W ogrodzie pożądania

W ogrodzie pożądania

Autorzy: Leila Slimani

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 18.60 zł

Slimani snuje opowieść o kobiecie zagubionej, zakładniczce poszukiwania partnerów seksualnych. Powieść mocno realistyczna, bulwersująca i ostra.

Adèle wydaje się szczęśliwą żoną Richarda, który jest lekarzem. A jednak nie potrafi się powstrzymać od kolejnych podbojów. W ogrodzie pożądania to historia ciała w niewoli popędu, którego nic nie może zaspokoić. To bezlitosna, wnikliwa powieść o uzależnieniu od seksu i jego nieuchronnych konsekwencjach.

„Wytrzymała już tydzień. Od tygodnia nie uległa. Ale tej nocy śniła o tym i potem nie mogła już zasnąć. Lepki, niekończący się sen wszedł w nią jak powiew ciepłego powietrza. Adèle myśli już tylko o jednym”.

Tytuł oryginalu:

DANS LE JARDIN DE L’OGRE

Copyright © Éditions Gallimard, 2014.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Magdalena Bargłowska, Aleksandra Mól

ISBN: 978-83-8110-445-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Moim rodzicom

„Nie, to nie ja – to ktoś inny cierpi.

Ja nie mogłabym tak (…)”.

Anna Achmatowa, Requiem,

przeł. L. Lewin

„Zawrót głowy to coś innego niż lęk przed upadkiem. Zawrót głowy oznacza, że nas ta głębia pod nami przyciąga, wabi, budzi w nas pragnienie upadku, przed którym bronimy się strachem. (…) Moglibyśmy nazwać zawrót głowy pijaństwem słabości. Człowiek uświadamia sobie swą słabość i nie chce się przed nią bronić; pragnie jej się poddać. Słabość go upija, chce być jeszcze słabszy, chce upaść pośrodku placu, na oczach wszystkich, chce być na dnie, jeszcze niżej niż na dnie”.

Milan Kundera, Nieznośna lekkość bytu,

przeł. A. Holland

Wytrzymała już tydzień. Od tygodnia się nie poddała. Adèle była grzeczna. W ciągu czterech dni przebiegła trzydzieści dwa kilometry. Pokonała trasę od Pigalle do Pól Elizejskich, od muzeum Orsay do Bercy. Biegała rankiem po pustych bulwarach. Nocą aż do boulevard Rochechouart i place de Clichy. Nie piła alkoholu i kładła się wcześnie spać.

Ale tej nocy śniła o tym i potem nie mogła już zasnąć. Lepki, niekończący się sen wszedł w nią jak powiew ciepłego powietrza. Adèle myśli tylko o jednym. Wstaje, wypija bardzo mocną kawę w uśpionym domu. Stoi w kuchni, przestępuje z nogi na nogę. Pali papierosa. Pod prysznicem ma ochotę się drapać, rozerwać sobie ciało na dwoje. Wali głową w ścianę. Chce, by ktoś ją chwycił, roztrzaskał jej czaszkę o szybę. Gdy tylko zamyka oczy, słyszy hałasy, westchnienia, krzyki, razy. Nagi dyszący mężczyzna, kobieta przeżywająca rozkosz. Chciałaby być tylko rzeczą pośród hordy, pożeraną, ssaną, połykaną w całości. Chce, by ktoś szczypał jej piersi, gryzł w brzuch. Chce być laleczką w ogrodzie olbrzyma.

Nikogo nie budzi. Ubiera się w ciemności i z nikim się nie żegna. Jest zbyt zdenerwowana, by się do kogokolwiek uśmiechnąć, rozpocząć poranną rozmowę. Adèle wychodzi z domu i idzie pustymi ulicami. Ze spuszczoną głową, czując mdłości, schodzi do stacji metra Jules Joffrin. Wzdryga się na peronie, gdy po czubku jej wysokiego buta przebiega mysz. W wagonie Adèle rozgląda się dookoła. Obserwuje ją mężczyzna w tanim garniturze. Ma źle wyczyszczone szpiczaste buty i owłosione dłonie. Jest brzydki. Z braku laku mógłby jej wystarczyć. Podobnie jak student, który trzyma w objęciach dziewczynę i całuje ją w szyję. Jak pięćdziesięciolatek, który stoi przy szybie i czyta, nie podnosząc na nią wzroku.

Bierze wczorajszą gazetę z siedzenia naprzeciwko. Przewraca kartki. Tytuły się zlewają, nie potrafi się skupić. Odkłada ją z irytacją. Nie może tu zostać. Serce wali jej w piersi, dusi się. Rozluźnia szalik, zsuwa go wzdłuż spoconej szyi i kładzie na pustym siedzeniu. Wstaje, rozpina płaszcz. Stoi z ręką na klamce, jej noga drży wstrząsana dreszczem, jest gotowa skoczyć.

Zapomniała telefonu. Siada z powrotem, opróżnia torebkę, upuszcza puderniczkę, wyciąga stanik, w który zaplątały się słuchawki. Co za nieostrożność z tym stanikiem, myśli. Nie mogła przecież zapomnieć telefonu. Jeśli go zapomniała, będzie musiała wrócić do domu, znaleźć jakieś usprawiedliwienie, coś wymyślić. Ale nie, jest. Cały czas był w środku, tylko go nie zauważyła. Chowa rzeczy do torebki. Ma wrażenie, że wszyscy na nią patrzą. Że cały wagon kpi sobie z jej paniki, z płonących policzków. Otwiera telefon z klapką i śmieje się, widząc pierwsze imię.

Adam.

Zresztą już przepadło.

Mieć ochotę, znaczy ulec. Tama pękła. Po co się powstrzymywać? Życie nie stanie się od tego piękniejsze. Teraz myśli jak morfinistka, jak hazardzistka. Jest taka zadowolona, że przez kilka dni opierała się pokusie i zapomniała o niebezpieczeństwie. Wstaje, unosi lepką brudną klamkę, drzwi się otwierają.

Stacja Madeleine.

Przedziera się przez tłum, który napiera jak fala, by wejść do wagonu. Adèle szuka wyjścia. Na boulevard des Capucines zaczyna biec. Spraw, żeby był w domu, spraw, żeby był w domu. Przed domami handlowymi zastanawia się, czy nie odpuścić. Mogłaby wsiąść tu do metra linii 9, które zawiozłoby ją prosto do biura, zdążyłaby na kolegium redakcyjne. Kręci się wokół wejścia do metra, zapala papierosa. Przyciska torebkę do brzucha. Namierzyła ją grupa Rumunek. Ruszają w jej stronę w chustkach na głowach, z lipną prośbą w dłoni. Adèle przyspiesza kroku. Idzie rue Lafayette jak w transie, myli kierunki, wraca. Rue Bleue. Wstukuje kod i wchodzi do kamienicy, biegnie schodami jak szalona i wali w ciężkie drzwi na drugim piętrze.

– Adèle. – Adam uśmiecha się zaspany. Jest nagi.

– Nic nie mów. – Adèle zdejmuje płaszcz i rzuca się na niego. – Proszę.

– Mogłaś zadzwonić… Nie ma jeszcze ósmej…

Adèle jest już naga. Drapie go w szyję, ciągnie za włosy. On kpi sobie z niej i narasta w nim podniecenie. Popycha ją brutalnie, uderza w twarz. Chwyta go za członek i wsadza go sobie do środka. Oparta o ścianę czuje, jak w nią wchodzi. Lęk ustępuje. Wraca do normalności. Jej dusza nie jest już taka ciężka, a umysł robi się pusty. Łapie mocno pośladki Adama, zmusza jego ciało do energicznych, gwałtownych, coraz szybszych ruchów. Próbuje dokądś dojść, ogarnia ją szaleństwo.

– Mocniej, mocniej – zaczyna krzyczeć.

Zna to ciało i to jej się nie podoba. Wszystko jest zbyt proste, zbyt mechaniczne. Zaskoczenie wywołane jej przyjściem nie wystarczy, by uwznioślić Adama. Ich pieszczoty nie są ani wystarczająco obsceniczne, ani wystarczająco czułe. Kładzie dłonie Adama na swoich piersiach, próbuje zapomnieć, że to on. Zamyka oczy i wyobraża sobie, że ją do tego zmusza.

A jego już tu nie ma. Zaciskają mu się szczęki. Odwraca ją. Jak za każdym razem opiera prawą rękę na głowie Adèle, przyciska ją do ziemi, a lewą chwyta jej biodro. Wchodzi w nią mocniej, rzęzi, szczytuje.

Adam łatwo daje się ponieść.

Adèle ubiera się odwrócona do niego plecami. Wstydzi się, że widzi ją nagą.

– Spóźnię się do pracy. Zadzwonię do ciebie.

– Jak chcesz – odpowiada Adam.

Pali papierosa oparty o drzwi do kuchni. Dotyka ręką prezerwatywy, która zwisa mu z członka. Adèle unika jego wzroku.

– Nie mogę znaleźć szalika. Nie widziałeś go? Taki szary kaszmirowy szalik, bardzo mi na nim zależy.

– Poszukam go. Oddam ci następnym razem.

Adèle udaje wyluzowaną. Ważne, by nie sprawiać wrażenia, że ma poczucie winy. Przechodzi przez open space, jakby wracała po przerwie na papierosa, uśmiecha się do kolegów i siada za biurkiem. Cyril wysuwa głowę ze swojej szklanej klatki. Jego głos zagłuszają rozmowy telefoniczne, stukot klawiatur, drukarki wypluwające artykuły, dyskusje przy ekspresie do kawy. Wrzeszczy:

– Adèle, dochodzi dziesiąta!

– Miałam spotkanie.

– Już w to wierzę! Wisisz mi dwa artykuły i mam gdzieś twoje spotkania. Chcę je dostać za dwie godziny.

– Dostaniesz te swoje teksty. Już prawie skończyłam. Wystarczy, jak ci je dam po obiedzie?

– Mam tego dość, Adèle! Nie będziemy ciągle na ciebie czekać. Musimy, do cholery, zamknąć numer!

Cyril opada na krzesło, machając rękami.

Adèle włącza komputer i chowa twarz w dłoniach. Nie ma żadnego pomysłu na to, co mogłaby napisać. Nie powinna była podejmować się przygotowania artykułu o napięciach społecznych w Tunezji. Zastanawia się, co ją podkusiło na kolegium redakcyjnym, by się zgłosić.

Musiałaby podnieść słuchawkę. Zadzwonić do swoich kontaktów na miejscu. Zadawać pytania, porównywać informacje, wyduszać wiadomości. Musiałaby chcieć, wierzyć w sens dobrze wykonywanej pracy, w rzetelność dziennikarską, o której bez przerwy ględzi im Cyril gotowy zaprzedać duszę diabłu za wysoki nakład. Powinna zjeść lunch w biurze, ze słuchawkami na uszach, z rękami na klawiaturze w okruszynach. Przełknąć kanapkę, czekając, aż nadęta korektorka zadzwoni do niej, żądając, by przed publikacją dała jej tekst do przeczytania.

Adèle nie lubi swojej pracy. Nienawidzi myśli, że trzeba pracować, by zarabiać na życie. Nigdy nie miała innych ambicji poza tą, by ją oglądano. Próbowała zostać aktorką. Po przyjeździe do Paryża zapisała się na kurs, ale okazała się mierną uczennicą. Nauczyciele mówili, że ma piękne oczy i kryje się w niej jakaś tajemnica. „Ale być aktorką, to umieć się rozluźnić, proszę pani”. Długo czekała w domu, aż spełni się przeznaczenie. Nic nie potoczyło się tak, jak planowała.

Bardzo by jej odpowiadało być żoną bogatego i nieobecnego męża. Ku oburzeniu otaczających ją rozwścieczonych hord kobiet aktywnych zawodowo Adèle chciałaby się przechadzać leniwie po wielkim domu, troszcząc się tylko o to, by być piękną na powrót męża. Byłoby wspaniale, gdyby płacono jej za talent do zabawiania mężczyzn.

Jej mąż dobrze zarabia. Odkąd zaczął pracę w szpitalu Georges-Pompidou jako gastroenterolog, bez przerwy ma dyżury i zastępstwa. Często wyjeżdżają na urlop, wynajmują duże mieszkanie w „pięknej Osiemnastce”. Adèle to rozpieszczana kobieta, a jej mąż z dumą myśli, że jest bardzo niezależna. Ona uważa, że to jej nie wystarcza. Że jej życie jest małe, beznadziejne, bez żadnego rozmachu. Ich pieniądze śmierdzą pracą, potem i długimi nocami spędzonymi w szpitalu. Mają smak wyrzutów i złego humoru. Nie pozwalają jej ani na próżnowanie, ani na dekadencję.

Adèle trafiła do redakcji po znajomości. Richard przyjaźni się z synem wydawcy i wspomniał mu o niej. Nie przeszkadzało jej to. Tak jest ze wszystkimi. Na początku się starała. Podniecała ją myśl, że spodoba się szefowi, zaskoczy go swoją skutecznością, zaradnością. Okazywała zapał, tupet, załatwiała zgody na wywiady, o których nikt w redakcji nie śmiał marzyć. A potem zdała sobie sprawę, że Cyril to tępy gość, który nigdy nie przeczytał żadnej książki i nie jest w stanie docenić jej talentu. Zaczęła gardzić kolegami, którzy utracone ambicje topili w alkoholu. W końcu znienawidziła swoją pracę, to biuro, ten ekran, całe to idiotyczne popisywanie się. Nie znosi już wydzwaniania po dziesięć razy do ministrów, którzy ją zbywają, by wreszcie rzucić kilka zdań równie pustych jak nuda. Wstyd jej mówić słodkim głosem, by zyskać przychylność jakiejś asystentki prasowej. Zależy jej tylko na wolności, jaką daje zawód dziennikarki. Niewiele zarabia, ale podróżuje. Może znikać, wymyślać tajne spotkania, nie musi się usprawiedliwiać.

Adèle do nikogo nie dzwoni. Otwiera pusty dokument, jest gotowa zacząć pisać. Wymyśla wypowiedzi anonimowych źródeł, najlepszych, jakie zna. „Osoba z otoczenia rządu”, „znawca arkanów władzy”. Wynajduje chwytliwy tytuł, wykazuje się dowcipem, by rozbawić czytelnika, który wierzy jeszcze, że znajdzie tu prawdziwe informacje. Czyta kilka artykułów na ten temat, streszcza je, stosuje metodę kopiuj–wklej. Zabiera jej to zaledwie godzinę.

– Masz swój artykuł, Cyril! – krzyczy, wkładając płaszcz. – Idę na obiad, porozmawiamy, jak wrócę.

Ulica jest szara, jakby skostniała z zimna. Przechodnie mają ściągnięte rysy twarzy i zielonkawą cerę. Człowiek chciałby jedynie wrócić do domu i położyć się. Bezdomny spod Monoprix wypił więcej niż zwykle. Śpi wyciągnięty na kratce wylotowej z metra. Ma spuszczone spodnie, widać jego pokryte strupami plecy i pośladki. Adèle i jej koledzy wchodzą do baru, którego podłoga nie grzeszy czystością, i jak za każdym razem Bertrand mówi trochę za głośno:

– Obiecywaliśmy, że więcej tu nie przyjdziemy, właściciel jest działaczem Frontu Narodowego.

Ale chodzą tam mimo wszystko z powodu kominka, umiarkowanych cen i nie najgorszego jedzenia. Adèle podtrzymuje rozmowę, żeby się nie nudzić. Wytrwale coś opowiada, odgrzewa zapomniane plotki, pyta kolegów o plany świąteczne. Podchodzi kelner, by przyjąć zamówienie. Kiedy pyta, czego się napiją, Adèle proponuje wino. Jej koledzy bez przekonania kiwają głowami, robią kokieteryjne miny, utrzymują, że ich nie stać i że to nierozsądne.

– Ja stawiam – oznajmia Adèle, która ma debet na koncie i której koledzy nigdy nie postawili nawet kieliszka wina. Ma to gdzieś. Teraz to ona zabawia towarzystwo. To ona robi im przyjemność i wdychając zapach palącego się drewna, po kieliszku Saint-Estèphe ma wrażenie, że ją lubią i są jej wdzięczni.

Gdy wychodzą z restauracji, jest wpół do czwartej. Trochę uśpiło ich wino, zbyt obfite jedzenie i ogień w kominku, którym pachną ich ubrania i włosy. Adèle bierze pod ramię Laurenta, który w biurze siedzi naprzeciw niej. Jest wysoki, chudy i ma koński uśmiech, który zawdzięcza tanim sztucznym zębom.

W open spasie nikt nie pracuje. Dziennikarze drzemią przed ekranami. Rozmawiają w głębi sali w małych grupkach. Bertrand droczy się z młodą stażystką, która nieostrożnie ubrała się jak gwiazdka z lat pięćdziesiątych. Na parapetach chłodzą się butelki szampana. Wszyscy czekają na rozsądną godzinę, by się upić, z dala od rodziny i prawdziwych przyjaciół. W gazecie świąteczna lampka wina jest uświęconą tradycją. To chwila planowanej rozpusty, kiedy każdy chce posunąć się jak najdalej, pokazać swoją prawdziwą twarz kolegom, z którymi od następnego dnia będzie utrzymywał wyłącznie zawodowe kontakty.

Nikt w redakcji nie wie, że w ubiegłym roku przyjęcie świąteczne dla Adèle osiągnęło szczyty. W ciągu jednej nocy zaspokoiła swoją fantazję erotyczną i do końca straciła ambicję zawodową. W sali konferencyjnej redaktorów naczelnych, na długim czarnym drewnianym stole powleczonym laką, uprawiała seks z Cyrilem. Sporo wypili. Spędziła wieczór w jego towarzystwie, śmiejąc się z jego żartów, wykorzystując każdy moment, gdy byli sami, by rzucać mu nieśmiałe powłóczyste spojrzenia. Udawała, że Cyril jednocześnie robi na niej wielkie wrażenie i ogromnie ją pociąga. Opowiedział jej, co o niej myślał, gdy zobaczył ją po raz pierwszy:

– Uważałem, że jesteś taka krucha, taka nieśmiała i dobrze wychowana…

– Chcesz powiedzieć: trochę zahukana?

– Tak, może.

Bardzo szybko przesunęła językiem po wargach, jak mała jaszczurka. Był tym wstrząśnięty. Sala redakcyjna opustoszała i gdy inni zbierali porzucone kubki i pety, oni zniknęli w sali konferencyjnej na piętrze. Rzucili się na siebie. Adèle rozpięła koszulę Cyrilowi, którego uważała za tak przystojnego, gdy był tylko jej szefem, a jako mężczyzna stanowił w pewnym sensie zakazany owoc. Ale teraz, na czarnym błyszczącym stole, okazał się brzuchaty i niezręczny. „Za dużo wypiłem”, powiedział, by przeprosić, że słabo mu staje. Oparł się o stół, włożył rękę we włosy Adèle i przyciągnął jej głowę między swoje uda. Z jego penisem w gardle powstrzymała odruch wymiotny i chęć, by go ugryźć.

A przecież go pragnęła. Budziła się każdego ranka, by zrobić się na bóstwo, by wybrać nową sukienkę w nadziei, że Cyril na nią spojrzy i że usłyszy od niego, jeśli będzie miał dobry dzień, jakiś dyskretny komplement. Kończyła przed czasem artykuły, proponowała reportaże z drugiego końca świata, przychodziła do jego gabinetu z rozwiązaniami, nigdy z problemami, a wszystko tylko po to, aby mu się podobać.

Po co teraz pracować, skoro go już zdobyła?

Tego wieczoru Adèle trzyma się z dala od Cyrila. Dobrze wie, że on o tym myśli, ale ich relacje mocno się ochłodziły. Denerwowały ją idiotyczne esemesy, które wysyłał do niej w następnych dniach. Wzruszyła ramionami, gdy nieśmiało zaproponował, żeby któregoś wieczoru poszli na kolację do restauracji. „Po co, mam męża, a ty żonę. Zadalibyśmy sobie jedynie ból, nie uważasz?”

Tego wieczoru Adèle nie zamierza pomylić celu. Żartuje z Bertrandem, który zanudza ją, opisując po raz enty swoją kolekcję mang japońskich. Ma zaczerwienione oczy, chyba wypalił skręta, i jeszcze bardziej suchy i kwaśny oddech niż zwykle. Adèle robi zadowoloną minę. Udaje, że toleruje otyłą archiwistkę, która tego wieczoru pozwala sobie na uśmiech, mimo że zwykle jedynie utyskuje i wzdycha. Adèle się rozgrzewa. Szampan leje się strumieniami za sprawą polityka, którego Cyril opisał w samych superlatywach na pierwszej stronie gazety. Adèle nie może wytrzymać na miejscu. Czuje się piękna i nie znosi myśli, że jej uroda jest niepotrzebna, że jej radość niczemu nie służy.

– Chyba nie wracacie do domu? Chodźmy gdzieś! Proszę… – błaga Laurenta z błyszczącym i tak pełnym entuzjazmu wzrokiem, że okrucieństwem byłoby jej czegokolwiek odmówić.

– Chłopaki, co wy na to? – pyta Laurent trzech dziennikarzy, z którymi rozmawia.

W półmroku przy otwartym oknie, przez które widać różowawe chmury, Adèle patrzy na nagiego mężczyznę. Z twarzą wciśniętą w poduszkę śpi snem człowieka zaspokojonego. Równie dobrze mógłby być martwy jak te owady, które kopulacja zabija.

Adèle wstaje z łóżka, krzyżując dłonie na nagich piersiach. Przykrywa prześcieradłem śpiące ciało, które kuli się, aby się ogrzać. Nie spytała go, ile ma lat. Jego gładka tłusta skóra i służbówka, do której ją zabrał, każą myśleć, że jest młodszy, niż utrzymywał. Ma krótkie nogi i kobiece pośladki.

Świt rzuca zimne światło na bałagan w pokoju. Adèle się ubiera. Nie powinna była za nim pójść. W chwili gdy ją pocałował, przylepiając swoje miękkie wargi do jej ust, zrozumiała, że się pomyliła. Nie będzie umiał jej zaspokoić. Powinna była uciec. Znaleźć jakąś wymówkę, żeby nie iść na górę do tej mansardy. Powiedzieć: „Już wystarczająco dobrze się bawiliśmy, prawda?”. Powinna była opuścić bar bez słowa, oprzeć się rękom, które ją obejmowały, szklistemu spojrzeniu, ciężkiemu oddechowi.

Zabrakło jej odwagi.

Weszli po schodach, zataczając się. Z każdym stopniem ulatniała się magia, radosne pijaństwo ustępowało miejsca mdłościom. Zaczął ją rozbierać. Czuła, jak ściska jej się serce wobec banalności zamka błyskawicznego, prozy pary skarpetek, niezręcznych gestów młodego pijaka. Chciała powiedzieć: „Przestań, nic nie mów, nie mam już ochoty na nic”. Ale nie mogła się już cofnąć.

Leżąc pod jego nagim torsem, mogła jedynie starać się zrobić to jak najszybciej, symulować, krzyczeć głośniej, żeby osiągnął rozkosz, zamilkł i żeby to się skończyło. Czy w ogóle zauważył, że zamykała oczy? Zamykała je z wściekłością, jakby jego widok napawał ją niesmakiem, jakby myślała już o następnych mężczyznach, prawdziwych, dobrych, tych skądinąd, którzy wreszcie zdobędą jej ciało.

Delikatnie zamyka drzwi mieszkania. Na podwórzu kamienicy zapala papierosa. Jeszcze trzy sztachy i zadzwoni do męża.

– Nie obudziłam cię?

Mówi, że spała u Lauren, przyjaciółki, która mieszka tuż obok redakcji. Pyta o syna.

– Tak, impreza się udała – kończy.

Stojąc przed zniszczonym lustrem w holu kamienicy, wygładza rysy twarzy i patrzy, jak kłamie.

Słyszy swoje kroki na ulicy. Wydaje okrzyk, gdy jakiś mężczyzna popycha ją, biegnąc, by złapać autobus, który właśnie ma zahamować. Wraca pieszo, by zyskać na czasie, by mieć pewność, że schroni się w pustym mieszkaniu, gdzie nikt nie będzie jej zadawał pytań. Słucha muzyki i wtapia się w lodowaty Paryż.

Richard posprzątał po śniadaniu. Brudne filiżanki leżą w zlewie, kromka chleba przylepiła się do talerza. Adèle siada na skórzanej kanapie. Nie zdejmuje płaszcza, przyciska torebkę do brzucha. Nie rusza się. Dzień zacznie się, dopiero gdy weźmie prysznic. Gdy wypierze bluzkę przesiąkniętą zapachem zimnego tytoniu. Gdy pod makijażem ukryje wory pod oczami. Na razie pławi się w brudzie zawieszona między dwoma światami, pani czasu teraźniejszego. Niebezpieczeństwo minęło. Nie ma się już czego bać.

Adèle zjawia się w redakcji ze ściągniętymi rysami i suchością w ustach. Od wczoraj nic nie jadła. Musi coś przegryźć, by zabić smutek i mdłości. Kupiła suchą zimną bułeczkę czekoladową w najgorszej piekarni w dzielnicy. Gryzie kęs, ale z trudem go przełyka. Chciałaby zwinąć się w kłębek w toalecie i zasnąć. Chce jej się spać i jest jej wstyd.

– I jak tam, Adèle? Nie jesteś za bardzo zmęczona? – Bertrand pochyla się nad jej biurkiem i rzuca jej porozumiewawcze spojrzenie, na które Adèle nie reaguje. Wyrzuca bułeczkę do kosza. Chce jej się pić. – Byłaś wczoraj we wspaniałej formie. Nie boli cię za bardzo głowa?

– Nie, da się wytrzymać. Muszę się tylko napić kawy.

– Gdy masz trochę w czubie, jesteś nie do poznania. Jak się na ciebie patrzy, człowiek myśli: urażona księżniczka z uporządkowanym życiem. A tak naprawdę to lubisz poimprezować.

– Przestań.

– Mieliśmy z ciebie niezły ubaw. I jak świetnie tańczysz!

– Wystarczy, Bertrand, muszę się zabrać do roboty.

– Ja też, mam masę rzeczy do zrobienia. Prawie nie spałem. Jestem wykończony.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

W ogrodzie pożądania Kołysanka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie