Pieczęcie bogów. Szlak wędrowca.

Pieczęcie bogów. Szlak wędrowca.

Autorzy: Rafał Patola

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 24.55 zł

Kochaj, trzymając za rękojeść!


Czy swawolne igraszki z przygodnie poznaną w karczmie ślicznotką mogą stać się początkiem wyprawy w nieznane, gdzie rządzą potężne siły, o których istnieniu nie miało się bladego pojęcia? Mogą. Przekonał się o tym Elf o imieniu Crismo. Odnaleziony w dość frywolnych okolicznościach Dziennik Wędrowca okaże się dla niego historią nie tyle pisaną, co czytaną własną krwią… Wyruszy w podróż, w której konkurenci staną się przyjaciółmi, polityczne sojusze fikcją, a śmiertelne zagrożenia chlebem powszednim. Na drodze Crisma, poza pospolitymi rzezimieszkami i groźnymi bandytami, staną Entowie, Driady, Orkowie i tabuny Goblinów. Najtrudniejszą przeprawę będzie miał jednak z prawdziwą miłością, którą także spotka, podążając tropem Wędrowca…


Laziar otworzył oczy tak szeroko, aż pojawiły się w nich żyłki.

– Słuchaj mnie teraz uważnie – ciągnął Chrabąszcz. – Nigdy nie dopuścimy do tego, by Znicze skompletowano. Przynoszą moc, którą można wykorzystać w niegodziwy sposób, rozumiesz? Wystarczy, że przetrzymasz swój jeden Znicz, a reszta pozostanie bezwartościowa. Przypilnujesz go i nikomu nie oddasz. Dla dobra Crisma i nas wszystkich. Ukryjesz go daleko stąd i sam o nim zapomnisz. Daleko od tej wyspy, wojennego konfliktu, gdzie nikt go nie odnajdzie.

Spis treści

Rozdział 1. Bolesne słowa

Rozdział 2. Cień ucieczki

Rozdział 3. Zioła zdrady

Rozdział 4. Sylwetka sowy

Rozdział 5. Odwet

Rozdział 6. Kwiat nieszczęśliwych

Rozdział 7. Pokój

Rozdział 8. Do dna!

Rozdział 9. Zimny jak sztylet

Rozdział 10. Dawne dzieje

Rozdział 11. Złodziejskie intrygi

Rozdział 12. Więzy niewoli

Rozdział 13. Harmonia

ROZDZIAŁ 1

Bolesne słowa

Wykrzywiony palec, zapewne złamany w wielu walkach, uniósł się ku górze niczym gałązka wyrastająca ponad koronę drzewa. Brud pod paznokciem wskazywał na to, że brodaty starzec albo grzebał w ziemi, albo nigdy nie zażywał kąpieli.

– Który wojownik przydusi gardło bestii? – zachrypiał, a palec zadrżał. – W moich snach czyha na chwilę nieuwagi…

– Skończ biadolić, niedołężny Wieszczku! – ryknął z drugiego końca podpity Elf z kilkudniowym zarostem. – Gdzie ten grajek?! – zwrócił się do swoich towarzyszy. – Dlaczego tu tak ponuro?!

– Śpiewajmy zatem! Więcej piwa! W gardle nam schnie! – zawołał dostojny kupiec.

– Nareszcie dobrze gada! Dolać mu! – zawtórowali pozostali.

Karczma rozbrzmiała śpiewem i stukającymi o siebie kuflami.

Pokraczny palec starego Wieszczka skierował się w surową ścianę z kołem woźnickim i drewnianymi belkami podpierającymi sufit.

– Ty, wojowniku – Wieszczek zwrócił się do pustej ściany – staniesz do walki z mroczną zwierzyną!

– Tam nikogo nie ma! – zaśmiali się goście. – Niech go ktoś odwróci!

– Zmarszczki opadły mu na ślepia, tylko złorzeczy i kradnie datki. – Brodaty pijaczyna z kąta dopił piwo, powstał i zbliżył się do Wieszczka. – Kogo wskazuje twój palec? Mnie? – Przekrzywił głowę. – Raczej nie, bo siedziałem po drugiej stronie. Ściana go pokona? – zapytał cynicznie. – Jedynym mężnym wojownikiem jestem ja, więc wyprostuj nieco palec i wskaż na mnie albo ci go wyłamię! Zdradź, co za zwierz cię trapi, a pokonam go szybciej, niż mrugniesz!

Wieszczek opuścił dłoń i odwrócił głowę. Umoczył język w kuflu z piwem, by przemilczeć swoje przekonanie.

Brodaty zacisnął pięść i wycelował w Wieszczka, lecz przed ciosem osłonił go kolejny Elf z blond włosami sięgającymi ramion.

– Zostaw starca w spokoju! – rzucił Blondyn. Trud wędrówki zarysował się zmęczeniem na jego prostokątnej twarzy. – Wskazał ścianę akurat wtedy, kiedy poszedłem po następną kolejkę. Więc tylko ja mogę pokonać bestię, rozumiesz?!

– Szczur cię pierdolił, przyjacielu! – zaśmiał się Brodaty.

Wieszczek przypatrywał się ze spokojem, sięgnął do sakiewki, wyjął suchy listek nieznanej rośliny i począł powoli go przeżuwać.

– Wypierdolę twoją matkę moim szczurem z gaci! – odgryzł się Blondyn.

Naraz w powietrzu pofrunęły kufle, talerze i krzesła. Blondyn wymierzył pięścią w zęby przeciwnika, a Brodaty sięgnął po koło woźnickie. Przełamał je przez Blondyna na pół.

Następnie rzucili się na siebie niczym wściekłe koguty uzdardzkie wypuszczone z klatek. Mimo przypiętych do pasów mieczy i łuków używali tylko własnych pięści, uderzając nimi naprzemiennie.

Reszta Elfów dopingowała ich w rytmie kufli stukających o drewniany blat.

*

– Więc jak to brzmiało, Crismo? – Kobieta skrzywiła się na widok odstających i skrzywionych szuflad.

– Wyleź, dziewojo, sznupać cię trza! Piękniś pociupnie twego wnętrza! – zaintonował.

– Babcia ci to wymyśliła? – zapytała z sarkazmem.

– Sam, i to na trzeźwo.

– Musiało ci to zająć wiele lat. – Wyszczerzyła zęby. – Nieco tu chłodno.

Crismo dorzucił drwa do kominka jak służący w rezydencji skorumpowanego namiestnika wykonującego błahe zachcianki rozkapryszonej panienki. Jego zielone oczy zalśniły w świetle ognia. Poprawił włosy, które ciągle się zmierzwiały.

– Tylko nie przesadzaj, panie, z tym ogniem, bo będę musiała się rozebrać!

– Lubię, jak mówisz mi po imieniu, Aiseno – odparł głosem uwodziciela.

– Och, Crismo! – zachichotała.

Ujął kobietę za dłoń i zaprowadził nad łóżko.

– Aiseno?

– Tak?

– Zechcesz potowarzyszyć mi tej nocy?

– Jeśli mnie mocno rozpalisz…

– Nie wystarczy, że wsadzę ci kłodę?

Jej policzki sczerwieniały. Ktoś zza ściany zapytał o grajka. Crismo wzdrygnął się, spojrzał na kwadratowy stoliczek. Obok miecza leżała lutnia z wygrawerowanymi inicjałami IN na odwrocie, w której brakowało jednej struny. Broń z instrumentem wyglądały jak dwaj zharmonizowani przyjaciele, z których jeden uosabiał agresję, a drugi spokój.

W sali szynkowej zabawiał się do samej północy, do ostatniej dziewki, która powróciła do swej chaty, pozostawiając samych elfickich pijaczynów i łapserdaków. Takie towarzystwo opuszczał zawczasu, nim któryś rzucił w niego kuflem.

Wcześniej proponował najpiękniejszej dziewczynie jednoosobowy występ w wynajętym na całą noc pokoju. Dzisiaj to Aisena uległa urokliwemu uśmiechowi muzyka.

Usiedli na skraju łóżka.

– Bierz się do roboty! – zawołała, a Crismo ocknął się z zamyślenia. Elfka zdjęła jego koszulę. – A co z tym? – Wskazała karwasz na lewej ręce Crisma.

Wykonano go ze skóry z metalowymi okuciami, po których ostrze wroga się ześlizgiwało. Crismo otrzymał karwasz na pamiątkę

od ojca, który uprzytomnił mu, że w podróżach obok ataku mieczem liczy się również obrona. Karwasz pełnił tę funkcję, choć nie tak doskonale jak tarcza.

– Pani wybaczy, ale z nim się nie rozstaję.

Musnął jej usta swoimi. Spojrzał na jej orli nos, który wygładziłby młotkiem, a potem zgarnął włosy i zadurzył się w zapachu mięty i rumianku.

– Wybaczę. – Zdjęła pantofel, eksponując stopę. – Jeśli przeprosisz mnie niżej…

Crismo ujął stopę i posmakował paluszki delikatnymi pociągnięciami języka, jakby zamoczyła je w czekoladzie. Dłońmi przesunął po łydkach i udach. Dźwignął wełnianą suknię, uchylił bieliznę i zasmakował w kroczu jak łasuch rzucający się na kawałek różowego ciasteczka z kremem.

Aisena zadrżała, a jej tętno podskoczyło. Uniosła się w chwili przyjemności tak samo jak gwar za ścianą. Crismo przerwał.

– Już skończyłeś? – Elfka wypuściła powietrze, a Crismo pacnął się w czoło. Wskazał na ścianę.

– Hałas. Przeszkadza mi tak bardzo, że nie potrafię się skupić.

– Grajek powinien się skupić na swojej melodii.

– Tak, może, nie wiem… – Wzruszył ramionami. – Nawet jeśli zakrywasz mi uszy udami, to i tak słyszę, jak pijaczyny przewalają się przez ścianę…

– Spróbuj się skoncentrować – narzuciła.

Crismo przetarł twarz dłońmi. Kiedy za ścianą nieco ucichło, położył się na Aisenie i obcałował ją w usta i w szyję. Rozsunął sznureczki z sukni, chwycił za piersi i sprawdził miękkość. Sutek nabrał jędrności pod wpływem ssących ust kochanka.

Gwar wzmógł się ponownie, jakby do ula wparował szerszeń, a pszczoły rozpoczęły batalię o swoje królestwo. Crismo usłyszał kruszący się kamień ze ściany…

– Nie przerywaj, do cholery! – krzyknęła Aisena. – Co się znowu stało? Było już tak wspaniale!

– Przeszkadzają mi – powiedział, wskazując na ścianę.

– Przecież ich nie wygonisz!

Crismo usiadł, a Aisena poprawiła ubranie.

– Czy oni nigdy nie przestaną żłopać? Już dwie godziny temu zaczął się następny dzień. Czy w ogóle zamierzają stąd odejść przed świtem?

– Nie zamierzam czekać – burknęła Aisena.

– Ja też nie, tym bardziej że nie zacząłem swojego przedstawienia! Dopiero reguluję struny…! Że też musiałem wybrać tę cholerną psiarnię!

W milczeniu wysłuchali śpiewki podchmielonych Elfów.

– Twoja luteńka grywa długie melodie? – zaśmiała się, rozładowując napięcie.

– Mój sprzęt jeszcze mi się nie sfajczył!

Aisena podała mu koszulę. Powstała i zapięła suknię do ostatniego guziczka.

– Co robisz? – zapytał zdziwiony Crismo.

– Nie będziemy przecież czekać! Ruszaj się! – ponagliła. – Wychodzimy!

– Co takiego? Dokąd? – Nałożył koszulę i wełnianą kurtkę, zapiął pas z mieczem i zabrał lutnię.

– Tam, drogi jegomościu, gdzie odgłosy pijaków zapełni cisza i zajmiesz się mną tak dobrze, jak na mężczyznę przystało.

Wyjrzeli na korytarz i ukradkiem przeszli przez kuchnię i magazynek, by nie kusić widokiem kobiety rozweselonych samców. Crismo odryglował tylne drzwi i wydostali się na świeże powietrze.

Wschodni horyzont rozjaśniał wątły brzask poranka. Aisena przypatrzała się drugiej stronie nieba z tlącymi gwiazdami, lecz żadna z nich nie spadła.

Obeszli karczmę dookoła. Jeden z pijaków już kosztował ziemi, stękając coś pod nosem. Zlekceważyli go. Przekroczyli kilka domostw, miejską szkółkę i otwartą bramę miasteczka Arsis pilnowaną przez jednego strażnika, który i tak spał, opierając się na włóczni.

Skierowali się w stronę gór Gobh, aż znaleźli dostojne miejsce, gdzie po lewej stronie rozciągał się las, a po prawej, w zasięgu horyzontu, znajdowało się miasteczko Arsis. Aisena oparła się o głaz, który stoczył się kiedyś z wyższej półki.

– Teraz masz spokojniej? – zapytała.

– O ile nie dołączy do nas dzik. Albo wilk z Neghessi.

– Nie lubisz zwierząt?

Crismo zignorował ją i rozejrzał się. Obok głazu pod brzozami znajdowało się wejście do nory, w którą zdołałby przecisnąć się nawet niedźwiedź. Sprawdził wnętrze, rzucając doń kilka kamieni. Wyleciały tylko dwa nietoperze. Potem wsunął głowę, a kiedy nadal panowała cisza, wcisnął się do środka.

– Nic nam nie zagrozi – stwierdził, wychodząc po chwili.

– Sprawdziłeś dokładnie? Uduszę cię, jeśli jeszcze raz przerwiesz mój koncert!

– Spokojnie, jeżeli zamieszkiwał tu jakiś zwierz, to dawno opuścił tę kryjówkę.

– Czyli to wspaniałe miejsce – powiedziała Aisena, zacierając ręce.

Choć nora pomieściłaby ich oboje, to schowali się za głazem. Aisena objęła go ramionami. Doznania rozpoczęli od delikatnego pocałunku, by później przejść do naprzemiennego ssania ust i języka. Tym razem się pośpieszyli i od razu zdjęli z siebie ubrania. Ich nagie ciała kontrastowały przy gasnącym świetle gwiazd i nadchodzącym świcie.

Crismo przystanął.

– Co znowu? – Kobieta tupnęła.

– Nic, nic. – Crismo nałożył dziwny kapturek na penisa.

Aisena wskazała go palcem i zachichotała.

– Co to takiego? Nie udusi się? – zażartowała.

– Nie. To jebadator, moja osobista bariera. Dzięki temu nic do ciebie nie przepłynie.

– Tylko go dobrze przyklej, bo ci się zsunie. Nikt tak nie robi, głuptasie!

Każda kochanka w tym momencie go wyśmiewała, a Crismo za każdym razem milczał. Zawsze wtedy jego penis opadał, jakby słowa podcinały mu skrzydła. Pociągnął Aisenę do siebie i zagłębił członkiem w łono. Elfka w rytmie spazmatycznych ruchów pławiła się w falach rozkoszy, które rozpaliły jej ciało od wewnątrz. Wreszcie wkroczył do akcji.

– O, taaaaaak! – jęknęła.

*

Blondyn z poobijaną twarzą z hukiem wyleciał przez drzwi karczmy.

– A teraz otrzeźwiej i porządnie się wykąp, bo smród zasłania ci rozum! – ryknął karczmarz Gerkir.

Drzwi trzasnęły z rozmachem. Elf przeleżał chwilę, ciężko dysząc i klnąc pod nosem. Nagle wyczuł znajomy zapach, ale głowa ciążyła od trunków i ciosów po bójce. Odwrócił się na bok i ujrzał oddalającą się parę kochanków. Zauważył cień lutni.

W karczmie nie słyszał pieśni, gdyż przybył zbyt późno, a grajek zwinął się za wcześnie, by zająć się zupełnie czymś innym niż zabawianiem gości.

– Niech sczeźnie ten goguś. Damulki tylko by zabawiał!

Powstał i z trudem doczłapał do studni. Napełnił wiadro i obmył się zimną wodą, co nieco rozjaśniło jego rozum.

Usiadł na krawędzi i przecierał co chwilę twarz. W końcu coś do niego dotarło: zapach. Kobieca woń, która na zawsze wryła się mu w pamięć, kiedy się poznali. To właśnie jej szukał przez ostatnie miesiące, a ona przeszła tuż obok i nawet nie zareagowała. Nawet na niego nie spojrzała.

– By to chuj! – Zakląwszy, wrócił przed karczmę i zerknął na wychodzącą bramę. – Dokąd ją zabrałeś, nikczemny gogusiu?!

Blondyn nagle zapomniał o bólach twarzy, pięści i brzucha po bijatyce. Upewnił się, że łuk się nie połamał, i ruszył ku bramie, początkowo zataczając chwiejny krok. Arsijskie trunki zawsze posiadały większą moc od eaziońskich, ale świeże powietrze szybko go ocucało. Spojrzał na strażnika.

– Widziałeś parkę Elfów? – zapytał.

– Nie – odparł wartownik obojętnym tonem.

– Przechodzili przecież przez tę bramę – powiedział Blondyn, wskazując kierunek ręką.

– Nie robię spisu, kto wchodzi, kto wychodzi.

Elf skrzywił się. Sięgnął do kieszeni i podrzucił jednego ardenika. Za piętnaście takich ardeników zakupiłby średniej jakości bochenek chleba bądź kilka jabłek. Strażnik złapał monetę i zmusił się do pogardliwego uśmieszku.

– Poszli w stronę gór – wskazał kierunek grotem włóczni.

Blondyn ani nie podziękował, ani się z nim nie pożegnał. Ze sporym zapasem zemsty ruszył we wskazanym kierunku, z uwagą rozglądając się na boki. Prawą dłoń położył na rękojeści krótkiego miecza, drugą trzymał swobodnie, w gotowości do chwycenia łuku.

Poruszał się jak kamień po wartkim strumyku, wykorzystując swoje myśliwskie umiejętności. Przysłuchiwał się najmniejszym szmerom. Dzika zwierzyna nie zawsze hałasuje, gdy zdobywa pożywienie, a kochanek, z którym przyjdzie mu się zmierzyć, może okazać się twardym wojownikiem. Jeśli padnie jego ofiarą, to tylko dlatego, że na więcej nie pozwoliła trzeźwość umysłu, więc wykorzysta atak z zaskoczenia.

Trzask płonących gałęzi odbił się w uszach Blondyna. Po chwili światło ogniska wyłoniło się zza jednego z większych głazów, obok wejścia do nory. Nie ujrzał żadnych konturów postaci.

Mogli mnie zauważyć i schować się w krzakach – pomyślał. Albo zastawić pułapkę.

Skulił się i kroczył w stronę nory, ale instynkt podpowiadał mu, by częściej oglądać się za siebie. Wtem powietrze przeciął kobiecy pisk, jak przy ujrzeniu nienaturalnych rozmiarów jaszczura.

Aisena wyskoczyła z nory i z ciężkim tchem oparła się rękami o głaz. Zamknęła oczy i zgarnęła mokre włosy z czoła. Na sukni zarysowały się plamy po błocie.

– Aisena! – szepnął Blondyn.

Kobieta się odwróciła.

– Laziar?! – Przyparła plecy do głazu. – Co ty tu robisz?! Dlaczego mnie śledzisz?!

– Aiseno, moja piękna, przez cały czas próbuję cię odnaleźć! – Podszedł do niej i ujął za dłoń. – Zniknęłaś tak nagle, jak złoty posążek pani Bewiany skradziony przez złodzieja! Kochana moja, wracajmy już do domu.

– Niepotrzebnie kwapiłeś się tyle czasu – odrzekła, krzyżując ręce na piersi. – A ten słowotok możesz wsadzić w rozchyloną dwiema połówkami dziurę za plecami… Czy jakoś tak. Nigdzie nie wracam, a tym bardziej z tobą. W ogóle to odejdź stąd!

– Dlaczego słyszę takie dziwy z ust kobiety, mojej miłości? – Laziar uniósł się romantyzmem przez krążący w żyłach trunek, który nadal mydlił mu umysł.

– Przestałam cię kochać. Nie jesteś moją drugą połówką. Oprzytomniej wreszcie.

Słowa Aiseny przedziurawiły jego serce setkami strzał.

– Żadne zwierzę nie zadało mi takiej rany jak twoje wyznanie. Ale dlaczego od razu mi tego nie powiedziałaś? Jeszcze możemy to zmienić.

– Zrozum, mieszkałam z tobą tylko na próbę. Kiedy doszły do mnie plotki, że pragniesz ożenku ze mną, uciekłam. Przeraziłam się na myśl, że w przyszłości urodzę ci synów, a przez resztę życia zajmę się jedynie chatą i obiadkami.

– A co w tym złego? – Laziar uniósł brwi. – Twoi rodzice postąpili podobnie, zresztą jak wiele innych kochających się rodzin.

– Nagle zapragnęłam przygody. Czegoś innego. Przy tobie czułam się uwięziona.

– Przecież nie traktowałem ciebie jak niewolnicy! – Ukląkł przed nią, chwytając za obydwie dłonie i przytulając głowę do ud. – Wróć do mnie, wszystko ułożymy na nowo!

*

Crismo rozpalił niewielkie ognisko. Uśmiechnął się do kobiety, która leżała teraz w pełni usatysfakcjonowana i rozluźniona. Rumieńce na jej policzkach oświetlał żółtoczerwony płomień.

– Za chwilę się rozpali – stwierdził, dokładając kilka patyków.

– Jestem szczęśliwa. Przy tobie drzewa wyglądają, jakby rzeźbił je najlepszy artysta, a góry zdają się wrastać w ziemię…

– I łatwe do osiągnięcia szczytu – dokończył, a Aisena odpowiedziała uśmiechem.

Crismo zebrał kilka dłuższych gałęzi i związał z nich prowizoryczną pochodnię. Aisena musnęła jego dłonie. Przytuliłaby się do niego, gdyby się nie zajmował bzdurami.

– Było ci dobrze ze mną? – zapytała, aby go do siebie przyciągnąć.

– Oczywiście. I mam nadzieję, że tobie też.

– Więc co teraz?

– Wyruszę do gospody Koło Młyna, bo tu już trochę zarobiłem. Muszę zmieniać miejsca, trafiać na święta. Każda wiocha co chwilę coś organizuje, więc nie może mnie tam zabraknąć.

Aisena skuliła ramiona. Równie dobrze wrzuciłby ją do katapulty i wystrzeliłby daleko stąd.

– Ale co z nami? – dopytywała się.

Crismo słyszał to pytanie za każdym razem. Niewinny flirt przeradzający się w gorący romans. A po wszystkim każda starała się go usidlić na swój wymyślny sposób. Dla Crisma sielankowe życie stanowiło najlepsze rozwiązanie, kiedy czerpał całą przyjemność z kochania i jednocześnie cieszył się wolnością.

Zignorował jej pytanie, udając zajętego zwijaniem gałęzi i skupiając się na rozpalaniu pochodni, żeby myślała, że nic do niego nie dociera. Zerknął na norę, a gdy pochodnia rozpaliła się, przecisnął się do środka.

– Dokąd idziesz? – westchnęła. Przyjemność, którą przeżywała kilka minut wcześniej, ulotniła się niczym magiczny dym z butelki.

– Zawsze ktoś coś po sobie zostawia, jeśli więcej tego nie potrzebuje. Albo ukrywa – stwierdził i zniknął w czeluści nory.

– Mną byś się zajął – powiedziała z zażenowaniem do siebie, nie ruszając się z miejsca. – Ech, faceci to jednak idioci…

Światło pochodni odkrywało kolejne metry tunelu. Crismo spodziewał się skarbu albo pozostałości po pradawnym zwierzęciu, które sprzedałby na pierwszym lepszym targu, ale mina mu zrzedła, kiedy dostrzegł na błotnistej ziemi zwłoki. A raczej szkielet ze szczątkami po odzieniu. Szkielet należący, jego zdaniem, do któregoś z rasy Elfów, Eolianina lub Furnianina, który skrywał tajemnicę swojej historii.

Dlaczego w tej norze urządziłeś sobie grób? – pomyślał. Kim właściwie byłeś za życia, że musiałeś się tu schować? Albo ktoś cię…?

Raptownie dobył miecza i odskoczył w tył – przez chwilę zdawało mu się, że szkielet się poruszył, by dobrać się do jego skóry. Spoglądał długo w puste ślepia, upewniając się, że to tylko gra wyobraźni. Że trupy nie ożywają.

Odetchnął z ulgą, puknął się w czoło i odłożył broń. Dostrzegł niewielką książeczkę z drewnianą okładką koloru olchowego – szkielet obejmował ją swoimi kościstymi rękami – a między stronami wsadzono czarne pióro.

– Aiseno – zawołał ją, odrzucając pióro.

– Czego? – fuknęła dziewczyna, ale ciekawość przygniotła ją swoim ciężarem.

– Spójrz na to. – Podniósł książeczkę, kiedy się zjawiła. – Kto zostawiłby książkę z pustymi stronami?

Aisena przyjrzałaby się książeczce z bliska, ale wyczuła słabą woń zgnilizny, a jej oczom ukazała się elficka czaszka spoglądająca na nią z szyderczym uśmiechem. Pisnęła i wybiegła na zewnątrz, przy okazji szturchając Crisma łokciem. Książeczka wyślizgnęła się z dłoni.

Uspokoi się i wróci – pomyślał i machnął na nią ręką.

Spojrzał ponownie na książeczkę, a ta owinęła jego oczy niczym macki ośmiornicy – Crismo rozdziawił usta, wstrzymując oddech, i przypalił się płomieniem z pochodni. Ogarnął się i przykucnął. W kilku miejscach na okładce widniały zakrwawione odciski palców.

Jego palców.

– Co jest, u licha? Przecież nigdzie się nie zaciąłem…

Krew zadziałała niczym atrament – na okładce wyłaniał się czerwonawy, niewyraźny tytuł: Mój dziennik podróżny. Crismo delikatniej przewrócił na pierwszą stronę, jakby książeczka miała pożreć rękę. Nadal nie znalazł w niej żadnej treści, były tylko puste strony, które pożółkł czas. Za głosem instynktu pogładził czubkami palców całą długość kartki, a ta, niczym wampir, wysysała jego krew.

– O cholera! Czym ty jesteś?!

Czerwone słowa ukazały się Crismowi w miejscach przez niego dotkniętych, ale już po chwili litery bladły, a zdania zanikały. Crismo powtórzył czynność i zrozumiał, że ceną jego dociekliwości, by poznać historię nieboszczyka, będzie jego własna krew.

– Przynajmniej jedna strona – zdecydował i tym razem pogładził całą dłonią po kartce.

Brudnoczerwona treść ukazała się w blasku pochodni:

Siedzę zagubiony w lesie w towarzystwie pohukującej nade mną sowy. Upadek sprawił, że uderzyłem się w głowę i chyba leżałem nieprzytomnie przez kilka dni. Ale nie to było najgorsze. Utraciłem pamięć. Niestety nie wiem, kim właściwie jestem i co tu tak naprawdę robię.

W każdym śnie widzę różne obrazy. Przemykają między sobą, tak jakby jakiś malarz zrzucał swoje malowidła z przepaści, a ja próbowałbym dostrzec każdą z nich. Nie wiem, czy te ulotne chwile są moimi wspomnieniami, czy wymysłem z krainy snów.

Przykładowo dzisiaj miałem taki sen: widok z więziennych krat zmieszany z ogrodem pełnym kobiet. Co to mogło oznaczać? Nie wiem!

Od ubytku krwi Crismo poczuł delikatny zawrót w głowie jak u młodzika przy pierwszym wypiciu wina. Przyjrzał się marginesowi. Zmrużył oczy niczym oślepiony błyskiem z pioruna, a potem zatrzasnął książeczkę. Dopiero wtedy usłyszał ostrą wymianę zdań na zewnątrz, co nie pozwalało mu się skupić. Owinął Dziennik kawałkiem płótna urwanego z własnego rękawa i nieświadomy sytuacji wyszedł z nory.

Aisena kłóciła się z jakimś blondynem, jakby znała go przez całe życie.

Crismo na widok nieproszonego gościa sięgnął po rękojeść miecza, ale pochwycił jedynie powietrze – pas z pochwą i bronią pozostawił w norze, a miecz pod ręką zawsze się przydawał na taką okoliczność, tym bardziej jeśli nieznajomy był zazdrosnym mężem.

– To twój kochanek?! – Laziar dobył krótkiego miecza.

– Zostaw go w spokoju! – jęknęła Aisena.

Crismo uniósł Dziennik, zasłaniając się nim jak tarczą. Zawsze unikał niepotrzebnej bijatyki, by któryś z przeciwników nie rozciął policzka i nie pozostawił szpecącej blizny. Walczył tylko w ostateczności.

– Nie wspominałaś nic o mężu, Aiseno. – Crismo grał na czas.

– To nie jest mój mąż! – zaparła się. – Uciekłam od niego, żeby znaleźć lepsze życie!

– Coś podobnego. To musicie sobie wszystko wytłumaczyć… – Zagryzł policzek. – A ja zejdę wam z drogi. Pozwólcie, że tylko zabiorę swoje rzeczy i zniknę jak duch przez ścianę.

– Nigdzie nie uciekniesz! – zagrzmiał Laziar. – Ty jesteś głównym winowajcą! Bawisz się kobietami, jakby należały do ciebie! Zasrany gogusiu!

– To nie tak, Laziar! – krzyknęła Aisena, wychodząc mu naprzeciwko. – Jestem wolna i sama decyduję, co mogę robić! Dlatego uciekłam od ciebie, bo ty mnie nie traktujesz jak kobietę! Miałeś dużo kochanek przede mną?! – zwróciła się do Crisma, mrużąc piorunujące oczy.

– Ja… to znaczy… – bełkotał Crismo, drapiąc się po głowie.

– Zawsze traktowałem cię z najwyższym szacunkiem, Aiseno – podjął Laziar. – Darzyłem cię miłością i ciepłem!

Crismo przewrócił oczami. Zamiast zagorzałej bijatyki, połamanego nosa i wąchania gleby wpadł w wir nieszczęśliwych miłostek.

– Ona potrzebuje innego ciepła od tego, jakie ty oferujesz – wtrącił Crismo. – Miłość składa się przecież z duszy i ciała…

Laziar uchwycił w Aisenie uśmieszek grzesznicy.

– Właściwie to co robiliście na tym odludziu?! – Laziar wycelował ostrze w Crisma.

Crismo ugryzł się w język, podnosząc ręce w geście poddania. Aisena powinna ugasić gniew swojego byłego i odejść razem z Laziarem, by zostawić go w spokoju.

– Zajął się mną jak każdy samiec! – rzuciła, złoszcząc się i mszcząc jednocześnie na obydwu mężczyznach.

Crismo wybałuszył oczy.

– Znieprawiłeś ją! – Laziar machnął mieczem, a Crismo odparował cios karwaszem. Odrzucił Dziennik na ziemię, by się nie uszkodził w bezsensownej walce.

– Sama się znieprawiła! – Crismo unikał kolejnych ciosów. – Czyli nie uginaliście wspólnie łóżka? – wycedził ze złością.

– Już nigdy nie zaśpiewasz, grajku! – Laziar zacisnął zęby.

Crismo sparował kolejne natarcie Laziara. Jednocześnie uderzył go w brzuch i podciął nogi kopniakiem. Laziar łupnął na ziemię – nie spodziewał się takiej szybkości po zwykłym grajku. Teraz to Crismo nad nim górował. Podniósł miecz i przyłożył sztych do gardła.

Muzykowanie wyzwoliło u Crisma niezwykłą zręczność. Istniała szansa, że w dogodnym momencie, w połączeniu z szybkością i siłą, rozbroi przeciwnika, a ponadto zabije go własną bronią.

– Zapomniałeś o jednym.

– Co?

Laziar przytknął do jego krocza grot strzały, a Crismo pobladł na myśl, że jego luteńka przestanie grać.

– Więc jesteśmy kwita… – odparł myśliwy.

Niezręczne milczenie wypełniały pierwsze przebłyski słońca. Aisena przebłagała mężczyzn, by odsunęli się od siebie. Crismo zwrócił Laziarowi miecz, ale obdarzył go nieufnym spojrzeniem.

– Wybaczcie, to wszystko moja wina – wymamrotała Aisena.

– Owszem – zgodził się Crismo. Wrócił po pas z mieczem, nałożył wełnianą kurtkę oraz zabrał lutnię. – Kobiety są zawsze winne.

– Co to za książka? – zapytał Laziar, kiedy również poprawił swoje myśliwskie odzienie.

Aisena podniosła Dziennik owinięty szmatką.

– To moje znalezisko – Crismo wyrwał go z rąk Eolianki.

– Skoro tu jesteśmy, to też chcemy zobaczyć – Laziar rzucił twarde spojrzenie i wyciągnął dłoń.

Crismo zacisnął pięść, ale powstrzymał się od przywalenia mu w twarz i wybicia tego pomysłu. Dziennik zawierał jakąś tajemnicę, skoro dało się go odczytać tylko poprzez krew. W ostateczności sprzeda go handlarzowi unikatami za niebagatelną sumę, ale nie podzieli się z nikim zyskiem.

Surowe spojrzenia Aiseny i Laziara zmusiły go jednak do posłusznego wręczenia Dziennika.

– Nic w nim przecież nie ma – stwierdziła Aisena, zaglądając przez ramię Laziara. – Puste strony. Ani tytułu. Wygląda na stary, choć jest dobrze zachowany.

Crismo uniósł brwi i zerknął na palce Laziara. Powinny krwawić. Książeczka powinna wysysać jego krew. Obracał nią w każdą stronę, ale nie uronił ani kropelki. Otworzył usta i po chwili zamknął je z powrotem. Przynajmniej nikt inny nie pozna sekretu książeczki.

– Aiseno, wracasz ze mną? – spytał Laziar, lekceważąc Crisma i zwracając mu Dziennik. – Czy wolisz się plugawić w swej wolności?

– Laziar… nie wiem…

– Zapomniałaś o rodzicach. Martwią się o ciebie.

Aisena opuściła głowę.

– Dobrze… wrócę do domu… – Spojrzała na Crisma, oczekując od niego sprzeciwu, by zabrał ją w ramiona i popędzili na rumaku w stronę morza. Przerzuciła wzrok na jego dłonie, w których trzymał Dziennik: Crismo nie zdążył owinąć go szmatką i teraz ociekały krwią.

– Na miłość Bewiany! – zareagowała Aisena. – Co ci jest?! Krwawisz?!

Crismo niezgrabnie owinął Dziennik szmatką i schował pod pazuchę. Laziar wbił w niego wzrok jak w szaleńca obrośniętego grzybami. Przecież w walce ani go nie drasnął.

– Jeszcze przed chwilą nie krwawiłeś…? – dociekała Aisena. – Biliście się, ale co najwyżej zostaną ci sińce! Crismo, słuchasz mnie?!

Crismo bił się po głowie przez swoją niezgrabność. W końcu wypuścił powietrze, które ciążyło w płucach.

– Jesteś pewna, że tu nic nie ma? – Crismo wyjął z powrotem Dziennik. Przesunął palcami po jednej ze stron i zaprezentował im czerwonawe pismo, które ukazało się tuż po wchłonięciu krwi. – Dziwi mnie to, że nie tknęło twojej krwi – zerknął na Laziara.

– Twierdzisz, że wsysa tylko twoją krew? – zainteresował się Laziar. Książeczka zatarła ślady sprzeczki, która się między nimi rozegrała. – Jeśli pozwolisz… – wyciągnął dłoń.

Crismo niechętnie podał Dziennik, ale ciekawił go rezultat. Laziar przewracał kartki, przesuwał całą powierzchnią dłoni i obracał Dziennikiem na różne strony, a brudnoczerwone litery blakły. Spodziewali się, że również wyssie krew, lecz się pomylili.

– Znikają – mruknęła Aisena. – Nie podoba mi się to. Znalazłeś go przy tym truposzu, o którym nic nie wiadomo. Skoro wysysa krew, to na pewno wyssał jego życie. A teraz ty chcesz czytać zawartość książki? Możesz od tego umrzeć!

– Zdołałem przeczytać kilka zdań – bąknął Crismo.

– Tylko dlaczego reaguje na twoją krew, a nie moją? – zdziwił się Laziar. – Sprawdź teraz ty, Aiseno.

– Ja tego nie dotykam! – Aisena się odsunęła. – To na pewno diabelski atrybut. Może samego pana Dundhaera… – zniżyła głos do szeptu.

– Pewnie dlatego, że ją pierwszy dotknąłem – wytłumaczył Crismo. – Dopóki nie umrę, nikt poza mną go nie odczyta.

– Wszystko, co tajemnicze i groźne, skrywa sekrety – zauważył Laziar, oddając Dziennik Crismowi. – Nie przypadkiem się tu znaleźliśmy. Przyciągnęła nas ta książeczka.

– Być może – potwierdził Crismo, patrząc po nich z przymrużeniem. – Poznam jej sekrety, skoro trafiła do mnie, a czy będzie zależało od tego moje życie, trudno – wzruszył ramionami. – Niestety, skarby, o ile jakieś w niej opisano, będą teraz mojej własności.

Crismo ukłonił się na pożegnanie. Pośpieszył się, by zabrać swoje rzeczy, odwrócić się i odejść z nonszalancją. Kątem oka zerkał za siebie i bacznie obserwował ich ruchy.

– Skrywa wielkie skarby! – szepnęła gardłowym głosem Aisena, uświadamiając sobie, ile przez to stracili. – A ty zamiast zabrać ten Dziennik, czy co to tam jest, to mu go zwróciłeś! Wiedziałam, że z ciebie wołowa dupa jest!

– O co ci chodzi, Aiseno? – odparował Laziar. – Sama jesteś krową, mogłaś zabrać Dziennik, a nie zakrywać się: ojej to wysysa krew! Mnie też wyssie i połknie! – Aisena pacnęła go przez głowę. – On to znalazł i tylko on to potrafi przeczytać. Sama widziałaś. Jak chcesz cokolwiek zdobyć, nie mając do tego mapy?

– Chcesz, żebym do ciebie wróciła? – Chwyciła go za ramię. – Pragniesz mnie, kochany?

– Nie rozumiem, dlaczego zmieniasz temat…

– Wzbogacimy się, nie rozumiesz?!

– Przed chwilą mówiłaś coś innego, że to diabelski atrybut i nie wolno go ruszać!

– Strzelaj do niego!

– Co takiego?!

– No już! – ponaglała, potrząsając nim.

– Nie strzelam w plecy nawet największemu wrogowi! Poza tym nic nam nie zrobił. To jego własność i jego bogactwo.

– Głupiec! – Aisena wyrwała łuk i strzałę. – Nie pozwolę przejść obojętnie obok bogactwa. – Wymierzyła do Crisma kroczącego w stronę miasteczka Arsis kilkadziesiąt metrów dalej.

– Co ty wyprawiasz?! Przecież nie wiemy, co tak naprawdę znajduje się w tym cholernym Dzienniku!

– Skarby i bogactwo – wycedziła, zwolniła cięciwę, a strzała wystrzeliła.

– Skarby mogą przybrać różne formy, kobieto! – Laziar wyrwał jej łuk.

Crismo usłyszał odgłos puszczanej cięciwy. Nie widział, kto strzela, ale z odgłosów kłótni podejrzewał Aisenę. Nie celowała jak wprawna łowczyni, tylko wieśniaczka, która pierwszy raz trzymała łuk.

I nie trafiłaby, gdyby Crismo nie uskoczył w bok i nie nabił się na grot, który zranił łydkę.

– Kurwa! – zaklął, udając rozgniewanego. – Co wam zaś odpierdoliło?! Strzelacie do mnie jak do jelenia!

Aisena zwycięsko podskoczyła i podbiegła do Crisma. Laziar oczyścił strzałę i schował do kołczana. Skrępowali go i posadzili bliżej linii drzew, by nikt ich nie dojrzał z daleka. Crismo ze spokojem pozwolił się uwięzić.

– Dziennik na pewno prowadzi do jakiegoś skarbu – upierała się Elfka. – Ów truposz, ktokolwiek nim nie był, uciekał w popłochu i schował się w tamtej norze przed napastnikami. Taka jest moja wersja.

– Jeden swój skarb już roztrwoniłaś! – wycedził Crismo, a Aisena uderzyła go w twarz.

– Dajcie mi się skupić! – Laziar podsunął Dziennik pod krwawiącą ranę Crisma. Nie wgłębiał się w tekst, tylko przeskakiwał po stronach, szukając mapy lub ryciny. Za każdym razem, kiedy litery płowiały, skraplał je kolejnymi kapkami krwi.

– O co ci chodzi? – zniżyła głos.

– O twoje owłosione lico między nogami – odparł i wyszczerzył zęby w złośliwym uśmiechu.

Aisena ponownie uderzyła go w policzek z drugiej strony. Laziar oderwał się od Dziennika i zacisnął pięść, wbijając wzrok w Crisma, ale Elfka go skarciła:

– Szukajże tego!

Słońce wychyliło się ponad korony drzew, a promienie częściowo przedzierały się przez liście, dosięgając Crisma i dodając otuchy. Stado szpaków przeleciało pod bezchmurnym niebem, uświadamiając Crismowi, że gdyby wyrosły mu skrzydła, dołączyłby do ich bezkresnej wolności.

Arsis, które obejmowali wzrokiem, budziło się do życia: kupcy tłoczyli się na uliczkach, rozkładali kramy, rolnicy pracowali w swoich pszenicznych polach. Pozostali wyruszali na trakt powozami do innych miast.

Crismo dostrzegł oddział Mrocznych Elfów należących do władcy Felandriela, którzy wyruszyli z Arsis. Furnianie wdziewali czarne, lekkie zbroje, a kapturami zakrywali twarz przed słońcem; dzierżyli miecze, piki i tarcze. Niecodzienny i podejrzany widok.

Laziar, po przewróceniu kilku stron, wgłębił się w tekst, jakby znalazł pierwszą wzmiankę o skarbie. Crismo miał teraz ograniczone ruchy, ale przy nadarzającej się okazji uwolni się i zabierze swój Dziennik.

Nie ufaj nikomu – postanowił w duchu. Nawet sobie.

Draśnięta rana nadal go piekła. Aisena wydała mu się trochę bardziej skulona niż kilka minut wcześniej, kiedy mierzyła do niego z łuku. Zrobiła coś wbrew własnej woli i odezwało się jej sumienie.

– Zaraz opatrzę ci ranę – rzekła z troską.

– To nie sprawi, że ci wybaczę.

Laziar ponownie skroplił stronę krwią.

– Słuchajcie tego: Przechodziłem między drzewami, czując niesamowitą woń trawy i liści. I nagle… trzask! Dobyłem swojego miecza o bielistej klindze, lękając się zagrożenia. Niepotrzebnie. Stwór oczywiście się pojawił, ale nie był groźny. Nie można o nim nawet powiedzieć, że był potworem, bo to po prostu klon. A raczej Ent. Prawdziwy Ent. Nigdy nie miałem okazji poznać tej pradawnej rasy. A tu skądinąd przechadza się jak na wieczornym spacerze. Coś niezwykłego bije od tych stworzeń. Energia żywotności. Schowałem broń i wyszedłem naprzeciw. Przywitaliśmy się serdecznie. „Jak się nazywasz?”, zapytałem. „Waenin Gaalk Aarpae”, odparł. Dość trudne i dziwne imię. I wtedy on mnie zapytał o moje, tak dla grzeczności, i tu niestety miałem problem. Nie znałem go. „Nie wiem”, odpowiedziałem, a on uznał to za imię i tak się do mnie zwracał. Od Waenina dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy. Po pierwsze Eolianie wdrażają się w tajemnice magii. A po drugie Enty pilnują ich bacznie tak, żeby nie zasiały zniszczenia. Powiedziałem mu, że nie bardzo rozumiem, o co mu chodzi. I wtedy pokazał mi naszyjnik z figurką drzewka zawieszony na konarze. Powiedział, że jest więcej takich jak on, Strażników pani Bewiany… – Laziar ominął kilka zdań, po czym kontynuował: – Nasza wędrówka zatrzymała się na wzgórzu. Za mną zaczynają się góry, a po drugiej stronie widzę jezioro i następne góry, które rozciągają się aż po krańce horyzontów. Przepiękny widok. Opuszczam mojego towarzysza w nadal sympatycznej atmosferze i ruszam dalej, szukając czegoś, co przywróci mi pamięć…

Laziar co kilka zdań zakraplał krwią Dziennik i czytał z pośpiechem, zanim litery znów wyblakły. Crismo mało się na tym skupiał, gdyż bardziej bolała go łydka, a na widok własnej krwi opadał z sił.

Aisena obandażowała ranę, ale nie tak wprawnie jak pielęgniarka – użyła okładu z ziół skrzypu. Ochłonęła na punkcie szukania złota.

– Dziękuję ci, dobra kobieto! – rzucił z sykiem Crismo.

– Przestań już.

– Nie ma żadnego skarbu! – Crismo spróbował wstać i dosięgnąć Dziennik, ale Laziar odsunął się z nim.

– Niczego nie rozumiecie? – zaczął myśliwy. – Do skarbów mogą należeć te Figurki. Nie wiadomo, ile dokładnie ich jest, ale z pewnością jedna przyniesie nam niemałe bogactwo. Ciekawe, czy znajdują się w jednym miejscu, czy są porozrzucane po całej Ardenii, ale doczytam o tym później.

– To moje znalezisko! – Crismo uniósł się na widok grzebania w Dzienniku i pulsującej bólem łydki jak trąba powietrzna w słoneczny dzień. – Nic wam do Figurki, czy co to tam jest!

– Znajdźmy jedną i sprawdźmy, ile ardeników zaoferują magowie – zaproponował Laziar, nie zwracając na niego uwagi. – Podzielimy się nagrodą, o ile nie będziesz się sprzeciwiał – zmierzył wzrokiem Crisma.

– W tej sytuacji to najlepsze rozwiązanie – wtrąciła Aisena, klaszcząc w dłonie. – Crismo, nie masz nic do stracenia.

– Ani do powiedzenia, skoro nadal mnie więzicie…

– Jeśli będziesz z nami współpracował – oświadczył Laziar – to cię rozwiążę. A jeśli uciekniesz z Dziennikiem, to i tak wiem, gdzie szukać Figurki.

Crismo wpadł do błędnego korytarza, z którego każde wyjście oznaczało zły wybór, więc lepiej, jeśli im potowarzyszy aż do odnalezienia pierwszej Figurki. Zawsze takie wyprawy obfitują w pułapki i nagłe zdarzenia, a wykorzystanie odpowiedniego momentu i włożenie w to trochę sprytu sprawią, że Crismo upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu: ucieknie od nich z Figurką i z Dziennikiem.

– Znajdziemy Figurkę i podzielimy się nagrodą – skłamał Crismo. – Ale po wszystkim się rozstajemy. I Dziennik wraca do mnie.

Laziar z Aiseną wymienili się spojrzeniami i skinieniem głowy przystali na tę propozycję.

– A co z kolejnymi? – zapytała Aisena. – Przeczytałeś, że jest ich więcej. Ciekawe gdzie.

Crismo przerzucał wzrok z Laziara na Aisenę. Wolałby osobiście sprawdzić autentyczność Dziennika i odszukać resztę Figurek bez ich udziału.

– Wyprawiamy się tylko do jednego Enta – przypomniał Crismo, nieco z irytacją.

– Tylko po jedną Figurkę – zapewnił Laziar, karcąc wzrokiem Aisenę. – Podążymy zgodnie z opisem tego wędrowca.

– Nie prościej naszkicować mapę i ruszyć do pierwszego najbliższego drzewa? – zaproponowała Elfka. – Możliwe, że niedaleko nas rośnie inny Ent, o którym nie mamy pojęcia, bo nie przeczytałeś całości Dziennika!

– Wiem, o co ci chodzi – Laziar przyznał jej rację. – Ale czy chcesz, aby Crismo – spojrzał na niego obojętnie – wykrwawił się na śmierć?

Crismo oparł się o drzewo i w milczeniu oczekiwał odpowiedzi Aiseny. Dopiero kiedy ustalą wartość Figurek, okaże się, czy opłaca się je zdobywać.

– To szybkie rozwiązanie – odparła z lekkim uśmieszkiem.

Crismo dobyłby miecza i podciąłby jej nadgarstek, by odczuła wyciekającą z ciała krew, ale związane ręce pozwoliły mu się tylko szarpnąć. Laziar uspokoił go gestem dłoni.

– No dobra, żartowałam tylko. Sprawdzimy pierwsze drzewo, czy w ogóle istnieje i czy można się dorobić na Figurce.

ROZDZIAŁ 2

Cień ucieczki

Jednym z powodów, dla którego Laziar wymusił tę podróż, była kobieta jego życia. Za wszelką cenę usiłował zatrzymać Aisenę przy sobie, widzieć ją i czuć jej zapach. Szukał wszystkich sposobów, by zmieniła zdanie i wróciła do niego jak przed miesiącami. A jeżeli po wszystkim odejdzie, to przynajmniej zostawi kolejne wspomnienie, do którego wróci w chwilach tęsknoty.

Crisma potrzebował z innego powodu. I nie chodzi tylko o odczytywanie treści z Dziennika, ale o dodatkową ochronę dla Aiseny. Po długich rozważaniach zdecydowali się rozwiązać mu ręce, ale nie zwrócili Dziennika – pilnowali go na zmianę, w zależności od tego, kto obejmie nocną wartę – by Crismo nie złamał obietnicy i nagle z nim nie uciekł.

Jeśli ich podróż nie skończy się na jednym drzewie, zdobędą pozostałe Figurki. Wtedy Laziar spędzałby mnóstwo czasu z Aiseną i zyskałby wiele okazji do zbliżeń dzięki niebezpieczeństwom oraz dramatycznym akcjom ratowania życia.

Z kolei Aisena starała się nie spoglądać bez potrzeby w stronę Laziara. Ta miłość nigdy nie zakwitła, więc teraz również nie zmusi jej do powrotu, nawet jeśli potrafiłaby zmienić swoje uczucia za pomocą dźwigni. Tym bardziej przy Criśmie, który porzucił kobietę jak potarganą szmatę, zamykając się po ich gorącym romansie niczym pałacowe wrota przed starą żebraczką. Lecz przez to jej pragnienie tylko się wzmocniło, by wszelkimi środkami przedostać się przez drzwi do szczęścia.

W Arsis zaopatrzyli się w suszony prowiant, napełnili bukłaki wodą ze studni, zmieścili ekwipunek do plecaków, a resztę spakowali do sakw. Zabrali garnki, liny, krzesiwo i dodatkowe koce – tyle, żeby się nie przeciążać. Długo namawiali Aisenę, by zrezygnowała ze swoich cudownych kosmetyków i książek, tłumacząc, że nie znajdzie czasu, by z tego korzystać, a ciężar tylko ją spowolni.

Według opisu z Dziennika wzgórze powinno znajdować się w lesie Agaris położonym na północ od jeziora Ewoth’duir. Rosły tu bujne drzewa, które podkładały korzenie pod nogi podróżnikom, podmokła ściółka spowalniała konie, a kąśliwe komary i muchy nie odstępowały ich na krok. I to wszystko już po dwóch dniach wędrówki.

W dodatku pilnowali Crisma, ale i tak każda spędzona chwila mimowolnie ich do siebie zbliżała.

– Nie ma to jak miejskie luksusy, co? – Crismo uszczypnął Aisenę.

– Nie traktuj mnie jak księżniczki, bo nią nie jestem! – zaperzyła się.

– Jak zostanę królem, to co najwyżej wezmę cię na służkę.

– Żebyś ty nie był moim sługą – odpowiedziała, grożąc mu palcem, ale nie powstrzymała się od uśmiechu.

Pierwsze świerszcze grały melancholijne pieśni na cześć zachodzącej kuli ognia. Laziar nagle się ogarnął i przystanął, a gestem ręki zatrzymał swoich towarzyszy. Pomiędzy krzewami zauważyli ryjącego w ziemi dzika.

– Dziczyzna na kolację? – zapytał.

– Z chęcią – odparła Aisena. – Mogę ja strzelić? Proszę!

Laziar odpowiedział szyderczym prychnięciem.

– Aiseno, ja naprawdę zjadłbym coś lepszego od sucharów – rzekł Crismo. – Nie potrafiłabyś trafić w śpiącego słonia kolczastego, a co dopiero w ruchomy cel.

– Ciebie jakoś załatwiłam – syknęła.

Crismo zamilkł, poważniejąc.

– Szczęście początkującego – podjął Laziar.

Namierzył dzika, zwolnił cięciwę. Strzała przeszyła szyję, uśmiercając zwierzę po paru kwiknięciach.

– Nawet ty przeciwko mnie? – żachnęła się Aisena, ale Laziar spławił ją lekceważącym uśmiechem.

Nafaszerowany grzybami leśnymi i przyprawami dzik wylądował na rożnie, uwalniając aromat, do którego tęsknili. Aisena nie wyruszyłaby bez swoich ulubionych ziół, które teraz się przydały. Zagryzając sucharami, objedli się do syta. Zbudowali daszek z gałęzi na wypadek jakiejś ulewy i rozstawili koce.

Aisena opadła pierwsza ze zmęczenia, zasypiając od razu. Laziar objął wartę.

Crismo również nie spał. Pogrążył się we wspomnieniach.

Pozwól się zestrzelić! – widniał dopisek na marginesie w Dzienniku, kiedy odczytał go jeszcze w norze. Dostrzegł te słowa ukradkiem i wtedy nie zrozumiał ich znaczenia. Owe zdanie zapisano tą samą ręką, ale jednocześnie należącą do zupełnie innej osoby: światłej i zadręczonej życiem, przez co pewne litery zmieniły charakter. Ten ktoś dopisał to później niż tekst główny, może nawet o kilka lat. W pośpiechu i drobnymi literami.

Crismo początkowo zignorował to przykazanie. Sądził, że wędrowiec zapisywał swoje nic nieznaczące myśli z boku, aby wykorzystać je do głównego opisu w późniejszym czasie. Crismo również dopisywał zdania na marginesie w swoim notatniku, kiedy komponował nową pieśń.

Jednak kiedy odszedł i usłyszał naciąganą cięciwę – kompletnie go zamurowało. Skojarzył fakty i odniósł wrażenie, jakby ktoś dopisał to zdanie, znając przyszłość skierowaną właśnie do niego. Aisena nie postrzeliłaby Crisma, gdyby celowo nie wysunął i nie nadstawił nogi.

Zadrżał na myśl, że to jakaś przepowiednia, że ktoś ustanowił przyszłość i teraz przekazuje drogę, którą ma wybrać. Pokręcił głową, czując zgrzytanie kręgów. To była jego decyzja i jego ciekawość. Chociaż z drugiej strony odszedłby, nie nabijając się na strzałę. A wtedy albo wyprawiłby się na poszukiwania Figurki samotnie, albo sprzedałby Dziennik na targowisku.

Ale tego nigdy się nie dowie.

*

Wczesnym rankiem Laziar wspiął się na sosnę, by zorientować się w terenie. Z tej perspektywy ujrzał ledwie wystające szczyty południowych gór Ghanad, pod którymi błyszczało jezioro odbijające światło wschodzącego poranka.

Zszedł na dół, przeklinając drzewo za kłujące igły.

– Musimy się skierować bardziej na północny wschód – oznajmił, przecierając ręce. – Tam teren bardziej się wznosi.

Wsiedli na konie i ruszyli dalej, omijając przeszkody, jakie stawiała im przyroda. Z każdą następną godziną ziemia się wznosiła, konie męczyły się i buntowały, więc dalszą drogę prowadzili je na uwięzi.

Na horyzoncie rozciągała się polana na leśnym wzgórzu. Porastała ją wysoka trawa, kępki chwastów, pokrzyw oraz kilka karłowatych drzewek. Aisena zrelaksowała się zapachem ziół. Nad nimi wszystkimi piętrzył się klon, który wyglądał jak stary król na wysokim tronie pośród swoich pobratymców.

– Cholera, nie gadaj mi, że znaleźliśmy to miejsce – rzucił Crismo z niedowierzaniem.

– Wygląda tu tak jak w opisie. – Aisena rozglądnęła się dookoła. – Las, góry, jezioro… i klon.

Przywiązali konie do drzew.

– Tylko jak odbierzemy Figurkę? – zapytał Crismo. Zbliżył się do klonu i obszedł go wokół. – Nic nie ma. Wygląda jak drzewo.

– Ciekawe, że żaden ptak do niego nie podlatuje… – zauważył Laziar, przecierając brodę. – Na takim wzniesieniu powinny otaczać go stadami. – Laziar spojrzał w dół i zaniemówił. Kilkanaście martwych i rozkładających się już ptaków oraz innych mniejszych zwierząt nazbierało się wokół całego drzewa.

Aisena pisnęła na ich widok i odsunęła się, zasłaniając skwaszoną minę. Crismo przekopał się przez martwe zwierzęta i wdrapał się na większy konar, szukając czegoś, co wyglądało na figurkę drzewa. Przeskakiwał po następnych gałęziach, dotarł do szczytu i chwilę się rozglądał. Podrapał się po głowie, aż w końcu odpuścił i zeskoczył.

– Skurwiały klon! – Crismo uderzył w pień. – Tyle czasu na podróż zmarnowaliśmy, by odejść z pustymi sakwami? O, nie! Nie ze mną te numery!

– Crismo, daj spokój. Innego drzewa tu nie ma – powiedział Laziar.

Crismo zasypał pień wściekłymi uderzeniami.

– Pojebany Waenin – ryknął. – Waenin Gaalk Aarpae!

Coś zadudniło i raptem fuknęło jakby z nozdrzy kolosalnego potwora. Wielka drzewiasta łapa uderzyła Crisma, który odleciał na kilka metrów w głąb polany. Twarz zarysowała się w korze, ukazując ślepia i groźne, drewniane zęby. Ent wyciągnął korzenne nogi i stanął przed nimi w pełnej okazałości.

– Panie Drzewie – zwróciła się Aisena ze złączonymi jak do modlitwy dłońmi. – Nie chcieliśmy zrobić nic złego… po prostu przyszliśmy…

Waenin tubalnie ryknął, przerywając kobiecie. Z prawego konaru, w dość szybkim tempie, wyrosły długie i twarde pnącza. Wywijał nimi dookoła, aby odstraszyć intruzów.

– Czemu nic nie gada?! – zdziwił się Crismo, unikając wymachów Enta. – Waeninie, porozmawiaj z nami, wiem, że potrafisz!

Waenin zdawał się jednak nie rozumieć tych słów. Ryknął, wymachując pnączami jak biczem i uderzając ciężko o ziemię, w której wydarły się podłużne rowki.

– Co to za potwór?! – Aisena się przygarbiła. – W tym demonicznym Dzienniku nic takiego przecież nie napisano! Co to ma znaczyć?!

– Uważaj, Aiseno – ostrzegł Laziar. – Odsuń się najlepiej. – Spojrzał w kierunku Crisma, dosięgając łuku. Skinieniem głowy dał znać do ataku, na co Crismo przytaknął.

Laziar strzelił kilkakrotnie. Ent rozzłościł się, machając pnączowymi biczami na oślep. Crismo natarł z mieczem, rozcinając kawałek pnia. Waenin ryknął. Wykonał kilka wielkich i dość szybkich, jak na jego rozmiary, kroków w przód i pochwycił Aisenę konarową łapą. Ostre gałęzie otarły jej skórę i podarły suknię w kilku miejscach.

Na krzyk Aiseny Laziar przestrzelił pusty oczodół, a Crismo doskoczył do konaru, który ją więził. Odrąbał go i Aisena wylądowała na ziemi wraz ze szczątkami jego łapy.

Pnącza z drugiej strony zawinęły się w masywną kulę i uderzyły w Crisma jak maczugą. Z kolei Laziara zablokowały korzenie, które nagle wyrosły z ziemi. Aisena wznieciła ogień z drzewnej łapy, odłamała większy konar, podpaliła i wywinęła nim w stronę Enta.

Obolały Crismo, który ocknął się po potężnym uderzeniu, ominął Enta szerokim łukiem i uwolnił Laziara z korzennych kajdan. Laziar podpalił strzałę z ognia Aiseny i wycelował w drugi oczodół Enta. Kilka kolejnych strzał zatliło klon.

Waenin ryczał, rąbiąc powietrze pnączami i ryjąc ziemię naokoło siebie. Crismo dobiegł do niego i wbił miecz między ślepia. W miejscu, gdzie powinna znajdować się szyja, dostrzegł naszyjnik z przeplatanych gałązek, a owinięte w kłębek liście skrywały coś w rodzaju lśniącego amuletu.

Crismo jedną ręką pochwycił gałąź, a drugą, z wielkim zapałem, odcinał naszyjnik. Ent rzucał się na wszystkie strony, objęty płomieniami, a jego niezrozumiałe dźwięki przypominały składanki najgorszych przekleństw. Crismo pochwycił naszyjnik, odskoczył i uciekł w popłochu, dołączając do Laziara i Aiseny.

W milczeniu spoglądali na ogarnięty płomieniami i szaleństwem wielki klon, który cały się palił. Wraz z ustającym, tubalnym krzykiem Waenina opadły wpierw pnącza, a potem całe drzewo zwaliło się na ziemię.

Aisenie napłynęły łzy do oczu; skuliła się i zadrżała, jakby ogarnął ją lodowaty powiew.

– Idziemy stąd – nakazał Laziar, obejmując dziewczynę ramieniem.

*

Aisena spoglądała na trzaskające w ognisku gałęzie jak na płonącego Enta sprzed kilku godzin. Rany i ubrudzoną twarz otarła mokrą szmatką, ale postrzępionej sukni już nie załata. Tak samo jak nie uciszy krzyków drzewnego potwora, które odbijały się echem w jej głowie.

Urazy Laziara i Crisma, jakich doznali podczas walki, zagoiły się do tego stopnia, że już im nie przeszkadzały, a wspomnienie umierającego Enta rozmył dziwny przedmiot odwiązany od gałązkowego naszyjnika, który przykuł ich uwagę.

Figurkę wykonano ze stopu w kolorze srebrzystym, ale żaden z nich nie założyłby się nawet o palec, że to srebro. Swoim niewielkim rozmiarem mieściła się na dłoni zetkniętej opuszkami palców. Kształtem przypominała drzewo z dziesięcioma gałęziami, na których wyrastał tylko jeden stosunkowo większy, misternie żłobiony liść. Na każdym widniała cyfra od zera do dziewięciu. Podstawę Figurki tworzyły gęsto splątane korzenie, a u jej dołu również znalazła się cyfra, tyle że z numerem czwartym. Przedmiot wyglądał na delikatny, ale nie kruszył się nawet przy mocniejszym nacisku.

– Wspaniały przedmiot – zachwycił się Crismo.

– Ciekawe do czego służy – zastanawiał się Laziar, strugając strzałę z kija leszczyny. W kołczanie niewiele już ich pozostało. – Skoro tak bardzo go pilnował, to pewnie nie jest zwykłą Figurką.

– Owszem, pilnował, ale niepotrzebnie zaatakował – odparł. – Przynajmniej poświęcił się w słusznej sprawie i nie uciekał z podniesionymi korzeniami. A Figurka to unikat, sprzedamy go samemu królowi za połowę jego skarbca. Podzielimy się: pół dla mnie, pół dla was.

Laziar pokręcił głową, nie popierając tego pomysłu.

– Posłuchaj, Crismo. Nie śpieszmy się ze sprzedażą. Chciałbym najpierw go przebadać u jakiegoś maga. A jeśli to potężny przedmiot?

– Chodzi ci o to, że w niewłaściwych rękach przyczyni się do katastrofy? – zniżył głos. – Nie wygląda na takiego.

– Lepiej się upewnić. Jeżeli mag nie wykryje w nim cząstki magicznej materii, to wtedy go sprzedamy. – Laziar spojrzał na Aisenę. Przeżyła z Entem straszliwą przygodę, a wieczorne ciemności ogarnęły ją sennością. Nic więc dziwnego, że już okryła się kocykiem.

– Nie chcę cię martwić, ale sądząc po tej „czwórce”, to na pewno są jeszcze trzy takie Figurki – zauważył Crismo.

Laziar pogładził się po głowie i odparł:

– Czyli w sumie cztery takie Figurki? Jeżeli niosą ze sobą zagrożenie, to znajdziemy je i zabezpieczymy.

– Albo zniszczymy.

– Potrzebujemy jakiegoś mędrca, który wykaże się wiedzą o takich unikatach. Od razu odrzućmy magów z Neghuz i Wenhuz, bo Mroczniacy są na tyle pyszni, że widzą tylko swoje korzyści. A o orkowych szamanach już nie wspomnę.

– Jednych i drugich pochłonęła wojna i szukają sposobu na zwycięstwo. Furnianie myśleli, że orkowe mury Uzdarghu zdobędą jednym oblężeniem, a teraz wykrwawiają się na frontach bez szans przebicia. Mam nadzieję, że Orkowie i Mroczniacy wybiją się nawzajem.

– Owszem i dlatego naszym celem pozostaje Eazion.

Crismo schował Figurkę do sakiewki i przywiązał rzemykiem do pasa.

– Może wszystkie cztery Figurki przyniosą śmiertelne zagrożenie? – zastanawiał się Crismo.

– Sprawdzimy to. Dziennik pomoże nam je odnaleźć.

– Jestem zbyt wyczerpany, by jeszcze dzisiaj tracić krew na czytanie Dziennika.

– Zgoda, poszukamy rano, a potem wyruszymy do Eazion. A jeśli po drodze natrafimy na innych Entów, to też je zgarniemy. Martwi mnie jedynie to – ciągnął Laziar – że drzewo nas zaatakowało, a opisano je zupełnie inaczej.

– Drzewo się broniło. A raczej Figurki. Każde z nich będzie jej bronić.

– Opisano je jako przyjacielskie… mniejsza z tym.

*

Ogień w oczach Aiseny odbijał się nawet wtedy, kiedy usnęła.

Przed nią płoną korony tuzina klonów. Krzyczą niczym przerażone niemowlęta. Nie błagają o pomoc, lecz o szybszą śmierć. Aisena zakrywa uszy i ucieka. Łapią ją korzenie, potyka się i wpada w głębokie morze. Dusi się. Próbuje się wyszarpać, ale woda wszystko zamazuje.

Otworzyła oczy. Ciemności w lesie nie rozjaśniało już ognisko. Noc przepełniał spokój, oprócz kilku łownych zwierząt czających się wśród krzewów czy gałęzi. Zaczerpnęła powietrza, biorąc głęboki oddech.

– Na panią Bewianę, co się ze mną dzieje?! – szepnęła do siebie. – To jakiś obłęd! Czemu się zgodziłam na tę wyprawę?! To drzewo… ten Ent cierpiał… jak mogliśmy mu to zrobić… – po policzkach spłynęły słonawe kropelki. Powiodła spojrzeniem po Criśmie i Laziarze. Obaj spali, choć jeden z nich powinien pełnić wartę. – To wszystko moja wina! Co mnie skusiło na tę wyprawę?! Bogactwo? Jaka ja głupia jestem!

Aisena wstała. Jak najciszej przeszukała sakwy i torby, aż znalazła Dziennik.

– To na pewno przekleństwo Dundhaera! Dlatego ktoś go schował w tamtej norze… Już więcej nie sprawi nikomu krzywdy.

Odwiązała konia delikatnymi pociągnięciami i odeszła z nim na uwięzi kilka kroków dalej, by przy nich nie hałasować. Wspięła się na grzbiet i pojechała przed siebie.

– Nie mogą mnie znaleźć… Nie mogą znaleźć Dziennika… Nikt już nikogo nie zabije…

*

Końskie prychnięcie obudziło Crisma z płytkiego snu. Przetarł powieki i zerknął w stronę Laziara. Spał, jakby nawdychał się oparów z czerwonych grzybków.

Zasadę obejmowania warty chyba już odwołano – pomyślał i spojrzał obok. W miejscu, gdzie wcześniej spała Aisena, leżał tylko wymiętolony kocyk. Crismo poderwał się i dobył miecza.

– Laziar! – Szepnął głośniej: – Laziar!

Laziar przewrócił się na bok, znajdując nową pozycję do spania. Crismo szturchnął go sztychem i wtedy obudził się z impetem, wyciągając sztylet.

– Schowaj tę wykałaczkę, bo już dawno przebiłbym cię na wylot! – burknął Crismo.

– Co się dzieje?

– Nie widzisz? Aisena uciekła! – Crismo przeszukiwał torby. – Jak obejmowałeś wartę, co?!

Laziar powstał, podpierając się ręką o pień.

– Aisena by nam tego nie zrobiła – oznajmił sucho.

– Ty chyba nie znasz kobiet!

– Może ktoś ją porwał! Ja nie wiem! – Laziar spoglądał przez chwilę na Crisma i warknął: – A może ty jej kazałeś uciec, co?!

– Waż słowa! Zabrała mój Dziennik! – rzucił rozłoszczony. – Lepiej powiedz, gdzie ona jest! Co znowu kombinujecie?! – Crismo sprawdził sakiewkę z Figurką, ale nadal zwisała u jego pasa, przez co trochę mu ulżyło. – Wiedziałem, żeby nie ufać kobietom. Ta cholerna…!

– Sam uważaj na słowa! – syknął Laziar, przerywając mu. – To kobieta moich marzeń…

– Doprawdy? – wtrącił. – Jakoś w to wątpię, skoro drugi raz ci zwiała!

Mężczyźni dali upust swojej agresji, ale tylko przez chwilę się szarpali. Crismo opamiętał się i wyrwał się spod ucisku.

– Dosyć! To nie załatwi sprawy!

– Masz rację. – Laziar poprawił skórzany kubrak. – Masz rację, Crismo. Naprawdę nie wiem, co jej strzeliło do głowy, że nagle uciekła.

– Zabrała tylko Dziennik. I konia. Gdyby ktoś ją porwał, to okradłby nas z reszty wierzchowców, broni i ardeników.

– Co cię naszło? – Laziar powiedział do siebie i rozejrzał się, zaczynając od kocyka. – Na pewno nie pokłóciliście się? – zapytał głośniej.

– Nic z tych rzeczy. Gdyby zrobiła mi na złość, to zabrałaby Figurkę.

– Gdyby zabrała Figurkę, to wystawiłaby nas dwóch do wiatru – Laziar podążał jej tropem, od kocyka po torbę, w której znajdował się Dziennik, a potem w stronę konia. – Miała jakiś powód, że uciekła właśnie z Dziennikiem.

– Może ktoś ją podpuścił? Albo zwariowała. Chcę z powrotem Dziennik – dodał oschle Crismo.

– A ja chcę Aisenę. Pomożesz jej szukać?

– Pomogę szukać Dziennika!

Laziar skinął głową. Sprawdził ślady, jakie pozostawiła po sobie Aisena. Doświadczenie w myślistwie pozwalało prześledzić ślady kopyt. Tropienie zwierzyny to kwestia wczuwania się w jej skórę. Nabrał głębokiego oddechu, jakby wciągał jej zapach, który niosło powietrze. Ustalił kierunek, w którym wyruszyła, i wskoczył na konia.

– Pojechała na południe. Ruszajmy.

Crismo pozbierał torby, wsiadł na konia i trzymał się za Laziarem.

– W ten sposób ją odnalazłeś? – zapytał po długim milczeniu.

– Śmiej się, śmiej. Kiedy ciebie dopadnie ta zaraza, którą zwą miłością, poruszysz ziemię, by odnaleźć swoją kobietę.

– Oby mnie to nie spotkało.

– Ja jej szukałem, chcąc poznać prawdę.

– No i znalazłeś. Dowiedziałeś się prawdy. Ja na twoim miejscu odpuściłbym na samym początku.

– Wspominałem, że to zaraza? Nie da się z tego wyleczyć. Nikt inny nie rozumie w tej sytuacji czynów, jakie popełniasz. Przez nią nie jestem sobą.

Ciemność nadal spowijała przestrzeń, więc uważali na pagórki i wyrastające korzenie. Aby dogonić Aisenę, nie mogli popełniać błędów. Pospieszali konie na ubitej drodze, ale zwalniali przy mulistej glebie. Laziar dodatkowo zatrzymywał się i sprawdzał ślady, by upewnić się, że nie zgubili jej tropu.

Daleko w głębi drzew Crismo dostrzegł wątłe światła pochodni, ozdobionych czaszkami zwierząt, wbitych w ziemię, które powinny odstraszać nieproszonych gości. Niektóre już wygasały. Były też trzy namioty z lnianego brezentu i skór zmutowanych zwierząt oraz palenisko, nad którym wisiały zwęglone resztki z ciała jelonka. Stłumione śmiechy i obcesowe słowa wskazywały, że Orkowie rozbili obozowisko i ucztowali w najlepsze.

– To Aisena! – Laziar rzuciłby się im w paszczę, gdyby nie powstrzymała go ręka Crisma.

Aisena siedziała skrępowana na uboczu, powstrzymując płacz i spoglądając niewidzącym wzrokiem w jakiś punkt. Orkowie dyskutowali o dziewczynie, co chwilę wskazując w jej kierunku.

– Opanuj się! – skarcił go Crismo. – Nie wiemy, ilu dokładnie jest Gedorian. Ani w ogóle co tutaj robią.

– Nie mogę patrzeć, kiedy tak cierpi.

Skrępowali konie i podkradli się bliżej.

– To chyba zwiadowcy – powiedział Laziar, opanowując emocje. – Na północy trwa wojna, więc szukają jakiejś innej drogi.

– To nie nasza wojna – przypomniał Crismo – ale jeśli ich zabijemy, ściągniemy cały oddział.

– Chcesz ich zwyczajnie poprosić o zwrot dziewczyny? Tak po prostu? Lepiej się sami pozabijajmy. Trzeba ich zaskoczyć. Od razu zabić. Spalić zwłoki, zakopać, cokolwiek. Oni nie znają się na negocjacji.

– Poczekamy, aż jeden obejmie wartę. Ja go zaskoczę ciosem w tył głowy, tak by zemdlał, a ty uwolnisz Aisenę. No i znajdziesz Dziennik.

Kiedy Crismo jeszcze to mówił, jeden z Orków pociągnął Aisenę za ramię i postawił pośrodku towarzystwa.

– Tańcz! – nakazał gburnym głosem.

Aisena ledwie powstrzymywała płacz. Nie potrafiła nawet objąć się rękami.

– Elfickie dziwki! – ryknął drugi Ork. – Każdemu dają się wyruchać po kolei, ale jak im przyjdzie publiczność, to nagle zasłaniają te swoje cipska i udają dziewice. Nie za darmo, co? – Gedorianin nabrał garść ardeników i obrzucił ją drwiącym gestem. – Rozbieraj się i dawaj nam porządny pokaz!

Aisena wbiła wzrok w ziemię; mięśnie drżały, a stawy stwardniały, jakby przemieniła się w bezużyteczną miotłę. Drażniła ich swoim bezruchem. Potrafiła jedynie uciec myślami do Laziara i Crisma oraz opętania, które odłączyło ją od towarzystwa w środku nocy. Ten błąd zapamięta do końca życia.

– Kurwa, nocy nam zabraknie! – Pierwszy Ork dopadł ją i zerwał z niej suknię. Reszta dopingowała go śmiechami i oklaskami. – Spójrzcie na to piękne ciało dziwkowej Elfki!

Aisena z trudem opierała się potężnym ramionom. Ork zgniótłby ją jak garść robaków, ale to nie sprawiłoby mu takiej zabawy. Zdarł z niej resztę ubrania, obnażając piersi i łono. Aisena z jękiem upadła na kolana, skuliła się i zasłaniała rękoma.

– Dobra, a teraz, kto pierwszy… – Ork gwałtownie urwał, dławiąc się własną krwią, kiedy strzała przebiła tchawicę. Ciało z łomotem runęło na ziemię.

Pozostałych pięciu Orków poderwało się z bojowym wrzaskiem, dobywając topory, miecze i tarcze, kiedy intruzi wyskoczyli im naprzeciw. Crismo zadał cios mieczem w gardło pierwszego Orka, kiedy jednocześnie ostrze topora ze zgrzytem otarło się o karwasz. Wyrwał topór i miotnął w plecy kolejnemu; Laziar dobił go sztyletem, sprawnie przełożył łuk i postrzelił trzeciego Orka, kapitana tej grupy.

Crismo walczył z czwartym Gedorianinem, płynnie unikając ciosów do czasu, kiedy Ork zamachnął się zanadto – Grajek przejął jego miecz, ciosając go w przerośnięte łapsko. Uwielbiał, kiedy przeciwnik ginął od swojej własnej broni. Wymierzał ostateczny cios, kiedy wrzask kobiety przerwał wszystkie ruchy.

Zimny sztylet przywierał do szyi Aiseny. Druga ręka Orka mocno obejmowała Elfkę, by nie próbowała się wyrwać. Aisena omal nie zemdlała od tego uścisku.

– Jestem pełen podziwu, panowie Elfioszki, za waszą niegościnną wizytę – warknął Ork, kiedy Crismo i Laziar posłusznie odłożyli broń. – Jesteście bardzo dobrymi wojownikami, ale nie najlepszymi. – Spojrzał na ciało kapitana, odepchnął Aisenę, wyjął kuszę i dla pewności przestrzelił jego serce.

Splunął i powiedział do siebie:

– Tobie tego akurat życzyłem, kurewska gnido. Gurdarh! – zwrócił się do swojego jedynego kompana, który przetrwał ofensywę. – Zwiąż ich!

– Poczekaj! – rzucił Crismo. – Zabierzemy dziewczynę i zostawimy was przy życiu. Odejdziemy w pokoju. Mogę nawet uznać, że wygraliście, ale tylko nam ją oddajcie.

– Wydaje mi się, że jednak nie odejdziecie w pokoju – Burdaz zaśmiał się na cały głos. Gurdarh zdzielił ich trzonem topora w głowę, odcinając od przytomności.

Krzyk… Brzęk łańcucha… Śmiech… Rozmazane słowa… Coś przemknęło… Coś umknęło…

Krew spływała do mózgu.

Crismo i Laziar otrząsali się z każdym powolnym mrugnięciem, zawieszeni kostkami za konar. Związano ich ze sobą jednym, długim łańcuchem, a ręce skrępowano. Obydwóch bolała głowa, jakby czaszki miażdżyło stado kóz. Aisena siedziała nieco dalej, również związana, za to okryta orkowym płaszczem.

– I co ja mam wam teraz zrobić?! – warknął Burdaz. – Wybiliście grupę zwiadowców. Nasza misja straciła szanse powodzenia. A kiedy zawrócimy, przywódcy nas wytłuką. Plugawi roślinojebcy. – Splunął na Laziara, a Crisma zdzielił w twarz.

– Uwolnij moją dłoń, to osobiście cię zatłukę! – wycedził Laziar, a w odpowiedzi otrzymał pieczątkę z pięści.

– Milczeć!

Gurdarh w tym czasie przeszukiwał ich rzeczy. Niepotrzebne od razu odrzucał na bok. Znalazł sakiewkę z Figurką i doczepił sobie do naszyjnika obok innych szamańskich wisiorków. Crismo zacisnął pięści i nerwowo podskoczył, ale w tej pozycji tylko się zakołysał. Zazgrzytał zębami, powstrzymując się od słów, które wpakowałyby go w jeszcze większe kłopoty.

– O, książka! – rzucił wesoło Gurdarh. – Któreś z was mi poczyta. Ja niestety nie potrafię. A chętnie posłucham… A to co? – zdziwił się na widok pustych stron. – Do czego wam to potrzebne? Chyba do podtarcia dupska! – Ork wpadł w cherlawy śmiech, wyrwał kilka stron i wcisnął w gardło. – Do jedzenia się nie nadaje, ale gdybym w ten sposób przyswajał wiedzę…

– Żebyś, kurwa, srał tygodniami tymi stronami! – warknął Crismo, potrząsając połową drzewa, z którego spadały liście.

– Morda! – Gurdarh bachnął w niego Dziennikiem. – Burdaz, czemu od razu ich nie zabijemy? Sprawiają nam za dużo problemów.

Crismo wydął kąciki ust, rzucając wzrok na leżącą pod nim książeczkę z otwartymi stronami.

– Zabijemy, jak dotrzemy do obozu. Musimy się jakoś wytłumaczyć, więc cierpliwości, jeśli chcesz pożyć.

– Nie dam się trzymać w niewoli! – rzucił szaleńczo Crismo, podciągając się i wbijając zęby w nadgarstek.

– Crismo, daj sobie z tym spokój – szepnął Laziar. – Co ty w ogóle wyprawiasz?

– I tak wszyscy zginiemy, jeśli o to ci chodzi… więc może któremuś z nas uda się uwolnić…

Krew broczyła z ręki pojedynczymi kroplami. Gurdarh znów przyłożył więźniowi w twarz na uspokojenie. Crismo złapał oddech i przeniósł się na wyżynę cierpliwości, czekając na efekty.

Gurdarh sarknął, kątem oka dostrzegając coś, co dla jego nosa śmierdziało bardziej niż końskie łajno. W rozwartym Dzienniku zalśniły brudnoczerwone litery, które po chwili znikały. Podniósł go i przejrzał ponownie. Strony znów błyszczały pustką.

– Co jest nie tak z tą książką? – zapytał podejrzliwie Crisma. – Jest magiczna i coś skrywa, tak? Odpowiadaj!

– Coś ci się przywidziało…

Gurdarh przywalił mu Dziennikiem w twarz. Krew Crisma umazała okładkę, ukazując mało znaczący tytuł. Ork wystawił zębiska w cynicznym uśmiechu, poznając tajemnicę działania książki.

– Więc sam to sprawdzę.

Kilkoma machnięciami nożem rozciął na klatce piersiowej Crisma rany, a spływające krople krwi wtapiały się w strony z Dziennika. Crismo syczał z bólu.

– Co tu jest napisane? – Ork nie potrafił czytać.

– Odpierdol się – rzucił Crismo, krzywiąc się z powodu palących ran, jakby oblazło go kilka kolczastych dżdżownic.

Gurdarh zignorował to, by nie wyprowadzać się z równowagi. Podszedł do Aiseny i zagroził:

– Ty to przeczytasz, bo jak nie, to twoje chłopaczki umrą w długich cierpieniach. W bardzo długich cierpieniach – powtórzył, akcentując każde słowo.

Litery wyblakły. Przerażona Aisena podeszła niepewnym krokiem do Crisma, otarła stronę o okrwawioną klatkę piersiową i rozpoczęła czytanie drżącym głosem:

– Odbicie mojej twarzy w tafli wody ani trochę nie zwróciło mi pamięci. Przebłyski w snach pojawiały się tak często, że wszystko mi się teraz miesza i nie mam pojęcia, jak ułożyć je w logiczną całość. Mam dość dużo drobnych blizn na twarzy. Ciekawe, czy kiedyś dowiem się, jakie były ich historie. Nadchodzą chmury i być może spadnie z nich deszcz. Postanowiłem zbudować daszek z gałęzi i przeczekać złą pogodę. Przy okazji odpocznę. Kiedy moja praca była już na ukończeniu… – urwała, przełykając ślinę.

– Pięknie czytasz, dziwko, ale radzę ci nie przerywać – warknął Gurdarh. – Czytaj!

– Morda, Gurdarh! – wtrącił Burdaz. – Zaraz się zwijamy i ruszamy do bazy.

– Niech jeszcze poczyta!

Aisena ze wstrętem odczekała na chwilę ciszy. Skropliła następną stronę krwią z ran Crisma i posłusznie kontynuowała:

– …pomiędzy krzakami zjawił się jeleń. Od razu zaburczało mi w brzuchu na widok mięsa. Pomyślałem, że od czasu do czasu jakiś większy posiłek dobrze na mnie wpłynie i odmieni nieco dietę. Mój łuk, choć nie nadawał się do walki z wrogiem, ułatwiał polowanie, ale musiałem podejść jak najbliżej. Strzała wbiła się w udo jelonka. Spłoszył się, ale na moje szczęście potknął się, więc szybko go dogoniłem. Zanim dobiłem go mieczem, coś mnie powstrzymało, coś oplotło moje ręce i nogi i nie pozwoliło mi się nawet ruszyć. Ent odezwał się do mnie groźnym tonem: „Wędrowcze, czemuż zabijasz to niewinne zwierzę?”. „Żeby przeżyć”, odparłem. „Muszę się pożywiać. Nie czerpię życia z ziemi ani ze słońca, tak jak wy”. Ent wydał się zaskoczony moją odpowiedzią, co bardzo go zaintrygowało. „Powiadasz, że słońce daje życie?”, zapytał, ale po chwili dodał: „Tak się składa, że cenię życie. Dbam o nasz las, rozumiesz? Jestem Strażnikiem pani Bewiany. A nazwano mnie Awedin Kulmarh Gae”. Ent poprosił mnie, bym pomógł mu wyleczyć jelenia. By stanął na nogi. Dla mnie to wielka strata, bo pożywny posiłek dosłownie uciekł mi sprzed nosa…

Aisena przykucnęła. Zaschło jej w gardle na tyle, że nie potrafiła przełykać. Płonący Ent i Figurka ponownie się przed nią odkryły niczym zakopane grobowce przy huraganie.

Laziar ukradkiem spojrzał na Crisma, lecz ten zamknął oczy i nasłuchiwał w bezruchu.

– Bardzo, bardzo ciekawe – powiedział Gurdarh. – A teraz powiecie mi, co to jest? – wskazał Figurkę przypiętą u szyi, przyglądając się jej z uwagą. – To unikat. Nie znam kopalni z takim metalem, z którego by go odlano. No, co to, kurwa, za przedmiot?! – Ork z braku cierpliwości po raz kolejny palnął Crisma i Laziara.

– To Figurka od jednego z tych Entów – odpowiedziała w pośpiechu Aisena, łkając.

– Jesteście poszukiwaczami skarbów? – zainteresował się Burdaz. – Ile jest takich Figurek, co? – Spojrzał na Laziara. – Dwadzieścia? Więcej, mniej? Są kosztowne, tak? Wzbogacimy się i zbudujemy twierdzę!

Gurdarh przyłożył Figurkę do rozpalonej pochodni, badając jego reakcję.

– Nie…! – wydusił z siebie Crismo.

Figurka jednak nie roztopiła się ani nawet nie odkształciła. Za to jeden z dziesięciu listków zalśnił jaskrawym światełkiem. Kiedy Gurdarh próbował zapalić następny listek, poprzedni natychmiast gasł.

Aisenę, Crisma i Laziara przeszły dreszcze. Spoglądali na siebie w milczeniu, ale ich rozszerzone źrenice wskazywały na to, że długo dyskutowaliby o Figurce, gdyby nie wpadli w orkowe sidła. W Figurce tkwiła magiczna moc. Nieznana.

A nieznane bywa niebezpieczne.

– To zainteresuje wodza Gaedhora – powiedział zachwycony Burdaz. – Przynajmniej oszczędzimy nasze głowy. Ale jest nas dwóch, więc potrzebujemy jeszcze jednej Figurki.

– Mam dla was propozycję… – wystękał Crismo. – Zabijcie jeden drugiego, a zwycięzca zgarnie Figurkę… – zakasłał i dodał: – z Entem trzeba się natrudzić, by wygarnąć jego zdobycz…

Orkowie zacisnęli dłonie na rękojeściach, naprężyli mięśnie ud i wbili w siebie groźne spojrzenia, jakby stanęli na arenie, by walczyć o przetrwanie.

– Milcz, larwo! – zwrócił się do Crisma Burdaz. – Drogą lojalności zdobędziemy więcej Figurek. A za nieudaną wyprawę obwinię wasze najście. Dodam, że przewodniczyłeś tuzinem rycerzy z Eazion. Że ledwie uszliśmy z życiem. A zanim odetną wasze głowy, usłyszycie mój śmiech!

*

Wyruszyli na południe, w stronę jeziora Ewoth’duir wypełniającego środkową część wyspy. Jednego konia dosiadywali Crismo z Laziarem skuci łańcuchem za nadgarstki. Ich postrzępione i brudne ubrania nie były godne wojowników.

Crismo uśmiechnął się do siebie, gdy spojrzał na lutnię przywiązaną do siodła. Namówił Orków, że przed powieszeniem zagra widzom swoją ostatnią melodię. Palcami przemknął natomiast po karwaszu, którego nie zdjęto z przedramienia.

Aisena jechała z Gurdarhem, który przywiązał ją do siebie sznurem. Jej nagie ciało nadal okrywał orkowy płaszcz podrażniający skórę i oblepiony stęchłym smrodem, podobnie jak Gurdarh. Prędzej wypali sobie nozdrza, niż przyzwyczai się do tego odoru.

Burdaz zamykał kawalkadę; wioząc sprzęt i broń, poruszał się wolniej nawet od Crisma i Laziara. Niewolnicy uświadomili mu, że w starciu z Entem przyda się waleczna dłoń i broń, która ją wypełni. Burdaz co najwyżej zwróci jednemu miecz, a drugi niech poświęca własne życie.

Podróż zabrała im niecałych osiem dni, kiedy dotarli do brzegu jeziora. Ewoth’duir rozciągał się aż po krańce horyzontów niczym morze bez fal i piaszczystej plaży. Laziar spojrzał w dal, nie dostrzegając niczego, co ułatwiłoby im ucieczkę.

– No to jesteśmy – burknął Burdaz z zadowoleniem. – Teraz wskażcie nam drzewo. Rozwalimy je i zabierzemy Figurkę.

– Nikt z nas nie wie, gdzie się znajduje – wytłumaczył Laziar. – Poprzednie górowało na polanie. I tak cudem na nie trafiliśmy.

– To wyrżniemy wszystkie przy brzegu – odparł Gurdarh.

– To bez sensu, żebyśmy obchodzili całe jezioro i tygodniami nawoływali jego imię. Jak dla mnie to strata czasu.

– Co proponujesz? – zapytał Burdaz.

– W Dzienniku nie opisano dokładnie miejsca, w którym powinien znajdować się Ent, więc rozdzielimy się. Ja, ty, Burdazie, i Aisena pójdziemy na zachód, a Crismo i Gurdarh na wschód. Przyśpieszylibyśmy poszukiwania.

– Tak, tak, na pewno! – oburzył się Gurdarh. – Twoje słowa cuchną trucizną! Po pierwsze jak się rozdzielimy, to zmniejszą się szanse na pokonanie Enta. Po drugie nigdy nikomu nie ufam i taki Crismo zajdzie mnie w nocy i zabije. Po trzecie jeżeli my pierwsi znajdziemy drzewo, to i tak musielibyśmy czekać na was, aż dotrzecie z drugiej strony! Nie róbcie z nas, kurwa, idiotów!

– Będziemy trzymać się razem – postanowił Burdaz. – I nie próbujcie żadnych podstępków, bo to na nas nie działa!

Crismo raz jeszcze sprawdził tekst w Dzienniku, by upewnić się, że to właściwe miejsce.

Tafla wody – pomyślał. Jeżeli przyjrzeć się temu z bliska, to równie dobrze mogłoby chodzić o morze, ale wtedy podróżnik nie widziałby swojego odbicia zmąconego przez fale. Jezioro i tak znajdowało się najbliżej poprzedniego drzewa.

Przeczytał uważniej kilka następnych zdań.

– Czy ktoś z was zna te tereny? – zapytał Crismo. – Widoki wokół jeziora?

Orkowie pokręcili głowami. Aisena podniosła na Crisma nieśmiałe spojrzenie i odparła:

– Tylko przez dwa dni podróżowałam brzegiem jeziora od rzeki Worth i oprócz jałowców, wszystko wyglądało podobnie, tak jak tu. Ale widziałam je jedynie na horyzoncie, bo zboczyłam z drogi do Arsis.

W oczach Crisma pojawił się błysk.

– Nie jestem pewny, ale to tam powinniśmy zacząć poszukiwania. Według opisu z jakichś krzaków wychynął jeleń. Musimy odszukać jałowce i sprawdzić, czy to jedyne krzaki w tej okolicy. Brzmi skromnie, ale jednak innego wyjścia nie widzę.

– Jeżeli masz rację, to zostaniesz moim umiłowanym sługą – rzekł Burdaz. – Ale na moich zasadach. Oszpecę ci twarz i wyłamię palce.

Crismo na pewno nie poświęci swojej urody. Ani życia za kogokolwiek, pomimo swoich wcześniejszych słów. Jeżeli nie opracuje podstępnego planu, nikt nie wybrnie z tej sytuacji w jednym kawałku.

– Reszta pójdzie w niewolę, choć krótką – dodał, a Gurdarh zaśmiał się na głos; przekrzywił łeb, wystawił język i gestem topora udał, że odcina kark.

Laziara i Aisenę połączyły zasępione spojrzenia. Dopóki głowy tkwiły na karkach, dopóty trzymała ich iskierka nadziei na ocalenie.

Ruszyli brzegiem Ewoth’duir na wschód w takim samym ustawieniu jak poprzednio. Co kilkadziesiąt metrów ziemia pod końskimi kopytami stawała się podmokła, przez co spowalniała wierzchowce. Do oczu wlatywał im pył, kiedy wiatr wzbierał na sile.

Po dwóch dniach drogę przeciął im posłaniec obwieszony trzema torbami paczek i listów. Orkowie wbili w niego baczne spojrzenia, ale na jego szczęście odjechał bez odwracania się. Nawet Aisena nie odważyła się pisnąć o ratunek, gdyż Orkowie bez skrupułów odcięliby posłańcowi głowę, a jej urządziliby przedsmak tortur, które czekają na nią w Uzdargh.

Orkowie znosili tygodnie bez jedzenia i picia, a ich sprawność trzymała się na tym samym poziomie. Wojownicze życie zmusiło ich do przystosowania się do twardych zasad. Z tego powodu nie rozstawiali obozowiska. Z drugiej strony Crismo, Laziar i Aisena ledwie utrzymywali się na siodłach. Głód i pragnienie wolności doprawione sennością sprawiały, że w każdej chwili mogli uderzyć o ziemię. Laziar spojrzał na Aisenę i zawołał do Orków:

– Musimy się zatrzymać. Konie są już zbytnio wykończone – skłamał, by nie wyjawiać ich słabości.

– Co ty powiesz? – warknął Burdaz.

– Jeżeli chcesz iść o własnych nogach, to je wykończ!

– I bez nóg bym cię prześcignął! Dobra – zdecydował po chwili – odpoczniemy do wczesnego świtu. Gurdarh! Przywiąż ich do drzewa, by nie uciekli.

Orkowie urządzili obozowisko, spętali więźniów i konie. Przynajmniej przez chwilę odetchnęli i zregenerowali siły.

– Aiseno, wydostaniemy się stąd – szepnął Laziar, kiedy Orkowie się oddalili. – Obiecuję ci, że zrobię wszystko, żebyś wróciła do domu.

– Mam już tego dość – odsapnęła. – Ta wyprawa miała nas wzbogacić, a w zamian utracę życie. Jaka byłam głupia!

– Mimo tego, co mi wtedy powiedziałaś przed tamtą jaskinią, to ja i tak będę szczęśliwszy, umierając przy twoim boku, niż żyjąc bez ciebie.

Aisena przez chwilę próbowała dosięgnąć palcami jego dłoni, ale zbyt mocno ich skrępowano. Odpuściła, jakby uszło z niej całe powietrze nadziei.

– Słuchajcie – wtrącił Crismo – nasza jedyna szansa jest w tym Encie. Trzeba tak zaimprowizować walkę, by oni zginęli, a nam udało się uwolnić. Pieprzyć te całe Figurki. Chcę się stąd wyrwać. Uwolnimy się i uciekniemy. Ewentualnie sami załatwimy Orków, by nie łazili nam po ogonie. Albo Ent ich załatwi – dodał.

Laziar podrapał się tyłem głowy o korę.

– Z tego, co powiedziałeś, to naszym planem jest jego brak. Liczymy na szczęście.

– Nigdy niczego nie planowałem i jakoś mi wychodziło w życiu. Ale to nie przez was tu trafiłem.

– Co masz na myśli?

– Aisena nie ustrzeliłaby mnie. Nie trafiła.

– Co? – Dziewczyna podniosła wzrok. – A właśnie, że cię trafiłam. Przecież krwawiłeś.

– Zanim wyszedłem z nory, przeczytałem w Dzienniku dopisek na marginesie: pozwól się zestrzelić. Nie pasował do opisu podróży. Nie wiem, dlaczego tak postąpiłem, słuchając czyichś słów. Czułem, że są skierowane do mnie. Aiseno, ja się sam nabiłem na strzałę. Słyszałem naciąganą cięciwę, zwolniłem kroku i wysunąłem nogę. Gdyby nie to, odszedłbym. Nigdy nie dowiem się, jak potoczyłaby się tamta droga.

– Nie wierzę – odparła. – To mi się w głowie nie mieści.

– Dlaczego mówisz o tym właśnie teraz? – zapytał Laziar.

– Żebyście nie myśleli, że tak łatwo zginiemy. Nie w taki sposób. Ktoś zawarł w Dzienniku prorocze słowa nie po to, by nas uśmiercić, ale po to, byśmy zwyciężyli. Ktoś po prostu wiedział, gdzie zostawić Dziennik.

*

Spadł ulewny deszcz, ale wraz z nastaniem świtu chmury wolno odpływały za widnokrąg jak szare statki na morzu. Rześkie powietrze tylko przez chwilę dodało im otuchy, bo już od kilku minut wyczuwali dziwną mieszankę zapachów. Z oddali dostrzegli jedyne miejsce w tym rejonie, gdzie porastały jałowce.

Woń stawała się intensywniejsza. Im bliżej krzewów, tym bardziej wdzierała się w ich nozdrza. Przypominała odór zdechłych szczurów i wysypiska śmieci pomieszanego ze spalenizną.

Aisena zatkała nos palcami. Jej orkowy płaszcz zdawał się świeżo wyprany w ziołowej kąpieli w porównaniu ze stęchlizną, jaka ich otaczała.

Burdaz zszedł z konia i rozejrzał się dookoła. Wysokie jałowce jakby rosły w kręgu, zakrywając to, co znajdowało się wewnątrz: prowizoryczny ołtarz wykonany z przeciętego wzdłuż pnia, podwyższonego na wbitych w ziemię belkach. Ołtarz spływał zeschniętą krwią pochodzącą od różnych stworzeń. Na ziemi plątały się szczątki, rozłupane kości i czaszki zwierząt.

Po chwili dołączyli do niego Gurdarh z trójką więźniów. Gurdarh natychmiast chwycił za topór i z nieufnością rozejrzał się wokół.

– Podobałoby mi się to miejsce, gdyby należało do mnie – burknął.

– To urządź tak sobie swoją izdebkę – odparował Crismo.

– Milcz! Bo twoja czaszka pierwsza zawiśnie na mojej ścianie.

Próbowali przeszukać to miejsce, ale smród okazał się zbyt uciążliwy i przyprawiał o mdłości, w szczególności Aisenę.

– Chodźmy stąd już – nalegała.

– Nigdzie się nie ruszymy, dopóki to gówno się nie pokaże! – warknął Burdaz. – Awedin Kulmarh Gae, skurwielu, wypatroszę twoje drzazgi!

– Lepiej by było, gdybyście nas rozwiązali! – rzucił Laziar. – Musimy go pokonać!

Burdaz kiwnięciem brodą wskazał Gurdarhowi, by ich na chwilę uwolnił. Gurdarh rozkuł łańcuch łączący Crisma z Laziarem, ale Aisenę nadal pozostawił przywiązaną do siebie. Gestem przypomniał im, że za każdy niewłaściwy ruch poderżnie jej gardło.

– Awedin Kulmarh Gae! – wykrzyczał ponownie Burdaz. Nie doczekał się odpowiedzi, więc świsnął kilkukrotnie toporem w krzaki.

Na jednym z tych krzewów rosły liście lipy, czego wcześniej nie zauważyli. Krzew z początku zatrząsł się niczym galaretka, a potem poruszył się jak przy wichurze. Z ziemi wykopała się reszta drzewa i potężny Ent stanął przed nimi w swym pełnym obliczu. Ziewnął basowym głosem, wywołując bóle w uszach.

Gurdarh ze swym toporem natychmiast na niego naparł. Odrąbał mu spory kawał konaru. Ale Awedin, zamiast się bronić, zakrył twarz palczastymi gałęziami i zawołał:

– Nie, proszę! Nie róbcie mi krzywdy!

Zdumieni Orkowie i więźniowie wymienili się spojrzeniami, jakby zagubili się w tych okolicznościach. Przygotowali się do ataku, tak jak przy poprzednim Encie.

– Jestem Awedin Kulmarh Gae. Nie mścijcie się na mnie! To nic takiego, chciałem dobrze, ale nie wszystko jest takie proste jak opisano w tamtych zwojach.

– O czym ty bredzisz?! – rzucił Burdaz.

– Spokojnie, miłościwy panie. Zapragnąłem pupila. Chciałem, by mi towarzyszył przez te długie lata, jakie przeżywam. Ale za każdym razem moje zwierzę umierało ze starości. Opiekowałem się już kotami, jeleniami, szczurami, a nawet karaluchami, praktycznie wszystkim, co się podwinęło pod moimi korzeniami.

– Ależ ci współczuję… – żachnął się Gurdarh. – Co to ma być?! Tępe drzewiaste stworzenie i jakaś przyjaźń? Na Gaedhora! Ja mogę być twoim przyjacielem.

– Naprawdę? – Awedin się rozpromienił. – Wskoczysz mi na gałąź, to opowiem ci trochę historii o Ardenii.

Ork w bojowym szale rozciął kolejne gałęzie, a Ent cofnął się do tyłu, pojękując z bólu.

– Ty to, kurwa, na poważnie? – warknął. – I, kurwa, z tą gałęzią to się nawet do mnie nie zbliżaj! Miałem na myśli, by część ciebie wypełniła moją dziurę w dachu, a reszta poszłaby z dymem w kominku!

Burdaz również roześmiał się z naiwności Enta.

– Dość tego – powiedział, szybko poważniejąc. – Przyszliśmy tu w pewnej sprawie. I powiem to od razu: dawaj nam Figurkę.

– Dokładnie taką jak ta. – Gurdarh pokazał Figurkę zawieszoną u szyi.

W jednej chwili wydawało się, że Awedin na widok Figurki urósł, przybrał na sile i stał się kimś, z kim się nie zadziera. Pomimo jego lękliwości sprzed chwili…

– Macie rację – jego tubalny głos nabrał jeszcze mocy. – Jestem Strażnikiem pani Bewiany i nie mogę nikomu oddać Figurki. Została mi przypisana i tylko ja mam prawo ją nosić. Teraz zadam wam pytanie i lepiej je przemyślcie: skąd wy macie swoją Figurkę?

Burdaz spojrzał na Crisma w stylu: odpowiedz tak, żeby życie było ci miłe.

– Dostaliśmy ją… – Crismo zawahał się, drapiąc po głowie. – Pewien podobny Strażnik, taki jak ty… bardzo osłabł i ledwie się ruszał na tych swoich korzeniach… Przechodziliśmy obok i zauważyliśmy, jak… chce się podpalić! Musieliśmy go powstrzymać!

– Niemożliwe! – wychrypiał Awedin. – Nie wierzę, że któreś z nas mogłoby się do tego posunąć.

– A jednak! Zaczęliśmy gasić jego gałęzie i liście i po prostu, w podzięce, podarował nam Figurkę.

– Dobrze – rzekł Burdaz po chwili skupienia. – A teraz co moglibyśmy dla ciebie zrobić, aby otrzymać twoją Figurkę w podarunku?

Awedin końcem gałązki smagał się po korze-brodzie. Na tyle długo, że Orkowie zniecierpliwili się. Sprawdzili, czy przypadkiem nie zdążył usnąć, stukając palcami o bok klingi.

– Nikt wcześniej nie przyszedł do mnie z taką propozycją – podjął Ent. – Ale skoro on wam ją dał, to mi również nie będzie potrzebna. Wspominałem wam wcześniej o pupilu. Chcę własne zwierzątko, takie długowieczne.

– Gdzie mamy takie znaleźć? – zapytał Laziar.

– Ja już dość długo się naszukałem, więc i wam się nie uda. Jest tylko jedna możliwość. Wspominałem wam o zwojach? Zapisane w nich czary sprawiają, że serce bije tak długo, aż ktoś go nie przebije.

– Czyli wystarczy znaleźć owieczkę i rzucić na nią czar?

– Nie do końca. – Gdyby Awedin posiadał szyję, to pokręciłby głową. – Widzicie mój rytualny ołtarz i eksperymenty? Żadne zmutowane zwierzę nie wytrzymało tej mocy. Potrzebuję czegoś, czegoś… – rozejrzał się po swoich gościach – takiego jak ty – wskazał gałązkowym palcem Crisma.

Wszyscy przerzucili na niego wzrok, jakby został wybrany na przekąskę dla niebezpiecznej bestii z czeluści, będąc jedyną nadzieją na jej klęskę. Nadzieją na ocalenie reszty świata i całej populacji.

– Dlaczego ja?! – wariował Crismo, odchodząc w tył. – Przecież jest tu kobieta! Jest drugi taki Elf podobny do mnie! Albo weź tych dwóch Orków! Tak, weź ich dwóch, po co ci jeden pupil?!

Aisena i Laziar spojrzeli na niego z pogardą, choć sami zachowaliby się podobnie na jego miejscu.

– Zamknij mordę, bo ci ją przestrzelę przez dziurę w wychodku! – warknął Gurdarh, a Burdaz chwycił wybrańca za ramiona.

– Do tego rytuału potrzebuję blasku księżyca – ciągnął Awedin – co najmniej połowy jego tarczy. Jeżeli przemieni się w wilkołaka, czyli długowiecznego pupila, to otrzymacie w zamian dar pani Bewiany.

– A co, jeżeli się nie zmienię?! – wycedził Crismo.

– Chociaż rytuał trzeba dokładnie przeprowadzić, to ćwiczyłem tyle razy, że lepiej pożegnaj się ze swoim ciałem. To jak będzie? Decyzja należy do was.

– Oczywiście – rzekł z szyderczym śmiechem Burdaz. – On jest naszym więźniem, nie przyda nam się taki ochłap.

Walka z Entem, tak jak w poprzednim przypadku, nie doszła do skutku. Udawaliby, że walczą, i w dogodnym momencie poderżnęliby gardła Orkom. Jednak improwizacyjny plan Crisma popadł w ruinę jak mury oblężonego zamku.

Crismo objął rękoma swoje ciało, które służyło mu przez ponad trzydzieści wiosen. Dzięki któremu nabrał doświadczenia w walce, w graniu na lutni i w urzekaniu szlachcianek oraz wieśniaczek. Zemdliło go na myśl, że niedługo obrośnie śmierdzącymi kłakami i będzie tarzał się w brudnej kałuży. Żadna na niego nie spojrzy. Poza wilczycami.

Teraz wystarczyło zaczekać na nadejście księżycowej nocy.

Crisma w międzyczasie obwiązano łańcuchem wokół gnijącej od krwi połówki pnia służącej za ołtarz rytualny. Nadzieja na ucieczkę umrze wtedy, kiedy stanie się bezmyślnym potworem wypełniającym uniżone polecenia swojego pana.

Pożegna się z ciepłą kąpielą, a w zamian sam dosięgnie swych jajec, by je dokładnie wymyć… własnym językiem. Przeszły go ciarki, więc potrząsnął głową i przepędził złe myśli.

Burdaz związał ze sobą Aisenę i Laziara, przystanął obok i przyglądał się im z boku. Już o zmroku nisko nad horyzontem wypłynął księżyc w pierwszej kwadrze. Stare zwoje Enta wspominały, że księżyc powinien górować w swoim szczytowym punkcie, ale proces rytualny trzeba rozpocząć nieco wcześniej.

Awedin recytował inkantację w starym języku swoich przodków. Nikt nie rozumiał słów przypominających szuranie w różnych tonach. Jednak nikogo nie obchodziły pradawne mądrości. Jedynie Crismo wiercił się na ołtarzu, aby resztkami sił jakoś się uwolnić. Wypowiadane słowa jakby grzebały w jego umyśle, ale tak naprawdę gorączkował się przed przemianą, która miała za chwilę nastąpić.

Jedynie Gurdarh służył pomocą przy rytuale: stał nad Crismem i trzymał drewniany kołek z wyżłobionymi runami w języku przodków. Recytowane słowa wprowadzały atmosferę obrzędu, blask księżyca oczyszczał duszę Crisma przez oczy, a kołek wbity w ciało dokona ostatecznego przeistoczenia. Gurdarh z chęcią zgodził się na rolę oprawcy.

Aisena sięgnęła dłoni Laziara. Przez sekundę popłynęło do niego szczęście, ponownie ujrzał marzenie o wspólnym życiu. Kiedy ich dłonie splotły się ze sobą, Aisena zapytała:

– Możemy mu jakoś pomóc?

– Naprawdę nic nie wymyśliłem. Jesteśmy związani. Sam chciałbym się stąd uwolnić.

Aisena westchnęła, kiedy Crismo szarpał się jeszcze mocniej i wrzeszczał, jakby górujący księżyc i słowa Enta zaczęły go przypiekać. Bezradność zagrzebała ją do połowy w ziemię, skąd mogła obserwować tylko to, co się wokół niej działo.

– Wbij kołek! – nakazał nagle Awedin. – Wbijaj go natychmiast! Prosto w serce!

W tym samym czasie, kiedy Gurdarh bezlitośnie nadział kołek w klatkę piersiową Crisma, Burdaz podszedł do Enta i przypomniał o Figurce.

– Już mam ją dać?! – zdziwił się Awedin. – Przecież jeszcze się nie zmienił! Poczekaj jeszcze chwilę…!

Crismo wydawał głos przypominający kwiczenie kilku świń, które zarzynano na obiad. Jego ciałem targały bóle, jakby pazury demonów odrywały każdy kawał mięsa od kości.

– Dawaj, bo mnie wkurwisz! Masz mojego więźnia i rób z nim, co chcesz. Przemiana już się dokonuje i to wystarczy. Nie martw się, jeśli się boisz, że ucieknę z Figurką i z moim więźniem. Chcę zobaczyć go jako wilkołaka – powiedział, szczerząc kły w uśmiechu.

Awedin nie znalazł więcej argumentów i niechętnie przekazał Orkowi swoją Figurkę. W pośpiechu powrócił do odprawiania modłów, ale krótka przerwa nie zakłóciła rytuału.

Crismo dopiero teraz odczuł prawdziwe cierpienie: kości, stawy i mięśnie naprężały się, jakby ostre szpony gwałtownie rozdzierały jego członki. Po nadzianiu kołka sączyła się krew, a uderzenia przebitego serca przyspieszyły, zamiast ustać i go uśmiercić.

Spojrzał na księżyc wybałuszonymi oczami, okrągłymi jak koła u wozu. Kolejna fala bólu dotknęła jego wspomnień. Przeniósł się kilkanaście lat wstecz, kiedy mama pochylała się nad łóżkiem i podawała lekarstwo na przeziębienie. Zawsze przed wypiciem zamykał oczy, jakby w obawie, że kropelka syropu wypali mu gałki.

Zamykam oczy, gdy dzieje się coś złego – przypomniał sobie. Nie po to, by tego nie widzieć czy na coś nie reagować. Po to, by spojrzeć na zło głębią duszy.

Mózg Crisma podświadomie zamknął powieki.

Ent od razu dostrzegł sprytne zagranie i zawołał do Gurdarha:

– Oczy! Szybko! Rozszerz mu oczy! Ma patrzeć! Niech patrzy w światło księżyca!

Gurdarh posłusznie wykonał polecenie: chwycił głowę Crisma obiema rękami tak, by palcami wskazującym i kciukiem rozszerzyć powieki. Crismo wrzeszczał i rzucał się na drewnianym ołtarzyku. Ent przyspieszył czytanie.

W ciele Crisma w końcu zachodziły zmiany: wypadały włosy, a w ich miejsce wyrastała ciemnoszara sierść. Żyły wycisnęły się na wierzch, mięśnie rozrosły się, a wraz z nimi siła.

– To trwa za długo! – spostrzegł Awedin. – Gurdarh! Kołek miałeś wbić do samego końca! Kołek musi tkwić w całości! Wbij kołek, bo jego przemiana potrwa wiecznie!

Ork skinął głową. Zacisnął pięść, wykonał zamach, lecz nagły łomot Crisma przekrzywił jego szczękę, która wypełniła się krwią – Gurdarh nie zdążył dobić kołka. Splunął zębami.

Crismo przez te kilka minut nabrał ogromnej mocy oraz szybkości. Jego umysł jeszcze się nie zezwierzęcił, więc wykorzystał okazję i gwałtownym szarpnięciem podrośniętymi rękami zerwał zardzewiałe ogniwa.

Ent z Gedorianami rozdziawili usta, a Aisena i Laziar ożyli, jakby dostrzegli kolorową łunę po burzy.

– Nieeee! – jęknął Awedin.

Crismo ponownie przywalił Gurdarhowi z taką mocą, że przerył kilka metrów ziemi. Ork, wstając, odmachnął toporem, ale Crismo odparował cios karwaszem. Wyrwał kołek z klatki piersiowej i wbił w całości w Gurdarha. Ten zawył tak jak palony żywcem kocur, a spojrzawszy w księżycowe oko, natychmiast przemieniał się w… wargołaka.

Crismo zawył na znak zwycięstwa. Jego kłuta rana po kołku dość szybko się sklepiała, pozostawiając po sobie bliznę, jakby cecha samoleczenia również dominowała u wilkołaków. Z każdą chwilą powracał do elfickiej postury, tracąc jednocześnie nowo nabyte siły.

Gurdarhem z kolei zawładnęły opętańcze moce. Wyrosły mu kły i pazury. Wymachiwał rękami, tarzał się po ziemi. Przypadkiem znalazł się zbyt blisko Aiseny, ale w lewe ramię drapnął Laziara, który ją osłonił. Cielsko Orka nabierało czworonożnej sylwetki; pojawiła się czarna sierść, a mięśnie rozrosły się, jakby miały eksplodować.

Gurdarh już nie należał do rasy Orków. Jego świadomość zyskała całkiem nowe oblicze. Jako wargołak instynktownie wyczuł zagrożenie i uciekł w bezdeń ciemnego lasu, pozostawiając po sobie cień, jaki rzucał przy świetle księżyca.

Dla pozostałych wszystkie wydarzenia również przebiegały w błyskawicznym tempie. Nawet Burdaz nie zdążył odpowiednio zareagować, kiedy Crismo grzmotnął go pobliskim kamieniem w głowę. Orka na chwilę zamroczyło.

– Nie! Co wyście zrobili!? Diabelskie pomioty! Przeklinam was! – lamentował Awedin, wymachując gałęzistymi rękami w powietrzu, jakby obleciały go upiorne pszczoły.

Crismo podniósł topór i rozciął więzy Aiseny i Laziara.

– Cholera jasna! – Crismo przeszukał Burdaza, ale znalazł tylko jedną Figurkę – należącą do Awedina. Przypiął ją do łańcuszka. – Drugą Figurkę posiadał przecież Gurdarh, na naszyjniku! I zwiał mi przed nosem!

– Znowu nasze starania przepadły – odparł Laziar. Związał Burdaza i zastanawiał się, czy zostawiać go przy życiu.

– Przecież możemy go dogonić – zauważyła Aisena, opatrując ranę Laziara. – Mamy konie.

– Konie są osłabione – stwierdził Laziar. – Orkowie forsowali je zbyt długo. Padną ze zmęczenia i w połowie drogi sami pójdziemy pieszo.

Burdaz się ocknął. Perspektywa niewolnika wywołała w nim burzliwe odruchy.

– Role się odwróciły, co? – rzucił z sykiem Laziar, ale Ork odpowiedział tylko gniewnym spojrzeniem i warknięciem, jakby już wczuł się w rolę psa.

Awedin ze złości kręcił się w kółko, ale nie stwarzał nikomu zagrożenia.

Crismo i Laziar nałożyli z powrotem swoje uzbrojenie.

– Co z nimi robimy? – Crismowi brakowało już ciężaru swojego miecza przy pasie.

– Z Orkiem i Entem? – zapytała Aisena, oporządzając konie i wyrzucając niepotrzebny, orkowy balast. – Macie w sobie tyle zła, by odebrać im życie?

– Tak, tym bardziej że oni nie zdążyli odebrać naszego. – Crismo wskazał jej bliznę, a Aisena ugryzła się w język. – Drzewo oszalało. Każdy wędrowiec może je napotkać i zostać wplątany w rytualne sidła. Ork będzie nas ścigał. Ale wcześniej zgromadzi własną grupę.

– Nie mamy innego wyjścia – syknął Laziar, wyciągając sztylet. – Posprzątajmy po sobie, bo wyjdą z tego większe problemy.

– A może wsadzimy go do lochu? – zapytała.

Burdaz nagle popadł w histeryczny śmiech.

– Ruszyło was sumienie? – zaszydził. – Wybiliście prawie całą orkową drużynę, a z jednym macie problem? Nie rozśmieszajcie mnie.

– Napadliśmy na was w słusznej sprawie – wytłumaczył Crismo. – Ty też nas mogłeś zabić, hmm… od razu, ale nie zrobiłeś tego.

– Za dużo wie – szepnął Laziar. – Wie o nas, o Figurkach i o Dzienniku. Trzeba to zakończyć.

– Zabierz Aisenę i wyruszcie już w stronę Arsis – zdecydował Crismo. – Za pół godziny was dogonię.

– No, kurwa, ale macie problem! – wrzasnął Burdaz. – Ile mogę czekać!? Nie rozumiecie, że mnie i tak czeka śmierć?

– Milcz! – warknął Crismo, ale Burdaz odpowiedział szyderczym pomrukiem.

Crismo nie zdążył do niego podejść, gdy Ork rzucił się w stronę szalejącego z rozpaczy Awedina. Kopnął go kilkakrotnie, aż Ent pochwycił go i z jeszcze większą wściekłością rozerwał na kawałki, a kończynami uderzał o stół rytualny. Crismo wybrałby inną formę śmierci dla niego, ale przynajmniej zdjął im problem z głowy.

– Jedźmy stąd – nalegała Aisena. – Jak najszybciej!

Laziar spaliłby to miejsce wraz z Entem, ale ten z powrotem zakopał się w ziemię jak kret, zupełnie nie zwracając na nich uwagi.

– Jedźmy – ponagliła Elfka.

Zmierzyli wzrokiem ostatni raz rytualny ołtarz Awedina i rozczłonkowanego Orka, po czym wskoczyli na konie i ruszyli w stronę Arsis.

Pieczęcie bogów. Szlak wędrowca

Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-8083-793-5

© Rafał Patola i Wydawnictwo Novae Res 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt

jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Magdalena Hoły-Łuczaj

KOREKTA: Andrzej Zyszczak

OKŁADKA: Wiola Pierzgalska

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96 / 98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pieczęcie bogów. Szlak wędrowca. 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha