Taniec młynarza (Poldark #9)

Taniec młynarza (Poldark #9)

Autorzy: Winston Graham

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Obyczajowe Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 23.90 zł

Kornwalia, 1812–1813

W nowym roku rodzina Poldarków z Nampary staje wobec wielu nieoczekiwanych wyzwań. Ross i Demelza dostają niepokojące nowiny. Clowance, która niedawno wróciła do Kornwalii po triumfach w Londynie, przekonuje się, że jej romans ze Stephanem Carringtonem jest nie tylko źródłem szczęścia, lecz również goryczy.

Trwa wojna w Hiszpanii, a sytuacja polityczna Wielkiej Brytanii z każdym dniem jest coraz bardziej niejasna. Poldarkowie i Warlegganowie wkraczają w nową, burzliwą epokę, równie skomplikowaną i zmienną jak kroki tańca młynarza...

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

KSIĘGA PIERWSZA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

KSIĘGA DRUGA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

KSIĘGA TRZECIA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: THE MILLER’S DANCE

Redakcja: Beata Kołodziejska

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka / Aureusart

Zdjęcia na okładce: © Mark Owen / Arcangel Images

Korekta: Igor Mazur

Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska

Copyright © Winston Graham 1982. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Wyżyński, 2018

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-745-3

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Chciałbym podziękować Tony’emu Woolrichowi

za cenną pomoc i rady,

zwłaszcza dotyczące aspektów technicznych

wysokoprężnych kotłów parowych

KSIĘGA PIERWSZA

Rozdział pierwszy

I

W szarym dniu w lutym tysiąc osiemset dwunastego roku naprzeciwko plaży Hendrawna na północno-zachodnim wybrzeżu Kornwalii rzuciły kotwice dwa statki. Pierwszym był bryg Henry, a drugim slup o nazwie Elizabeth. Między nimi unosiła się na wodzie lichtuga z ogromną metalową konstrukcją przypominającą martwego wieloryba. Było także sześć szalup i dwa gigi, w tym Nampara Girl. Na plaży roiło się od pomocników i gapiów.

W normalnych okolicznościach żaden kapitan nie zaryzykowałby w lutym podpłynięcia tak blisko niebezpiecznej, niegościnnej plaży, ale po huraganach i wichurach szalejących w listopadzie, grudniu i styczniu nadszedł okres mrozów. Wieczorami pojawiał się szron, który znikał w południe – było to normalne zjawisko w tej okolicy; oznaczało, że wiatr ucichł i morze jest spokojne. Przez pewien czas obawiano się nawet, że plany pokrzyżuje nagła cisza morska, jaka czasem następuje po długotrwałych sztormach, ale dwa dni później powiał leciutki wietrzyk z północnego wschodu i w poniedziałek rano przed świtem statki wypłynęły z Hayle. Dotarły na miejsce w południe w czasie przypływu – był to pływ kwadraturowy, więc dużą część plaży pokrywał miękki piasek. Morze było spokojne i o brzeg uderzały niewielkie fale, niegroźne nawet dla dziecka.

Odległość między Namparą a Hayle, gdzie zbudowano maszynę parową, była taka sama na morzu i na lądzie, ale transport ciężkiego wyposażenia po błotnistych, pokrytych koleinami drogach i wrzosowiskach trwałby trzykrotnie dłużej, a wozy mogłyby ugrzęznąć. Droga morska wydawała się szybsza i łatwiejsza – po warunkiem że wybrano odpowiedni moment.

Najpierw rozładowano bryg. Ponieważ miał największe zanurzenie, części transportowanej maszyny należało przenieść na szalupy i tratwy daleko od lądu. W większości były to mniejsze elementy: mosiężne obejmy, zawory bezpieczeństwa, tłoki, trzony tłoków, cylindry, regulatory ciśnienia, sworznie, śruby mocujące kołnierz i pozostałe części maszyny parowej o długości stu piętnastu centymetrów. Slup Elizabeth, transportujący jedynie kocioł, podpłynął bliżej brzegu. W istocie rzeczy celowo wszedł na mieliznę na początku odpływu, ponieważ wiedziano, że gdy będzie lżejszy o siedem ton, natychmiast odzyska swobodę ruchów.

Ross Poldark przerwał na chwilę pracę, zjadł kawałek pasztetu rybnego przyniesionego przez żonę, popatrzył na plażę i powiedział:

– Nigdy nie widziałem na plaży tylu ludzi od czasu katastrofy dwóch statków po śmierci Julii.

– Nie mów o tym – odparła Demelza. – Wtedy…

– Cóż, wtedy byliśmy młodzi. Ale nie chciałbym przeżywać tego na nowo.

– Ani ja. I tego, co nastąpiło później. Jednak chciałabym mieć znowu dwadzieścia lat.

– Teraz mamy syna, który skończył dwadzieścia lat. Pracuje dziś jak szalony.

– Julia miałaby teraz dwadzieścia dwa? – zastanawiała się Demelza. – Nie, dwadzieścia jeden. W maju tego roku skończyłaby dwadzieścia dwa lata.

Ross jadł pasztet. Kiedy slup podpłynął do brzegu, na plaży ułożono pochylnię ze starych stempli kopalnianych – biegła od granicy wody do podnóża klifu. Wielki kocioł dźwignięto za pomocą kołowrotu i przeniesiono na drewnianą ramę stojącą na ośmiu lub dziewięciu drewnianych okrąglakach spoczywających na pochylni. Następnie robotnicy wskoczyli na ramę i obwiązali kocioł linami, by się nie przewrócił. Później potoczyli go pod górę po pochylni. Po każdej stronie ramy stało czterech ludzi ciągnących liny, a inni nieustannie przenosili gładkie okrąglaki z tyłu do przodu. O powodzeniu operacji nie decydowała siła, lecz zachowanie delikatnej równowagi, bo gdyby okrąglaki układano krzywo, kocioł zjechałby z pochylni i przewrócił się na piasek.

Ross popatrzył na niebo. Było ołowianoszare i zwiastowało bezgwiezdną noc. Zachowania morza naturalnie nie dawało się przewidzieć: w każdej chwili mogły się pojawić wysokie fale zapowiadające wiatr. Jednak do zmroku zostały jeszcze dwie godziny, a po wyładowaniu kotła na brzeg i przetoczeniu go do podnóża klifu nie trzeba się było już śpieszyć. Przypływ dotrze do tego miejsca dopiero za dwa dni, jeśli nie później. Mieli mnóstwo czasu, by wciągnąć kocioł na przeznaczone dla niego miejsce.

– Napij się jeszcze piwa, nim odejdziesz – powiedziała Demelza, zauważając, że mąż ma ochotę wrócić do pracy.

– Gdzie jest Clowance?

– Na plaży razem z innymi. Koniecznie chciała to zobaczyć. O tam… Widzisz jej jasne włosy?

– Obok jasnowłosego mężczyzny.

– Tak, ostatnio często się spotykają…

Ross przypomniał sobie na chwilę dzień i noc siódmego stycznia tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego roku, gdy w pobliżu plaży Hendrawna zatonęły w czasie sztormu dwa statki, po czym blisko tysiąc ludzi, w większości górników, doszczętnie ogołociło je z ładunku w ciągu jednego odpływu. Marynarze ledwo uszli z życiem i przedostali się na brzeg, celnicy i pluton żołnierzy nie zdołali powstrzymać plądrowania. Górnicy, doprowadzeni do rozpaczy przez głód i upici zdobytym alkoholem, byli nie do opanowania i próby odebrania im łupu mogły się okazać śmiertelnie niebezpieczne. Na plaży płonęły wielkie ogniska. Wokół nich tańczyły pijane postacie przypominające demony z otchłani piekielnych. Na morzu unosiły się żagle, reje, olinowanie, bele jedwabiu i baryłki brandy, o które bili się mężczyźni i kobiety. Czy to ci sami ludzie – przynajmniej część – którzy spokojnie wyładowują maszynę parową dla kopalni Wheal Leisure ponownie otwieranej na szczycie klifu? I setki mieszkańców okolicznych wiosek, którzy przyszli popatrzeć? Tamtej nocy przed wielu laty Ross oszalał z żalu po śmierci jedynego dziecka, a Demelza chorowała i znajdowała się o krok od śmierci – miała zapadnięte policzki i spoglądała na niego z łóżka pustym wzrokiem.

Teraz, przeszło dwie dekady później, nie był już udręczonym człowiekiem na skraju bankructwa. Miał pięćdziesiąt dwa lata, nie przytył (a może nawet stał się bardziej kościsty), często dolegał mu ból kostki spowodowany postrzałem otrzymanym dawno temu w Ameryce, lecz poza tym był zdrowy i nawet dość zamożny. Zasiadał w Izbie Gmin i choć nie odznaczył się w parlamencie niczym szczególnym, wyrobił sobie markę dzięki misjom zagranicznym, których się niekiedy podejmował. Zaledwie w zeszły piątek otrzymał list od George’a Canninga. Miał niewielki udział w Banku Kornwalijskim w Truro jako pełnoprawny wspólnik i odnosił coraz większe korzyści z rosnącego kapitału przedsiębiorstwa. Był właścicielem kopalni Wheal Grace, która przez blisko dwadzieścia lat przynosiła Poldarkom ogromne zyski, lecz obecnie powoli umierała z powodu wyczerpywania się złóż rudy, oraz drugiej kopalni, Wheal Leisure, którą właśnie otwierano. Posiadał udziały w zakładzie szkutniczym w Looe, zarządzanym przez swojego szwagra Drake’a Carne’a, a także udziały w piecach płomiennych w pobliżu Truro i kilka mniejszych inwestycji. Wszystko to zapewniało rodzinie komfortowe życie, choć deficytowa Wheal Grace pochłaniała trzy czwarte dochodów.

Obok Rossa stała jego żona, towarzyszka życia, z ciemnymi włosami rozwiewanymi przez wiatr, którą, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, w dalszym ciągu kochał. Była dziesięć lat młodsza, mądra i dowcipna, a z upływem czasu jej wygląd i figura niewiele się zmieniły. Lekką siwiznę pojawiającą się na skroniach starannie usuwała co tydzień farbą kupioną w St Ann’s. Ross udawał, że tego nie zauważa.

Na plaży, pod opieką załamującej ręce pani Kemp, przebywał najmłodszy i najbardziej hałaśliwy członek rodziny, czarnowłosa dziesięciolatka o imieniu Isabella-Rose, obdarzona donośnym głosem i niespożytą energią. Chwilami pojawiała się obok niej siedemnastoletnia córka Poldarków, Clowance, ubrana dziś jak obszarpaniec w granatową barchanową bluzę i granatowe spodnie podwinięte do kolan; szybko krążyła między grupami robotników, a jej jasny kucyk kołysał się w obie strony. Syn Jeremy, najstarsze dziecko Rossa i Demelzy, znajdował się na pokładzie lichtugi i dyskutował z młodym Simonem Pole’em z kuźni Harveya. Sądząc po gestach Jeremy’ego, rozmowa dotyczyła udźwigu wyciągarek i sposobu ich mocowania. Nadzór nad wózkiem, gdzie miał spocząć ogromny żuraw z żeliwa, sprawował Ben Carter, wnuk Zacky’ego i kandydat na kierownika robót podziemnych w nowej kopalni.

Właścicielem jasnej czupryny, która pojawiała się obok Clowance i o której wspomniał Ross, był Stephen Carrington, marynarz przypominający wikinga. Wyłowiono go ledwo żywego z morza szesnaście miesięcy temu, osiadł w Kornwalii i stał się znaną postacią w okolicznych wioskach. Co więcej, wyraźnie podobała mu się Clowance, która zdawała się odwzajemniać jego zainteresowanie.

W zeszłym roku, po niespodziewanym wyjeździe do Londynu i późniejszej wizycie w Bowood w Wiltshire, Clowance odrzuciła oświadczyny lorda Edwarda Fitzmaurice’a, młodszego brata markiza Lansdowne’a. To, że pozwolono jej odrzucić taką propozycję, wydawało się oczywistym dowodem nieuleczalnego, niewybaczalnego szaleństwa jej rodziców. Pani Pelham rozmawiała na ten temat z Caroline Enys, swoją siostrzenicą, i wyraziła następującą opinię:

– Byłabym w stanie to zrozumieć, gdyby lord Edward był chorym na podagrę starcem z wielkim brzuchem i słabym pęcherzem, ale ma dwadzieścia sześć lub siedem lat, zasiada w Izbie Gmin, posiada koneksje w najwyższych sferach i – dziw nad dziwy wśród naszych arystokratów – przykładnie się prowadzi. Nie jest najlepszym gawędziarzem, nie odznacza się najcelniejszym dowcipem, ale nie wygląda źle, jest silny i zdrowy. To, że panna Poldark okazała się tak nieopisanie głupia, można przypisać dziecinnej ignorancji, jednak reakcja twoich przyjaciół, jej rodziców, którzy w ogóle nie starali się przekonać córki, by przyjęła oświadczyny, to po prostu straszliwa zniewaga!

– Moja droga ciociu – odparła Caroline – musisz wiedzieć, że nigdy nie krytykuję swoich najdroższych przyjaciół, ale zdarzają się chwile – i nie jest to pierwszy taki przypadek – gdy mam nieelegancką ochotę chwycić ich za głowy i uderzyć nimi o siebie. Proszę, zmieńmy temat.

Wydawało się prawdopodobne, że najważniejsza przyczyna odrzucenia oświadczyn Edwarda Fitzmaurice’a to Stephen Carrington, nieprzewidywalny jasnowłosy przybysz z morza, człowiek czynu pomagający w budowie maszynowni kopalni Wheal Leisure w dalekiej Kornwalii, choć z racjonalnego punktu widzenia Clowance nie podobały się niektóre jego zachowania. Niewątpliwie na decyzję córki Rossa i Demelzy mogły wpłynąć również inne czynniki, zwłaszcza jej głęboka miłość do Kornwalii i zamiłowanie do życia na wolnym powietrzu, jakie prowadziła od dzieciństwa. Musiałaby zrezygnować z dzikich galopad po plaży, z kąpieli w morzu, ze spacerów boso po klifie, z beztroskiego życia dziecka natury. Zamiast tego czekałoby ją sztuczne życie w londyńskich wyższych sferach, przegrzane salony i nieszczere rozmowy. Jako młoda utytułowana dama znalazłaby się daleko od rodziny i przyjaciół.

Pani Pelham i w mniejszym stopniu Caroline uważały, że Demelza powinna rozmawiać na ten temat z córką i przekonywać ją, wskazując, że nawet w Kornwalii nie może przeżyć całego życia jak cygańskie dziecko, że musi dorosnąć, zawrzeć związek małżeński i mieć dzieci, że bogactwo, pozycja, wpływy i wybitny mąż to w obecnym świecie rzeczy niezwykle cenne, że powinna skorzystać z okazji uzyskania pozycji wielkiej damy choćby ze względu na przyszłość własnych dzieci. Jednak Demelza nie wywierała presji na córkę i okazja na zawsze przepadła.

Zamiast tego pozostał młody człowiek, Stephen Carrington, przedsiębiorczy, inteligentny, męski i niegodny zaufania. Jego obecność sprawiała, że Clowance czuła dreszcze i mocno biło jej serce. Edward Fitzmaurice nie budził w niej takich emocji. Ale czy można przewidzieć, który z nich okazałby się lepszym mężem?

Przed trzema godzinami lichtuga popłynęła prosto w stronę plaży i utkwiła dziobem w piasku. (Miała się uwolnić około północy). Długa zwłoka była celowa – czekano, aż stwardnieje piasek, by ułożyć na nim drugą pochylnię biegnącą na szczyt klifu. Gdyby zrobiono to od razu, stemple zapadłyby się w piasku pod własnym ciężarem. Była to najtrudniejsza część pracy. Gigantyczny żuraw odlany z żeliwa ważył osiemnaście ton – dwa i pół razy więcej niż kocioł. Wzdłuż drugiej pochylni z belek transportowano teraz inną, większą drewnianą ramę, pod którą znów zamierzano umieścić rolki z okrąglaków. Wciągnięcie żurawia na klif przekraczało ludzkie siły i miały tego dokonać dwa zaprzęgi złożone z dwunastu koni, po sześć z każdej strony. Rolki i ramę należało ułożyć na pochylni w ostatnim momencie, by spoczywał na niej jak najmniejszy ciężar. Wzdłuż pochylni czekało dwudziestu ludzi z workami, łopatami i łomami, na wypadek gdyby wydarzyło się coś nieprzewidzianego.

Ross i Demelza obserwowali, jak napinają się liny oplatające żuraw. Mężczyźni z trudem obracali korby dźwigów, wydawało się, że liny lada moment pękną. Po chwili żuraw zawisł nad pokładem, wystając poza statek na dziobie i na rufie. Następnie dźwigi przesunęły się powoli w bok, a tymczasem mężczyźni pilnowali klinów wbitych w burtę lichtugi, by się nie kołysała. Pod takim ciężarem musiała się poruszyć, lecz nastąpiło to powoli. Statek zakołysał się lekko, jego lewa burta zanurzyła się kilkanaście centymetrów głębiej w wodzie. W tej samej chwili żuraw opuszczono na ramę. Nagle wszyscy zaczęli się śpieszyć: robotnicy ustawili żuraw we właściwej pozycji – w odróżnieniu od kotła był płaski i istniało mniejsze niebezpieczeństwo, że zacznie się toczyć – następnie zeskoczyli z ramy i konie z wysiłkiem pociągnęły żuraw po pochylni.

Wcześniej prowadzono długie dyskusje, jak najlepiej przetransportować żuraw. Wybrano ten sposób, gdyż wydawał się najbezpieczniejszy. Ross podszedł do zaprzęgów; wyglądało na to, że wszystko idzie dobrze, choć była to wyczerpująca praca. Wózek z żurawiem powoli posuwał się do przodu. Konie brnęły po pęciny w piasku i trudno było nad nimi zapanować. Pierwszy zaprzęg prowadził Cobbledick, a drugi Jeremy.

Kiedy wózek dzieliło od klifu około trzydziestu metrów, znalazł się w miejscu, gdzie piasek był bardziej miękki, i zaczęły się kłopoty. Na plaży Hendrawna takich miejsc nie brakowało: nie było tam ruchomych piasków, lecz gdzieniegdzie prądy morskie tworzyły ławice, które nie twardniały w czasie odpływu. Pochylnia była tam lekko ugięta, a gdy znalazł się na niej wózek, zapadła się zbyt głęboko, by rolki mogły się toczyć. Konie nie były w stanie dalej ciągnąć wózka i nagle stanęły, po czym rozpętało się pandemonium. Zwierzęta cofnęły się i zaczęły wierzgać, Jeremy i Cobbledick bez powodzenia usiłowali nad nimi zapanować, wózek niebezpiecznie się przechylił i o mało nie spadł z pochylni.

Ross instynktownie chciał objąć dowództwo, ale się powstrzymał. Ben Carter wydawał już niezbędne polecenia. Pobiegł do wózka z ośmioma mężczyznami uzbrojonymi w łomy, którzy z powrotem ustawili wielki ciężar prosto na pochylni, a konie znów zaczęły równo ciągnąć. Wózek powoli ruszył naprzód, rozległy się wiwaty gapiów, lecz zaprzęgi straciły rytm. Każdy krok był gwałtownym szarpnięciem, wózek nierówno toczył się na rolkach po zapadającej się pochylni. Trwało to pewien czas. Żuraw zbliżał się z dręczącą powolnością do skał. Krok po kroku, podpierany i ciągnięty, sunął w stronę wysokiego klifu, a drewniane belki pochylni rozjeżdżały się na wszystkie strony.

W tłumie ludzi stojących na plaży Stephen Carrington chwycił Clowance za rękę.

– Gdzie byłaś wczoraj?

– W kościele. Chodzę tam od czasu do czasu. A ty gdzie byłeś?

– Szukałem cię.

– Niezbyt pilnie, jestem tego pewna.

– Dlaczego?

– Powinieneś się domyślić.

– Po co miałbym przychodzić do Nampary? Jest tam cała twoja rodzina.

– Mówisz, jakby byli zadżumieni.

– Tacy mi się wydają, gdy chcę być z tobą sam na sam.

– Więc teraz rozmawiasz ze mną sam na sam – odpowiedziała, spoglądając na trzymaną przez niego rękę.

– Chyba niewiele z tego wynika. Wokół tłoczy się pół setki ludzi!

– I wszyscy patrzą, jak mnie uwodzisz.

– Nie powinienem? Nie mam prawa?

– Nie publicznie. Jeszcze nie.

– Clowance, jestem zmęczony czekaniem. Prawie się nie widujemy…

– Och, w piątek przyszedłeś do nas na kolację. W czwartek długo rozmawialiśmy w kopalni. We wtorek…

– Ale zawsze wśród innych. Dobrze wiesz, że nie chcę się z tobą spotykać wśród ludzi. W zeszłym roku, przed moim odjazdem, znacznie częściej byliśmy sami!

Uwolniła dłoń.

– Chyba tak.

– Dobrze o tym wiesz. Kiedy możemy się znowu spotkać w Trenwith?

– Ach, nie wiem…

Do Rossa podszedł tęgi dżentelmen noszący czarny frak i biały halsztuk, bryczesy sięgające do kolan i wysokie skórzane buty włożone na pończochy. Rozmawiali wcześniej tego samego dnia, gdy Ross przesiadł się z Nampara Girl na bryg Henry. Pan Harvey, Henry Harvey, którego imię nosił statek. Miał trzydzieści siedem lat i był głównym udziałowcem firmy Blewett, Harvey, Vivian i Spółka, z siedzibą w Hayle, gdzie zbudowano maszynę parową. To on doprowadził do szybkiego rozwoju odlewni. Gdyby proces sądowy wytoczony wspólnikom zakończył się po jego myśli, wkrótce miał zostać jej jedynym właścicielem.

Nie nadzorował osobiście transportu wszystkich maszyn zbudowanych przez swoją firmę, ale to zlecenie było szczególnie interesujące. Po pierwsze, kapitan Poldark nie był zwykłym przedsiębiorcą górniczym. Po drugie, jego syn Jeremy osobiście stworzył ostateczny projekt maszyny parowej, łamiąc zasady obowiązujące w społeczeństwie tej epoki.

– Myślę, że wszystko jest w porządku, kapitanie. Bezpiecznie wyładowaliśmy części na brzeg.

– Tak. Jutro musimy je wciągnąć na klif.

W ostatnim momencie wózek ześlizgnął się z pochylni i nie dawał się poruszyć, jednak spełnił już swoje zadanie. Przez ostatnie kilka metrów żuraw można było ciągnąć po piasku.

– A zatem… Gdybym teraz państwa opuścił…

– Byłby pan mile widzianym gościem na kolacji, panie Harvey. Cały dzień byliśmy na głodowej diecie. Może pan również przenocować w Namparze. Byłaby to dla nas przyjemność.

– Dla mnie również, sir. I zaszczyt. Ale nie mógłbym spokojnie jeść ani spać, gdy trzy moje statki kotwiczą przy tym niebezpiecznym brzegu. Może innym razem.

– Rozumiem. Pana brat Francis zatrzymał się u nas przed… przed swoim wypadkiem.

– Skończyłby w tym roku czterdzieści cztery lata. Od tamtego czasu straciłem dwóch braci i siostrę. Oczywiście w ich przypadku z naturalnych przyczyn, z naturalnych przyczyn… Jak przewiduje pański utalentowany syn, kotły wysokoprężne z czasem na pewno staną się codziennością mimo związanego z nimi ryzyka. Będę obserwował działanie i wydajność tej maszyny ze szczególnym zainteresowaniem.

Ross spojrzał na ciemniejące niebo, które miało w sobie coś żałobnego.

– Myślę, że może pan odejść. Dziś w nocy nie będziemy mieli kłopotów, choć trudno przewidzieć, co nas czeka jutro.

Uścisnęli sobie dłonie. Częściowo uregulowano już koszt maszyny, resztę należało zapłacić po dostawie, lecz nie był to temat do rozmów między dżentelmenami. Kiedy wyprzęgano spocone konie, robotnicy zabrali się do rozbierania drewnianej pochylni na skraju wody. Ross odprowadził Harveya do łodzi, gdzie czekało dwóch ludzi, by zepchnąć ją na spienioną wodę. Konstruktor zamierzał popłynąć na bryg i wrócić do Hayle.

– Jutro? – spytał Stephen Carrington.

– Słucham? – odpowiedziała Clowance.

– Trenwith?

– To niebezpieczne. Zobaczą nas ludzie.

– Niech zobaczą.

– Nie. Mieszkasz tu od niedawna, Stephen. Nie zniosę szeptów, brudnych plotek. Skaziłyby… skaziłyby to, co powinno pozostać czyste.

– Więc gdzie? Gdzie?

– Może w Trenwith. Najlepiej po zmroku.

– To mi pasuje.

– Tak… Ale to znaczy… Znowu oszustwa… znowu kłamstwa.

– Mnie na nich nie zależy. Krzyczałbym o nas na cały głos, by wszyscy słyszeli.

Clowance z irytacją wzruszyła ramionami. Nie mogła wytłumaczyć Stephenowi, że targają nią sprzeczne uczucia. Nieprzeparty pociąg fizyczny zmagał się z zasadami wychowania i lojalnością wobec rodziny oraz przyjaciół, a sytuację dodatkowo komplikował stosunek Stephena wobec innych kobiet, czego nie dało się lekceważyć.

– Może w przyszłym tygodniu – powiedziała.

– To za długo. Chcę się z tobą spotkać jutro.

– Nie.

– A więc w środę.

– Nie… Może w piątek. Odwiedziłabym Paynterów i poszła stamtąd do Trenwith.

– O której?

– Około piątej.

– Będę czekał. Nie zawiedź mnie, dobrze?

– Spróbuję przyjść – odparła Clowance, dobrze wiedząc, że tak właśnie zrobi.

II

Zima była smutna i wietrzna, lecz nie nadeszły ostre mrozy. Względnie ciepła pogoda złagodziła największe cierpienia pogrążonej w kryzysie północnej Anglii i nawet na Półwyspie Iberyjskim – gdzie wojska francuskie i brytyjskie, wyczerpane po krwawych walkach i oblężeniach zeszłego roku, przeniosły się do kwater zimowych – nie panowało zwykłe lodowate zimno.

Długa kampania złożona z zażartych bitew o wzgórza, mosty i miasta Hiszpanii i Portugalii miała jedną szczególną cechę. Wellington zawsze zwyciężał. Próbował go pokonać każdy z wielkich marszałków Napoleona i każdy poniósł klęskę. Brytyjski generał nie stanął jeszcze naprzeciwko największego geniusza militarnego swojej epoki, ale mogło się to zdarzyć w czasie następnej kampanii. Chociaż Napoleon w dalszym ciągu panował nad Europą, Anglicy nosili dumniej głowy. Doskonałe wieści nadeszły również z Dalekiego Wschodu, gdzie korpus ekspedycyjny złożony z trzech i pół tysiąca ludzi pod komendą generała Auchmuty’ego pokonał dziesięć tysięcy żołnierzy holenderskich, francuskich i jawajskich, a następnie opanował Jawę – ostatnią z podbitych i z pewnością najbogatszą kolonię Francji. Sytuacja się zmieniała, ponieważ nieprzenikniony car Aleksander stanowczo sprzeciwiał się woli Napoleona, który z kolei groził, że Rosjan spotka surowa kara.

W Anglii stary król pogrążył się w szaleństwie, a książę regent z maniackim uporem w dalszym ciągu popierał swoich dawnych wrogów torysów oraz gabinet nieudolnego, niezdecydowanego Spencera Percevala. Tak przynajmniej uważali wigowie. Rok wcześniej, gdy książę Walii został regentem, niespodziewanie oświadczył, że nie chce odwoływać rządu mianowanego przez ojca, gdyż król może w każdej chwili odzyskać rozum i wpaść we wściekłość, że zdymisjonowano jego ministrów. Jednak z upływem czasu coraz bardziej wydawało się to szytą grubymi nićmi wymówką, jak zawsze podejrzewali dawni przyjaciele księcia. Przez całe dorosłe życie, wbrew ojcu, zwolennikowi torysów, popierał znajdujących się w opozycji wigów, lecz tuż przed objęciem funkcji regenta nagle zmienił zdanie i odmówił powołania gabinetu złożonego z Greya, Grenville’a, Whitbreada i Broughama, którzy przeprowadziliby niezbędne reformy i pośpiesznie zawarli pokój z Francją. Na księcia mogło w ostatniej chwili wpłynąć wiele czynników – nawet, w minimalnym stopniu, prywatna rozmowa z pewnym kornwalijskim kapitanem. Tylko regent wiedział, jakie motywy przeważyły nad innymi.

Pozostający w opozycji wigowie, również nastawieni patriotycznie, rzecz prosta zmienili zdanie na temat perspektyw działań Wellingtona na Półwyspie Iberyjskim i wielu z nich z większym optymizmem spoglądało na wysiłki wojenne Anglii. Mimo to część wigów wskazywała, że niepowodzenia Bonapartego to drobnostki w porównaniu z rozmiarem jego imperium. W Europie pod butem Napoleona nie znajdowały się tylko dwa kraje: uparta, nadąsana Rosja i niedawno wyzwolona Portugalia. Połowa Europy była w stanie wojny z Anglią, a jej wyroby przemysłowe nie mogły trafić do żadnego portu na kontynencie. Zakazu importu towarów brytyjskich pilnowały tysiące celników. Kontrabandę konfiskowano i często palono statki, które ją przywoziły, by pokazać, że dekrety cesarza muszą być przestrzegane.

Co gorsza, Anglia miała również kłopoty ze Stanami Zjednoczonymi. Z powodu morskiej blokady Europy – miała ona zapobiec dostarczaniu Napoleonowi surowców niezbędnych do prowadzenia wojny – Anglia rościła sobie prawo do przeszukiwania każdego statku przechwyconego przez flotę brytyjską na pełnym morzu. Amerykanie, którym nie podobało się to żądanie, odrzucili je, po czym w odwecie i ze względu na dawne pretensje rząd Stanów Zjednoczonych wydał dekret zabraniający wszelkiego handlu z Anglią. Był to śmiertelny cios dla resztek przemysłu w Lancashire, ponieważ pozbawił fabryki dostaw surowej bawełny. George Warleggan był rad, że pozbył się nieprzemyślanych inwestycji na północy, choćby z ogromnymi stratami. Żywność kosztowała dwukrotnie więcej niż dwadzieścia lat wcześniej, a tkacze z Glasgow otrzymywali jedną czwartą ówczesnych wynagrodzeń.

Czy gdyby pozwolono wigom przejąć ster rządów, w dalszym ciągu uważaliby kompromisowy pokój za jedyny sposób zakończenia wojny? Nie tak dawno Paryż próbował wysondować stanowisko Anglii. Teraz miała ona dodatkową kartę przetargową… Francja mogłaby otrzymać z powrotem Jawę w zamian za zagwarantowanie niepodległości Hiszpanii i Portugalii. Anglia uznałaby niezbywalne prawa Francji w basenie Morza Śródziemnego w zamian za otwarcie portów bałtyckich. I tak dalej. Były to koszmary prześladujące Rossa. I nie tylko Rossa. Niedawno otrzymał list od George’a Canninga, który pisał:

Brakuje nam Ciebie, Ross, i potrzebujemy Cię. Nie tylko do udziału w głosowaniach – choć do tego również – ale z powodu Twojej energii. I wiedzy militarnej. Zapewne przypuszczasz, że rząd jest zasypywany raportami o przebiegu wojny – i jest to prawda. Ale Ty mówisz i argumentujesz na podstawie własnego doświadczenia, a poza tym nie masz nic do zyskania ani do stracenia. Ludzie słuchają Twoich opinii – jeśli nie w Izbie Gmin, to poza nią, w czasie prywatnych spotkań, kiedy podejmowane są decyzje polityczne. Czyli tam, gdzie wszystko się rozstrzyga.

Czytasz gazety? Myślisz, że długo jeszcze zdołamy prowadzić wojnę, gdy na północy może wybuchnąć rewolucja? W Manchesterze zostało zaledwie sześć czynnych fabryk spośród trzydziestu ośmiu. Podobna sytuacja panuje w większości miast Lancashire, a w Nottinghamshire, gdzie pojawili się tak zwani luddyści, doszło do rozruchów – do czego to doprowadzi? Uczestnicy zamieszek zbierają się otwarcie w miastach i we wsiach, po czym bezmyślnie niszczą maszyny, ponieważ wierzą, że pozbawiły ich pracy. Oczywiście należy ich powstrzymać, lecz w samym Nottinghamshire zasiłki dla ubogich pobiera już przeszło dwanaście tysięcy operatorów maszyn. Czy można ich winić? Jak rozumiem, Perceval i jego ministrowie myślą tylko o represjach. Wysyłają całą brygadę dragonów, by spacyfikować hrabstwo, lecz jak mamy walczyć z Napoleonem, skoro nasze wojska muszą walczyć w kraju? Musimy jakoś pomóc głodującym ludziom, a jednocześnie utrzymać szacunek dla prawa i karać tych, którzy je łamią. Zamierzam się tego domagać i mam poparcie swoich stronników w Izbie, ale dodatkowy głos, dodatkowe przemówienie miałyby ogromną wagę. Potrzebujemy Cię, Ross.

– Pojedziesz? – spytała z rozpaczą Demelza.

– Naturalnie, że nie. Z pewnością nie teraz. Szczerze mówiąc, Jeremy nie może zupełnie sam uruchomić Wheal Leisure i zarządzać kopalnią. Za często wyjeżdżałem i zaniedbałem własne sprawy. Nieprędko zapomnę sytuację, którą zastałem w Wheal Grace po powrocie – kiedy to było? Dziewięć lat temu? Boże, czas ucieka! Cała ta szajka złodziei…

– Zajmowali się tym głównie Bragg i Nancarrow. To się nie może powtórzyć…

– Poza tym… – zaczął Ross.

– Poza tym?

– Panuje kryzys. Ludziom nie wystarczy ziarna na zimę. W przyszłym miesiącu wieśniacy zaczną głodować również w Kornwalii. To niezbyt miła perspektywa.

– Ale Canning pisze… bardzo przekonująco. Wiem, jak go cenisz.

– O tak, o tak. Nie byłby tak wielkim człowiekiem, gdyby nie potrafił być przekonujący. Powinnaś go usłyszeć w Izbie Gmin – panuje tam ogłuszający gwar! – ale kiedy wstaje Canning, po dwóch minutach zapada cisza i posłowie go słuchają! Tym razem jednak mam obowiązki wobec rodziny.

Demelza poruszyła się na fotelu, nieprzekonana.

– Obiecaj mi jedno, Ross.

– Spróbuję.

– Przyrzeknij, że nie dasz się namówić do kolejnego wyjazdu za granicę. Nie powinni cię o to znowu prosić. Choćby sprawiało ci to przyjemność.

– Dlaczego przypuszczasz, że sprawia mi to przyjemność, do licha?!

– Przychodzi mi to do głowy po przeczytaniu starego listu Geoffreya Charlesa – odpowiedziała. – Zerknęłam na niego kilka dni temu. W czasie bitwy pod Buçaco w ogóle nie myślałeś o żonie i dzieciach! Co napisał Geoffrey Charles? „Odgryzałeś ładunki, przeskakiwałeś jak chłopiec głazy i martwych Francuzów, dzielnie robiłeś szpadą”. Czy tak powinien się zachowywać odpowiedzialny poseł do Izby Gmin? Założę się, że Canning nigdy by tak nie postąpił.

– Canning nie jest żołnierzem… Kiedy człowiek uczestniczy w takim natarciu, zapomina, że jest stary, nieruchawy i połamany przez reumatyzm. Pojawia się uniesienie.

– Nie jesteś jeszcze stary i nieruchawy, a poza tym nie chorujesz na reumatyzm, choć czasem boli cię kostka. Ale skoro czujesz uniesienie tylko wtedy, gdy zabijasz ludzi…

Ross potarł się po uchu.

– Dostaliśmy ten list dziewięć miesięcy temu. Dużo czasu minęło, nim wysunęłaś to oskarżenie!

– Zostawiałam je na odpowiednią chwilę – odparła Demelza.

– Cóż, wreszcie się pojawiła, prawda?

Siedzieli na kanapie w salonie. Wcześniej zajmowali się różnymi sprawami i spędzili razem dopiero dziesięć minut. Wielki żuraw maszyny parowej wciągnięto na klif, jutro miał się rozpocząć montaż urządzenia.

– Dobrze. Muszę przyznać, że czułem… uniesienie – rzekł Ross. – To się po prostu zdarzyło. Nie znoszę zabijania, nienawidzę go, podobnie jak większość cywilizowanych ludzi, może nawet bardziej, bo nie lubię polowań. Zupełnie nie wierzę, że Geoffrey Charles lubi zabijać. Ale popatrz na jego ostatni list, przeczytaj go jeszcze raz. W czasie wojny pojawia się dziwne poczucie braterstwa, które sprawia, że człowiek zapomina o lepszych cechach swojej natury. Kto by pomyślał, że mały chłopiec, którego tak kochała Elizabeth – i z pewnością rozpieszczała – kto by pomyślał, że ten mały chłopiec będzie kiedyś walczył w krwawych bitwach, znosząc towarzyszące im cierpienia: głód, wilgoć, znużenie, śmierć lub okaleczenie przyjaciół… Mimo to jakimś cudem sprawia mu to przyjemność! Nasza armia na Półwyspie Iberyjskim ma w sobie coś niezwykłego, co nadaje wojnie nowy wymiar.

Do domu wpadła Isabella-Rose, krzycząc na całe gardło. Nie wydawała się rozgniewana, tylko po prostu podniecona. Pani Kemp podążyła za nią schodami, mówiąc cichszym tonem.

– Posłuchaj jej głosu – powiedział Ross. – Czy zostanie śpiewaczką, czy handlarką ryb?

– Chyba ma po prostu zdrowe płuca. Z pewnością jest najhałaśliwsza z trojga naszych dzieci, choć urodziła się w czasach, gdy prowadziliśmy najspokojniejsze życie.

– Tak czy inaczej, solennie obiecuję, że nie pojadę znowu walczyć w Portugalii – rzekł Ross. – Ani gdziekolwiek indziej.

– Nawet w Nottingham?

– Na pewno nie w Nottingham! Jak może pamiętasz, raz pomogłem tłumić tam zamieszki i pamięć o tym jest jak plama krwi, której nie daje się sprać.

Demelza z ponurą miną oblizała wargi.

– Chyba psuje mi się ząb. Rozbolał mnie zeszłego wieczoru, kiedy jadłam jabłko. Od tamtej pory stale mi dokucza. Myślę, że mam dziurę.

– Pozwól mi obejrzeć.

Otworzyła usta i wskazała ząb. Ross włożył jej palec do ust, ona zaś wydała z siebie ciąg nieartykułowanych dźwięków:

– Jee… li… dradze… eby… bedeee… yglondaa… jag… odka… ary… ogers.

Ross cofnął palec.

– To ciekawy język, ale nauczę się go przy innej okazji.

– Powiedziałam tylko, że jeśli stracę zęby, będę wyglądała jak ciotka Mary Rogers.

– Skończyłaś paplać?

– Tak, skończyłam.

– Powstrzymaj wszelkie myśli, które przychodzą ci do głowy. Pozwól mi popatrzeć.

Demelza znów otworzyła usta. Ross włożył palec.

– To ten ząb?

– Taaa…

– Masz obolałe dziąsło. Kawałek skórki od jabłka musiał wejść między dziąsło a ząb, który jest zupełnie zdrowy.

Zacisnęła zęby na jego palcu, ale nie mocno.

– Nawiasem mówiąc, jeśli w wieku ciotki Mary Rogers będziesz wyglądać tak jak ona, nie będzie tak źle – powiedział, wyjąwszy palec. – Skoro już o tym mówisz, rzeczywiście widzę pewne podobieństwo.

– Chciałbyś znowu włożyć mi palec do ust? – spytała.

Rozległo się pukanie do drzwi i do salonu weszła Jane Gimlett.

– Och, przepraszam, sir… Przepraszam, pani. Chciałam sprawdzić, czy trzeba rozpalić w kominku.

– Tak.

Siedzieli obok siebie na kanapie, gdy tymczasem Jane rozpalała ogień. Jane ma prawie zupełnie siwe włosy, pomyślał Ross. Jak długo ona i John wiernie nam służą? Od czasu, gdy wyrzuciłem Paynterów, co stało się przed dwudziestu siedmiu laty. John także się postarzał. Wcześniej był wędrownym szewcem. Prawdopodobnie zamierzają służyć Poldarkom do końca życia, a przynajmniej dopóki wystarczy im sił i zdrowia. Gdyby Ross zaproponował, że mogą przejść na ufundowaną przez niego emeryturę, byliby przygnębieni, dotknięci do żywego: doszliby do wniosku, że opuścili się w pracy. Choć tak nie jest. Dlatego należy korzystać z ich usług, cieszyć się z ich lojalności i głębokiego przywiązania…

– Dziękuję, Jane – rzekł, kiedy wychodziła; ona zaś ze zdziwieniem uniosła oczy, słysząc ton jego głosu.

Demelza też się zdziwiła, lecz nic nie powiedziała.

– Jeśli uznam, że wiosną powinienem pojechać do Londynu, pojedziesz ze mną? – spytał Ross.

– Nie mogę. Boję się. Chyba że z Clowance, ale wiem, że nie chce teraz opuszczać Nampary. Tak czy inaczej, Stephen zamieszkał w okolicy, więc byłaby to tylko ucieczka przed problemem. Po powrocie znowu musielibyśmy stawić mu czoło.

– Nie możemy kierować życiem naszych dzieci, Demelzo.

– Bardzo się staramy tego nie robić! – odpowiedziała z irytacją. – Może niewielka interwencja przyniosłaby Clowance jakąś korzyść!

Nie skomentował tej uwagi, zdając sobie sprawę, że narzucił Demelzie i dzieciom własne podwójne standardy.

– Clowance żałuje, że odrzuciła oświadczyny Fitzmaurice’a? Jak sądzisz?

– Nie… Trochę płakała pierwszej nocy. Mówiłam ci o tym, prawda? Bardzo jej współczuję. To koszmarnie trudna decyzja dla dziewczyny w jej wieku. Tak znakomita partia, że też chciało mi się płakać… Nie wiem, czy naprawdę zdawała sobie sprawę, jaką propozycję odrzuca. Obawiam się, że odziedziczyła po nas przekonanie, że szczęśliwe małżeństwo musi się opierać wyłącznie na miłości. Ukrywaliśmy przed nią swoje problemy i widziała tylko jasną stronę – oczywiście to ona przeważa. Nigdy się nie kłócimy o drobnostki, nie dogryzamy sobie, nie sprzeczamy się. Clowance chce, by jej małżeństwo wyglądało tak samo!

– Uważasz, że wyjdzie za Stephena? Chłopak ma w wiosce dziwną opinię.

– Wiem. Może to tylko plotki wywołane jego swobodnym sposobem bycia… Clowance ma przynajmniej dość rozsądku, by zachować dystans. Ale trochę go kocha – nawet bardziej niż trochę – a do Edwarda Fitzmaurice’a nie czuła absolutnie nic.

Zapadła cisza. Zarówno Ross, jak i Demelza chcieli powiedzieć coś więcej, lecz postanowili milczeć. Po chwili Ross wstał, podszedł do sekretarzyka, wyciągnął górną szufladę, wyjął ostatni list Geoffreya Charlesa Poldarka, po czym znów usiadł obok żony.

– Pora, by wrócił do domu – powiedziała. – Chciałabym, żeby wziął urlop. Mógłby zamieszkać u nas i odwiedzać Trenwith w wolnych chwilach. Majątek potrzebuje jego opieki.

– Już mu o tym mówiliśmy.

– Przeczytaj mi ten list, Ross. Zapomniałam połowy.

Spojrzał zmrużonymi oczami na papier, zdając sobie sprawę, że tylko próżność powstrzymuje go od zakupu okularów do czytania.

Zaczął czytać:

Sabugal, 3 listopada 1811 roku

Drogi Stryju Rossie i Ciotko Demelzo!

Zwlekałem z odpowiedzią na Wasz list z 12 sierpnia, ale na Półwyspie Iberyjskim działy się różne rzeczy, ważne i ciekawe, a także nieważne i nieciekawe. W tej chwili przebywamy w kwaterach zimowych, jak można barwnie nazwać to miejsce, i mamy mnóstwo wolnego czasu do Nowego Roku, gdy zacznie się kolejny sezon polowań na Francuzów.

Proponujecie, bym poprosił o urlop i przyjechał do Nampary. Kiedy wrócę do Anglii i Kornwalii, natychmiast Was odwiedzę, a jeśli wspaniałomyślnie nie zmienicie zdania, zamieszkam u Was, aż Wasza cierpliwość się wyczerpie. Dziękuję za zaproszenie, bo czuję, że puste Trenwith przypominałoby nawiedzony zamek. Chętnie bym Was wszystkich zobaczył, mam wiele do opowiedzenia, ponieważ od szczęśliwego spotkania ze Stryjem przed bitwą pod Buçaco minął już przeszło rok. Pod względem wojskowym był to dla mnie wspaniały rok, gdy po wszystkich odwrotach i rozczarowaniach – nawet po odwrocie spod Buçaco! – wreszcie coś się zmieniło. Nieustanie atakujemy, okazując wielką zręczność taktyczną, działając powoli i stopniowo. Uważam, że przed Wellingtonem nikt w dziejach wojen tak błyskotliwie nie dowiódł zalet taktyki reculer pour mieux sauter. Przypominają mi się przypływy na plaży Hendrawna, gdy patrzyłem na nie razem z Morwenną – nieubłaganie posuwały się do przodu.

Mógłbym w tej chwili otrzymać urlop i spędzić z Wami Wielkanoc – znakomity pomysł – lecz tego nie zrobię, ponieważ wśród oficerów i żołnierzy, którzy przeżyli ostatni rok, panuje takie braterstwo i przyjaźń, że miałbym wyrzuty sumienia, gdybym teraz wyjechał choćby na sześć lub osiem tygodni. Nie uwierzylibyście, jak się wzajemnie szanujemy – choć niewiele się o tym mówi!

W czasie letniej kampanii prowadziliśmy spartański żywot – naprawdę spartański! – ale nie powinniście sądzić, że zimą brakuje nam wygód i rozrywek. Mamy przed sobą perspektywę tańców, zabaw, nowomodnych wyścigów konnych z przeszkodami i tradycyjnych polowań na lisy, zawodów pięściarskich, wyścigów osłów, polowań na wilki i dziki, amatorskich koncertów i przedstawień teatralnych. Może im brakować londyńskiej elegancji, którą niegdyś podziwiałem, lecz nie muszą się obawiać porównań pod względem entuzjazmu, z jakimi są wystawiane i podziwiane.

Poza tym, moi Drodzy, damy są bardzo miłe, serdeczne i przyjazne. Istnieje subtelna różnica między tymi, których serdeczność powściągają wymogi cnoty, a tymi, które nie mają takich skrupułów. Ale wszystkie są bardzo sympatyczne – nawet zakonnice! Zanim przybyłem na Półwysep Iberyjski, uważałem, że Portugalki są mniej atrakcyjne od Hiszpanek, ale, na moją duszę, jest tu mnóstwo prawdziwych piękności. Może kiedy następnym razem do Was napiszę, będę już mężem jednej z nich! Szkoda, że wszystkie to papistki.

Zanim udaliśmy się na kwatery zimowe, stoczyliśmy ostatnią wspaniałą potyczkę z marszałkiem Marmontem w miejscu o nazwie El Bodón. Nie mam wątpliwości, że na długo przed otrzymaniem tego listu przeczytacie o tej miejscowości w gazetach. Mogę tylko powiedzieć, że choć bez własnej winy zjawiliśmy się na polu bitwy trochę zbyt późno, było to jedno z najlepszych starć, w jakich uczestniczyliśmy. Oczywiście krew lała się strumieniami, ale był to modelowy przykład walki z przeważającym liczebnie przeciwnikiem. Szczerze wierzę, że bitwa pod El Bodón zajmie poczesne miejsce w przyszłych podręcznikach sztuki wojennej.

Jestem w wyjątkowo dobrej formie. W ciągu całego roku walk ani razu nie bolał mnie brzuch i nie odniosłem nawet draśnięcia. Znów zginęło kilku moich dobrych przyjaciół, ale pozostało ich dość, by cieszyć się braterstwem broni i miło spędzać czas.

Przesyłam Wam najserdeczniejsze pozdrowienia i wyrazy szacunku

Wasz szczerze oddany

Geoffrey Charles

PS Jakieś nowiny na temat ojczyma George’a? W czasie naszego ostatniego spotkania Stryj wspomniał, że może on myśleć o ponownym małżeństwie, ale nic o tym nie słyszałem. Koresponduję tylko z Wami i z Valentine’em, który czasem do mnie pisze. Przysłał list w zeszłym miesiącu, opowiadał o swoim flircie z czyjąś ładną żoną, lecz nie wspomniał, że będzie miał macochę. Więc rozumiem, że zaloty George’a się nie udały, a może ciągle trwają?

PPS Na Boga, piszę nieprawdę! W czerwcu dostałem list od Drake’a. Są szczęśliwi! To wspaniała wiadomość! Po powrocie do Anglii muszę zobaczyć Drake’a i Morwennę!

Demelza wzięła list od Rossa i obracała go w palcach. Później wstała i schowała go do szuflady.

– Może gdyby George znowu się ożenił, Geoffrey Charles chętniej wróciłby do domu i zamieszkał wśród nas.

– Wątpię, czy naprawdę coś by się zmieniło. Nie, dopóki trwa wojna.

– Przynajmniej dziękujmy Bogu, że Jeremy nie wstąpił do wojska.

– Tak…

Wracając na miejsce, Demelza zdała sobie sprawę z tonu głosu męża.

– Na pewno nie chcesz, żeby służył w wojsku, prawda?

Ross zmarszczył brwi, zmagając się z pytaniem.

– Naturalnie, że nie! To mój jedyny syn. Choć powinnaś rozumieć, że mam mieszane uczucia. To nie wojna w koloniach – nie taka wojna, w jakiej uczestniczyłem, która była błędem od samego początku. To wojna o przetrwanie – przetrwanie nas wszystkich – i trzeba walczyć do końca. Gdybym był młodszy, jak się domyślasz…

– Tak, wiem. Ale Jeremy nie jest z natury wojownikiem, przynajmniej nie w ten sposób.

– Tak, nie w ten sposób.

– Pracuje w kopalni, prawda?

– Och, rzeczywiście! Nie mogę go winić. Jeśli podejmuje się jakiejś pracy, poświęca jej dużo czasu. Muszę go za to podziwiać.

– Musisz? – spytała łagodnie Demelza.

Ross zmienił pozycję.

– W ciągu ostatnich miesięcy lepiej się rozumiemy. Kiedy opowiedział mi o swojej fascynacji kotłami wysokoprężnymi – kiedy wreszcie wyjaśnił, dlaczego tak długo to ukrywał i niemądrze udawał, że łowi ryby – od tamtego czasu nasze stosunki układają się dobrze. Naprawdę, kochanie, mówię poważnie.

– Cieszę się. Mimo to czasem myślę, że Jeremy czuje…

– Że jest tylko synem właściciela kopalni? Rozumiem to. Gdybym mógł znowu wyjechać do Londynu…

– Nie.

Ross położył rękę na dłoni Demelzy.

– Oczywiście na początku byłem na niego wściekły za to, że postawił mnie w takiej sytuacji… Mimo to po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że połowa winy leży po mojej stronie. Jeśli nie ma zrozumienia między ojcem a synem, z pewnością to ojcu bardziej brakuje intuicji i umiejętności nawiązywania kontaktu.

– Nie zawsze – odparła Demelza. – Widziałam, jak się starasz. Ale dajmy temu spokój. Zapomnij o tym, to przeszłość.

– Tak, przeszłość. Nie należy jednak o niej zapominać, bo to lekcja poglądowa dla nas obu. Dla mnie i dla Jeremy’ego.

– Nawet pan Harvey mówi, że mamy bardzo utalentowanego syna – zauważyła Demelza.

– Miło słyszeć, że ma taką opinię. – Po chwili Ross dodał: – Bogu dzięki, że Jeremy zapomniał już o rozczarowaniu Cuby Trevanion.

Demelza się odwróciła.

– Nie zapomniał, Ross. Jestem tego pewna. Wielka szkoda. Clowance nie może się zdecydować, a Jeremy za bardzo się zaangażował. Wiem o tym. Przez cały czas myśli o tej dziewczynie.

Rozdział drugi

I

Piątek był pochmurny, a morze i niebo miały ołowianoszarą barwę. Dopiero po południu, przed zachodem słońca, na horyzoncie rozbłysła czerwonawa łuna. W tym samym czasie deszczowe chmury odpłynęły w stronę lądu i nad wrzosowiskami pojawiło się kilka niepełnych, niewyraźnych tęcz obwieszczających zakończenie dnia.

Kiedy zapadał zmrok, dwór w Trenwith, należący do Geoffreya Charlesa Poldarka i odziedziczony po ojcu, który przed laty zginął w wypadku w kopalni, wydawał się wyjątkowo zimny i zaniedbany. Powstały w epoce Tudorów, wzniesiony z odpornego granitu, odznaczający się naturalnym smakiem cechującym dawno zapomnianych budowniczych, którzy zwykle nie korzystali z pomocy architektów, przetrwał trzy stulecia nieustannych sztormów i wichur. Jego konstrukcja pozostała nienaruszona. Gdzieniegdzie w oknach popękały szyby, rynny przeżarła rdza, w jednym z kominów pojawiły się szczeliny. Ale dach z ogromnych płyt łupku z Delabole – wydawało się, że wzniosło go plemię gigantów – oparł się wichrom i burzom, a granitowe ściany, nadproża i ościeżnice były równie mocne jak w roku budowy, w którym Henryk VIII poślubił Katarzynę Aragońską.

W trakcie swojej historii dwór stanowił siedzibę kolejnych pokoleń Trenwithów i Poldarków, którzy zależnie od usposobienia i kaprysów fortuny czasem go zaniedbywali, a czasem doprowadzali do świetności, okazując mniejszą lub większą troskę, jednak zasadniczo przez trzysta lat prawie nie zajmowano się ogrodami. Działo się tak częściowo dlatego, że uboga, piaszczysta gleba i częste wichury czyniły uprawę roślin mało satysfakcjonującym zajęciem, a częściowo dlatego, że Trenwithowie i Poldarkowie, niezbyt zainteresowani kwiatami i krzewami, dysponowali ograniczonymi środkami finansowymi, które przeznaczali na inne cele. Paradoksalnie, w ogrody zainwestowano pieniądze dopiero wtedy, gdy po raz pierwszy w historii dworem zaczął zarządzać obcy człowiek. Działo się to w dzieciństwie Geoffreya Charlesa, kiedy jego owdowiała matka, Elizabeth Poldark, wciąż młoda i piękna, poślubiła George’a Warleggana, wnuka kowala, potężną osobistość w świecie kornwalijskiej bankowości. Geoffrey Charles był małym chłopcem, a George uznał, że Trenwith przynajmniej przez najbliższe piętnaście lat pozostanie wiejską posiadłością jego i żony. Nie tylko odremontował i bogato wyposażył dwór (korzystając z rad Elizabeth, która odznaczała się doskonałym gustem), lecz również kazał oczyścić stary, cuchnący staw i przekształcić go w staw krajobrazowy. W tym okresie powstał także starannie rozplanowany park.

Trenwith rozkwitło na kilka lat wskutek tych niespodziewanych starań, a ogrody, choć niszczone przez wichury, w zaskakujący sposób wynagrodziły poświęcane im czas i troskę. W gorącym letnim słońcu rośliny bujnie się rozrastały i kwitły piękne kwiaty. Dobry okres trwał jednak krótko: po pięciu latach Elizabeth zmarła w połogu, a George, niedawno uszlachcony, nie mógł znieść widoku dworu. W Trenwith mieszkali aż do swojej śmierci rodzice Elizabeth, potem najlepsze nowe meble przewieziono do rezydencji George’a w Cardew. Dworem opiekowali się leniwi bracia Harry i niechlujna kobieta będąca ich wspólną żoną; mieszkali oni w oficynie i terroryzowali okolicznych wieśniaków. Geoffrey Charles Poldark miał w tej chwili dwadzieścia siedem lat i służył w randze kapitana w czterdziestym trzecim regimencie piechoty z Monmouthshire, wchodzącym w skład doborowej lekkiej dywizji. Uczestniczył w wojnie w Hiszpanii i od pięciu lat nie odwiedzał Kornwalii.

Przez cały ten czas, od śmierci starego Jonathana Chynowetha, dwór w Trenwith stał zupełnie pusty, a sir George przyjeżdżał tu raz na kwartał, by bracia Harry zupełnie się nie rozleniwili.

Niekiedy – na początku zupełnie jawnie – Trenwith odwiedzała również Clowance Poldark. Uwielbiała stary dwór i podziwiała swojego kuzyna, choć rzadko go widywała, i jako szczera, prostoduszna dziewczyna nie widziała powodu, dlaczego nie miałaby wpadać do Trenwith, gdy przyjdzie jej na to ochota – za wiedzą odrażających braci Harry lub bez niej. Pewnego dnia przez czysty przypadek spotkała sir George’a. Warczał na nią – była córką jego śmiertelnego wroga i wdarła się na teren posiadłości – lecz Clowance nie dała się zastraszyć i zmusić do wyjścia, a nawet George nie chciał stosować przymusu fizycznego wobec szesnastoletniej bosonogiej dziewczyny z ładną cerą i bujnymi piersiami. W końcu Clowance zostawiła mu bukiet kwiatów i odeszła z własnej woli.

Ale kiedy do Kornwalii przybył Stephen Carrington, rozbitek wyłowiony z morza, a jego silne ramiona i męska witalność stały się pokusą dla Clowance, zaczęła odwiedzać Trenwith ukradkiem, w tajemnicy, i dlatego – choć nie miała innego wyboru – wizyty te budziły w niej wstyd, instynktownie nienawidziła bowiem nieszczerości. Co gorsza, to ona nalegała, by utrzymywać schadzki w sekrecie. Stephen nie przejmował się plotkami i chętnie pokazywałby się z Clowance publicznie.

Spotykali się na piętrze, w dawnej sypialni Geoffreya Charlesa z chłopięcych czasów. Sypialnia znajdowała się w wieżyczce, do której prowadziły kręcone schody, i wychodziła na dziedziniec. Na ścianach w dalszym ciągu wisiały stare obrazy olejne i rysunki Geoffreya Charlesa, poskręcane i poplamione od wilgoci. Łóżko i fotele przykryto pokrowcami, spłowiałe zasłony wisiały krzywo, oświetlone wieczornym słońcem. Dwór był zimny jak grobowiec i panowała w nim cisza. Clowance weszła do środka na chwilę przed Stephenem, a kiedy usłyszała na schodach jego ciche kroki, zaschło jej w ustach, coś nabrzmiało w ciele i ugięły się pod nią kolana, jakby wypiła napar z lubczyku przygotowany przez czarownicę.

Stephen ostrożnie popchnął dłonią drzwi i ze zmarszczonym czołem słuchał ich skrzypienia, kiedy się otwierały. Później jego twarz się rozjaśniła, gdy zobaczył stojącą koło okna Clowance w muślinowej sukience i grubej pelerynie.

– Clowance! Kochana! Grzeczna z ciebie dziewczynka! Bałem się…

– Że nie dotrzymam obietnicy?

– Nie, ale coś mogło cię zatrzymać. Wiem, że to dla ciebie trudne…

Podszedł do niej i ostrożnie ją objął, choć w istocie pragnął to zrobić gwałtownie. Znajomość z Clowance nauczyła go wyrachowania. Mimo krzepkiej budowy ciała dziewczyna przypominała delikatnego ptaka, którego łatwo spłoszyć. Na próbę położył jej ręce na ramionach, pocałował ją w oba policzki, a potem w usta, długo, lecz nie natrętnie. Posadził ją obok siebie na łóżku i objął.

– Zimno ci, kochana?

– Ktoś cię widział, jak tu szedłeś?

– Czekałem cały tydzień, liczyłem godziny.

– Dobrze tu być – powiedziała.

Rozmawiali, a Stephen gładził jej twarz i dłonie, delikatnie całował, dotykał jej pod grubą peleryną jak kogoś, kogo należy uspokoić i okiełznać.

– Ktoś cię widział, jak tu szedłeś? – spytała znowu.

– Nikt, zupełnie… Ale musiałem się uwolnić od Jeremy’ego. Chciał rozmawiać. Szybko wróciłem do Nanfanów, by się umyć i zmienić koszulę przed spotkaniem z moją ukochaną.

– To niebezpieczne – odpowiedziała. – Wieśniacy wszystko widzą.

– Niech widzą, nic mnie to nie obchodzi!

– Stephen, nie chcę, by to, co do siebie czujemy, zbrukały brudne plotki.

– Więc niczego nie ukrywajmy.

Clowance milczała. Stephen przestał nalegać i przez chwilę siedział w milczeniu obok niej.

– Co się dzieje z Jeremym? – spytał. – Też się męczy z powodu jakiejś dziewczyny, prawda? Nie chce nic powiedzieć, ale wiem, że właśnie o to chodzi.

– Nazywa się Cuby Trevanion – rzekła Clowance.

– Jest ładna?

– Nigdy jej nie widziałam. Poznał ją, gdy wyruszyliście na wyspy Scilly i dopłynęliście lugrem w okolice Mevagissey. Kiedy wyjechałeś na cztery albo pięć miesięcy.

– Pamiętam.

– Rodzina Trevanionów udzieliła mu schronienia i właśnie wtedy poznał tę dziewczynę. Pomogli mu w trudnym momencie. Nie chce powiedzieć, o co chodziło.

– Chyba się domyślam – odparł ironicznie Stephen.

– Tak, zakochał się w niej. Nie wiem, czy ona też go kocha.

– Mieszka w wielkim dworze? Zamku?

– Tak, zamku. Nazywa się Caerhays.

– Byłoby to dobre dla Jeremy’ego. Świetna partia, co? Na czym polegają kłopoty?

– Jej brat, głowa rodziny, uważa Jeremy’ego za nieodpowiedniego kandydata.

– Wielkie nieba, a więc o to chodzi! Ale nie rozumiem. Przecież Poldarkowie to też ziemianie. Kogo szukają, księcia?

– Nie chodzi o pochodzenie, tylko o pieniądze. Mimo wielkiego majątku mają kłopoty finansowe. Za dużo wydali na budowę zamku i teraz chcą, by panna Trevanion poślubiła bogacza.

Stephen pocałował Clowance, muskając ustami kącik jej warg i nieco je rozchylając.

– Mój Boże, współczuję mu! Czy panna Trevanion nie ma nic do powiedzenia w tej sprawie?

– Chyba uważa spełnienie życzeń brata za swój obowiązek.

– Skoro jest całkowicie bezwolna, to uważam, że Jeremy nie powinien się z nią żenić!

– Poczucie obowiązku wobec rodziny może mieć różne konsekwencje.

Była to znacząca uwaga.

– Zdaje się, że Jeremy i ja jedziemy na tym samym wózku – zauważył po chwili Stephen.

– Tak sądzisz?

– Cóż, obaj zakochaliśmy się w dziewczętach, których rodziny nie uważają nas za odpowiednich kandydatów.

– Moi rodzice jeszcze nic nie wiedzą.

– Na pewno się domyślają.

– Tak – zgodziła się Clowance. – Domyślają się.

– Właśnie dlatego dwa razy cię wywieźli, najpierw do Londynu, a potem do domu bogatego lorda w Wiltshire.

– Nie wywieźli mnie. Pojechałam z własnej woli.

– Dlaczego?

– Dlaczego? Bo chciałam być daleko od ciebie, zdobyć pewność.

– I zdobyłaś pewność?

– Chyba tak. Chociaż… ciągle słyszę różne plotki.

– Plotki! – rzucił pogardliwie. – Co znaczą plotki? Łączą moje imię z każdą dziewczyną, na którą popatrzę, nie mówiąc o krótkiej rozmowie przy szklance piwa!

Dla odmiany teraz pocałowała go Clowance.

– Wiem, Stephen. To kara za to, że jesteś taki przystojny.

Powoli, pod osłoną peleryny Clowance, rozpoczęli łagodną, lecz namiętną grę miłosną. Była równie złakniona jego jak on jej i wątpiła, czy ma dość siły, by odmówić. Po chwili wstała, wręcz się wyrwała, z rozpiętym ubraniem i pończochami wokół kostek. Oddychała głęboko, kołysząc się lekko.

– Przyjdź tu w przyszłym tygodniu o tej samej porze – powiedział. – Rozpalę ogień, pokój będzie ciepły i przytulny. Okno wychodzi na dziedziniec. Kto nas zobaczy? – Miał wrażenie, że Clowance kręci głową. Otarł usta wierzchem dłoni, usiłując się przy tym nie chwiać. – Nie jestem święty, Clowance, ale straciłem dla ciebie głowę jak dla żadnej innej dziewczyny i chcę cię poślubić. To wszystko, co mogę powiedzieć. To moje największe pragnienie. Ale to nie może trwać bez końca. Jeśli nic się nie zmieni, któregoś dnia…

– Któregoś dnia?

– Któregoś dnia kłamliwe plotki mogą się okazać prawdą.

– O tobie i innej dziewczynie?

– Tak.

Stała w zupełnym bezruchu.

– Kto wie, czy jeśli za ciebie wyjdę, nie będzie tak samo?

– Przysięgam, że nie. Pragnienie by znikło. Rozumiesz, Clowance? Rozumiesz? Mężczyźni nie są stworzeni do tego, żeby być mnichami. Przynajmniej nie ja i myślę, że większość też. Na pokładzie statku jest inaczej. Życie jest twarde, człowiek ciężko haruje, czasem walczy; myśli i pragnienia nie przychodzą – przynajmniej jeśli interesuje się kobietami. Ale tutaj, w wioskach Grambler, Sawle i St Ann’s, jest wiele dziewcząt, wystarczy się roześmiać, zażartować, a potem, no, sama wiesz. A mnie pożera pragnienie ukochanej dziewczyny, która nie chce mi nic dać! Za każdym razem, kiedy cię spotykam, jest gorzej!

– Myślisz, że ja nic nie czuję? Nic nie wiesz o kobietach.

– Może nie wiem. Ale pożądanie mężczyzny może dojść do punktu, kiedy trzeba je zaspokoić gdzie indziej.

Wschodził księżyc, lecz prawie nie oświetlił wnętrza pokoju. Clowance częściowo widziała, a częściowo wyobrażała sobie wyraz twarzy Stephena. Kiedy się uśmiechał, wyglądał zaskakująco chłopięco, natomiast w chwilach niezadowolenia wydawał się bardzo dojrzały i doświadczony. Zrozumiała, że mówi prawdę. Ofiarując mu namiastkę miłości, stawiała go w nieznośnym położeniu pod względem fizycznym. Gdyby jednak oddała mu się bez ślubu, społeczeństwo uznałoby to za niewybaczalny grzech. Oczywiście ubogie wiejskie dziewczyny często zachodziły w ciążę przed ślubem, udowadniały w ten sposób, że mogą mieć dzieci, a jeśli mężczyzna nie chciał się żenić, groziło mu więzienie pod zarzutem uwiedzenia. Ale taki skandal zniszczyłby dobre imię panny należącej do sfery pokroju Poldarków, nawet gdyby sprawę zatuszowano i przyśpieszono ślub.

Zaledwie w zeszłym miesiącu odebrała sobie życie dziewczyna, która zaszła w ciążę z żołnierzem niedawno przeniesionym w inne okolice. Pochowano ją w niepoświęconej ziemi w Bargus, gdzie spotykały się granice czterech parafii. Ile innych dziewcząt ukryło swój stan, urodziło dzieci w tajemnicy, a później wrzuciło je do morza albo szybu nieczynnej kopalni?

Jednak Clowance kochała Stephena, a on odwzajemniał jej miłość. Jeśli dalej będzie mu odmawiać, on zaś zwróci się do kogoś innego i ona go straci, kto będzie temu winien?

Obserwował ją.

– O czym myślisz, najdroższa?

– O tym, że masz rację. Muszę… dać ci to, czego chcesz, albo wyznaczyć datę ślubu.

Położył dłoń na jej nagim kolanie.

– Dlaczego nie jedno i drugie?

Pytanie nieco ją zirytowało. Pokręciła głową.

– Źle mnie wychowano, Stephen, właśnie tak. Chodzę do kościoła nieregularnie i bez większego przekonania, lecz mimo to przykazania coś dla mnie znaczą. Jeśli uniknę łamania siódmego przykazania, pomoże mi to uniknąć łamania piątego.

– Nic nie rozumiem. Jak brzmi piąte?

– Czcij ojca twego i matkę twoję1. Myślę, że to największa przeszkoda.

– Cóż…

– Muszę traktować rodziców uczciwie, a jednocześnie nie chcę być nieuczciwa wobec ciebie. Mogę ci coś obiecać?

– Jeśli obietnica będzie po mojej myśli.

– Daj mi czas do Wielkanocy. To tylko sześć, siedem tygodni. Może wszystko potrwa krócej. Powiedziałeś – słusznie – że moi rodzice czegoś się domyślają. Sprawię, że będzie to coś więcej niż domysły. Przygotuję grunt. Potrafię to zrobić. Może najpierw porozmawiam z ojcem. Jeśli się zgodzi, jeśli oboje się zgodzą, nie będzie dalszej zwłoki.

– A jeśli się nie zgodzą?

Pocałowała go.

– Nie będzie dalszej zwłoki.

II

Pod koniec lutego na południowym zachodzie rozpętał się wielki sztorm, a na północnym wybrzeżu Kornwalii rozbiły się cztery statki, jeden na plaży Hendrawna. Jednak rozruchy z tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego roku się nie powtórzyły, nie atakowano marynarzy. Większość załogi uratowano, choć statek doszczętnie ograbiono. Metodyści z czystym sumieniem dołączyli do pozostałych mieszkańców, ponieważ był to tradycyjny sposób walki o przetrwanie, która w tej chwili stawała się coraz trudniejsza. Kadłub brygu otoczyły wozy zaprzężone w konie, juczne muły oraz mężczyźni, kobiety i dzieci z drabinami, workami, toporami i piłami. Oglądani z Nampary, przypominali Pigmejów otaczających martwego wieloryba. Tylko Samuel Carne i kilku innych najbardziej pobożnych członków zgromadzenia miało pewne wątpliwości; niektórzy uważali, że epidemia ropnego zapalenia płuc, która rozszalała się w okolicy w następnych tygodniach, to kara za grabież. Porównywano ją z karami zsyłanymi przez Boga w Biblii. Doktor Enys prawie nie kładł się spać, a Caroline gwałtownie protestowała, uważała, że mąż się przepracowuje. Dwight wyjaśnił Demelzie, że Caroline nigdy nie uwolniła się od wpojonego jej za młodu przekonania, iż epidemie to pożyteczny sposób zmniejszania przeludnienia i regulacji liczby ludności. Dlaczego nie? „Skąd się wzięły epidemie? – mówiła Caroline. – Walka z nimi to występowanie przeciw naturze”.

Mimo tych deklaracji wkrótce miała rozpocząć jedną ze swoich zimowych kampanii pomocy potrzebującym.

Dwight zauważył, że u silnych, dobrze odżywionych pacjentów choroba niewiele się różni od zwykłego przeziębienia i ustępuje w ciągu kilku dni. Z wiekiem nabierał coraz mocniejszego przekonania, że chociaż bogaci cierpią na równie wiele chorób jak ubodzy, są one zupełnie inne. Miał wrażenie, że leczy dwie różne rasy. Czy ktokolwiek słyszał o biedaku cierpiącym na bolesne oddawanie moczu, kamienie, wzdęcia albo podagrę?

Jedną z ofiar epidemii była Violet Kellow, która szybko zachorowała na zapalenie płuc, a kiedy wydawało się, że wraca do zdrowia, dostała ciężkiego krwotoku. Dwight uważał, że odznacza się ona dziwną odpornością jak na młodą suchotnicę, lecz nie sądził, że kobieta długo pożyje. Gdyby usłyszał, że rok wcześniej, w wigilię świętego Jana, poszła w środku nocy do kościoła, uznałby to za bzdurny wymysł, ale rodzina i przyjaciele Violet, którzy o tym wiedzieli, uważali inaczej.

Kiedy już można było ją odwiedzać, jednym z pierwszych gości okazał się Stephen Carrington, którego widziano, jak wchodził z nią do kościoła.

W drugim tygodniu choroby Violet Dwight otrzymał wiadomość z Place House, że chciałby się z nim zobaczyć pan Clement Pope. W czwartek, po krótkiej wizycie w Fernmore i sprawdzeniu, czy dziewczyna wraca do zdrowia, pojechał do większego dworu.

Dwight znał sir Johna Trevaunance’a, ponieważ w słabo zaludnionym okręgu wszyscy znali wszystkich, ale sir John nigdy nie był jego pacjentem. Brat sir Johna, Unwin Trevaunance, obecnie, po bezpotomnej śmierci baroneta, sir Unwin, był kiedyś prawie zaręczony z Caroline Penvenen. Obaj Trevaunance’owie wydawali się bardzo niezadowoleni, gdy Caroline zrezygnowała z małżeństwa z Unwinem, obiecującym posłem do Izby Gmin, po czym poślubiła ubogiego lekarza Dwighta Enysa. W późniejszym okresie dwaj bracia odnosili się do Caroline chłodno, na poły złośliwie, na poły żartobliwie, a chociaż często spotykali się z nią na polowaniach, nigdy nie wznowili bliskich stosunków towarzyskich. Pod koniec życia sir John coraz bardziej stawał się samotnikiem, a Unwin, wreszcie poślubiwszy bogatą pannę, na jakiej mu zależało – dziewczynę o nazwisku Lucy Frant, której ojciec, jak mówiono, wzbogacił się na produkcji butów dla wojska – miał mniej powodów, by odwiedzać brata w celu pożyczania pieniędzy.

Kiedy w tysiąc osiemset ósmym roku sir John zmarł, Unwin natychmiast sprzedał Place House panu Clementowi Pope’owi, surowemu mężczyźnie, który podobno zdobył majątek w obu Amerykach i chciał rozpocząć życie angielskiego ziemianina, wprowadzając się do dworu wraz z drugą żoną, ładną blondynką, i dwiema dość niemądrymi córkami. Jeremy nazywał nowego właściciela papieżem Klemensem Złowrogim, a jego dom Watykanem.

Po jakimś czasie opinia publiczna, jeśli w okolicy istniało coś takiego, zaczęła podzielać ironiczną ocenę Jeremy’ego. Pan Pope, zawsze noszący wysoki kołnierzyk, o bezkrwistej, surowej twarzy, długich, cienkich nogach i sztywnym, nienaturalnym chodzie, narzucał córkom bezwzględną dyscyplinę. Chociaż pierwsza miała dziewiętnaście lat, a druga osiemnaście, podobno dopiero niedawno przestał lać je pasem za najdrobniejsze wykroczenia. Ostatnio już ich nie bił, lecz groźba lania w dalszym ciągu wisiała w powietrzu.

Zupełnie inaczej odnosił się do swojej młodej, ładnej żony: traktował ją z wielką atencją i stale wodził za nią oczami, lecz nawet ona musiała przestrzegać surowych rygorów panujących w domu.

Kornwalijskie ziemiaństwo było dość otwarte wobec obcych, jednak Pope’owie nie potrafili stać się jego częścią. Pan Pope starał się być miły dla właściwych ludzi, ale przeszkadzała mu własna osobowość i zbyt pedantyczne maniery. („Wygląda jak jakiś przeklęty kupiec tekstylny” – powiedział stary sir Hugh Bodrugan, gdy go poznał). Smuciło to nie tylko pana Pope’a, pragnącego znaleźć mężów dla dwóch córek, lecz również panią Pope, której wrodzona elegancja, pozostawiona samej sobie, szybko zrekompensowałaby braki w ogładzie.

Caroline kilka razy próbowała nawiązać z nimi bliższe stosunki, choć nie potrafiła odgadnąć, czy docenili ten gest. Naturalnie należała do śmietanki towarzyskiej hrabstwa, ale z drugiej strony, jak sądzili, była jedynie żoną miejscowego lekarza. Rodzina pana Pope’a, z nim samym na czele, nie była pewna, jak się zachować w takich sytuacjach, i właśnie to sprawiało, że nie została zaakceptowana w okolicy.

Dwighta wpuściła do domu niezgrabna Katie Carter, młodsza siostra Bena. W dawnym gabinecie sir Johna czekała na niego pani Pope. Był to miły długi pokój z oknami wychodzącymi na zatokę. Wyszła zza kotary, a następnie przywitała się z Dwightem, podając mu cztery chłodne, smukłe palce, nad którymi się pochylił. Wdzięcznie poprowadziła go schodami w górę, furkocząc suknią przy każdym kroku, i wyjaśniła przyczynę wezwania. Wczesnym rankiem pan Pope poczuł silny ból. Obudził żonę, lecz gdy miała posłać po aptekarza, bóle ustąpiły. O jedenastej przyjechał Nat Irby, który uznał, że to błaha dolegliwość, jednak pan Pope, mający wysokie mniemanie o doświadczeniu lekarskim doktora Enysa, uznał za stosowne go wezwać.

Weszli do ciemnej, dusznej sypialni. Ciężkie aksamitne kotary z koronkowym wykończeniem nie dopuszczały światła dziennego. Kiedy znaleźli się w środku, zobaczyli smukłą dziewczynę, która natychmiast wstała z fotela.

– Dziękuję, Letitio – powiedziała pani Pope, a dziewczyna niezgrabnie wyszła z pokoju.

Pan Pope pachniał cynamonem, kamforą i korą peruwiańską. Na stoliku przy łóżku stały w równym rzędzie flakoniki z pigułkami i medykamentami w płynie.

Z przekrzywioną mycką na głowie spojrzał chłodno na Dwighta, wyraźnie niezadowolony, że nie jest panem sytuacji, w jakiej się znalazł, że musi polegać na opinii, werdykcie człowieka o niejasnym statusie towarzyskim.

Wyjaśnił, że bóle pojawiły się w okolicy mostka i objęły lewą rękę. Poczuł skurcz w piersi i nie mógł złapać tchu. Nie miał wątpliwości, że przyczyną jest gorączka panująca w okolicy, lecz wezwał doktora Enysa, lekarza o uznanej reputacji, by poznać jego opinię. W dalszym ciągu wyjaśniając, co mu dolega, pozwolił rozpiąć sobie koszulę nocną i zsunąć ją z kościstych ramion. Dwight ostukał mu pięścią pierś i plecy. Zbadał puls, który był wolniejszy niż normalnie, słabo wyczuwalny. Temperatura czoła nie wskazywała na gorączkę. Jak na mężczyznę w tym wieku język nie był zbyt obłożony, ale wiele zębów wydawało się zepsutych. Pan Pope niechętnie pozwolił zbadać sobie brzuch. Selina Pope stała w tym czasie przy oknie, marszcząc ładne brwi. Była ubrana w jasnoniebieską sukienkę, włosy miała związane granatową wstążką z drobnymi wzorkami.

Dwight poprosił pacjenta, by usiadł, po czym postukał mu młotkiem w kolana. Następnie kazał mu wstać, by sprawdzić, czy się chwieje lub dygocze. Po chwili pan Pope znalazł się z powrotem w łóżku, wyraźnie zirytowany tego rodzaju medycznymi nonsensami, lecz wolał nie obrażać ani nie zniechęcać do siebie męża Caroline Enys. Dwight zapisał swoje obserwacje w notatniku.

– A zatem, sir? – spytał pacjent.

– A zatem jest oczywiste, że nie ma pan zapalenia płuc – odparł Dwight.

– Chorowały na nie obie moje córki. Jedna ciągle leży w łóżku.

– Przykro mi to słyszeć. To nieprzyjemna choroba, choć rzadko miewa ciężki przebieg wśród ludzi zamożnych.

– Jaka jest zatem pańska diagnoza? Skąd ten ból?

Dwight dalej pisał, zastanawiając się, co może powiedzieć, ile może powiedzieć. Zauważył pewne oznaki puchliny. A zęby Pope’a… Dwightowi udało się tchnąć w kilku pacjentów nowe życie dzięki wyrwaniu im wszystkich zębów. Zdawał sobie jednak sprawę z niepopularności takich środków: zarówno bogaci, jak i biedni uważali, że zębów nie należy ruszać, chyba że zmusza do tego ból. Kiedy zęby martwiały bez bólu, ludzie nigdy się ich nie pozbywali i gratulowali sobie szczęścia. Tak czy inaczej, zły stan jamy ustnej nie był główną przyczyną skarg Pope’a.

– Moim zdaniem zanadto się pan przemęcza – powiedział. – Codziennie powinien pan odpoczywać po obiedzie przynajmniej przez dwie godziny. Przygotuję panu specyfik, który zapobiegnie nawrotom bólu, i inny środek, który go złagodzi, gdyby mimo wszystko się pojawił.

Clement Pope poprawił myckę.

– Co to znaczy?

– To, że nie powinien pan zażywać mikstur, które dotychczas pan przyjmował. Nie chciałbym podważać kompetencji Nata Irby’ego, ale uważam, że nadmiar lekarstw nie działa korzystnie na pańskie zdrowie. Doradzałbym bardzo lekką dietę, pani Pope: jajka, mleko, kurczak i galaretki. Tylko lekkie wina lub żadnych. Codziennie trochę ćwiczeń fizycznych, sir: spacer wokół ogrodu lub na brzeg morza i z powrotem. Regularny tryb życia i brak nadmiernych wysiłków. Gdyby znowu miał pan problemy, proszę natychmiast mnie wezwać.

– Nie zamierza pan puścić mi krwi?

– W tym przypadku nie miałoby to sensu.

– Jakim przypadku? Jaki to pana zdaniem przypadek?

– Przemęczenie. Czy wolno spytać, ile ma pan lat, panie Pope?

– Pięćdziesiąt dziewięć. Żaden wiek.

– Och, całkowicie się zgadzam. Ale kiedy człowiek zbliża się do sześćdziesiątki, mądrze jest nieco zwolnić, prowadzić spokojniejszy tryb życia.

– Moim zdaniem winny jest niezdrowy klimat – odezwała się pani Pope. – Gorączka w większości przypadków to skutek szkodliwych wyziewów złóż mineralnych. Kiedy się tu osiedliłam, niestety nie brałam tego pod uwagę.

– W tej chwili pani mąż nie cierpi na gorączkę. Nadwerężył swoje siły. Musi pan wypoczywać, panie Pope, to wszystko. Spokojne, uporządkowane życie powinno znacznie poprawić stan pańskiego zdrowia.

– Dlaczego pan przypuszcza, że nie prowadzę spokojnego, uporządkowanego życia? – spytał z irytacją Pope. – Jak pan zapewne wie, przebywam na emeryturze. Zarządzam swoim majątkiem, zajmuję się edukacją córek, towarzyszę małżonce w czasie wizyt u sąsiadów. Dwa lata temu złamałem obojczyk, więc nie uczestniczę w polowaniach. Chodzę spać trzeźwy. Rzadko się przejadam. Wpadam w złość tylko wtedy, gdy dochodzi do przypadków jawnego nieposłuszeństwa. Moje życie jest spokojne i uregulowane.

– Istotnie, istotnie… – Dwight zerknął na panią Pope, po czym odwrócił wzrok. Nie miał prawa spekulować na temat łączących ich stosunków. Nie powinien się zastanawiać, czy Pope stara się sprawiać przyjemność żonie w szczególny sposób, a nie tylko towarzyszyć jej w czasie wizyt u sąsiadów. – Panie Pope, moim zdaniem pana serce jest przeciążone, forsował pan swoje siły, a w takim przypadku najlepsze lekarstwo to lekkie ćwiczenia fizyczne i odpoczynek. To wszystko, co mogę panu zalecić.

Po chwili Dwight szedł w dół po schodach wraz z panią Pope, która sunęła obok niego.

– Bardzo mi przykro, jeśli moja diagnoza wytrąciła pani męża z równowagi – powiedział. – Nie chciałem mówić nic więcej, lecz doszedłem do wniosku, że jeśli będę bardziej oględny, zlekceważy moje zalecenia.

– To prawda – odparła z lekkim uśmieszkiem pani Pope. – Mój mąż potrafi być bardzo uparty i jest trudnym pacjentem. Jest pan pewien, że ma zdrowe serce?

– Lekarz rzadko może być czegokolwiek pewny, pani Pope. Medycyna to w większości domysły, które można uściślić dzięki praktyce. Normalnie…

– Tak?

– Normalnie uznałbym, że są to najzwyklejsze objawy anginy. Przyczyną może być również kamień w pęcherzyku żółciowym, a nawet niestrawność, gdy jedzenie tkwi w żołądku zamiast ulegać trawieniu. Możemy tylko czekać i obserwować.

Dwighta pożegnała Katie Carter, która wcześniej otworzyła mu drzwi. Nie była od niego wyższa, lecz sprawiała takie wrażenie, ponieważ wysokie, barczyste kobiety zawsze wydają się wyższe niż w rzeczywistości. Naturalnie Dwight znał wszystkich mieszkańców okręgu. Po raz pierwszy leczył Katie, gdy miała dziewięć lat i zachorowała na letnią biegunkę, a później kilka razy ją badał. Dziewczyna szeroko się do niego uśmiechnęła i upuściła cylinder, następnie pochyliła się, by go podnieść, i o mało nie spadł jej z głowy czepek. Dziwne, że jest taka niezgrabna, przecież jej brat to wyjątkowo zręczny chłopak, pomyślał Dwight.

Dlaczego Pope nalega, by jego służba składała się wyłącznie z kobiet? Przypomina chudego, niskiego sułtana władającego haremem. Jednak Dwight był pewien, że w tej chwili sułtan jest chory.

III

Dwight odjechał konno. Jeszcze nie opuścił terenu posiadłości, gdy zobaczył przed sobą jasnowłosego mężczyznę wspinającego się na wzgórze po drugiej stronie doliny w towarzystwie chudego, wysokiego młodzieńca w charakterystyczny sposób idącego na palcach. Pierwszym był Stephen Carrington, a drugim Music Thomas, najdziwniejszy z trzech nieżonatych braci Thomasów mieszkających obok chaty Juda i Prudie Paynterów w wiosce Grambler. Gdy nadarzała się okazja, Music pracował dorywczo jako stajenny w Place House. Dobrze radził sobie z końmi, zarabiał trzy szylingi tygodniowo i dostawał południowy posiłek – to wystarczało. Stephen niósł na ramieniu łopatę.

Kiedy Dwight się zbliżył, dwaj młodzi ludzie zatrzymali się i odwrócili.

– Dzień dobry, Stephen! Dzień dobry, Music! Idziecie w tym samym kierunku co ja?

– Dzień dobry, sir. Ładny mamy ranek – odpowiedział Music, choć zbliżał się wieczór.

– Dzień dobry, doktorze – odezwał się Stephen. – Jedzie pan do wioski Grambler?

– W tę stronę.

– Muszę niedługo skręcić, bo mam wiadomość dla Sally-Na-Rozgrzewkę w Sawle.

– Ja idę do wioski – powiedział rozpromieniony Music. – Wracam do domu.

Dwight zwolnił, by nie wyprzedzić młodych ludzi. Wieśniacy lubili go za towarzyskie usposobienie. Nie zmienił się ani na jotę od czasu, gdy był bezpretensjonalnym dwudziestoczterolatkiem mieszkającym w niewielkiej stróżówce kapitana Poldarka, a jego jedyne doświadczenie medyczne pochodziło z książek i studiów w Londynie. Nie posiadał wtedy prawie żadnej wiedzy o kobietach ani naturze ludzkiej. Teraz miał czterdzieści dziewięć lat, zdobył duże doświadczenie, korespondował ze sławnymi uczonymi, wzywano go na konsultacje do Londynu, poślubił właścicielkę sporego majątku i mieszkał w jednym z wielkich dworów, lecz w dalszym ciągu znajdował czas, by zwolnić konia i pogawędzić z wieśniakami.

– Jeśli dziwi pana moja łopata, doktorze, pracuję dwa dni w tygodniu przy nabrzeżu w St Ann’s – powiedział Stephen. – Uszkodziły je sztormy. Wiele kamiennych bloków się obluzowało.

– Wątpię, czy uda się kiedykolwiek zabezpieczyć to nabrzeże przed najgorszymi huraganami – odparł Dwight. – Nie ma wystarczającej naturalnej osłony dawanej przez klify. Przynajmniej z północnego zachodu. Wiatr kieruje fale prosto na nabrzeże.

– Nigdy nie wytrzyma – rzekł piskliwym głosem Music. – Wiatr kieruje fale prosto na nabrzeże.

– Przyszedłem tą drogą, by przekazać Musicowi wiadomość – wyjaśnił Stephen. – Music pracuje w stajni w Place House.

– Tak, wiem.

– Jego bracia zamierzają wypłynąć dziś wieczorem łodzią – trzymają ją w St Ann’s – ale Art dostał gorączki, która panuje w okolicy, więc nie może się z nimi wybrać. John i jego towarzysze chcą, by zastąpił go Music.

– Muszę przynieść swoje rzeczy – powiedział Music. – Są w wiosce Grambler. Brat kazał mi przyjść przed zachodem słońca. Chyba zdążę.

Dwight spojrzał na niebo.

– Zdaje się, że idzie wiatr.

Music się uśmiechnął.

– Nie, to nic. Niebo jako makrela w ciapki, sir. Wiatr powieje przez chwilę, gdy zajdzie słońce, a za godzinę lub dwie się uspokoi.

– Szkoda, że nie mogę z nimi popłynąć – powiedział Stephen. – Nigdy nie łowiłem ryb, ale chętnie spędziłbym noc na morzu.

– Wrócisz na nie?

Stephen zerknął na Dwighta, by się przekonać, czy to podchwytliwe pytanie.

– To zależy, doktorze Enys. Może kiedyś. Czuję się tu trochę jak na morzu.

– Ogólnie rzecz biorąc, wolę być szczurem lądowym.

– Nie może pan tak siebie nazywać, doktorze.

– Dlaczego?

– Służył pan jako chirurg okrętowy w marynarce wojennej.

Dwight się roześmiał.

– Bardzo dawno temu.

Doszli do miejsca, skąd do kotliny Sawle prowadziła bezpośrednia droga, i Stephen zaczął nią schodzić z łopatą na ramieniu. Wydawało się, że po rozmowie o morzu idzie bardziej rozkołysanym, marynarskim krokiem. Music szedł jak człowiek beztrosko kroczący przez pole minowe.

– Doktorze…

– Tak?

– Stephen Carrington nazwał pana chirurgiem okrętowym. Podoba mi się to. Czy ja także mógłbym pana nazywać chirurgiem?

– Jeśli chcesz.

– Służył pan w marynarce, sir.

– To prawda.

Dwight obserwował Stephena znikającego na stoku wzgórza. Zastanawiał się, dlaczego młody człowiek tak gorączkowo starał się wytłumaczyć swoją obecność w pobliżu Place House. Po co to robił? Czy ma to jakieś znaczenie? A może Dwightowi coś się uroiło?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Biblia, to jest księgi Starego i Nowego Testamentu, przeł. Jakub Wujek, Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne, Warszawa (bez roku wydania; przedruk edycji krakowskiej z 1599 roku), Exodus, XX, 12, s. 77. Clowance posługuje się numeracją przykazań stosowaną w Kościele anglikańskim. Według numeracji używanej w Kościele rzymskokatolickim byłyby to przykazania szóste i czwarte (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Taniec młynarza (Poldark #9) Poldark. Przybysz z morza Fala gniewu Dziedzictwo rodu Poldarków. Cztery łabędzie. (Poldark #6) Czarny księżyc Warleggan 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter