Piołun na zapomnienie

Piołun na zapomnienie

Autorzy: Trojanowska Anna

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 25.78 zł

Zasady, które złamie

Męski świat, który zapragnie poznać

Wróg, którego pokocha

Rok 1895. Lea, młoda kobieta z prowincji, poślubia Józefa, statecznego aptekarza, i przenosi się do Warszawy. Swojego męża ledwie zna. Lea ufa, że postępując zgodnie z naukami swej ciotki, stworzy szczęśliwą rodzinę. Wkrótce przekonuje się, że wyniesione z domu umiejętności nie są przydatne, a jej znajomość leczniczych ziół to zdaniem Józefa przesądy.

Wiele musi się wydarzyć, aby poznała siebie i zawalczyła o swoje miejsce w męskim świecie, jakim w owych czasach jest apteka. Niebezpieczna okazuje się również przeszłość, dawne sekrety męża, które Lea za wszelką cenę chce poznać…

Napędzająca tę książkę intryga jest jak nadchodząca zza linii horyzontu burza – najpierw wydaje się tylko przelotną chmurką, pojedynczym porywem wiatru, aż niepostrzeżenie zmienia się w ścinającą z nóg nawałnicę.

Jeśli dodać do tego pełnokrwistych i niejednoznacznych bohaterów, także tych z drugiego planu, którzy w przekonujący sposób muszą się zmierzyć z własnymi słabościami i ograniczeniami oraz doskonale odmalowane realia przełomu XIX i XX wieku – zapachy ówczesnych warszawskich kawiarenek, smród rynsztoków, jazgot przekupek i szelest wykrochmalonych sukien dam i damulek – otrzymujemy książkę, którą trzeba przeczytać.

Polska odpowiedź na bestsellerowe "Wszystko, co lśni"!

Zbigniew Zborowski, pisarz

Anna Trojanowska

Piołun na zapomnienie

ISBN

Copyright © by Anna Trojanowska, 2018

All rights reserved

Redakcja

Paulina Wierzbicka

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna M. Damasiewicz

Opracowanie graficzne i techniczne

Dymitr Miłowanow

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Część I 16 maja (3 maja) 1904 roku

18 maja (5 maja) 1904 roku

7 października (25 września) 1895 roku

Część II 16 maja (3 maja) 1904 roku

Wrzesień 1901 roku

17 maja (4 maja) 1904 roku

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Część I

16 maja (3 maja) 1904 roku1

Z mojego punktu widzenia jest on bez zarzutu. Nie powiem, że bez skazy, ale nie jestem moralistą. Pani prośba, dosyć oryginalna, przyznaję, dała mi do myślenia, więc jeśli chce pani tam pojechać, to tak jak obiecałem, ułatwię to pani. Dam pani stosowne pismo, będzie mogła pani dowiedzieć się wszystkiego na miejscu. Dokumentacja musi być zachowana, to nie było aż tak dawno, osiem czy dziewięć lat temu, jeśli się nie mylę. Ale to nie jest miejsce, które powinna pani oglądać. Lepiej w ogóle o nim nie wiedzieć. Nie chcę pani straszyć, ale proszę się jeszcze zastanowić. Może nie warto? Sądzę, że gdyby sięgnęła pani do swojej pamięci, znalazłaby pani odpowiedź na wiele pytań. — Popatrzył na nią wzrokiem ciężkim jak pochmurne niebo i przymglonym zasłoną papierosowego dymu.

Ona też zapaliła. To był chyba trzeci, a może czwarty papieros w jej życiu. Spodziewała się, że tak jak kiedyś rozjaśni jej umysł i złagodzi niepokój, który dręczył ją od tygodni.

— Oczywiście nie jestem bezinteresowny, nie powinna pani na to liczyć — mówił dalej spokojnym, niemal przyjacielskim tonem.

— Nie, nie liczę. Ale nie rozumiem, co miałabym sobie przypomnieć. Nic w tej sprawie nie wiem.

Siedziała sztywno przy stoliku i starała się nie okazywać, jak bardzo jest spięta i jednocześnie zdeterminowana, żeby dotrwać do końca spotkania. Gdyby była tu z kimś innym, na pewno spodobałby się jej ogród, w którym ustawiono gabinety w kształt drewnianych szwajcarskich domków, doceniłaby dyskretną obsługę i wykwintne dania, ale w zaistniałej sytuacji cały urok tego miejsca ulotnił się jak kamfora, pozostawiając jedynie wrażenie próżni i odosobnienia. Nie cieszyły jej ani dźwięki modnego walca, ani rzucany przez lampy miodowy krąg światła, w którym wszystko miało wydawać się słodsze i łatwiejsze do przełknięcia. Nawet słowa.

Restauracja Pod Rakiem była całkiem przyzwoitym lokalem, a jej położenie na nadbrzeżu po praskiej stronie Warszawy sprawiało, że znajdowała się nieco poza głównym nurtem ciekawskich spojrzeń. Aleksander Fiodorowicz Trichonow wybrał ją nie przypadkiem, a teraz rozparł się na krześle i pozwolił sobie na lekki, dwuznaczny uśmiech.

— Dziś będzie pani ze mnie zadowolona. To miejsce to nie jest speluna, w której kiedyś się spotkaliśmy. Starałem się uszanować pani zmysł estetyczny. Proszę przyznać, że stanąłem na wysokości zadania. Całkiem tu przyjemnie. Kuchnię też mają dobrą. Koniecznie musi pani spróbować sandacza w sosie rakowym. Namawiam — dodał lekkim tonem. Był w wyjątkowo dobrym humorze. — Do tego weźmiemy sałatę, butelkę białego Chablis i mus poziomkowy.

Czekała, aż skończy zamawiać i kelner zniknie za drzwiami gabinetu, równie bezszelestnie jak się pojawił, nie licząc szelestu wykrochmalonej koszuli.

— Czego pan w zamian oczekuje?

— Rozmowy, madame, tylko rozmowy. I proszę się nie obawiać, przy mnie jest pani bezpieczna jak ciastko pod kloszem. — Nie zabrzmiało to przekonująco, jednak on ciągnął dalej tym samym żartobliwym tonem: — Nie tak dawno obiecałem pani, że porozmawiamy sobie całą noc. To może być dzisiejsza noc. Co pani na to?

Nie miała najmniejszej ochoty na żarty, nie po to tu przyszła.

— Co właściwie miałabym panu powiedzieć?

— Nic groźnego, ale liczę na pani zrozumienie. Otóż mam takie spaczenie, że tak powiem. Interesuje mnie pewne zjawisko, a może raczej osoby, które z takich czy innych względów wyrzucono poza margines pamięci, przeznaczono na zapomnienie. Zbieram o nich informacje, tak jak kolekcjonuje się minerały albo osobliwości anatomiczne, fotografie przestępców czy prostytutek. Ciekawość, może wykraczająca poza normę, ale kto z nas nie ma słabości... — znów się uśmiechnął.

— Ma pan rację, nie ma takich — przyznała. — A może ja takich nie znam.

Trichonow zawsze był konkretny, mówił prosto z mostu, o co mu chodzi, nie wdawał się w zbędne dywagacje. Ale dziś naszło go na gadanie. Ta przemowa wcale jej nie uspokoiła. Nie wiedziała, co o tym sądzić. Zmarszczyła brwi i popatrzyła na niego z dużą dozą podejrzliwości.

— No nie, proszę nie robić takiej miny, to tylko przyjacielska rozmowa. Jesteśmy przecież przyjaciółmi, prawda? — Na chwilę położył swoją dużą kościstą dłoń na jej drobnej dłoni, jakby chciał dodać jej otuchy. Tak jak wtedy, gdy pierwszy raz zaproponował jej układ. Jego oczy mówiły jednak, że będzie bolało, ale tak trzeba. — Nie chodzi mi o tych, którzy zapisali się w kartotekach, w każdym razie nie tylko o nich. Mnie interesują jeszcze nieodkryci, perełki, że się tak wyrażę, starannie zapomniani przez zacnych i szanowanych, usunięci z domowych albumów i kronik. W każdej rodzinie znajdzie się czarna owca, pani zapewne wie o kilku takich, nie licząc oczywiście interesującej panią osoby. Proszę mi o nich opowiedzieć. Przy okazji przypomni pani sobie niektóre szczegóły istotnych dla pani zdarzeń. Powiedziałbym, że będzie to dla pani ćwiczenie umysłu. Sama pani na tym skorzysta, bo jak rozumiem, zanim się zapomni, trzeba poznać prawdę.

— Co miałabym sobie przypomnieć?

— Wszystko, madame, wszystko. Nawet to, o czym pani zapomniała w sposób naturalny.

— Nie wiem, czy to możliwe. Jak mam to sobie przypomnieć?

— Pomogę pani. Myślę, że można przywołać nasze wspomnienia, nawet te nieistotne, a po nich, jak po nitce do kłębka, można dojść do sedna sprawy. Zauważyła pani, że czasem jakiś smak, zapach, dźwięk albo widok otwiera naszą pamięć, nagle przypominamy sobie o rzeczach dawno zapomnianych, wymazanych z pamięci. Dlatego dzisiejszą kolację zaczniemy od ryby i raków, to będą smaki pani dzieciństwa. Wychowała się pani nad rzeką — mówił z zadowoleniem, a po chwili dodał: — A może coś prostszego? Co pani proponuje?

Pokręciła przecząco głową.

— Nie trafił pan, z dzieciństwem kojarzą mi się miód, jabłka, konfitury wiśniowe i piołun.

— Dojdziemy i do tego. Potem oczywiście herbata. Myślałem jeszcze o czymś prostym jak zupa dyniowa, ale to już by była przesada, w tym miejscu to nie uchodzi.

Zastanawiała się, kiedy on mówi poważnie, a kiedy żartuje. Nie potrafiła go rozgryźć, ale wiedziała, że czegoś od niej chce.

— Naturalnie, herbata jest niezbędna — przytaknęła. — Ale o co panu konkretnie chodzi? Nie będę przecież opowiadała całego swojego życia.

— Dlaczego nie? Mamy dużo czasu, nic nie ubędzie ze wspomnień, jeśli się pani nimi podzieli. Proszę zacząć od siebie. O kim chciała pani zapomnieć, kogo wykreśliła pani z pamięci?

Dotknęła ręką czoła, jakby chciała wycisnąć z niego potrzebne informacje.

— Ojca.

— Tylko ojca?

Popatrzyła mu w oczy, teraz już to potrafiła.

— Nie, nie tylko. Jeszcze kuzyna, a może i pana.

— To już jest coś. Mnie może sobie pani darować. Ale chyba o kimś pani zapomniała.

Przez chwilę wpatrywała się w puste oko ryby, która spoczywała na półmisku. W końcu powiedziała niepewnie:

— Może rzeczywiście jest jedna osoba, o której mogłabym panu powiedzieć, a wobec której mam pewne podejrzenia, raczej cień podejrzenia, który można by sprawdzić.

— Podejrzenia bywają zgubne, trzeba je z siebie wyrzucić, jak grzechy. Będę jak spowiednik, ulżę pani duszy. Ale po kolei, po kolei… — Przerwał jej łagodnym tonem i z miną dobrotliwego wujaszka dodał: — Najpierw proszę skosztować ryby. Założę się, że będzie pani smakowała — jego głos stracił ostrość. — A swoją drogą pani dociekliwość jest trochę spóźniona. Co pani zrobi, kiedy pani tam pojedzie i dowie się wszystkiego?

***

18 maja (5 maja) 1904 roku

Na Dworcu Głównym Kolei Nadwiślańskiej do porannego pociągu wsiadła kobieta w średnim wieku. Wyglądała blado i poważnie, a na jej prawym policzku można było dostrzec niewielką bliznę od oparzenia. Niczym więcej nie różniła się od pozostałych pasażerów — średnio eleganckich pań i średnio zamożnych panów. Miała na sobie szarą podróżną suknię i żakiet, nieprzesadnie duży kapelusz z kremową woalką, trzewiki z cienkiej skórki, a do tego kremowe rękawiczki, parasolkę i woreczek, w którym znajdował się bardzo istotny dla niej list, podpisany przez Aleksandra Trichonowa. Zajęła miejsce przy oknie, nie obserwowała jednak widoku za szybą, tylko pogrążyła się w rozmyślaniach. Próbowała przypomnieć sobie, jak to się zaczęło, ile w tym było przypadku, a ile złej woli i kłamstwa.

Zaczęło się chyba od tego, że chciała przechytrzyć los i wyjechała do Warszawy. A może jeszcze wcześniej? Może wtedy, gdy nauczyła się, że można zapomnieć.

***

7 października (25 września) 1895 roku

Nie odwracała wzroku od okna. Siedziała wyprostowana i spięta, kilka razy wygładziła swoją nową suknię podróżną, poprawiła rękawiczki z beżowego kordonku i dalej wpatrywała się w umykający za szybą krajobraz, jakby chciała nauczyć się go na pamięć — nanizać na nitkę jak koraliki, by potem, kiedyś w przyszłości, odnaleźć drogę powrotną do domu. Umykały w dal sosnowe lasy, zagajniki, pastwiska i pola rozmokłe po niedawnych deszczach, wsie i miasteczka, które pociąg mijał bez zatrzymywania, jakby były tylko płaskim obrazem, namalowaną na tekturze dekoracją, podobną do tej, jaką widziała podczas szkolnego przedstawienia.

To, co było znane i bezpieczne, musiała teraz zostawić, iść na swoje, opuścić bliskich i dom, w którym wychowywała się od czternastego roku życia; ogród i sad za domem, gdzie rosła rodzajna jabłoń, pod którą wypłakiwała swoje smutki. Musiała zostawić cały swój świat. Nie spodziewała się tego, nie teraz, kiedy skończyła dwadzieścia siedem lat i pogodziła się z myślą, że na zawsze zostanie w Korytnicy, gdzie dorastała i spędziła swoje najlepsze lata. Lubiła duży drewniany dom z gankiem, mały pokój na pięterku, ogród i sad z drzewami wiśni i jabłoni oraz stary młyn nad Orzycem. Przyzwyczaiła się do tego miejsca, wydawało się jej nawet, że jest jego cząstką, że tu się zestarzeje i tu umrze. Ale nieoczekiwanie dla wszystkich stało się inaczej. W sobotę 5 października 1895 roku wzięła ślub i teraz jedzie do Warszawy, by zamieszkać tam ze swoim świeżo poślubionym mężem. I kto by się tego spodziewał? Może tylko ciotka Anastazja nie straciła nadziei i wierzyła, że jej wychowanka znajdzie kiedyś odpowiedniego kandydata.

— Żal ci wyjeżdżać? — Józef przerwał jej rozmyślania. Jego głos zabrzmiał jeszcze bardziej obco niż wtedy, gdy wypowiadał słowa małżeńskiej przysięgi.

Nie wiedziała, jak odpowiedzieć, nie chciała uchodzić za prowincjuszkę, która nie zna nic poza najbliższą okolicą, ale taka była prawda — rzeczywiście nic więcej nie widziała oprócz kilku sąsiednich wsi i Mławy, gdzie jej siostra była nauczycielką.

— Tak, trochę żal — przyznała po chwili. — Myślałam, że do końca życia zostanę w Korytnicy.

Józef przyglądał się jej z ciekawością. Sprawdzał, jak zmienia się jej twarz wraz z wypowiadanymi słowami.

— W mieście nie jest tak źle, jak ci się wydaje. Przyzwyczaisz się, zobaczysz — uśmiechnął się do niej wyrozumiale.

Jego oczy mówiły, że niczego nie musi się obawiać, bo on jest z nią i będzie ją prowadził tam, gdzie trzeba, pilnując, żeby nie zboczyła gdzieś na manowce emancypacji, dekadencji czy innych nieprzystojnych rzeczy.

— Chyba tak — przytaknęła.

Wziął ją za rękę i lekko pogładził, starając się dodać jej otuchy.

— Zobaczysz, Leo, spodoba ci się. Z początku możesz się czuć zagubiona, bo Warszawa jest duża i tętni życiem. Ciągle się coś dzieje, coś się zmienia, rozwija, przebudowuje, są wodociągi, zakładają kanalizację, jest duża nowoczesna gazownia na Woli, lampy gazowe na ulicach, osiem szpitali — wyliczał, jakby te higieniczne urządzenia były najważniejsze w mieście.

Dla niego widocznie tak jest, pomyślała. Każdy inaczej to widzi. Dla ciotki, kobiety pobożnej i praktycznej, byłyby to kościoły i może targi, dla ojca knajpy i szulernie, no i wyścigi, a dla wuja zapewne targ zbożowy albo sieć powinowatych i znajomych, których można odwiedzić. A dla niej… Tego jeszcze nie wiedziała.

— A Stare Miasto — mówił dalej Józef — no cóż, sama zobaczysz, nie jest takie eleganckie jak Krakowskie Przedmieście, ale za to ma bogatą przeszłość i wszędzie stamtąd blisko. Dwa kroki na Rynek, a tam od rana jest duży targ, są owoce, jarzyny, drób, ryby i zwierzyna, pieczywo, nabiał od kolonistów i włościanek. Na Piwnej też masz sklepy i dobrą piekarnię. Piwna jest wybrukowana, wieczorem zapalają latarnie, dom porządny, mieszkanie mamy na pierwszym piętrze, ładne, trzy pokoje, meble solidne, orzechowe, robione na obstalunek — westchnął na to wspomnienie i zaczął wyliczać krzesła, szafy i komody. — Masz wszystko, co potrzebne w domu, a z czasem coś pozmieniasz, bo teraz ty będziesz tam panią — dodał. — Urządzisz po swojemu. Moja siostra, Felutka, chętnie ci pomoże, wkrótce ją poznasz, bo ona bardzo ciebie ciekawa. To dobra dusza — zaczął opowiadać o swojej rodzinie, o nieżyjących już rodzicach i o rodzeństwie, które rozproszyło się po świecie i tylko siostra zamieszkała w pobliżu Warszawy. Ani słowem nie wspomniał o zmarłej żonie.

Słuchała, nie chciała mu przerywać. Przyglądała się jego dłoniom, które położył na kolanach — były silne, zadbane, z krótko przyciętymi paznokciami. To były dłonie człowieka, który jest zdecydowany, pewny siebie i spokojny, oceniła. Potem ukradkiem zerknęła nieco wyżej, w miejsce, którego przyzwoita dziewczyna nie powinna absolutnie dostrzegać, i szybko odwróciła wzrok. Czuła, że się rumieni. Jak to będzie dziś w nocy, przemknęło jej przez myśl. Będzie, jak ma być, odpowiedziała sobie, choć wcale jej to nie uspokoiło. Przecież prawie go nie znała. W myślach nie nadawała mu imienia, był tylko „on”, obcy, z którym trzeba się oswoić. Przed ślubem widziała go dwa razy. Nie zdążyła go ani polubić, ani znielubić. Gdyby ją ktoś zapytał, co o nim myśli, powtórzyłaby chyba słowa ciotki, że to porządny człowiek. Wszystko stało się tak niespodziewanie szybko. Nie zdołała jeszcze wyobrazić sobie, jak to będzie z nim w małżeństwie. Jeszcze nie przyzwyczaiła się do tej myśli, że będzie jego żoną, że on będzie wypełniał jej dni i noce. Te noce najbardziej ją niepokoiły.

Co innego, gdyby to był kuzyn Leon, ale o nim już dawno przestała nawet marzyć. Bo tak po prawdzie Leon nigdy nie zwracał na nią uwagi. Przez tyle lat czekała na jakiś znak od niego, ale nic takiego się nie stało.

— Fanaberie — powtarzała ciotka, patrząc na nią spod zmarszczonych brwi. — Wybij go sobie z głowy. Dziewczyna taka jak ty, bez posagu i bez urody, nie powinna nawet myśleć o miłostkach. Tyle razy tłumaczyłam ci, że nie wolno ulegać słabościom, to dobre dla niemądrych panienek, które czytają romanse i marnują czas na głupstwa. Masz już swoje lata, a za grosz rozsądku. Kto to słyszał, żeby ciągle wzdychać do mężczyzny, który nawet na ciebie nie spojrzy. Lepiej o nim zapomnij i módl się, żeby pan Bóg dał ci dobrego męża.

Tak mówiła ciotka, wierząc, że tylko modlitwa i ćwiczenia charakteru pomogą Lei znaleźć męża. I mówiła to z dobrego serca, dbała o nią prawie jak o własną córkę, której nigdy nie miała. Lea słuchała rad ciotki, uważała ją za kobietę mądrą i praktyczną, która swoje przeżyła i niejedno widziała, ale do modlitwy nie bardzo się przykładała. Dlaczego miałaby zawracać Panu Bogu głowę takimi sprawami? Kim ona jest, żeby jej modlitwa mogła się przebić wśród innych błagań i lamentów? A nawet gdyby jej się to udało, to kogo ona może sobie wymodlić? Mogła liczyć najwyżej na małżeństwo gwoli wiktu i opierunku, a z tym nie musi się aż tak spieszyć. Ale czasami, gdy przypomniała sobie o radach ciotki, dawała znać Panu Bogu, że ma do niego sprawę, nie bardzo pilną, z gatunku tych lżejszych. Klękała wtedy przy swoim łóżku na chodniku utkanym z resztek szarej wełny i do wieczornych pacierzy dodawała kilka szybkich słów prośby względem przyszłego ślubnego. Jaki on miałby być, tego nie wiedziała, wiedziała za to, jaki być nie powinien. Jeśli to nie może być kuzyn Leon, to niech będzie według twego uznania, Panie Boże, byle nie pił za dużo i nie grał w karty, i nie był takim utracjuszem jak ojciec, dodawała zazwyczaj. I tak wymodliła sobie Józefa.

Tego lata zaraz po żniwach ciotka dostała list od swojej przyjaciółki z młodych lat. Przeczytała go w skupieniu raz, a potem drugi i oznajmiła Leokadii, że za dwie niedziele odwiedzi ich daleki krewny czy powinowaty jej kochanej Klementyny. Lea kiwnęła głową, zastanawiając się, co to za sprawa sprowadza do nich takiego gościa. Nie docierało do niej, dlaczego ciotka mówi o nim z takim rozgorączkowaniem.

— Pisze mi droga Klementyna, że to bardzo porządny człowiek, wdowiec i jeszcze w sile wieku. Czterdzieści trzy lata dla mężczyzny to jest dobry wiek, a do tego aptekarz z Warszawy. No i najważniejsze, moja Leo, on szuka kandydatki na żonę, skromnej, roztropnej i pobożnej panny. Klementyna pyta wprawdzie o Manię, ale ja myślę, że ty bardziej się nadajesz — spojrzała przy tym krytycznie na swoją siostrzenicę. — No Leo, musimy się na tę wizytę dobrze przygotować. Trzeba uszyć ci jakąś sukienkę, ta już całkiem do niczego, spłowiała i przykusa w stanie.

I uszyły, z niebieskiego perkalu, prostą, ale z małymi bufkami i z wiśniowymi lamówkami.

— A to nie za strojne dla mnie? — dopytywała się skromnie Lea.

Sukienka bardzo jej się podobała, jeszcze nigdy nie miała takiej ładnej. Zawsze nosiła proste, szyte w domu ubrania, czasami przerabiane z dawnych sukien ciotki.

— Na taką okazję suknia może być trochę przyozdobiona, nie ma w tym nic złego. Chyba nie chcesz, żeby cię wziął za jakąś kuchtę? — odparła ciotka.

Potem uszyły jeszcze jedną, ślubną, już nie kolorową, ale kremową i przybraną koronkami. Ciotka wypruła je ze swojej starej sukni, namoczyła na noc w przekwaśniałej serwatce, a potem wygotowała w mydlinach, żeby odzyskały biel w miarę nieskazitelną; na koniec już lekko podeschłe wyglansowała wilczym zębem — no i wyglądały jak nowe.

Tę drugą suknię też szyły w wielkim pośpiechu, bo pan Józef szybko zdecydował się na ożenek, już przy pierwszej wizycie. Widać było, że poważnie myślał o małżeństwie. Przyjechał w południe na obiad, przywiózł butelkę czerwonego wina, a dla Leokadii pudełko czekoladek od Loursa przewiązane kolorową wstążką. Czekoladki jak czekoladki, ale co to było za pudełko! Prawdziwie eleganckie cacko, wyłożone czerwonym jedwabiem. Pan Józef też był elegancki, pachniał wodą kolońską, a włosy i wąsy miał ułożone na pomadę.

Po obiedzie porozmawiał z wujostwem, po czym zabrał Leo­kadię na spacer, wypytał ją o rodziców, na co odpowiedziała, że jest sierotą, bez ojca i matki, dodając, że ojca zesłano na Syberię i wszelki ślad po nim zaginął. Pan Józef nie wnikał w szczegóły, nie chcąc psuć odświętnego nastroju. Zapytał, jak się jej mieszka u wujostwa, czy zna się na prowadzeniu domu, a potem czy chce za niego wyjść.

Lea przystanęła z wrażenia, nie przypuszczała, że sprawy przybiorą taki błyskawiczny obrót. Spuściła wzrok i gorączkowo szukała jakiejś stosownej odpowiedzi. Nic nie przychodziło jej do głowy.

— Nie wiem — przyznała z wahaniem. — Jak ciotka uważa, że pan się nadaje, to chyba tak.

— A panna Leokadia jak uważa, nadaję się na męża? — zapytał Józef.

Lea przyjrzała mu się. Był niewysoki, tęgawy, twarz miał bladą i wydatny nos, włosy blond, na czubku głowy już mocno przerzedzone, za to wąsy i brodę gęste, rudawe i przystrzyżone zgodnie z najnowszą modą, przez co wydawał się jej nieco podobny do cara Mikołaja II ze zdjęcia w „Kurierze”. Oczy miał Józef zupełnie szare i łagodne, a mimo grubych krzaczastych brwi nie robił wrażenia człowieka zaciętego, skłonnego do gniewu czy gbura. Wygląda schludnie, pachnie też przyjemnie, wodą kolońską i apteką, ale do Leona nawet się nie umywa, stwierdziła w duchu. Ocena nie wypadła specjalnie korzystnie dla Józefa. Wygląd to nie wszystko, tłumaczyła sobie Lea, to porządny człowiek. Po chwili zastanowienia odparła:

— No chyba tak.

— Jak panna Lodzia tak łaskawie mnie ocenia, to nie ma co zwlekać ze ślubem.

— Tylko nie Lodzia! — zaprotestowała gwałtownie. — Proszę mi mówić Lea albo Leokadia.

Spojrzał na nią rozbawiony.

— O, to mi się podoba! Z takim zdecydowaniem pannie do twarzy, panno Leo — zaśmiał się i wziął ją pod ramię.

Potem, po dwóch tygodniach, na Siewną przyjechał jeszcze raz, przywiózł jej pierścionek zaręczynowy, nieduży, ale ładnej roboty, i wtedy omówili sprawy ślubu.

Takie było jej narzeczeństwo, krótkie i bez uniesień. Lea wiedziała, czego od niej oczekiwał — że będzie wypełniała małżeńskie obowiązki, że urodzi mu dzieci, zajmie się domem, posprząta, ugotuje, upierze. Nie liczyła na wiele, o miłości wcale już nie myślała. Starała się być rozsądna, a ślub z panem Józefem był dla niej dobrym rozwiązaniem. Bo gdyby ciotka, nie daj Boże, umarła, a wiadomo, że na każdego przychodzi pora, to co by się z nią, Leą, stało? Chyba musiałaby się przenieść do siostry i szukać jakiejś posady w mieście. Tak więc zgodziła się wyjść za Józefa, którego prawie nie znała i z którym jechała teraz do Warszawy, do swojego nowego domu.

— Daleko jeszcze? — zapytała, spoglądając nieśmiało w jego szare oczy.

O końcu podróży myślała z obawą i ciekawością. Im bliżej była celu, tym więcej miała obaw, a jednocześnie była ciekawa, jaki będzie jej nowy dom.

— Jeszcze z godzinkę jazdy. Spod dworca weźmiemy dorożkę i migiem będziemy u siebie. — Odparł z dumnym uśmiechem wprowadzającego nowicjuszkę w szeroki świat. — Zmęczona jesteś?

— Trochę — przyznała i naciągnęła na siebie gruby wełniany szal. Chciała się w nim zatopić, ukryć jak za zasłoną.

Pogodny październikowy dzień dobiegał końca, widoki za oknem rozmywały się w szarości, a gdy wraz z zapadającym zmierzchem wróciły wspomnienia, przymknęła powieki. Wiedziała, że nie powinna się zamartwiać i nie powinna tyle rozmyślać o przeszłości. To, co minęło, już nie wróci, ciotka często jej to powtarzała.

— Chodź, nie gap się — powiedziała i zabrała ją z ganku, gdy żandarmi przyszli po ojca i prowadzili go przez podwórze. — Nie ma za kim się oglądać, zmarnował życie twojej matce i nam wszystkim. Tylko wstyd przyniósł i pohańbienie — mówiła, a jej twarz przybrała jeszcze bardziej surowy wyraz niż zwykle. Grube brwi ściągały się, tworząc na czole groźny, podobny do czarnego ptaka znak. — Lepiej by było, gdyby twoja matka nigdy go nie spotkała. Taki wstyd przez niego spadł na rodzinę, taki wstyd — powtarzała z odrazą. — A płacz też nic nie pomoże. Na nic to wszystko.

***

Dlaczego ciotka była w ich domu właśnie tego dnia, gdy zabrano ojca, tego Lea już nie pamięta. Mogła się jedynie domyślać, że chciała wesprzeć swoją siostrę, matkę Lei, która zwykle uciekała przed kłopotami w sen zaprawiony kroplami na uspokojenie albo dodawała sobie otuchy kieliszkiem wiśniówki wypijanym po kryjomu za drzwiczkami starego kredensu.

— Teraz za późno na żale. Nie ma co rozpaczać, wyroki boskie trzeba przyjmować z pokorą, zwłaszcza jeśli nic się wcześniej nie robiło, żeby się przed nimi ustrzec.

Ciotka wypowiadała te gorzkie słowa surowym tonem, w którym nie było ani żalu, ani litości, tylko przyczajony gniew. Patrzyła przy tym na swoją siostrę, która płakała rzewnymi łzami, nie próbując ukryć rozpaczy i bezradności i nie zważając na obecność przestraszonych dzieci.

Bo tak po prawdzie to matka Lei była ulepiona z zupełnie innej gliny niż ciotka i do niczego się nie nadawała, była delikatnej urody i konstytucji, łatwo się wzruszała, łatwo łapała katary, była lękliwa i wiecznie zmarznięta. Przez tę swoją delikatność, którą wzięła nie wiadomo po kim, nie miała siły wziąć się w garść, otrzeć łzy i zakasać rękawy. Nie była z tych, co walczą o swoje, jak jej starsza siostra Anastazja — stanowcza, uparcie dążąca do celu i pozbawiona złudzeń.

To ciotka zdecydowała, że zabierze Leę do siebie, a kiedy coś postanowiła, konsekwentnie wprowadzała to w czyn. Była silna duchem, a do tego rozsądna. Jej chłodny, wyważony sąd sprawiał, że to do niej spieszono po pomoc i radę. Jej małżeństwo też było rozsądne i bardziej udane od małżeństwa siostry. Anastazja wyszła za właściciela kilku młynów, człowieka pracowitego, z głową do interesów, jednak bez koneksji i pretensji do dobrego pochodzenia. Jej mąż, wuj Kacper, nie był lubiany w rodzinie, uchodził za gbura i skąpca, człowieka przebiegłego, chytrego i pospolitego, który nie nosił kapelusza nawet do kościoła.

— Wiadomo, kto się chamem urodził, chamem zostanie — twierdził ojciec Lei i powtarzał to za każdym razem, gdy ten nie chciał mu pożyczyć pieniędzy, a potem wykupić jego weksli.

A wuj Kacper nie zamierzał wspierać hulaki i utracjusza.

— Nic nie dam, nie po to harowałem całe życie, żeby taki nieudacznik miał za co pić i grać w karty. Nie dostanie ode mnie nawet złamanego grosza. — Tak powiedział i słowa dotrzymał.

Było, minęło, pomyślała z westchnieniem Lea. Wpatrywała się w umykający za oknem pociągu krajobraz i czuła się coraz bardziej niepewnie.

— O czym tak rozmyślasz? — zapytał Józef. — Może zjesz ciasto albo napijesz się herbaty? Zaraz powinniśmy zatrzymać się na stacji w Jabłonnie, tam jest bufet, można napić się i coś zjeść przed dalszą podróżą.

— Nie, dziękuję, głodna nie jestem, ale napiłabym się herbaty — odparła z niepewnym uśmiechem. — Chociaż nie, nie rób sobie kłopotu.

— Jaki to kłopot? Poczekaj, zaraz ci przyniosę — poderwał się z siedzenia. Pociąg zaczynał zwalniać i zatrzymał się na stacji. Józef wysiadł, a po kilku minutach zastukał do okna przedziału. Lea zwolniła pasek podtrzymujący szybę.

— Herbata z sokiem dla łaskawej pani — powiedział z uśmiechem i podał jej szklankę.

Herbata była słodka jak ulepek. Lea piła małymi łykami, bo też trudno to było przełknąć — chyba dostała podwójną porcję soku. Zerknęła na Józefa i zauważyła, że przyglądał się jej z zadowoleniem. Na razie jest dobrze, ale czy zawsze będzie mi z nim tak słodko? — zapytała samą siebie w myślach. Zawsze będzie taki uprzejmy? I jak ja z nim w ogóle wytrzymam zamknięta w czterech ścianach? Przecież wcale go nie znam. Co ja będę tam robiła?

Nigdy nie myślała o tym, że zamieszka w mieście. Nie pasowała do miasta, lubiła świeże powietrze i otwartą przestrzeń, nieograniczoną rzędami domów i murów. Lubiła pola, łąki i ogród, tam czuła się u siebie, nawet w zimowe dni chętnie wychodziła na dwór i patrzyła na drzewa i uśpione ule. A miasto, czyli Mława, bo innego nie znała, to był dla niej labirynt ulic, podwórek i skwerów, na których rosły rachityczne drzewa obskubane przez dorożkarskie konie. Warszawa musiała być jeszcze gorsza, ale klamka zapadła i nie było odwrotu. Teraz Józef będzie prowadził ją przez ten labirynt, musi zdać się na niego, zaufać mu. Musi ułożyć sobie z nim życie, starannie i z namysłem, tak jak ściele się łóżko dla nowożeńców.

***

Na noc poślubną, którą Lea i Józef spędzili w domu u wujostwa, ciotka kazała przyszykować dla nich gościnny pokój, ten, w którym kiedyś mieszkał jeden artysta, co malował świętych, a w przypływie natchnienia wiejskie pejzaże. Stało tam podwójne łóżko, stare, ale z nowym siennikiem i zasłane świeżą bielizną, wykrochmaloną i wyprasowaną przez Agatę.

Późno w nocy, kiedy wesele dobiegało końca, pan młody został w stołowym z wujem Kacprem, wypił z nim kieliszek wódki — jeden, a może dwa, i czekał, aż poproszą go do sypialni. A Lea poszła z ciotką przygotować się.

— Założysz koszulę i położysz się, a reszta to już sprawa męża — powiedziała ciotka.

— Ale jak? Mam tak leżeć jak kłoda?

— Już ty nie udawaj naiwnej — burknęła ciotka — swoje lata masz i wiesz, w czym rzecz. Tylko z niczym się nie wyrywaj. To do niego należy inicjatywa, więc rób, co ci każe. Jak dziewczyna za bardzo wyrywna do tych rzeczy, to tylko źle o niej świadczy. Małżeństwo to nie jakaś tam miłostka, nie jest dla uciechy, to sakrament święty i wszystko musi być po bożemu. I pamiętaj, żeby zawsze być skromną, zakrywać się, zakładać koszulę i gasić lampę, tak żeby wstydu nie było. To dobranoc — powiedziała poważnym tonem i wyszła z pokoju.

Lea została sama. Ciężko jej było na sercu, bo wcale nie spieszyła się do tego, by poznać małżeńskie rozkosze. Mimo to posłusznie ściągnęła z siebie suknię, gorset i koszulę. Nalała wodę do miski, ochlapała twarz, potem przetarła myjką całe ciało, w końcu wytarła się i włożyła długą białą koszulę, zawiązywaną pod szyją. Podeszła do łóżka i poprawiła koszulę, żeby dokładnie ją okrywała. Położyła się i naciągnęła kołdrę pod samą brodę, przytrzymując ją rękami, i czekała. Kręciło się jej w głowie od wina i od tańca, zdawało się, że pokój krąży wokół niej. Czuła, jak serce jej wali z emocji. Chciałaby mieć już za sobą tę pierwszą noc, ale była też ciekawa, jak to będzie.

Pan młody, którego wuj Kacper już dobrze zaprawił kilkoma kieliszkami, wszedł do pokoju nieco chwiejnym krokiem, usiadł na łóżku i spojrzał na Leę.

— Jesteś tam czy cię nie ma? Ledwo cię widać spod tych piernatów — zaśmiał się i odsunął kołdrę, którą ona starała się przytrzymać.

— No, myszko, nie chowaj się, to nie takie straszne, potem ci się spodoba, zobaczysz — szepnął, nachylając się nad nią. — Nie bój się, nic złego ci się nie stanie — dodał i zaczął rozwiązywać jej koszulę.

Lea wstrzymała oddech. Była już zupełnie trzeźwa i najchętniej uciekłaby od niego, ale wiedziała, że co się odwlecze, to nie uciecze.

— Lampa! — jęknęła.

— Co?

— Zgaś lampę. Ciotka powiedziała, żeby gasić lampę.

— Też pomysły — mruknął, ale zgasił lampę. Usiadł na łóżku, ściągnął z siebie ubranie i odrzucił kołdrę, a potem przysunął się do Lei, odwiązał troczki jej koszuli i włożył rękę za dekolt. Dłonie miał ciepłe, pożądliwe. Słyszała, że coś do niej szepcze — łagodnie, pieszczotliwie, jakby chciał ją uspokoić, ale nic do niej nie docierało, bo serce wciąż waliło jak młotem, zagłuszając jego słowa. Po chwili poczuła, jak Józef przesuwa dłońmi po jej wykrochmalonej koszuli i podciąga ją do góry, odsłaniając jej nogi i brzuch. Za moment opadł na nią, wciskając się między jej uda z taką zachłannością, że jęknęła z zaskoczenia. Poddawała mu się, bojąc się nawet oddychać. Łóżko skrzypiało, a jej serce wciąż waliło, miała wrażenie, że czas się zatrzymał. Najpierw zamknęła oczy, a potem je otworzyła i wpatrywała się w ciemność. Utkwiła wzrok w tym punkcie sufitu, w którym rano dostrzegła resztki pajęczyn.

— Moja mała myszka — wyszeptał w końcu Józef i z westchnieniem położył się obok niej na wykrochmalonych poduszkach.

Oddychał ciężko, a jej dudniło w skroniach. Leżała bez ruchu i czuła, jak strużka krwi wypełzła na jej udo. Łaskotała ją jak mucha wędrująca po nodze, znacząc koszulę i ją samą. Czuła się zawstydzona i upokorzona, tak jak wtedy, gdy zachorowała na solitera i felczer stawiał jej bańki na brzuchu. Ale już po wszystkim, pomyślała z ulgą. Już się stało. I o co tyle gadania? Teraz jestem inna? Naznaczona? Gorsza czy lepsza? Należę do niego, a nie do siebie?

Czekała, aż on zaśnie. Kiedy usłyszała jego równomierny oddech, ostrożnie odsunęła kołdrę i wstała. Odeszła w kąt pokoju, gdzie stała miska i dzbanek z wodą. Rogiem umoczonego w wodzie ręcznika zaczęła zmywać krew z uda. Potem przebrała się w czystą koszulę, która leżała na skrzyni. Obejrzała się za siebie i przez chwilę nasłuchiwała, a gdy się upewniła, że on śpi, narzuciła chustę i wyszła z pokoju.

Dom był pogrążony w ciszy. Goście odjechali, zostali tylko domownicy i najbliższa rodzina. Chciała pójść na górę do swojego starego pokoju, w którym teraz spała Mania, chciała trochę tam posiedzieć i żeby było tak jak dawniej, żeby nie musiała stąd wyjeżdżać. Kiedy wchodziła do sionki, drzwi zaskrzypiały i usłyszała za sobą cichy, karcący głos ciotki Anastazji:

— A ty gdzie? Wracaj do męża!

— On śpi — odparła.

— A jak się obudzi i zobaczy, że ciebie nie ma?!

— To powiem, że poszłam za potrzebą.

— Już ty nie musisz za żadną potrzebą. Idź do niego, tam teraz twoje miejsce — powiedziała szybko, a potem dodała łagodniej: — No, idź, dziecko, idź spać.

— Kiedy nie mogę zasnąć.

— Jak będziesz łaziła po nocy, tym bardziej nie uśniesz — burknęła ciotka i znowu złagodniała: — Chodź do kuchni, dam ci coś na spanie.

W kuchni pod płytą jeszcze się żarzyło, ciemnoczerwone światło ledwo zarysowywało kontury stołu, sprzętów i śpiących ludzi. Urszulcia, wsparłszy głowę na stole, zasnęła wśród resztek weselnej uczty, w kącie obok kosza z drewnem spała Agata, a tuż obok niej Wojtek, pomocnik wuja. Ciotka popatrzyła na to ze zgrozą, ale nic nie powiedziała.

— Zaczekaj — powiedziała i znikła za drzwiami pokoju stołowego. Po chwili wróciła z kieliszkiem nalewki. — Masz, wypij.

Lea wypiła bez słowa, skrzywiła się i odstawiła kieliszek.

— Teraz wracaj do niego i spróbuj zasnąć — powiedziała z westchnieniem. — Tak trzeba, dziecko. No idź już, idź.

Gdy Lea wróciła do pokoju, Józef spał, lekko pochrapując. Nie czuła zmęczenia. Położyła się na skraju łóżka, jak najdalej od niego, i wsłuchiwała się w dźwięki uśpionego domu. Nad ranem wreszcie zasnęła.

Wyjechali dwa dni po ślubie. Cała wyprawa Lei zmieściła się do drewnianego kufra — jej dwie sukienki, kaftanik, koszule i pantalony, lniane prześcieradła, powłoczki, ręczniki, a do tego różaniec ze szklanych liliowych paciorków, książeczka do nabożeństwa, stara kantyczka i dwa obrazki, jeden z Matką Boską Częstochowską, a drugi ze świętym Franciszkiem z Asyżu, który Lea kupiła kiedyś na odpuście. Na wierzchu położyła niebieską wełnianą lizeskę, którą Mania zrobiła dla niej na szydełku.

— Bądź szczęśliwa, siostruniu — powiedziała Mania na pożegnanie i wcisnęła jej do ręki zawiniątko z pieniędzy. — Schowaj to na czarną godzinę. Gdyby było ci źle, to przyjedź do mnie — wyszeptała Lei do ucha i ucałowała w policzki, a potem się rozpłakała.

Dobra z niej dziewczyna, może to ona powinna wyjść za Józefa, pomyślała Lea, może lepiej by się dla niego nadawała i doceniła szczęście?

Ciotka też żegnała Leę ze łzami w oczach, a jej głos jeszcze teraz dźwięczał Lei w głowie:

— Kamień spadł mi z serca, Leo. W końcu wyszłaś za mąż, więc nie będę się dłużej zamartwiała, że po mojej śmierci zostaniesz sama, zdana na łaskę innych. Bogu trzeba za to dziękować, a najbardziej Matce Boskiej, bo ona łaskawa dla sierot. Pamiętaj, módl się do niej, niech tobą kieruje. Teraz też ci nie będzie łatwo — mówiła szybko, jakoś niespokojnie. — I pamiętaj, czego cię uczyłam: bądź mądra i wyrozumiała, żeby mąż nie musiał się na ciebie gniewać, bo i bez tego kłopotów ci nie zabraknie. No a jak Pan Bóg wam pobłogosławi i dzieci przyjdą na świat, to będziesz miała jeszcze więcej zmartwień. Ale nie myśl teraz o tym, ciesz się ze swego szczęścia. I napisz, jak ci się wiedzie — dodała, ocierając łzy.

Wuj odwiózł ich na pociąg i dopilnował, żeby dobrze zapakowali kufer i kosze z wiktuałami, które przygotowała im Urszulcia.

— Jedźcie z Bogiem — pożegnał ich pobożnie, choć nigdy pobożny nie był. — Jedźcie z Bogiem.

I tak Lea pojechała na swoje.

***

Przed wieczorem zajechali na Dworzec Główny Kolei Nadwiślańskiej. Kiedy wysiedli, Lea czuła się oszołomiona hałasem i wszechobecnym tłokiem. Wszyscy się dokądś spieszyli; ktoś ją potrącił, gdy stanęła i rozglądała się niepewnie.

— Chodź — Józef wziął ją pod ramię. — Chodź, bo jeszcze mi się zgubisz — dodał zatroskany.

Do domu przyjechali dorożką. Podczas jazdy objaśniał jej, gdzie są i jak daleko jeszcze do domu. Lea słuchała i potakiwała, patrzyła na mijane po drodze ulice, place, domy i kościoły trochę z obawą, a trochę z podziwem. Im dłużej jechali, tym gorzej się czuła — coraz mniejsza, zagubiona i przytłoczona wielkością miasta. Jak tu się nie zgubić? — myślała zaniepokojona. I jak się odnaleźć?

— Już niedaleko. Zaraz będzie plac Krasińskich — trzymał ją za rękę jak dziecko, które pierwszy raz idzie do szkoły. — A potem to już tylko kilka minut i będziemy na miejscu.

W końcu dorożka zatrzymała się na wąskiej uliczce wyłożonej kocimi łbami. Z obu stron wznosiły się rzędy starych kamienic. Na jednej z nich, przy której się zatrzymali, wisiał duży szyld wypisany po rosyjsku, a obok po polsku: APTEKA.

— Jesteśmy na miejscu — oświadczył uroczyście, podając jej rękę, gdy wysiadała z dorożki.

Weszli do środka. Lampy naftowe oświetlały wnętrze, zastawione szafami sięgającymi aż pod sufit. Zza lady wyszedł do nich młody mężczyzna i nie zwracając uwagi na klientów stojących przy kontuarze, powiedział:

— Pan prowizor z żoną! — powitał ich i skłonił się przed Leą. — Rączki całuję wielmożnej pani aptekarzowej. I winszuję państwu z całego serca.

Za nim dwóch chłopaków wyjrzało z pomieszczenia na tyłach apteki: jeden wysoki, z burzą kręconych rudych włosów i zuchwałym uśmiechem, a drugi drobny, nieśmiały blondyn z twarzą pokrytą młodzieńczymi krostami. Józef przedstawił Lei swoich pracowników, a ona uśmiechała się do nich i dziękowała za życzenia, ale nie zapamiętała nawet ich imion ani twarzy. Tyle się działo, tyle nowych rzeczy! Była tak podekscytowana, że na niczym nie mogła się skupić.

Mieszkanie znajdowało się tuż nad apteką; prowadziły do niego wąskie drewniane schody. Kiedyś były to schody kuchenne, ale teraz korzystali z nich wyłącznie pracownicy apteki. Do mieszkania można było wejść również z głównej klatki schodowej, ale Józef zazwyczaj korzystał z przejścia przez aptekę i tędy też poprowadził Leę na górę. Zanim zdjęła płaszcz podróżny, już pokazał jej mieszkanie.

— Teraz to twoje gospodarstwo, jesteś tu panią — powtarzał, prezentując pokoje i kuchnię, która wydawała się jej mała i ciemna.

Podeszła do okna i wyjrzała na podwórze. Zrobiło się ciemno, widziała tylko światła w oknach sąsiednich domów i kontury dachów pod granatowym rozgwieżdżonym niebem. Najgorszy był jednak zapach, który wypełniał całe mieszkanie — obcy, przesycony terpentyną i czymś jeszcze, czego Lea nie umiała zidentyfikować.

— No, jak ci się podoba? — zapytał z dumą w głosie i wygładził swoje wąsy.

— Nie myślałam, że będzie takie… — zaczęła i zamilkła, szukając odpowiedniego słowa. Nie chciała powiedzieć „puste”, więc uśmiechnęła się zakłopotana. — Takie duże… — wystękała w końcu.

Zjedli zimną kolację, którą przezornie zapakowała im Urszulcia. Resztki weselnej uczty, mięs i ciasta. Smakowała jej, pachniała domem. Zmęczenie dawało się jej we znaki, więc siedziała spięta w oczekiwaniu, co będzie dalej.

Józef podszedł do kredensu i wyciągnął z niego butelkę. Napełnił dwa kieliszki ciemnym ziołowym eliksirem i podał jej jeden.

— Elixir ad longam vitam — powiedział tajemniczo i zaraz wyjaśnił: — Eliksir na długie życie, specjalnie dla nowożeńców, wypij do dna. — Popatrzył na nią z uśmiechem i sam wypił trunek jednym haustem.

Spróbowała, ale nie smakował jej. Miał ostry posmak, jednocześnie słodki i gorzki, jak życie, które ją czekało. Skrzywiła się.

Józef wydawał się rozbawiony.

— Wypij do dna, żeby nam się dobrze działo — zachęcał.

Wypiła posłusznie, aż zrobiło jej się ciepło w żołądku. Przyciągnął ją do siebie i pocałował w usta. Poczuła smak ziołowej nalewki i łaskotanie jego wąsów na swojej twarzy.

Odsunęła się od niego. Lekko oszołomiona usiadła z powrotem na krześle.

— Kręci mi się w głowie — usprawiedliwiła się.

— Mocna wódka, to musi się w głowie zakręcić — powiedział i spojrzał jej w oczy. — Może będziesz trochę weselsza. Postaraj się. Postaraj się być szczęśliwa — dodał i poprowadził ją do sypialni. Potem czekał, aż się przygotuje.

Nie spieszyła się i próbowała o niczym nie myśleć. Starannie złożyła ubranie na krześle i myła się długo, jakby chciała odwlec tę chwilę, gdy będzie gotowa, żeby go przyjąć. W końcu stanęła przed nim wyprostowana i nieruchoma jak słup soli obleczony w płócienną koszulę.

Uniósł lekko brwi i popatrzył na nią jakby zatroskany.

— Lea, nie ma się czego wstydzić, przed mężem niczego nie musisz ukrywać — mówił, dotykając jej małych piersi. Jego głos stał się chropawy i głęboki, jak wabik na dzikie kaczki. — Zdejmij to — poprosił.

— Nie — pokręciła przecząco głową i przytrzymała koszulę pod szyją. — Nie mogę.

— Możesz — odparł i nie czekając na jej ruch, ściągnął z niej koszulę. — Teraz jest znacznie lepiej.

Zamknęła oczy i czekała, poddając się jego dotykowi. Próbowała sobie wyobrazić, że jest gdzieś indziej, gdzieś daleko stąd, że pływa w rzece, a woda obmywa jej ciało i rozpryskuje się na ramionach. Nie na wiele się to zdało: była z nim w obcym pokoju, w cudzym łóżku, w pościeli o obcym zapachu; on też był wciąż obcy i czuła go każdym fibrem swojego ciała, każdy jej nerw był napięty do granic możliwości i buntował się przeciw temu, co z nią robił. Zagryzała wargi, żeby nie pisnąć. Trudno, tak trzeba, mówiła sobie. Zasnęła zmęczona, ale w nocy obudziła się z uczuciem niepokoju. O Boże, jak ja z nim wytrzymam? Nie było na to innej odpowiedzi niż ta, że tak trzeba. Więc tak trzeba, powtarzała potem często.

***

Mieszkanie znajdowało się nad apteką. Składało się z trzech pokoi, a okna dwóch z nich wychodziły na ulicę Piwną. Z okien sypialni i przylegającej do niej kuchni był widok na podwórze, na którym od rana krzątali się ludzie — słychać było rumor i pokrzykiwania domokrążców.

— Wengle do samowara! Wengle!

— Noże ostrzem, nożyczki, garnki drutujem!

— Szmaty kupujem! Stare szmaty, gałgany! — wołali na różne tony, wchodząc na podwórze.

Ich głosy dopasowywały się do siebie i przechodziły jedne w drugie; mieszały się ze skrzypieniem wózków, szuraniem miotły i kubłów oraz trzaskaniem zamykanych okien. W południe przychodziła pora na katarynki i smętne ballady podwórkowych muzykantów. Od rana do wieczora towarzyszył temu szelest gołębich skrzydeł, ćwierkanie wróbli i soczyste zarazy, cholery i psiekrwie wyfruwające z ust mniej eleganckich mieszkańców.

Lea, nawykła do wiejskiego życia, zwykle budziła się wcześnie, ale pierwszego dnia na nowym miejscu zaspała. Obudziło ją bicie kościelnych dzwonów. Gdy otworzyła oczy, stwierdziła, że Józef już wstał i mył się za parawanem. Kiedy skończył, podszedł do niej i ucałował ją w czoło.

— Jak się dziś masz? — zapytał.

— Zaspałam — zaczęła się tłumaczyć, odgarniając włosy. — Taka byłam zmęczona.

Słuchał z pobłażliwym uśmiechem, bardziej zwracając uwagę na jej całkiem ładne ramiona niż na słowa usprawiedliwienia. Zawstydzona okryła się kołdrą, żeby nie dostrzegł jej nagości. Nie mogła siać zgorszenia. Golizna to dopust boży, ciotka tyle razy jej to powtarzała.

— Wstawaj, zjemy śniadanie, bo potem muszę zejść do apteki.

Gdy wyszedł z sypialni, wyskoczyła z łóżka, szybko się ubrała i poszła do kuchni. Wyjęła z kosza bochenek domowego chleba i zanim ukroiła pierwszą kromkę, nakreśliła na jego spodniej stronie znak krzyża, tak jak robiła jej babka, a potem ciotka.

— W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, oby nam nigdy chleba nie zabrakło — powiedziała uroczyście i podała mu kromkę, masło, ser i konfitury.

— Nasze pierwsze śniadanie w domu — odparł z lekkim westchnieniem i dodał: — Trochę późno się zrobiło, zwykle jem przed siódmą.

— Dobrze, będziemy jeść wcześniej — odparła zgodnie.

Pomyślała, że teraz każdy dzień będzie się tak zaczynał, wspólnym śniadaniem, herbatą, do której pewnie przyzwyczai się tak jak do niego. A co potem? Co będzie dalej? Tego nie mogła przewidzieć.

— Ja tak rano nie jadłam, najwyżej mleka się napiłam — powiedziała, byle coś powiedzieć, byle nie zaległa między nimi cisza.

Józef nie zwracał na to uwagi. Nie był zbyt rozmowny, myślami był już gdzie indziej, zjadł i wstał pospiesznie.

— Muszę iść, zobaczyć, co tam w aptece. Kilka dni mnie nie było, mój wspólnik pewnie nie może się już mnie doczekać. Bo z tych dwóch chłopców, których wczoraj widziałaś, nie ma żadnej wyręki. Dopiero uczą się, stale trzeba patrzeć im na ręce, kontrolować, żeby czegoś nie pomieszali — wyjaśniał. — Zajrzę do ciebie w ciągu dnia, jak tylko znajdę chwilę. Teraz rozejrzyj się, rozpakuj — dodał. Pocałował ją, ścisnął dłoń i wyszedł.

***

Apteka to nie było miejsce dla kobiet. Tak jak w młynie wuja, tak i w aptece Józefa Lea tylko zawadzała. Nawet jeśli nic nie mówiła, to rozpraszała uwagę, burzyła spokój i naruszała harmonię, wewnętrzny układ sił między pracownikami. Kiedy Józef po raz pierwszy zaprowadził ją wąskimi schodami na dół, żeby pokazać swoje miejsce pracy, szybko to wyczuła. Męski świat, logiczny i poukładany, skatalogowany jak leki i lecznicze substancje, które przechowywano w aptecznych repozytoriach, olbrzymich szafach naszpikowanych szufladkami. Nie było tu miejsca na babski rozgardiasz, rozgadanie i nieuwagę. Każda czynność musiała być wykonana zgodnie ze sztuką aptekarską, lege artis, z najwyższym skupieniem. Lea chodziła niemal na paluszkach, wstrzymywała oddech, mówiła szeptem, nie chciała rozproszyć powagi malującej się na twarzy Józefa i jego uczniów. Nawet przez myśl jej wtedy nie przeszło, że apteka nie jest wcale spokojnym i bezpiecznym miejscem, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, a nawet na drugi. Musiało upłynąć nieco czasu, nim się zorientowała, że i tu mogą dziać się rzeczy, o których będzie chciała zapomnieć. Ale jesienią 1895 roku, kiedy Józef oprowadzał ją po aptece, nic tego nie zapowiadało.

Najpierw pokazywał jej izbę ekspedycyjną, gdzie za solidnym kontuarem z dębowego drewna, zajmującym niemal całą szerokość izby, stał elegancki i wymowny pan Emil Zydlewicz. Obsługiwał klientów, wyjmując z półek, przegródek i stojących za nim szaf tabletki, krople, syropy, maści i różnego rodzaju gotowe specyfiki, a następnie półgłosem objaśniał kupującym, jak należy stosować lekarstwo. Lea patrzyła na niego z uznaniem, był drobny, jasnowłosy, nieco niższy od Józefa, ale poruszał się szybko i z gracją gibkiego tancerza, w mig odnajdując pożądany produkt. Czy to był krem do pielęgnacji delikatnej kobiecej cery, czy proszek na karaluchy, czy środek na laksowanie, pan Emil podawał go z miną godną i wyrażającą absolutną dyskrecję i powagę sekretnej chwili, gdy klient zwierzał mu się ze swych trosk, potrzeb czy zachcianek i prosił o poradę. Pan Emil słuchał uważnie, ze zrozumieniem kiwał głową i od pierwszego wejrzenia budził zaufanie.

— Pan Emil jest naszym głównym ekspedytorem. Klienci, a zwłaszcza panie, bardzo go chwalą — szepnął jej Józef i dalej oprowadzał po swoim królestwie.

Pokazał jej piękną nową kasę, która stała na stole obok pulpitu pana Emila. Kosztowała majątek i z każdym dotknięciem klawisza wydawała dźwięk zbliżony do cmoknięcia. Potem pokazał przeszklone gabloty z kosmetykami i zegar o białej tarczy podobnej do księżyca, umieszczony w zwieńczeniu największej z szaf.

Z ekspedycji wrócili do przedpokoju, z którego wchodziło się także na schody na górę i do piwnicy, do gabinetu i do laboratorium, czyli receptury, gdzie przy masywnym laboratoryjnym stole przygotowywano leki. Panował tam lekki bałagan, Lea nie zwróciłaby na to uwagi, ale Józef był wyczulony; jakby miał dodatkowy zmysł, zaraz wyczuwał atmosferę nieładu. Drobne naruszenie porządku, a nawet jego zapowiedź były dla niego nie do przyjęcia, niczym zwiastuny anarchii i bezprawia. Spojrzał groźnie na uczniów, Filipa i Tymona, którzy z zapałem wzbudzonym jego obecnością zabrali się właśnie do pracy. Filip przesypywał biały proszek do papierowych torebek, posypując przy tym siebie, stół i podłogę. Grzywka opadała mu na oczy, ale Lei wydawało się, że zrobił zeza w momencie, gdy Józef go upominał.

— Co ty robisz! Uważaj, wszystko rozsypujesz. — Józef nie krzyczał. Mówił cicho, ale z naciskiem, a odwracając się do Lei, dodał: — Stale trzeba ich pilnować, żeby czegoś nie zepsuli, żadnej z nich pomocy. Tacy mi się trafili.

Filip miał szesnaście lat, był wysoki i szczupły. Jasnorude włosy, długie rzęsy i zielone oczy dodawały mu uroku, ale poruszał się niezdarnie, jakby rozsadzała go nieujarzmiona jeszcze młodzieńcza energia. Józef nie powierzał mu subtelniejszych prac — uważał, że dopóki chłopak nie poskromi swej wybujałej zamaszystości, powinien wykonywać prace wymagające siły fizycznej. Zatrudniał go do rozdrabniania suchych kłączy pięciornika, rzewienia i kory chinowej, które należało rozcierać w dużych moździerzach. Dopiero gdy Filip się zmęczył, Józef zlecał mu przyrządzanie prostych leków, roztworów i proszków.

Tymon wydawał się przeciwieństwem Filipa, był od niego starszy o rok, ale dużo bardziej dojrzały, poważny, dokładny i uważny. Miał krótki wzrok, stale nachylał się nad robotą, żeby lepiej widzieć, ale dłonie o szczupłych palcach i wiecznie obgryzionych paznokciach miał bardzo zręczne. Józef dawał mu do wykańczania apteczne pigułki, żeby były równiutkie i dokładnie posypane zarodnikami widłaka bądź sproszkowanym korzeniem irysa. Tymon potrafił też zgrabnie formować czopki, gałki i pręciki. Pod czujnym okiem Józefa uczył się robienia leków złożonych, mieszanek, syropów, proszków i win leczniczych, gdy tymczasem Filip musiał w wielkim garnku mieszać klej kostny, z którego sporządzano plastry i opatrunki na wrzody. Filip uważał, że zawsze dostaje czarną robotę. Tak było, bo Filip miał jeszcze jedną wadę, która irytowała Józefa: lubił dyskutować, i to nie tylko o recepturze. Teraz w obecności Lei chciałby coś powiedzieć, ale Józef spojrzał na niego groźnie.

— W aptece obowiązuje cisza — upomniał go.

Chłopak zamknął usta. Tymon zarumienił się za niego, spuścił głowę i z uporem mieszał maść w porcelanowym moździerzu, dokładnie i starannie, żeby nie uronić ani odrobiny. Ale Józef nie był dziś zadowolony z uczniów. Podszedł do Tymona, zajrzał do moździerza i pokręcił głową.

— I co to ma być? — zapytał surowym tonem.

— Maść na odleżyny, panie prowizorze — wybąkał chłopak.

Józef spojrzał na niego z niezadowoleniem.

— Maść? A wygląda gorzej niż… Podgrzej to lekko, bo nic z tego nie będzie.

— Może za dużo od nich wymagasz? — zapytała później Lea.

Józef obruszył się.

— Ależ Lea, to nie jest zabawa. Leków nie można zrobić byle jak, na oko. Wszystko musi być przygotowane dokładnie, według recepty. Muszę od nich wymagać, a oni muszą się nauczyć, żeby potem zdać egzaminy — tłumaczył jej z powagą i przekonaniem, że to najważniejsza rzecz na świecie. — A tu jeden roztrzepany, a drugi gapowaty — krytykował uczniów, aż zrobiło się jej przykro, że tak ich gnębi.

Pomyślała, że pewnie są speszeni jej obecnością, a jak się człowiek peszy, to nic nie wychodzi.

Ją peszył i onieśmielał Józef.

— Lea, tu obowiązują pewne zasady — powiedział, akcentując każde słowo. Zmarszczył przy tym lekko brwi i przypomniał, że apteka to nie miejsce dla kobiet. Niczego nie można zrobić tu ot tak sobie, zwyczajnie. Wszystko musi być zgodne ze sztuką aptekarską, której ona nie zna. I gdy to mówił, patrzył jej w oczy, jakby chciał sprawdzić, czy pojawi się w nich błysk zrozumienia.

Rozumiała, oczywiście, że rozumiała. To szklana góra, lodowiec, na który można wejść tylko pod warunkiem, że nosi się spodnie. Tego jednak nie miała odwagi mu powiedzieć; kiwnęła zgodnie głową w myśl zasad wpajanych jej przez ciotkę Anastazję, że z mężem powinna się zgadzać, a jeśli jest to niemożliwe, przynajmniej powinna mu przytakiwać. Co potem zrobi, to już inna sprawa.

O nic więcej nie pytała, a przecież było tam wiele rzeczy, o których chciałaby się czegoś dowiedzieć. Chociażby… co jest w tych szafach? Chciałaby też zobaczyć, co jest w magazynie, jednym i drugim, co trzymają w piwnicy.

— Szkło, opakowania kartonowe, zapasy płynów… — wyliczał pospiesznie Józef. — Nic, co by cię mogło zainteresować.

— A tam co jest? — podeszła do drzwi po drugiej stronie, na wprost ekspedycji.

Małe pomieszczenie obok receptury oświetlone wąskim oknem wychodzącym na podwórze, które Józef nazywał biurem, pełniło rozmaite funkcje. Było pokojem do pracy, biblioteką, miejscem, gdzie przyjmował interesantów. Tu stała szafka, w której przechowywano silnie działające leki i trucizny, oczywiście zamykana na klucz, a także przeszklona gablotka z wagą analityczną. Na dużym blacie biurka Józef trzymał notatnik i księgę apteczną, do której wpisywał wykonywane recepty, odnotowywał zużycie surowców i ich koszt. Była tam też lampa osłonięta zielonym półkloszem i przybory do pisania. To tu, w otoczeniu półek i szaf zapełnionych książkami i manuałami Józef przesiadywał na krześle obitym brązową skórą, ślęcząc do późna nad zamówieniami, receptami i rachunkami.

Józef był pedantyczny, każda rzecz musiała leżeć na miejscu do tego przeznaczonym. Lubił, żeby wszystko było przewidywalne — przedmioty i ludzie, a nawet pogoda. Przy wejściu do apteki kazał zainstalować termometr, a w biurze na ścianie umieścił barometr i sprawdzał jego odczyty kilka razy dziennie. Pukając w drewnianą obudowę palcem, sprawdzał, czy aby nie przekłamuje, a po tym rękoczynie zapisywał wyniki w kajecie.

Teraz rzucił tylko na niego okiem, omiótł wzrokiem apteczne wnętrze, sprawdził, czy zegar się nie późni, skontrolował porządek w laboratorium i wygładzając lewą brew, zapytał:

— No i co powiesz, jak ci się podoba? — Na jego twarzy malował się wyraz dumy popartej przekonaniem, że na to wszystko zapracował, może nie sam, ale w połowie.

Nie wiedziała, co powiedzieć.

— Podoba mi się, ale… To jest dla mnie takie obce, tyle tu tego, tych szaf i półek, szufladek, niczego nie potrafiłabym znaleźć — przyznała zawiedziona, że nic mądrego nie przychodzi jej do głowy. — I pachnie, jakbyś miał w tych szafach wszystkie przyprawy — dodała, chcąc sprawić mu przyjemność. Czuła się niemal jak w kościele, niepewnie, jakby znalazła się w obliczu tajemnicy, którą celebrował Józef.

— Przyprawy? — popatrzył na nią z pobłażaniem. — To nie jest kuchnia, Lea. To laboratorium apteczne.

Pewnie, że to nie kuchnia, odparła mu w myślach. Obco tu, tyle sprzętów, tyle wszystkiego, ale pusto i zimno. Nieznośnie pusto. To twój świat, nie mój.

Czuła się zagubiona i onieśmielona. Wszechobecne łacińskie napisy na słojach, flaszach, puszkach i białych emaliowanych plakietkach przymocowanych do frontów szuflad wyglądały nieprzystępnie: Cera alba, Talcum Venetum, Extractum Opii siccum, próbowała zrozumieć, ale znała tylko zwykły talk i ekstrakt z kości wołowych, który Urszulcia czasami dodawała do zupy, żeby była bardziej mięsna. W ogóle u ciotki w kuchni było zawsze głośno, życie aż kipiało, jak potrawy w garnkach, chyba że akurat piekły się baby wielkanocne, to wtedy nie, wtedy trzeba było chodzić na paluszkach, uważać na przeciągi, nie trzaskać drzwiami, żeby nie opadły. Ale tak na co dzień zawsze coś się tam działo. A w aptece panowała cisza, przerywana tylko rytmicznymi uderzeniami pistla2.

Tu obowiązuje cisza, cisza i skupienie, powtarzał jej Józef, kładąc wymownie palec na ustach. W aptece wszystko trwało w ciszy, względnej oczywiście, bo nie sposób bezszelestnie rozbijać w moździerzu twardych korzeni rzewienia ani rozcierać maści czy kruszyć kryształów tymolu i grudek pachnącej żywicy, ale rozmowy przy pracy były ograniczone do niezbędnego minimum. Cisza wisiała w powietrzu. Uczniowie mówili półgłosem, Józef odpowiadał im półtonem lub szeptem miarowym jak kapanie destylowanej wody, poważnym jak łacińskie formuły ad usum internum, ad manus medici, quantum satis…3 Amen, chciałaby odpowiedzieć Lea. Wszystko było dla niej nieprzystępne i niemal wrogie. Nawet zwykła dziewanna nazywała się tu Verbascum, a pięciornik Potentilla tormentilla.

Ale pracownicy apteki wydawali się jej sympatyczni, zwłaszcza pan Emil zrobił na niej dobre wrażenie człowieka uprzejmego i godnego zaufania. Prawdziwy dżentelmen, myślała o nim. Uczniowie też nie byli tacy najgorsi, jak mówił Józef, na pewno dużo grzeczniejsi od chłopaków, którzy pracowali u wuja we młynie, przynajmniej na takich wyglądali. Jedynie współwłaściciel apteki, pan Reutowicz, od pierwszego spotkania wzbudził w niej nieufność. Z pewnością wiele kobiet uznałoby go za przystojnego mężczyznę. Był kilka lat młodszy od Józefa, wysoki, szczupły, włosy miał czarne, gęste i lekko falujące, wybrylantynowane. Wysokie czoło, ciemne oczy i szerokie, ładnie zarysowane brwi nadawały jego twarzy wyraz powagi i skupienia, a silnie zaznaczony pod­bródek wskazywał, że jest to człowiek uparty, mocnego charakteru, i tylko zakręcone z fasonem wąsy pozwalały domniemywać, że nie jest całkowicie pozbawiony fantazji. Właściwie nic nie można było mu zarzucić, był uprzejmy, miał przyjemny, można nawet powiedzieć, że wypieszczony głos, ale kiedy się z nią przywitał, jego oczy pozostawały zimne jak lód. Dotyk jego dłoni również był zimny, pełen rezerwy.

— Miło mi panią poznać. Cieszę się ze szczęścia mojego przyjaciela, a pani gratuluję — powiedział bardzo uprzejmie i gładko. Lekki uśmiech wyższości, który nie znikał z jego twarzy, mówił jej jednak coś innego.

Lea odczytała to jako ostrzeżenie: uważaj, dziewczyno, z nim mogą być kłopoty. I było to słuszne spostrzeżenie. Kiedy kilka dni później zeszła powiedzieć Józefowi, że wychodzi na zakupy, przez uchylone drzwi biura dobiegł ją głos Reutowicza.

— Ta twoja Leokadia, przykro mi mówić, ale uważam, że bardzo niefortunnie wybrałeś. Co ty w niej widzisz? Przecież to wiejska dziewczynina, zupełnie nieokrzesana, nie dorasta ci do pięt, nie wiem, czy wziąłbym ją na gosposię. Nawet nie jest ładna, chociaż to już kwestia gustu, ale nie musiałeś od razu się z nią żenić.

Być może powiedział szczerze, co myśli, ale dotknęło ją to do żywego; nie mogła puścić tego mimo uszu. Z impetem weszła do środka i zmierzyła go wzrokiem.

— Dobrze, że tego nie słyszałam, panie Reutowicz, bo pomyślałabym, że chce mnie pan obrazić.

Reutowicz wcale się nie przejął nagłym pojawieniem się Lei.

— Pani wybaczy, to nie było przeznaczone dla pani uszu — odparł, obdarzając ją przelotnym lodowatym spojrzeniem.

— Może jestem wiejską gęsią, ale nawet ja wiem, że przy otwartych drzwiach takich rzeczy się nie mówi — powiedziała zdenerwowana, odwróciła się na pięcie i pobiegła na górę, zapominając, że potrzebuje kilku rubli na zakupy. Najchętniej trzasnęłaby drzwiami, ale powstrzymała się ze względu na Józefa, który ruszył za nią.

— Lea! — zawołał na schodach. — Nie bierz sobie tego do serca, czasem go poniesie.

— Pozwalasz na to!

Była zła i na niego, że nie zaprotestował, nie stanął po jej stronie. Może zresztą nie zdążył, bo szybko weszła. Ale pan Reutowicz nie zaskarbił sobie jej sympatii.

***

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

1 Data według kalendarzy gregoriańskiego i juliańskiego, który obowiązywał w carskiej Rosji. W Królestwie Polskim niekiedy podawano obie daty, w ten sposób datowano np. niektóre gazety i dokumenty.

2 Pistel — rodzaj tłuczka.

3 Do użytku wewnętrznego, do rąk lekarza, ile potrzeba.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Piołun na zapomnienie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Romanowowie Królowe przeklęte Kacper Ryx i Król Żebraków Turniej cieni Moja piątka z Cambridge Szampańskie dni