Pożegnalne przyjęcie

Pożegnalne przyjęcie

Autorzy: Anna Fredirksson

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 21.28 zł

Czy istnieją szczęśliwe rozwody?

Rebecca i Jacob podjęli decyzję o rozwodzie. Nie ma w tym niczyjej winy. Zabrakło namiętności, a w miejsce miłości pojawiła się przyjaźń. Gdy jednak dzielą się tą nowiną z przyjaciółmi podczas corocznego grzybobrania, eksploduje bomba towarzyska. Przez dwadzieścia cztery lata małżeństwa nikt nie zauważył, żeby mieli jakiekolwiek problemy. Ich przyjaciele reagują na tę szokującą wiadomość emocjonalnie, każdy po swojemu, a Rebecca bezskutecznie próbuje ich przekonać, żeby potraktowali ten weekend jako spontaniczne przyjęcie pożegnalne. Pożegnanie z tym, co było, i początek czegoś nowego i ekscytującego. Rebecca chce udowodnić, że rozstanie wcale nie musi oznaczać tragedii – ani dla nich dwojga, ani dla całego towarzystwa. Przecież wszyscy mogą się dalej spotykać, tak jak to robili do tej pory.

Po rozwodzie nic jednak nie wygląda tak, jak sobie to wyobrażała Rebecca. Relacje z paczką przyjaciół nie układają się tak, jakby chciała. Rebecca uświadamia sobie w końcu, że jako singielka nie jest już mile widziana podczas wspólnych kolacji.

"Przyjęcie pożegnalne" to powieść o tym, co się czuje, gdy kończy się wieloletnie małżeństwo i trzeba zacząć żyć w nowych okolicznościach. I o tym, że w dojrzałym wieku też można odnaleźć samego siebie.

Anna Fredriksson rozwiodła się kilka lat temu po wieloletnim małżeństwie. W powieści dzieli się swoimi osobistymi doświadczeniami, które jednocześnie dotyczą nas wszystkich. Z łatwością można się w nich rozpoznać… W mądry i piękny sposób pisze o odchodzących przyjaciołach i o pustce, ale również o tym, że samotność daje przestrzeń do bycia sobą. To powieść o uldze, jaką niesie ze sobą szczęśliwy rozwód i o smutku z powodu tego, co się straciło. Daje pocieszenie tym, którzy chcą iść dalej przez życie.
„Tara”

Złożona i mądra opowieść o współczesnej samotności, o trudach randkowania w sieci i pustce, która momentami przerasta, nawet jeśli życie układa się zgodnie z planem.
„Dagens Nyheter”

Anna Fredriksson jest mistrzynią w opisywaniu ludzkiej codzienności, smutku i radości, w których można się rozpoznać. "Przyjęcie pożegnalne" to lekka powieść obyczajowa, jednocześnie pełna napięcia i tak potrzebnego realizmu.
„Norran”

Powieść Ann Fredriksson czyta się lekko, choć poruszany przez nią temat nie należy do łatwych. Pisana prostym językiem trafia w samo sedno, dlatego łatwo się w niej rozpoznać i dać się porwać historii Rebeki.
Lantliv

"Przyjęcie pożegnalne" to kolejna wciągająca powieść o relacjach międzyludzkich. I choć rozgrywa się w wygodnym świecie reprezentantów klasy średniej – związanych z filmem, muzyką i dziennikarstwem – bohaterowie są prawdziwi, a codzienność pełna mniejszych i większych dramatów, co stało się poniekąd znakiem rozpoznawczym autorki.
„Norrköpings Tidningar”

Powieść obyczajowa pełna przemyśleń i emocji, w których rozpozna się wiele osób. I która skłania do dalszych refleksji.
„Tranås-Posten”

Anna Fredriksson pisze o współczesnych rozwodach i codzienności jakby pisała powieść sensacyjną. Na tę powieść zamierzałam tylko rzucić okiem, ale pochłonęła mnie całkowicie i przeczytałam ją jednym tchem.
„Söderhamns-Kuriren”

Anna Fredriksson – (ur. 1966), autorka scenariuszy wielu seriali telewizyjnych i filmów, między innymi "Rederiet", "Wallander", "Maria Wern", "Sprängaren" i "Tjenare Kungen". Jej powieści "Sommarhuset", "Lyckostigen", "Augustiresan", "Tisdagsklubben" oraz "Pożegnalne przyjęcie" sprzedały się w liczbie ponad 450 000 egzemplarzy i zostały bardzo dobrze przyjęte przez recenzentów i czytelników. Anna Fredriksson ma trzech synów i mieszka w Sztokholmie.

Tytuł oryginału

AVSKEDSFESTEN

Copyright © Anna Fredriksson 2016

First published by Forum Förlag, Sweden

Published by arrangement with Nordin Agency AB, Sweden.

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Elly Schuurman/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Kinga Szafruga

Korekta

Katarzyna Kusojć

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8123-638-6

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

NA KLATCE SCHODOWEJ zatrzaskują się drzwi windy. Po kilku sekundach w mieszkaniu rozlega się dzwonek, głośny i natarczywy. Rebecca nie zdążyła się do niego przyzwyczaić, na jego dźwięk wciąż podskakuje ze strachu.

Kiedy otwiera drzwi, w progu stoją Pernilla i Syrsa-Li, w wielkich kurtkach puchowych i ciepłych kozakach. Po spacerze na mroźnym powietrzu mają poczerwieniałe czubki nosów. Wchodzą do mieszkania, zostawiając za sobą na wycieraczce ślady ze śniegu zmieszanego z błotem.

– Nowa wizytówka – zauważa Pernilla. – Eriksson! Wiesz, że już prawie zapomniałam, jak się kiedyś nazywałaś?

Podaje Rebecce papierową torebkę z delikatesów za rogiem.

Rebecca z uśmiechem bierze ją do ręki. Cóż, to prawda, Eriksson nie brzmi zbyt oryginalnie. Brandt nie było dużo lepsze, ale zdążyła się już do niego przyzwyczaić, stało się częścią jej dorosłego „ja”.

– Zapraszam.

Odsuwa się na bok, żeby mogły wejść do środka. Przytulają się na powitanie. Syrsa-Li zabiera się do rozwiązywania sznurowadeł.

– Matko, ale się dawno nie widziałyśmy.

– To prawda, czas pędzi jak szalony – wtrąca Pernilla.

Rebecca strzepuje śnieg z jej ramienia.

– Miałyśmy sporo na głowie, zwłaszcza ja. Z przeprowadzką i w ogóle.

Teraz już tu są, nareszcie. Cieszy się, że znów je widzi, po tych wszystkich miesiącach.

Żałuje, że Max i Claes nie mogli przyjść, najchętniej spotkałaby się z całą czwórką. Może następnym razem się uda.

Pernilla rozgląda się po mieszkaniu.

– Bardzo tu miło.

Syrsa-Li przytakuje. Rebecca podąża za nimi wzrokiem, widzi ich spojrzenia. Sześćdziesiąt cztery metry kwadratowe zamiast dawnych stu siedemdziesięciu pięciu, mieszkanie nie jest zbyt duże, ale za to przyjemne i wygodne. I, co najważniejsze, mieszka w nim sama. Na myśl o tym wciąż czuje łaskotanie w brzuchu.

– Za jakiś czas na pewno będzie – odpowiada. – Nie zdążyłam się jeszcze urządzić.

– Moim zdaniem wygląda idealnie – mówi Syrsa-Li. – Czysto i schludnie.

– No tak, teraz przynajmniej wszystko leży na swoim miejscu.

Pernilla uśmiecha się sztywno, ale Rebecca naprawdę tak uważa. Być może właśnie to jest w tym wszystkim najważniejsze, że nie musi już znosić bałaganu, jaki wiecznie robił wokół siebie Jacob; tych wszystkich ubrań i rzeczy, które bez przerwy wszędzie rozrzucał. Pilot do telewizora leży wreszcie na swoim miejscu, czyli na stoliku przy kanapie.

Dbanie o dom to teraz czysta przyjemność. Rebecca czasem czuje się, jakby ustawiała mebelki w domu dla lalek i tylko bawiła się w dorosłą. Trochę to dziwne, biorąc pod uwagę, że ma czterdzieści sześć lat, a od ponad dwudziestu jest matką.

Pernilla i Syrsa-Li stoją bez słowa. Pewnie zastanawiają się, jak ktoś może wytrzymać na tak małym metrażu, choć naturalnie nigdy nie powiedziałyby tego na głos.

Co prawda mieszkanie jest w gorszym stanie niż te, w których Rebecca mieszkała do tej pory, ale próbowała je ulepszyć, nadając mu osobisty charakter. Wreszcie mogła wykorzystać te wszystkie przedmioty, które zgromadziła, kiedy pracowała przy różnych projektach filmowych. Większość z nich dostała za darmo lub kupiła za grosze po zakończeniu produkcji, część z nich to prezenty od przyjaciół i znajomych, jak chociażby ta stara pordzewiała lampa okrętowa, sfatygowane pudło na kapelusze, wypchany jastrząb albo cała kolekcja poobtłukiwanych wazonów pochodzących z różnych dziesięcioleci.

Przez te wszystkie lata stały w piwnicy, spakowane w kartonach, bo Jacob nie chciał nawet na nie patrzeć. Nigdy nie przepadał za starociami, a teraz mieszka w świeżo wyremontowanym mieszkaniu, które kupił razem z meblami. Nie ma w nim nic osobistego, przypomina pokój hotelowy.

Ale Jacob jest zachwycony.

Papierowa torebka jest dosyć ciężka. Rebecca rozchyla ją i zagląda do środka, a po chwili wyjmuje butelkę luksusowej oliwy z oliwek i kawałek parmezanu.

– Cudownie! Przydadzą się, gdy będę mieć gości. Dziękuję, kochane.

Pokazuje dłonią na haczyki na ścianie w przedpokoju, zawieszone tu przez ekipę remontową.

– Rozbierzcie się – mówi. – Zjecie po bułeczce do kawy? Kupiłam w tej cukierni na dole, w całym mieście nie ma lepszych.

– Chętnie – odpowiada Pernilla.

Syrsa-Li parska śmiechem.

– Czeka nas dziś podwójna kawa, nie wiem, jak to przeżyjemy. Trzeba będzie się pilnować.

Rebecca nie odpowiada. Na niedzielny spacer i kawę, zwykle raz w miesiącu, chodzili dawniej wszyscy razem, ale dziś jest inaczej. Podobnie zresztą jak we wszystkie poprzednie niedziele w ciągu ostatnich trzech miesięcy.

Pewnie myśleli, że nie mają z Jacobem czasu w całym tym zamieszaniu związanym z przeprowadzką, choć na pewno by go znaleźli, gdyby tylko nadarzyła się ku temu okazja.

Zgniata w dłoniach papierową torebkę, w końcu odstawia ją na stolik w przedpokoju. Myśli, że nie wypada jej zapytać, czy mogłaby pójść z nimi, skoro one same nie wspomniały o tym nawet słowem. Może innym razem.

– Pomyślałam, że zaproszę was na kolację – mówi zamiast tego. – Całą naszą paczkę grzybiarzy. Żeby uczcić moje nowe życie.

Grzybiarze. Lubi to słowo. Brzmi zabawnie i lekko absurdalnie. Pierwszy użył go Jacob, wiele lat temu, gdy siedzieli razem na pomoście i czyścili grzyby, które zebrali tamtego roku. Nie wie tak naprawdę, dlaczego od tego czasu właśnie tak o sobie mówią. Ona i Jacob, Max i Pernilla, Claes i Syrsa-Li.

– Kolacja brzmi zachęcająco – mówi Pernilla.

Syrsa-Li uśmiecha się krzywo.

– Zaprosisz Jacoba?

– Tak, oczywiście.

Pernilla odgarnia kosmyk włosów za ucho.

– A co będzie, jeśli któreś z was kogoś pozna?

Rebecca kręci głową rozbawiona.

– On już to zrobił. Ma na imię Emma.

Obie milkną jednocześnie.

– Kto to jest? – pyta Pernilla.

– Nie mam pojęcia. Nie obchodzi mnie to.

Wzrusza ramionami.

– Cieszę się, że jest szczęśliwy. Nie jesteśmy już małżeństwem.

– To dobrze, że potrafisz tak na to patrzeć – mówi Pernilla.

Potem Rebecca oprowadza je po mieszkaniu. Zaczynają od pokoju dziennego, po którym przyjaciółki dłuższą chwilę wodzą oczami. W jednym rogu znajduje się regał z książkami, w drugim fotel, telewizor i stolik kawowy na kółkach. To jedna z niewielu rzeczy, jakie kupiła, gdy się tu wprowadziła. Większość rzeczy pochodzi z dawnego mieszkania, towarzyszyły jej przez ostatnie piętnaście, dwadzieścia lat.

Pernilla wygląda przez okno na ulicę.

– Nie brakuje ci balkonu?

– Nie, ani trochę.

Syrsa-Li zawiesza wzrok na fasadzie budynku naprzeciwko.

– Z początku myślałam, że będę się tu czuła jak w klatce – odzywa się Rebecca, jakby czytała w jej myślach. – W końcu przez ostatnie dziesięć lat mieliśmy balkon, choć tak naprawdę korzystałam z niego najwyżej siedem, osiem razy na sezon.

Balkon okazał się zbędny, podobnie jak wiele innych rzeczy. To tylko jedno z licznych odkryć, jakich dokonała w ostatnim czasie.

– Bez przerwy trzeba było kupować kwiaty, przesadzać, podlewać, a potem i tak więdły, gdy wyjeżdżaliśmy na wakacje. A jesienią musieliśmy to wszystko sprzątać.

I mówi to zupełnie szczerze, bo chociaż na kupno mieszkania bez balkonu zdecydowała się z powodu niższej ceny, to teraz mogłaby wymienić co najmniej kilka zalet takiego rozwiązania. Balkon to jedna z wielu rzeczy, bez których czuje się wolna, niemal lekka jak piórko. Pozbyła się nie tylko kosztów, ale i pracy związanej z tym, że posiada się więcej, niż tak naprawdę potrzeba.

Gdy przygląda się swoim przyjaciółkom, nabiera wątpliwości, czy naprawdę wierzą w to, co mówi. Czy będą potem wymieniać opinie o jej nowym życiu pozbawionym blasku? I dojdą do wniosku, że jest dużo gorsze niż to poprzednie?

Czy będą o niej rozmawiać, gdy już spotkają się z Claesem i Maxem?

Poprawia poduszkę leżącą na kanapie. Trudno, niech sobie mówią.

Przyjaciółki zdążyły już przejść do kuchni. Oglądają w skupieniu szafki, płytę grzewczą i blat kuchenny, i jeszcze nowy stół, który Rebecca kupiła w Ikei. Na nic droższego się nie zdecydowała, bo ten wpasował się idealnie w niewielki kącik będący jadalnią, poza tym nie może sobie teraz pozwolić na większe wydatki.

– Uroczo – mówi Pernilla.

Kuchnia jest przytulna, Rebecca dobrze się w niej czuje. Nietrudno jej zgadnąć, o czym teraz myślą przyjaciółki: że musiało jej być trudno zamienić dawną przestronną kuchnię w rustykalnym stylu z ogromnym stołem, przy którym mogło się pomieścić co najmniej dwanaście osób, na taką klitkę.

Wyjmuje tacę i stawia na niej filiżanki.

– I jak się z tym wszystkim czujesz? – pyta Syrsa-Li. – No wiesz, z Jacobem i w ogóle. Minęło już trochę czasu.

– Nie najgorzej. Sprawdziło się to, co czasem się słyszy, że dopiero w chwili rozwodu okazuje się, z kim brało się ślub. Zrozumiałam, jaką byłam szczęściarą, mając takiego męża. Naprawdę trudno o lepszy sprawdzian.

Pernilla opiera się o blat kuchenny. Na jej twarzy pojawia się uśmiech, który oznacza, że ma ochotę zapytać o coś, o co w zasadzie nie powinna.

– A wokół ciebie ktoś się kręci?

– Kręci? Nie.

Czuje, jak płoną jej policzki. Syrsa-Li wybucha śmiechem.

– Nawet przelotnej przygody?

– Nie spieszy mi się.

– Na pewno kogoś poznasz – mówi Pernilla. – Nie martw się.

Rebecca wkłada duże, ciężkie bułeczki cynamonowe do koszyka na pieczywo.

– Dobrze jest tak, jak jest. Teraz chcę się skupić na pracy.

Pernilla zaczesuje kosmyk włosów za ucho.

– Do naszego zespołu dołączył nowy chłopak, jest naprawdę miły. I przystojny. Mogę was sobie przedstawić, kiedy do mnie wpadniesz.

– Daj spokój.

Rebecca znów się czerwieni. Odwraca się w stronę przedpokoju, pokazuje palcem.

– Dalej jest już tylko sypialnia.

Bierze tacę i szybko mija łazienkę, z nadzieją, że nie będą do niej zaglądać, jeśli sama się przy niej nie zatrzyma. Naturalnie jej się to nie udaje. Pernilla otwiera drzwi i szuka po omacku włącznika.

Łazienka jest mikroskopijna, mieści się w niej w zasadzie jedynie umywalka, sedes i natrysk. Zamiast kabiny prysznicowej jest tylko wyłożony kafelkami kąt. Sama nigdy nie wybrałaby kafelków w koralowym odcieniu różu, ale powoli się do niego przyzwyczaja.

– O, masz kryształowy żyrandol?

Pernilla patrzy zafascynowana na połyskującą w świetle koronę, specjalnie zabezpieczoną przed wilgocią przez elektryka.

– Sama wybierałaś?

– Tak. Jacob nigdy nie chciał się na to zgodzić, więc pomyślałam, że teraz wreszcie mogę sobie na to pozwolić.

Kryształowy żyrandol był jedną z pierwszych rzeczy, jakie kupiła do swojego nowego mieszkania. Jako prezent dla siebie.

– Ekstra – mówi Syrsa-Li. – Teraz sama o wszystkim decydujesz!

– Dziwne, że nikogo tak naprawdę nie znamy, nawet najbliższych przyjaciół… – wtrąca Pernilla. – Kryształowy żyrandol w łazience, w sumie czemu nie?

Pernilla gasi światło i zamyka drzwi do łazienki. Rebecca zerka w stronę sypialni i odwraca się do niej plecami. Na dziś wystarczy tego zwiedzania.

Wracają do pokoju dziennego i siadają na kanapie. Rebecca stawia tacę na stoliku.

Rozmowa toczy się sama. Opowiadają, co nowego słychać u dzieci, co robią w pracy i co poza tym wydarzyło się od ostatniej jesieni.

Syrsa-Li prostuje plecy, patrzy na Rebeccę z wyczekiwaniem.

– A jak twój nowy film?

– Powoli do przodu. Zostało jeszcze mnóstwo rzeczy do załatwienia, ale kwestię finansowania mam już na szczęście za sobą.

– Pewnie trzeba odwagi, by się porwać na tak niepewny projekt – mówi Pernilla. – Ale jeśli komuś na czymś zależy, trzeba zaryzykować.

– Tak, czuję, że to jest to.

I rzeczywiście. Nawet jeśli zakup praw do sfilmowania powieści satyrycznej Bez komentarza wiąże się z olbrzymim ryzykiem finansowym, Rebecca niczego nie żałuje. Producent musi wierzyć w swoje pomysły, a teraz sprawy zaszły tak daleko, że nie ma już odwrotu. Prawdę mówiąc, od razu po pierwszej lekturze książki chciała ją przenieść na ekran. Gwałtowne zmiany, jakie zaszły w światku dziennikarskim, zostały w niej opisane w bardzo zabawny i inteligentny sposób, a w zamierającej redakcji gazety, gdzie rozgrywa się akcja, jest coś melancholijnego.

Jej uwagę najbardziej przykuła główna bohaterka, Britta. Napuszona, pretensjonalna i zawzięta, lecz także pełna lęków i obaw. Czasem Rebecca sama podobnie się czuje: jak jakaś bajerantka, kłamczucha, której cudem udało się przekonać innych, że coś potrafi.

Sięga do koszyka po kolejną bułeczkę, równie pyszną jak poprzednia. Będzie dalej kupować w tej piekarni, postanawia w myślach, będzie ją odwiedzać regularnie, siadać z laptopem w jej kawiarnianej części, żeby przez chwilę popracować. Trochę jakby od niechcenia, tak jak to robią inni. Ci wszyscy ludzie wykonujący wolne zawody, tak jak ona.

– Wiesz już, kto zagra główną rolę? – pyta Syrsa-Li.

– Nie, jeszcze nie, ale wiem, kogo bym chciała obsadzić.

Ma na myśli Daniellę Cedergren. Pernilla się nie odzywa, choć to do jej agencji należy Daniella. Czy już żałuje, że namówiła Daniellę, żeby zagrała w filmie Rebekki? Bez komentarza nie jest przecież jakimś wyjątkowo wartościowym projektem pod względem artystycznym, być może nie przyciągnie nawet do kin dużej widowni.

Na dobrą sprawę dla takiej aktorki jak Daniella ta rola nie jest zbyt ciekawa. Ale aktorka słucha rad swojej agentki i wyraziła zainteresowanie rolą, przynajmniej na razie.

Pozostało już tylko ustalić wysokość gaży, z czym Rebecca się nieco ociąga, bo trudno jej będzie o tym rozmawiać z Pernillą. Obie są jednak na tyle doświadczone, żeby nie mieszać spraw zawodowych z prywatnymi. Teraz najważniejsza jest ich przyjaźń, dlatego Rebecca zmienia temat.

– Co słychać u Claesa i Maksa?

– Max jest pochłonięty pisaniem, chyba całkiem dobrze mu idzie – odpowiada Pernilla. – Komponowanie to jest to, co lubi najbardziej.

Syrsa-Li ogrzewa dłonie, splatając je wokół kubka z kawą.

– Claes jak zwykle robi kilka rzeczy naraz. Felietony, radiokroniki i pomysły na kolejne książki.

– A ty jak sobie radzisz?

Rebecca patrzy na Syrsę-Li, gdy ta popija kawę.

– Od czasu do czasu chodzę na castingi, ale już od dawna nie dostałam żadnej roli. Cóż, nic na to nie poradzę.

Odstawia kubek i odwraca wzrok. Rebecca nie musi się pytać, z czego się utrzymuje, dobrze wie, że to Claes zapewnia im obojgu środki do życia.

Czuje lekkie ukłucie w sercu. Co zrobi, jeśli sponsorzy wycofają się z udziału w Bez komentarza?

W najgorszym wypadku jej niedawno powstała spółka zbankrutuje.

Pernilla zaczyna opowiadać o budowie domu na wsi. Byłoby pewnie najlepiej, gdyby rozebrali ten stary i zlecili architektowi zaprojektowanie nowego. Max pogodził się już chyba z tą myślą. Mógłby to być ich wspólny projekt, potrzebny jest zwłaszcza teraz, kiedy dzieci są już duże i zaczynają swoje życie.

– Wspaniale – mówi Rebecca.

Rozmawiają jeszcze przez moment, o wszystkim po trochu, i po chwili znów stoją w przedpokoju. Spotkanie było naprawdę miłe, choć Rebecca chętnie porozmawiałaby trochę dłużej o wszystkich zmianach, jakie zaszły w jej życiu, odkąd widziały się ostatni raz. Na pewno będzie jeszcze ku temu okazja. Pernilla i Syrsa-Li zakładają swoje ciepłe kurtki, a Rebecca otwiera im drzwi.

– Do zobaczenia – mówi. – Może uda się nieco szybciej, przeprowadzkę mam już za sobą.

– Jasne.

Pernilla podnosi wzrok, jest już w połowie schodów. Syrsa-Li przytakuje z uśmiechem.

Po wyjściu przyjaciółek wraca do pokoju dziennego. Odrywa kilka pożółkłych liści z rośliny doniczkowej, którą kupiła kilka dni temu. Na chodniku jest pusto, zauważa tylko starszą panią z pieskiem, która przechodzi tędy codziennie, zawsze tą samą drogą. Pewnie mieszka gdzieś niedaleko. Wydaje się taka opuszczona, mała i zgarbiona. Przytłoczona samotnością, zdaje się już tylko czekać na to, aż skończy się jej życie.

Pernilla i Syrsa-Li wychodzą z klatki schodowej. Przechodzą przez ulicę i skręcają za róg, ani na moment nie przerywając rozmowy. Za chwilę spotkają się ze swoimi mężami, Maxem i Claesem, i pójdą na kolejny długi spacer. Choć może nie tak znowu długi, w końcu jest styczeń i zrobiło się naprawdę zimno.

Rebecca zbiera naczynia ze stolika. Uśmiecha się na widok puszki miętowego snusu na bazie tytoniu, którą przypadkiem zostawiła u niej Pernilla. Zapewne testuje nowy smak, przez lata zgromadziła pokaźną kolekcję. Rebecca odda jej snus, gdy spotkają się następnym razem.

Rebecca

Z drogi widać już było wyłaniającą się spomiędzy drzew zatokę. Rozciągała się w oddali, spokojna i gładka, połyskująca w słońcu.

Jacob przyhamował, żeby za bardzo nie zbliżać się do jadącego przed nimi samochodu. Zerknął w lusterko i włączył kierunkowskaz. Rebecca obróciła głowę i spojrzała na niego.

– I jak się czujesz?

– Zdenerwowany – odpowiedział, gdy skończył wyprzedzać.

– Ja też, ale nie tak bardzo.

Spojrzała przez okno. Za szybą przesuwał się krajobraz, gruboziarnista tapeta z lasu.

– Będzie dobrze – odezwała się po chwili. – Poczujemy ulgę, kiedy im powiemy.

– Mhm.

Patrzył prosto przed siebie. Nie wierzył jej, a może po prostu próbował zebrać myśli. Zjechali z głównej drogi, zwolnili, wjechali na wąską, krętą żwirową. Najładniejszą, jaką kiedykolwiek widziała, zwłaszcza o tej porze roku, gdy drzewa mieniły się na żółto i pomarańczowo. Zawsze gdy jechali na grzybobranie, czuła przypływ szczęścia dokładnie w tym miejscu.

Na wspólne grzybobranie wyjeżdżali zawsze w ostatni weekend września. Grabili razem liście, zbierali grzyby, jedli i pili wino. Nie było to żadne szczególne święto – w każdym razie nie oficjalne – które by wymagało całej masy przygotowań. Po prostu kameralne spotkanie z ludźmi, których znała niemal całe życie i którzy wiedzieli o sobie niemal wszystko.

Czternasty rok z rzędu.

– Tylko po co od razu nazywać to przyjęciem pożegnalnym? – odezwał się Jacob. – Nie wydaje ci się to trochę głupie? Dla mnie brzmi to dosyć przygnębiająco.

– Dlaczego?

Rebecca spojrzała znów na niego.

– Zapraszasz swoich najbliższych przyjaciół, żeby świętować rozwód. Żegnasz się z pewnym etapem swojego życia spędzonym w małżeństwie i rozpoczynacie nowe, już jako przyjaciele.

Nie oznacza to chyba, że się rozmyślił? Przecież postanowili, że dzisiaj im powiedzą, czuła się gotowa. Nie chciała już dłużej czekać.

– Ludzie świętują śluby, pogrzeby i chrzty. Dlaczego tego nie robią, gdy się rozwodzą? Rozwód to w zasadzie jedyne wydarzenie w życiu, któremu nie towarzyszy żaden rytuał. Moim zdaniem jest on potrzebny.

– Nie no, jasne, ale jednak.

Sięgnął do przegródki przy skrzyni biegów po okulary przeciwsłoneczne. Znów na niego spojrzała.

– Przecież to nie musi być takie smutne. Moglibyśmy wysłać zaproszenia z napisem: Rozwodzimy się! Zapraszamy na przyjęcie. Żegnasz się z tym, co było, i zaczynasz coś nowego.

– Myślisz, że by to zrozumieli?

Zabębnił palcami o kierownicę. Rebecca wpatrywała się w drogę.

– Być może nie od razu, ale z czasem tak, jestem tego pewna. Przez weekend możemy to przegadać. Pewnie będą mieć całą masę pytań, na które będziemy musieli odpowiadać. Podzielić się naszymi przemyśleniami. I tak dalej.

– Tak, ale…

Jacob zamilkł i zdjął okulary. Po chwili, gdy potarł policzek, włożył je z powrotem. Udało mu się zapanować nad drżeniem brody. Rebecca najchętniej by go przytuliła, ale nie mogła, bo prowadził samochód. Położyła dłoń na jego ramieniu.

– Wiem, to trudne, dla mnie również.

Odchrząknął, wziął kilka głębokich oddechów.

– Chcesz się na chwilę zatrzymać? – zapytała.

– Nie, nie trzeba.

Przetarł kącik oka. Powoli dochodził do siebie.

– Po prostu szkoda, że to akurat ten weekend, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co się stało z ojcem Maksa. Minęło zaledwie kilka tygodni od jego śmierci.

– No tak, ale czy w takim razie nie powinni byli odwołać grzybobrania? Kiedy rozmawiałam z Pernillą, powiedziała, że Max chętnie się spotka, żeby choć przez chwilę pomyśleć o czymś innym.

Jacob nie odpowiedział. Maksowi musiało być wyjątkowo trudno. Jego ojciec osiągnął już podeszły wiek, ale cały czas łączyła ich bliska relacja. Ten weekend zapewne stanowił dla niego okazję, żeby się od tego oderwać, złapać oddech.

Dojechali do końca prostego odcinka żwirowej drogi i skręcili, mijając skrzynki pocztowe. Za chwilę będzie za późno, żeby się wycofać, za chwilę o wszystkim im powiedzą. Nie będzie można już tego zmienić.

Nie miała jednak siły dłużej się z tym ukrywać. Ostatnie miesiące były i tak wystarczająco wyczerpujące. Czuła się tak, jakby wszystkich oszukiwała, każdego dnia. Grała nie swoją rolę, udawała kogoś, kim nie była. Beztroską kobietę, która żyje w stabilnym związku.

Zbyt długo już odgrywała tę rolę.

Przejechali powoli pomiędzy dwoma kamiennymi słupami, na których ustawione były doniczki z wrzosem. Zatrzymali się przed starym, drewnianym domem, pomalowanym na okropny odcień brązu, z bananowożółtymi ościeżnicami i jasnozielonymi drzwiami. Nie był zbyt piękny, ale ojciec Maksa uparł się, żeby zachować oryginalne kolory, i to niezależnie od panującej aktualnie mody.

Max w grubym swetrze, w dżinsach i trampkach czekał już na nich z rękami w kieszeniach. Policzki miał blade, a mimo to emanowała z niego jakaś energia. Była w nim zawsze, gdzieś pod powierzchnią, nawet wtedy, kiedy nie stał na scenie.

Wysiedli z samochodu i rozprostowali nogi. Dzień był wyjątkowo piękny. Czyste i rześkie powietrze pachniało lasem.

– Cześć, cześć!

Max podszedł do nich, a zza domu wyłoniła się Pernilla. Miała na sobie wielkie gumowe kalosze, ubrudzone ziemią dżinsy i rękawice robocze. Jej skóra, po ubiegłotygodniowej wycieczce do Nicei, lśniła opalenizną.

– Cześć!

Jacob znów był sobą, poznała to po jego głosie.

Gdy już się przywitali, Rebecca spojrzała na zatokę. Chłonęła całą sobą ten widok: rozlewającą się w słońcu taflę wody, gładką jak szkło. Niebo było teraz błękitne jak porcelana.

Będzie dobrze. Na szczęście od jakiegoś czasu jeździli na grzybobranie bez biegających wszędzie i hałasujących dzieci, pomyślała z ulgą.

Między brzozami wciąż był rozpięty hamak, który zawiesili tu jeszcze w czerwcu. Pewnie nikt nie pamiętał o tym, żeby go zdjąć. Rebecca lubiła leżeć w nim w noc świętojańską, kołysząc się powoli wśród drzew. Teraz jednak przemoknięty hamak sprawiał przygnębiające wrażenie. Prążkowany materiał zwisał, zalegały w nim mokre liście klonu.

Na sznurze do suszenia bielizny zostało już tylko kilka zapomnianych klamerek. Każdego lata Max po porannym pływaniu wieszał na nim swoje kąpielówki, zaraz obok kąpielówek swojego ojca.

Gdy Jacob wyjął dwie identyczne sportowe torby z bagażnika i ruszył w stronę rabat z piwoniami, zadzwonił telefon. Sygnał był głośny, naśladował staromodny telefon. Postawił torby na żwirze, żeby odebrać. Przez dłuższą chwilę słuchał bez słowa. Nagle spoważniał. Dzwonili z pracy, jak zawsze.

Rebecca spojrzała Maksowi w oczy.

– Co tam?

– Okej.

Nie musiał nic dodawać, wszystko rozumiała. Nie było wcale dobrze, ale dało się wytrzymać. Przynajmniej w tym momencie.

Gdy Jacob skończył rozmawiać i znów do nich podszedł, był czymś wyraźnie zmartwiony. Widziała to, mimo że okulary pilotki przysłaniały mu oczy.

– W Turcji doszło do zamachu. W jakimś kurorcie. Kurwa mać.

Wszyscy troje spojrzeli na niego, czekając, aż powie coś więcej, ale wzruszył tylko ramionami.

– Byli tam jacyś Szwedzi? – zapytała Rebecca.

Jacob schował telefon do tylnej kieszeni dżinsów.

– Nic jeszcze nie wiadomo. Zobaczymy.

Na chwilę zaległa cisza, którą przerwała Pernilla, pokazując kciukiem dom:

– Tu w każdym razie niewiele się zmieniło. Stara chata stoi tak, jak stała. Musi wam to wystarczyć, lokalizacja przebija wszystko.

Roześmiała się, zerkając na Maksa, ale ten tylko westchnął. Najwidoczniej wciąż jeszcze wałkowali ten temat. Rebecca potrafiła przyznać Pernilli rację, rzeczywiście powinni coś zrobić z domem. Pewnie najlepiej by było, gdyby go zburzyli i na jego miejsce zbudowali nowy. Przecież mogli sobie na to pozwolić.

Pernilla od lat rozkładała w widocznych miejscach zdjęcia z magazynów wnętrzarskich, z nadzieją, że Max zwróci na nie uwagę. Prezentowano tam przeszklone letnie rezydencje, proste i przemyślane, ale Max twierdził, że wszystkie są tak samo brzydkie. Pudełka bez duszy, powtarzał.

Pewnie potrzebował czasu, żeby podjąć decyzję. Teraz może nawet jeszcze więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

Z daleka dobiegł odgłos silnika. Stawał się coraz głośniejszy, aż w końcu na podjazd wjechał samochód. Przez przednią szybę czerwonego opla zobaczyli Claesa i Syrsę-Li, która pomachała do nich z uśmiechem.

Claes zaparkował, wysiadł z samochodu i poprawił czapeczkę z daszkiem. Na przednim zderzaku wciąż widać było ubytek lakieru, z którym najwyraźniej nic jeszcze nie zrobił.

Syrsa-Li otworzyła drzwi od strony pasażera. Ubrana była jak zwykle – w gruby sweter i welurowe spodnie.

– Oto jesteśmy – odezwał się Claes. – Kwiat inteligencji się zebrał, żeby cieszyć się dobrym jedzeniem i winem, a świat jak cierpiał, tak cierpi nadal.

Przytulają się, uśmiechają, ktoś rzuca jakiś żart. Rebecca oddycha spokojniej. Twarda grudka, którą od dłuższego czasu czuła w piersiach, powoli się rozpuszcza. Przyjaciele, no tak, dlaczego nie spotykają się częściej? Byli lekarstwem niemal na wszystko.

Kiedyś usłyszała od lekarza, że zdecydowana większość problemów natury psychicznej wynika z samotności. Na pewno jest w tym ziarno prawdy.

Claes oparł się o maskę samochodu i zapalił papierosa. Workowate dżinsy opadły lekko pod zaokrąglonym brzuchem. Od lat nosił tę samą kurtkę. Z początku była pewnie czarna albo granatowa, ale wyblakła po wielu praniach i teraz wydawała się raczej szara. Na moment zdjął czapkę, żeby schłodzić głowę. Włosy, których dawno nie podcinał, spływały mu po karku długimi kosmykami. Na czubku głowy już się przerzedziły i widać było prześwitującą między nimi skórę.

Syrsa-Li zawsze powtarzała, że jej mąż ma specyficzny styl ubierania się. I fryzurę. Cóż, po dwudziestu trzech latach do niej również zdążyła się przyzwyczaić. Mawiała, że z czasem człowiek przestaje zauważać to, co znajduje się najbliżej niego, i całe szczęście. Zapewne tak.

Choć pewnie gdyby był kobietą, jego wygląd widzowie komentowaliby za każdym razem, gdy pojawiałby się na ekranie podczas jakiegoś panelu w programie kulturalnym. Nikt nie słuchałby tego, co mówi, tylko robił uwagi odnośnie do jego wyglądu. Choć Claes oczywiście wcale by się tym nie przejął.

Założył z powrotem czapkę. Naciągnął ją na głowę i powiódł wzrokiem po połyskującej w słońcu tafli wody.

– Mieliśmy takie piękne lato – odezwała się Pernilla. – I zdaje się, że wyż wciąż się utrzymuje.

Claes wydmuchnął dym nosem.

– Efekt cieplarniany jest jak dar z nieba. Nie trzeba już jeździć w tropiki.

– I tak byś nie jeździł – wtrąciła ze śmiechem Rebecca.

Claes uśmiechnął się do niej.

– No tak, pewnie masz rację.

Potem spojrzał na Maksa.

– No to przyjechaliśmy do jaśniepaństwa. Do czego możemy wam się przydać?

– Możecie wnieść bagaże, a potem bierzemy się do roboty.

– Kto idzie na grzyby? – zapytała Pernilla. – Tylko dziewczyny, jak zawsze?

Syrsa-Li i Rebecca spojrzały na siebie rozbawione. Podczas grzybobrania zawsze obowiązywał podział. Co prawda za pierwszym razem któreś z nich zauważyło, że z perspektywy równości płci było to dosyć żałosne, ale po tylu latach nikt już nie zwracał na to uwagi.

– Okej – powiedział Max. – Chłopaki pomogą mi w takim razie ściąć trochę chrustu z krzaków porastających pagórek.

Wskazał głową działkę. Korony brzóz i topoli jak zwykle przez lato zdążyły się rozrosnąć. Najwyższy czas trochę je przerzedzić.

– Potem zjemy prosty lunch, zupa i chleb z serem, zrobiliśmy rybną. Zgrabimy i spalimy liście. Chcieliśmy też uratować jak najwięcej jabłek, w tym roku jest ich zatrzęsienie. Potem urządzimy pięciobój.

– Coś jeszcze? – zapytał, odwracając się do Pernilli.

– Sauna i może kąpiel dla chętnych. I wspólna kolacja.

– A jutro? – zapytał Jacob.

– Przygotujemy dom przed zimą, posprzątamy i tak dalej. Trzeba też będzie wyciągnąć łódkę na ląd.

– I naolejować meble ogrodowe – dodał Max. – Zdążymy?

Claes zgasił papierosa na ściętym pniu drzewa.

– Bez problemu.

– Świetnie. Rozpakujcie się, spotkamy się potem na werandzie.

Rebecca patrzyła, jak Claes i Syrsa-Li ruszają w stronę domku przy pomoście. Musi to powiedzieć teraz i musi to zrobić pierwsza. Jacob nigdy się na to nie zdecyduje.

Włożyła dwa palce do ust, udało jej się zagwizdać. Przyjaciele zatrzymali się i odwrócili w jej stronę.

– Możecie zaczekać jeszcze chwilę? Chcielibyśmy wam o czymś powiedzieć.

Max i Pernilla zatrzymali się w połowie ścieżki biegnącej wzdłuż ganku. Claes i Syrsa-Li na skarpie schodzącej do jeziora. Widać było, że Rebecca ich zaskoczyła. Miała zmieniony głos, sama to słyszała. Był jakiś dziwny, brzmiało w nim napięcie.

Jacob stał bez słowa ze wzrokiem wbitym w ziemię. Nigdy go takiego nie widziała. Po chwili podniósł odruchowo głowę. Ciemne szkła pilotek nadal zakrywały jego oczy.

– Co się stało? – zapytał Claes.

Rebecca oddychała powoli, nie spuszczając z nich oczu.

– Postanowiliśmy się rozwieść.

Chciała, żeby to zabrzmiało tak, jakby mówiła o nowej pracy lub zmienionych planach urlopowych. Nie zamierzała robić z tego dramatu, i tak niczego by to nie zmieniło.

Zaczekała na Jacoba. Dlaczego się nie odzywał? Przecież to była ich wspólna decyzja.

– To prawda – powiedział.

Na dłuższą chwilę zapadła cisza.

– Przykro to słyszeć – odezwał się wreszcie Max.

Claes obracał w palcach paczkę papierosów.

– Naprawdę przykro.

– Wciąż jesteśmy dobrymi przyjaciółmi – powiedziała Rebecca. – Prawda, Jacob?

Uśmiechnął się pod nosem. Czy nie mógł nic więcej powiedzieć?

– Ej, ale chwila. Nie mówicie chyba serio?

Syrsa-Li przenosiła wzrok z jednego z nich na drugie.

– Owszem, mówimy poważnie.

Rebecca próbowała nawiązać kontakt wzrokowy z Pernillą, ale ta stała nieruchomo z rękoma w kieszeniach starego wełnianego swetra i uparcie wpatrywała się w ziemię.

– Naprawdę, to nie jest wielki dramat – odezwała się Rebecca. – Nie my pierwsi, że tak powiem, i nie ostatni.

Roześmiała się, bo teraz to już naprawdę przesadzali. Jednak przyjaciele spoważnieli i wszyscy nadal stali w milczeniu. Wtedy przeszło jej przez myśl, że nie tak to sobie wyobrażała.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Rebecca

Max

Syrsa-Li

Pernilla

Claes

Jacob

Pytania do dyskusji:

Spis treści

Rebecca

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pożegnalne przyjęcie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy