Minione chwile

Minione chwile

Autorzy: Gabriela Gargaś

Wydawnictwo: Filia

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 400

cena od: 21.41 zł

Anna pozostawia wszystko za sobą i wyjeżdża do Szkocji, by wyleczyć złamane serce. Znajduje tam pracę w posiadłości Lady Abigail, mając nadzieję, że to koniec jej problemów. Jednak w murach starego dworu w West Lothian odżywa przeszłość, a przyczajone demony wychodzą z ukrycia. Historia starszej pani wstrząsa młodą dziewczyną. Lady Abigail kochała kiedyś ze wzajemnością młodego, polskiego oficera, Waldemara Leśniewieckiego. Jednak wszystko sprzysięgło się przeciw tej miłości. W młodym oficerze zrodziły się bunt i niezgoda na niesprawiedliwość. Przegrany zwycięzca opuścił Szkocję i wrócił do ojczyzny. Jednak jego losy potoczyły się zupełnie inaczej, niż by sobie tego życzył. Uciekając przed podejrzeniami o szpiegostwo powrócił do Szkocji, by na nowo złączyć swój los z Abigail. Jednak czy to ona była mu przeznaczona? Dwie kobiety, jeden mężczyzna i wielka miłość we wszystkich jej odcieniach od namiętności do śmiertelnej nienawiści i kary za zdradę. Burzliwe losy rodziny McGregorów ujrzą światło dzienne na tle chłodnych wrzosowisk, wysokich klifów i starych budowli, opowiadających swoje własne, przejmujące historie.

Wystarczy jeden grzech, aby wpaść w spiralę, z której już nigdy nie będzie ucieczki. Jedno kłamstwo będzie prowadzić do drugiego i aby obronić siebie, trzeba brnąć dalej. Finalnie wszyscy przegrają, bo tutaj nie ma wygranych.

Niektórzy mężczyźni nie są warci łez.

Zrozumiałam to dopiero, kiedy było już za późno – pomyślała Abigail.

Może nie potrafił mnie kochać?

A czym jest miłość?

Każdy z nas ma inną definicję miłości.

Pamiętam, co mi powiedział: „Wszystko jest możliwe, niemożliwe wymaga więcej czasu…”.

Dziś nie kochałabym go, tak jak wtedy. Bo wiem, że nie można kochać za dwoje.

Dziś jestem mądrzejsza o te doświadczenia, które przeżyłam, o te nieprzespane noce, podczas których wylałam morze łez, o te zranienia, które już za mną, o kilka wzruszeń. Wiem już, że miłość niekiedy może mieć posmak goryczy. A są takie miłości, przez które człowiek kona w męczarniach.

Prolog

Abigail

Czasami wydawało jej się, że wszystko, co przeżyła, było jakimś snem. Chciała niektóre sprawy wymazać z pamięci, ale ta wciąż podsuwała jej właśnie te bolesne wspomnienia.

I tamten dzień sprzed kilkudziesięciu lat, o którym na pewno nigdy nie uda jej się zapomnieć. A czy odważy się i opowie o nim Annie? Cóż ma do stracenia?

Stara lady zaczęła swoją opowieść:

– Pewnie myślisz, że jestem silna. To nieprawda, jestem bardziej krucha niż się wszystkim wydaje. Przez wszystkie te lata zbudowałam wokół siebie pancerz. W głębi mojego serca tkwią rany. Wyciągałam z nich kolce wspomnień bardzo długo. Bolało. Kochałam tylko JEGO. Przez długi czas liczył się tylko on.

A potem przyszedł czas, kiedy musiałam zapomnieć…

Miałam kilkunastu kochanków. Może nie prowadziłam się najlepiej, ale… Właściwie to niczyja sprawa osądzać moją moralność. Jedni byli niezdarni, dyszeli mi do ucha, tarmosili moje piersi, wchodzili zbyt szybko. Inni potrafili rozpalić mnie do czerwoności. To życie było puste, bo nie było w nim mężczyzny, którego kochałam.

Rok 1957

Abigail doskonale pamiętała to uczucie piekącego żalu. Była rozdarta, zagubiona i zła. Czuła, jak nienawiść przesącza jej duszę. Jak on mógł jej to zrobić? Tak bardzo była w nim zakochana. Pierwszy raz w życiu kogoś kochała!

Abigail przywarła do ściany. A więc jednak. Odchodzi, do tamtej. Zagotowała się. Kiedy? Dziś? Jutro?

Ogarnęła ją złość, po chwili wpadła w furię. Zeszła na paluszkach na dół. A potem trzasnęła frontowymi drzwiami, udając, że dopiero weszła do domu.

– To ty? – Rozległ się głos Waldka.

– Ja.

Waldek zbiegł po schodach.

– Dopiero wróciłaś? – Na jego twarzy malował się nieszczery uśmiech.

– Tak. Muszę biec do Liz. Odbierz Adama z przedszkola.

– Ale…

– Proszę. Ten ostatni raz.

– Ostatni? – Waldek zmarszczył czoło.

Abigail się roześmiała. Pocałowała Waldka w policzek, odwróciła się na pięcie i wyszła. Wiedziała, że Waldek nie zostawi Adama. A ona zyska na czasie. Jeśli ona nie może mieć Waldka, to tamta też go nie będzie miała.

„Wilcza jagoda. Jeśli ktoś kiedyś złamie ci serce, to podaj mu wilczą jagodę. Możesz ją dodać do konfitury”.

„Mamo, ale o czym ty mówisz? Nikogo nie chcę otruć”.

Starsza kobieta popatrzyła na córkę błędnym wzrokiem. „Nigdy nie wiesz, do czego jesteś zdolna, zanim ktoś cię nie skrzywdzi. Zanim nie skrzywdzi…”.

Wilcza jagoda, atropina – kołatało z tyłu głowy Abigail. Już dawno wiedziała, gdzie może kupić towar. Wtedy, kiedy po raz pierwszy dowiedziała się o niej, miała już wszystko zaplanowane. Żadna dziwka nie odbierze jej miłości, jej życia. Bo przecież Waldek należał tylko do niej. Był jej mężem. Był wszystkim, co kochała najbardziej.

Za naszyjnik z pereł dostała duże pieniądze. I udała się do człowieka, o którym wiedziała, że handluje różnymi rzeczami.

– Czy pani wie, że ta dawka może być śmiertelna? Z wilczą jagodą nie ma żartów.

– Wiem. – Uśmiechnęła się smutno. – Wiem.

Anna

Zdziwiona, że piszę? Nie widzieliśmy się dwa lata, trzy miesiące i dwa dni… Wiesz, co mi się teraz przypomniało? Twój uśmiech. Jak Ty się pięknie uśmiechałaś. Zazdroszczę mężczyźnie, do którego teraz się tak uśmiechasz. Nigdy z żadną kobietą się tyle nie śmiałem, co z Tobą. Pamiętasz, kiedyś zapytałaś mnie, czy jakbym mógł cofnąć czas, to coś bym zmienił. Odpowiedziałem wtedy, że NIE. A teraz? Teraz bym Ci powiedział: NIGDY NIE POZWOLIŁBYM CI ODEJŚĆ! Przepraszam, że Cię zraniłem. Tylko że wtedy byłem taki niezdecydowany. Nie zdawałem sobie sprawy, że jak Ciebie stracę, to tak jakbym stracił cały świat… Zawsze mi mówiłaś, że oczekujesz, aby mężczyzna na Twoim punkcie zwariował, a myślisz, że ja nie wariowałem? Ja oszalałem z miłości do Ciebie. Teraz bym Ci o tym wszystkim powiedział. A wtedy? Wtedy sam nie wiedziałem, czego chcę. Nic od Ciebie nie oczekuję. Tylko mi wybacz i uśmiechnij się, kiedy będziesz czytała tę wiadomość.

Anna wpatrywała się w ekran monitora. To w jego stylu, odezwać się po takim czasie. Jak mógł zburzyć jej spokój? Otworzyła notes i zaczęła pisać. Myśli, emocje przelewała na papier. Tyle ich kiedyś było. Tyle było światła w każdej chwili…

Rozdział 1

W Szkocji czas od listopada do marca zazwyczaj jest mroczny i ponury. Przynajmniej tak odczuwała to Anna. Nagie drzewa uginały się od podmuchów wiatru. A deszcz zacinał prosto w twarz. Kobieta szła szybko, z głową wciśniętą w kołnierz. Palce u jej rąk skostniały, mimo iż miała rękawiczki. Nie było aż tak zimno, jak niekiedy jest zimą w Polsce, ale wilgotno. Ta wilgoć unosząca się w powietrzu przenikała przez ubrania, oblepiając ciało.

Anna przyjechała do Szkocji jesienią. Nie planowała zostać na dłużej. Rok to było maksimum. Pracowała wtedy jako kelnerka po dwanaście godzin dziennie w restauracji w Edynburgu przy Royal Mile, ulicy, która biegła wzdłuż starówki do zamku. Restauracja o każdej porze dnia wypełniona była po same brzegi turystami. Anna obiecała sobie, że za zarobione pieniądze objedzie Szkocję wzdłuż i wszerz. Chciała poznać kraj, o którym tyle słyszała. Gdy uzbierała sporo kasy z napiwków, ruszyła na północ. Szkocja to kraj pełen wrzosowisk, ostrych klifów, wiatrów, zmiennej pogody. To pola, na których pasą się owce i kudłate, brązowe krowy. To surowe krajobrazy, owsianka i haggis. To ponure zamki, w których kiedyś mieszkały całe klany. Monumentalne budowle były świadkami bitew, miłości i zdrad. Szkocja ją zachwyciła, szczególnie północ.

Wszystko tu było takie inne. I te krany… Nie jeden, a dwa. Z jednego leciała lodowata woda, z drugiego wrząca. W mieszkaniu, które wynajmowała na początku pobytu, spotkała się z bardziej nowoczesnym rozwiązaniem: kran przy umywalce był wprawdzie jeden, ale leciały z niego dwie oddzielne, niemieszające się ze sobą strugi gorącej i zimnej wody. Przy zlewie kuchennym rozwiązanie było jeszcze bardziej wyrafinowane – środkiem leciała struga wrzątku, którą otaczał zewnętrzny płaszcz zimnej wody. W mieszkaniu, do którego przeprowadziła się dziesięć miesięcy temu, wszystkie krany były podwójne. Do lewostronnego ruchu również musiała się przyzwyczaić. Według Brytyjczyków to cała Europa upierała się, żeby jeździć po niewłaściwej stronie. Kiedy tylko przyleciała do Szkocji, zachłysnęła się wszystkim. Po czasie zrozumiała, że jak każdy kraj Szkocja ma swoje wady i zalety. I wcale nie jest tak, że za granicą manna leci z nieba, a trawa jest tutaj bardziej zielona. Każdy kraj i ludzie, którzy w nim żyją, są lepsi albo gorsi. Bo służba zdrowia też i tu zawodzi. Bo większe pieniądze, ale i większe wydatki. Bo gorsze dzielnice, bo nigdy nie będziesz u siebie. Zawsze będziesz tu obcy, bo się tutaj nie urodziłeś. Jednak wiele rzeczy podobało się Annie. Przede wszystkim ten luz, który wtopiony był w szkocką kulturę. Nikogo nie obchodziło to, co robi sąsiad, w co się ubiera. Widziała kobiety, które w kapciach i szlafroku szły do sklepu za róg. Kobiety w garsonkach i adidasach, które pędziły do biura. Brytyjki są też mniej krytyczne w stosunku do swojego ciała. Jeśli mają ochotę założyć obcisłą, krótką kieckę, to ją zakładają. To nic, że wałeczek wystaje, a nogi nie są takie jak u top modelki. Z większym dystansem do swojej osoby jest zdecydowanie przyjemniej żyć. Kochała tutejsze urzędy, za miłą obsługę. I to zmieniłaby w Polsce. Kiedy wchodzisz do jakiegoś urzędu w kraju, wita cię niemiła baba, ze skwaszoną miną, a ty już od progu czujesz się taki malutki. Ta pani, która siedzi po drugiej stronie biurka, powinna ci pomóc, to jej praca, za którą jej płacą. Nie jest królową na włościach… No cóż, jak to mówią, co kraj, to obyczaj.

Dlaczego wyjechała do Szkocji, a nie gdzieś bliżej?

Przez niego!

Znała go od dzieciństwa. Był od niej cztery lata starszy. Poznali się w piaskownicy. Mała wówczas Ania bawiła się w sprzedawczynię w cukierni. Siedziała na murku w piaskownicy i lepiła z piasku ciastka.

– Cześć. – Usłyszała chłopięcy głos.

– Cześć. – Podniosła wzrok.

– Co robisz?

Ania spojrzała na swoje ręce, które lepiły kulkę.

– Pączka.

– Nie bądź śmieszna, to kulka piachu.

– Bawię się w cukiernię.

– Ach tak! – prychnął chłopiec.

– Jeśli ci się coś nie podoba, to sobie idź.

Chłopiec rozejrzał się na boki, w obawie, czy nie ma jego kolegów. Nikogo nie było z jego paczki.

– Jeśli chcesz, pobawię się z tobą.

Dziewczynka wydęła usteczka.

– Sama nie wiem, czy chcę, czy nie.

Chłopiec podparł się pod boki.

– Marcin jestem.

– Ania.

– A więc, Aniu, poproszę dwa pączki.

– Róża jestem.

– Przed chwilą powiedziałaś, że Ania.

Dziewczynka przewróciła oczami.

– W zabawie Róża. Mężczyźni to jednak nic nie rozumieją.

– To kim ja mam być? Kleofasem?

– Kim sobie chcesz.

– Będę Marcin i tyle.

– To sobie bądź.

– Dwa pączki poproszę.

– Coś jeszcze? – Róża alias Ania zatrzepotała rzęsami.

– A to co? – Marcin wskazał na inne piaskowe ciastko.

– Eklerka.

– To jeszcze eklerkę.

– To wszystko?

– Wszystko.

Okazało się, że Marcin z rodzicami i młodszym bratem przeprowadzili się na jej osiedle kilka tygodni wcześniej. Jego brat chodził z nią do klasy. Chłopiec z dziewczynką bardzo się polubili. Kiedy byli tylko we dwoje, Marcin chętnie się z nią bawił, ale kiedy pojawiali się jego koledzy, udawał, że jej nie zna. Kiedyś przyniósł jej pierścionek z czerwonym oczkiem, który kupił dla niej na festynie.

– Podoba ci się? – zapytał.

– Nie wiem. – Wzruszyła ramionami.

– O co chodzi?

– O twoje zachowanie.

– Dałem ci właśnie pierścionek.

– Przy kolegach udajesz, że mnie nie znasz.

– Wiesz, jak to z kolegami jest. – Marcin podparł się pod boki, nie spuszczając wzroku z dziewczynki.

– Ja się ciebie nie wstydzę.

– Ja ciebie też nie, ale chłopacy są inni.

– Chłopcy.

– Przecież mówię.

– Powiedziałeś chłopacy.

– Czepiasz się.

– Przyjmuję pierścionek.

Na twarzy Marcina pojawił się szeroki uśmiech.

Dorastali. Ania myślała, że Marcin nie widzi w niej dziewczyny, z którą mógłby się spotykać, a dobrą kumpelę. Ona była w nim śmiertelnie zadurzona. Jej serce pękało, kiedy widziała, że chłopak bajeruje inne dziewczyny. Z jedną to nawet dłużej się spotykał. Anka wpadła wtedy w czarną rozpacz. Płakała, słuchała rzewnych piosenek, że kocha go jak Irlandię, że Jolka, Jolka, pamiętasz… I znów płakała. Bo Pamela miała już osiemnaście lat, a ona dopiero czternaście. No dobrze, czternaście i pół. Bo Pamela popalała papierosy, miała tlenione włosy, króciutką dżinsową spódniczkę, a ona wyglądała jak dzieciak. Mama nawet jej się malować nie pozwalała. Nie dziwne, że Marcin wpadł jak śliwka w kompot.

– Jaka ona jest? – zapytała go, kiedy siedzieli w jego pokoju na wersalce i wcinali kanapki z pasztetem i keczupem.

– Pam?

– Pam – powtórzyła z bólem w sercu Anka.

– Doświadczona. – Marcin się zaśmiał, a na twarzy Ani pojawił się krwistoczerwony rumieniec.

– Jesteś zakochany?

– Czy ja wiem? – Chłopak wzruszył ramionami. – Póki mogę, korzystam.

Anka wstała z wersalki. Nie była w stanie powstrzymać łez. Wybiegła z mieszkania jak oparzona. Nie dość, że się skompromitowała, to jeszcze Marcin na pewno się domyślił, że jest w nim zakochana. Kiedy była już w mieszkaniu rodziców, wbiegła do swojego pokoju, rzuciła się na łóżko, a głowę przykryła poduszką.

W dniu jej piętnastych urodzin stał się cud. Marcin pocałował ją namiętnie przy jej koleżankach, a Ania nie wiedziała, co ma o tym sądzić.

– I co? – zapytał ją później.

– Sama nie wiem.

– Wiesz, wiesz…

Zaczęli się spotykać. A dziewczyna zakochała się w nim na zabój. To z nim Anna przeżyła swój pierwszy raz. To z nim oglądała gwiazdy, z nim piła swoje pierwsze wino. On był nią, a ona nim. Do czasu…

A teraz? Teraz często słucha piosenki Ani Dąbrowskiej:

Ciągle zbieram siebie z miejsc po Tobie.

I znów na kawałki rozpadam się.

Wiem, że wystarczą mi nawet kłamstwa.

Dajesz je w nagrodę, gdy masz na to ochotę.

Ostatni raz poddaję się. Nieprawda.

Ostatni raz szukam cię. Nieprawda.

Chcę mieć cię dość. Na zawsze dość. Nieprawda.

Ostatni raz odchodzę stąd. Nieprawda.

Tyle nieprzespanych nocy za nią. Tyle godzin nasiąkniętych nostalgią.

Tyle wspomnień…

Minęło tyle miesięcy, a jej nie minęło… Trwało, ze zdwojoną siłą.

Nocą jej serce na nowo przeżywało przeszłe emocje, uczucia.

Na jawie, w myślach, w sercu, we wspomnieniach wciąż był. Przy niej, z nią.

Teraz, tu…

Rozdział 2

Anka lubiła Edynburg. W dobrą pogodę mogła chodzić do Princes Street Gardens u stóp wzgórza zamkowego.

Szkocja to zupełny przypadek w jej życiu i chyba zrządzenie losu. O Szkocji wiedziała naprawdę niewiele. Edynburg jest miastem niezwykłym, miastem z duszą, gdzie z każdego zakątka, z każdej wąskiej uliczki wyglądają duchy przeszłości. Kiedy siedziała na trawie w parku, spoglądała na zamek znajdujący się na szczycie wygasłego wulkanu. Fortyfikacje oraz mury zachowały swoją oryginalną formę od prawie 800 lat. Okolice zamku skrywały także kilka mrocznych historii. W pobliżu stała fontanna, w której według legend palono czarownice. Uwielbiała spacery po mieście, wspinaczkę na Calton Hill, skąd rozpościerał się widok na szkocką stolicę. Lubiła pijać kawę w The Elephant House Cafe. To tutaj ponoć J.K. Rowling napisała część Harry’ego Pottera. Może i ją natchnie? – Anna się roześmiała. Ludzie się spierali, gdzie J.K. Rowling tak naprawdę napisała Harry’ego, ale ona chciała wierzyć, że to było tutaj. To miejsce miało swój klimat i duszę.

Od kilku miesięcy mieszkała u znajomej koleżanki, Agaty. W trzypokojowym mieszkaniu było ich razem dziewięć osób. Ktoś wychodził do pracy, ktoś inny wracał z nocnej zmiany i zajmował twój materac. Łazienka była wiecznie okupowana, podobnie jak kuchnia. Lodówka była wspólna i jeśli ktoś wyjadł twoje jedzenie, nie powinno cię to dziwić.

Agata okazała się przyjazną duszą. Niska, drobna, zawsze roześmiana.

– Pierwsza lekcja dla ciebie: uważaj na Polaków – zakomunikowała w jednej z pierwszych rozmów. – Nie masz co liczyć na pomoc rodaka. Polak za granicą prędzej zepchnie cię w przepaść, niż rękę poda. – Wtedy tamte słowa wydawały się Ani kompletną bzdurą i przesadą. No, bo jak to? Dlaczego? Przecież jako osoby pochodzące z tego samego kraju powinniśmy trzymać się razem i w trudnych chwilach pomagać. Niestety, nie raz się przekonała, że koleżanka miała rację.

Agata nalała do plastikowych kubeczków wina.

– Kiedyś mieliśmy szklane kieliszki, teraz nie ma ani jednego.

– Pobiły się?

Agata wzruszyła ramionami.

– Może ktoś ukradł. Druga lekcja – powiedziała Agata – nie ufaj Szkotom.

– To komu mam ufać? Skoro ani nie Polakom, ani nie Szkotom?

– Sobie.

Roześmiały się.

– Szkoci są uśmiechnięci, mili. Przyjaźnie nastawieni, ale czasami to tylko pozory. Zawsze wyskoczą z tym swoim: How are you?. I oczekują, że odpowiesz: fine. Żadnych wynurzeń, że dziś źle, że ptak na ciebie nasrał, że pada deszcz i nie znosisz szkockiej pogody. Są uśmiechnięci, ale za plecami potrafią obrobić ci równo dupę. Oczywiście nie wszyscy. Są fajni Szkoci i mniej fajni, ale trzeba uważać, co, jak i gdzie.

– To tyle?

– Kolejne lekcje odczujesz dotkliwie na własnej skórze.

Znów wybuchnęły śmiechem.

Anka uniosła do góry plastikowy kubeczek.

– No to, cheers!

– Cheers.

– Byłaś już w zamku?

– Nie. A ty?

– Dwa razy. Wybieramy się ze znajomymi w niedzielę. Idziesz?

– Pewnie.

– Edynburski zamek jest podobno najbardziej nawiedzonym miejscem w Szkocji.

– Weź mnie nie strasz. – Anka skrzyżowała ręce na piersiach.

– Przeprowadzone w nim badania wykazały, że w ponad połowie jego pomieszczeń ukazywały się duchy. Zamek z ulicą Royal Mile łączy sieć podziemnych korytarzy. Niegdyś postanowiono je zbadać. Wysłano młodego chłopca – dudziarza, żeby przeszedł przez nie. Miał cały czas grać, żeby było wiadomo, gdzie jest. Jednak nagle granie ustało. Nigdy nie odnaleziono nieszczęsnego muzyka, a w podziemiach zamku co jakiś czas słychać, jak ktoś gra na dudach…

– Brrr… Przeszły mnie dreszcze.

– Lubię takie klimaty. Lochy, podobnie jak w innych zamkach, były miejscem kaźni wielu więźniów. Do dziś zwiedzający twierdzą, że wywołują w nich nieprzyjemne doznania. Mają uczucie czyjejś obecności, skarżą się również na duszności. To tam właśnie więziono skazane na śmierć czarownice. Idziesz, prawda?

– Nastraszyłaś mnie, a teraz chcesz mnie tam zaciągnąć.

Agata się roześmiała.

– Ze mną nic ci się nie stanie.

– Dlaczego?

– Bo jestem czarownicą.

Ania miała dyplom magistra filologii polskiej, który na nic jej się tutaj przydał. Po dwumiesięcznej karierze kelnerki zahaczyła się w bed and breakfast, niewielkim hotelu, który miał około piętnastu pokoi. Pracowała jako guest service assistant, czyli była osobą od wszystkiego. Sprzątała pokoje, serwowała gościom posiłki. Podpisała umowę, z której wynikało, że musi być elastyczna, co oznaczało, że pracowała po kilkanaście godzin dziennie. Jakoś trzeba było się utrzymać. Żadna praca nie hańbi. I Anna byłaby w sumie zadowolona z roboty, gdyby nie ludzie, z którymi pracowała. Sprawdziły się słowa Agaty, że na obczyźnie Polak Polakowi wilkiem. Ileż razy jakaś rodaczka podkablowała ją do supervisora, bo Anna zrobiła sobie za długą przerwę, Anna się spóźniła do pracy, Anna źle posprzątała pokój.

„Ja pierdolę!” – klęła w duchu dziewczyna, która wiedziała, że pani Tereska i pani Jagoda same nie są bez skazy. Pani Terenia kradła papier toaletowy i saszetki cukru przeznaczone dla gości. Wynosiła je pod kurtką, jakby sama nie mogła kupić sobie kilograma cukru lub dziesięciu rolek papieru toaletowego. Ten wydatek kosztowałby ją około trzech funtów. Pani Jagoda natomiast przychodziła do pracy pierwsza i po kryjomu brała z recepcji klucze, by obskoczyć wszystkie pokoje, z których goście już się wymeldowali, w nadziei, że znajdzie napiwki i zgarnie je dla siebie. To było nieuczciwe w stosunku do innych pracowników.

Ale były plusy tej pracy. Anna nauczyła się perfekcyjnie wycierać kurze i odkurzać listwy, i tego, że ludzie bywają wredni.

Czwartkowego ranka Anna została sama w mieszkaniu. Domownicy wyszli już do pracy, a ona miała dzień wolny. Obudził ją dzwonek do drzwi. Włożyła szlafrok i poczłapała w stronę przedpokoju. Kiedy otworzyła, ujrzała sąsiada, Grześka. Pod Grześkowym nosem rósł bujny wąs, a jego wargi były wilgotne, jakby przed chwilą je oblizał. Grzesiek mieszkał na trzecim piętrze, ona na drugim. Kilka razy powiedzieli sobie „cześć”. Nic poza tym. Mężczyzna nie wzbudzał w Annie sympatii. Wydawał jej się jakiś dziwny.

– Cześć. – Przywitał się.

– Cześć.

– Mam sprawę. – Grzesiek poprawił okulary i wyciągnął przed nią plik papierów.

– Nie bardzo wiem, o co chodzi? – Anna zmarszczyła brwi.

Grzesiek uśmiechnął się promiennie, odsłaniając złotą koronę.

– Przyszło mi wyrównanie do prądu.

– I???

– Za dużo.

– A co ja mam z tym wszystkim wspólnego? – Anna ciaśniej zacisnęła poły szlafroka.

– Muszę sprawdzić licznik. Oszukali mnie te chuje. Myślą, że jak emigrant, to mnie w ciula zrobią.

– To sprawdź licznik, zrób zdjęcie i im wyślij. To najprostsze rozwiązanie.

– Tylko że ja nie wiem, który to jest mój licznik, i dlatego przyszedłem do ciebie. Wiedziałem, że masz wolne.

– Skąd? – Anna uniosła do góry brwi.

– Od Michała.

– A kto to jest Michał? – Anna nie za bardzo kojarzyła. Lokatorzy w jej mieszkaniu zbyt szybko się zmieniali.

Grzesiek popatrzył na nią jak na stwora z kosmosu.

– Michał mieszka w tym samym mieszkaniu co ty.

– Aha.

– To co z tymi licznikami? Pomożesz mi? – Grzesiek uśmiechnął się do kobiety, a ją przeszedł dreszcz. Było w nim coś nachalnego, wręcz obleśnego.

Anna wyszła na klatkę. Stanęli przed licznikami.

– Ten jest twój. – Ania wskazała na licznik oznaczony cyfrą sześć.

– O, faktycznie. – Grzesiek ponownie się uśmiechnął.

– To problem rozwiązany, cześć. – Anna odwróciła się na pięcie. Była tak zmęczona, że jedyne, o czym marzyła, to przeleżeć na materacu cały dzień.

– Zaraz, zaraz. – Grzesiek przytrzymał ją za rękę.

– Tak? – Anna miała dość tego namolnego gościa.

– W podzięce zapraszam cię do siebie.

– Po co?

– Na wino.

– O tej porze?

– Nie, wieczorem.

Anka odetchnęła z ulgą, gdyż na wieczór była umówiona z Agatą.

– Jestem umówiona.

– Z kim?

– Z Agatą.

– To twoja współlokatorka.

– No i?

– Widujecie się codziennie.

– Idziemy na zakupy.

– To jutro. Wypijemy razem kawę. – Mężczyzna nie dawał za wygraną.

– Jestem w pracy.

– Po pracy?

– Nie! – dziewczyna wybuchnęła. – Nie i koniec!

Jak ona nie lubiła takich namolnych typów.

Myślała, że Grzesiek da jej spokój. Jakże się myliła. Tydzień później spadł śnieg. Szkockie zimy nie są śnieżne, dlatego Ania bardzo ucieszyła się z tego śniegu w Edynburgu. Postanowiła, że zamiast wracać prosto do domu, chwilę pospaceruje. Mróz szczypał ją w policzki, a ona poczuła się, jakby była w Polsce. Zamknęła oczy i się rozmarzyła. Po chwili usłyszała męski głos.

– Cześć.

Otworzyła oczy. Przed nią stał Grzesiek.

– Cześć. – Ania patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.

– Akurat spacerowałem – powiedział Grzesiek.

– Spacerowałeś? W takim stroju?

Grzesiek ubrany był w koszulkę, krótkie spodenki i klapki.

– Tak. Hartowanie to podstawa. – Uderzył się ręką w pierś.

Anna domyślała się, że Grzesiek wyskoczył na dwór w tymże oto stroju, kiedy tylko ją zobaczył przez okno.

– No to miłego hartowania. – Dziewczyna przyśpieszyła kroku.

– A ty dokąd? – Grzesiek dygotał z zimna.

– Do domu.

– Myślałem, że spacerowałaś?

– Po czym wnosisz?

– Widziałem, że chodzisz wkoło bloku.

– Oj, świntuszku. Nieładnie tak podglądać sąsiadki.

– Ale ja… Ja nie podglądam. To, co, kawa? – Grzesiek przestępował z nogi na nogę.

– Zajęta jestem. Cześć – rzuciła Anka w jego stronę i poszła do klatki.

„Co za typ” – jęknęła w duchu.

Weszła do mieszkania. Straciła ochotę na spacer. Nawet śnieg w jednej chwili jej zbrzydł. Zdjęła kurtkę i powiesiła na wieszaku. Rozpięła kozaki i ustawiła na półce koło innych butów. W kuchni zastała Agatę.

– A ty co taka skwaszona? – Agata smarowała pieczywo masłem.

– Dopadł mnie sąsiad z góry. – Anka usiadła na stołku w kącie kuchni z kolanami pod brodą.

– Namolny Grzesiek?

– Tak.

– Ten to nie odpuszcza.

– Nie odpuszcza? – Anka zmarszczyła czoło.

– No nie. Startował już do połowy znanych mi dziewczyn.

– I ja padłam jego ofiarą. – Anna otoczyła kolana rękami.

– Niech zgadnę, szukał swojego licznika?

– Nie jestem pierwsza? – Anka nalała sobie do kubka wody.

– Wyobraź sobie, że nie. – Agata zaczęła się śmiać. – Szukał też swojego licznika dwie ulice dalej.

Agata z Anią parsknęły śmiechem.

– Co za typ – jęknęła Anka.

– Szuka tej jedynej.

– Ale nie takimi sposobami.

– Któraś w końcu się złapie na liczniki. Uderza do każdej: mężatek, dzieciatych, singielek, lesbijek. Polek, Ukrainek, Szkotek.

– Desperat jakiś czy co?

– Ponoć kilka lat temu żona od niego odeszła.

– Też bym nie wytrzymała z takim gościem.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

* * *

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Od autorki

Podziękowania

Reklama

Karta redakcyjna

Copyright © by Gabriela Gargaś, 2018

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2018

Projekt okładki: Olga Reszelska

Zdjęcia na okładce: © Monica Lazar / Trevillion Images

Redakcja: Paulina Jeske-Choińska

Korekta: Agnieszka Czapczyk

Skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

eISBN: 978-83-8075-465-2

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Namaluj mi słońce Minione chwile Pośród żółtych płatków róż Zanim wstanie dla nas słońce Taka jak ty W plątaninie uczuć 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy