Player One

Player One

Autorzy: Ernest Cline

Wydawnictwo: JK (Aha, Feeria)

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 26.90 zł

Film w reżyserii Stevena Spielberga wkrótce w kinach!
Bestsellerowa powieść, która stała się już klasykiem swojego gatunku.
Jest rok 2045. Ziemia jest okropnym miejscem. Zasoby ropy się wyczerpały. Klimat
się rozregulował. Na planecie panują głód, bieda i choroby.
Większość ludzi ucieka od przytłaczającej rzeczywistości, prowadząc wirtualne życie
w OASIS, pełnej rozmachu utopii online, gdzie można być, kim się chce i spokojnie
funkcjonować, grać i zakochiwać się na jednej z tysiąca planet. Wade Watts żyje w OASIS
od wczesnego dzieciństwa i podobnie jak wielu innych, ma obsesję na punkcie Miedzianego
Klucza, cyfrowego „wielkanocnego jajka”, ukrytego gdzieś głęboko w cyfrowej
rzeczywistości. Schował go przed śmiercią tam założyciel OASIS, James Halliday, multimiliarder.
Ten, kto go znajdzie, odziedziczy jego majątek i przejmie kontrolę nad grą.
Przez całe lata miliony ludzi próbowały odnaleźć ten skarb; jedyną wskazówką była wiedza,
że prowadzące do celu zagadki są oparte na kulturze masowej końca XX wieku. Ale
to właśnie Wade natrafia na klucz do pierwszego zadania i nagle odkrywa, że w desperackim
wyścigu po największą nagrodę przeciwko sobie ma tysiące konkurentów. Ta coraz
bardziej zaciekła rywalizacja wkrótce przenosi się z OASIS do świata rzeczywistego…

Spis treści

Poziom pierwszy

Poziom drugi

Poziom trzeci

Podziekowania

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Wykorzystanie przekładu za zgodą Wydawnictwa AMBER Sp. z o.o.

Tytuł oryginału: Ready Player One

Przekład: Dariusz Ćwiklak

Konsultacja: Jarosław Irzykowski

Korekta: Maria Kąkol

Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Norbert Młyńczak

Projekt okładki: Motion Picture Artwork © 2018 Warner Bros. Entertainment Inc.

All Rights Reserved

READY PLAYER ONE Copyright © 2011 by Dark All Day, Inc.

By arrangement with the author. All rights reserved

Copyright for Polish edition © Wydawnictwo JK, 2018

ISBN: 978-83-7229-749-5

Wydanie I, Łódź 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

Wydawca: JK

ul. Krokusowa 1-3 92-101 Łódź

tel. 42 676 49 69

fax 42 676 49 29

www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Susan i Libby

Bo naszej drogi nie da się znaleźć na żadnej mapie

0000

WSZYSCY MOI RÓWIEŚNICY PAMIĘTAJĄ, GDZIE BYLI I CO ROBILI, KIEDY dowiedzieli się o tym konkursie. Ja siedziałem w swojej kryjówce i oglądałem kreskówki, kiedy w okienku wideo pojawił się pasek z informacją, że w nocy zmarł James Halliday.

Jasne, że wiedziałem, kim jest Halliday. Wszyscy wiedzieli. Był projektantem gier i stworzył OASIS, masową grę sieciową, która stopniowo przekształciła się w internetową globalną rzeczywistość wirtualną. Każdego dnia korzystała z niej niemal cała ludzkość naszego globu. Bezprecedensowy sukces OASIS uczynił Hallidaya jednym z najbogatszych ludzi na świecie.

Początkowo nie rozumiałem, dlaczego media robią takie halo z powodu śmierci miliardera. W końcu Ziemianie mają wiele innych zmartwień. Choćby kryzys energetyczny. Katastroficzne zmiany klimatyczne. Powszechny głód, ubóstwo i choroby. Pięć wojen. Sami rozumiecie – wszyscy żyją jak pies z kotem, masowa histeria. Zwykle wiadomości nie przerywają nikomu interaktywnych komedii czy telenowel, o ile nie zdarzy się coś naprawdę ważnego. Na przykład epidemia nowego zabójczego wirusa czy grzyb atomowy pochłaniający kolejne wielkie miasto. Jakaś naprawdę wielka rzecz. Halliday był sławny, ale wiadomość o jego śmierci nadawała się na krótką informację w wieczornych wiadomościach, tak żeby szare masy mogły kręcić głowami z zazdrością, słuchając prezentera, który ogłasza, jak obrzydliwie dużo pieniędzy dostaną spadkobiercy bogacza.

Ale w tym właśnie sęk. James Halliday nie miał spadkobierców. Umarł w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat jako kawaler. Nie miał żadnych krewnych, a z tego, co jeszcze było wiadomo, ani jednego przyjaciela. Przez ostatnie piętnaście lat żył odizolowany od świata zewnętrznego, i, jeśli wierzyć plotkom – całkowicie postradał zmysły.

Tak więc najbardziej wstrząsającą wiadomością tego styczniowego poranka, która przykuła uwagę każdego zjadacza płatków śniadaniowych od Toronto po Tokio, była informacja dotycząca treści testamentu Hallidaya i określonych w tym dokumencie losów jego potężnego majątku.

Halliday przygotował krótkie nagranie wideo i instrukcję, w której prosił, by po jego śmierci przekazać je światowym mediom. Tego ranka kopia nagrania miała też trafić do każdego użytkownika OASIS. Do dziś pamiętam znajomy elektroniczny dźwięk zwiastujący nową wiadomość w skrzynce, zaledwie kilka sekund po ukazaniu się pierwszej informacji na ekranie.

Nagranie wideo w istocie było precyzyjnie zmontowanym krótkim filmem pod tytułem Zaproszenie Anoraka. Jako słynny ekscentryk Halliday przez całe życie miał obsesję na punkcie lat 80., kiedy to był nastolatkiem. Zaproszenie Anoraka pełne było niejasnych nawiązań do kultury masowej tamtych lat. Kiedy oglądałem je po raz pierwszy, umknęły mi niemal wszystkie.

Całe nagranie trwało nieco ponad pięć minut, a mimo to w kolejnych dniach i tygodniach stało się najskrupulatniej analizowanym filmem w historii. Analizowano go klatka po klatce, chyba jeszcze bardziej mozolnie niż film Abrahama Zaprudera nakręcony podczas zamachu na Kennedy’ego. Całe moje pokolenie znało na pamięć nagranie Hallidaya, co do sekundy.

* * *

Zaproszenie Anoraka rozpoczynają trąbki ze starej piosenki Dead Man’s Party.

Przez kilka pierwszych sekund takty piosenki rozbrzmiewają na tle ciemnego ekranu. Potem do trąbek dołącza gitara i pojawia się Halliday. Ale nie jest sześćdziesięciolatkiem zniszczonym przez czas i chorobę. Wygląda jak z okładki „Time’a” z 2014 roku – wysoki, szczupły, zdrowy mężczyzna nieco po czterdziestce, ze zmierzwionymi włosami i w słynnych okularach w rogowych oprawkach. Ma też to samo ubranie co na zdjęciu w „Timie”: spłowiałe dżinsy i starą koszulkę z nadrukiem Space Invaders.

Halliday jest w dużej sali gimnastycznej jakiegoś liceum, na której odbywa się potańcówka. Otaczają go nastolatki, których stroje, fryzury i ruchy w tańcu sugerują, że to późne lata 80.1. Halliday też tańczy – czego w prawdziwym życiu nikt nigdy nie widział. Z maniackim uśmiechem obraca się energicznie, wymachuje rękoma i kręci głową w rytm piosenki, bezbłędnie odtwarzając kilka słynnych kroków tanecznych z tamtego okresu. Ale Halliday nie ma partnerki. Jak to się mówi, tańczy solo.

W dolnym lewym rogu ekranu na chwilę pojawia się kilka linijek tekstu, z nazwą zespołu, tytułem piosenki, nazwą wytwórni i rokiem publikacji, zupełnie jak w starym wideoklipie z MTV: Dead Man’s Party, Oingo Boingo, MCA Records, 1985. Kiedy rozlegają się słowa, Halliday nie przestając się kręcić, zaczyna je bezgłośnie śpiewać: „Wystrojony na wyjście donikąd. Spaceruję z nieboszczykiem na ramieniu… Nie uciekaj, to tylko ja…”.

Nagle przerywa taniec i prawą dłonią wykonuje ruch, który ucina muzykę. W tej samej chwili tancerze i sala gimnastyczna znikają, a sceneria nagle się zmienia. Halliday stoi teraz przed domem pogrzebowym, obok otwartej trumny2. W środku leży dużo starszy Halliday. Ciało ma wychudzone i wyniszczone przez raka. Na jego powiekach leżą lśniące ćwierćdolarówki3. Młodszy Halliday patrzy na swoje zwłoki z udawanym smutkiem, po czym odwraca się, by przemówić do zebranych żałobników4. Pstryka palcami i w jego prawej dłoni pojawia się zwój. Otwiera go teatralnym gestem, a zwój spada na podłogę i rozwija się wzdłuż przejścia, na wprost którego stoi miliarder. Halliday zwraca się do widza i zaczyna czytać:

„Ja, James Donovan Halliday, zdrów na ciele i umyśle, deklaruję niniejszym publicznie, że ten oto dokument jest moją ostatnią wolą i testamentem. Tym samym unieważnia on wszelkie wole i kodycyle sporządzone przeze mnie do tej pory…” Czyta dalej, coraz szybciej, brnąc przez kilka prawniczych akapitów, a w końcu mówi tak szybko, że trudno rozróżnić słowa. Nagle przerywa gwałtownie. „Dajmy sobie spokój – stwierdza – nawet przy tej prędkości odczytanie całego dokumentu potrwałoby miesiąc. Przykro mi, ale nie mamy tyle czasu”. Upuszcza zwój, a ten rozpływa się w obłoku złotego pyłu. „Przedstawię wam najważniejsze punkty”.

Znika dom pogrzebowy i sceneria zmienia się ponownie. Halliday stoi teraz przed potężnymi drzwiami do bankowego skarbca. „Mój cały majątek, w tym kontrolny pakiet akcji mojej firmy, Gregarious Simulation Systems, ma trafić do funduszu powierniczego, póki nie zostanie spełniony jeden warunek podany w testamencie. Ten, kto pierwszy spełni ów warunek, odziedziczy całą moją fortunę, obecnie wycenianą na ponad dwieście pięćdziesiąt miliardów dolarów”.

Drzwi do skarbca otwierają się i Halliday wchodzi do środka. Wnętrze skarbca jest potężne i leży w nim ogromny stos sztabek złota mniej więcej wielkości dużego domu. „Ta kasa jest do wzięcia – mówi Halliday z szerokim uśmiechem. – A co mi tam. Przecież nie zabiorę jej ze sobą, prawda?”

Miliarder opiera się o stos złotych sztabek, a kamera najeżdża blisko na jego twarz. „A teraz pewnie zastanawiacie się, co trzeba zrobić, żeby dorwać tę forsę? Cierpliwości, moje dzieci. Zaraz do tego dojdziemy…” Robi dramatyczną pauzę i stroi miny dziecka, które za chwilę wyjawi ogromną tajemnicę.

Halliday znów pstryka palcami i skarbiec znika. W tej samej chwili mężczyzna kurczy się i zmienia w małego chłopca ubranego w brązowe sztruksy i spłowiałą koszulkę z Muppet Show5. Młody Halliday stoi w zagraconym salonie z ciemnopomarańczową wykładziną, ścianami obitymi drewnem i kiczowatym wystrojem z końca lat 70. Obok stoi 21-calowy telewizor Zenith, do którego podpięta jest konsola Atari 2600. „To była moja pierwsza konsola do gier – wyjaśnia Halliday dziecięcym głosem. – Atari 2600. Dostałem ją na gwiazdkę w 1979 roku”. Chłopiec siada przed Atari, bierze do ręki dżojstik i zaczyna grać. „To była moja ulubiona gra – mówi. Kiwa głową w stronę ekranu, na którym mały kwadracik wędruje przez serię prostych labiryntów. – Nosiła tytuł Adventure. Jak wiele wczesnych gier wideo Advenure została opracowana i zakodowana przez jedną osobę. Ale Atari nie doceniało wówczas pracy programistów, więc nazwisko twórcy nie pojawiło się na opakowaniu”.

Na ekranie telewizora widzimy, jak Halliday za pomocą miecza zabija czerwonego smoka, choć z powodu niskiej rozdzielczości grafiki wygląda to raczej tak, jakby kwadracik dźgał zdeformowaną kaczkę za pomocą strzałki. „Człowiek, który stworzył Adventure, nazywał się Warren Robinett. Postanowił sam schować swoje nazwisko w grze. Ukrył klucz w jednym z labiryntów. Jeśli ktoś odnalazł ów klucz – małą szarą kropkę wielkości piksela – mógł dzięki niej wejść do tajnego pomieszczenia, gdzie Robinett ukrył swoje nazwisko”. Halliday prowadzi kwadratowego bohatera do tajemnej komnaty, gdzie pośrodku ekranu pojawiają się słowa „Projekt: Warren Robinett”.

„Było to – kontynuuje Halliday, wskazując na ekran z nieskrywanym szacunkiem – pierwsze wielkanocne jajo6 w grze komputerowej. Robinett ukrył je w kodzie i nikomu o tym nie wspomniał. Atari wyprodukowało i rozprowadziło Adventure po całym świecie, nie mając pojęcia o ukrytej komnacie. O istnieniu wielkanocnego jaja dowiedzieli się dopiero po kilku miesiącach, kiedy zaczęły je odkrywać dzieciaki na całym świecie. Byłem jednym z tych dzieciaków i kiedy po raz pierwszy odnalazłem sekret Robinetta, poczułem, że to jedno z najfajniejszych komputerowych przeżyć”.

Młody Halliday odstawia dżojstik i wstaje. Salon rozmywa się i scenografia znów się zmienia. Teraz Halliday stoi w mrocznej pieczarze, gdzie na wilgotnych ścianach odbijają się płomienie niewidocznych pochodni. Jednocześnie zmienia się też wygląd samego Hallidaya, który przekształca się w Anoraka, swój słynny awatar z OASIS, czyli wysokiego czarodzieja. To trochę przystojniejsza (i bez okularów) wersja dorosłego Hallidaya. Anorak jak zwykle ma na sobie długą czarną szatę z wyhaftowanymi na obu rękawach symbolami swojego awatara (jest to wielka wykaligrafowana litera A).

„Przed śmiercią – mówi Anorak znacznie głębszym głosem – ja również stworzyłem jajo wielkanocne i ukryłem je gdzieś w najpopularniejszej grze komputerowej – w OASIS. Ten, kto pierwszy je odnajdzie, odziedziczy cały mój majątek”.

Kolejna dramatyczna pauza.

„Jajo jest dobrze schowane. Nie schowałem go gdzieś pod kamieniem. Można by rzec, że leży zamknięte w sejfie, zakopanym w tajnej komnacie, którą ukryłem w samym środku labiryntu leżącego gdzieś… – stuka się palcem w prawą skroń – tutaj”.

„Ale nie martwcie się. Zostawiłem tu i ówdzie trochę wskazówek, żebyście mogli od czegoś zacząć. Oto pierwsza z nich”. – Anorak wykonuje zamaszysty gest i w powietrzu przed nim pojawiają się trzy wirujące powoli klucze. Wygląda na to, że jeden wykonany jest z miedzi, drugi z jadeitu, a trzeci z kryształu. Klucze cały czas wirują, zaś Anorak recytuje fragment wiersza, a każdy wypowiadany przezeń wers pojawia się na chwilę na dole ekranu, wypisany płonącymi literami:

Trzy ukryte klucze i trzy tajemne bramy

Tam próbom wielkim gracz będzie poddany

Kto się nie ugnie i podoła wyzwaniom,

Dotrze do Końca i będzie wygranym.

Kiedy kończy, znikają klucze z jadeitu i kryształu, zostaje tylko miedziany, który wisi teraz na łańcuchu na szyi Anoraka.

Kamera podąża za Anorakiem, który odwraca się i idzie w głąb ciemnej pieczary. Kilka sekund później dociera do masywnych drewnianych drzwi osadzonych w skale. Drzwi wzmocnione są stalowymi okuciami i pokryte płaskorzeźbami przedstawiającymi tarcze i smoki. „Nie byłem w stanie przetestować tej konkretnej gry, więc obawiam się, że mogłem ukryć jajo wielkanocne trochę za dobrze. Tak dobrze, że trudno będzie je odszukać. Sam nie wiem. Jeśli tak, to i tak jest już za późno, by cokolwiek zmienić. Pożyjemy, zobaczymy”.

Anorak otwiera podwójne drzwi, które prowadzą do przepastnego skarbca pełnego stosów błyszczących złotych monet i pucharów wysadzanych kamieniami szlachetnymi7. Następnie czarodziej staje w otwartych drzwiach i odwraca się do widza, wyciągając ręce, by przytrzymać potężne drewniane wrota8.

„A zatem, bez zbędnych wstępów – oznajmia Anorak. – Rozpoczynamy polowanie na wielkanocne jajo Hallidaya!” Po czym znika w błysku światła, a widz patrzy przez otwarte drzwi na skrzące się za nimi stosy skarbów.

Ekran ciemnieje.

* * *

Na końcu filmu Halliday zamieścił odnośnik do swojej osobistej strony internetowej, która w dniu jego śmierci przeszła drastyczną przemianę. Przez ponad dekadę wisiała na niej jedynie krótka zapętlona animacja, w której jego awatar – Anorak – siedział w średniowiecznej bibliotece, pochylony nad zniszczonym warsztatem, mieszając mikstury i ślęcząc nad zakurzonymi księgami zaklęć. Na ścianie za jego plecami widać było namalowanego wielkiego czarnego smoka.

Tego dnia animacja zniknęła, a jej miejsce zajęła lista z najlepszymi wynikami, taka jak te, które kiedyś pojawiały się w starych automatach do gier na monety. Lista liczyła dziesięć pozycji; na każdej widać było inicjały JDH – James Donovan Halliday – a obok nich wynik: sześć zer. Owa lista wyników szybko zyskała nazwę Tablicy.

Tuż pod Tablicą widniała ikona przypominająca małą książkę oprawioną w skórę. Klikając w nią, można było ściągnąć za darmo kopię Almanachu Anoraka, czyli zbioru setek nieopatrzonych datami wpisów w dzienniku Hallidaya. Almanach liczył ponad tysiąc stron, ale niewiele mówił o prywatnym życiu Hallidaya czy o wykonywanych przezeń codziennych czynnościach. Większość wpisów twórcy OASIS stanowiły spisane w formie strumienia świadomości obserwacje na temat rozmaitych klasycznych gier komputerowych, książek, filmów i komiksów z dziedziny science fiction i fantasy oraz kultury masowej lat 80. Wszystko to ubarwione pełną humoru krytyką, od zorganizowanych form religii po napoje gazowane.

Polowanie, jak nazwano konkurs ogłoszony przez Hallidaya, szybko stało się częścią globalnej kultury. Dorośli i dzieci marzyli o odnalezieniu jaja wielkanocnego Hallidaya, tak jak marzy się o wygranej na loterii. W tej grze mógł wziąć udział każdy i początkowo nie było w tym nic złego. Almanach Anoraka sugerował jedynie, że do znalezienia jaja niezbędna będzie wiedza dotycząca najrozmaitszych obsesji Hallidaya. To doprowadziło do globalnej fascynacji kulturą masową lat 80. Pięćdziesiąt lat po zakończeniu tej dekady filmy, muzyka, gry oraz moda z tamtego okresu wróciły do łask. W 2041 roku postawione na sztorc włosy i dekatyzowane dżinsy stały się częścią stylu, a nowe wersje popularnych hitów z tamtych lat okupowały pierwsze miejsca na listach przebojów. Ludzie, którzy w latach 80. mieli po kilkanaście lat i teraz dożywali sędziwej starości, ze zdumieniem patrzyli, jak ich wnuki wzorują się na modzie z lat ich własnej młodości i zgłębiają zaistniałe w tamtych czasach zjawiska.

Narodziła się nowa subkultura złożona z milionów ludzi, którzy poświęcali każdą wolną chwilę na poszukiwania jaja Hallidaya. Początkowo zwano ich po prostu „łowcami jaja”, ale ponieważ przy tych łowach trzeba było się nieźle nagłowić, na poszukiwaczy szybko zaczęto mówić „jajogłowi”.

W ciągu pierwszego roku poszukiwań bycie jajogłowym było bardzo modne i prawie każdy użytkownik OASIS uważał się za takiego.

Kiedy minęła pierwsza rocznica śmierci Hallidaya, gorączka wokół konkursu zaczęła przygasać. Minął cały rok i nikt niczego nie znalazł. Ani jednego klucza, ani jednej bramy. Po części problemem był sam rozmiar OASIS. Mieściło się w niej ponad tysiąc symulowanych światów, w których mogły kryć się klucze, a dokładne przeszukanie każdego z nich mogło zająć jajogłowemu całe lata.

Choć „zawodowi” jajogłowi chwalili się na blogach, że codziennie są bliżej przełomu, to stopniowo docierała do nich prawda: żaden z nich nie miał nawet pojęcia, czego szuka ani gdzie rozpocząć poszukiwania.

Minął kolejny rok.

I jeszcze jeden.

I wciąż nic.

Społeczeństwo straciło zainteresowanie konkursem. Ludzie zaczęli wierzyć, że to wszystko było jedynie dowcipem bogatego wariata. Inni uważali, że jeśli nawet jajo istnieje, nikt go nigdy nie znajdzie. Tymczasem OASIS nadal ewoluowała i zyskiwała na popularności. Przed próbami przejęcia i prawnymi rozgrywkami chroniły ją żelazne zapisy testamentu Hallidaya i armia wściekłych prawników, którym powierzył administrowanie swoim majątkiem. Wielkanocne jajo Hallidaya stopniowo nabrało charakteru miejskiej legendy, a kurczący się stale zastęp jajogłowych zaczął być obiektem drwin. Co roku, w rocznicę śmierci Hallidaya, prezenterzy w mediach z przymrużeniem oka donosili o braku postępów w poszukiwaniach. I co roku kolejni jajogłowi wycofywali się z konkursu, dochodząc do wniosku, że Halliday ukrył jajo tak, że nie sposób go znaleźć.

Minął kolejny rok.

I jeszcze jeden.

I nagle, wieczorem jedenastego lutego 2045 roku na szczycie Tablicy pojawiła się nazwa awatara, którą mógł podziwiać cały świat. Po pięciu długich latach w końcu odnaleziono Miedziany Klucz. Dokonał tego osiemnastolatek mieszkający w osiedlu przyczep kempingowych na przedmieściach Oklahoma City.

Owym osiemnastolatkiem byłem ja.

To, co działo się dalej, próbowano opowiedzieć w dziesiątkach książek, kreskówek, filmów i seriali, ale w żadnym nie pokazano całej prawdy. Więc raz na zawsze chcę opowiedzieć wszystko od a do z.

POZIOM

PIERWSZY

Bycie człowiekiem przeważnie jest do kitu. Życie da się jakoś znieść jedynie dzięki grom komputerowym.

Almanach Anoraka

rozdział 91, wiersze 1–2

0001

ZE SNU WYRWAŁ MNIE ODGŁOS WYSTRZAŁÓW W JEDNYM Z POBLISKICH stosów. Po strzałach przez kilka minut słychać było stłumione krzyki i wrzaski; w końcu zapadła cisza.

Wystrzały w stosach nie były niczym niespotykanym, ale wciąż nie mogłem do nich przywyknąć. Wiedziałem, że pewnie nie będę już w stanie zasnąć, więc postanowiłem spędzić te parę godzin do świtu, ćwicząc kilka klasycznych gier na automaty wrzutowe: Galaga, Defender, Asteroids. To wymarłe cyfrowe dinozaury, które stały się eksponatami muzealnymi na długo przed moimi narodzinami. Ale byłem przecież jajogłowym, więc nie traktowałem ich jak antyków w niskiej rozdzielczości. Dla mnie były to święte relikwie. Filary panteonu. W klasyczne gry grałem z oddaniem i czcią.

Leżałem skulony w starym śpiworze w kącie mikroskopijnej pralni w przyczepie, wciśnięty w szczelinę między ścianą a suszarką. Nie byłem mile widziany w pokoju ciotki po drugiej stronie korytarza, ale wcale mi to nie przeszkadzało. I tak wolałem spać w pralni. Było w niej ciepło, miałem tam trochę prywatności, a i zasięg sieci bezprzewodowej nie był taki zły. Dodatkowym plusem było to, że pachniało tam płynem do prania i zmiękczaczem do tkanin. W pozostałej części przyczepy śmierdziało kocimi sikami i skrajną biedą.

Zwykle spałem w mojej kryjówce. Ale w ciągu ostatnich kilku nocy temperatury spadały poniżej zera, więc choć nie znosiłem przyczepy ciotki, to perspektywa zamarznięcia na śmierć wydawała mi się mało atrakcyjna.

W mieszkaniu ciotki mieszkało w sumie piętnaście osób. Ona sama spała w najmniejszej z trzech sypialni. Deppertowie zajmowali pokój obok, a Millerowie zaanektowali główną sypialnię na końcu korytarza. Było ich sześcioro i dorzucali się najwięcej do czynszu. W porównaniu z innymi przyczepami w stosach, w naszej i tak nie było najtłoczniej. Mieliśmy przyczepę o podwójnej szerokości. Miejsca wystarczyło dla wszystkich.

Wyjąłem laptop i włączyłem go. Niezgrabny, ciężki grat miał prawie dziesięć lat. Znalazłem go na śmietniku za opustoszałym centrum handlowym po drugiej stronie autostrady. Udało mi się go przywrócić do życia. Wystarczyło wymienić pamięć i wgrać od nowa system operacyjny z epoki kamienia łupanego. W porównaniu z obecnymi urządzeniami procesor pracował jak muł, ale dla moich potrzeb wystarczał. Laptop służył jako moja przenośna biblioteka naukowa, automat do gier komputerowych i kino domowe. Na twardym dysku miałem stosy starych książek, filmów, seriali telewizyjnych, piosenek i chyba każdą grę komputerową wyprodukowaną w XX wieku.

Odpaliłem emulator i wybrałem jedną z najbardziej ulubionych gier – Robotron: 2084. Od początku spodobały mi się jej frenetyczne tempo i brutalna prostota. W Robotronie liczył się przede wszystkim instynkt i refleks. Granie w stare gry komputerowe zawsze pomagało mi oczyścić umysł i się odprężyć. Kiedy czułem się przygnębiony czy sfrustrowany swoim losem, wystarczyło kliknąć przycisk „Gracz 1” i wszelkie zmartwienia natychmiast ulatywały, a ja skupiałem się na niekończącym się szalonym ataku na ekranie komputera. W dwuwymiarowym wszechświecie gry życie było proste: Ty sam przeciw maszynie. Lewą ręką poruszasz postacią, a strzelasz prawą. I starasz się przeżyć jak najdłużej.

Przez kilka godzin unicestwiałem kolejne fale mózgów, kul, kwarków i wraków, w niekończącej się walce, by: „Ocalić ostatnią ludzką rodzinę!” W końcu jednak palce mi zdrętwiały i zacząłem gubić rytm. Kiedy do tego doszło na tym poziomie, sytuacja pogarszała się błyskawicznie. W ciągu kilku minut zużyłem wszystkie dodatkowe życia i na ekranie pojawiły się dwa znienawidzone przeze mnie słowa: KONIEC GRY.

Wyłączyłem emulator i zacząłem przeglądać pliki wideo. W ciągu pięciu lat ściągnąłem każdy film, serial telewizyjny i kreskówkę wspomnianą w Almanachu Anoraka. Oczywiście wciąż nie obejrzałem ich wszystkich. Zajęłoby mi to pewnie kilka dekad.

Wybrałem odcinek Family Ties, sitcom z lat 80. o rodzinie z klasy średniej mieszkającej w środkowym Ohio. Ściągnąłem ten serial, bo Halliday go uwielbiał i uznałem, że być może w jednym z odcinków kryje się jakaś podpowiedź dotycząca poszukiwań. Od razu uzależniłem się od tego serialu i zdążyłem już obejrzeć wszystkie sto osiemdziesiąt odcinków po kilka razy. Nie były w stanie mnie znudzić.

Zawsze kiedy tak siedziałem w ciemności i oglądałem serial na laptopie, wyobrażałem sobie, że to ja mieszkam w tym ciepłym, dobrze oświetlonym domu i że ci uśmiechnięci, wyrozumiali ludzie to moja rodzina. I że na świecie nie dzieje się nic na tyle złego, by nie dało się tego rozwiązać w ciągu półgodzinnego odcinka (albo dwóch, jeśli sprawa była naprawdę poważna).

Moje domowe życie w niczym nie przypominało tego, które oglądałem w Family Ties i zapewne dlatego tak bardzo kochałem ten serial. Byłem jedynym dzieckiem dwojga nastolatków, którzy uciekli z domu i poznali się pośród stosów, gdzie się urodziłem i dorastałem. Ojca nie pamiętam. Kiedy miałem zaledwie kilka miesięcy, został zastrzelony. Okradał właśnie sklep spożywczy podczas jednego z wielu wyłączeń prądu w okolicy. Wiem o nim tylko tyle, że uwielbiał komiksy. W pudełku z jego rzeczami znalazłem kilka starych pamięci flash z pełnymi wydaniami Spider-Mana, X-Men i Zielonej Latarni. Mama powiedziała mi kiedyś, że ojciec nadał mi imię zaczynające się na tę samą literę co nazwisko – Wade Watts – bo uważał, że to brzmi jak tajny pseudonim superbohatera. Jak Peter Parker czy Clark Kent. Kiedy się o tym dowiedziałem, uznałem, że musiał być fajnym gościem, choć umarł mało fajnie.

Moja matka, Loretta, wychowała mnie sama. Mieszkaliśmy w małym wozie kempingowym w oddzielnej części stosów. Matka pracowała na dwa etaty w OASIS – jako sprzedawca telefoniczny i jako dziewczyna do towarzystwa w internetowym burdelu. Nocą kazała mi wkładać zatyczki do uszu, żebym nie słyszał, jak świntuszy w pokoju obok, rozmawiając z klientami z innych stref czasowych. Ale zatyczki średnio się sprawdzały, więc wolałem oglądać stare filmy z dźwiękiem na pełny regulator.

OASIS poznałem wcześnie, bo matka wykorzystywała ów system jako wirtualną niańkę. Kiedy urosłem na tyle, żeby móc założyć wizjer i dotykowe rękawice, mama pomogła mi stworzyć pierwszego awatara w OASIS. Potem sadzała mnie w kącie i wracała do pracy, a ja mogłem odkrywać całkowicie nowy świat, zupełnie inny od tego, który znałem do tej pory.

Od tego czasu w zasadzie wychowywały mnie interaktywne programy edukacyjne w OASIS, do których każde dziecko miało darmowy dostęp. Sporą część dzieciństwa spędziłem w wirtualnej symulacji Ulicy Sezamkowej, śpiewając piosenki z przyjaznymi Muppetami i grając w interaktywne gry, dzięki którym nauczyłem się chodzić, mówić, dodawać, odejmować, czytać, pisać i dzielić z innymi. Kiedy posiadłem te umiejętności, szybko odkryłem, że OASIS to także największa na świecie publiczna biblioteka, gdzie nawet dzieciak bez grosza przy duszy taki jak ja może mieć dostęp do wszystkich napisanych książek, wszystkich nagranych piosenek i każdego filmu, serialu, gry komputerowej i dzieła sztuki, jakie kiedykolwiek powstały. Cała wiedza, sztuka i rozrywka, którą stworzyła ludzka cywilizacja, czekały na mnie, miałem je na wyciągnięcie ręki. Ale dostęp do tych wszystkich informacji okazał się obosiecznym mieczem. Bo przez to właśnie odkryłem prawdę.

* * *

Nie wiem, może macie inne doświadczenia. Ale dorastając na Ziemi w XXI wieku, czułem się, jakby ktoś dał mi w zęby. W sensie egzystencjalnym.

Jako dzieciak najbardziej przeżywałem to, że nikt nie powiedział mi prawdy o moim losie. Można wręcz powiedzieć, że ją ukrywano. A ja oczywiście we wszystko wierzyłem, bo przecież byłem tylko dzieckiem, i zresztą, co ja tam wiedziałem. Chryste, przecież nawet mózg mi jeszcze do końca nie urósł, więc nie miałem pojęcia, że dorośli wciskają mi kit.

Łykałem więc te wszystkie bzdury rodem z ciemnogrodu, które mi wciskali. Minęło trochę czasu. Nieco podrosłem i stopniowo zacząłem się domyślać, że od kiedy opuściłem łono matki, w zasadzie wszyscy okłamywali mnie, i to na każdy temat.

Niepokojące odkrycie.

To sprawiło, że później miałem problemy z okazywaniem zaufania.

Ponurą prawdę odkryłem, kiedy tylko zacząłem buszować po darmowych bibliotekach OASIS. Fakty czekały na mnie ukryte w starych książkach pisanych przez ludzi, którzy nie bali się szczerości. Artystów, naukowców, filozofów i poetów. Wielu z nich od dawna już nie żyje. Czytając słowa, jakie po sobie zostawili, zrozumiałem w końcu całą sytuację. Moją sytuację. Naszą sytuację. To, co większość ludzi określała mianem „kondycji ludzkiej”.

Nie były to dobre wieści.

Szkoda, że nikt mi o tym nie wspomniał, kiedy dorosłem na tyle, by to zrozumieć. Żałuję, że nikt nie powiedział po prostu:

– Sprawy wyglądają tak, Wade. Jesteś czymś, co jest nazywane „istotą ludzką”. To bardzo bystry gatunek zwierzęcia. Tak jak każde inne zwierzę na tej planecie, pochodzimy od jednokomórkowych organizmów, które żyły tu miliony lat temu. Pojawiliśmy się w wyniku procesu zwanego ewolucją; później dowiesz się na ten temat więcej. Ale uwierz mi, naprawdę wszyscy powstaliśmy właśnie w ten sposób. Dowody na to są wszędzie, pogrzebane w skałach. A te opowieści, że zostaliśmy stworzeni przez superwszechmocnego kolesia o imieniu Bóg, który mieszka w niebie? Bujda na resorach. Ten cały Bóg to starożytne bajki, które ludzie opowiadają sobie od tysięcy lat. To my go wymyśliliśmy. Tak jak Świętego Mikołaja i Wielkanocnego Zajączka.

A tak przy okazji… Świętego Mikołaja ani Wielkanocnego Zajączka też nie ma. To bajki. Przykro mi, młody. Musisz z tym żyć.

Pewnie zastanawiasz się, co się działo, nim się pojawiłeś. Całe mnóstwo rzeczy. Kiedy w wyniku ewolucji pojawiliśmy się my, ludzie, zaczęło się robić naprawdę interesująco. Wymyśliliśmy, jak uprawiać rośliny i oswajać zwierzęta, więc nie musieliśmy non stop polować. Nasze plemiona się rozrastały i rozprzestrzeniliśmy się po całej planecie niczym niepowstrzymany wirus.

Stoczywszy między sobą trochę wojen o ziemię, surowce i naszych wymyślonych bogów, zorganizowaliśmy w końcu nasze plemiona w „globalną cywilizację”. Ale szczerze mówiąc, nie była ona ani tak bardzo zorganizowana, ani cywilizowana, więc nadal toczyliśmy mnóstwo wojen we własnym gronie. Poznaliśmy też naukę, która pomogła nam rozwinąć technologię. Jak na bandę bezwłosych małp zdołaliśmy wynaleźć parę naprawdę niewiarygodnych rzeczy: komputery, medycynę, lasery, kuchenki mikrofalowe, sztuczne serca, bomby atomowe. Udało nam się nawet wysłać parę osób na Księżyc i z powrotem. Stworzyliśmy też globalną sieć komunikacyjną, dzięki której możemy ze sobą rozmawiać przez cały czas. Robi wrażenie, prawda?

Ale tu pojawiają się złe wieści. Stworzyliśmy naszą cywilizację ogromnym kosztem. Do jej powstania potrzeba było mnóstwa energii, którą uzyskiwaliśmy ze spalania paliw kopalnych pochodzących z martwych roślin i zwierząt leżących głęboko pod ziemią. Zużyliśmy większość tej energii, nim się pojawiłeś na świecie i teraz brakuje nam jej, żeby cywilizacja działała jak wcześniej. Musieliśmy więc wprowadzić ograniczenia. Ogromne. Nazywamy to Globalnym Kryzysem Energetycznym i trwa on już od dłuższego czasu.

Okazało się też, że spalanie tych surowców miało dość przykre skutki uboczne, takie jak wzrost temperatury naszej planety i zniszczenie środowiska. Z tego powodu topią się lodowce na biegunach, podnosi się poziom mórz, a pogoda stała się całkowicie nieprzewidywalna. Rośliny i zwierzęta wymierają na masową skalę, a mnóstwo ludzi cierpi głód i nie ma dachu nad głową. Nadal też toczymy między sobą wojny, głównie o resztki surowców, które nam zostały.

W sumie, mały, oznacza to tyle, że życie jest dziś o wiele cięższe niż kiedyś, w starych dobrych czasach, zanim się urodziłeś. Kiedyś było niesamowicie, teraz jest raczej przerażająco. Mówiąc szczerze, przyszłość nie rysuje się w różowych barwach. Urodziłeś się w dość gównianych czasach. Wygląda na to, że teraz, im dalej, tym będzie gorzej. Nasza cywilizacja przeżywa „schyłek”. Niektórzy mówią nawet, że „upadek”.

Pewnie zastanawiasz się, co z tobą będzie. To proste. To samo, co stało się z każdym kiedykolwiek żyjącym człowiekiem. Umrzesz. Wszyscy umrzemy. Tak już jest.

Co się stanie, kiedy umrzesz? Cóż, nie mamy pewności. Ale wszystko wskazuje na to, że nie stanie się nic. Po prostu umierasz, mózg przestaje pracować i nie ma cię, nie możesz zadawać więcej irytujących pytań. A te opowieści, które słyszałeś, o tym, że idzie się do cudownego miejsca zwanego „niebem”, gdzie nie ma już bólu ani śmierci i żyje się wiecznie w stanie niezmiennej szczęśliwości? To też bzdury do kwadratu. Tak jak te bajki o Bogu. Nie ma żadnych dowodów na istnienie nieba i nigdy nie było. To też sobie wymyśliliśmy. Ot, takie pobożne życzenia. Teraz musisz żyć ze świadomością, że pewnego dnia umrzesz i znikniesz na zawsze.

Przykro mi.

* * *

Cóż, z drugiej strony może jednak szczerość nie jest najlepszym wyjściem. Może to kiepski pomysł, by nowo narodzonemu człowiekowi mówić, że pojawił się na świecie pełnym chaosu, bólu i ubóstwa, i że będzie miał okazję popatrzeć, jak wszystko rozpada się w pył. Dowiadywałem się tego wszystkiego stopniowo, przez kilka lat, a i tak miałem ochotę skoczyć z mostu.

Na szczęście pod ręką była OASIS, wyjście awaryjne do lepszej rzeczywistości. Dzięki OASIS nie zwariowałem. To tu mieściło się moje podwórko i moje przedszkole. Magiczne miejsce, gdzie wszystko było możliwe.

Z OASIS wiążą się najszczęśliwsze wspomnienia mojego dzieciństwa. Kiedy mama nie musiała pracować, logowaliśmy się oboje, graliśmy w różne gry albo wspólnie przeżywaliśmy przygody z interaktywnych książek. Mama zmuszała mnie co wieczór, żebym się wylogował, bo za nic nie chciałem wracać do realnego życia, które po prostu było do dupy.

Nigdy nie miałem mamie za złe, że żyjemy w taki sposób. Sama była ofiarą okrutnych okoliczności, zresztą tak jak wszyscy. Jej pokolenie miało najgorzej. Urodziła się w świecie pełnym obfitości i mogła tylko patrzeć, jak powoli się on kończy. Pamiętam, że było mi jej ogromnie żal. Wciąż była przygnębiona i cieszyły ją tylko narkotyki. Oczywiście to one w końcu ją zabiły. Kiedy miałem jedenaście lat, wstrzyknęła sobie w ramię działkę jakiegoś świństwa i zmarła na naszej złachanej, rozkładanej sofie, słuchając muzyki ze starego odtwarzacza MP3, który zreperowałem i podarowałem jej na Gwiazdkę rok wcześniej.

Wtedy właśnie musiałem się przeprowadzić do siostry mamy, Alice. Ciotka Alice nie przygarnęła mnie z uprzejmości czy ze względu na rodzinną odpowiedzialność. Zrobiła to, bo co miesiąc dostawała na mnie dodatkowe kupony żywnościowe od rządu. Chociaż o jedzenie i tak musiałem się sam troszczyć. Zwykle nie było z tym problemu, bo miałem smykałkę do wyszukiwania i naprawiania starych komputerów i zepsutych konsol OASIS. Sprzedawałem je w lombardach albo wymieniałem na kupony żywnościowe. Zarabiałem dość, by nie chodzić głodny, czego nie dało się powiedzieć o wielu sąsiadach.

Rok po śmierci mamy upłynął mi głównie na użalaniu się nad sobą i nurzaniu się w rozpaczy. Próbowałem dostrzegać plusy całej sytuacji. Może i byłem sierotą, ale przynajmniej żyło mi się lepiej niż dzieciakom w Afryce. Azji. A nawet Ameryce Północnej. Miałem dach nad głową i jedzenia pod dostatkiem. No i miałem OASIS. W sumie nie było tak źle. Powtarzałem to sobie, na próżno odsuwając koszmarną samotność, która mi doskwierała.

I wtedy rozpoczęło się polowanie na jajo wielkanocne Hallidaya. Chyba to mnie ocaliło. Nagle znalazłem coś godnego uwagi. Marzenie, za którym warto było puścić się w pogoń. Od pięciu lat to polowanie było dla mnie celem i sensem życia. Misją do wypełnienia. Powodem, by rano się budzić. Czymś, na co czekałem.

Kiedy zacząłem szukać jaja, przyszłość przestała wydawać się taka ponura.

* * *

Byłem w połowie czwartego odcinka minimaratonu Family Ties, kiedy skrzypnęły drzwi do pralni i do środka weszła ciotka Alice – niedożywiona harpia w zniszczonym szlafroku. Ściskała pod pachą kosz z brudnymi rzeczami. Wyglądała bardziej przytomnie niż zwykle, a to nie wróżyło niczego dobrego. Bardziej układna była na haju.

Obrzuciła mnie spojrzeniem pełnym pogardy i zaczęła wkładać ciuchy do pralki. Nagle ciotka zmieniła się na twarzy i nachyliła się za suszarkę, żeby lepiej mi się przyjrzeć. Kiedy zobaczyła laptop, otworzyła szeroko oczy. Szybko go zamknąłem i zacząłem wpychać go do plecaka, ale wiedziałem, że jest już za późno.

– Oddaj to, Wade – poleciła i wyciągnęła rękę po laptop. – Sprzedam go i będę mogła zapłacić czynsz.

– Nie! – krzyknąłem, próbując się wyrwać. – Ciociu, potrzebuję go do szkoły.

– Musisz okazać odrobinę wdzięczności! – warknęła. – Każdy kto tu mieszka, musi płacić czynsz. A ty jesteś jak pijawka, mam tego dość!

– Przecież bierzesz wszystkie moje kupony. To aż nadto wystarczy za moją część czynszu.

– Gówno prawda! – Znowu spróbowała wyrwać mi laptop, ale nie chciałem go puścić. Odwróciła się i pobiegła z powrotem do swojego pokoju. Wiedziałem, co się szykuje, więc szybko wpisałem w komputerze polecenie, które zablokowało klawiaturę i wymazało twardy dysk.

Ciotka Alice wróciła po kilku sekundach ze swym chłopakiem Rickiem, który jeszcze się do końca nie obudził. Rick nigdy nie nosił koszuli, bo lubił szpanować imponującą kolekcją więziennych tatuaży. Podszedł do mnie bez słowa i uniósł groźnie pięść. Skuliłem się i oddałem mu laptop. Następnie Rick i ciotka Alice wyszli, po drodze zastanawiając się, ile mogą dostać za komputer w lombardzie.

Utrata laptopa nie była tragedią. W kryjówce miałem schowane dwa zapasowe. Ale nie były tak szybkie jak ten i będę musiał przerzucić na nie wszystkie pliki z zapasowych dysków. Jeden wielki koszmar. Ale sam byłem sobie winny. Wiedziałem, czym grozi przynoszenie do tego miejsca czegokolwiek wartościowego.

Przez okienko w pralni zaczęło wpadać granatowe światło świtu. Uznałem, że w sumie będzie lepiej, jeżeli wyjdę dziś wcześniej do szkoły.

Ubrałem się szybko i cicho. Naciągnąłem wytarte sztruksy, workowaty sweter i za dużą kurtkę. To była moja cała zimowa garderoba. Następnie zarzuciłem plecak i stanąłem na pralce. Naciągnąłem rękawiczki i odsunąłem oszronione okno. Mroźne poranne powietrze szczypało mnie w policzki, kiedy wyjrzałem na nierówne morze dachów przyczep.

Przyczepa ciotki stała na samej górze stosu wysokiego na dwadzieścia dwa mobilne domy. Był on o poziom czy dwa wyższy niż większość stosów wokół nas. Przyczepy na samym dole stały na ziemi albo na betonowych podmurówkach, ale te umieszczone wyżej trzymały się dzięki wzmocnionym modułowym rusztowaniom. Tę chaotyczną metalową konstrukcję tworzono po kawałku całymi latami.

Mieszkaliśmy przy Portland Avenue, w rozległym ulu wypłowiałych metalowych pudeł, które rdzewiały na skraju autostrady I-40, nieco na zachód od gnijącego centrum Oklahoma City, pełnego drapaczy chmur. Stało tu ponad pięćset stosów, a wszystkie połączone były prowizoryczną siecią rur z odzysku, metalowych belek, wsporników i kładek. Na skraju tego stale powiększającego się obszaru widać było wieże kilku starych żurawi budowlanych, dzięki którym można było ustawiać jedne przyczepy na drugich.

Górny poziom, czyli „dach” stosów pokryty był mozaiką starych baterii słonecznych. To one dostarczały dodatkowej energii przyczepom poniżej. Z każdej strony stosu wiła się plątanina węży i plastikowych rur, które dostarczały wodę i odbierały ścieki (to luksus niedostępny w części innych stosów porozrzucanych po całym mieście). Na dół (czyli do „podłogi”) docierało niewiele światła słonecznego. Ciemne, wąskie skrawki ziemi między stosami zapchane były truchłami porzuconych samochodów i furgonetek. W bakach miały całkiem sucho, a drogi wyjazdowe już dawno im poblokowano.

Pan Miller, jeden z sąsiadów, wyjaśnił mi kiedyś, że parkingi takie jak nasz kiedyś mieściły kilkadziesiąt przyczep ustawionych w równe rzędy na ziemi. Ale po załamaniu się rynku paliw i nastaniu kryzysu energetycznego wielkie miasta wypełniły się uciekinierami z okolicznych przedmieść i wsi, co doprowadziło do deficytu mieszkaniowego. Nieruchomości położone w pobliżu miast stały się zbyt cenne, by marnować je na rozległe parkingi dla domów na kółkach, więc ktoś wpadł na błyskotliwy pomysł, by – jak stwierdził pan Miller – „poustawiać cholerstwo jedno na drugim” i lepiej wykorzystać teren. Pomysł przyjął się momentalnie i parkingi dla przyczep w całym kraju szybko zmieniły się w „stosy” – dziwne hybrydy slumsów, squatów i obozów dla uchodźców. Rozproszone na obrzeżach dużych skupisk ludzkich stosy stały się przytuliskiem dla przesiedlonych prowincjuszy takich jak moi rodzice. W desperackiej pogoni za pracą, jedzeniem, elektrycznością i dobrym dostępem do OASIS uciekali z umierających miasteczek i na resztkach benzyny (albo ciągnięci przez zwierzęta) przenosili swoje rodziny, kampery i przyczepy do najbliższych metropolii.

Każdy stos na naszym parkingu składał się z co najmniej piętnastu przyczep (pomiędzy którymi trafiały się kampery, kontenery, opływowe przyczepy Airstream czy mikrobus Volkswagena). W ostatnich latach wiele stosów urosło do dwudziestu pojazdów i więcej. Nierzadko te dziwaczne konstrukcje się zapadały, a jeśli puszczały rusztowania, kolejne cztery czy pięć sąsiednich stosów potrafiło się przewrócić jak kostki domina.

Nasza przyczepa znajdowała się w pobliżu północnego skraju parkingu, który sięgał aż do sypiącego się przejazdu nad autostradą. Z okna w pralni widziałem wąski strumyczek elektrycznych samochodów wlokących się po spękanym asfalcie – wiozły do miasta towary i robotników. Kiedy patrzyłem na smutne niebo, nad horyzontem błysnął skrawek słońca. Ilekroć widziałem, jak wschodzi, odbywałem w myślach pewien rytuał: przypominałem sobie, że patrzę na gwiazdę, jedną ze stu miliardów gwiazd w naszej galaktyce. Galaktyce, która jest tylko jedną z miliardów innych galaktyk we wszechświecie, który jesteśmy w stanie obserwować. To pomagało mi nabrać dystansu. Zacząłem to robić, od kiedy obejrzałem program naukowy Kosmos z początku lat 80.

Najciszej jak potrafiłem, wymknąłem się przez okno i, trzymając się za dolną część framugi, zsunąłem się po zimnej, metalowej ścianie przyczepy. Stalowa platforma, na której stała przyczepa, była od niej tylko trochę dłuższa i szersza. Wokół przyczepy znajdował się parapet szeroki na niespełna pół metra. Ostrożnie opuściłem się, póki stopami nie poczułem owej półki, a następnie sięgnąłem w górę, by zamknąć za sobą okno. Chwyciłem linę umieszczoną na wysokości pasa i zacząłem iść powoli wzdłuż ściany przyczepy. Kiedy dotarłem do rogu, mogłem już zejść po przypominającym drabinę rusztowaniu. Zawsze w ten sposób wchodziłem i wychodziłem z przyczepy ciotki. Do boku przyczepy przymocowano chwiejne metalowe schodki, ale tak się bujały i obijały o rusztowanie, że nie dało się ich używać dyskretnie. A dyskrecja w stosach była najważniejsza. Lepiej było przemykać się po cichu i chyłkiem. Wokół kręciło się często mnóstwo niebezpiecznych i zdesperowanych ludzi, którzy byli w stanie cię napaść, zgwałcić i jeszcze sprzedać twoje organy na czarnym rynku.

Schodzenie po plątaninie metalowych belek zawsze przypominało mi stare platformowe gry komputerowe, takie jak Donkey Kong czy Burgertime. Wykorzystałem ten pomysł kilka lat temu, kiedy kodowałem moją pierwszą grę na Atari 2600 (dla jajogłowego to taki rytuał inicjacyjny, coś jak budowa pierwszego miecza świetlnego dla rycerza Jedi). Gra była zerżnięta z Pitfall i nazywała się Stosy. Trzeba było w niej dotrzeć do szkoły przez pionowy labirynt przyczep, zbierając stare komputery, przechwytując kupony żywnościowe, które dodawały energii, i unikając pedofilów oraz narkomanów uzależnionych od metamfetaminy. Gra była znacznie bardziej zabawna niż rzeczywistość.

Kiedy schodziłem, zatrzymałem się obok przyczepy Airstream trzy poziomy niżej, gdzie mieszkała moja przyjaciółka, pani Gilmore. Ta urocza staruszka dobrze po siedemdziesiątce chyba zawsze wstawała o nieludzkiej porze. Zajrzałem przez okno i zobaczyłem, że krząta się po kuchni, szykując śniadanie. Dostrzegła mnie po kilku sekundach i oczy jej rozbłysły.

– Wade! – odezwała się i otworzyła okno. – Dzień dobry, kochany chłopcze.

– Dzień dobry, pani G – odparłem. – Mam nadzieję, że nie wystraszyłem pani.

– Ależ skąd – zapewniła mnie. Otuliła się ciaśniej szlafrokiem, gdy poczuła przeciąg od okna. – Ależ ziąb na dworze! Może wejdziesz i coś zjesz? Mam trochę sojowego boczku. Jaja w proszku też się nadają, trzeba tylko dobrze posolić…

– Dziękuję, ale dziś nie mogę, pani G. Muszę iść do szkoły.

– No dobrze, może innym razem. – Posłała mi całusa i zaczęła zamykać okno. – Tylko nie skręć sobie karku, schodząc, dobrze, Spidermanie?

– Jasne. Do zobaczenia później, pani G. – Pomachałem jej na pożegnanie i schodziłem dalej.

Pani Gilmore była przecudowna. W razie potrzeby pozwalała mi nocować u siebie na sofie, choć trudno mi było zasnąć przez jej koty. Była bardzo religijna i większość czasu spędzała w OASIS na nabożeństwie w jednym z tych wielkich sieciowych megakościołów, śpiewając pieśni, słuchając kazań i jeżdżąc na wirtualne wycieczki po Ziemi Świętej. Naprawiałem jej wiekową konsolę OASIS, ilekroć odmawiała posłuszeństwa, a ona w zamian odpowiadała na moje niekończące się pytania o to, jak wyglądało jej dorastanie w latach 80. Znała niesamowite szczegóły dotyczące tamtego okresu. – nie można ich było znaleźć w książkach czy filmach. Zawsze też się za mnie modliła. Starała się ze wszystkich sił ocalić moją duszę. Nie miałem serca powiedzieć jej, że moim zdaniem zorganizowana religia to wielka bzdura. Ta przyjemna fantazja dawała pani Gilmore nadzieję i pozwalała żyć – dokładnie tak jak mnie Polowanie. Cytując Almanach: „Ludzie, którzy mieszkają w szklanych domach, powinni się, do cholery, zamknąć”.

Kiedy dotarłem do najniższego poziomu, pozostał mi jakiś metr z kawałkiem do ziemi, więc zeskoczyłem z rusztowania. Moje gumowe buty wbiły się w śnieżną breję i zamarznięte błoto. Na dole wciąż było jeszcze dość ciemno, więc wyjąłem latarkę i ruszyłem na wschód, przedzierając się przez mroczny labirynt. Robiłem, co mogłem, żeby nikt mnie nie zauważył, starałem się nie przewrócić a to o leżący koszyk z supermarketu, a to o silnik czy wszelkie inne śmieci zaściełające wąskie alejki między stosami. Rzadko spotykałem kogoś tak wcześnie rano. Autobusy jeździły tylko kilka razy dziennie, więc ci szczęśliwcy, którzy mieli pracę, już czekali na przystanku przy autostradzie. Większość pracowała na dzienną zmianę w ogromnych farmach-fabrykach wokół miasta.

Pokonawszy blisko kilometr, dotarłem do potężnej sterty starych samochodów i ciężarówek porzuconych byle jak wzdłuż północnej granicy stosów. Kilkadziesiąt lat temu dźwigi oczyściły parking z pojazdów, by zrobić miejsce na kolejne siedliska. Auta pozrzucano wokół parkingu na ogromne sterty takie jak ta. Wiele z nich dorównywało wysokością samym stosom.

Podszedłem do skraju złomowiska i, rozejrzawszy się szybko, czy nikt mnie nie obserwuje ani nie śledzi, obróciłem się, by wcisnąć się bokiem w szczelinę między dwoma zgniecionymi wrakami. Pochylałem się, wspinałem i przeciskałem bokiem coraz głębiej w zardzewiałą górę pokręconego metalu, póki nie dotarłem do niewielkiej otwartej przestrzeni przy tylnych drzwiach jakiejś furgonetki. Widać było tylko jedną trzecią auta, resztę zakrywały inne pojazdy, zrzucone niedbale. Na dachu furgonetki pod kątem leżały do góry kołami dwa pikapy wsparte o inne auta, tworząc coś w rodzaju łuku, który chronił furgonetkę przed zgnieceniem przez metalową stertę nad nią.

Zdjąłem z szyi łańcuszek, na którym wisiał pojedynczy klucz. Miałem szczęście: kiedy odkryłem furgonetkę, okazało się, że kluczyk do auta wciąż tkwi w stacyjce. W tym miejscu porzucono wiele sprawnych pojazdów. Ich właścicieli nie było po prostu stać na paliwo, więc zaparkowali auta i sobie poszli. Schowałem latarkę do kieszeni i otworzyłem prawe tylne drzwi furgonetki. Uchylały się jedynie na niecałe pół metra – dość, bym mógł wcisnąć się do środka. Zamknąłem je i zaryglowałem zamek. Tylne drzwi nie miały okien, więc kuliłem się przez sekundę w całkowitych ciemnościach, póki palcami nie wymacałem starego przełącznika, który przykleiłem taśmą do sufitu. Włączyłem go i niewielką przestrzeń zalało światło ze starej lampki biurkowej.

Miejsce po rozbitej przedniej szybie zasłaniał pogięty zielony dach jakiegoś kompaktowego auta. Na szczęście furgonetka miała uszkodzoną tylko kabinę, reszta wnętrza była nietknięta. Ktoś wymontował ze środka wszystkie fotele (pewnie po to, by uczynić z nich domowe meble). Pomieszczenie było szerokie i wysokie na metr dwadzieścia, a długie na trzy i pół metra.

Tu mieściła się moja kryjówka.

Odkryłem ją przed czterema laty, szukając porzuconych części komputerowych. Kiedy otworzyłem drzwi i zajrzałem do ciemnego wnętrza furgonetki, od razu wiedziałem, że znalazłem coś wyjątkowego: prywatność. Nikt nie wiedział o tym miejscu, zatem ani ciotka, ani jej obecny gach nie mogli mnie tu wkurzać czy rozstawiać po kątach. W środku trzymałem swoje rzeczy bez obawy, że ktoś je ukradnie. I co najważniejsze, mogłem w spokoju łączyć się z OASIS.

Furgonetka stała się moim azylem. Moją Bat-Jaskinią. Moją Twierdzą Samotności. To tam chodziłem do szkoły, odrabiałem lekcje, czytałem książki, oglądałem filmy i grałem w gry komputerowe. Tam też prowadziłem poszukiwania jaja wielkanocnego Hallidaya.

Ściany, podłogę i sufit wyłożyłem styropianowymi kartonikami po jajkach i kawałkami wykładziny, by wyciszyć pomieszczenie. W kącie stało kilka kartonowych pudeł z popsutymi laptopami i częściami komputerowymi. Obok miałem rząd starych akumulatorów samochodowych i zmodyfikowany rower treningowy, z którego zrobiłem alternator do akumulatorów. Jedynym meblem było składane krzesło kempingowe.

Zrzuciłem plecak, zdjąłem kurtkę i wskoczyłem na rower. Ładowanie akumulatorów zwykle było moim jedynym ćwiczeniem fizycznym w ciągu dnia. Pedałowałem, póki wskaźnik naładowania akumulatorów nie pokazał stu procent, po czym usiadłem na krześle i włączyłem stojący obok niewielki elektryczny grzejnik. Zdjąłem rękawice i potarłem ręce przed drucikami, które zaczęły jarzyć się jasnopomarańczowo. Nie mogłem włączać grzejnika na zbyt długo, bo wyładowałbym akumulatory.

Otworzyłem metalową, odporną na szczury skrzynkę, gdzie trzymałem zapasy i wyjąłem butelkę wody oraz paczkę mleka w proszku. Wymieszałem jedno i drugie w misce, a do tego dorzuciłem obfitą porcję płatków Fruit Rocks. Kiedy je pochłonąłem, spod rozbitej deski rozdzielczej furgonetki wyjąłem stare plastikowe pudełko śniadaniowe z logo Star Treka. W środku leżały moja szkolna konsola OASIS, rękawice dotykowe i wizjer. Były to zdecydowanie najcenniejsze rzeczy, które miałem. O wiele za drogie, by nosić je ze sobą.

Włożyłem elastyczne rękawice dotykowe i poruszałem palcami, by upewnić się, że żaden ze stawów się nie zaciął. Następnie wziąłem do ręki konsolę OASIS – płaski czarny prostokąt wielkości mniej więcej niedużej książki. Konsola miała wbudowaną antenę do łączności bezprzewodowej, ale zasięg w furgonetce był do kitu, bo samochód leżał pod górą sprasowanego metalu. Ustawiłem więc zewnętrzną antenę na masce samochodu na samym szczycie sterty. Kabel od anteny wił się w dół i wpadał do furgonetki przez dziurę, którą wybiłem w podłodze. Wpiąłem go do portu z boku konsoli, a następnie włożyłem wizjer. Otulił mi szczelnie oczy, niczym okulary pływackie, blokując wszelkie światło z zewnątrz. Na końcach miał niewielkie słuchawki, które automatycznie wsunęły mi się w uszy. W wizjer wbudowano też dwa mikrofony stereofoniczne, które nagrywały wszystko, co mówiłem.

Włączyłem konsolę i rozpocząłem procedurę logowania. Zobaczyłem krótki rozbłysk czerwieni, kiedy wizjer zeskanował mi siatkówkę oka. Następnie odchrząknąłem i wypowiedziałem moje hasło dostępu: „Crom, potężny w swej górze”.

Moje hasło i brzmienie głosu zostały pozytywnie zweryfikowane i wszedłem do systemu. Na moim wirtualnym wyświetlaczu pojawił się nałożony następujący tekst:

Weryfikacja tożsamości poprawna.

Witaj w OASIS, Parzivalu!

Logowanie zakończone: 07:53:21 CSO — 2.10.2045

Kiedy tekst się rozpłynął, zastąpiła go krótka wiadomość złożona z zaledwie trzech słów. W sekwencji logowania zakodował ją sam James Halliday, kiedy zaczął programować OASIS. To był jego hołd złożony przodkom tej symulacji – automatom do gier na monety, jakie znał z młodości. Każdy użytkownik OASIS widział te trzy słowa, opuszczając świat realny i wchodząc do wirtualnego:

READY PLAYER ONE

0002

MÓJ AWATAR ZMATERIALIZOWAŁ SIĘ PRZED MOJĄ SZAFKĄ NA PIĘTRZE budynku liceum – stałem dokładnie w tym miejscu, kiedy wylogowałem się z systemu poprzedniego wieczoru.

Rozejrzałem się po korytarzu. Moje wirtualne otoczenie wyglądało niemal (choć nie do końca) realistycznie. W OASIS każdy element był pięknie wyrenderowany w trójwymiarowej grafice. Póki się nie zatrzymałeś, by bliżej się przyjrzeć szczegółom, łatwo było zapomnieć, że wszystko wokół stworzyły komputery. I to takie wrażenia zapewniała moja stara szkolna konsola OASIS. Słyszałem, że kiedy wchodziło się do systemu z najnowocześniejszych urządzeń, nie sposób było odróżnić OASIS od rzeczywistości.

Dotknąłem drzwi od szafki – otworzyły się z cichym metalicznym szczęknięciem. Środek był skromnie ozdobiony: zdjęcie księżniczki Lei pozującej z laserowym mieczem; grupowa fotka Monty Pythona w kostiumach ze Świętego Graala; okładka „Time’a” z Jamesem Hallidayem. Sięgnąłem i dotknąłem stosu podręczników na górnej półce szafki. Zniknęły i pojawiły się na liście przedmiotów w posiadaniu mojego awatara.

Poza podręcznikami mój awatar był wyposażony nader skromnie: w latarkę, krótki żelazny miecz, małą tarczę z brązu i zbroję ze skórzanych pasów. Żaden z przedmiotów nie miał właściwości magicznych, wszystkie były pośledniej jakości, ale i tak na więcej nie mogłem sobie pozwolić. Przedmioty w OASIS kosztowały tyle, co w realnym świecie (czasami nawet więcej) i nie można było za nie płacić kuponami żywnościowymi. W OASIS posługiwano się tzw. kredytami. W tych mrocznych czasach była to jedna z najbardziej stabilnych walut na świecie.

W szafce miałem zamontowane małe lusterko. Zamykając drzwi, spojrzałem na odbicie mojego wirtualnego „ja”. Zaprojektowałem twarz i ciało awatara tak, że mniej więcej przypominał mnie. Miał tylko nieco mniejszy nos i był wyższy. I szczuplejszy. No i bardziej umięśniony. Aha, nie miał też młodzieńczego trądziku. Ale jeśli nie liczyć tych szczegółów, wyglądaliśmy niemal identycznie. Ściśle przestrzegany szkolny regulamin wymagał, by nasze awatary miały postać ludzką, a także – aby były tej samej płci i w tym samym wieku co uczeń. Zakazane były dwugłowe, obupłciowe demony w kształcie jednorożców. Przynajmniej na terenie szkoły.

Awatara w OASIS można było nazwać dowolnie, o ile tylko nazwa była niepowtarzalna. Czyli trzeba było wybrać imię, którego nie użył jeszcze nikt inny. Imię awatara było także adresem e-mailowym i identyfikatorem na czacie, więc każdy chciał, żeby fajnie brzmiało i było łatwe do zapamiętania. Gwiazdy podobno płaciły ogromne pieniądze, by odkupić ładne imiona awatarów od spryciarzy, którzy wcześniej je zarezerwowali.

Kiedy stworzyłem pierwsze konto w OASIS, nazwałem swojego awatara Wade_the_Great. Potem zmieniałem je co kilka miesięcy, zwykle na coś równie zabawnego. Ale teraz od pięciu lat mój awatar posługiwał się tym samym imieniem. Tego dnia, kiedy rozpoczęło się Polowanie, kiedy postanowiłem zostać jajogłowym, nadałem swojemu awatarowi imię Parzival, od rycerza Parsifala z legendy o Królu Arturze, tego, który znalazł Świętego Graala. Inne wersje jego imienia – Perceval czy Percival – były już pozajmowane. Ale ja i tak wolałem Parzivala. Podobało mi się jego brzmienie.

W sieci ludzie rzadko używali prawdziwych imion. Anonimowość była jednym z największych przywilejów OASIS. Wewnątrz symulacji nikt nie wiedział, kim jesteś, o ile sam tego nie ujawniłeś. To właśnie na tym wyrosła popularność i cała kultura OASIS. Na koncie OASIS zapisywano prawdziwe nazwisko, odciski palców i obraz siatkówki oka użytkownika, ale spółka Gregarious Simulation Systems szyfrowała te informacje i nie ujawniała ich nikomu. Nawet sami pracownicy GSS nie byli w stanie sprawdzić rzeczywistej tożsamości awatara. Kiedy jeszcze firmą kierował Halliday, Sąd Najwyższy w głośnym orzeczeniu przyznał GSS prawo do zachowania w tajemnicy tożsamości wszystkich użytkowników OASIS.

Kiedy zapisałem się do systemu szkół publicznych OASIS, musiałem podać prawdziwe nazwisko, imię awatara, adres pocztowy i numer ubezpieczenia społecznego. Te informacje znajdowały się w moim uczniowskim profilu, ale dostęp do nich miał tylko dyrektor szkoły. Żaden z nauczycieli czy kolegów nie wiedział, kim naprawdę jestem, a ja nie wiedziałem, kim są oni.

W szkole nie mogliśmy używać imion awatarów. W ten sposób nauczyciele nie musieli się ośmieszać, mówiąc na przykład: „Smark_z_Nosa, uważaj na lekcji!” czy „Napalony69, czy możesz wstać i opowiedzieć nam o książce, którą przeczytałeś?” Zamiast tego uczniowie musieli używać swoich prawdziwych imion z dodatkowymi cyframi, by odróżnić się od kolegów o tym samym imieniu. Kiedy zapisałem się do szkoły, było w niej już dwóch innych uczniów o tym samym imieniu, więc mój uczniowski pseudonim brzmiał Wade3. To właśnie imię unosiło się nad głową mojego awatara, ilekroć przebywałem na terenie szkoły.

Zadzwonił dzwonek i w rogu mojego wyświetlacza błysnęło ostrzeżenie, że mam czterdzieści minut do rozpoczęcia pierwszej lekcji. Zacząłem przemieszczać mojego awatara wzdłuż korytarza, wykonując serię subtelnych ruchów rękoma. W ten sposób mogłem kontrolować jego ruchy, a gdy miałem zajęte ręce, sterować nim za pomocą poleceń głosowych.

Poszedłem w stronę klasy, gdzie odbywały się lekcje historii świata. Po drodze uśmiechałem się i machałem do mijanych znajomych. Będzie mi brakowało tego miejsca, kiedy za kilka miesięcy skończę szkołę. Wcale się z tego nie cieszyłem. Nie miałem pieniędzy na studia, nawet w OASIS, a moje stopnie były raczej za słabe, żeby dostać stypendium. Jedyny plan, który miałem na życie po szkole, to poświęcenie się całkowicie poszukiwaniom jaja. Nie miałem większego wyboru. Wygrana w konkursie była jedyną szansą na ucieczkę ze stosów. Mogłem też podpisać pięcioletni kontrakt na staż w jakiejś korporacji, ale miałem na to taką samą ochotę, jak na wytarzanie się nago w potłuczonym szkle.

Kiedy szedłem korytarzem, przed swoimi szafkami zaczęli się materializować inni uczniowie – niczym duchy, które szybko nabierały ciała. Po budynku zaczął nieść się gwar trajkoczących nastolatków. Nie musiałem długo czekać na obelgę rzuconą pod moim adresem.

– Proszę, proszę! Czy to nie Wade3? – usłyszałem jakiś okrzyk. Odwróciłem się i zobaczyłem Todda13, okropnego awatara, którego spotykałem na zajęciach z algebry II. Stał z kilkoma kumplami. – Niezłe wdzianko, lalusiu – ciągnął Todd13. – Skąd wytrzasnąłeś te słodkie ciuszki?

Mój awatar miał na sobie czarną koszulkę z krótkim rękawem i niebieskie dżinsy. To był jeden z darmowych ubiorów, które można było wybrać, tworząc konto w systemie. Podobnie jak jego kolesie jaskiniowcy Todd13 miał na sobie drogie markowe ciuchy, pewnie zakupione w jakimś centrum handlowym w innym świecie.

– Twoja mama mi je kupiła – odszczeknąłem się, nawet nie zwalniając kroku. – Podziękuj jej, kiedy wpadniesz do domu possać cyca i po kieszonkowe.

Wiem, to szczeniackie zagranie. Ale byliśmy w liceum, wirtualnym czy nie, i każda obelga tego typu była skuteczna. Moja riposta rozbawiła kilku jego kumpli i innych uczniów stojących wokół. Todd13 skrzywił się i jego twarz naprawdę poczerwieniała – to dowód na to, że nie chciało mu się wyłączyć na swoim profilu funkcji prawdziwych emocji. Dzięki niej awatar odzwierciedlał miny i język ciała właściciela. Todd13 zbierał się, żeby coś odpowiedzieć, ale wcześniej go wyciszyłem, więc nie usłyszałem, co miał do powiedzenia. Tylko się uśmiechnąłem i poszedłem dalej.

Funkcja wyciszania kolegów była dla mnie jedną z największych zalet chodzenia do szkoły w sieci. Wykorzystywałem ją niemal codziennie. Najlepsze było to, że wiedzieli, iż ich wyciszam, i nie byli w stanie nic z tym zrobić. Na terenie szkoły nie dochodziło nigdy do żadnych bójek. Symulacja po prostu na to nie pozwalała. Cała planeta Ludus leżała w strefie zakazu GkG. Oznaczało to, że nie dopuszczano tu żadnych pojedynków typu: gracz kontra gracz. W sieciowej szkole jedyną prawdziwą bronią były słowa, więc nauczyłem się dobrze jej używać.

* * *

Do szóstej klasy chodziłem do szkoły w prawdziwym świecie. Nie było to miłe przeżycie. Byłem koszmarnie nieśmiałym, niezdarnym dzieciakiem o niskiej samoocenie i praktycznie bez żadnych zdolności społecznych – to efekt uboczny dzieciństwa spędzonego głównie w OASIS. W sieci nie miałem problemu, by rozmawiać z ludźmi czy nawiązywać przyjaźnie. Ale w prawdziwym świecie kontakty z innymi – zwłaszcza z dzieciakami w moim wieku – przyprawiały mnie o palpitację serca. Nie wiedziałem, jak się zachować, co powiedzieć. A kiedy już się zebrałem w sobie i odezwałem, zawsze mówiłem coś nie tak.

Jednym z powodów był mój wygląd. Miałem nadwagę, od kiedy tylko pamiętam. Główną przyczyną była dotowana przez rząd bieda-dieta pełna cukru i skrobi; byłem też jednak uzależniony od OASIS, więc jedyne ćwiczenia, które wykonywałem, to były ucieczki przed szkolnymi osiłkami – przed lekcjami i po nich. Jakby tego było mało, moja skromna garderoba składała się tylko ze źle dopasowanych ubrań z lumpeksów i pojemników na ciuchy dla biedoty. A jeśli chodziło o docinki w szkole, równie dobrze mogłem namalować sobie tarczę strzelniczą na czole.

Mimo to starałem się dostosować. Rok po roku skanowałem wzrokiem stołówkę niczym android T-1000, szukając paczki, która mogłaby mnie zaakceptować. Ale nawet inne wyrzutki nie chciały mieć ze mną do czynienia. Byłem zbyt dużym dziwakiem, nawet dla innych dziwaków. A dziewczyny? Rozmowa z dziewczynami w ogóle nie wchodziła w grę. Dla mnie były jak jakiś egzotyczny gatunek z obcej planety – piękne, ale i przerażające. Ilekroć się do jakiejś zbliżałem, zawsze oblewał mnie zimny pot i nie byłem w stanie wykrztusić z siebie pełnego zdania.

Szkoła była dla mnie szkołą przetrwania. Codziennie musiałem stawiać czoło drwinom, szykanom i izolacji. Kiedy zdałem do szóstej klasy, zacząłem się zastanawiać, czy nie zwariuję przed końcem szkoły – a czekało mnie jeszcze sześć długich lat nauki.

I nagle pewnego cudownego dnia nasz dyrektor ogłosił, że każdy uczeń, który uzyskał odpowiednią średnią, może zgłosić wniosek o przeniesienie do nowego systemu szkół publicznych w OASIS. Te realne szkoły publiczne, zarządzane przez państwo, były od dziesięcioleci wiecznie niedofinansowane i przepełnione. Warunki w wielu z nich pogorszyły się tak bardzo, że każdego dzieciaka mającego głowę na karku zachęcano, by został w domu i uczęszczał do szkoły w sieci. Na złamanie karku pognałem do szkolnego sekretariatu, żeby złożyć podanie. Dostałem zgodę i od następnego semestru przeniosłem się do szkoły publicznej nr 1873 w OASIS.

Wcześniej mój awatar w OASIS nie opuszczał nigdy Incipio, planety w centrum Sektora 1, gdzie trafiały wszystkie nowe awatary w momencie powstania. Na Incipio właściwie nie było co robić, można było tylko porozmawiać z innymi żółtodziobami albo pójść na zakupy do jednego z wielu gigantycznych wirtualnych centrów handlowych, którymi obsiana była cała planeta. Jeśli ktoś chciał się udać w bardziej interesujące miejsce, musiał zapłacić za teleportację; do tego potrzebne były realne pieniądze, a ja przecież nie miałem kasy. Mój awatar utkwił więc na Incipio. Wyrwałem się stamtąd, dopiero kiedy moja nowa szkoła wysłała mi e-mailem kupon teleportacyjny na pokrycie kosztów przeniesienia mojego awatara na Ludus – planetę, na której mieściły się wszystkie publiczne szkoły w OASIS.

Na Ludus powstały setki szkolnych kampusów rozsianych na całej planecie. Szkoły były identyczne, bo ilekroć powstawała kolejna, przeklejano po prostu kod źródłowy z innego miejsca. Jako że budynki w OASIS były po prostu fragmentami oprogramowania, projektanci nie musieli się liczyć z pieniędzmi ani nawet z prawami fizyki. Każda szkoła była więc wielkim Pałacem Nauki, z wyszlifowanymi marmurowymi korytarzami, klasami wyglądającymi jak katedry, salami gimnastycznymi bez siły grawitacji i wirtualnymi bibliotekami, w których można było znaleźć wszystkie napisane kiedykolwiek książki (rzecz jasna te zatwierdzone przez radę szkoły).

Pierwszego dnia w SPO nr 1873 pomyślałem, że umarłem i trafiłem do nieba. Co rano, zamiast uciekać przed osiłkami i narkomanami w drodze do rzeczywistej szkoły, mogłem pójść prosto do kryjówki i przesiedzieć tam cały dzień. A co najlepsze, w OASIS nikt nie wiedział, że jestem gruby, mam trądzik i co tydzień noszę te same złachane ubrania. Osiłki nie mogły we mnie strzelać plastelinowymi kulkami, dawać mi atomowych kuksańców czy bić mnie przy stojaku z rowerami. Nikt nie mógł mnie w ogóle dotknąć. Tu byłem bezpieczny.

* * *

Kiedy dotarłem na zajęcia z historii świata, kilku uczniów już zasiadło w ławkach. Ich awatary tkwiły nieruchomo z zamkniętymi oczyma. To był sygnał, że są „zajęci”, czyli rozmawiają przez telefon, przeglądają strony internetowe albo zalogowali się do jakiegoś chatroomu. Próby rozmawiania z „zajętym” awatarem nie należały do dobrego tonu w OASIS. Zwykle natręta ignorowano albo dostawał automatyczną wiadomość, żeby spadał.

Usiadłem w swojej ławce i kliknąłem ikonę „zajęty” w kącie wyświetlacza. Mój awatar zamknął oczy, ale i tak widziałem, co dzieje się wokół. Kliknąłem kolejną ikonę i pojawiła się duża dwuwymiarowa przeglądarka internetowa, zawieszona w przestrzeni tuż przed moimi oczyma. Okna takie jak to widział tylko mój awatar – nie można było mi czytać przez ramię (chyba że włączyłem opcję, która na to zezwalała).

Jako stronę domową miałem ustawioną Wylęgarnię, jedno z popularniejszych forów dla jajogłowych. Wylęgarnia była zaprojektowana tak, by wyglądem i sposobem obsługi przypominała stare modemowe BBS-y, jeszcze z czasów przed Internetem. Podczas logowania słychać było nawet charakterystyczny pisk modemu o szybkości 300 bodów. Po prostu czad. Przez kilka minut przeglądałem najświeższe wątki, chłonąc najnowsze wieści i plotki ze światka jajogłowych. Rzadko umieszczałem coś na forach, ale sprawdzałem je każdego dnia. Tego ranka nic szczególnie mnie nie zainteresowało. Ot, zwykłe klanowe wojny jajogłowych. Wieczne dyskusje na temat „właściwych” interpretacji jakiegoś tajemniczego fragmentu Almanachu Anoraka. Awatary wyższego poziomu chwaliły się zdobytymi nowymi magicznymi przedmiotami i artefaktami. Takie bzdety wypisywano od lat. Z braku jakiegokolwiek realnego postępu subkultura jajogłowych pogrążała się w mieszance przechwałek, bzdur i bezsensownych walk plemiennych. Aż przykro było patrzeć.

Bardzo lubiłem te wątki, w których naśmiewano się z Szóstek. Szóstki to lekceważący pseudonim, jaki jajogłowi nadali pracownikom Innovative Online Industries. IOI (wymawiane „aj-ou-aj”) to globalny koncern telekomunikacyjny i największy na świecie dostawca Internetu. Znaczną część działalności IOI stanowiły zapewnianie dostępu do OASIS oraz sprzedaż towarów i usług wewnątrz systemu. Z tego powodu IOI próbowało kilkakrotnie przejąć Gregarious Simulation Systems, ale za każdy razem bez skutku. Teraz chcieli opanować GSS, wykorzystując lukę w testamencie Hallidaya.

IOI stworzyło nowy departament w firmie, który nazwano „Wydziałem Owologii”. (Owologia pierwotnie zajmowała się badaniem ptasich jaj, ale ostatnio nabrała nowego znaczenia, stała się nauką, która poświęcała się szukaniu jaja wielkanocnego Hallidaya). Wydział Owologii w IOI miał tylko jeden cel: wygrać konkurs Hallidaya i przejąć kontrolę nad jego majątkiem, firmą oraz OASIS.

Jak większość jajogłowych, byłem przerażony myślą, że IOI mogłoby przejąć kontrolę nad OASIS. PR-owa maszyna koncernu nie pozostawiała żadnych złudzeń – w IOI uważano, że Halliday nie zdołał właściwie „zmonetyzować” swego wynalazku, na co koncern miał lekarstwo. Chciał zacząć pobierać miesięczny abonament za dostęp do symulacji. Chciał okleić reklamami każdy widoczny kawałek powierzchni. Anonimowość użytkowników i wolność słowa odeszłyby do lamusa. W rękach IOI OASIS przestałaby być wirtualną utopią z otwartym kodem źródłowym, w której się wychowałem. Stałaby się korporacyjną antyutopią, drogim jak diabli parkiem tematycznym dla bogatej elity.

IOI wymagało od swoich jajogłowych, których określano mianem „owologów”, by używali swoich numerów kadrowych jako imion awatarów w OASIS. Te numery składały się zawsze z sześciu cyfr i zaczynały się od cyfry 6, więc wszyscy zaczęli ich nazywać Szóstkami. Ostatnio większość jajogłowych złośliwie przechrzciła ich nawet na „Siuśki”.

Aby zostać Szóstką, trzeba było podpisać umowę, w której jeden z paragrafów mówił, że jeśli pracownik znajdzie jajo Hallidaya, nagroda przypadnie w całości jego pracodawcy. W zamian IOI odwdzięczał się wypłatą co dwa miesiące, wiktem, kwaterunkiem, opieką zdrowotną i planem emerytalnym. Firma wyposażała też awatara pracownika w najwyższej klasy zbroję, pojazdy i broń. No i pokrywała koszty teleportacji. Przystąpienie do Szóstek przypominało zaciągnięcie się do wojska.

Szóstki łatwo było zauważyć, bo wyglądały identycznie. Każda z nich, niezależnie od płci, musiała używać tego samego zwalistego męskiego awatara o krótko ostrzyżonych, ciemnych włosach i rysach twarzy z domyślnego systemowego szablonu. Wszystkie Szóstki nosiły też takie same granatowe mundury. Jedyne, co odróżniało te korporacyjne roboty od siebie nawzajem, to sześciocyfrowe numery pracownicze wydrukowane na prawej piersi, tuż pod korporacyjnym logo IOI.

Jak większość jajogłowych, nienawidziłem Szóstek i byłem zniesmaczony samym ich istnieniem. Wynajmując armię kontraktowych poszukiwaczy jaja, IOI wypaczał całą ideę konkursu. Oczywiście można było się kłócić, czy jajogłowi skupiający się w klany nie robią tego samego. Klanów jajogłowych były już setki, a niektóre liczyły po parę tysięcy członków wspólnie szukających jaja. Członków każdego klanu łączyła żelazna umowa prawna mówiąca, że jeśli jeden z nich wygra konkurs, podzieli się nagrodą ze wszystkimi pozostałymi. Samotnicy tacy jak ja nie poważali zbytnio klanów, ale szanowaliśmy ich jako kolegów-poszukiwaczy. W końcu nie byli Szóstkami, którym chodziło tylko o to, żeby oddać OASIS w ręce złego międzynarodowego koncernu, który chciał wszystko zepsuć.

Moje pokolenie nie znało świata bez OASIS. Dla nas to było coś więcej niż gra czy platforma rozrywkowa. Stanowiła nieodłączną część naszego życia, od kiedy tylko pamiętaliśmy. Urodziliśmy się w ohydnych czasach, a OASIS była naszą ucieczką do lepszego życia. Myśl, że owa symulacja mogłaby zostać sprywatyzowana i poddana homogenizacji przez IOI, przerażała nas koszmarnie. Ci, którzy urodzili się przed premierą OASIS, nie mogli tego pojąć. Dla nas było to tak, jakby ktoś zabrał słońce albo zaczął pobierać opłaty za patrzenie w niebo.

Szóstki były wspólnym wrogiem dla wszystkich jajogłowych i nabijanie się z nich stanowiło ulubioną rozrywkę na naszych forach i w chatroomach. Wielu jajogłowych wysokiego poziomu hołdowało twardej zasadzie, nakazującej zabijać (albo próbować zabić) każdą Szóstkę, która stanie im na drodze. Kilka stron internetowych śledziło działalność Szóstek i ich ruchy, a niektórzy jajogłowi poświęcali więcej czasu na polowanie na Szóstki niż na poszukiwania jaja. Większe klany organizowały nawet coroczne zawody o nazwie „Siuśki do piachu”. Nagrodę zdobywał klan, który zdołał zabić ich najwięcej.

Rozejrzałem się po kilku innych forach dla jajogłowych i w końcu kliknąłem zakładkę prowadzącą do jednej z moich ulubionych stron – Listy Arty – bloga poszukiwaczki jaja Hallidaya o pseudonimie Art3mis. Odkryłem go jakieś trzy lata temu i od tamtego czasu zostałem wiernym czytelnikiem. Art3mis publikowała świetne, potoczyste eseje o swoich poszukiwaniach jaja Hallidaya, które nazwała „opętańczym polowaniem podtrzymującym akcję”. Miała ujmujący i inteligentny sposób pisania, a jej teksty pełne były autoironicznego humoru i dowcipnych, sardonicznych wtrąceń. Publikowała swoje (często histeryczne) interpretacje fragmentów Almanachu, a także odnośniki do książek, filmów, seriali telewizyjnych i muzyki, którymi właśnie się zajmowała w ramach badań nad życiem Hallidaya. Zakładałem, że w tych wszystkich wpisach pełno jest fałszywych tropów i dezinformacji, ale mimo to świetnie się je czytało.

Nie muszę chyba dodawać, że zadurzyłem się w cybernieznajomej Art3mis.

Od czasu do czasu zamieszczała zrzuty ekranu ze swoim awatarem o kruczoczarnych włosach, a ja czasami (czyli zawsze) zapisywałem je sobie w katalogu na twardym dysku. Jej awatar miał ładną buzię, ale nie taką nienaturalnie piękną. W OASIS co chwila napotykało się okropnie wręcz piękne oblicza. Ale rysy Art3mis nie wyglądały na wybrane z gotowych pięknych szablonów podczas tworzenia awatara. Jej twarz była wyraźna jak twarz prawdziwej osoby, jakby wskanowała własne rysy i przypisała je awatarowi. Wielkie orzechowe oczy, zaokrąglone kości policzkowe, wysunięty podbródek i wieczny uśmieszek. Wydawała mi się nieznośnie atrakcyjna.

Art3mis miała też dość niezwykłe ciało. W OASIS zwykle spotykało się dwa typy sylwetek kobiecych awatarów: absurdalnie chude, ale niezwykle popularne figury supermodelek albo gwiazdki porno o talii osy i wielkim biuście (które w OASIS wyglądały jeszcze mniej naturalnie niż w prawdziwym świecie). Ale Art3mis była niska i rubensowska. Cała pełna krągłości.

Miałem świadomość, że zadurzanie się w Art3mis było głupie i nierozsądne. Co tak naprawdę o niej wiedziałem? Oczywiście nie ujawniła swojej prawdziwej tożsamości. Nie wiadomo też było, ile ma lat ani gdzie mieszka w prawdziwym świecie. Nie sposób było stwierdzić, jak wygląda naprawdę. Mogła mieć lat piętnaście albo pięćdziesiąt. Wielu jajogłowych wątpiło w ogóle, czy naprawdę jest kobietą, ale ja nie należałem do tej grupy. Pewnie dlatego że nie mógłbym znieść myśli, że dziewczyna, która wirtualnie mnie zauroczyła, to tak naprawdę koleś w średnim wieku o imieniu Chuck, z włosami na plecach i z łysiną na czubku głowy.

W ciągu kilku lat, od kiedy zacząłem czytać Listy Arty, blog Art3mis stał się jednym z popularniejszych miejsc w Internecie, i dziś odwiedzało go kilka milionów osób dziennie. Zaś Art3mis stała się swego rodzaju gwiazdą, przynajmniej w kręgach jajogłowych. Ale sława nie uderzyła jej do głowy. Nadal pisała zabawnie i autoironicznie jak kiedyś. Jej najnowszy wpis nosił tytuł „Blues Johna Hughesa” i była to dogłębna analiza jej sześciu ulubionych filmów Johna Hughesa o nastolatkach, które podzieliła na dwie trylogie: „Głupie fantazje dziewcząt” (Szesnaście świeczek, Dziewczyna w różowej sukience i Some kind of Wonderful) oraz „Głupie fantazje chłopców” (Klub winowajców, Dziewczyna z komputera i Wolny dzień pana Ferrisa Buellera).

Kiedy tylko skończyłem go czytać, na wyświetlaczu zobaczyłem okienko komunikatora. Wiadomość od mojego najlepszego przyjaciela Aecha. (No dobrze, jak chcecie wiedzieć, był to mój jedyny przyjaciel, nie licząc pani Gilmore).

Aech: Siemana z rana, amigo.

Parzival: Hola, compadre.

Aech: Co porabiasz?

Parzival: Łażę po sieci. A ty?

Aech: Odpaliłem Piwnicę. Wpadnij przed szkołą, będzie wesoło.

Parzival: Super! Będę za sekundę.

Zamknąłem okno komunikatora i zerknąłem na zegarek. Do początku zajęć miałem jeszcze prawie pół godziny. Uśmiechnąłem się i kliknąłem małą ikonkę drzwi na skraju wyświetlacza, po czym z listy ulubionych wybrałem chatroom Aecha.

0003

SYSTEM POTWIERDZIŁ, ŻE JESTEM NA LIŚCIE GOŚCI UPRAWNIONYCH do korzystania z chatroomu, i wpuścił mnie. Wnętrze klasy przestało zajmować całe pole widzenia i skurczyło się do miniaturowego okienka w dolnym prawym rogu wyświetlacza. Dzięki temu mogłem sprawdzać, co się dzieje przed moim awatarem. Resztę pola widzenia wypełniło mi wnętrze chatroomu Aecha. Mój awatar stał przy „wejściu” – przy drzwiach na szczycie schodów pokrytych wykładziną. Drzwi donikąd nie prowadziły. Nawet się nie otwierały. To dlatego, że Piwnica i jej zawartość nie stanowiły części OASIS. Chatroomy były samodzielnymi symulacjami – tymczasowymi wirtualnymi przestrzeniami, do których awatary miały dostęp z dowolnego miejsca w OASIS. Mój awatar nie znajdował się tak naprawdę w chatroomie, to tylko tak wyglądało. Wade3/Parzival wciąż siedział z zamkniętymi oczyma w klasie i czekał na zajęcia z historii świata. Logowanie do chatroomu przypominało trochę obecność w dwóch miejscach naraz.

Aech nazwał swój chatroom Piwnicą. Zaprogramował go tak, by wyglądał jak duży pokój rekreacyjny w domku na przedmieściach, mniej więcej w późnych latach 80. Na wykładanych boazerią ścianach wisiały plakaty reklamujące stare filmy i komiksy. Pośrodku pokoju stały wiekowy telewizor RCA z podłączonym magnetowidem w systemie Betamax, laserowy odtwarzacz płyt i kilka zabytkowych konsol do gier. Na ścianie naprzeciwko wisiały półki na książki pełne dodatków do gier fabularnych i archiwalnych wydań „Dragon Magazine”.

Kiedy schodziłem po schodach, zobaczyłem w Piwnicy kilkadziesiąt najrozmaitszych awatarów, które należały do jajogłowych. Widać było ludzi, cyborgi, demony, mroczne elfy, wulkany i wampiry. Większość skupiła się przy rzędzie starych automatów do gier ustawionych pod ścianą. Kilka innych stanęło przy wiekowym sprzęcie stereo (z którego akurat leciała piosenka Wild Boys Duran Duran) i przeglądało zbiór starych kaset magnetofonowych Aecha.

Sam Aech rozłożył się na jednej z trzech sof ustawionych w literę U przed telewizorem. To znaczy awatar Aecha, który był barczystym, wysokim, białym mężczyzną o ciemnych włosach i brązowych oczach. Zapytałem go kiedyś, czy w prawdziwym życiu przypomina choć trochę swojego awatara. Odpowiedział w żartach: „Tak, ale w realu jestem jeszcze przystojniejszy”. Kiedy podszedłem, uniósł wzrok znad konsoli Intellivision, grał w jakąś grę. Uśmiechnął się od ucha do ucha niczym kot z Cheshire.

– Z! – krzyknął. – Co słychać, amigo?

Wyciągnął prawą rękę i przybił piątkę, kiedy klapnąłem na sofie naprzeciwko. Aech zaczął mówić na mnie Z tuż po tym, jak się poznaliśmy. Lubił nadawać ludziom jednoliterowe pseudonimy. Nazwę własnego awatara wymawiał dokładnie tak, jak się wymawia po angielsku literę H.

– Co tam u ciebie, Humperdinck? – zapytałem. Jak zwykle bawiłem się w wymyślanie mu kolejnych przypadkowych imion i nazwisk na literę H – Harry, Hubert, Henry czy Hogan. Próbowałem odgadnąć jego prawdziwe imię, które – jak kiedyś mi wyznał – zaczynało się właśnie na tę literę.

Aecha znałem prawie od trzech lat. Też uczył się na Ludus, na ostatnim roku w SPO nr 1172, dokładnie po przeciwnej stronie planety. Pewnego weekendu spotkaliśmy się w publicznym chatroomie dla jajogłowych i od razu zaczęło nam się dobrze gadać, bo wiele nas łączyło. A właściwie łączyło jedno – bezgraniczna, nieprzerwana obsesja na punkcie Hallidaya i jego jaja wielkanocnego. Już po kilku minutach naszej pierwszej rozmowy wiedziałem, że Aech to nie byle kto, elita wśród jajogłowych, człowiek, który ma głowę nie od parady. Lata 80. miał w małym palcu, i to nie tylko rzeczy należące do kanonu. To był prawdziwy znawca Hallidaya. I chyba Aech zobaczył to samo we mnie, bo dał mi wizytówkę i zaprosił mnie, żebym wpadał do Piwnicy, kiedy tylko mam ochotę. Od tamtego czasu został moim najbliższym przyjacielem.

Z biegiem lat stopniowo rozwinęła się między nami przyjacielska rywalizacja. Przekomarzaliśmy się na temat tego, który z nas jako pierwszy trafi na Tablicę. Stale próbowaliśmy się zakasować z wiedzy niezbędnej dla jajogłowych, wyszukując jakieś nieznane nikomu ciekawostki. Czasami nawet wspólnie prowadziliśmy badania. Przeważnie sprowadzało się to do wspólnego oglądania romantycznych filmów i seriali z lat 80., tutaj, w chatroomie. Graliśmy też oczywiście w mnóstwo gier. Aech i ja marnowaliśmy niezliczone godziny na pojedynki, jeden na jednego, w takich klasykach jak: Contra, Golden Axe Heavy Barrel, Smash TV czy Ikari Warriors. Nie licząc niżej podpisanego, Aech był najlepszym wszechstronnym graczem, jakiego w życiu spotkałem. W większości gier szliśmy łeb w łeb, ale w niektórych potrafił mnie położyć na łopatki, zwłaszcza w strzelankach typu Doom. W końcu miał w tym doświadczenie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Uważna analiza tej sceny pokazuje, że wszystkie nastolatki stojące za Hallidayem to w istocie statyści z rozmaitych młodzieżowych filmów Johna Hughesa, których fragmenty cyfrowo wycięto i wklejono do nagrania Hallidaya. [wróć]

Tło pochodzi ze sceny z filmu Śmiertelne zauroczenie (Heathers) z 1989 roku. Halliday najwyraźniej odtworzył cyfrowo filmowy dom pogrzebowy i umieścił w nim siebie. [wróć]

Oglądając to ujęcie w wysokiej rozdzielczości, można dostrzec, że obie ćwierćdolarówki wybito w 1984 roku. [wróć]

Żałobnicy to aktorzy i statyści z tej samej sceny pogrzebowej ze Śmiertelnego zauroczenia. Wśród zebranych, z tyłu sali, widać Winonę Ryder i Christiana Slatera. [wróć]

Halliday wygląda dokładnie tak, jak na szkolnym zdjęciu z 1980 roku, kiedy miał osiem lat. [wróć]

Wielkanocne jajo (easter egg) – niespodzianka ukryta w grach czy programach, dostępna najczęściej po wciśnięciu określonej kombinacji klawiszy czy wykonaniu odpowiednich czynności. [wróć]

Z analizy ujęcia wynika, że pośród stert skarbów kryją się niecodzienne rzeczy, a mianowicie: kilka wczesnych komputerów domowych (Apple IIe, Commodore 64, Atari 800XL i TRS-80 Color Computer 2), dziesiątki kontrolerów do gier wideo różnych systemów oraz setki plastikowych kostek, takich, jakich używa się przy towarzyskich grach fabularnych. [wróć]

Stop-klatka z tego ujęcia wygląda niemal tak samo jak obraz Jeffa Easleya, który pojawił się na okładce Dungeon Master’s Guide – przewodnika dla graczy w Dungeons & Dragons wydanego w 1983 roku. [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Player One Player One Armada Armada 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona