dotąd sprawiała wrażenie spokojnej, o tyle teraz jej twarz zdradzała niepokój.

– Może powinnaś… – zaczęła Kamelia nieśmiało, ale pod wpływem surowego wzroku babci natychmiast urwała.

– Wiem, co powinnam. Położę się! – oznajmiła Lidia stanowczo, podnosząc się niezgrabnie z krzesła.

Kamelia zamilkła. W takich chwilach jak ta, kiedy jej łagodna, kochana babcia zmieniała się w jakąś obcą kobietę, dziewczyna nie potrafiła z nią rozmawiać. Nie była w stanie jej pomóc.

Lidia zbliżyła się do okna i je zamknęła.

– Straszny dziś gwar na ulicy. – Skrzywiła się.

Rzadko przeszkadzał jej ruch uliczny. Zazwyczaj wieczorem wychylała się przez okno i z przyjemnością przypatrywała przechodniom i pobliskiemu zieleniakowi. Ale teraz babcia nie była tą spontaniczną, tak znajomą kobietą.

Mimo późnej pory Kamelia nie mogła usnąć. Wciąż nasłuchiwała kroków Lidii w korytarzu, gotowa w każdej chwili za nią pobiec. Na oparciu krzesła równo wisiało ubranie, a dziewczyna, chociaż nie miała tego w zwyczaju, jakoś częściej zerkała na stojący na szafce zegar. Koło pierwszej usłyszała szmer. Usiadła, opuściła nogi na dywan, starając się od razu zlokalizować źródło hałasu. Podeszła do otwartego okna. Wychyliła się. Na podwórku było prawie ciemno. W żadnym z mieszkań już nie paliło się światło i jedynie trzy patykowate lampy solarne wbite w trawnik rzucały nikły blask na fragment dziedzińca.

Drgnęła. Znów ten sam odgłos wyraźnie dochodzący zza drzwi. Coś jak tupot mysich łapek. W mieszkaniu nigdy nie grasowały myszy. Włączyła światło i zajrzała do holu. Zauważyła ruch zasłonki odgradzającej wejście na poddasze. Podeszła pod drzwi pokoju babci. Przekroczyła próg, nasłuchując. Spokojny, miarowy oddech Lidii świadczył o tym, że śpi. Po chwili dziewczyna wycofała się do holu. Wsunęła rękę za kotarę, wymacała kontakt i nacisnęła. Schody zalała fala mdłego światła z kinkietu wiszącego w górnej części schodów. Kamelia postawiła stopę na pierwszym stopniu i powoli ruszyła na górę. Pochyliła głowę, przechodząc pod belką niskiego stropu, z której zwisał pęk suszonej werbeny o wyblakłych już liliowatych kwiatach. Wyprostowała się. Przed sobą, w maleńkim korytarzyku miała tylko jedne drzwi. Mimo obaw szarpnęła za klamkę. Nie mogło być inaczej, nawet nie drgnęły. Właściwie nie powinno jej to dziwić. Niewielka facjatka zawsze była zamknięta, więc Kamelia trzymała się od poddasza z daleka, nawet nie wiedziała, gdzie znajduje się klucz. To miejsce ją fascynowało i zarazem budziło w niej nieuzasadniony lęk. Właściwie nie było tam nic szczególnego, tylko stare pęknięte lustro w mosiężnej ramie, zakurzona kanapa, szafa pełna starych ubrań i stojący pod maleńkim witrażowym okienkiem stolik z dziwacznym krzesłem z nadłamanym oparciem, o wysokich, zbyt szeroko rozstawionych nóżkach. Jednak już w dzieciństwie pojawiła się u niej podszyta lękiem ciekawość, którą czuła do tej pory. Jak gdyby oprócz nikomu niepotrzebnych przedmiotów znajdowało się tam coś jeszcze. Co to było? Nie próbowała dociekać, bo kiedy starsze panie ustaliły, że facjatka nie będzie im do niczego potrzebna – wszak dysponowały sporym metrażem – Kamelia odwiedzała to miejsce bardzo rzadko. Różniło się ono całkowicie od reszty mieszkania. Wąski korytarz prowadzący na poddasze spowijała ciemność i nawet jeśli zapaliło się światło, w powietrzu i tak unosił się nastrój ponurej tajemnicy. Kiedy więc teraz stanęła naprzeciw wejścia na facjatkę, natychmiast zapragnęła znaleźć się na dole. Wstrząsnął nią dreszcz, jakby szczeliną pod drzwiami wydostał się podmuch zimnego powietrza. Mimo to stała tak dłuższą chwilę, wpatrując się w odrapane białe futryny. Wtem znów usłyszała odgłos, który wyciągnął ją z łóżka. Odwróciła się, robiąc krok tak gwałtownie, że uderzyła głową w belkę. Zaklęła w duchu i chwyciła się za czoło. Pęczek wyschniętej werbeny zakołysał się niespokojnie, gubiąc kilka listków. Ruszyła wolno w dół po schodach, uważnie omijając stare sprzęty, które tam stały. Gdy znalazła się w holu, natychmiast wyłączyła światło, ganiąc się w duchu za ekscentryczny pomysł nocnej wycieczki. Rozejrzała się czujnie wokół, nasłuchując. Odpowiedziała jej cisza. Wróciła do swojego pokoju. Zanim weszła do łóżka, jeszcze raz zbliżyła się do okna i spojrzała na podwórze. Cisza i lekko zabielona ciemność – tylko to zobaczyła. Zaraz potem usnęła. Niezidentyfikowany odgłos już nie wrócił.

Tę noc Lidia najwyraźniej przespała spokojnie, bo skoro świt ranny ptaszek przyfrunął do kuchni. To raczej Kamelia była w kiepskim nastroju i kiedy tylko znalazła się w kuchni, postanowiła poratować się kawą. Babcia ją ubiegła, stawiając przed wnuczką duży kubek, z którego unosiła się aromatyczna chmurka. Potem otworzyła okno na całą szerokość i jak to miała w zwyczaju, przez kilka minut radośnie wpatrywała się w budzącą się ulicę. Gwar potęgował się z minuty na minutę, a dobry nastrój Lidii rósł wraz z nim. Po szybkim śniadaniu zeszły obie do atelier. Mimo dobrego humoru Lidii Kamelia wciąż bacznie przyglądała się babci. Gdy tylko znalazła się w pracowni, natychmiast zadzwoniła do Bonifratrów i umówiła babcię na wizytę, licząc na to, że odpowiednio dobrane zioła jej pomogą. Zaraz potem otworzyła okno. Panna Melania z Petunią akurat opuszczały podwórze. Suczka grzecznie dreptała przy nodze swojej pani, pośpiesznie przebierając krótkimi łapkami. Sąsiadka uniosła tylko rękę na powitanie i już po chwili zniknęła za bramą kamienicy. Kamelia podeszła do stołu, przy którym szyła kapelusze. Model, nad którym teraz pracowała, miał być skromny, nie wymagał z jej strony zbyt dużo zaangażowania. Właściwie wystarczyło go tylko równo przyciąć, podszyć wstążką i ozdobić. Już wiedziała, jak będzie wyglądać, gdzie powinna doszyć czerwone koraliki, aby utworzyły ciekawy wzór. Kiedy zaczynała pracę, wszystko inne przestawało mieć dla niej znaczenie. Tak było i tym razem. Zanim wygodnie rozsiadła się na krześle, jeszcze raz wychyliła się przez okno i zerwała dwie gałązki rozkwitłego bzu. Potem włożyła je do flakonika z wodą i postawiła na stole między koralikami, paskami kolorowych wstążek, taśmą krynolinową i efektownymi koronkami, czekającymi na swoją kolej. Usiadła i sięgnęła po malinowy kordonek. W tej samej chwili do pracowni wpadła Magda. Jej włosy w odcieniu soczystej pomarańczy przyciągały wzrok bardziej niż zazwyczaj. Sterczały zadziornie w górę na kilka centymetrów. Przypominały zadbany trawnik. Kamelia domyślała się, że chcąc poskromić gęstą czuprynę, przyjaciółka prawdopodobnie musiała użyć sporej ilości żelu.

– Cześć. – Magda stanęła w progu, zanurzając palce w sztywnych pasmach.

– Cześć. – Kamelia rzuciła niedbale kordonek pomiędzy kawałki pociętej klejonki i wstała, żeby się przywitać.

– Jestem wykończona – powiedziała Magda z emfazą i gdy tylko rytuał powitalny został dopełniony, klapnęła na taboret. Jej dłonie natychmiast powędrowały ku stercie ozdób. Dotykała splątanych nici, które po aptekarsku zaczęła rozdzielać.

– Co załatwiłaś? – spytała spokojnie Kamelia, stawiając przed przyjaciółką dużą filiżankę kawy.

– Wczoraj sprzyjało mi szczęście. Nie wiem, czy przypadkiem nie wykorzystałam całej puli. Oby tak dalej… – Nie przerywając segregowania ozdób, wzięła kilka łyków kawy.

– Mów jaśniej, kochana. – Kamelia rozparła się wygodnie na krześle.

– Mam już wszystko. Mogę zacząć szyć ostatnie sukienki. Jeszcze wczoraj skroiłam tę śliwkową kieckę. Wiesz… tę z doszywanymi piórkami. Piórka też mam, jak i całą masę innych rzeczy! – Uśmiechała się między kolejnymi łapczywymi łykami.

– Świetnie – skwitowała Kamelia.

– Kiedy wpadniesz?

– Właściwie…

– Wiesz, że bez ciebie nie postawię kropki nad „i”. Nie lubię sama podejmować decyzji, to zbyt ryzykowne. A jeśli chodzi o ten show… – westchnęła – chyba jeszcze nigdy wcześniej nie byłam tak podekscytowana. Ciekawe, co na to twoja babcia? – spytała retorycznie i spojrzała w okno.

– Jak ci się podoba? – Kamelia chwyciła rubinowy kapelusz i podsunęła przyjaciółce pod nos. – Właśnie miałam się nim zająć.

Oczy Magdy rozbłysły.

– Ten kolor jest rewelacyjny!

– Też tak myślę. – Kamelia odłożyła kapelusz, nie przestając mu się jednak przyglądać.

– Już to widzę! Sądzę, że będzie idealnie pasował do ostatniej sukienki. Normalnie mnie nosi! – Magda roześmiała się jak dziecko, a jej zazwyczaj jasna cera zaróżowiła się, zdradzając entuzjazm. Dziewczyna podciągnęła do łokci rękawy batystowej bluzki z głębokim dekoltem wykończonym koronką, powachlowała ręką tuż przed oczami i westchnęła radośnie. – Ciepło dziś.

Kawa zniknęła błyskawicznie i już pół godziny później Magda stała przy drzwiach, gotowa do wyjścia.

– W takim razie meldujesz się u mnie po dwunastej – rzuciła na pożegnanie.

– Na rozkaz! – zażartowała Kamelia. – Dobiorę się tylko do tego kapelusza. – Zmarszczyła zabawnie czoło, przypatrując się efektowi swojej pracy.

– Aha! – Magda oparła się o framugę. – Kama, pod żadnym pozorem nie planuj nic na jutrzejsze popołudnie. – Zrobiła tajemniczą minę.

– Jutrzejsze? – Kamelia uśmiechnęła się, udając, że się zastanawia.

– Tak, jutrzejsze. I nie udawaj, że nie wiesz, co się święci. Raz w życiu kończy się dwadzieścia siedem lat.

– Tak, rzeczywiście, raz w życiu…

– Więc na jutro, zaraz po zamknięciu atelier, nic nie planuj. – Magda puściła do Kamelii oko. – A teraz już zmykam, bo czas przecieka mi dzisiaj przez palce.

– To go złap. Popatrz na mnie… – Kamelia rozparła się wygodnie na krześle.

– Nawet mnie nie denerwuj. Ty i to twoje holistyczne podejście do życia. Kochana, nigdy nie będę taka jak ty. Nie każdy rodzi się w połowie Hinduską.

– Kocham twoją chaotyczność. – Kamelia też puściła oko do przyjaciółki i posłała jej całusa.

Magda znów poprawiła marszczenie koronki, która ciągle zwijała się jej nad obfitym biustem, i wybiegła z pracowni jak burza. Jeszcze przez chwilę Kamelia słyszała pełen entuzjazmu głos, gdy przyjaciółka z zapałem rozmawiała z Lidią. Po kilku minutach jednak wokół zrobiło się cicho. W atelier od rana panował spokój. Nieliczne klientki dość szybko podejmowały decyzje, dlatego Kamelia bez wyrzutów sumienia tuż przed dwunastą zostawiła Lidię samą i udała się do salonu Magdy. Udzieliło jej się

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Copyright © by Dorota Gąsiorowska

Projekt okładki

Zuzanna Weremiuk

Fotografia na okładce

Copyright © Susan Fox / Trevillion Images

Redakcja

Dorota Pacyńska

Opieka redakcyjna

Monika Kucab

Agata Pieniążek

ISBN 978-83-240-4854-0

30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

E-mail: promocja@miedzy.slowami.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Karminowe serce Dziewczyna ze sklepu z kapeluszami Melodia zapomnianych miłości Antykwariat spełnionych marzeń Primabalerina Marzenie Łucji 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie