Tomek na tropach Yeti. Tom 4

Tomek na tropach Yeti. Tom 4

Autorzy: Alfred Szklarski

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 12.90 zł

Seria powieści Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego na różnych kontynentach. Między innymi chłopiec bierze udział w wyprawie łowieckiej na kangury w Australii i przeżywa niebezpieczne przygody w Afryce, żyje wśród czerwonoskórych Nawajów i Apaczów. W te niezwykłe przygody wpleciona jest historia odkryć dokonywanych przez polskich podróżników. Książki są lekturą łatwą i atrakcyjną dla chłopców od wielu pokoleń.

Projekt okładki i ilustracje: Zbigniew Tomecki i Gabriela Becla

Redakcja: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Olszewska, Bogusława Jędrasik

© Illustrations by Gabriela Becla and Zbigniew Tomecki

© by MUZA SA, Warszawa 1993, 2018

ISBN 978-83-287-0997-3

MUZA SA

Warszawa 2018

FRAGMENT

Spis treści

Tropy Śnieżnego Człowieka

Człowiek z blizną

Pochód słoni

Domek w dżungli

Maharadża Alwaru

Polowanie na tygrysy

Tajemnice indyjskich fakirów

Kradzież pierścienia

Pandit Davasarman

W drodze do Śrinagaru

W azjatyckiej Wenecji

Mroźne tchnienie Tybetu

Klasztor w Hemis

Noc tajemnic

Gniazdo rozbójników

Podejrzany orszak weselny

Pościg i walka

Miasto pochłonięte przez pustynię

Chińska uczta i zła wiadomość

Wielka przegrana

Cień legendarnego Yeti

Powitanie wschodu słońca

Tropy Śnieżnego Człowieka

Od północnego zachodu ciemnoszare, kłębiaste chmury szerokim łukiem zasnuwały zimny błękit nieba. W wysoko zawieszonych dolinach porywisty wiatr wzbijał w powietrze tumany słonawego, suchego pyłu, lecz pobliskie potężne, urwiste szczyty i wieczne lodowce gór Karakorum[1] już spowijała śnieżna nawałnica.

Czterech mężczyzn ociężałym krokiem wspinało się kamienistym szlakiem po stromym stoku ku widocznej w dali górskiej przełęczy. Z niepokojem spoglądali na ciemniejący horyzont. Silny wicher dął z północy i szybko niósł nad Wyżynę Tybetańską[2] wczesną śnieżną burzę. Trzej Tybetańczycy, poruszeni widokiem nadciągającej zawieruchy, co chwila pociągali za arkany przywiązane do kółek wpiętych w nozdrza kosmatych jaków[3], by przynaglić zwierzęta do szybkiego marszu. Mimo to zgłodniałe i spragnione jaki wlokły się noga za nogą, opuściwszy nisko rogate łby. Przekrwionymi z wysiłku, nieco zamglonymi ślepiami spoglądały na nie mniej osłabionych ludzi.

Tybetańczycy ubrani byli w miękkie, filcowe odzienia, na które przywdziali, niby kurtki bez rękawów, skóry jaka odwrócone włosem do wewnątrz. Nakładane przez głowę przez wycięty w środku otwór, skóry osłaniały plecy i piersi, a ich niezszywane na bokach krańce przytrzymywał w talii szeroki jedwabny pas. Spod stożkowatych filcowych czapek, głęboko naciągniętych na głowy, zwisały im na plecy krótkie, pojedyncze czarne warkoczyki. W filcowych butach z cholewami sięgającymi kolan pewnie stąpali po stromej ścieżynie.

Czwarty mężczyzna, zakutany w długi barani kożuch i czapkę z klapkami na uszy, był Europejczykiem. Mimo fizycznego wyczerpania czujnie obserwował idących przed nim trzech krajowców przewodników. Zapewne nie darzył ich zbyt wielkim zaufaniem, ponieważ miał zatknięty za pasem przygotowany do strzału ciężki nagan[4]. Gdy Tybetańczycy przystawali, żeby nabrać tchu, natychmiast opierał prawą dłoń na rękojeści broni.

Tubylcy w ponurym milczeniu ukradkowymi spojrzeniami śledzili białego wędrowca. Od dwóch tygodni wiedli go przez kamienno-piaszczystą pustynię ku Kaszmirowi[5] graniczącemu z zachodnimi ziemiami Tybetu. Wyruszając ze swymi jakami w drogę, wcale nie mieli zamiaru tak znacznie oddalać się od własnych koczowisk. Podjęli się poprowadzić białego podróżnika o tydzień drogi na zachód, a tymczasem już mijał piętnasty dzień uciążliwego marszu. Małomówny biały człowiek oświadczył im stanowczo, iż zwolni ich dopiero wtedy, gdy będzie mógł nająć nowych przewodników. Krajowcy z niezmiennym uporem każdego ranka odmawiali wyruszenia w dalszą drogę i codziennie wbrew własnej woli szli coraz dalej. Biały potrafił dotąd utrzymać ich w ryzach. W jego stalowoszarych oczach nigdy nie było widać cienia wahania czy obawy. Wydawał rozkazy, wymownie opierając dłoń na rękojeści rewolweru.

Trzej krajowcy nie byli bezbronni. Posiadali długie stare strzelby i myśliwskie noże, jednak mimo to nie odważyli się stawić zbrojnego oporu. Biały podróżnik czujny był bowiem niczym żuraw. W dzień szedł na samym końcu małej karawany. Czasem siadał na jaka i znużony przymykał oczy, lecz gdy tylko któryś z Tybetańczyków odwracał się ku niemu, zaraz napotykał jego przenikliwy wzrok. Podczas wieczornych biwaków odbierał przewodnikom broń i chował ją w swoim namiocie.

Tybetańczycy kilkakrotnie próbowali w nocy zbliżyć się do niego, ale wszelkie ich wysiłki okazywały się bezskuteczne. Za najmniejszym szelestem podróżnik otwierał oczy i zaraz rozlegał się metaliczny trzask odwodzonego kurka rewolweru.

W umysłach przesądnych Tybetańczyków niestrudzony podróżnik wyrastał na jakiegoś potężnego czarownika. Czy mogli mu się sprzeciwić, skoro nieustannie czuwał uzbrojony w szybkostrzelną broń?

Tymczasem w rzeczywistości biały wędrowiec był już u kresu sił. Podczas długich, uciążliwych marszów niemal zasypiał z otwartymi oczyma bądź też zapadał w stan odrętwienia graniczącego z letargiem. Wtedy zdawało mu się, że wciąż jeszcze wędruje w pochodzie nieszczęsnych zesłańców[6] na Sybir. Odruchowo pochylał głowę, jakby chciał osłonić ją przed uderzeniami kozackich nahajek. Postękiwania zmęczonych jaków przeradzały się w jego wyobraźni w ciche, tak dobrze wryte w pamięć skargi towarzyszów niedoli. Czasem znów wydawało mu się, że zaledwie przed kilkoma dniami umknął z korowodu więźniów i wśród kojącej ciszy błąka się w dzikich, górskich wąwozach Turkiestanu Chińskiego[7].

Wtem usłyszał jakieś podejrzane szepty. Czyżby to poszukiwacze złota spiskowali, by odebrać mu jego skarb? Ręka mimo woli sięgnęła do rękojeści rewolweru. Drgnął, dotknąwszy gołą dłonią zimnej stali. Przywidzenia rozwiały się natychmiast. Spojrzał już przytomnym wzrokiem.

Znajdowali się na skraju przełęczy. Tybetańczycy przystanęli i naradzali się, gestykulując rękoma. Biały podróżnik podszedł do nich.

– Za tamtymi górami jest Leh[8] – odezwał się do niego jeden z przewodników, wskazując ręką na południowy zachód.

– Ile dni marszu? – krótko zagadnął biały, posługujący się, tak jak przewodnicy, językiem tybetańskim.

– Trzy dni, a do Hemis dwa. Zaraz za przełęczą jest Kaszmir. Możesz już iść sam.

– Doprowadzicie mnie do Hemis lub w ogóle nie wrócicie do swej phażi[9] – zagroził biały.

– Zły duch chyba przywiódł cię do nas – mruknął Tybetańczyk.

– Zły czy dobry, ruszajcie naprzód – rzekł biały, nie wypuszczając z dłoni rękojeści nagana.

Cienka pokrywa świeżego śniegu zalegała na przełęczy. Zimny wicher ze zdwojoną siłą hulał na wyniosłości. Ludzie i zwierzęta z niezmiernym wysiłkiem oddychali rozrzedzonym powietrzem.

Naraz idący na przedzie Tybetańczyk przystanął i pochylił się ku ziemi. Gdy jego towarzysze zrównali się z nim, również zamarli w bezruchu.

– Ruszajcie w drogę, głupcy! Czy nie widzicie, że burza nadciąga wprost na nas?! – krzyknął biały mężczyzna.

Tym razem przewodnicy nie zwrócili uwagi na gniewny rozkaz. Jak zahipnotyzowani wpatrywali się w ziemię. Podróżnik przyspieszył kroku. Wkrótce także zatrzymał się zdumiony.

Na śniegu widniały świeże, szerokie ślady bosych stóp. Wydawały się bardzo podobne do śladów pozostawionych przez człowieka dzięki swemu ułożeniu w jednej linii z nieznacznymi odchyleniami stóp na obydwie strony. Długość kroku wskazywała na wysoki wzrost nieznanego osobnika.

– Mi-go, zwierzę chodzące jak człowiek! – ściszonym głosem zawołał jeden z przewodników.

– Mi-te, człowiek niedźwiedź… – dodał drugi. – Przeczuwałem, sahibie[10], że sprowadzisz na nas nieszczęście…

– Jeśli to ślady ludzkie, to mamy najlepszy dowód, że w pobliżu musi znajdować się jakieś osiedle – głośno powiedział podróżnik. – Cieszcie się, wkrótce pozwolę wam wrócić do domu.

– Klasztor Hemis, odległy o dwa dni marszu, jest najbliższym osiedlem – odparł przewodnik. – Człowiek pieszo by się nie zapuścił samotnie tak daleko w góry! Poza tym wiesz dobrze, że Tybetańczycy nigdy nie chodzą boso! To są ślady Śnieżnego Człowieka. Kto go ujrzy, musi zginąć!

Biały podróżnik zmarszczył brwi. Podczas długoletniej włóczęgi po Azji Środkowej nieraz słyszał opowieści o tajemniczych istotach zamieszkujących górskie pustkowia. Znajomy Nepalczyk, z którym przez pewien czas wspólnie poszukiwali złota w górach Ałtyn-tag[11], mówił mu o nieznanych stworach zwanych Yeti. Według wierzeń krajowców zetknięcie się z nimi miało nieuchronnie sprowadzać śmierć.

Podróżnik pochylił się nad śladami wyraźnie wyciśniętymi w śniegu. Nie miał pewności, czy pozostawił je człowiek, czy też jakieś nieznane zwierzę. Jak wskazywała świeżość tropów, dziwny stwór przechodził tędy niedawno przed nimi. Podróżnik nie znał uczucia lęku. Nie wierzył w przesądy. Ani zwierzę, ani niezwykła istota ludzka nie mogły być niebezpieczne dla czterech uzbrojonych mężczyzn.

– Ślady te zapewne pozostawił niedźwiedź. Widziałem podobne w górach Ałtyn-tag – odezwał się do krajowców. – Ruszajmy w drogę! Źle będzie z nami, jeśli burza zaskoczy nas na tak znacznym odkrytym wzniesieniu.

– Nie pójdziemy dalej! Ślady mi-te wiodą wzdłuż przełęczy. Musielibyśmy iść jego tropem. On przyczai się i poczeka na nas!

Podróżnik cofnął się o dwa kroki. Gniewnym, czujnym wzrokiem przywarł do twarzy przewodników. Nie, to nie był ich zwykły upór, który ostatnio musiał przełamywać dzień po dniu. W tej chwili w oczach Tybetańczyków malował się zabobonny, obłędny strach. Oni naprawdę wierzyli, że nawet samo spotkanie z mi-te groziło im śmiercią.

Instynkt ostrzegał podróżnika, by nie doprowadzał przesądnych krajowców do ostateczności. Mógł pokusić się o terroryzowanie ich w obliczu śmierci głodowej bądź mąk pragnienia, lecz obecnie, gdy ulegli przemożnej obawie przed legendarnym stworem, byłoby to stokroć bardziej niebezpieczne. Teraz na pewno odważyliby się nawet na nierówną walkę z lepiej uzbrojonym białym człowiekiem. Ponadto ich było trzech, a on tylko jeden… Cóż z tego, że posiadał szybkostrzelny rewolwer? Czy w decydującej chwili nie zadrży mu ręka? Przecież, oprócz głodu i pragnienia, brak snu osłabił go bardziej niż krajowców.

– Wracamy, sahibie. Jeśli szukasz śmierci, możesz sam iść dalej. Daj nam swój karabin, a pozostawimy ci jaka objuczonego twoim bagażem – odezwał się najstarszy przewodnik.

W jego głosie brzmiało tym razem tyle groźnego zdecydowania, że podróżnik zaniechał użycia przemocy.

– Dobrze, weźcie karabin w zamian za jaka – rzekł, siląc się na spokój. – W którym kierunku mam iść do Hemis?

– Tą przełęczą dojdziesz wprost do stoku wiodącego do doliny. Po jednym dniu marszu na południe ujrzysz przed sobą na skałach klasztor. Jeśli nie spotka cię nieszczęście, nie zabłądzisz – wyjaśnił przewodnik.

Odpiął karabin zawieszony na jukach jaka, po czym podał podróżnikowi postronek przywiązany do kółka wpiętego w nozdrza zwierzęcia. Pod wpływem przesądnej obawy przewodnicy uporczywie wpatrywali się w ziemię, obawiając się spoglądać w głąb przełęczy, gdzie mógł się czaić nieznany, groźny Człowiek Śniegu.

Biały podróżnik uśmiechnął się wyrozumiale, widząc wyraz panicznego lęku malujący się na twarzach krajowców. Lewą dłonią ujął podany mu postronek, podczas gdy prawą wsunął pod kożuch. Dotknął nią ukrytego na piersiach, długiego, pękatego woreczka. Miał zamiar ofiarować przewodnikom kilka grudek złotego kruszcu, lecz zaraz uzmysłowił sobie, że mogą go zabić, ujrzawszy prawdziwe nugety[12]. Z ciężkim westchnieniem cofnął dłoń, by machnąć na pożegnanie pospiesznie oddalającym się Tybetańczykom.

Pozostał sam wśród niebosiężnych, ubielonych, groźnych szczytów górskich. Zimny wicher smagał go po twarzy. Wtulił głowę w kożuch i ruszył w drogę wzdłuż tajemniczych śladów, czerniejących na śniegu niczym paciorki olbrzymiego różańca. Jak, szarpnięty za kółko wpięte w nozdrza, ociężale powlókł się za nim. Co chwila pochylał nisko głowę i szorstkim ozorem chciwie lizał śnieg pokrywający zmarzniętą ziemię.

Wicher hulał coraz śmielej. Wirował opętańczo płatkami śniegu, wzbijał z ziemi białe tumany. Podróżnik przecierał dłonią zmęczone oczy, nie zważając na własne osłabienie, przyspieszył kroku. Chciał zejść w dolinę przed zapadnięciem nocy. Pierś jego unosiła się w ciężkim, nieregularnym oddechu. Z trudem chwytał ustami powietrze.

Po godzinnym marszu dobrnął do drugiego krańca przełęczy. Przystanął, żeby nabrać tchu. Rozgorączkowanym wzrokiem wodził po niezbyt stromym stoku. Naraz przechylił się poza skalną krawędź. Osłonił ręką oczy, by lepiej widzieć.

W głębokiej dolinie leżącej u jego stóp, na samym niemal końcu ścieżki wijącej się po stoku góry, wędrował w dół dziwny rudawy stwór, przypominający sylwetką nagiego człowieka. Podróżnik, niepewny, czy nie ulega złudzeniu, przetarł oczy dłonią. Dziwny stwór nie znikał. Lekko pochylony, zwinnie szedł w dół stoku. Na krótko skrył się za załomem skalnym, potem znów ukazał się na ścieżce.

Podróżnik wyszarpnął zza pasa ciężki nagan. Wypalił w powietrze. Na huk strzału, szeroko rozniesionego echem po górach, dziwny stwór przystanął na chwilę i odwrócił spiczastą, pokrytą włosami głowę. Następnie pomknął ku dolinie i zniknął w śnieżnym tumanie.

Biały człowiek schował rewolwer i przez dłuższą chwilę trwał w bezruchu. Poczuł się niezwykle osamotniony i straszliwie słaby. Głód, pragnienie, a nade wszystko długi brak pokrzepiającego snu zbierały teraz swe zdradliwe żniwo. Obecność trzech Tybetańczyków zmuszała go do ustawicznej gotowości do samoobrony. Teraz, gdy oni odeszli, cała niezmożona dotąd siła woli i energia nagle ustąpiły miejsca niezwykłej słabości. Czerwonawa mgła przesłoniła mu oczy. Ostatkiem świadomości bronił się przed krążącą wokół niego śmiercią. Czuł, że jeśli nie pokrzepi się snem, zginie w drodze.

Jeszcze raz zdołał zapanować nad słabością. Chwiejnym krokiem ruszył w dół stoku, wlokąc za sobą potykające się juczne zwierzę.

Chmury już zasnuły całe niebo. Gęsty śnieg miotany zawieruchą spowijał ziemię białym całunem. Nim noc zapadła, podróżnik znalazł się na samym dnie doliny. Jak wlókł się za nim. Wyczerpane zwierzę wysunęło ozór z pyska, ale nie miało już sił lizać wilgotnego śniegu. Potknęło się kilka razy, w końcu ciężko opadło na przednie kolana. Podróżnik chciał pomóc zwierzęciu powstać na nogi. Oburącz chwycił je za róg, lecz równocześnie sam osunął się na ziemię. Jak, stęknąwszy głucho, przewrócił się na bok.

Przez długą chwilę podróżnik leżał obok zdychającego zwierzęcia, opierając twarz na jego stygnącym ciele. Przemożne zmęczenie zwycięsko kończyło walkę z instynktem samozachowawczym człowieka, nakazującym mu się podnieść i iść dalej. Powieki same opadły na oczy. Pogrążył się w półletargu. Bezwładnym ruchem stoczył się z jaka plecami na ziemię. Mroźny wicher natychmiast sypnął mu śniegiem w twarz. Podróżnik jeszcze raz otworzył oczy i uniósł głowę. Nogi jaka zniknęły już pod śniegiem. Wyraz przerażenia odmalował się w oczach człowieka. Z największym trudem dźwignął się na czworakach, potem, opierając się o zwierzę, stanął na nogi. Zgrabiałymi rękoma zaczął rozsupływać juki. Odtroczył bambusowy kij, wydobył brezentowy namiot. Minęła godzina, zanim młotkiem wbił żelazne kołki w zmarzniętą ziemię. Przywiązywanie do nich rzemieni brezentu szło bardzo opornie. Wicher bezlitośnie wyszarpywał z jego rąk płachtę namiotu, przewracał drążek. Na wpół skostniały człowiek wyciągnął z juków futrzany śpiwór i wpełzł pod brezent. Jedynym jego pragnieniem było rozgrzać ręce. Wtedy dałby sobie radę z dokończeniem budowy namiotu. Całonocny spokojny sen przywróciłby mu utracone siły. Nazajutrz jakoś dowlókłby się do klasztoru w Hemis.

Pokrzepiony tą nadzieją schował w worze tylko głowę i ramiona. Przymknął oczy, czekając, aż mu się rozgrzeją zgrabiałe dłonie. Powoli zatracał poczucie czasu. Błogi bezwład ogarniał jego członki. Źle zamocowany rzemień na jednym z kołków przytrzymujących płachtę namiotu rozsupłał się z węzła. Targnięty wichurą brezent załopotał niczym flaga i odsłonił wystające z wora nogi podróżnika.

Noc zapadła nad górską doliną. Zawieja przybierała na sile. Śnieg pokrywał martwego jaka i człowieka umierającego ze zmęczenia pod płachtą namiotu. Wiatr wył triumfalnie i wzbijał w powietrze śnieżne tumany.

Tuż przed świtem, jak to się zwykle dzieje w tych okolicach, wichura zaczęła przycichać. W dali rozbrzmiewało jękliwe huczenie długich, mosiężnych trąb, którymi lamowie od wieków oznajmiali światu nadejście nowego dnia. W tym właśnie czasie do doliny wjechał samotny jeździec. Na odgłos trąb przynaglił konia do szybszego biegu. Śnieg tłumił tętent wierzchowca. Nagle koń uniósł głowę, zastrzygł uszami, cicho zarżał i rzucił się w bok.

Jeździec przytrzymał się kulbaki. Już miał smagnąć konia arkanem, gdy naraz ujrzał wystający spod śniegu róg jaka. Uważnie rozejrzał się wokoło. Z pobliskiej zaspy wystawał koniec bambusowego kija. Po chwili wahania jeździec zeskoczył z wierzchowca. Zbliżył się do zaspy. Zanurzył w nią rękę. Dotknął brezentu. Nogami rozkopał śnieg. Ujrzał filcowe buty. Pochylił się, odrzucając rękoma śnieg. Wkrótce wyciągnął ze śpiwora skostniałego mężczyznę. Gołą dłonią dotknął jego twarzy. Była jeszcze ciepła. Szybko rozpiął na nim futro, by sprawdzić, czy serce nie przestało bić w jego piersi. Z trudem wyczuwalne uderzenia nie rokowały zbyt wielkich nadziei. Zastanawiał się, co ma uczynić, gdy naraz ujrzał pękaty woreczek na piersi nieprzytomnego. Przesunął dłonią po woreczku, po czym drapieżnym ruchem rozchylił otwór. W promieniach wschodzącego słońca błysnęło prawdziwe złoto.

Już sięgnął po nóż, aby przeciąć rzemień, na którym na szyi zwisał woreczek, gdy wtem tuż za jego plecami rozległ się chrzęst śniegu. Jeździec obejrzał się i natychmiast szybko przykrył kożuchem pierś zmarzniętego człowieka. Z obłudnym, uniżonym uśmiechem na ustach powitał lamę z klasztoru w Hemis oraz jego dwóch służących.

Lama lekko skinął głową. Nie przestając odmawiać różańca, wzrokiem wydał nieme polecenie służącym. Zsiedli z osłów. W milczeniu rozgrzebali zaspę. Jeden z nich wlał do ust zmarzniętego kilka kropel jakiegoś rozgrzewającego płynu, po czym ostrożnie potarł śniegiem jego twarz. Po jakimś czasie nieszczęsny podróżnik uchylił powieki. Najpierw spostrzegł pochyloną nad sobą przeciętą szeroką blizną twarz jeźdźca, potem ujrzał mamroczącego modlitwę lamę i jego służących. Zanim zdążył rozchylić usta, by się odezwać, znów zapadł w odrętwienie.

Lama cichym głosem wydał krótki rozkaz. Służący wraz z jeźdźcem z blizną na twarzy ostrożnie ułożyli nieprzytomnego podróżnika na grzbiecie osła. Pospiesznie ruszyli w drogę ku klasztorowi.

*

Nieszczęsny biały podróżnik z wolna odzyskiwał przytomność. W końcu zdołał otworzyć oczy. Z bieli sufitu wzrok jego przesunął się na poważne, zatroskane twarze lamów. Wśród nich dojrzał człowieka z szeroką blizną. Uczynił olbrzymi wysiłek i wyszeptał:

– Czy… będę żył?

– Jeśli nie jest ci przeznaczone inaczej, duch pozostanie jeszcze w twoim ciele – filozoficznie odparł jeden z lamów.

– Gdzie jestem?

– Znajdujesz się w klasztorze w Hemis.

Błysk radości pojawił się w oczach półżywego człowieka.

– Dzięki Bogu, do was właśnie chciałem dotrzeć… – szepnął.

– Kto zdąża do świętego miejsca, zjednuje sobie łaskę Buddy[13].

Podróżnik zacisnął zęby pod wpływem straszliwego bólu.

– Odzyskuje czucie, to dobry znak – powiedział mnich. – Najwyższy czas powziąć decyzję…

– Czy nie lepiej, żeby umarł, niż żył tak okropnie okaleczony?! – zawołał człowiek z blizną.

– Nie my daliśmy mu życie, więc nie będziemy skazywać go na śmierć. Co przeznaczone, musi się spełnić – rzekł lama i znów wlał kilka kropel życiodajnego płynu do ust zemdlonego.

Podróżnik odzyskał przytomność.

– Chcę zawiadomić brata… muszę wysłać list. Trzeba go natychmiast napisać po angielsku – szepnął. – Kto może napisać?

– Uspokój się, sahibie, umiem pisać w tym języku. Mieszkam w Leh, wyślę twój list. To ja cię znalazłem w zaspie śnieżnej – pospiesznie zawołał człowiek z blizną.

– Wynagrodzę sowicie…

Sięgnął ręką do piersi. Dopiero teraz spostrzegł, że jest rozebrany i leży na matach przykryty kocem. Lamowie dojrzeli jego niepokój. Jeden z nich się odezwał:

– Będziemy strzegli twego skarbu. Nie myśl teraz o niczym. Gdy się przebudzisz, uczynimy wszystko, co zechcesz.

– Muszę napisać do mego brata… – szepnął podróżnik.

Pod wpływem okropnego bólu znów zaczął tracić przytomność. Lamowie porozumiewali się wzrokiem. Jeden z nich wsączył mu do rozchylonych ust nasenny napój. Podróżnik ciężko westchnął. Z wolna zapadał w stan odrętwienia. Lamowie odkryli koc. Pochylili się nad sinawobiałymi, odmrożonymi nogami nieszczęsnego człowieka.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Karakorum – góry w Azji Środkowej (Kaszmirze i Chinach), drugie na świecie po Himalajach pod względem wysokości. Ciągną się od Hindukuszu i Pamiru w kierunku południowo-wschodnim między Himalajami i Kunlunem aż do Wyżyny Tybetańskiej. Znajdują się w nich najpotężniejsze na Ziemi lodowce: Hispar, Biafo, Baltoro i Sjaczen.

[2] Wyżyna Tybetańska – największa na świecie wysokogórska wyżyna (4000–5000 m), otoczona od południa i zachodu Himalajami, Pamirem i Karakorum, a od północny Kunlunem, Ałtyn-tagiem i Nan-szanem. Od połowy XVII w. kraina zwana Tybetem, zajmująca większą część wyżyny, była państwem kościelnym, rządzonym przez zwierzchnika tybetańskich duchownych zwanego dalajlamą. Od 1950 r. Tybet stanowi region autonomiczny Chińskiej Republiki Ludowej.

[3] Jak (Poephagus grunniens) – przeżuwacz z rodziny pustorożców. Jego ojczyzną jest Tybet oraz wszystkie wysokie, sąsiadujące z Tybetem łańcuchy górskie. Żyje tam na wysokości 4000–6000 m w stanie dzikim i oswojonym. Dla Tybetańczyków jest jednym z najbardziej pożytecznych zwierząt domowych; żyć jednak może tylko w ostrym klimacie, w krajach cieplejszych ginie.

[4] Nagan – siedmiostrzałowy rewolwer (kaliber 7,62 mm), od końca XIX w. używany w niektórych armiach, szczególnie w rosyjskiej; nazwa pochodzi od nazwiska belgijskiego konstruktora, Naganta.

[5] Kaszmir – górska kraina w Indiach i Pakistanie w zachodnich Himalajach. Stamtąd, doliną górnego Indusu, prowadzi bardzo trudne przejście na wyżyny Tybetu. W 1587 r. Kaszmir stał się częścią cesarstwa Mogołów, w drugiej połowie XVIII w. został podbity przez szacha Afganistanu, potem zagarnęli go sikhowie i włączyli do swego państwa, a w końcu stał się prowincją Indii Brytyjskich. Obecnie część Kaszmiru należąca do Indii wchodzi w skład stanu Dżammu i Kaszmir, którego stolicą letnią jest malownicze, słynne z wiszących ogrodów miasto Śrinagar (Święte Miasto), a zimową Dżammu, natomiast część pakistańska Kaszmiru wchodzi w skład regionu Azad Kaszmir.

[6] Zesłańcy – ludzie skazani przez władze państwowe na specjalny rodzaj kary pozbawienia wolności, polegającej na wywiezieniu (deportacji) i przymusowym pobycie skazanego na odległych terytoriach państwa lub w jego koloniach. Zesłanie było szczególnie szeroko stosowane w dawnej Rosji carskiej w stosunku do działaczy rewolucyjnych, tak Rosjan, jak i Polaków, znajdujących się pod zaborem rosyjskim.

[7] Turkiestan Wschodni (chiński) oraz Turkiestan Zachodni (rosyjski) to nazwy używane w XIX i na początku XX w. w odniesieniu do regionu Azji Środkowej, którego część należała do Chin, a część do Rosji. Obecnie Turkiestan Wschodni stanowi zachodnią część chińskiej prowincji Xinjiang (Sinciang), a Turkiestan Zachodni w latach 1920–1925 został podzielony przez ZSRR na republiki: Turkmeńską, Uzbecką, Tadżycką, Kazachską i Kirgiską; po upadku ZSRR republiki te uzyskały niepodległość.

[8] Leh – stolica Ladakhu, to jest przygranicznej wschodniej części autonomicznego indyjskiego stanu Dżammu i Kaszmir, obejmującego także krainy: Baltistan (często zwany Małym Tybetem), Gilgit i Hunza. Leh leży na północnym brzegu Indusu na szlaku łączącym Indie, Turkiestan Wschodni i Tybet. Stanowi także punkt wyjściowy dla wielu wypraw górskich; jest tu najwyżej położone obserwatorium meteorologiczne w Azji.

[9] Phażi (tybet.) – zagroda.

[10] Sahib (hindi) – pan, forma grzecznościowa, stosowana najczęściej wobec Europejczyków.

[11] Ałtyn-tag – właściwie Altun Shan, łańcuch górski, niekiedy uznawany za północne odgałęzienie gór Kunlun, między kotlinami Kaszgarską i Cajdamską.

[12] Nugety – bryłki rodzimego złota.

[13] Budda – bóg wyznawców buddyzmu. Szersze objaśnienie dalej w tekście.

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tomek wśród łowców głów. Tom 6 Tomek w tarapatach Tomek w grobowcach faraonów. Tom 9 Tomek w Gran Chaco. Tom 8 Tomek u źródeł Amazonki. Tom 7 Tajemnicza wyprawa Tomka. Tom 5 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę