Bracia Wright

Bracia Wright

Autorzy: David McCullough

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 31.49 zł

W roku 875 arabski uczony próbował wykorzystać ptasie pióra do stworzenia konstrukcji mającej umożliwić wzbicie się w powietrze. Przez wieki budowano skrzydła i podejmowano próby ich użycia, co nader często kończyło się tragicznie. Pod koniec XV wieku Leonardo da Vinci prowadził poważne studia nad sztuką latania, ale trzeba było poczekać jeszcze ponad czterysta lat, żeby sen stał się rzeczywistością. Dokonali tego dwaj bracia z Ohio: Wilbur i Orville Wright, których w dzieciństwie zafascynował latający bączek. Chłopcy, którzy po matce odziedziczyli talent konstruktorski, a od ojca przejęli wytrwałość, odwagę i siłę charakteru, już wtedy mieli plan zbudowania maszyny latającej. Okazało się, że nie były to tylko dziecięce marzenia. Bracia Wright zapoczątkowali erę lotnictwa. Rada Patronacka Instytutu Smithsona potwierdziła po latach, że to im „należy przypisać zasługę wykonania pierwszego udanego lotu aparatem cięższym od powietrza i napędzanym silnikiem mechanicznym oraz zdolnym unieść człowieka”.

Orville przeżył swojego brata Wilbura o trzydzieści sześć lat. Za jego życia w lotnictwie zastosowano napęd odrzutowy, zbudowano pierwsze rakiety i przekroczono barierę dźwięku. 20 lipca 1969 roku Neil Armstrong stanął na Księżycu. Miał ze sobą kawałeczek muślinu ze skrzydła pierwszego aeroplanu braci Wright.

David McCullough, dwukrotny laureat Nagrody Pulitzera, opisuje historię Wilbura i Orville’a Wrightów, którzy dzięki swojej odwadze, determinacji i niezwykłej pracowitości dali ludziom możliwość latania.

„Senat Stanów Zjednoczonych przerywał obrady, by jego członkowie mogli obejrzeć ich pokaz lotniczy. Gdy startowali swoim flyerem, w niebo patrzyli monarcha brytyjski i syn prezydenta USA. Z Wilburem i Orville’em Wrightami spotkać się chcieli wszyscy, ale oni zamiast spędzać czas w najlepszych hotelach i brylować w towarzystwie, woleli zamknąć się w warsztacie na piętrze sklepu rowerowego, który przez lata prowadzili, i ulepszać swój wynalazek.

Pochodzący z niewielkiego miasteczka w stanie Ohio skromni synowie pastora są uosobieniem amerykańskiego snu. Na początku XX wieku skonstruowali samolot napędzany silnikiem spalinowym i jako pierwsi w historii wzbili się nim w powietrze. Ujarzmili przestworza. Ich bratanek napisał, że w domu Wrightów działa się historia, ale była tak dobrze ukryta pod warstwą codzienności, że trudno ją było zauważyć. Dobrze, że David McCullough brawurowo wydobył ją na światło dzienne.” Anna Sulińska

„David McCullough pisze o prawdopodobnie najbardziej zaskakującym osiągnięciu ludzkości i robi to z niesłychaną pasją i lekkością. Dzięki niemu bracia Wright znów wzbijają się w powietrze. I to w świetnym stylu.” Daniel Okrent, „The New York Times Book Review”

„McCullough stworzył zachwycający portret dwóch skromnych i pracowitych chłopaków z Ohio, którzy w swoim sklepie rowerowym zaprojektowali i skonstruowali samolot, odkrywając następnie tajemnice sztuki latania na plażach Kitty Hawk. Autor uchwycił cudowność dzieła Wrightów, a także jego znaczenie dla późniejszych pokoleń. McCullough jest w swoim żywiole, pisząc o zwykłych ludziach, zaradnych i pełnych amerykańskiej dumy, oraz ich drodze do odkrycia tego, co do tej pory wydawało się niemożliwe.” Roger Lowenstein, „The Wall Street Journal”

„Dzięki setkom zachowanych listów, notatek, a także dogłębnemu zrozumieniu, czym Ameryka była w tamtych czasach, McCullough stworzył magiczną książkę o dwóch braciach z Ohio, który nauczyli świat sztuki latania.” Reeve Lindbergh, „The Washington Post”

„Wraz z braćmi Wright McCullough wzbija swoją opowieść w powietrze. To rzetelna, porywająca książka, która w pełnej krasie ukazuje doskonały warsztat autora. Koronkowa robota!” Janet Maslin, „The New York Times”

„Niewielu pisarzy potrafi uchwycić esencję Stanów Zjednoczonych i opowiedzieć historię kraju ubogich i pracowitych rolników, który przeistoczył się w światową potęgę. Bez wątpienia udało się to McCulloughowi. Stworzył wartką historię dwóch Amerykanów, którzy zaszli dalej niż ktokolwiek wcześniej i których wspaniałe odkrycie pozwoliło USA stać się pionierem lotnictwa.” Ray Locker, „USA Today”

Seria Amerykańska

Patti Smith Poniedziałkowe dzieci

Jack Kerouac Allen Ginsberg Listy

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero

Geert Mak Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki

Johnny Cash Cash. Autobiografia

Allen Ginsberg Listy

Bob Dylan Kroniki. Tom pierwszy

William S. Burroughs Jack Kerouac A hipopotamy żywcem się ugotowały

Lawrence Wright Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary

S.C. Gwynne Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów

Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki (wyd. 2)

David Ritz Respect. Życie Arethy Franklin

Alysia Abbott Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu

Jon Krakauer Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija

Kim Gordon Dziewczyna z zespołu

Dennis Covington Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach

Rick Bragg Jerry’ego Lee Lewisa opowieść o własnym życiu

Scott Carney Śmierć na Diamentowej Górze. Amerykańska droga do oświecenia

Hampton Sides Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu

James Grissom Szaleństwa Boga. Tennessee Williams i kobiety z mgły

Patti Smith Pociąg linii M

Billie Holiday William Dufty Lady Day śpiewa bluesa

Dan Baum Dziewięć twarzy Nowego Orleanu

Jill Leovy Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce

Tom Clavin Bob Drury Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów

Brendan I. Koerner Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego

Hampton Sides Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę

Paul Theroux Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji

S.C. Gwynne Wrzask rebeliantów. Historia geniusza wojny secesyjnej

Jon Krakauer Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim

James McBride Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul

Dan Baum Wolność i spluwa. Podróż przez uzbrojoną Amerykę

Legs McNeil Gillian McCain Please kill me. Punkowa historia punka

DAVID MCCULLOUGH

BRACIA WRIGHT

Przełożyła Agnieszka Wilga

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego The Wright Brothers

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Spencer Platt / Getty Images

Copyright © 2015 by David McCullough

All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2018

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Wilga, 2018

Redakcja Dominika Cieśla-Szymańska

Konsultacja merytoryczna Maciej Szymański

Korekta Monika Pasek / d2d.pl, Justyna Rygiel-Szpakowa / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-661-3

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Wołowiec 2018

Wydanie I

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Prolog

CZĘŚĆ I

1 Początki

2 Czas marzeń

3 Tam, gdzie wieje wiatr

4 Potężna determinacja

CZĘŚĆ II

5 17 grudnia 1903 roku

6 Huffman Prairie

7 Najważniejszy eksponat

8 Triumf w Le Mans

CZĘŚĆ III

9 Wypadek

10 Wyjątkowy czas

11 Powody do radości

Epilog

Podziękowania

Bibliografia

Źródła ilustracji

Przypisy

Przypisy końcowe

Dla Rosalee

Żaden ptak nie szybuje bez wiatru.

Wilbur Wright

Prolog

Już w starożytności i średniowieczu człowiek marzył o wzbiciu się w niebo i przemierzaniu przestworzy niczym ptak. W roku 875 pewien arabski uczony1 w Andaluzji próbował wykorzystać ptasie pióra do stworzenia konstrukcji mającej mu umożliwić latanie[1]. Później wielu innych – w Konstantynopolu, Norymberdze, Perugii – budowało sobie różnego rodzaju skrzydła, a potem skakało z dachów i wież, czasem na spotkanie własnej śmierci[2]. Mnisi uczeni w piśmie rozrysowywali na papierze schematy latających maszyn. Około 1490 roku Leonardo da Vinci rozpoczął pierwsze poważne badania nad tym zagadnieniem. Jak sam twierdził, studia nad lataniem były mu pisane, ponieważ nad jego dziecięcą kołyską przefrunął jastrząb[3].

Pochodzący z miejscowości Dayton w stanie Ohio bracia Wilbur i Orville Wright wspominają, że ich fascynacja rozpoczęła się od latającego bączka, który przywiózł im z Francji ich ojciec Milton Wright, przekonany, że zabawki powinny mieć walory edukacyjne. Urządzenie wynalezione przez dziewiętnastowiecznego francuskiego eksperymentatora Alphonse’a Pénauda składało się zaledwie z dwóch śmigieł napędzanych skręconą gumką i kosztowało grosze. „Popatrzcie, chłopcy!” – powiedział ojciec, ukrywając coś w dłoniach. Gdy je otworzył, aparacik poszybował pod sufit[4]. Chłopcy nazywali go „nietoperzem”[5].

Ida Palmer, pierwsza nauczycielka Orville’a, wspominała, że siedział w szkolnej ławce i bawił się drewienkami. Spytany, co robi, odparł, że pracuje nad maszyną latającą, którą kiedyś zamierza zbudować razem z bratem[6].

CZĘŚĆ I

1

Początki

Gdybym miał kiedyś poradzić jakiemuś młodemu człowiekowi, co zrobić, żeby odnieść życiowy sukces, powiedziałbym mu: „Wybierz sobie dobrych rodziców i rozpocznij życie w Ohio”[7].

Wilbur Wright

I

Fotografie przedstawiające braci razem są bardzo wymowne; na jednej z nich siedzą na schodach werandy domu rodzinnego Wrightów, stojącego w bocznej uliczce na zachodnim krańcu miasta Dayton w stanie Ohio. Zdjęcie zrobiono w roku 1909 – bracia byli wówczas u szczytu sławy. Wilbur miał czterdzieści dwa lata, a Orville – trzydzieści osiem. Wilbur, o pociągłej twarzy, z pokerową miną patrzy w bok, jakby myślami błądził gdzieś daleko – co zresztą było wielce prawdopodobne. Szczupły, a może nawet wychudzony, gładko ogolony, ma długi nos, spiczastą brodę i sporą łysinę. Ubrany jest w gładki ciemny garnitur, na nogach ma wysokie sznurowane trzewiki, nasuwające skojarzenia ze stylem jego ojca kaznodziei.

Orville natomiast patrzy prosto w obiektyw, nonszalancko założywszy nogę na nogę. Jest nieco pełniejszy i wygląda trochę młodziej od brata, ma też więcej włosów na głowie, a do tego starannie przycięte wąsy. Ubrany jest w jaśniejszy i wyraźnie lepiej skrojony garnitur, na nogach ma eleganckie półbuty i wzorzyste skarpetki – szczyt ekstrawagancji, jeśli chodzi o mężczyzn z rodziny Wrightów. Na zdjęciu wyraźnie widać też jego dłonie – te niezwykle sprawne i zręczne dłonie, które do czasu, gdy wykonano to zdjęcie, zdążyły już mocno się przyczynić do stworzenia cudu techniki mającego wkrótce zmienić cały świat.

Patrząc na miny braci, można by uznać, że nie mieli za grosz poczucia humoru, co jednak byłoby dalekie od prawdy. Żaden z nich nie lubił pozować do zdjęć. Jak wyjaśniał jeden z reporterów: „Szczerze mówiąc, obiektyw również nie darzy ich sympatią”[8]. Najbardziej w tej fotografii zwraca natomiast uwagę całkiem nietypowa okoliczność: obaj siedzą bezczynnie, co właściwie nigdy im się nie zdarzało.

Jak dobrze wiedzieli wszyscy mieszkańcy Dayton, obaj Wrigh­towie byli niezwykle skryci, niesłychanie pracowici i praktycznie się ze sobą nie rozstawali. Ich ojciec mawiał, że przypominają bliźniaków: byli nie tylko nierozłączni, ale też mocno ze sobą zżyci[9].

Mieszkali w jednym domu, przez sześć dni w tygodniu pracowali ramię w ramię, razem jadali posiłki, przechowywali fundusze na wspólnym koncie bankowym, a nawet „razem myśleli”, jak twierdził Wilbur[10]. Mieli takie same szarobłękitne oczy, choć te Orville’a były nieco mniejsze i bliżej osadzone. Charakter pisma też mieli identyczny (zawsze stawiali litery równo i czytelnie), a ich głosy brzmiały tak podobnie, że gdy rozmawiali w sąsiednim pokoju, trudno było ocenić, który co mówi.

Orville lepiej się ubierał, za to Wilbur był o parę centymetrów wyższy (miał prawie metr osiemdziesiąt wzrostu), a wśród kobiet uchodził za mężczyznę tajemniczego i całkiem atrakcyjnego (choć opinia ta przylgnęła do niego dopiero we Francji, a nie w rodzinnym Dayton).

Obaj kochali muzykę: Wilbur grał na organkach, a Orville na mandolinie. Przy pracy czasem nagle się orientowali, że jednocześnie nucą lub pogwizdują tę samą melodię. Obaj byli silnie przywiązani do rodzinnego domu. Obaj lubili gotować. ­Orville specjalizował się w ciastkach i słodyczach, Wilbur natomiast z pasją przyrządzał sosy pieczeniowe i zawsze brał na siebie przygotowanie nadzienia do indyka na Święto Dziękczynienia i Boże Narodzenie.

Podobnie jak ich ojciec i siostra Katharine, bracia mieli niespożytą energię i każdy dzień oprócz niedzieli poświęcali pracy – jeśli nie zawodowej, to przynajmniej nad jakimiś „ulepszeniami” w domu. Świadomie wybrali styl życia zdominowany przez pracę; najlepiej się czuli, gdy stali razem przy wysokim stole warsztatowym, pochłonięci doskonaleniem swoich konstrukcji, w fartuchach roboczych narzuconych na garnitury i krawaty.

Ogólnie rzecz ujmując, naprawdę świetnie się dogadywali – znali się nawzajem na wylot, wiedzieli, co który może wnieść do ich wspólnych działań, dzielili też milczące przekonanie, że starszy o cztery lata Wilbur jest w ich zespole kimś w rodzaju kierownika.

Zdarzały im się jednak drobne zgrzyty. Stawiali sobie wysokie wymagania i potrafili wypowiadać krytyczne sądy; gdy się nie zgadzali, zdarzało się czasem, że któryś wykrzykiwał „jakieś okropieństwa” pod adresem drugiego[11]. Czasem z kolei po ponadgodzinnej zaciekłej dyspucie okazywało się, że choć ich poglądy nadal są równie odległe od siebie jak na początku, to każdy z braci zajmuje stanowisko, które wcześniej prezentował ten drugi.

Wiele biografii wspomina, że żaden z nich nigdy nie próbował udawać kogoś innego – co w Ohio bardzo wówczas ceniono. Nie tęsknili do blasku jupiterów, a nawet robili wszystko, żeby go unikać. Kiedy zaś dopadła ich sława, obaj pozostali ludźmi wyjątkowo skromnymi.

Nie całkiem przypominali jednak bliźnięta jednojajowe. Istniało między nimi wiele różnic, bardziej lub mniej oczywistych. Podczas gdy Orville poruszał się w mniej więcej normalnym tempie, Wilbur miał „niesamowicie dynamiczne ruchy”[12] – mówiąc, żywo gestykulował, a chodził zawsze szybko, zamaszystym krokiem[13]. Był też z natury bardziej poważny, skupiony i skłonny do refleksji. Miał zarazem zdumiewającą pamięć do wszystkiego, co zobaczył czy usłyszał, jak również do większości przeczytanych informacji. Orville przyznawał szczerze: „Ja w ogóle niczego nie pamiętam, za to on nigdy niczego nie zapomina”[14].

Z powodu tak niesłychanie skoncentrowanego umysłu Wilbur wielu osobom wydawał się nieco dziwny. Potrafił zresztą całkowicie odciąć się od otoczenia[15]. Jak wspominał jeden z jego szkolnych kolegów, „Wilbur Wright przede wszystkim sprawia wrażenie człowieka w dużej mierze żyjącego we własnym świecie”[16]. Niemal każdego ranka pogrążony w rozmyślaniach pospiesznie wychodził z domu bez czapki, a pięć minut później po nią wracał.

Powszechnie też uważano, że roztacza on wokół siebie dość „szczególną aurę” i w dowolnych niemal okolicznościach zachowuje zimną krew[17]. Jak z dumą mawiał jego ojciec, Wilbur „nigdy się nie złościł”[18]. Potrafił wspaniale przemawiać publicznie i bardzo klarownie pisać, co wcale nie wydawało się oczywiste w przypadku kogoś, kto przeważnie milczał. Choć raczej unikał wystąpień publicznych, to jeśli już się na nie decydował, zawsze wysławiał się jasno i precyzyjnie, a jego wypowiedzi zapadały w pamięć. Zarówno w korespondencji prywatnej, jak i zawodowej (wciąż wysyłał w różne miejsca propozycje lub składał raporty) doskonale posługiwał się językiem i starannie dobierał słowa, co w znacznym stopniu zawdzięczał standardom od dawna wpajanym mu przez ojca. Umiejętności te niezwykle się zresztą przyczyniły do oszałamiającego sukcesu obu braci.

Jak wyjaśniał Orville, „Wilbur bardzo lubi pisać, pozostawiam mu więc całą językową stronę naszego przedsięwzięcia”[19]. Tak naprawdę jednak Orville również miał talent pisarski, choć wykorzystywał go głównie w rodzinnej korespondencji; zwłaszcza jego listy do Katharine pełne są pasji i humoru. Ani trochę natomiast nie przeszkadzał mu chyba fakt, że w początkowym okresie wspólnej działalności Wilbur niemal wszystkie listy wysyłane w sprawach dotyczących ich obu pisał w pierwszej osobie, jak gdyby pracował w pojedynkę.

Orville miał łagodniejszy charakter niż jego brat. Choć w domu był bardziej rozmowny i skory do żartów, poza nim dopadała go chorobliwa nieśmiałość, którą odziedziczył po zmarłej wcześnie matce. Unikał zatem wystąpień publicznych i pozostawiał tego rodzaju zadania Wilburowi. Był natomiast z nich dwóch weselszy, nosił w sobie pokłady optymizmu i miał prawdziwą żyłkę przedsiębiorczości. Na losie wszystkich wspólnych projektów ­braci zaważyła też jego niezwykła smykałka do spraw technicznych.

Wilbura niespecjalnie obchodziło, co sądzą lub mówią o nim inni. Orville natomiast był wyjątkowo wrażliwy na krytykę czy jakiekolwiek drwiny. Kiedy czuł się zbyt zmęczony lub przez kogoś wykorzystywany, zdarzało mu się również popadać w raczej nietypowe dla niego stany rozdrażnienia i ogólnie złego humoru (w rodzinie mówiło się, że nadszedł jego „szczególny okres”[20]).

Wśród ludzi to Wilbur zawsze skupiał na sobie powszechną uwagę, nawet jeśli nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Jak wspominał pewien postronny obserwator, „w porównaniu z bratem pan Orville Wright nie wyróżnia się szczególną osobowością. Innymi słowy, stojąc w tłumie innych osób, nie przyciąga on automatycznie spojrzeń, jak to się dzieje w przypadku pana Wilbura”[21].

Podobnie jak ojciec byli prawdziwymi dżentelmenami i wszystkich dookoła traktowali z naturalną kurtuazją. Nigdy nie pili mocnych trunków, nie palili ani nie uprawiali hazardu. Obaj też przez całe życie pozostawali „niezależnymi republikanami”, jak mawiał ich ojciec. Wszystko wskazywało, że nie zamierzają porzucać stanu kawalerskiego. Orville często powtarzał, że to Wilbur powinien ożenić się pierwszy, bo jest przecież starszy. Wilbur natomiast twierdził, że nie ma czasu na małżeństwo. Wiele osób sądziło, że względem kobiet odczuwa on raczej nieśmiałość. Według wspomnień jednego ze współpracowników w obecności młodych kobiet Wilbur zawsze „okropnie się denerwował”[22].

Obu braci łączyły przede wszystkim wspólne cele i niezachwiana determinacja. Wyznaczyli sobie misję, którą zamierzali zreali­zować.

Mieszkali w rodzinnym domu wraz z ojcem – wędrownym kaznodzieją, który często podróżował – oraz siostrą Katharine, o trzy lata młodszą od Orville’a. Była ona osobą bardzo bystrą, sympatyczną, o wyrazistych poglądach, znacznie bardziej towarzyską od braci. Jako jedyna z rodzeństwa zdobyła dyplom wyższej uczelni. W 1898 roku ukończyła Oberlin College w Ohio, a następnie wróciła do rodzinnego miasta i zaczęła uczyć łaciny w nowo otwartej szkole średniej Steele, gdzie – jak zauważył Orville – miała okazję stawiać pały przyszłym prominentom Dayton[23]. Sama zresztą mówiła, że w przypadku części uczniów (których nazywała „niepoprawnymi łobuzami”) musiała czasem „zdusić ich przemądrzałość w zarodku”[24].

Schludna i bardzo zadbana, nosiła binokle w złotych oprawkach, a ciemne włosy wiązała z tyłu w kok – wyglądała jak typowa nauczycielka[25]. Mawiała o sobie, że jest „nieco przykrótka”[26], bo mierzyła niewiele ponad metr pięćdziesiąt, ale każdy, kto ją znał, wiedział, że tkwi w niej ogromna siła. Jako jedyna kobieta w domu zamieszkanym przez trzech mężczyzn nie dawała sobie w kaszę dmuchać. Z całej rodziny była najbardziej żywiołowa i wygadana, za co zresztą ją uwielbiano. Zapraszała do domu towarzystwo ze studiów i urządzała przyjęcia. Z racji niewielkiej różnicy wieku najbardziej z nią zżyty był Orville. Mieli tę samą datę narodzin – 19 sierpnia (zresztą oboje przyszli na świat w domu, w którym przez większość życia mieszkali).

Ludzkie słabości drażniły Katharine bardziej niż jej braci, zdarzało jej się wpadać w gniew. Do szału doprowadzał ją czasem ­Orville ze swoją mandoliną. „Tylko siedzi i plumka na tym czymś, a ja ledwo w domu wytrzymuję” – skarżyła się ojcu[27], który odpowiadał, że choć jego zdaniem ma ona „bystry umysł i dobre serce”, to jednak martwi się o nią, ponieważ chciałby, żeby „rozwijała w sobie kobiecą skromność i panowała nad temperamentem, bo jest on złym doradcą”[28].

Przyjaciele nazywali ich: Will, Orv i Katie. Między sobą na Wilbura mówili Ullam, na Orville’a – Bubbo albo Bubs, a na Katha­rine – Sterchens, co stanowiło wariację na temat niemieckiego słowa Schwesterchen, które znaczy „siostrzyczka”[29]. Ich dwaj starsi bracia ożenili się, wyprowadzili z rodzinnego domu przy Hawthorn Street 7 i założyli własne rodziny: Reuchlin przeniósł się na farmę w Kansas, natomiast Lorin, który był księgowym, mieszkał tuż za rogiem, wraz z żoną Nettą oraz czworgiem dzieci: Miltonem, Ivonette, Leontine i Horace’em. Fakt, że obaj starsi bracia wciąż zmieniali pracę, żeby jakoś wyżywić rodziny, najprawdopodobniej upewniał Wilbura i Orville’a w decyzji o kawalerstwie.

Ich matka Susan Koerner Wright urodziła się w Wirginii, w rodzinie niemieckiego wytwórcy wozów. Już w dzieciństwie trafiła na Środkowy Zachód. Dzieci opisywały ją jako osobę ogromnie inteligentną, bardzo uczuciową i potwornie nieśmiałą. Podobno zaraz po ślubie poszła do sklepu spożywczego i nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie, komu dostarczyć zamówione produkty, nie pamiętała bowiem swojego nowego nazwiska. Poza tym była radosna i bystra, a w oczach rodziny uchodziła za „naprawdę genialną”, ponieważ potrafiła zrobić wszystko, nawet sanki czy zabawki, „tak dobrze, że wyglądały jak ze sklepu”. Jak pisała Katharine, matka

cechowała się wielką wyrozumiałością. Choć wszystkich nas kochała, to zauważyła, że Will i Orv mają w sobie coś szczególnego. Nigdy nie zniszczyła żadnej z ich dziecięcych konstrukcji. Każdy najmniejszy drobiazg, który zostawili gdzieś na jej drodze, podnosiła i odkładała na półkę w kuchni[30].

Wszyscy mieli świadomość, że to właśnie po matce chłopcy odziedziczyli talent konstruktorski (a Orville także nieśmiałość). Zmarła na gruźlicę w 1889 roku; jej śmierć była najgorszym ciosem w historii rodziny.

Milton Wright był mężczyzną średniego wzrostu, bardzo oddanym swoim bliskim, a przy tym mającym wyraziste poglądy i chętnie wygłaszającym rozmaite mądrości. Wyglądał niezwykle statecznie, nosił siwą brodę godną patriarchy, ale golił wąsy. Rzadkie siwe włosy starannie zaczesywał, żeby zasłaniały łysinę. Podobnie jak w przypadku Wilbura, jego charakterystyczne „poważne oblicze” niekoniecznie odzwierciedlało nastrój danej chwili czy ogólny stosunek do życia.

Przyszedł na świat w roku 1828 w stanie Indiana, w chacie z bali. Wychował się wśród pionierów, od których przejął styl życia i system wartości. Niewiele wiadomo o jego matce Catherine, natomiast ojciec Dan Wright Junior (syn weterana wojny o niepodległość) w oczach syna był prawdziwym bohaterem. Jak opisywał go sam Milton Wright, „miał zawsze poważne oblicze, powściągliwe maniery, wypowiadał się z namysłem i bardzo precyzyjnie”[31]. Był nieugiętym abstynentem, co w środowisku pionierów należało do rzadkości, człowiekiem prawym i niezłomnym – wszystkie te cechy przejawiali później zarówno jego syn Milton, jak i wnuki: Wilbur i Orville.

Jako dziewiętnastolatek Milton Wright wstąpił do protestanckiego Kościoła Zjednoczonych Braci w Chrystusie. Mając dwadzieścia dwa lata, wygłosił pierwsze kazanie, a dwa lata później przyjął święcenia kapłańskie. Choć ukończył kilka kursów na niewielkiej uczelni prowadzonej przez Kościół, nie zdobył żadnego dyplomu. Kościół Zjednoczonych Braci w Chrystusie powstał jeszcze przed wojną secesyjną i zajmował niewzruszone stanowisko w kilku kwestiach, takich jak zniesienie niewolnictwa, prawa kobiet czy sprzeciw wobec tajnych praktyk wolnomularskich. Milton Wright również mocno trzymał się swoich przekonań, o czym wiedzieli wszyscy, którzy go znali.

Jako wędrowny kaznodzieja dużo podróżował – konno i pociągiem – dzięki czemu zwiedził niemal cały kraj, jak mało kto w jego czasach. W 1857 roku przepłynął z Nowego Jorku do Panamy, a następnie przejechał koleją Przesmyk Panamski w drodze do Oregonu, gdzie miał przez dwa lata nauczać w kościelnej szkole.

Ożenił się w roku 1859 w hrabstwie Fayette w stanie Indiana, blisko granicy z Ohio. Następnie małżonkowie osiedlili się na farmie w Fairmount, również w Indianie, gdzie Susan urodziła dwóch pierwszych synów. W 1867 roku cała rodzina przeniosła się do pięciopokojowego wiejskiego domu z desek w miejscowości Millville w Indianie i to tam 16 kwietnia przyszedł na świat Wilbur. (Zarówno on, jak i Orville otrzymali imiona po pastorach, których podziwiał ich ojciec – byli to Wilbur Fisk oraz Orville Dewey).

Rok później cała rodzina przeprowadziła się do Hartsville w Indianie, a w roku 1869 do Dayton w Ohio, gdzie kupili świeżo wybudowany dom przy Hawthorn Street. Wielebny Milton Wright objął posadę redaktora w ogólnokrajowym tygodniku „The Religious Telescope”, wydawanym przez Kościół właśnie w Dayton, co oznaczało znaczny wzrost jego rocznych dochodów (z dziewięciu­set dolarów do tysiąca pięciuset).

W 1877 roku Wrightowie przenieśli się do miejscowości Cedar Rapids w stanie Iowa, gdyż Milton został wybrany na biskupa, co oznaczało jeszcze więcej obowiązków w służbie Kościoła. Miał teraz pod swoją pieczą ogromny obszar o nazwie West Mississippi District, ciągnący się od rzeki Missisipi aż do Gór Skalistych. W jego obrębie organizował konferencje wiernych i brał w nich udział; w ciągu roku przemierzał tysiące mil. Cztery lata później nastąpiła kolejna przeprowadzka, tym razem do Richmond w stanie Indiana, gdzie dziesięcioletni Orville zaczął konstruować latawce przeznaczone do zabawy i na sprzedaż, a Wilbur rozpoczął naukę w szkole średniej. Dopiero w roku 1884 wszyscy wrócili do Dayton, gdzie już osiedli na stałe.

Dayton liczyło w tamtym okresie niemal czterdzieści tysięcy mieszkańców i stanowiło piąte pod względem wielkości miasto w Ohio – a przy tym wciąż się rozrastało. Powstał tam nowy szpital, nowy budynek sądu, a jeśli chodzi o liczbę latarni elektrycznych, miasto nie pozostawało w tyle za innymi amerykańskimi ośrodkami. Budowano właśnie ogromną bibliotekę publiczną w modnym wówczas stylu neoromańskim. W ciągu kolejnych kilku lat miała też powstać nowa szkoła średnia – pięciopiętrowy ceglany budynek z wieżyczkami, którego nie powstydziłby się żaden kampus uniwersytecki. Jak mawiano w Dayton, tego rodzaju inwestycje wskazywały na „oddanie wartościom wyższym niż sam blask dobrobytu”[32].

Miasto Dayton powstało na bezkresnych terenach zalewowych w południowo-zachodnim Ohio (osiemdziesiąt kilometrów od Cincinnati), w zakolu rzeki Miami, na jej wschodnim brzegu. Założyli je pod koniec XVIII wieku weterani wojny o niepodległość, a jego nazwa upamiętnia postać Jonathana Daytona (pochodzącego z New Jersey weterana wojennego, członka Kongresu i jednego z sygnatariuszy Konstytucji Stanów Zjednoczonych), właściciela znacznej części gruntów, na których zbudowano osadę. Zanim doprowadzono do Dayton linię kolejową, miasto rozwijało się bardzo powoli.

Pewnego dnia w roku 1859 przed starym klasycystycznym budynkiem sądu wygłosił przemówienie sam Abraham Lincoln. Poza tym jednak niewiele było tu zdarzeń istotnych z punktu widzenia historii. Powtarzano natomiast z dumą, że jest to doskonałe miejsce do życia, gdzie można spokojnie pracować i dbać o rodzinę – co zresztą odnosiło się do całego stanu Ohio, który do 1884 zdążył już wydać trzech prezydentów USA, jak również niejakiego ­Thomasa Edisona. William Dean Howells – znany pisarz i redaktor naczelny pisma „The Atlantic Monthly”, który także przez pewien czas mieszkał w Dayton – napisał o mieszkańcach Ohio, że to „idealiści mający odwagę podążać za marzeniami”:

Dzięki tej odwadze udało im się najwspanialsze z tych marzeń zrealizować i dobrze o nich świadczy, że pomimo swej rzeczowej i pragmatycznej natury potrafią czasem okazać w jakiejś sprawie entuzjazm graniczący z fanatyzmem[33].

Wiele lat później Wilbur oświadczył w jednym z przemówień, że jeśli miałby udzielić jakiemuś młodemu człowiekowi rady, jak odnieść życiowy sukces, powiedziałby mu: „Wybierz sobie dobrych rodziców i rozpocznij życie w Ohio”[34].

Jeśli nawet w roku 1884 miasto wciąż jeszcze czekało na przyzwoity dworzec kolejowy i wybrukowanie większości ulic, to perspektywy na przyszłość rysowały się jaśniej niż kiedykolwiek dotąd. Co najważniejsze, właśnie w tym roku założono tam National Cash Register Company – firmę produkującą kasy fiskalne – która od razu odniosła wielki sukces, a wkrótce miała zostać największym producentem kas na świecie. Milton Wright zdawał sobie sprawę, że nadal większą część roku będzie spędzał w podróży, ale nie ulegało już wątpliwości, że to Dayton jest dla nich wszystkich domem.

Długie listy pisane przez ojca w trakcie podróży (na przykład w pociągu) zapewniały całej rodzinie sporą dawkę wiedzy na temat geografii, jak również pobudzały ciekawość świata. Dokądkolwiek się udawał, zawsze przebijała z nich nieskrywana miłość do ojczyzny i jej walorów. Minneapolis i Saint Paul opisywał jako „niezwykle prężnie rozwijające się miasta położone w cudownej krainie rodzącej pszenicę”[35]. Jego listy były pełne entuzjazmu i zadziwienia. Pochyłości górskich zboczy na zachód od miasta Missoula opisywał jako tak strome, że trzeba było trzech lokomotyw – dwóch z przodu i jednej z tyłu – żeby pociąg mógł przejechać trasę[36]. Świat Miltona Wrighta, a zarazem świat dostępny jego rodzinie, poszerzał się z każdą nową podróżą. W liście nadanym z miasta Biggs w Kalifornii pisał:

Dotarłem tu wczoraj o godzinie 1:40 w nocy. Szkoda, że nie mog­liście zobaczyć gór Siskiyou, których pasmo przeciął wczoraj nasz pociąg. Wjechaliśmy dość wysoko, ale robiąc ogromne zakręty, żeby choć trochę zyskać na wysokości. Po dwóch kilo­metrach jazdy trafialiśmy w miejsce oddalone o jakieś dwieście stóp [sześćdziesiąt metrów] od tego, gdzie byliśmy przedtem, tylko około stu siedemdziesięciu pięciu stóp [pięćdziesięciu metrów] wyżej. Przejechaliśmy przez kilka nieszczególnie długich tuneli; najdłuższy był ten przy samym szczycie. Nigdy w życiu nie przejeżdżałem przez miejsce o równie pięknych widokach i tak dramatycznych różnicach wysokości[37].

Na podstawie licznych lektur i życiowych obserwacji stworzył sobie nieprzebrany arsenał najróżniejszych porad dotyczących właściwego zachowania, dobrych i złych obyczajów, zagrożeń, których należy się w życiu wystrzegać, i celów, do jakich należy dążyć. Wypowiadał się na temat stroju, higieny i gospodarności. W domu pielęgnował w dzieciach wytrwałość, odwagę i siłę charakteru (mawiał o niej „duch walki”[38]), jak również podkreślał, że warto pracować dla szczytnych celów. Za swój ojcowski obowiązek uważał udzielanie dzieciom odpowiednich wskazówek.

Uważa się, że młodzi wszystko zawsze wiedzą najlepiej, a stare pierniki o niczym nie mają pojęcia. Może i tak jest, ale starsi miewają niekiedy rację w sprawie nowomodnych wynalazków, tak samo jak młodzi w sprawach starych pierników.

Najpierw interesy, potem przyjemności – ale też z umiarem. Człowiek potrzebuje tylko tyle pieniędzy, żeby nie być ciężarem dla innych[39].

Bardzo się starał obdarzać całą trójkę dzieci mieszkających wciąż w domu jednakową uwagą i troską, chwalić każde z nich za jego szczególne talenty lub działania dla rodziny. Mimo to wyraźnie dawało się zauważyć, że jego ulubieńcem jest Wilbur, „oczko w głowie taty”, jak to ujęła Katharine[40].

Z Wilburem też jednak wiązały się największe zmartwienia. Jako młody chłopak doskonale sobie radził w każdej dziedzinie. Miał świetne wyniki w sportach (zwłaszcza w piłce nożnej, łyżwiarstwie i gimnastyce) oraz w nauce. W ostatniej klasie szkoły średniej w Dayton otrzymał najlepsze oceny ze wszystkich przedmiotów – algebry, botaniki, chemii, pisania, geologii, geometrii i łaciny[41]. Mówiło się, że pewnie pójdzie na Yale.

Niestety z tych planów nic nie wyszło, ponieważ pewnego dnia podczas gry w hokeja na zamarzniętym jeziorze przy Domu Weterana w Dayton Wilbur otrzymał cios kijem w twarz, co kosztowało go utratę większości przednich górnych zębów.

Trudno ustalić, co dokładnie się stało, ale na podstawie dostępnych faktów można uznać, że to zdarzenie stanowiło zaled­wie wycinek większej historii. Jak można się dowiedzieć ze wpisu w dzienniku Miltona Wrighta dokonanego wiele lat później, w roku 1913, „człowiek, który uderzył kijem Wilbura”, stał się jednym z najgorszych morderców w historii stanu Ohio[42]. Nazywał się Oliver Crook Haugh i w roku 1906 został stracony, ponieważ zabił swoją matkę, ojca i brata. Prawdopodobnie zamordował jeszcze kilkanaście innych osób[43].

W czasie, gdy doszło do wypadku podczas gry w hokeja, Haugh mieszkał o dwie przecznice od domu Wrightów. Miał zaledwie piętnaście lat (o trzy lata mniej niż Wilbur), ale wyglądał jak dorosły mężczyzna. W okolicy uchodził już wtedy za strasznego łobuza. Jak napisano w gazecie „Dayton Journal” po jego egzekucji, „nieustannie pragnął zadawać innym ból lub przynajmniej uprzykrzać im życie”[44].

Nie sposób stwierdzić, czy Haugh uderzył Wilbura kijem celowo, czy niechcący. Wiadomo jednak, że pracował wtedy w aptece przy West Third Street, a tamtejszy farmaceuta zapewniał mu popularny w tamtych czasach lek przeciwbólowy mający uśmierzyć ból popsutych zębów – tabletki z kokainą[45]. Wkrótce młody człowiek tak się uzależnił od narkotyków i alkoholu oraz zachowywał się tak nieobliczalnie, że na kilka miesięcy zamknięto go w zakładzie dla obłąkanych[46].

Wilbur z pewnością go znał, nie wiadomo natomiast jak dobrze. Nie wiadomo również, czy Haugh miał z nim jakieś porachunki, czy może raczej był wówczas pod wpływem narkotyków. Poza tym jednym krótkim wpisem w dzienniku Miltona Wrighta w rodzinnej korespondencji i wspomnieniach nie zachowały się żadne informacje o tym zdarzeniu. Nie ma też zbyt wielu szczegółów ani relacji z pierwszej ręki na temat tego, jak dramatycznie ten wypadek odbił się na psychice Wilbura. Wszystko wskazuje na to, że rodzina chciała jak najszybciej o tym wszystkim zapomnieć, a cały ten okres w życiu Wilbura pozostaje owiany mrokiem tajemnicy. Nie ulega jednak wątpliwości, że jego plany życiowe radykalnie się wówczas zmieniły.

Przez wiele tygodni męczył go potworny ból twarzy i szczęki, a potem trzeba było wstawić sztuczne zęby. Przy okazji pojawiły się problemy z trawieniem, a następnie palpitacje serca i coraz dłuższe napady depresji. Cała rodzina coraz bardziej się zamartwiała. Nie mówiło się już o Yale. Matka starała się jak najlepiej dbać o syna, ale ponieważ sama była już wówczas chora, wkrótce to on musiał zacząć się nią opiekować.

„Rzadko się spotyka podobne przykłady synowskiego oddania” – pisał Milton Wright, który uznał zresztą, że starania Wilbura wydłużyły życie Susan o co najmniej dwa lata[47]. Rano zwykle czuła się na siłach, żeby z niewielką pomocą sama zejść na dół, lecz wieczorem to właśnie Wilbur zanosił ją na górę.

Jego brat Lorin chyba jako jedyny patrzył na to wszystko krytycznie. „Czym się Wilbur zajmuje? – pisał do Katharine z Kansas City, gdzie wówczas szukał szczęścia. – Powinien zająć się czymś sensownym. Wciąż robi za kucharkę i pokojówkę?”[48].

Wilbur przez pełne trzy lata żył w domowym odosobnieniu. W tym okresie zaczął czytać więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

*

Dom Wrightów przy Hawthorn Street 7, w którym przez większość czasu skupiało się życie rodziny, nie był duży i wyglądał raczej skromnie. Znajdował się w dość przeciętnej dzielnicy – Hawthorn Street została wybrukowana dopiero na początku XX wieku. Przed posesją rosły dwie lipy i stał kamienny słupek do przywiązywania koni. Sam dom z pomalowanych na biało desek był wąski i podobny do pozostałych budynków na tej ulicy. Wyróżniał się tylko zbudowaną przez braci ozdobną werandą okalającą go od frontu i z boku.

W środku było siedem pokoi – trzy na dole i cztery na górze. Wszystkie niewielkie, bo i cała działka też była mała. Od północnej strony stał dom numer 5, a oba budynki dzieliło nieco ponad pół metra – żeby przejść między nimi, trzeba było ustawić się bokiem.

Dopiero gdy bracia mieli już po dwadzieścia kilka lat, w domu zainstalowano rury doprowadzające bieżącą wodę. Do tego czasu cotygodniowe kąpiele odbywały się w balii stawianej na podłodze w kuchni i napełnianej gorącą wodą, przy zaciągniętych zasłonkach. Na podwórzu z tyłu domu znajdowały się studnia, drewniana pompa, wychodek i powozownia. Nie było elektryczności. Posiłki gotowano na kuchni opalanej drewnem. Do oświetlania i ogrzewania pomieszczeń używano gazu ziemnego. Cała posesja mogła mieć wartość około tysiąca ośmiuset dolarów.

Wejście od frontu łączyło werandę z niewielkim salonikiem, zwykle jednak korzystano z bocznych drzwi, wiodących prosto do bawialni. Wchodząc od tej strony, salonik miało się po prawej, a po lewej – jadalnię oraz kuchnię. Wąskie schody wyłożone chodnikiem prowadziły do sypialni znajdujących się na górze.

Parter urządzono niedrogimi sprzętami w wiktoriańskim stylu, typowymi w owym czasie dla domów w Ohio, a właściwie w całym kraju: koronkowe firanki w oknach saloniku, tapicerowane fotele bujane, bijący co pół godziny zegar na kominku, dębowy kredens z lustrem w jadalni. Dzięki wysokim sufitom i prostemu, skromnemu umeblowaniu pokoje nie sprawiały wrażenia aż tak ciasnych.

Na górze królował minimalizm: łóżka, biurka, nocniki. Jedynym wyjątkiem była zagracona sypialnia ojca rodziny, znajdująca się od frontu, z oknami wychodzącymi na ulicę. Wilbur spał w środkowym pokoju, a Orville i Katharine – w pokojach usytuowanych z tyłu. Ponieważ za całe ogrzewanie służyły gazowe kominki na dole, przy chłodnej pogodzie drzwi sypialni na górze musiały pozostawać stale otwarte.

Kilka ulic dalej przebiegała linia kolejowa, więc niezależnie od pory roku nocą słychać było gwizd przejeżdżających pociągów. Dom kojarzył się jego mieszkańcom z unoszącym się w powietrzu zapachem węglowego dymu.

Rodzinna biblioteczka nie była natomiast ani skromna, ani zwyczajna. Milton Wright przez całe życie kochał książki i z pełnym zaangażowaniem propagował nieocenioną wartość czytania.

Jeśli chodzi o edukację, więcej wagi przywiązywał do tej nie­formalnej, domowej niż do oficjalnej, szkolnej. Nigdy się specjalnie nie przejmował tym, czy jego dzieci regularnie uczęszczają do szkoły. Jeśli któreś z nich uznało, że opuści dzień czy dwa, żeby popracować nad czymś, co akurat je bardziej zajmowało, ojciec nie miał nic przeciwko. Bez wątpienia zaś uważał, że odpowiednia lektura stanowi doskonałe zajęcie[49].

Dzieła, które uznawał za „bardzo poważne” (głównie dotyczące teologii), znajdowały się w jego sypialni, natomiast pozostałe książki, stanowiące zdecydowaną większość kolekcji, stały dumnie w bawialni, w wysokiej przeszklonej biblioteczce[50]. Można tam było znaleźć powieści Charlesa Dickensa, Washingtona Irvinga, Nathaniela Hawthorne’a czy Marka Twaina, dzieła zebrane Sir Waltera Scotta, poezje Wergiliusza, Żywoty Plutarcha, Raj utracony Johna Miltona, Żywot doktora Samuela Johnsona Jamesa Boswella, Zmierzch i upadek Cesarstwa Rzymskiego Edwarda Gibbona czy dzieła Tukidydesa. Stały tam też książki przyrodnicze (w tym O powstawaniu gatunków Darwina), podróżnicze i dotyczące amerykańskiej historii, sześciotomowa historia Francji, słownik ortograficzny i dwa pełne zestawy encyklopedii.

Wszyscy domownicy bez przerwy czytali. Katharine uwielbiała powieści Scotta, ulubioną lekturą Orville’a był Dom o siedmiu szczytach Hawthorne’a, natomiast Wilbur (zwłaszcza podczas trzyletniego okresu domowej rekonwalescencji) czytał po prostu wszystko, ale najbardziej interesował się historią.

W tych nielicznych chwilach, które Milton Wright spędzał w domu, zaszywał się wśród książek lub udawał się do biblioteki publicznej, żeby zgłębiać tam pasjonującą go dziedzinę genea­logii. Ponieważ żywił silne przekonanie o szczególnej wartości rodziny, nigdy nie miał dość wiedzy na temat przodków, od których pochodzili on sam i jego dzieci. Zależało mu też, aby i one tę wiedzę doceniały. Starał się pielęgnować w nich otwartość i chłonność umysłu oraz umiejętność samodzielnego myślenia. „Rozmawiał z dziećmi swobodnie na najróżniejsze tematy – wspominał ­Orville – z wyjątkiem pieniędzy i sposobów na ich zarabianie, co niespecjalnie go zajmowało”[51].

Pośród filozoficznych lektur stojących na półce w jego sypialni znajdowały się dzieła Roberta Ingersolla, zwanego „wielkim agno­stykiem”. Do lektury jego pism zachęcał wszystkie swoje dzieci. „Każdy umysł powinien być sam sobie wierny – samodzielnie myśleć, dociekać i wyciągać wnioski” – pisał Ingersoll[52]. Podobno to właśnie pod wpływem lektury Ingersolla obaj bracia przestali regularnie uczęszczać do kościoła, co ich ojciec najwyraźniej przyjął bez oporu.

Co ciekawe, zważywszy na zaangażowanie Miltona Wrighta w służbę Kościołowi, w listach do dzieci prawie nigdy nie wspominał o religii (one też nie poruszały tego tematu w korespondencji z ojcem). W domu nie wisiały żadne religijne obrazki ani cytaty z Biblii, z wyjątkiem miejsca po lewej stronie kominka w saloniku, gdzie Orville zwykle opierał o ścianę swoją mandolinę: nad instrumentem wisiała kolorowa podobizna świętej Cecylii, patronki muzyki.

Wiele lat później Orville usłyszał od przyjaciela, że on i ­Wilbur zawsze będą stanowić przykład tego, jak daleko mogą zajść w świecie Amerykanie bez szczególnie uprzywilejowanej pozycji. „Ale to nieprawda, że nie mieliśmy szczególnej pozycji” – odparł stanowczo Orville. „Naszym największym przywilejem było to, że dorastaliśmy w rodzinie, w której stale zachęcano dzieci do intelektualnych dociekań”[53].

II

Na początku roku 1889 Orville, który wciąż jeszcze chodził do szkoły średniej, założył w powozowni na tyłach domu własną drukarnię. Milton Wright najwyraźniej nie miał nic przeciwko temu przedsięwzięciu. Orville już od jakiegoś czasu interesował się drukarstwem; przez dwa lata pracował podczas wakacji jako czeladnik w pobliskim zakładzie. Następnie zaś sam wymyślił i zbudował prasę drukarską, z porzuconego nagrobka, resoru sprężynowego i skrawków metalu. „Widząc moją determinację, ojciec i brat po jakimś czasie kupili mi małą prasę” – wspominał[54]. Z pomocą Wilbura, który był już gotów wrócić do życia, zaczął wydawać gazetę zatytułowaną „West Side News” – zawierała ona informacje na temat wydarzeń w ich części miasta, na zachodnim brzegu rzeki.

Pierwsze wydanie, obejmujące cztery zadrukowane strony, ukazało się 1 marca. Zawierało siedemnaście reklam okolicznych sklepów i zakładów usługowych, w tym apteki, pasmanterii (oferującej „wielkie rabaty”), sklepu spożywczego, pralni oraz punktu sprzedaży pasz. Stopka redakcyjna zawierała nazwisko Orville’a Wrighta jako wydawcy. Stawki prenumeraty wynosiły czterdzieści pięć centów rocznie lub dziesięć centów za dziesięć tygodni[55].

Główna treść tego i kolejnych wydań gazety obejmowała jeden niedługi artykuł na tematy ogólne oraz drobne informacje o wydarzeniach lokalnych, które ponoć selekcjonował Wilbur. Można było przeczytać notkę o tym, że na moście nad rzeką Wolf Creek popsuł się wagon towarowy, że wieczorek szekspirowski w wykonaniu profesora C. L. Loosa w miejscowej szkole średniej spotkał się z entuzjazmem licznie zebranej publiczności, że spłonęła doszczętnie fabryka kufrów podróżnych, czy że mieszkający przy South Hawthorn Street George La Rue ofiarował bibliotece publicznej kolekcję ptasich jaj. Jak również o tym, że kilkoro spośród mieszkańców miasta zachorowało na dur brzuszny. Lub o tym, że policjanci o nazwiskach O’Brien, Urmey i Kitzelman aresztowali niejakiego Eda Kimmela i jeszcze jednego chłopaka za kradzież kurczaków[56].

Zaraz obok znajdowały się wzmianki o tragicznych powodziach w Pensylwanii lub ukończeniu wieży Eiffla w Paryżu.

Raz na jakiś czas bracia zamieszczali przedruki z innych publikacji, jeśli uważali, że teksty te zainteresują czytelników. Oto fragment takiego właśnie tekstu, zatytułowanego Zachęć synka (przedruk z gazety „Architect and Building News”):

Jeszcze nim syn twój dorośnie, traktuj go jak równego. Stosowna doza zaufania, jak również słowa zachęty i dobre rady […] pozwolą mu zrozumieć, że polegasz na nim w wielu sprawach. Pomoże mu to stać się mężczyzną znacznie wcześniej, niż zyska on odpowiednią posturę czy wejdzie w wiek męski.

Kiedy chłopiec odkrywa, że umie własnymi rękami zrobić różne rzeczy, zwykle zaczyna naprawdę wierzyć we własne siły. Planowanie zaś, niezbędne przy wszelkiej pracy, to zarazem nauka dyscypliny, z wielkim pożytkiem na przyszłość.

Pod koniec kwietnia, gdy gazeta zaczęła przynosić niewielki przychód, Orville przeniósł redakcję do wynajętych pomieszczeń przy West Third Street, gdzie przebiegała miejska linia tramwajów elektrycznych. Dwudziestodwuletni Wilbur został mianowany redaktorem.

Do „West Side News” zaczął pisywać Paul Laurence Dunbar – kolega Orville’a ze szkoły, który był jej jedynym czarnoskórym uczniem, a przy tym klasowym poetą. Jakiś czas później Dunbar postanowił wydawać tygodnik adresowany do lokalnej społeczności Afroamerykanów, a Orville i Wilbur zgodzili się wydrukować kilka pierwszych numerów na kredyt – nie ukazało się ich jednak zbyt wiele.

Podobno Dunbar napisał pewnego dnia kredą na ścianie drukarni Wrightów następujący wierszyk pochwalny:

Orville Wright ma pomysł nowy:

Zniknął w swej drukarni.

Drugiej takiej tęgiej głowy

Szukać tutaj darmo[57].

W 1893 roku dzięki staraniom Miltona Wrighta Kościół Zjednoczonych Braci w Chrystusie wydał pierwszy zbiór wierszy Dunbara (na co autor wyłożył z własnej kieszeni sto dwadzieścia pięć dolarów)[58]. Kilka lat później młodego poetę odkrył William Dean Howells (redaktor pisma „The Atlantic Monthly”), dzięki czemu Paul Laurence Dunbar zyskał sławę w całym kraju.

W lipcu 1889 roku w „West Side News” ukazał się nekrolog ­Susan Koerner Wright. Nie wiadomo, który z braci go napisał – prawdopodobnie zrobili to razem. Ich matka zmarła w domu, 4 lipca. Miała pięćdziesiąt osiem lat, a od ośmiu lat walczyła z gruźlicą.

Była z natury raczej nieśmiała i nie lubiła pokazywać się publicznie, dlatego jej liczne zalety mogła tak naprawdę docenić tylko najbliższa rodzina[59].

Pochowano ją dwa dni później na cmentarzu Woodland, w asyście wszystkich członków rodziny. Od tej pory 4 lipca nie był dla Wrightów okazją do świętowania. Po niemal dwóch dekadach od śmierci żony Milton Wright pisał do Wilbura: „Czwartego lipca strzelały chińskie petardy, a wiele domów przy Hawthorn Street zostało pięknie udekorowanych, ale pod numerem siedem nie było akcentów patriotycznych. Nie bito w bębny, nie wywieszono flagi, nie odpalano petard”[60].

W 1890 roku bracia zmienili tytuł gazety na „The Evening Item”, a w kolejnym roku zaprzestali własnych publikacji i skoncentrowali się na usługach drukarskich.

Drukarnia od początku była pomysłem Orville’a. To on najbardziej się w nią angażował i poświęcał jej każdą wolną chwilę. Wydaje się jednak, że nie do końca zadowalała go praca Wilbura. Jak donosił ojcu jesienią 1892 roku:

przez ostatnie kilka tygodni byłem tak zajęty, że nie miałem czasu pisać. Mój dzienny zarobek w drukarni waha się od 2 do 3,25 dolara, ale muszę się tym dzielić z Wilburem, więc na koniec tygodnia zostaje mi niedużo. Will pracuje przy prasie – przynajmniej tak twierdzi – lecz na moje oko niewiele z tego wynika[61].

Zapewniał jednak ojca: „w domu dogadujemy się znakomicie”[62].

Katharine wyjechała już wtedy na studia, musieli więc jakoś sobie bez niej radzić i zupełnie dobrze im to wychodziło, a przy tym chyba nie najgorzej się bawili, jak można wnioskować z listu ­Wilbura do siostry:

Od Twojego wyjazdu całkiem nieźle tu sobie żyjemy. Co drugi tydzień gotowaniem zajmuje się Orville, a co drugi – ja. Orville serwuje nam trzy razy dziennie chleb z masłem, mięso w sosie i kawę. Ja natomiast trochę bardziej urozmaicam posiłki. Po jego gotowaniu zawsze zostaje nam zapas mięsa, więc przez pierwszą połowę mojego tygodnia przygotowuję z niego zapiekanki, do których podaję chleb z masłem i kawę, a w drugiej połowie jemy chleb z masłem, jajka, bataty i kawę. Nikt się nie ociąga, kiedy przychodzi jego kolej na gotowanie. Powód jest chyba bardzo prosty. Gdyby żona Jacka Sprata2 postanowiła gotować wyłącznie na tłusto, to chyba i on nie miałby nic przeciwko temu, żeby co drugi tydzień przejmować stery w kuchni[63].

To właśnie w owym czasie bracia postanowili dokonać w domu radykalnych zmian. Zbudowali werandę okalającą go od frontu i z boku, wstawili większe okna na dole, a na górze zamontowali okiennice. Wszystkie prace wykonywali sami.

Co bardzo istotne, ulegli w owym czasie popularnej w całym kraju modzie na kolarstwo. Jak pisał Wilbur do siostry, mieli za sobą wypad rowerowy drogą prowadzącą wzdłuż rzeki Miami na południe, aż do miasta Miamisburg. Podczas wycieczki zatrzymali się przy miejskim torze wyścigowym, na którym zrobili parę okrążeń. Następnie zaś pokonali kilka stromych pagórków, aby dojechać do pobliskiego kurhanu kultury Adena – jednego z największych w Ohio tego typu zabytków pozostawionych przez tę pradawną cywilizację, liczącego ponad dwa tysiące lat. Cała trasa wyniosła około pięćdziesięciu kilometrów[64].

Panował wówczas istny rowerowy szał. Popularne w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych bicykle z ogromnym przednim kołem zostały już wyparte przez tak zwane „bezpieczne rowery”, z kołami tych samych rozmiarów. Rowery ogłoszono „dobrodziejstwem dla ludzkości”, wychwalano ich urodę i głoszono, że są zbawienne dla ciała i ducha, zapewniają ogólną witalność oraz życiowy optymizm. Z entuzjazmem wyrażali się z o nich lekarze – pewien doktor z Filadelfii zakończył swój artykuł w piśmie medycznym słowami: „jeśli chodzi o aktywność fizyczną, zarówno dla mężczyzn, jak i dla kobiet rower stanowi jeden z najwspanialszych wynalazków XIX wieku”[65].

Nie brakowało jednak głosów sprzeciwu. Uważano, że moda na rowery pociąga za sobą zagrożenia natury moralnej. Do tej pory dzieci i młodzież nie były w stanie zbytnio oddalić się same od domu. Teraz, jak ostrzegało jedno z pism, w ciągu piętnastu minut mogły pokonać odległość wielu mil. Twierdzono też, że z powodu rowerów młodzi ludzie za mało czasu poświęcają lekturom, i straszono, iż wypadom za miasto „wcale nierzadko towarzyszy uwodzenie dziewcząt”[66].

Mało kto przejmował się tymi przestrogami. Na rowerach jeździli wszyscy: mężczyźni, kobiety, dzieci i starsi, ludzie z przeróżnych grup społecznych. Na kampusach uniwersyteckich, jak również w miastach i miasteczkach wyrastały coraz to nowe kluby rowerowe. Dayton pod tym względem nie odstawało od reszty kraju. Na wspaniałej fotografii wykonanej na kampusie Oberlin College Katharine Wright pozuje do zdjęcia wraz z koleżankami. Każda z dziewcząt trzyma swój nowy rower. Wszystkie wyglądają na bardzo zadowolone, ale twarz Katharine jaśnieje najbardziej promiennym uśmiechem.

*

Wiosną 1893 roku Wilbur i Orville założyli przedsiębiorstwo zajmujące się sprzedażą i naprawą rowerów. Początkowo nazywało się ono Wright Cycle Exchange i mieściło się przy West Third Street 1005, niedaleko ich domu. Wkrótce firma się rozrosła, a bracia przenieśli jej siedzibę do większego lokalu, położonego nieco dalej, pod numerem 1034 przy tej samej ulicy, i zmienili nazwę zakładu na Wright Cycle Company.

Z nich dwóch to Orville najbardziej lubił rowery. Wedle relacji jednej z osób, która poznała go nieco później, „kiedy tylko pojawiał się temat kształtu kierownicy lub rodzajów pedałów ówczesnych »bezpiecznych rowerów«, Orville natychmiast się rozpromieniał”.

Bracia nie znosili bezczynności, w wolnych chwilach zajęli się więc odświeżaniem wnętrz domu przy Hawthorn Street 7. W salonie zainstalowali nowy kominek gazowy, przebudowali schody, wymienili wszystkie listwy, ściany i sufity w pokojach okleili jasnymi tapetami, położyli nowe dywany. Katharine pomagała im, kiedy tylko miała wolne na uczelni. Spośród dokonań Wilbura najbardziej wyróżniał się ozdobnie rzeźbiony słupek z wiśniowego drewna na dole schodów.

Prace zostały ukończone z nadejściem wiosny 1894 roku. W sobotę 31 marca Milton Wright zapisał w dzienniku:

Dzień nieco pochmurny. Jestem w domu. Orville i Katharine robią porządki. Po raz pierwszy od wielu miesięcy mieliśmy gdzie razem usiąść, bo do tej pory wszystko było w nieładzie[67].

Interesy nadal szły znakomicie, choć pojawiało się coraz więcej konkurencyjnych firm, ponieważ w mieście wciąż otwierano nowe sklepy rowerowe. Gdy sprzedaż nie szła najlepiej, ­Wilbura ogarniał wyraźny niepokój. Nie był pewien, co zrobić ze swoim życiem. Przez wiele lat sądził, że zostanie nauczycielem, co ­uważał za „szlachetne powołanie”[68], ale do tego musiałby ukończyć studia. We własnym przekonaniu nie miał żyłki do interesów. Jak tłumaczył w jednym z listów do ojca, uznał, że nie nadaje się na przedsiębiorcę, i rozważał jednak podjęcie wyższych studiów.

Nie sądzę, żeby pisany mi był sukces w jakimkolwiek przedsięwzięciu komercyjnym, nawet przy najlepszym wsparciu otoczenia i osób z branży. Może udałoby mi się zarobić ma życie, ale wątpię, żebym kiedykolwiek zdołał osiągnąć cokolwiek więcej. Ogromną przyjemność sprawia mi wysiłek intelektualny, myślę więc, że miałbym większe szanse na karierę w jakimś wolnym zawodzie niż jako przedsiębiorca[69].

Myśli te rozwinął w innym liście, napisanym do swojego brata Lorina. Donosił mu, że jako człowiek skłonny poświęcać wiele czasu nie tylko na lektury, ale też na rozmyślania, długo głowił się nad kwestią prowadzenia firmy i doszedł do kilku interesujących wniosków:

Dobry przedsiębiorca musi być wojowniczy, stale pilnować interesu. Prowadzenie firmy przypomina walkę na wojnie, w której każdy usiłuje nie dopuścić konkurentów do swojego poletka, a zarazem przeszkodzić im w zagarnięciu już zdobytej klienteli. Nie będzie się wiodło w interesach komuś, kto nie jest energiczny, stanowczy, a nawet może nieco samolubny. W takiej bojowej postawie nie ma nic nagannego, o ile nie popada się w przesadę – przecież właśnie dzięki tego rodzaju ludziom świat idzie do przodu. […] Całkowicie się zgadzam, że chłopcom z rodziny Wrightów brakuje determinacji i siły przebicia. Z tego powodu żaden z nas w interesach nie osiągnął i nigdy nie osiągnie wyników lepszych niż przeciętne. Wszyscy jakoś sobie radzimy, może nawet lepiej niż większość ludzi, ale żaden z nas wciąż nie robi użytku z talentu dającego mu przewagę nad innymi. Dlatego odnosimy tylko skromne sukcesy. Nie powinniśmy prowadzić interesów […].

Zawsze istnieje ryzyko, że człowiek o takiej naturze, jeśli sam ma o sobie decydować, pozostanie przy pierwszym zajęciu, jakie znajdzie, i będzie przy nim tkwić przez całe życie, walcząc o przetrwanie (chyba że w wyniku jakiegoś trzęsienia ziemi nagle wyląduje w bardziej sprzyjającym miejscu), podczas gdy krocząc właściwą ścieżką i mając dostęp do odpowiednich narzędzi, mógł­by zajść naprawdę daleko. Wielu osobom łatwiej jest wykorzystać szanse otrzymane od innych, niż samemu je sobie stworzyć[70].

Jeśli jednak nie miałby pozostawać przy „pierwszym zajęciu”, jaka miała być jego „właściwa ścieżka”? W obecnej sytuacji Wilbur czuł się jak w potrzasku.

Ojciec zaproponował, że pomoże mu pokryć koszt studiów. „Prowadzenie interesów chyba nie bardzo do ciebie pasuje” – pisał w liście do syna[71], zgadzając się z jego punktem widzenia. Później jednak sprzedaż rowerów znów wzrosła – Wright Cycle Company sprzedawała około stu pięćdziesięciu rowerów rocznie – a Wilbur postanowił się nie wycofywać.

W 1895 roku, po trzech latach od otwarcia pierwszego sklepu, bracia przenieśli firmę na South Williams Street 22, do dwupoziomowego lokalu. Na dole urządzili salon wystawowy, a na górze – warsztat. Tam właśnie zaczęli produkować własne modele rowerów, dostępne na zamówienie. Oto fragment ich ogłoszenia informującego o rychłym wprowadzeniu nowego produktu:

Będzie miał wysoką ramę z rur o dużej średnicy, łożyska z wysokogatunkowej stali, szprychy z drutu stalowego, wąski bieżnik i wszystkie typowe cechy nowoczesnego roweru. Ważyć będzie około dwudziestu funtów [dziewięciu kilogramów]. Jesteśmy przekonani, że żaden jednoślad na rynku nie okaże się łatwiejszy w prowadzeniu ani bardziej od niego wytrzymały. Możemy to zagwarantować[72].

Nowy model roweru kosztował około sześćdziesięciu-sześćdziesięciu pięciu dolarów. Bracia nazwali go Van Cleve, na cześć swojej praprababci od strony ojca – pierwszej białej kobiety osiadłej w Dayton. Gdy produkcja modelu Van Cleve (dostępnego w pełnej gamie kolorów) już się rozpoczęła, bracia wprowadzili drugi, nieco tańszy model o nazwie St. Clair, co było hołdem złożonym pierwszemu gubernatorowi Terytorium Północno-Zachodniego, którego część stanowił stan Ohio. Dochód braci wzrósł na tyle, że zarabiali rocznie całkiem przyzwoitą sumkę: dwa do trzech tysięcy dolarów.

„Rowery Van Cleve zostawiają innych w tyle” – głosiła jedna z reklam[73]. Wydany przez braci katalog tego modelu zawierał następującą deklarację:

Dzięki naszej uczciwości i rozmachowi zdołaliśmy stworzyć dużą, prężną firmę. Szczycimy się tym, że do użytkowników modelu Van Cleve należą najwięksi znawcy rowerów w naszym mieście. Bez ich pomocy i dobrych opinii nie zdołalibyśmy zapewnić mu tak wysokiej pozycji i renomy. To dzięki ich świadectwu nazwa „Van Cleve” stała się synonimem roweru o znakomitej konstrukcji[74].

Jeśli chodzi o życie domowe, coraz więcej radości zapewniały obu braciom dzieci Lorina, które często ich odwiedzały. Mała ­Ivonette mawiała o Orville’u, że nigdy mu się nie nudzi zabawa z nimi, a kiedy kończą mu się pomysły, przygotowuje dla nich słodycze. Wilbur również chętnie zabawiał maluchy, ale niezbyt długo.

Jeśli akurat siedzieliśmy mu na kolanach, nagle prostował swoje długie nogi, aż się ześlizgiwaliśmy. Był to znak, że mamy sobie znaleźć jakieś zajęcie. […] Gdy już na tyle podrośliśmy, żeby dostawać zabawki, stryjkowie Orv i Will często sami się nimi bawili, dopóki się nie popsuły, a potem je reperowali, tak że działały jeszcze lepiej niż nowe[75].

Być może to z powodu ciągłych wyjazdów Milton Wright stale podkreślał, jak ważne jest życie rodzinne, skupione w domu przy Hawthorn Street 7 (nazywał je „kręgiem domowym”), a jego dzieci zawsze ciągnęło z powrotem do domu, nawet jeśli życie prowadziło je w zupełnie inne strony.

2

Czas marzeń

Chciałbym wykorzystać całą wiedzę zebraną jak dotąd przez ludzkość[76].

Wilbur Wright w liście do Instytutu Smithsona, 1899 rok

I

Katharine Wright pisała o ojcu, że miał silny nawyk ciągłego zamartwiania się[77]. Zarówno ona, jak i jej bracia dobrze pamiętali odwieczne przestrogi ojca dotyczące zagrożenia, jakie stanowi skażona woda. Artykuły prasowe również regularnie donosiły o kolejnych zachorowaniach na dur brzuszny wskutek zatrucia brudną wodą.

Pod koniec lata 1896 roku dwudziestopięcioletni Orville zapadł na tę budzącą postrach chorobę[78]. Przez wiele dni leżał w malignie, na granicy śmierci, z czterdziestostopniową gorączką. Rodzinny lekarz, doktor Levi Spitler, który opiekował się panią Wright w ostatnich latach jej życia, powiedział, że niewiele można zrobić, żeby mu pomóc. Wilbur i Katharine na zmianę pełnili dyżury przy łóżku chorego. Milton Wright był wówczas akurat w podróży, lecz gdy tylko dotarły do niego złe wieści, natychmiast napisał do domu, ogromnie przejęty stanem Orville’a, ale też opiekującego się nim rodzeństwa: „Połóżcie go w najlepszym pokoju, żeby miał wygodnie i przewiewnie. Myjcie go delikatnie, ale szybko […]. Niech nikt już nie pije wody ze sklepowej studni. Pijcie tylko przegotowaną wodę”[79].

Dopiero po miesiącu Orville zdołał zmienić pozycję na siedzącą, a po kolejnych dwóch tygodniach zaczął wstawać z łóżka. W owym czasie Wilbur zainteresował się postacią Ottona Lilienthala – pioniera szybownictwa, który właśnie tamtego lata zginął w wypadku lotniczym. Wilbur dużo o nim czytał, często na głos Orville’owi.

Otto Lilienthal był niemieckim inżynierem, producentem niewielkich maszyn parowych, który już w roku 1869 zaczął podejmować pierwsze próby szybowania w powietrzu. Od samego początku w eksperymentach lotniczych towarzyszył mu młodszy brat (co mogło dawać braciom Wright poczucie pewnego pokrewieństwa losów).

Jak twierdził sam Lilienthal, uczył się od ptaków. W odróżnieniu od wielu ówczesnych „wiodących badaczy” sztuki latania zauważył, że jej sekret kryje się w wygiętych w łuk skrzydłach, pozwalających ptakom unosić się na wietrze[80]. Nie uznawał balonów na gaz za prawdziwe statki powietrzne – podkreślał, że nie mają nic wspólnego z ptakami. Deklarował: „Szukamy sposobu, aby swobodnie poruszać się w powietrzu, w dowolnym kierunku”[81]. Uważał przy tym, że tylko własne próby latania dają człowiekowi pełen wgląd w tę problematykę. Aby cokolwiek zdziałać, należało „zaprzyjaźnić się” z wiatrem.

W ciągu swojego życia Lilienthal zaprojektował i zbudował kilka­naście różnych szybowców – w tym swój ulubiony model nr 11, który nazwał „standardowym aparatem szybującym” (Normalsegel­apparat)[82]. Miał on skrzydła przypominające kształtem wiatraczek na muchy (stanowiący w owym czasie standardowe wyposażenie restauracji i klubów), a także duży statecznik pionowy o kształcie palmowego liścia. Konstrukcje Lilienthala przeważnie były jedno­płatowe, miały skrzydła wygięte w łuk jak u ptaków i pokryte białym muślinem, mocno naciągniętym na wierzbowy szkielet. ­Pilot – którym był zwykle sam konstruktor – wisiał pod skrzydłami, przyczepiony do nich ramionami. Jak dowiedział się Wilbur, loty próbne odbywały się na paśmie nagich wzgórz o nazwie Rhinower Bergen, położonych na północ od Berlina i oddalonych o dwie godziny jazdy pociągiem.

Lilienthal był krępym, brodatym mężczyzną o rudych włosach. Do lotów ubierał się w pumpy o grubo watowanych kolanach. Najpierw stawał na stromym zboczu, trzymając skrzydła nad głową (jak opisywał to amerykański świadek jednej z takich prób, „stał niczym zawodnik oczekujący na strzał z pistoletu”[83]), a następnie pędził w dół i łapał wiatr w skrzydła. Gdy wiatr podrywał go z ziemi, wówczas na różne sposoby wyginał ciało i machał nogami, w ten sposób utrzymując równowagę i sterując całą konstrukcją. Szybował tak daleko, jak się dawało, a na koniec lądował stopami na ziemi.

Lilienthal był też pierwszym amatorem szybownictwa w historii, którego próby lotnicze uwieczniono na zdjęciach. W fotografii wprowadzono wówczas technikę suchej płyty i potrafiono już wykonywać reprodukcje półtonowe, dzięki czemu sensacyjne zdjęcia „latającego człowieka” wkrótce obiegły cały świat. Największą sławę Lilienthal zdobył właśnie w USA. Rekordy popularności bił długi artykuł w piśmie „McClure’s Magazine”, ilustrowany siedmioma zdjęciami śmiałka w locie.

W roku 1894 Lilienthal miał wypadek lotniczy, który jednak przeżył. 9 sierpnia 1896 roku podczas lotu swoim ulubionym modelem nr 11 znów się rozbił – spadł na ziemię z wysokości około piętnastu metrów i doznał złamania kręgosłupa. Dzień później zmarł w szpitalu w Berlinie. Miał czterdzieści osiem lat[84].

„Nie powinniśmy pragnąć tylko tego, żeby nabyć umiejętności właściwe ptakom” – pisał Lilienthal. „Naszym obowiązkiem jest nie spocząć, dopóki nie wypracujemy w pełni naukowego podejścia do problematyki latania”[85].

Jak wspominał później Wilbur, śmierć Lilienthala rozbudziła w nim pasję, którą skrywał w sobie od dzieciństwa. Zaczął dużo czytać na temat ptasich technik lotniczych. Na półce domowej biblioteki stało angielskie tłumaczenie wydanej w 1873 roku słynnej ilustrowanej książki Machina zwierzęca, którą napisał francuski fizjolog Étienne-Jules Marey. Książkę przyniósł do domu Milton Wright, który również interesował się ptakami. Wilbur już kiedyś ją czytał, a teraz postanowił na nowo ją przestudiować.

„Co się tyczy ruchu przenośnego w powietrzu, posiadał on zawsze przywilej wzbudzania żywej ciekawości człowieka” – pisał autor we wstępie. A następnie dodawał:

Ileż to razy nie zapytywano, czy ma on zawsze zazdrościć skrzydeł ptakom i owadom – czy nie mógłby również jak one odbywać podróży w szlakach powietrznych, jak je odbywa przez oceany? W rozmaitych epokach, ludzie poczytywani za powagi naukowe, wygłosili po długich obliczeniach, że zadanie to było marzeniem urojonem. Wszelako ileż to widzieliśmy wynalazków, które również uważano za niepodobne?[86]

Lektura poważnego, w dużej mierze skupionego na aspektach technicznych studium Mareya zachęciła Wilbura do sięgnięcia po kolejne tego typu dzieła, takie jak Ruchy zwierzęce. Czyli chodzenie, latanie i pływanie wraz z rozprawą o aeronautyce, które napisał James Bell Pettigrew. Przeciętnemu czytelnikowi już sam tytuł rozprawy mógł­by się wydać onieśmielający, ale Wilbur właśnie czegoś takiego szukał. Jak pisał Pettigrew:

Ci autorowie, którzy sztuczne latanie uważają za niemożebne, mówią, że ziemia stanowi oporę dla czworonożnych a woda dla ryb. To jest zupełną prawdą, lecz również jest prawdą, że powietrze stanowi oporę dla ptaka, i że ruchy ptaka wykonywane skrzydłami są również pewne a nieskończenie szybsze i piękniejsze niż ruchy czy to czworonożnych na ziemi, czy téż ryb w wodzie[87].

Autor podkreślał jednak, że „droga »orła w powietrzu« pozostanie dla nas tajemnicą”[88], dopóki nie uda się w pełni zrozumieć budowy i funkcji skrzydeł.

Ze wszystkich ruchów zwierzęcych, latanie jest bezwątpienia najpiękniejszém. […] Ten fakt wzbudza podziwienie, że zwierzę ciężkie jak wiele stałych ciał, za pomocą ruchów swych skrzydeł może się w powietrzu ruszać z szybkością nie wiele mniejszą niż szybkość kuli armatniej[89].

Wilbur miał się odwoływać do tego dzieła jeszcze przez wiele lat. Niczym seria inspirujących wykładów sławnego profesora otworzyło mu ono oczy i pokierowało jego myśli na tory, jakimi wcześniej nie miały szans podążać.

Gdy Orville całkiem już odzyskał siły po chorobie, zaczął ­czytać te same książki. Jak z dumą zaświadczał Milton Wright, „czytali o aeronautyce tak, jak student medycyny zagłębia się w swoje lektury”[90].

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

1 Był to Abbas ibn Firnas (810–887) [przyp. tłum.].

2 Nawiązanie do popularnego wierszyka dla dzieci: Jack Sprat nie jadł nic tłustego / Jego żona – nic chudego / Świetnie się dogadywali / I po sobie dojadali [przyp. tłum.].

Przypisy końcowe

Część I

Prolog

[1] V. Moolman, The Road to Kitty Hawk, Alexandria 1980, s. 20.

[2] C. H. Gibbs-Smith, Aviation. An Historical Survey from Its Origins to the End of the Second World War, London 1970, s. 6.

[3] A. Hopkins, Leonardo da Vinci as Aviation Engineer, „Scientific American”, kwiecień 1921.

[4] F. Kelly, The Wright Brothers. A Biography, New York 1989, s. 8.

[5] Orville Wright, The Wright Brothers’ Aeroplane, „Century Magazine”, nr 5, wrzesień 1908; P. Jakab i R. Young, eds., The Published Writings of Wilbur and Orville Wright, Washington 2000, s. 24.

[6] T. Crouch, The Bishop’s Boys. A Life of Wilbur and Orville Wright, New York 1989, s. 57.

Rozdział 1

[7] Uwaga wygłoszona przez Wilbura Wrighta podczas 24. Dorocznego Bankietu Ohio Society of New York 10.01.1910, cytowana w: P. Jakab i R. Young, eds., The Published Writings of Wilbur and Orville Wright, Washington 2000, s. 35, footnote 1.

[8] The Auto. The Motorist’s Pictorial, Vol. 14, 1909, s. 264; H. Buist, The Human Side of Flying, „Flight Magazine”, 6.03.1909.

[9] Milton Wright do Carla Dienstbacha, 22.12.1903, M. McFarland, ed., The Papers of Wilbur and Orville Wright, New York 1953, Vol. 1, s. 400; Milton Wright do pani E. J. Wright, 31.12.1904, Pisma Wilbura i Orville’a Wrightów, ­Biblioteka Kongresu.

[10] Wilbur Wright, 3.04.1912, M. McFarland, ed., The Papers of Wilbur and Orville Wright, dz. cyt., Vol. 1, Preface.

[11] C. Taylor, My Story of the Wright Brothers, „Collier’s Weekly”, 25.12.1948; P. Jakab i R. Young, eds., The Published Writings of Wilbur and Orville Wright, dz. cyt., s. 290.

[12] „Automotor Journal”, marzec 1909.

[13] H. Buist, The Human Side of Flying, dz. cyt.

[14] „Washington Post”, 4.10.1908.

[15] I. Miller, ed., Wright Reminiscences, Wright-Patterson Air Force Base 1978, s. 62.

[16] T. Coles, The Wright Boys as a Schoolmate Knew Them, „Out West Magazine”, styczeń 1910.

[17] I. Miller, ed., Wright Reminiscences, dz. cyt., s. 64.

[18] T. Crouch, The Bishop’s Boys. A Life of Wilbur and Orville Wright, New York 1989, s. 15.

[19] Orville Wright do George’a A. Spratta, 7.06.1903, M. McFarland, ed., The Papers of Wilbur and Orville Wright, dz. cyt., Vol. 1, s. 310.

[20] Wilbur Wright do Miltona Wrighta, 20.07.1907, Pisma Wilbura i Orville’a Wrightów, Biblioteka Kongresu.

[21] H. Buist, The Human Side of Flying, dz. cyt.

[22] C. Taylor, My Story of the Wright Brothers, dz. cyt.; P. Jakab i R. Young, eds., The Published Writings of Wilbur and Orville Wright, dz. cyt., s. 289.

[23] F. Kelly, ed., Miracle at Kitty Hawk. The Letters of Wilbur and Orville Wright, New York 1989, s. 4.

[24] Katharine Wright do Miltona Wrighta, 25.09.1901, Pisma Wilbura i Orville’a Wrightów, Biblioteka Kongresu.

[25] Zob. wpis w dzienniku Miltona Wrighta z 22.06.1899, Milton Wright, Diaries, 1857–1917, Dayton 1999, s. 320 oraz zdjęcie, s. 490. Oryginał dziennika Miltona Wrighta znajduje się w Dziale Zbiorów Specjalnych i Archiwalnych na Wright State University w Dayton (Ohio).

[26] Katharine do Orville’a, 10.07.1905, Pisma Wilbura i Orville’a Wrightów, Biblioteka Kongresu.

[27] Katharine do Miltona Wrighta, 22.08.1900, tamże.

[28] Milton Wright do Katharine, 30.05.1888, tamże.

[29] T. Crouch, The Bishop’s Boys, dz. cyt. s. 50.

[30] R. Maurer, The Wright Sister. Katharine Wright and Her Famous Brothers, Brook­field 2003, s. 22.

[31] T. Crouch, The Bishop’s Boys, dz. cyt., s. 25.

[32] A. Drury, History of the City of Dayton and Montgomery County, Ohio, Vol. 1, Dayton 1909, s. 181.

[33] W. Howells, Stories of Ohio, New York 1897, s. 287.

[34] Uwaga wygłoszona przez Wilbura Wrighta podczas 24. Dorocznego Bankietu Ohio Society of New York 10.01.1910, cytowana w: P. Jakab i R. Young, eds., The Published Writings of Wilbur and Orville Wright, dz. cyt., s. 35, footnote 1.

[35] Milton Wright do Katharine, 30.05.1888, Pisma Wilbura i Orville’a Wrightów, Biblioteka Kongresu.

[36] Milton Wright do Susan Wright, 2.06.1888, tamże.

[37] Milton Wright do Orville’a, 31.07.1888, tamże.

[38] Milton Wright do Wilbura, 24.09.1908, tamże.

[39] Milton Wright do Wilbura i Orville’a, 15.10.1907, tamże.

[40] Katharine do Wilbura, 16.07.1908, tamże.

[41] Zob. świadectwa szkolne Wilbura, Pisma Rodziny Wrightów, Wright State University w Dayton (Ohio).

[42] Milton Wright, Diaries, 1857–1917, Dayton 1999, s. 778.

[43] Zob. C. Dalton, With Malice Toward All. The Lethal Life of Dr. Oliver C. Haugh, Dayton 2013.

[44] „Dayton Journal”, 19.04.1907.

[45] C. Dalton, With Malice Toward All, dz. cyt., s. 9–10.

[46] Tamże, s. 14–15.

[47] Wilbur Wright, Born in Henry County, 1909, Albumy Rodziny Wrightów, Pisma Wilbura i Orville’a Wrightów, Biblioteka Kongresu.

[48] Lorin Wright do Katharine, 12.11.1888, Pisma Wilbura i Orville’a Wrightów, Biblioteka Kongresu.

[49] Z rozmowy przeprowadzonej przez autora z Amandą i Stevenem Wrightami.

[50] Books in Wright’s Home Library, 10.02.1937, Biblioteka Naukowa Bensona Forda w Greenfield Village, Muzeum Henry’ego Forda w Dearborn (Michigan).

[51] „Washington Post”, 4.10.1908.

[52] R. Ingersoll, The Works of Robert G. Ingersoll, Vol. 1, New York 1901, s. 179.

[53] F. Kelly, Interview with Orville Wright, „Today”, 31.03.1934; P. Jakab i R. ­Young, eds., The Published Writings of Wilbur and Orville Wright, dz. cyt., s. 83.

[54] C. Crane, Interview with Orville Wright, „University of Dayton Exponent”, kwiecień 1924; P. Jakab i R. Young, eds., The Published Writings of Wilbur and Orville Wright, dz. cyt., s. 60.

[55] „West Side News”, 1.03.1889.

[56] Treści zaczerpnięte z kilku różnych wydań „West Side News”, dostępnych w Bibliotece Miejskiej w Dayton (Ohio).

[57] Zob. M. McFarland, ed., The Papers of Wilbur and Orville Wright, dz. cyt., Vol. 2, s. 695–96, footnote 1.

[58] R. Stimson, Paul Laurence Dunbar. The Wright Brothers’ Friend, „The Wright Stories”, www.wrightstories.com.

[59] Orville i Wilbur Wright, Tribute to Our Mother, „West Side News”, 3.07.1889.

[60] Milton Wright do Wilbura, 7.07.1907, Pisma Wilbura i Orville’a Wrightów, Biblioteka Kongresu.

[61] Orville do Miltona Wrighta, 27.09.1892, tamże.

[62] Tamże.

[63] Wilbur do Katharine, 18.09.1892, tamże.

[64] Tamże.

[65] J. Prendergast, The Bicycle for Women, „American Journal of Obstetrics and Diseases of Women and Children”, 1.08.1896.

[66] The Bicycle and Its Riders, „Cincinnati Lancet and Clinic”, 11.09.1897.

[67] Milton Wright, Diaries, 1857–1917, dz. cyt., s. 412.

[68] Wilbur do Miltona Wrighta, 12.09.1894, Pisma Wilbura i Orville’a Wrightów, Biblioteka Kongresu.

[69] Tamże.

[70] Wilbur do Lorina Wrighta, 18.06.1901, tamże.

[71] Milton Wright do Wilbura, 15.09.1894, tamże.

[72] T. Crouch, The Bishop’s Boys, dz. cyt., s. 113.

[73] Reklama prasowa z roku 1897.

[74] Katalog rowerowy modelu Van Cleve, Wright Cycle Company, Dayton (Ohio), 1900, s. 3.

[75] J. Tobin, To Conquer the Air. The Wright Brothers and the Great Race for Flight, New York 2003, s. 92.

Rozdział 2

[76] List Wilbura Wrighta do Instytutu Smithsona, 30.05.1899, Pisma Wilbura i Orville’a Wrightów, Biblioteka Kongresu.

[77] Katharine do Wilbura i Orville’a, 4.09.1902, tamże.

[78] Zob. wpisy w dzienniku Miltona Wrighta z dni 4–22 września 1896, s. 458–59.

[79] Milton Wright do Katharine, 31.08.1896, Pisma Wilbura i Orville’a Wrightów, Biblioteka Kongresu.

[80] H. Combs i M. Caidin, Kill Devil Hill. Discovering the Secrets of the Wright Brothers, Boston 1979, s. 41.

[81] Vernon, The Flying Man, „McClure’s Magazine”, Vol. 3, 1894, s. 325.

[82] C. Chant, A Century of Triumph. The History of Aviation, New York 2002, s. 11.

[83] T. Crouch, The Bishop’s Boys. A Life of Wilbur and Orville Wright, New York 1989, s. 144.

[84] C. H. Gibbs-Smith, Aviation. An Historical Survey from Its Origins to the End of the Second World War, London 1970, s. 79.

[85] Tamże, s. 221.

[86] E. Marey, Machina zwierzęca. Ruch przenośny na ziemi i w powietrzu, przeł. Wincenty Niewiadomski, Warszawa 1874, s. 6.

[87] J. Pettigrew, Ruchy zwierzęce. Czyli chodzenie, latanie i pływanie wraz z roz­prawą o aeronautyce, przeł. Feliks Franciszek Nawrocki, Warszawa 1875, s. 4.

[88] Tamże, s. 5.

[89] Tamże, s. 8–9.

[90] F. Howard, Wilbur and Orville. A Biography of the Wright Brothers, New York 1987, s. 144.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Bracia Wright 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran