Dom Wschodzącego Słońca

Dom Wschodzącego Słońca

Autorzy: Aleksandra Janusz

Wydawnictwo: Uroboros

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.90 zł

Polska fantastyka na najwyższym poziomie.

Tutaj wypełniają się proroctwa, ziszczają się marzenia i koszmary, pod skorupką codzienności kryją się tajemnice, a po zmroku ze snu budzą się istoty, z którymi nikt nie pragnie spotkać się twarzą w twarz.

Mag-szermierz Lloyd zmierzy się ze swoją mroczną przeszłością. Błyskotliwy informatyk Timothy wyjdzie poza wirtualny świat. Narcystyczny rockman Gabriel wreszcie zacznie podejmować własne decyzje. Razem z zakonnicą Weroniką, wiekowym Krzysztofem oraz niespodziewanym przybyszem z odległych stron stawią czoło mitycznym bestiom oraz dawnym – i nowym – wrogom. Czy znajdą odpowiedzi na zagadki, jakie zostawiła po sobie legendarna Kaja Modrooka? I czy Eunice wyjdzie zwycięsko
z próby, jaką postawi przed nią los?

Aleksandra Janusz

DOM WSCHODZĄCEGO SŁOŃCA

Copyright © by Aleksandra Janusz, MMXVIII

Wydanie II zmienione

Warszawa, MMXVIII

Spis treści

Motto

Srebrny Rycerz

Apollo

Światło i cień

Ojciec marnotrawny

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

W świetle przewodów, w cieniu sufitów

W wietrze oddechów, w błocie napisów

Rodzą się szajby małe i biedne

Karmię się nimi i karmić się będę

Kuba Sienkiewicz Jestem z miasta

Srebrny Rycerz

Miasto Farewell, 1969

Na miejscu zebrało się już blisko pół miliona uczestników i wciąż nadciągają nowi. Autostrady w całym stanie są nie-praw-dopodobnie zakorkowane! O największym festiwalu w dziejach ludzkości będziemy was informować na bieżąco. Jeżeli również zdążacie na Woodstock, pozdrawiam was – love and peace! Tymczasem zostańcie z nami – grają Janis Joplin i Koooozmic Blues!

Lloyd Dark powoli dopił swoją whisky, a potem z cichym brzękiem odstawił szklankę na kuchenny blat. Tak, zakup radia to był dobry pomysł. Muzyka wypełniała puste przestrzenie, oszukiwała echo i samotność. Wiedział, że teraz szybciej oswoi się z domem, do którego wprowadził się poprzedniego dnia.

Miał nadzieję, że dom także oswoi się z nim.

Pokruszył w dłoni resztki krakersów i rozrzucił je po ceglastych kafelkach. Gwizdnął cicho. Zza szafki wychyliło się coś, co na pierwszy rzut oka przypominało kłębek mgły. Istota błyskawicznie pochwyciła jeden z okruchów i natychmiast schowała się z powrotem.

Gdyby chciał, mógłby kupić starą posiadłość Suarezów już ze dwadzieścia lat temu. Spadkobiercy pierwszych właścicieli od dawna mieszkali w Europie. Odkąd señor Suarez zbankrutował w czasach Wielkiego Kryzysu, a jego żona popełniła samobójstwo, o siedzibie rodowej mówiono, że jest dotknięta klątwą. Nikt nie chciał tam wracać. Nie znaleziono kupca. Z bliżej nieokreślonych powodów przyszli nabywcy szybko się zniechęcali. Po Farewell krążyła plotka, że domostwo jest nawiedzone.

Nieboszczka Suarez rzeczywiście miała charakterek. Jak przystało na pełną pretensji damę z początku wieku, wierzyła święcie w supremację białej rasy. Nowy właściciel rodowej posiadłości był półkrwi Azjatą i to ją rozwścieczyło. Ubiegłej nocy wytłukła sporą część porcelanowej zastawy, zanim Lloydowi udało się zamienić z nią kilka słów. Cóż, albo się przyzwyczai, albo za jego sprawą odejdzie na dobre. Najwyższa pora.

Nie zamierzał pozbywać się małych domowych duchów, takich jak ten za szafką. Były pożyteczne, skutecznie odstraszały myszy. Ponadto ich obecność świadczyła jak najlepiej o kondycji astralnej domu. Kiedy tylko rozwiąże problem señory Suarez, odpocznie tutaj, wreszcie nabierze sił.

W kominku tliły się ostatnie węgle. Nie podsycił ognia, w salonie zrobiło się już wystarczająco ciepło. Usiadł na wielkiej kanapie o brunatnym, skórzanym obiciu i umościł się na niej wygodnie. Długo szukał takiej, na której nawet mężczyzna jego wzrostu mógłby się swobodnie wyciągnąć. Co prawda nieco kontrastowała z rzeźbionym stolikiem oraz secesyjnymi krzesłami zdobnymi w złocone pnącza winorośli. Pójdą na strych, zadecydował Lloyd. Wyglądały dekoracyjnie, ale właściwe zastosowanie mogłyby znaleźć chyba dopiero w sali tortur. Zresztą czasy świetności dawno już miały za sobą. Większość mebli została zniszczona przez korniki i kołatki, a dywan nosił wyraźne ślady niestrudzonej pracy moli.

Zamknął oczy. Chropowaty głos Janis Joplin kołysał go do snu. Warto by uciąć drzemkę przed północą, zanim znów pojawi się señora.

– Od jutra porządki – szepnął.

– Radzę zacząć od generalnego remontu łazienki. Kurek od kranu został mi w ręku. I uprzedzam, że kafelki rzucają się na ludzi bez ostrzeżenia.

Lloyd Dark usiadł gwałtownie. To na pewno nie jest pani Suarez.

– Timothy?

Z pogrążonego w półmroku korytarza wyłonił się młody mężczyzna na wózku inwalidzkim opatulony w kilka warstw swetrów. Tylko po wyglądzie jego kościstych dłoni można się było domyślić, jak bardzo musiał być chudy. Bujne, zmierzwione włosy niemal całkiem zasłaniały mu twarz.

– Gdzie się podziała twoja słynna czujność? – zapytał cicho. – Słowo daję, mogłem do ciebie podjechać i nawet byś nie zauważył. I co ty sobie w ogóle wyobrażasz, zostawiając mnie na pastwę tej megiery...? A co z Weroniką, co z Krzysztofem? Jaki z ciebie przyjaciel?

Lloyd westchnął.

– Timmy, proszę cię, nie desperuj. Nie chciałem, żeby tak wyszło. Ostateczną decyzję podjęła Emily. Nasze relacje znacznie ucierpiały już podczas Wojny.

– Ty i twoje wiktoriańskie eufemizmy – sarknął Timothy. – Gdybyście oboje nie byli w tak słabej formie, pozabijalibyście się nawzajem. Tak czy owak, już tam nie wracam. Mam dość.

– Sądziłem, że w Mandali na niczym ci nie zbywało. W każdym razie znakomicie dajesz sobie radę.

– Właśnie – fuknął tamten. – Potrafię zdecydować, kiedy mam spać. Nie muszę już przez cały dzień leżeć plackiem. Nie szkodzi mi praca przy radiostacji. Mam zresztą po dziurki w uszach tych budyniopodobnych papek. Nie jestem niemowlakiem, żeby odżywiać się kleikami. Chcę wina, mocnej herbaty i kanapek z szynką.

– To mogę zapewnić od ręki, ale na wygody trzeba poczekać. Dom wymaga remontu zarówno materialnego, jak i astralnego. Poza tym nadal potrzebujesz fachowej opieki.

Timothy wzruszył ramionami.

– W tej kwestii nic się nie zmieni. Weronika będzie przychodzić tutaj. Ba, nawet Krzysztof zapowiedział, że czasem wpadnie. Pomożemy ci w urządzaniu domu. Dla mnie miła odmiana po miesiącach upiornej nudy.

Lloyd potarł czoło.

– Wszystko już sobie zaplanowałeś, prawda?

Timothy zaśmiał się cicho, a może raczej zakasłał.

– Trzeba oblać nowe lokum – powiedział wreszcie. – Masz to wino?

– Mam whisky.

– Nalewaj. Muszę sobie przypomnieć, jakie to paskudztwo.

Miasto Farewell, początek drugiej dekady XXI wieku

Irene Pearl nie miała żadnego pomysłu na to, jak utrzymać dyscyplinę w klasie podczas obowiązkowej pogadanki o stosownym zachowaniu i ubiorze. Do świadomości uczniów nie dotarło jeszcze, że wakacje dobiegły końca. Słuchało jej zaledwie kilku chłopców, którzy jak plotkowano w pokoju nauczycielskim, podkochiwali się skrycie w zgrabnej, jasnowłosej anglistce. Pozostali wyglądali przez okno albo toczyli między sobą ożywione dyskusje. Kiedy tylko się odwracała, zaczynali strzelać do siebie z długopisów przerobionych na dmuchawki. Jej najlepsza uczennica bez żenady czytała książkę pod ławką. Inna utknęła z nosem w smartfonie. Kilka osób grało w karty.

Jako nauczycielka z kilkuletnim stażem pani Pearl wiedziała już, że w walce z tłumem jest z góry skazana na porażkę. Uciszanie uczniów donośnym głosem przynosiło jeszcze skutki w podstawówce, ale gimnazjaliści byli już zupełnie innym gatunkiem dzikich zwierząt. Zastosowała więc tę samą metodę, jakiej powszechnie używa się do zastraszania zbiorowości. Postanowiła wyciągnąć z tłumu jedną osobę i ukarać ją dla przykładu.

Rozejrzała się wkoło i zatrzymała spojrzenie na Eunice Wight. Dziewczyna, siedząca na swoim stałym miejscu z tyłu sali, gryzmoliła coś zawzięcie z nosem niemal utkwionym w pulpicie. Pani Pearl nie mogłaby znaleźć lepszej ofiary. Eunice od tygodnia przychodziła do szkoły z włosami w formie szaroburych, zbrylonych dredów. Gdyby to jeszcze była fryzura etniczna – ostatnio kierownictwo zrobiło się czułe na tym tle. Ale nie. Ktokolwiek dołożył się do wybuchowej mieszanki genów, jaką reprezentowała dziewczyna, nie uznał za stosowne obdarzyć jej naturalnie kręconymi lokami. Nieważne, z czym utożsamiała się w tym tygodniu, sama wytypowała się na dywanik. Ciekawe, czy użyła starych, wypróbowanych metod chałupniczych. To się chyba robiło na miodzie i białku jajka, pomyślała nauczycielka i odruchowo wzdrygnęła się z obrzydzenia. Chociaż nie, w takich specyfikach gustowało pokolenie hipisów, teraz pewnie używa się zwyczajnej pianki.

Oczywiście można by się przyczepić nie tylko do fryzury Eunice. Powszechną przypadłością w jej wieku był nagły wysyp kolczyków. Pani Pearl naliczyła siedem w uszach i jeden w nosie. Właściwie ciekawiło ją, czy dolegliwość rozniesie się także na inne części twarzy. Poza tym zawsze się zastanawiała, czy kolczyk w nosie nie przeszkadza w smarkaniu. Takich pytań jednak, rzecz jasna, nie zamierzała jej zadawać.

Z głośnym stukotem obcasów nauczycielka zbliżyła się do stolika Eunice. Wyrwana z transu dziewczyna uniosła głowę i popatrzyła na nią nieprzytomnym wzrokiem.

Pani Pearl zdecydowanym ruchem zgarnęła papiery z ławki. Miała nadzieję, że to będzie coś obrazoburczego – karykatury nauczycieli w komiksie, albo przynajmniej młoda poezja. Dawno nie widziała takiej porządnej, grafomańskiej, młodej poezji.

Wystudiowanym gestem wyprostowała kartki, zerknęła na nie... i straciła wątek.

– Figury geometryczne...?

– Figury geometryczne – potwierdziła Eunice.

Irene Pearl ściągnęła usta. Trzymała przed oczami coś znacznie bardziej interesującego niż zwykłe ćwiczenia rysunkowe. Zakrzywione pod dziwnymi kątami linie oraz niewystępujące w rzeczywistości kształty kpiły z trzeciego wymiaru, kończyły się w nieoczekiwanych miejscach, oszukiwały wzrok. Wyglądały inaczej w zależności od tego, jak na nie spojrzano. Figury niemożliwe. Jak się nazywał ten malarz? Dawno temu, gdy nauczycielka zastanawiała się jeszcze nad wyborem kierunku studiów, interesowała się podobnymi dziełami sztuki.

Większość obrazków została wydrukowana, ale kilka z nich dziewczyna kończyła własnoręcznie. Czyżby ukryty talent matematyczny? Pani Pearl poczuła, jak odzywa się w niej powołanie nauczycielskie, od dłuższego czasu nieco zaniedbane i przytłoczone prozą życia.

– To z internetu, prawda? – zapytała. – Bardzo ciekawe.

– Prawda? – Eunice się rozpromieniła. – Składają się w czwartym wymiarze, a przynajmniej powinny. To są takie zagadki, trzeba dorysować dalszy ciąg...

Nauczycielka nagle zorientowała się, że większość jej podopiecznych ucichła. Zerkali w ich kierunku z wyraźnym zaciekawieniem. Speszyła się trochę.

– Eunice, co ty w zeszłym roku miałaś z matematyki?

– Ja? Ledwo zdałam.

Dziewczyna odchyliła się na krześle i spojrzała podejrzliwie na nauczycielkę, przybierając zwykłą pozę buntowniczki. Dialog został ucięty w zarodku.

Pani Pearl jeszcze raz przyjrzała się figurom.

– Dostaniesz to po lekcji. Poza tym twoje włosy... – Zrezygnowała w połowie zdania. Te szkice wyglądały naprawdę fascynująco. Może sama spróbuje poszukać w necie czegoś podobnego? – Nieważne. Dopóki nie płuczesz ich w miodzie i białku jajka, nie będą wabić much.

***

Bunt zrodził się w Eunice tego dnia, w którym jako świeżo upieczona gimnazjalistka odwiedziła swoją starą szkołę podstawową. Musiała załatwić kilka spraw: przenieść papiery z gabinetu lekarskiego, zdjąć na pamiątkę ostatnią pracę z gazetki ściennej. Pominąwszy zakupy w miejscowym spożywczaku, matka Eunice niechętnie opuszczała mieszkanie. Tłumaczyła się obolałymi nogami. Prawda była taka, że pani Wight nie zajmowała się niczym poza oglądaniem telewizji i stopniowo stawała się coraz bardziej otyła. Chociaż próbowała utrzymywać pozory kontroli, z roku na rok wymykało jej się coraz więcej spraw dotyczących córki. Brakowało też ojca, który odszedł od matki wiele lat temu, więc Eunice właściwie wychowywała się sama.

Dziewczyna siedziała przed gabinetem i czekała, aż pielęgniarka wróci z przerwy śniadaniowej. Z nudów oglądała prace pierwszaków, przybite szpilkami do korkowych tablic. Wisiało tam chyba ze dwadzieścia wyklejanych schematycznych portretów Waszyngtona. Różniły się szczegółami, odcieniem cery albo kolorem włosów, ale powstały według tego samego wzoru i w gruncie rzeczy były identyczne. Eunice wróciła wspomnieniami do nie tak bardzo dalekiej przeszłości. Wyobraziła sobie dziecięcą manufakturę portretów Waszyngtona. Ktoś miał ochotę narysować księżniczkę, ktoś psa, ktoś inny rycerza Jedi. Pozostali woleliby może pograć w piłkę. To nie miało żadnego znaczenia. Dwadzieścioro drobnych, chudych pierwszaczków wyklejało strzępkami kolorowego papieru historyczną gębę.

Nie zastanawiała się nad tym wcześniej, ale nowo uzyskany status gimnazjalistki pozwalał jej spojrzeć z dystansu na pewne sprawy. A co, jeśli całe życie składało się z metaforycznie ujętego powielania portretów Waszyngtona? Jeżeli cała nauka w szkole to po prostu pranie mózgów na olbrzymią skalę?

Postanowiła sprawdzić to osobiście.

Od tej pory Eunice czytała wszystkie obrazoburcze i zakazane książki, jakie wpadły jej w ręce. Słuchała antysystemowej muzyki. Z premedytacją nie uczyła się tego, co pachniało jej propagandą, nie poważała także nauczycieli, którzy jej zdaniem nie zasłużyli na szacunek. Poszukiwała.

Oczywiście, była tylko gimnazjalistką i cały jej bunt miał jak najbardziej nastoletni odcień. Chłonęła wszystkie popularne antyideologie, na jakie udało jej się natknąć. Przez krótki czas fascynowała się komunizmem, potem przerzuciła się na anarchię. Zbyt młoda, aby zrozumieć, że wiedzę można zdobywać choćby od diabła, stała się etatowym kłopotliwym uczniem. W gruncie rzeczy Eunice nie brakowało inteligencji. Tyle tylko, że całą jej energię pochłaniała ogólnie pojęta walka z Systemem. W pewnym sensie była to postawa godna podziwu. Chciało jej się kontestować zastaną rzeczywistość w czasach, w których pojawiały się markowe kolekcje mody nawiązujące do stylistyki punk.

Nieocenione źródło wiedzy na temat ruchów alternatywnych stanowił oczywiście Google. Kłopot w tym, że dopóki nie wprowadzono pakietów promocyjnych, pani Wight uważała, że internet nie jest wart podwyższonej opłaty za kablówkę. Przesiadując więc po lekcjach w szkolnej pracowni komputerowej, Eunice drukowała antysystemowe plakaty oraz zapisy prostych chwytów na gitarę.

Właśnie podczas jednej z takich sesji przypadkowo trafiła na Silver Tower, darmową grę online, w której sens rozgrywki stanowiło rozwiązywanie łamigłówek.

Nigdy nie przypuszczała, że zagadki logiczne mogą tak ją wciągnąć. Zajęło jej to kilka dni, ale w końcu rozwiązała wszystkie próbne zadania i postanowiła się zapisać. Były tam figury przestrzenne, które nie miały prawa istnieć. Rebusy z wieloznacznymi rozwiązaniami. Połącz kropki, które dawały obrazy godne Picassa. Coraz częściej otrzymywała też zadania powiązane ze sobą na trudno dostrzegalnym poziomie albo takie, których w ogóle nie potrafiła ugryźć. Nieraz zastanawiała się, kim są moderatorzy i czy przypadkiem omyłkowo nie trafiła na grupę Mensan, bo wypowiedzi graczy na forum często w ogóle nie dawały się zrozumieć.

Ostatnio miała wrażenie, że doszła do granicy możliwości. Najnowszy zestaw figur geometrycznych był tak trudny, że już od tygodnia bezowocnie ślęczała nad kartkami. Miała ochotę wypisać się z gry, ale zwlekała. Nie po raz pierwszy trafiła na ścianę. Jej myśli krążyły wokół możliwych rozwiązań i podświadomie wiedziała, że wkrótce je znajdzie.

***

Moja wolność jest w gitarze

Z dala od banalnych zdarzeń

Od ponurych hipokrytów

Księży oraz polityków

Oni nie chcą, żebyś czytał

Oni nie chcą, żebyś śpiewał

Chcą nas wszystkich mieć na smyczy

Mnie to zwisa i powiewa

Jestem całkiem niemoralny

Jestem całkiem nienormalny

Jestem całkiem niemożliwy

Ale przecież jeszcze żywy

Będę czytał to, co zechcę

Będę krzyczał, jeśli trzeba

Nie pozwolę się ogłupić

Nie pozwolę sponiewierać

Nie ma zgody dla spokoju

Konformiści to faszyści

Oddasz palec, potem rękę

Dla nich wciąż nie będziesz czysty

Moja wolność jest w gitarze

Moją wolność noszę w sobie

Wszystko mogą ci odebrać

Tylko nie to, co masz w głowie

Neverland Freedom

***

Dziewięć opalizujących, obramowanych srebrnym brzegiem dysków lewitowało swobodnie jeden nad drugim w przestrzeni stworzonej z miękkiego światła. Kierunki były tutaj zaledwie symboliczne, grawitacja zależna wyłącznie od linijek kodu, który w miejscu zwanym Ponadsiecią – znacznie większym niż ta skromna wieża – od dawna pisał się już sam, mnożąc się, mutując i rekombinując bez ustanku.

Na dziewiątym piętrze w pozycji kwiatu lotosu siedział srebrny posąg, schematycznie przedstawiający rycerza – zarys zbroi, cień przyłbicy, jakby sugestia dwuręcznego miecza – i gestykulował. Jak dyrygent przed orkiestrą, wędrowny opowiadacz sprzed wieków albo choćby czarodziej rzucający zaklęcia. Z każdym jego gestem w powietrzu, jak wysnute z dymu, materializowały się kolejne elementy geometrycznej układanki.

Srebrny Rycerz tworzył.

Tworzył w pośpiechu, ponieważ był spóźniony z kolejnym zadaniem dla graczy. Nie spodziewał się, że Silver Tower w tak krótkim czasie zyska popularność. Dynamika rozwoju sieci czasem zaskakiwała nawet jego. Tydzień temu ich grę zauważył większy portal i Silver Knight, zamiast spokojnie zajmować się łamigłówkami, musiał zwiększyć przepustowość serwera, poprawić filtr antyspamowy, przeselekcjonować dziesiątki zgłoszeń z błędnie rozwiązanymi zadaniami próbnymi.

Zakładając grę, celowo umieścił stronę w zwykłym internecie. Tylko część magów odwiedzała Ponadsieć, a inne istoty dysponujące nadnaturalnymi mocami były jeszcze rzadsze. Chciał świeżej krwi, rywalizacji, może nawet wyzwania. W zamian musiał się użerać z internetowym drobiazgiem, ciekawskimi niemagicznymi, którzy uznali, że sobie poradzą. Silver Tower tylko wydawała się prosta. Czasami trafiał się spryciarz, który intuicyjnie przechodził wstępny etap, a potem wykładał się na trudniejszych zagadkach. Razem z Tetris wciąż opracowywali nowe, ale mimo to…

Przed wieżą z kręgów zmaterializowała się kobieca sylwetka, w całości stworzona z różnobarwnych wielościanów. Z niewymuszoną gracją uniosła się w górę, po czym lekko opadła na powierzchnię najwyższego dysku.

– Jak widzę, nadal rzeźbisz.

Westchnął metalicznie.

– Cześć, Tetris. Nie obrażę się za zmianę warty. Zaczynam się czuć jak w pracy, a nie powinienem. Zakładaliśmy Silver Tower dla rozrywki…

Tetris przechyliła głowę. Wielościany, z których składały się jej włosy i dłonie, wciąż się odłączały i przyłączały, cały czas pozostając w dynamicznej równowadze.

– Mhm. Może powinniśmy utajnić stronę i przenieść serwer. Inaczej pozostaje tylko rozkręcić interes, dobrać moderatorów, dokupić przestrzeń dyskową…

– Nie rozpędzaj się tak – parsknął śmiechem. – Nie istnieje tylu magów, żebyśmy mieli stały przypływ graczy. Chyba że zaprzęgniesz do współpracy Lustrzany Zamek.

– Wątpię, żeby w ogóle zauważyli taki wynalazek jak internet. Jeżeli ktoś liczy sobie dwieście lat, dwadzieścia jest dla niego niewiele znaczącym poślizgiem.

– Cóż. – Silver Knight wstał. – Myślę, że odpowiedź na twoje pytanie brzmi: obstawiamy serwer botami. Przy selekcji do pewnego stopnia może mnie zastąpić Homer, robimy to dla siebie, najwyżej system się zatka. Przypominam, że według ciebie zainteresowanie miało być minimalne.

Tetris zerknęła na niego zaintrygowana.

– Mmm. Jednak coś cię gryzie.

– Mam kłopot z pewnym graczem… Muszę to jeszcze przeanalizować. Czy wiesz może, kim jest RedXIII?

– Nie wiem. Nikt od nas. Chyba nie szpieg?

– Trudno powiedzieć. Wydawał mi się bardzo bystry, ale w ostatnim zestawie porobił takie błędy, że nawet początkujący by się wstydził. Nie uczestniczy też w dyskusjach.

– Może ktoś zza wielkiego chińskiego firewalla. Albo siedzą tam dwie osoby na tym koncie. Dlaczego właściwie się tak przejmujesz?

– Nie, to ten sam człowiek. Styl rozwiązań jest identyczny. Tylko… z ręką na sercu, Tetris. Tego się nie da przejść przypadkiem, prawda?

– A, tu cię mam! – Tetris na ułamek sekundy rozpadła się w chmurę wielościanów i uformowała z powrotem. – Uważasz, że się opuszczasz. Że zagadki są zbyt łatwe. Że, o zgrozo, przypadkowo wpuściłeś na serwer normalsa… Szczerze wątpię. Daj sobie spokój. Moim zdaniem ktoś po prostu gra na bani i stąd jest taki nierówny.

Silver Knight w zamyśleniu narysował półprzejrzysty znak nieskończoności.

– Nie, nie o to chodzi. Mam przeczucie. Jestem magiem i czasem mam prawo do wizji, przeczuć i tym podobnych.

– Jesteś perfekcjonistą. Ale jeśli cię to dręczy, zajmij się tym.

– Nie omieszkam.

***

Eunice stała pochylona nad parapetem, postukując ołówkiem w zadrukowaną kartkę. Odczuwała frustrację. Szukała prawideł, według których naszkicowano bryłę, i nie dostrzegała żadnych. Każde rozwiązanie wydawało się dobre, a zarazem każde miało jakieś luki. Bezskutecznie czekała na olśnienie.

Machinalnie sięgnęła do umocowanego przy pasku starego odtwarzacza mp3, zmieniła piosenkę i podregulowała głośność. W tej samej chwili ktoś wyjął jej z ucha jedną słuchawkę.

– Kiedyś się doigrasz, Matt – mruknęła, nawet się nie odwracając. – Nie powinno się bić ludzi w okularach, ale dla ciebie zrobię wyjątek.

– I tak się nie przestraszę – oświadczył zuchwale pucułowaty blondynek. – Jeszcze jedna wizyta u dyrektorki i wylatujesz ze szkoły. Serio zrobiłaś sobie dredy na miodzie?

Eunice odwróciła się i oparła plecami o parapet. Matt był rasowym kujonem z ambicjami, nie widział życia poza naukami ścisłymi. Jeżeli tylko znalazł odpowiedniego słuchacza, godzinami potrafił nadawać jak nakręcony. Chodząca encyklopedia. Eunice chętnie wysłuchiwała jego monologów, działały na nią uspokajająco. Świat Matta składał się z liczb i faktów. Był jasny, przewidywalny i napawał otuchą. A przede wszystkim od czasu do czasu mogła liczyć na ściągawki.

Trzymali się razem, obydwoje nielubiani w klasie, chociaż każde z odmiennych przyczyn. Poza szkołą jednak mieli inne życie, innych znajomych, inny świat. Dlatego też Eunice zachowywała pewien dystans. Nie wyobrażała sobie Matta na koncercie rockowego Neverlandu, nie mówiąc już o punkowych Smutnych Palantach czy też Radykalnych Pomidorach. Z takimi szkłami nie mógłby nawet pójść w pogo.

– Daj spokój. Dlaczego od razu nie powiesz, że chcesz to sobie obejrzeć? – Potrząsnęła plikiem kartek.

– No – powiedział. – Próbowałem dojrzeć z daleka. Nie wiem, czy już ci mówiłem, ale jestem absolutnym fanem Eschera.

Eunice zmarszczyła brwi. Nie wiedziała, dlaczego to nazwisko zabrzmiało znajomo, ale może nie zapamiętała wszystkich adminów Silver Tower.

– W sensie, grasz w grę?

– Jaką grę? – zdumiał się Matt.

Dziewczyna poczuła, że oto pojawia się okazja, z której wstyd nie skorzystać.

– Właściwie... – Chytrze zmrużyła oczy. – Skoro taki z ciebie geniusz, to może mi podpowiesz. Tę figurę trzeba dokończyć. Tak, żeby miała sens.

Matt chciwie chwycił kartki.

– Jakie to fajne! – Przybliżył obrazek do oczu i znów go oddalił. – Skąd je wzięłaś?

– No przecież, że z netu. Słyszałeś może o Silver Tower?

– A podrzuć mi linka w wolnej chwili. Rozwiązanie, powiadasz? Widzę kilka...

Powiódł ołówkiem po kartce.

– Tutaj... i tutaj... Ot, i masz swoją iluzoryczną figurę.

Eunice zajrzała mu przez ramię.

– Prawie. Zastanawiałam się już nad tym. Powinna sprawiać wrażenie obracającej się bryły, a tymczasem z lewej strony nadal jest płasko.

Matt nadął się nieco.

– Moim zdaniem jest zupełnie dobrze.

– Ale popatrz tutaj… – Wskazała palcem.

Poczerwieniał.

– No to po co prosisz mnie o pomoc, skoro i tak wiesz lepiej?

– Mówiłeś, że znasz kilka rozwiązań. Myślałam…

– W takim razie źle myślałaś – fuknął chłopak ostro. – W ogóle nie mam ochoty pomagać ci oszukiwać. Zmieniłem zdanie. Daj mi linka, albo nie, lepiej wyguglam sobie. Pokażę ci, jak wygrywać. Ja nie miałem poprawki z matematyki!

Eunice osłupiała. Przez krótką chwilę przyglądała mu się, jak tupiąc, odchodził w głąb korytarza. Jak to możliwe, że obraził się z powodu głupiej łamigłówki? Tylko dlatego, że raz jeden coś wychodziło jej lepiej niż jemu? Dziewczyna pokręciła głową. Czuła się rozczarowana i w pewnym sensie zdradzona. Zawsze wiedziała, że Matt lubi znajdować się w centrum uwagi, ale nigdy nie przypuszczała, że jest zwykłym egoistycznym bubkiem.

Odetchnęła głęboko i ponownie zerknęła na wydruk. Niemal machinalnie zaczęła błądzić ołówkiem po krawędziach figury. Problem Matta polegał na tym, że zbyt dużo wiedział. Stosował wyuczone schematy, spacerował po wytartych ścieżkach. Czasami trzeba odrzucić wzorce i myśleć nieszablonowo.

No jasne. Dlaczego nie wpadłam na to wcześniej, pomyślała. A potem zgięła kartkę w trzech miejscach.

***

Myśli o zagadkach nie opuszczały jej nawet podczas imprezy u Jamnika, chociaż, łagodnie rzecz ujmując, nie były to odpowiednie miejsce ani pora na jakąkolwiek pracę umysłową. Atmosfera ciasnego mieszkania Jamnika już jakiś czas temu nabrała prawie namacalnej konsystencji. Z rozkręconej na pełen regulator wieży dobywał się piekielny jazgot na trzy akordy. Jamnik, Platon i kilku innych, nieźle już zaprawionych panów rzucało sobą o ściany przy akompaniamencie donośnych okrzyków. Piegowata Caroline obściskiwała się na kanapie z Jayem. Meg siedziała pod drzwiami i rozpaczliwie szlochała, wspominając swojego świętej pamięci chomika.

Eunice, która tego wieczoru wypiła stosunkowo niewiele, popadła w filozoficzny nastrój. Skierowała więc kroki do kuchni, gdzie rozsiadło się już dwóch kolegów w stanie głębokiej zadumy. Przez ostatnią godzinę prowadzili poważne rozmowy o sensie życia, racząc się koktajlami na bazie grappy podwędzonej z barku rodziców Jamnika.

– Mam zejście północne – oznajmiła zmęczonym głosem.

– Napij się z nami.

Tasior z wprawą zawodowca nalał alkoholu do szklanki, dosmaczył sokiem i wrzucił szczypczykami kilka kostek lodu.

– Dzięki. – Eunice ciężko opadła na kuchenny taboret. – Co z wami, nie skaczecie? To do was niepodobne.

– Starzejemy się – westchnął Danny. Chłopak za miesiąc kończył dziewiętnaście lat i był najstarszy z całej grupy. – Jak sobie pomyślę, że w tym roku mam testy do college’u...

– Najwyższa pora – dogryzł mu Tasior, o dwa lata młodszy. – Głupio, żebyś zdawał razem ze mną.

– Odwlekałem, jak mogłem – mruknął tamten. – Przecież wiesz, że nie dostanę się nigdzie w Farewell.

Eunice położyła rękę na jego ramieniu.

– Masz jeszcze przed sobą cały rok, Danny. Dasz radę.

Danny z rezygnacją oparł twarz na dłoniach.

– Ale wiesz, tak naprawdę to mi zwisa. Chciałbym zostać rysownikiem komiksów. A ojciec ciągle tylko księgowość i księgowość. Mam zakuwać po to, żeby jak idiota wklepywać numerki w Excelu? Szczere dzięki.

– Rób więc swoje i bądź ponad to! – oświadczył Tasior z mocą. – Słuchaj, opowiem ci o wodospadzie Niagara.

– Hę?

Tasior odchrząknął, zakręcił koktajlem w słoiku, a potem zagaił głosem spikera radiowego.

– Wodospad Niagara. Jeden z iluś tam cudów świata i niewątpliwie symbol narodowy. Kilotony czystej żywej potęgi w postaci spienionych kaskad wody. A teraz, Danny, uważaj: człowiek składa się z osiemdziesięciu procent wody, która podlega ciągłej wymianie, no nie?

– No tak.

– A wodospad też paruje, no nie? Woda leci do chmur, spada na ziemię...

– Ty masz rację! Ale jaja! – ucieszył się Danny. – To znaczy, że jak się odlewam, to jakbym sikał prosto do wodospadu Niagara.

Eunice, która właśnie pociągnęła łyk tasiorowej mieszanki, ze śmiechu obryzgała stół koktajlem. Tasior złapał się za głowę.

– Coś pokręciłeś... – powiedział. – Chodzi mi o to, że też masz w sobie tę cząstkę wodospadu. No rozumiesz, moc jest z tobą. Coś jakby zen.

– Zen, czyli takie kółko czarne i białe z kropkami pośrodku?

– Nie, to yin i yang. – Eunice wycierała chusteczkami blat oraz własną bluzkę. – Zen masz wtedy, kiedy wszystko jest jednością, jedność jest wszystkim i w dodatku nic nie istnieje.

– Chińska filozofia. – Danny ziewnął. – Woda może sobie parować, ale ani ja się nagle nie zamienię w Tasiora, ani Tasior we mnie. A jeśli mój ząb nie istnieje, to czemu napierdala? Świat nie istnieje, wszystko marność, nalejcie mi jeszcze.

Chlapnęli sobie po dużym łyku.

– Skoro jednak – Tasior czknął lekko – po wymianie wszystkich twoich molekuł, do czego z pewnością doszło już kilkakrotnie, nadal jesteś Dannym, czy to nie zwycięstwo ducha nad materią? Albo formy nad treścią?

– Może jakieś atomy Danny’ego znajdują się nawet w tej grappie. – Eunice popukała w szklankę. – Co znaczy, że popełniamy mimowolny kanibalizm. Wampirzymy się nawzajem. Jesteśmy jednej krwi...

– Atomy też nie istnieją! – ryknął stanowczo Danny. – Widzieliście kiedyś chociaż jeden jedyny malutki atom?!

– Danny, tobie już nie nalewam. Jesteś pijany.

Wszyscy troje jesteśmy pijani, pomyślała Eunice. Szumiało jej w głowie i czuła się lekko jak na Księżycu. Wolała nie wstawać, aby trwać w ułudzie braku ziemskiej grawitacji. Osiągnęła właściwy stan, by dyskutować o sprawach, o których nikt nie rozmawia w biały dzień. No, może oprócz naukowców i filozofów.

Śmieszna sprawa z tymi filozofami, zastanawiała się. Uważają, że dzięki nim można lepiej zrozumieć świat. Tymczasem większość z nich tworzy jedynie gąszcz pojęć, za pomocą których tłumaczy się potem inne pojęcia. Wielotomowe spory o definicje, setki przegadanych traktatów, do których Eunice nigdy nie miała cierpliwości.

Uczeni są jeszcze gorsi. Próbują przeniknąć tajemnice natury, więc wyjmują z niej śrubka po śrubce i patrzą, jak działa. Niewielu wznosi się ponad perspektywę śrubki. Kolejne dane, wzory i dane, ale żadnego głębszego zrozumienia. A wielkie religie? Albo wszelkiej maści ideologie? Eunice tylko niejasno sobie wyobrażała, jak pracują filozofowie albo uczeni, ale sporo wiedziała o różnych ideologiach. Prędzej czy później każda z nich zaczynała zjadać własny ogon, tworząc spójny system obsesji karmiących się sobą nawzajem, i przez to gubiła się w sprzecznościach.

Tymczasem świat – myślała Eunice – jest zbyt skomplikowany na spójne systemy, a ludzie zbyt głupi, aby go pojąć. Gdyby tylko istniały takie sztuczki dla rozwiązania zagadek rzeczywistości jak dla łamigłówek z Silver Tower. Sprytne triki, które pozwalają wyjść poza trzeci wymiar, przybliżyć niemożliwe. Może wtedy moglibyśmy zrozumieć choćby odrobinę więcej?

Eunice spojrzała na plastikową pokrywkę od słoika po maśle orzechowym, która leżała na stole. Okrągła, biała, o ząbkowanych brzegach.

Na przykład, co sprawia, że pokrywka jest tutaj, a nie, dajmy na to, unosi się w powietrzu?

Siła grawitacji.

Wzajemne powiązania w trzecim wymiarze.

Ale gdyby przestrzeń wokół niej...

Gdyby piąty wymiar...

Odrzuć wzorce. Pomyśl po swojemu.

– Aaa! – wrzasnął Tasior, zrywając się z krzesła. – Mam delirkę!

Pokrywka od słoika wirowała mniej więcej dziesięć centymetrów nad powierzchnią stołu.

– To ja też mam delirkę. – Danny wygodnie ułożył głowę na rękach. – Dobranoc. Chrrr.

– Ja... tego...

Eunice wytrzeźwiała natychmiast. Serce podeszło jej do gardła, z najwyższym wysiłkiem zachowała opanowanie.

Pokrywka spadła na blat.

– Widzisz białe myszki?

– To lewitowało! – Chłopak wskazał przedmiot drżącą ręką. – Przysięgam, że nie ćpałem! Tylko piłem! Aaaa!

– Tasior, uspokój się. – Położyła mu dłonie na ramionach. – Spokojnie! Idź się połóż, zrobię ci herbaty. Jaką chcesz? Czarną, zieloną?

– Assama. Czarnego jak szatan – jęknął Tasior słabo. – Nie słodzę.

Eunice pomogła mu dojść do pokoju siostry Jamnika, przykryła go kocem z polaru w tygrysie pasy i wróciła do kuchni. Mechanicznym ruchem otworzyła szafkę i tak niezręcznie sięgnęła po herbatę, że część paczek pospadała z półki. Danny nawet nie drgnął, chrapał dalej.

– Kurwa – szepnęła.

Wiedziała, jak to zrobiła. Co więcej, wiedziała też, że przy odrobinie skupienia tak samo potrafiłaby unieść w powietrze każdą łyżeczkę, szklankę, puszkę herbaty. Czuła się tak, jakby nagle odkryła nowy zmysł. Przedmioty miały dodatkowy... kolor albo zapach, nie umiała określić tego słowami. Miejsce we wszechświecie? To było takie oczywiste, takie naturalne. Aż dziwne, że nie dostrzegała tego wcześniej. Chociaż... Zreflektowała się. Tak naprawdę od zawsze wiedziała, że ów... kolor, zapach, dźwięk – istnieje. Tyle tylko, że nie zwracała na niego uwagi, jak na setki dźwięków z tła, które zazwyczaj wyrzucamy ze świadomości.

– Jeszszszszcze rassss – zabełkotał Danny w pijackim półśnie. – Ale fffajnie. Moc jezzzztobą.

Zawirowało jej w głowie. Poczuła, że musi wydostać się stąd teraz, zaraz. Wybiegła z kuchni, po drodze potrąciła Meg, dopadła drzwi wejściowych.

– Hej! – usłyszała za sobą Jamnika. – Tylko nie zarzygaj klatki schodowej!

– Zaraz wracam! – krzyknęła.

Na schodach potknęła się kilkakrotnie, aż w końcu udało jej się wydostać na świeże powietrze. Przed klatką przystanęła. Oparła dłonie na kolanach i oddychała głęboko.

Księżyc w pełni stał wysoko na niebie. Odrapane ławki rzucały surrealistyczne, długie cienie. Wysoki klon, jedyne drzewo na wewnętrznym podwórku, gubił liście na wietrze. Kilka z nich zaszeleściło pod butami Eunice, kiedy przeszła wzdłuż spękanego chodnika. Gdzieś w oddali ujadał pies. Od zakratowanego śmietnika zalatywało wonią zgniłych owoców.

Schowała dłonie w kieszeniach bojówek i znalazła tam zwinięty plik kartek z zadaniami. Przejrzała jedno po drugim. Ledwie co widziała w słabym księżycowym świetle, ale znała je prawie na pamięć. Wiedziała, że teraz rozwiązałaby je bez trudu.

– Kurwa! – wrzasnęła. Rzuciła pierwszą kartkę na wiatr, potem drugą i następną. Wirowały w powietrzu razem z liśćmi. – Kurwaaa! Ja pierdolę!

Czy już zawsze wszystko będzie wyglądało inaczej? Każdy przedmiot, każde miejsce, każdy człowiek? Na myśl o konsekwencjach nowego odkrycia ogarniała ją panika. Świat był wystarczająco skomplikowany, kiedy posługiwała się pięcioma zmysłami. Czy tak właśnie czuli się malarze, którzy nie mogli uciec od analizowania kolorów i kształtów? Albo poeci, dla których język brzmiał bardziej jak melodia niż jak zbitka słów?

Od natłoku myśli rozbolała ją głowa. Rozpaczliwie potrzebowała ochłonąć. Zwyczajowym lekarstwem na szok był kieliszek czegoś mocniejszego, ale w tej chwili na samą myśl o alkoholu robiło jej się niedobrze. Postanowiła przejść się wzdłuż kamienic do pobliskiego sklepu nocnego. Krótki spacer i łyk świeżego mleka powinny ją trochę uspokoić. Nie obawiała się napadu na własnym osiedlu, z miejscowymi bywalcami nocnych znała się od dawna.

Ruszyła przed siebie. Nawet gdyby nie czuła się tak wzburzona, nie zdołałaby zapewne dostrzec przygarbionej sylwetki, która od pewnego czasu ją śledziła. Uszyty prawie z samych łat płaszcz obserwatora stapiał się z otoczeniem na podobieństwo skóry kameleona.

Teraz nieznajomy podążył za nią. Poruszał się niezgrabnie, a mimo to niemal bezszelestnie. Nic nie mogło zdradzić obecności szpiega, nawet intensywny odór moczu, bo obserwator szedł pod wiatr.

Przed przejściem dla pieszych dziewczyna zatrzymała się na chwilę. I ten krótki moment wystarczył. Postać błyskawicznie skoczyła naprzód. Eunice najpierw poczuła odrażający smród, a potem jakieś łapsko przycisnęło brudną szmatę do jej twarzy. Nozdrza dziewczyny wypełniła ostra woń chloroformu. Szybko straciła przytomność.

***

Kiedy grupka zapaleńców opracowywała projekt, który kiedyś miał być znany jako World Wide Web, Ponadsieć jeszcze nie istniała. W ogóle jej nie planowano. Wyrosła na pożywce rozprzestrzeniających się połączeń jak mech na wilgotnej ziemi. To musiało się zdarzyć, prędzej czy później. Materialna rzeczywistość miała odbicie w świecie astralnym – każda istota, każdy przedmiot i każde miejsce rzucało w nim cień. Tak samo internet doczekał się swojego cienia lub odbicia, które z czasem ukształtowało się w pełnoprawny świat. Pośrednio stworzona przez ludzi Ponadsieć miała wiele wspólnego z wizjami cyberprzestrzeni wykreowanymi wcześniej przez pisarzy science fiction.

Od samego zarania pojawiali się w niej magowie. Oni także korzystali z internetu i szybko dostrzegli narodziny nowego uniwersum. Na początku dało się ich zliczyć na palcach jednej ręki. Liczba magów, którzy jednocześnie są pierwszorzędnymi programistami, do dziś jest poważnie ograniczona. A tylko tacy potrafią wejść do Ponadsieci i nie zgubić się w niej po kilku milisekundach.

Do tej grupki pionierów należał Silver Knight. W czasach, gdy przedstawiał się jeszcze ośmioliterowym nickiem slvrkngt, odgrywał w społeczności cybermagów rolę naturalnego przywódcy. Żartowano, że w rzeczywistym świecie musi mieć najgrubsze okulary z nich wszystkich i największą liczbę pryszczy. W miarę jak Ponadsieć się rozwijała, stało się jasne, że kontrola nad nią może dawać prawdziwą władzę. W grupie pojawiły się jednostki z ambicjami uprawiania polityki. Silver Knight bardzo szybko doszedł do wniosku, że nie chce mieć z tym nic wspólnego. Wzajemne knucie przeciwko sobie w małym, skisłym piekiełku nie należało do jego ulubionych rozrywek. Po raz pierwszy zmienił ksywę i jak na pioniera przystało, ruszył na podbój nieznanych zakątków Ponadsieci. Kilkoro innych poszło jego śladem.

Nigdy nie poznano jego prawdziwej tożsamości. Inni cybermagowie pojawiali się na zgromadzeniach w prawdziwym świecie, niektórzy stali się bohaterami nagłówków gazet. Tylko Silver Knight pozostał dla wszystkich zagadką. Co jakiś czas wyskakiwał jak diabeł z pudełka, dokonując czynów, o których później rozprawiano w całym cybermagicznym oraz hakerskim światku.

Nie miał zamiaru dorabiać sobie takiej legendy. Wolałby raczej pozostać anonimowy. Z czasem, kiedy się przedstawiał, młodzi magowie Ponadsieci zaczęli zachowywać się dziwnie. Nie dowierzali, wyzywali go na hakerskie pojedynki albo, co gorsza, płaszczyli się przed nim. Postanowił nieco stonować swój wizerunek, ale było już za późno. Mit nakręcał się sam.

Teraz żałował, że postawił grę pod własną ksywą. Zanim na dobre zajął się kłopotliwym graczem RedXIII, upłynęło stanowczo zbyt wiele czasu. Pewien nadgorliwy żółtodziób, niejaki Cartridge, wypowiedział wojnę serwerowi. Razem z kilkoma innymi magami zażądał, aby moderator Silver Knight natychmiast zmienił nick. Przecież podszywanie się pod legendę to niewyobrażalna bezczelność!

Moderator udowodnił niezaprzeczalne prawo do ksywki w serii błyskotliwych pojedynków, odpoczął nieco, a potem wziął się do archiwum zadań dla RedXIII.

Łamigłówki, które razem z Tetris wymyślali dla graczy, miały więcej niż jedno poprawne rozwiązanie. Po serii zagadek mogli już określić indywidualny styl. RedXIII był dobry, może trochę zbyt brawurowy – zawsze wybierał najbardziej fantazyjną możliwość. To sugerowało osobę młodą, w dodatku z potencjałem. Ale te dwa ostatnie błędy... Silver Knight dokładnie przyjrzał się odstępom czasowym, w jakich nadsyłano obrazki. Hm, ten ktoś siedział nad tym stosunkowo długo. Nad pierwszymi zresztą też. Słaby dostęp do netu. Kto może w taki sposób rozwiązywać zadania, do których wymagana jest przede wszystkim nadnaturalna intuicja? Wielki Turingu, możliwość jedna na tysiąc, i on, Silver Knight, ją przeoczył. Ktoś, kto już jest magiem. Ale jeszcze o tym nie wie.

Ciarki przebiegły mu po grzbiecie.

Przecież temu człowiekowi grozi śmiertelne niebezpieczeństwo.

***

Obudził ją zawiesisty fetor – trudna do wyobrażenia mieszanina smrodu przegniłych odpadków, zastarzałych szczyn, benzyny i palonej gumy. Leżała z twarzą wtuloną w jakieś brudne szmaty. Chyba tylko cudem powstrzymała się od torsji. Miała ręce związane na plecach, a w nadgarstki wrzynała się jej ostra linka, najpewniej metalowa. Spróbowała się obrócić. Ból głowy napłynął gwałtowną falą, aż łzy pociekły jej z oczu.

Mocne ręce odwróciły ją do pozycji siedzącej. Eunice znalazła się twarzą w twarz z tak odrażającą staruchą, że ponownie zebrało jej się na mdłości. Kobieta miała nos podobny do czerwonej, przejrzałej truskawki, tłuste białe włosy i skórę usianą wągrami oraz wielkimi, włochatymi brodawkami. Z kącika jej lewego oka ciekła gęsta, żółta ropa. Zęby wyglądały jak przegniłe pieńki, a porządne chuchnięcie mogłoby powalić trupem.

– Brywieeczór – odezwała się stara przymilnym tonem. – Nic nie boli? Wybaczy mojemu synkowi. Trochę nadgorliwy.

– Eee... – wykrztusiła Eunice.

– Siem boi? Nie bać, nie bać.

Starucha puściła dziewczynę i odsunęła się nieco. Eunice zobaczyła trzech odzianych w łachmany mężczyzn. Stali wokół przerdzewiałej metalowej beczki, znad której unosił się gęsty dym. Wszyscy byli podobni do starej kobiety, chociaż znacznie różnili się między sobą wiekiem i posturą.

– Miło poznać. Jestem Katarynka – zaskrzeczała stara. – A to moi dwa synkowie. I wnusio. – Wskazała kolejno na podstarzałego garbusa, na barczystego oprycha z twarzą poznaczoną bliznami oraz na chuderlawego chłopaka o rozbieganych oczkach. – Tupot Białych Mew, Kosa Ostra i Cwany Skurwiel. Dobrzy chłopcy.

Eunice przyjrzała się uważnie całej trójce. Mieli w sobie coś niepokojącego, coś, czego nie mogła określić na pierwszy rzut oka. Zbyt długie nosy, wystające przednie zęby? Kosa nosił rękawiczki bez palców, ale dłonie Katarynki oraz Skurwiela z całą pewnością porastała z wierzchu gęsta sierść. Sposób, w jaki się poruszali... Z początku sądziła, że to tylko przywidzenie, ale teraz nie miała już wątpliwości. Katarynka skrywała pod płaszczem długi, różowy ogon. Jego koniuszek od czasu do czasu wystawał spod łachmanów. I czy zdawało jej się tylko, czy rzeczywiście zobaczyła w stosach szmat i wśród rupieci kilka par małych, błyszczących oczek?

Starucha zamilkła, świdrując ją wzrokiem. Oczekiwała odpowiedzi.

– Eee... A ja nazywam się Eunice Wight – zająknęła się dziewczyna. – E... Bardzo mi miło.

Poczuła, jakby wokół opadło napięcie, z którego wcześniej nie zdawała sobie sprawy.

– Matka widzi! – zawołał Tupot Białych Mew. – Nic o niej nie wiedzom. Jak mówiem, że nie ma zapachu, to nie ma. Jest nowa, niczyja i nic nie umi.

– Dobry synek! – ucieszyła się Katarynka, odwracając się od więźnia. – Idź po Dereka. Sałate weź pół od razu. Pińćset bierz, albo nie, tysionca. Da tysionca.

– Nie bedzie wierzyć. Wezme na próbem ucho.

Tupot Białych Mew wydobył z przepastnej kieszeni składany nóż.

– Nie! – wrzasnęła Eunice, w daremnej próbie zakopania się w stosie szmat. – Nie, nie, nie!

Katarynka powstrzymała go ruchem dłoni.

– Bedzie krew, bedzie kłopot. Nie bierz ucho.

Dziewczyna odetchnęła.

– Bierz koniec małego palca. Łatwo zawionzać.

***

Jakiś czas później Eunice siedziała skulona pod ścianą z falistej blachy, przyciskając do siebie zranioną prawą dłoń. Długo wiła się z bólu po tym, jak Tupot zręcznym uderzeniem noża odrąbał jej koniuszek małego palca, a później powstrzymał krwawienie zimną, lepką substancją, którą wycisnął z tubki po paście do zębów. Eunice nawet nie próbowała zrozumieć, co to za specyfik.

Nie związali jej ponownie, widocznie uznali, że to zbyteczne.

W końcu zamarła w bezruchu wyczerpana płaczem. Wtedy Kosa wstał ze swojej skrzynki, podszedł bliżej i wlepił w nią uważne, złe spojrzenie.

Obawiał się, że spróbuje ucieczki? Eunice oprzytomniała trochę. Bez względu na to, kim był Derek i dlaczego miałby ochotę ją kupić, na pewno nie wiązało się z tym nic dobrego. Jeżeli istniała choćby znikoma szansa na odzyskanie wolności, należało spróbować. Zacisnęła zęby i zaczęła dokładnie lustrować otoczenie.

Schronienie z falistej blachy było półotwarte, ogień w beczce palono pod gołym niebem. Aby jednak uciec, musiałaby ominąć trzech strażników – matkę, syna i wnuka. Może udałoby się jej czmychnąć przed Katarynką i Skurwielem, większy problem stanowił Kosa.

Człowiek-szczur śledził jej spojrzenie.

– Taaak. Som tu nasze kumple. Tysionc bedzie. I o… takie. – Pokazał dłońmi rozmiar średniego kota. – Słuchajom nas. Zawsze.

Nawet jeżeli przesadzał, to i tak niewiele to poprawiało sytuację.

– Forsa zawsze dobra – mruknął Kosa. – Ale piniondz raz jest, a raz go nie ma, a ty młoda, ładna. Nada sie na drugom żone. Dobre dzieci bedom.

– Cicho, Kosa! – Katarynka miała czuły słuch. – Jeszcze sie czarów nauczy, a potem cie zabije i ucieknie. Dureń. Forsa jest forsa. Wampiry dużo dadzom za maga.

– Kto taki?! – przeraziła się Eunice.

– Chyba ich lubiom wysysać. Pewnie trzymajom i wypijajom po kawałku. Żeby na długo starczyło. – Starucha zachichotała upiornie, a potem wyjęła coś z beczki. – Siem upiekło. Pyszny gołombek z grilla. Chce?

Eunice poczuła, że zaraz zacznie wrzeszczeć i nie będzie mogła przestać. Otworzyła usta.

W tym samym momencie gdzieś w oddali rozległ się wysoki, modulowany dźwięk alarmu samochodowego. A potem drugi, trzeci i czwarty, już dużo bliżej. Ludzie-szczury popadli w stan bliski amoku. Cwany Skurwiel wyciągnął dwa wielkie noże i zawył piskliwie. Kosa zerwał się na równe nogi.

– Obcy na złomowisku! – warknął, a jego źrenice zmieniły kolor na czerwony.

Obydwaj skoczyli w mrok. Katarynka wybiegła za nimi na skraj schronienia.

– Jak człowiek, nie zabić! – zawołała. – Nie chcem żadnych glin!

Eunice wstała. Jeżeli uciekać, to tylko teraz!

Wtem ktoś dotknął jej ramienia.

– Ciii – szepnął. – Złap się mocno mojej ręki i zamknij oczy. Już!

Nie miała alternatywy. Natychmiast spełniła polecenie.

Nagle świat przestał istnieć. Unosiła się w przestrzeni, gdzie jedynym punktem odniesienia była obca, koścista dłoń. Zabrakło ziemskiego ciążenia, zgasły wszystkie wonie i dźwięki. Nie czuła wiatru ani oporu powietrza, ciepła ani chłodu. Pogrążała się w substancji pozbawionej jakichkolwiek właściwości. Cisza dzwoniła jej w uszach.

Nie otwieraj oczu.

Nie pomyślała tego. To nieznajomy, kimkolwiek był, przesyłał jej bezdźwięczną wiadomość. Dziewczyna mocniej zacisnęła powieki, tak że przed jej oczami pojawiły się czerwone plamy. Jezu. Do domu.

Drobne wyładowania elektryczne wystrzeliły na jej włosach, palcach i twarzy. Poczuła silny zapach ozonu. A potem, pod kolanami i zdrową ręką, twardą, lepką i szorstką powierzchnię.

– Teraz już możesz. – Usłyszała chrypliwy, świszczący głos.

Zamrugała, a potem rozejrzała się wokół. Klęczała na zapiaszczonej papie, a nad nią rozpościerało się rozgwieżdżone niebo. Nieznajomy leżał jakieś dwa metry dalej, rozciągnięty jak długi na smołowatej płaszczyźnie. Uważnie badał dotykiem komin wentylacyjny.

– Jesteśmy na dachu! – krzyknęła ze zgrozą.

– Ach, świetnie, po prostu doskonale – westchnął tamten. – A ja się zastanawiałem, dlaczego tak mi szumi w uszach. Jak wysoko? Widzisz może maszynownię windy?

– Sam sobie zobacz! – warknęła, roztrzęsiona.

Jej prawa dłoń pulsowała tępym bólem.

Prychnął cicho i bardzo ostrożnie zaczął się podnosić do pozycji siedzącej. Wyglądał na kilka lat starszego od niej, ale poruszał się jak stary człowiek. Chociaż długie, zmierzwione włosy opadały mu na twarz, nie zawracał sobie głowy ich odgarnianiem. Nie patrzył na nią. Zaczął szukać czegoś wokół siebie ręką i dopiero wtedy zrozumiała, że jest niewidomy. Po chwili zauważyła, że tuż obok leżą dwie inwalidzkie kule.

– Och. Przepraszam. Ja... Czuję się skołowana.

– To zrozumiałe. – Zachichotał cicho, co po chwili przerodziło się w suchy kaszel. – Gdzie się podziały moje maniery? Nazywam się Timothy Hawkins. A ty, o ile czegoś nie pomyliłem, jesteś Eunice Wight, czyli RedXIII. Znasz mnie pod ksywką Silver Knight.

– Z gry Silver Tower? – Eunice ponownie zabrakło słów. – A więc to... te zagadki... mój szósty zmysł... to, że potrafię... to wszystko dzięki tobie...?

– Niezupełnie. Gdybyś sama nie była już przynajmniej po części magiem, nigdy nie rozwiązałabyś zadań wstępnych. Zrozumienie przychodzi zazwyczaj stopniowo i łamigłówki faktycznie mogły przyspieszyć proces. Ale ja tego nie planowałem. To jest naprawdę ostatnia rzecz, jakiej spodziewałbym się po mojej grze.

Magowie. Katarynka także użyła tego określenia, prawda? Magia. Różdżki, grimuary i spiczaste kapelusze. Okultystyczne rytuały do przyzywania demonów. Prawdziwe amulety Majów za pięć pięćdziesiąt. „Więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie, niż się ich śniło waszym filozofom”.

– Jezu. Ja pier... – Uniosła zdrową rękę do ust. – Nie przyszło ci do głowy, że możesz trafić na kogoś takiego jak ja?!

Bezradnie wzruszył ramionami.

– Magowie nie są zbyt liczni. Tych w okresie przejściowym spotyka się niezwykle rzadko. A ty dodatkowo także mieszkasz w Farewell. Wprost trudno uwierzyć, że to przypadek. Są chwile, kiedy żałuję, że nie mamy tutaj wieszczki...

– Zamknij się. Na moment. Błagam.

Podpełzła do krawędzi dachu i popatrzyła w dół. Kilkanaście pięter niżej, jak świetliki na tle czarnej wstęgi asfaltu, migotały zepsute latarnie. Zakręciło jej się w głowie, cofnęła się szybko.

– Nie jesteś szczególnie dobry w te klocki, co? – jęknęła. – Przeniosłeś nas na wieżowiec! Na sam czubek pieprzonego wieżowca!

Timothy właśnie wygrzebał spod warstwy swetrów smartfona ze słuchawkami.

– Zmieniłaś moje koordynaty – wyjaśnił spokojnie. – To zwykłe ryzyko teleportacji z kimś początkującym. Mogliśmy wylądować znacznie gorzej.

– Gorzej! – wybuchła. – Stare bloki! Założę się, że to środek Rynsztoka! Nie możemy wynieść się stąd w ten sam sposób?

– Z tobą nie zaryzykuję – mruknął, zaabsorbowany smartfonem. – Następnym razem możemy skończyć w rzece.

– Będę krzyczeć! Aaaaa...

– Cicho – uciął ostro. – Według mapy rzeczywiście jesteśmy w Rynsztoku, więc lepiej nie zwracać na siebie uwagi. Poza kościołem Świętej Julianny w tej dzielnicy nie mamy żadnych wpływów. Rządzą tutaj wampiry, a one nas nienawidzą.

Eunice wzdrygnęła się i ostrożnie dotknęła zranionej dłoni. Palec wciąż był zimny. Nie krwawił, ale płynące z niego iskry bólu promieniowały aż do łokcia.

– Sprzedaliby mnie wampirom, gdybyś nie przyszedł – szepnęła. – Odcięli mi palec.

– Och. – Timothy zamilkł na chwilę wstrząśnięty. – Zaraza na te cholerne szczury. Wezwę pomoc, ale nie wolno nam tutaj zostać. Dzisiaj jest równonoc jesienna, a na dodatek pełnia księżyca. Może być... rozrywkowo.

Redaktor prowadzący: Agnieszka Trzeszkowska

Redakcja: Jerzy Szeja

Korekta: Julia Topolska

Ilustracje na okładkę i projekt okładki: Tomasz Majewski

Skład i łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 48

tel./faks (22) 826 08 82, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-5179-9

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dom Wschodzącego Słońca Cień Gildii Utracona Bretania Asystent czarodziejki 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona