Zaginione dzieci

Zaginione dzieci

Autorzy: Paulina Włodarczyk

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Dla dzieci Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.95 zł

W brutalnym świecie


Złość. Każdy jej czasem doświadcza. Ale bohaterka powieści – mimo młodego jeszcze wieku – funkcjonuje w rzeczywistości, w której gniew i agresja dominują nad wszystkimi innymi emocjami. Jej dziecięcy świat, chociaż powinien być beztroski, częściej bywa brutalny i bolesny. W życiu dziewczyny dzieją się rzeczy, z którymi mógłby sobie nie poradzić niejeden dorosły. Lecz to właśnie one – choć na początku były źródłem złych emocji – pozwalają bohaterce dojrzeć. Zdecydowanie szybciej niż jej rówieśnikom.


Ludzie od wieków zastanawiają się nad sensem swego istnienia. Tworzą bogów, religie, teorie stworzenia i masę poradników, jak być szczęśliwymi. Ja wolę to sprowadzić do dziecięcej gry.

Dedykuję tę książkę wszystkim, którzy tego potrzebują.

Spis treści

Wstęp

Słowo

Kozioł ofiarny

Poeta z tatuażami

Modelka

Hitlerowcy na placu zabaw

Specjalny zakład karny dla zdrowo pierdolniętych

Pobudka

Black Bitch

Różowe wymioty

Ośmiorniczka

Cisza pośmiertna

Daisy

Święto świrów trwa od jutra

Wyszło z domu i jeszcze żyje

Wstęp

Jak napisać książkę? To proste. „Otwórz komputer i zacznij pisać” albo „Opisz swoje doświadczenia życiowe”, albo „Uwierz w siebie. Już dziś możesz byś jak Keri Smith i stworzyć swój własny bestseller”. A! I nie zapominajmy o „Przeczytaj poradnik geniusza (tu wstaw imię jakiegoś sławnego autora poradników dla zagubionych i nieogarniętych życiowo nastolatków)”.

Tak naprawdę nikt nie jest w stanie jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Tak samo jak nikt nie może być utalentowany w każdej dziedzinie. Niewiele osób potrafi lub nawet próbuje napisać książkę, choć oczywiście przeczy to współczesnym trendom. Niektórzy pięknie malują, inni śpiewają, a jeszcze inni mogą doprowadzić cię do orgazmu w niecałe pięć sekund. Każdy ma jakiś talent i może mieć swoje własne zdanie. Aby napisać książkę, wystarczy słowo. Jakiekolwiek, na przykład: miłość, szczęście, śmierć, śmiech, strach, ból, ludzie, myśli, niebo, Bóg, anioły, muzyka, filmy, ja, ty, my, oni, ona, pies, kot, aligator, szkoła, praca, pizza, lustro, woda, wojna, dzieci, anoreksja, bulimia, sztuka, piękno, gra, spodnie, pianino, porno, gwałt, anal, pedał, orgia, podłoga, masło, obcokrajowiec, dywan, Kubuś Puchatek, dinozaury, sukienka, włosy, życie, pieniądze i tak dalej, i tak dalej. Kolejność przypadkowa.

OK, czyli już pierwszy krok mamy za sobą. Nie było tak źle. Teraz krok drugi, więc… Z góry przepraszam za późniejsze problemy albo bunt Waszych dzieci po przeczytaniu tych słów, ale taka jest prawda. Myślenie nie jest tak łatwe, jak powie Wam większość dorosłych i jakże odpowiedzialnych ludzi. Myślenie jest zajebiście trudną czynnością… Na pewno nie wolno przerywać. Kiedy coś już zaczniesz, musisz to kontynuować, tak samo jest z nauką, nowym hobby i czymkolwiek, do czego byś się nie zabrał. Musisz wytyczyć sobie konkretne granice, których za żadne skarby nie przekroczysz. Wiedzieć, że choćby nie wiem co, musisz robić to, co zacząłeś, bo jeśli przerwiesz, to już do tego nie wrócisz, a zdania typu: „Dziś jestem zmęczony, jutro albo w weekend z pewnością zrobię dwa razy więcej niż ostatnio i będzie w porządku” możesz sobie od razu darować. Jeśli raz zrezygnujesz, to tak jakbyś nigdy niczego nie zaczął. Ta zasada dotyczy wszystkiego.

Krok trzeci to po prostu pisanie. Można pisać, w jakikolwiek sposób się zapragnie. Prawda, w szkole uczą nas zasad poprawnego pisania. Ile tekst powinien mieć akapitów, jaką długość i liczbę linijek. Co więcej, dokładnie precyzują, na jaki temat mamy pisać. Coś w stylu: „Czy ciekawość pozwala nam znaleźć przyjaciół? Uzasadnij swój wybór w rozprawce. Poprzyj swoje argumenty przykładami z poznanych lektur szkolnych. Pamiętaj, twoja praca musi być dłuższa niż połowa zalecanego miejsca”. W prawdziwym świecie tak nie jest. Można pisać, o czym się chce. J.K. Rowling napisała książkę Harry Potter, o niepowtarzalnych przygodach młodego czarodzieja. E.L. James stworzyła Pięćdziesiąt twarzy Greya, nierealną i bardzo przerysowaną, ale ciekawą historię erotyczną. Keri Smith tchnęła życie w Zniszcz ten dziennik – coś, czego nie można nazwać książką, raczej kreatywnym pamiętnikiem. John Ronald Reuel Tolkien napisał Hobbita, powieść o przygodach nie z tego świata, pełną krasnoludów, tajemnic i przygód. John Green stworzył Gwiazd naszych wina – niezwykły romans o nastolatkach ze śmiertelną chorobą. Każdy z tych pisarzy jest wyjątkowy i miliony ludzi czytają ich dzieła. Mimo to nie mają one ze sobą nic wspólnego. Udało im się przelać na papier światy, o jakich nikt nie miał najmniejszego pojęcia, a które tkwiły w nich od zawsze. Każdy umysł jest piękny i ciekawy. Nie ma takiego, w którym nie można by znaleźć czegoś szczególnego.

„Gdyby jakiś znany naukowiec zmarł przed dokonaniem przełomowego odkrycia, inny naukowiec prędzej czy później odkryłby to za niego. Gdyby to samo stało się ze znanym pisarzem lub muzykiem, nikt nigdy nie powtórzyłby ich dzieła”. Może dla większości to banał, ale jakoś te słowa utknęły w mojej pamięci i nadały mojemu istnieniu nowy sens. Mam nadzieję, że nikt mnie nie pozwie za cytowanie bez pozwolenia… proszę?

To by było na tyle, więc powodzenia. Jeśli jakiś aniołek z bożej łaski spadnie mi z nieba i spełni moje fantazje, to pewnie ta książka trafi na półki i będę mogła zamieszkać we Włoszech z mężem wilkołakiem i czwórką naszych wilkołaczych dzieci. Fajnie pomarzyć, ale jeśli tak się stanie i przeczyta ją jakiś zagubiony nastolatek, uzna to za dobrą radę, napisze swoją książkę, wyda ją i zarobi miliony, to niech się ze mną skontaktuje. Miło będzie wiedzieć, że moje istnienie się komuś przydało. Zatem bez zbędnego przedłużania – miłej lektury!

Słowo

Pustka. Czym jest pustka? Jako małe dziecko usłyszałam od katechetki, że piekło jest pustką. Nie jest żarzącym się kotłem, którego administratorem jest przesadnie umięśniony, zadziwiająco seksowny diabeł o lśniąco rubinowej skórze. Piekło jest samotnością. Pustką, jakiej żaden człowiek nie jest i nigdy nie powinien być w stanie sobie wyobrazić. Dusza tam zesłana nic nie słyszy, nic nie widzi i niczego nie może się złapać, w rozpaczy prosząc o pomoc. Ponieważ w piekle nie ma niczego. Jesteś tylko ty i otaczająca cię samotność. Strach się bać, co? Ale za co można trafić do piekła? W kościele uczą nas zasad. Nie wolno pić, kraść, zabijać itd. Ale podstawą naszej wiary jest przekonanie, że Bóg jest miłosierny. Kocha ludzi i chce ich dobra. Wierzy w nich i daje im szanse, aby odnaleźli drogę do czystości. Przecież gdyby tak nie było, to świat byłby doskonały, a udowadniać, że taki nie jest, nie trzeba nikomu. Nie byłoby morderstw, wojen i całego tego okrucieństwa. Bóg daje ludziom szanse, nawet tym najgorszym. Zatem czy to znaczy, że mogę bezkarnie zabijać, kraść, gwałcić i niszczyć, ale potem się nawrócę, będę tego szczerze żałować i za to pójdę do nieba? Może jeszcze jeśli ktoś mnie zastrzeli za wiarę, zostanę sensacją całego świata. Niczym Cassie Bernall – była satanistka. Święta, kurwa, żebym się nie popłakała, męczenniczka. I co, spotkam w niebie dusze ludzi, których zabiłam, okradłam, zgwałciłam, zniszczyłam, i co wtedy? Wybaczą mi? Czy może ich tam nie będzie? Może to oni pójdą do piekła? Przecież gdy w kraju arabskim kobieta zostanie zgwałcona, to ponosi za to całą winę. Mężczyzna zostaje ofiarą nieczystej kobiety, a ona sama jest potępiona za seks przedmałżeński lub zdradę męża. Czy to jest sprawiedliwe?

Nie umiem powiedzieć, kiedy dokładnie zaczęły się moje wątpliwości. Szczerze to już od wczesnego dzieciństwa nie potrafiłam wierzyć w opowieści z Biblii. Pamiętam, że jako podlotek często chodziłam do kościoła. Mieszkałam wtedy w małym miasteczku. Nie ma sensu podawać nazwy, nie sądzę, żeby ktoś porzucił ciąg czytania tylko po to, aby otworzyć atlas i spędzić co najmniej pół godziny na szukaniu miejsca gdzieś na końcu niczego.

Był tam tylko jeden kościół. Prosty, kwadratowy, drewniany, z wielkimi drzwiami i tabliczką: „W kościele należy mieć odpowiedni strój”, a obok rysunek dziewczyny w krótkich spodniach i kusej koszulce.

Na swój dziecięcy, a dosłowniej – zidiociały sposób kochałam to miejsce. W każdą niedzielę chodziłam tam wraz z rodzicami lub, gdy oboje byli zajęci – z babcią Smoczycą. Kościół zawsze był wypełniony po brzegi. Ludzie powtarzając wyuczone w dzieciństwie nawyki, nie potrafili opuścić nawet jednej niedzielnej mszy. Przez to mały, drewniany kościółek z kilkoma trzeszczącymi ławkami nie starczał dla wszystkich. Większość spędzała niedziele na zewnątrz, słuchając głosu ze starego, zardzewiałego megafonu. Ksiądz wychodził do nas z opłatkiem. Mimowolnie powtarzałam wyuczone symbole krzyża, myśląc jedynie o kreskówkach. Gdzieś w połowie mszy chowałam do kieszeni piątkę, którą dostałam od mamy na tacę. Perspektywa obolałych zębów od różowej miazgi i strzelających dropsów była przyjemniejsza niż wieczne potępienie.

Niezbyt rozumiałam te rytuały. Oprócz kilku powodów dawania na tacę, jakie przedstawiła mi Smoczyca, bijąc jednocześnie w potylicę za – jak to określała – „kradzież łona Bożego”. Dopiero w szkole zaczęłam pojmować logikę kościoła.

Na początku zajęcia prowadziła pulchna katechetka o krótkich czarnych włosach. Uczyła nas głównie podstaw. Modlitw, różańca i innych bzdetów. Nie wnikała w to, czy wierzymy, czy nie. Nie wspominała o śmierci chrześcijan ani czym jest ukrzyżowanie. Do tej pory twierdzę, że była cholernie mądrą kobietą. Odpowiadała na nasze pytania z uśmiechem i tym samym wzmagała naszą ciekawość. Pokazywała jedynie dobre strony kościoła. Takie, które powinniśmy dostrzegać w tym wieku.

Po trzech miesiącach pracy zniknęła. Nikt nie potrafił nam powiedzieć, gdzie dokładnie się znajdowała, wszyscy powtarzali jedynie bez końca te same oklepane frazesy typu „Musiała trochę odpocząć” lub tym podobne. Może zwyczajnie się wyprowadziła, ale dla nas wyparowała jak nimfa wodna. Jednak dzieci, jak to dzieci, szybko o tym zapomniały. Przez parę dni po jej zniknięciu marnowaliśmy jedynie czas. Nauczyciele starali się zapewnić nam jakieś zajęcia, ale zazwyczaj kończyło się na tym, że pozwalali nam spędzać te dwie godziny tygodniowo samodzielnie. Siedzieliśmy wówczas zajęci własnymi światami.

Oczywiście, to nie mogło trwać wiecznie. W końcu musieliśmy wyrosnąć na przykładnych obywateli, a nasze religijne wychowanie było jedyną szansą na osiągnięcie tego celu. W końcu pojawił się – jak grom z jasnego nieba – ksiądz o ponurych oczach.

Nie przepadałam za nim. W zasadzie tak jak większość z nas, nieświadomych dzieci. Był dosłownie wydrążoną skorupą bez dna. Pustka, o jakiej mówiła jego poprzedniczka, gościła w jego spojrzeniu bardziej niż u Judasza, gdy zdradzał swego zbawcę i skazywał go na śmierć w męczarniach. Jednak jako małe, naiwne dzieci uznaliśmy to za pozór i z ochotą rozpoczęliśmy rozmowę o wierze z – jak nam się wydawało – najodpowiedniejszą skarbnicą wiedzy. Jakże się myliliśmy…

Już po kilku przypadkowych pytaniach nie było co ukrywać, że nasz nauczyciel znał się na wierze mniej niż którekolwiek z nas. Na pytania odpowiadał ogólnikowo. Niczym prawdziwy polityk starał się tak przekręcić nasze słowa, aby brzmiały po jego myśli.

W końcu, gdy przyszła moja kolej na zadanie pytania, wybrałam najmniej skomplikowane, jakie było możliwe. W dzieciństwie interesowałam się dinozaurami. Mój niewielki rozum mieścił wtedy w sobie przynajmniej kilkaset nazw gatunków z dokładnym opisem i podziałem na poszczególne grupy.

– Skoro Bóg stworzył pierwszych ludzi tuż po stworzeniu całego wszechświata, to skąd wzięły się dinozaury?

Pytanie proste i logiczne. Nie sądziłam, że będzie miał z nim trudności. Myliłam się. W odpowiedzi otrzymałam jedynie wyzwanie mnie od nie warto wspominać kogo i prośbę o niezadawanie więcej głupich pytań.

Te słowa zapadły mi w pamięć jak żadne inne. I zmieniły cały mój późniejszy światopogląd. W tym momencie przestałam wierzyć. Nie interesował mnie już kościół. Za żadne skarby świata nie chciałam do niego chodzić. Z początku było to mało wykonalne, jednak widząc mój opór, rodzice w końcu ustąpili i jakimś cudem ubłagali Smoczycę, aby mnie do tego nie zmuszała. Oczywiście dalej wysłuchiwałam tyrad, że pójdę do piekła. Kazała mi przy okazji pozdrowić dziadka, jak już to się stanie. Zawsze, ilekroć była o nim mowa, odpowiadała, że pewnie patrzy na nas uśmiechnięty z dołu, nigdy jednak nie wyjaśniła, za co skazała go na taki los. Jedynym plusem przebywania z nią było bogactwo wulgaryzmów i antychrześcijańskich określeń, jakich mogłam się wtedy nauczyć. Zawsze jakaś tam wiedza.

*

Zaczęła się druga klasa podstawówki. Z jakiegoś powodu nasz kochany dyrektor zboczeniec zdecydował się wymieszać klasy. Początkowo zostałam przydzielona do 2E – tak zwanej klasy specjalnej. Pierwsze cztery grupy miały swoje indywidualne przynależności podyktowane ukierunkowaniem nauczyciela. Klasa 2A – humanistyczna, 2B – matematyczna i tak dalej… Pewnie nie różniło się to niczym od podziałów w większości szkół. Ale moja klasa była wyjątkowa, dodana w ostatniej chwili na prośbę wyjątkowych rodziców z wyjątkowymi dziećmi, miała charakter specjalny dla tych bardziej rozwiniętych. Ładne słowo było eufemizmem od zarozumiałych szczyli różniących się jedynie nabrzmiałym ego hodowanym od urodzenia przez rodziców.

Nie pytajcie, czemu się tam znalazłam. Jedynym elementem, który wyróżniał mnie na tle rówieśników, był wzrost i wyjątkowe kształty, nienaturalne dla małej dziewczynki, którą byłam. To one stały się głównym powodem, przez który wyznaczono mnie jako łącznika klasowego z naszym cudownym dyrektorem zboczeńcem, którego wybrzuszenie na rozporku sprytnie maskowało kierownicze biurko. Nic dziwnego, że nigdy nie widziałam, aby wstał z miejsca. Odrażające.

Na szczęście moja wychowawczyni, odrobinę inteligentniejsza od mężczyzny wymienionego powyżej, widząc moje nieudolne starania w nadążeniu za wygórowanym materiałem, zdecydowała się przepisać mnie do innej klasy. Tak trafiłam do 2D – o profilu artystycznym. Nie miałam z tym najmniejszego problemu, z żadną klasą czy osobą nie łączyły mnie specjalne więzi. W zasadzie większość czasu spędzałam sama. Nie powiem, aby mi to jakoś wyjątkowo przeszkadzało, zwyczajna rzeczywistość, do której zdążyłam się już dawno przyzwyczaić.

Jedynie docinki ze strony chłopaków stawały się dość uciążliwe. Zawsze byłam wyższa i bardziej rozwinięta niż moje rówieśniczki, co stało się idealnym powodem do zgryźliwości. Nie wiem, czy przez poczucie zagrożenia, czy zwyczajną nudę i chęć zapełnienia wolnego czasu, ale stałam się ich celem.

Słowne złośliwości powoli przeradzały się w coraz to nowe formy nękania. Poszukiwanie przyborów szkolnych porozrzucanych po całej szkole stawało się codziennością, z którą nie miałam ochoty walczyć. Nie wiem, czy ciągnięcie za włosy i spychanie ze schodów można określić jako dręczenie fizyczne. No, może jeden raz, gdy starszak rzucił we mnie słownikiem z biblioteki. Bolało jak cholera. Z pewnością nie można nazwać molestowaniem tego, co zrobił kilkulatek, który poszedł o krok dalej od pozostałych. Któregoś dnia na korytarzu szkolnym, gdy zajmowałam się jakąś nieistotną dziecięcą zabawką, podszedł do mnie chłopak z klasy, odrobinę niższy, blondyn. Wykorzystał to, czego nauczył go o dziesięć lat starszy brat, pokazując nie do końca odpowiednie dla jego wieku filmy. Bez większej krępacji złapał mnie za pierś i wykręcił ją w sposób pokazany przez głównego bohatera. Puszczając, powiedział jedynie: „niezłe, suczko” i uśmiechnął się zadziornie. Dam sobie rękę uciąć, że nie miał pojęcia, co oznaczało to słowo.

Wszyscy wokół zaczęli wiwatować i wyśmiewać moją zażenowaną minę. Sam wykonawca stał z wielkim zadowoleniem wymalowanym na twarzy, przyjmując pochwały kolegów. Jeszcze nigdy nie ogarnęła mnie taka wściekłość. Nie była to, co prawda, złość jak u większości dziewcząt, nie rozpłakałam się ani nie uciekłam z krzykiem do łazienki. Zanim się obejrzałam, moja zaciśnięta pięść rozkwaszała jego policzek. Ujrzałam jedynie kropelki krwi ulatujące wśród rzeczywistości. Upadł, a ja na niego, uderzając jednocześnie kolanami o podłogę i uniemożliwiając mu ucieczkę. Zaczęłam tłuc go pięściami po twarzy – cios za ciosem, w trakcie których słychać było jego żałosny szloch. Po chwili przypominał rozkwaszonego pomidora. W tym momencie wszystko wróciło. Zniknęła cisza i furia, a w ich miejsce usadowił się odgłos obcasów nauczycielki, uderzających o drewnianą podłogę. Odepchnęła mnie i zaczęła cucić blondyna rozpaczliwym głosem. Nic mu nie było. Wiedziałam, że moje pozornie mocne uderzenia nie zrobiły mu większej krzywdy, a jego szloch tylko mnie w tym utwierdzał.

Reszta potoczyła się błyskawicznie. Zabrano chłopaka do szpitala, ale jako że miał jedynie rozciętą wargę i parę siniaków, skończyło się na plasterku. Mój kochany dyrektor okazał się jednak pomocny i słysząc o zaistniałej sytuacji, zdecydował się nie dawać mi żadnej kary. Jedynie wezwano moich rodziców, którzy zabrali mnie do domu. W rezultacie, oprócz pogadanki od taty, byłam czysta.

„Będziesz tego gorzko żałować! Teraz wszyscy się od ciebie odwrócą i zostaniesz kompletnie sama” – powtarzał bez końca. Jakbym nie była od urodzenia. Zresztą i tak nie miał racji.

Co za banda kretynów żyje na tym świecie. Z założenia, gdy ktoś rozkwasza komuś innemu twarz na szkolnym korytarzu, powinno się go unikać jak ognia, mylę się? A tu patrzcie, państwo, nagle wszyscy mnie polubili. Dziewczyny były pod wrażeniem mojej siły fizycznej. Chłopcy zafundowali mi jeszcze lepsze powitanie. Zapraszali na mecze, wspólne gry i niemal na każdej przerwie nie odstępowali mnie nawet na krok.

Wtedy uświadomiłam sobie podstawową zasadę przetrwania. Siła jest jedynym sposobem na uzyskanie tego, co jest ci w danym momencie życia potrzebne. W ciągu kilku kolejnych tygodni stałam się głównym obiektem zainteresowania w szkole. Zaczęłam się regularnie bić, przeklinać i pyskować każdemu, kto się w danej chwili napatoczył. Pomijając jedynie rodziców, do nich miałam resztki szacunku, które skutecznie uniemożliwiły mi gwałtowne przechodzenie etapu dojrzewania. Stałam się Merry – postacią ze starego komiksu o wyjątkowo silnej dziewczynie walczącej ze złem. Gdy blondyn wrócił – zmieniony nie do poznania – zajmowałam już najważniejsze miejsce w całej szkole. Niegdyś wulgarny i przebojowy, stał się cieniem dawnego siebie, a na jego wardze pozostała pamiątka po naszej bójce w postaci trwałej blizny.

Któregoś dnia, przymuszona przez nauczycielkę, poszłam go przeprosić. W efekcie staliśmy się swoimi największymi wrogami, bo zwyczajna rozmowa od razu przerodziła się w kolejną walkę powstrzymaną przez nauczycieli. Widać zachował resztki dawnej osobowości, którą okazywał jedynie mnie. Tak rozpoczęła się nasza mała wojna. Kłótnie, bójki i szarpaniny nie ustawały aż do końca trzeciej klasy i mojej wyprowadzki, ale o tym później. Przy większości jednak zachowywał spokój i potulnie znosił ich ciągłe docinki. Tak stał się pierwszą osobą, którą szczerze polubiłam.

*

W końcu nadszedł kolejny rok szkolny, byłam już w trzeciej klasie i miałam te swoje wymarzone dziewięć lat. Nie wiem, czemu akurat ta liczba tak bardzo przypadła mi do gustu. Co więcej, miałam inne powody do radości. Między innymi to, że urosłam i wciąż zajmowałam miejsce najsilniejszej, samozwańczej Merry. Paru nowych uczniów przeniosło się do naszego miasta i do naszej szkoły. Z początku zawitały w naszym kręgu dwie nowe dziewczynki. Przepiękne bliźniaczki o długich, kręconych blond lokach i różowych policzkach. Wyglądały dosłownie jak aniołki z pourywanymi skrzydełkami i własnoręcznie wszytymi diabelskimi rogami. Od pierwszego dnia nie zamierzały ukrywać swojej krwiożerczej natury. Chełpiły się sobą nawzajem, podkładając nogi każdemu, kto stanął im na drodze. Nie zawsze metaforycznie. Gdy tylko dowiedziały się o mojej dominacji, stały się zaskakująco miłe. Oczywiście również wytykały moje wady i braki w wyglądzie, ale utrzymywały przy tym spory dystans. Poznawały najmniejsze oznaki złości u innych i sprytnie przekręcały temat, aby ukryć prawdziwe intencje czy myśli. Ogólnie, pomimo dość dużej płynności w manipulowaniu, były nieszkodliwe i momentami ciekawie się z nimi spędzało czas.

Dwa tygodnie po pojawieniu się jednej, dla wielu nieudanej, niespodzianki przyszedł czas na kogoś nowego. Dzień przed pojawieniem się nowego kolegi wszyscy snuli fantazje na jego temat. Wygląd, charakter i stosunek do bójek był tematem przewodnim większości rozmów. Mnie interesował jedynie jego wzrost, chociaż niezależnie od tego byłam pewna swojego zwycięstwa. Uważałam się za najsilniejszą, więc wszyscy wokół utwierdzali mnie w tym przekonaniu. W końcu nadeszła chwila jego przybycia. Na pierwszej godzinie wychowawczyni przyprowadziła nowego ucznia i krótko go przedstawiła:

– To jest Konrad, traktujcie go należycie.

Tak naprawdę żadne z nas nie znało znaczenia tego słowa. Początkowa cisza w sekundę przerodziła się w krzyki i wyzwiska przepełnione śmiechem pogardy. Siedziałam otoczona hałasem, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Chłopak, o ile można tak to nazwać, przerósł wszelkie nasze oczekiwania. Był olbrzymi. Ubrania, kupowane zapewne w dziale dla dorosłych, ledwie trzymały się na jego opasłym ciele. Przypominał dmuchaną piłkę, której tłuszcz wystawał spod koszulki. Pomiędzy nogami nie było najmniejszej przestrzeni, a szyi nie trzeba było szukać, byłby to daremny trud. Po reakcji klasy zarumienił się i skrzywił, przybierając wygląd utuczonej rodzynki. To jedynie spotęgowało zachwyt. Jedni przez drugich wymieniali coraz gorsze i bardziej obraźliwe przezwiska, gdy ten po nakazie nauczycielki usiadł w drobnej ławce. Krzykom i przekomarzaniom nie było końca.

Poderwałam się z miejsca, uderzając rękami o ławkę. Wszyscy zamilkli, jednak uśmiechy i euforia nie znikały z ich twarzy. Wstałam i wraz ze swoim szwadronem pomocniczym, składającym się z kilku chłopców i bliźniaczek, otoczyłam chłopaka. Jego zaszklone oczy i purpurowa twarz wiele wyjaśniały. Wystawiłam prawą dłoń i z wielkim, chociaż nie do końca szczerym, uśmiechem oznajmiłam:

– Cześć, Konrad, miło nam cię poznać.

Pokiwał w odpowiedzi. Zaciśnięte gardło nie pozwoliło mu na nic więcej.

– Możesz mi mówić Merry. Jestem najsilniejszą osobą w całej szkole i masz się mnie słuchać, bo inaczej zarobisz.

Wymamrotał coś, co zapewne miało znaczyć zgodę. Piskliwy głos idealnie do niego pasował.

– Od tej pory masz reagować na przezwisko Ptyś, zrozumiałeś?

– Tak…

– Świetnie, czyli ustalone. Nie uściśniesz mi dłoni?

Uścisnął. Zza moich pleców dało się słyszeć obrzydliwe zgryźliwości bliźniaczek. W sumie nie powiem, aby pot, który pozostawił na mojej skórze, był czymś przyjemnym. Bez słowa wróciłam do swojej ławki i pozwoliłam rozszarpać nowego ucznia pozostałym.

Przez kolejnych kilka dni Ptyś stał się głównym obiektem zajęć pozalekcyjnych. Chłopcy zaczepiali go praktycznie przy każdej możliwej okazji. Czy to na WF-ie, gdy będąc na bramce, przepuścił piłkę, czy na przerwie śniadaniowej, kiedy starali się zadbać o jego zdrowie, odbierając mu drugie śniadanie, lub po prostu jak stawał się przeszkodą na drodze. Z początku oczywiście nauczyciele próbowali reagować, jednak po pewnym czasie dali sobie spokój.

*

Któregoś razu, gdy nasza nauczycielka od zajęć fizycznych zachorowała, zostałyśmy zmuszone do ćwiczeń z chłopcami. Oczywiście wszyscy – oprócz kilku osób, w tym mnie – stwierdzili, że pomysł jest niedorzeczny, i ogłosili protest. Pan postanowił rozwiązać problem za pomocą jednego, krótkiego, półgodzinnego meczu. Przegrana drużyna miała zrobić tyle okrążeń wokół boiska, ile punktów straciła. Chłopcy znaleźli motywację w odpłaceniu się dziewczynom za brak zaangażowania przez ostatnich kilka lekcji, a one z kolei za żadne skarby świata nie chciały biegać. Rozpoczęła się prawdziwa wojna płci. Bramki padały średnio co kilkanaście sekund i w rezultacie w połowie meczu dziewczyny prowadziły. Przestraszeni perspektywą przegranej chłopcy zdecydowali się nas zlikwidować. Pierwsze na odstrzał poszły dziewczyny z klubu piłki nożnej. Chłopak całkowicie przypadkiem podciął jednej nogę i popchnął ją na koleżankę. Po odesłaniu jej do pielęgniarki posadzono go na ławce. Kilka minut później kolejny wykopał kolanem piłkę, przez co trafiła jedną z nas w tył głowy. Nasz skład został osłabiony o wszystkie osoby, które potrafiły dobrze grać. W końcu przyszła pora na mnie. Niechętnie wymieniali się spojrzeniami, licytując, który ma przejąć inicjatywę. Oczywiście była tam osoba, która z chęcią zgłosiła się na ochotnika – blondyn.

Po kilkuminutowej przerwie rozpoczęliśmy grę. Ilekroć byłam przy piłce, starał się podstawić mi nogę, którą ledwie udawało mi się omijać. Po paru nieudanych próbach zagrodził mi drogę do bramki. Szybko podałam do jednej z bliźniaczek, która strzeliła gola. Nawet tak niechętnej wobec sportu osobie udało się zdobyć punkt, gdy na bramce stał Ptyś. Odwróciłam się i kiedy wracałam na swoją pozycję, coś gwałtownie szarpnęło mnie za włosy. Blondyn z całej siły uderzył mną o ziemię, wyrywając mi przy tym pojedyncze kosmyki. Nie tracąc czasu, przygwoździł mnie ciężarem swojego ciała i uderzył z pięści w policzek. Zamachnął się do następnego ciosu, jednak złapałam go za nadgarstek, aby przejąć dominację. Upadł i zawył z bólu, gdy wykręcałam mu ramię w nienaturalny sposób. Zebrałam w sobie ostatki sił i uderzyłam go w nos oraz brzuch. Zaczęliśmy się szarpać. Wszyscy wokół wiwatowali do momentu, aż nauczyciel nas rozdzielił. Gdzieś pomiędzy klaszczącym dzieciakiem a ciągnącym nas oboje do higienistki nauczycielem zauważyłam przerażonego Ptysia. Uśmiechnęłam się i wyrywając się z uścisku wuefisty, rzuciłam się z powrotem na blondyna. Na nowo wylądowaliśmy na ziemi, bijąc się gdzie popadnie. Dopiero po kilku minutach udało się nas rozdzielić.

Po wizycie u pielęgniarki wyglądaliśmy jak ofiary napaści. Bandaże i plastry jedynie pogłębiały makabryczny widok na naszych twarzach. Po kilkuminutowej rozmowie z dyrektorem wuefista odwiózł nas do domów.

– Nie podkabluję, co się dzisiaj wydarzyło, a wy nakłamiecie rodzicom, że ktoś was napadł, jak wracaliście do domów. Ma to być ostatni raz, bo sam was zleję, jasne? – powiedział, gdy wyjeżdżaliśmy z parkingu.

Oboje przytaknęliśmy, taki układ był nam obojgu wyjątkowo na rękę.

W mieszkaniu jak zawsze nikogo nie było. Cisza wydała mi się niezwykle nużąca, więc postanowiłam posiedzieć przed klatką schodową. Obok wejścia znajdowała się ławka dla rodziców pilnujących swoich pociech na placu zabaw. Co kilka minut jakiś przechodzień, zaniepokojony moim wyglądem, zagadywał mnie i wypytywał o siniaki. Zbywałam ich różnymi opowieściami wymyślanymi na poczekaniu. W końcu każdy dawał sobie spokój i wracał do swojego życia i spraw. W którymś momencie coś przesłoniło mi słońce i nie było to niespodziewane zaćmienie. Ptyś stał tuż nade mną z tą samą wystraszoną miną co przez większość czasu. Widząc moje skrzywione spojrzenie, wypuścił z rąk tornister, z którego wysypały się prawie wszystkie podręczniki i piórnik. Mamrocząc coś pod nosem, zaczął zbierać przedmioty i przepraszać za Bóg wie co. Już miał odchodzić, gdy cofnął się i wlepił we mnie zaniepokojone spojrzenie.

– Chcesz czegoś? – zapytałam, widząc jego konsternację. Ten podskoczył i nieomal znowu wypuścił rzeczy na ziemię. Westchnęłam i opierając się o ławkę, powiedziałam: – Nie martw się. Gdybym chciała cię uderzyć, zrobiłabym to, kiedy zbierałeś swoje rzeczy i nie zwracałeś na mnie uwagi.

Odkrząknął i przytaknął. Był odrobinę spokojniejszy, jednak jego sarnie spojrzenie wciąż nie odstępowało mnie na krok. W końcu się odezwał:

– Co tutaj robisz?

– Zapewne mieszkam. Niech zgadnę, tak samo jak ty.

Znowu przytaknął. Na szyi ciasno opinała mu się smycz z kluczami do klatki schodowej. Dokładnie takimi jak te w mojej kieszeni.

– A czemu tu siedzisz?

– Bo to przyjemniejsze niż przebywanie w pustym mieszkaniu i jedzenie samemu wczorajszego obiadu.

Przytaknął i spuścił wzrok na ziemię. Wyglądał niczym spuchnięta wiewiórka zastanawiająca się, jak zdobyć pyszny smakołyk na końcu labiryntu nieznanego pochodzenia.

– M… może chcesz iść do mnie? – wymamrotał w cichy, ledwie zrozumiały dla normalnego ucha sposób.

– Po co?

– Moja mama będzie robić obiad. A twoi nie wiadomo, kiedy wrócą, więc może zjesz u mnie… jeśli chcesz.

Pokiwałam i wstałam z miejsca, czekając, aż otworzy kluczem drzwi. Był trochę zdziwiony, ale posłuchał mojego niemego rozkazu. Kazałam mu zaczekać chwilę przed drzwiami mojego mieszkania. Weszłam do środka i powiesiłam notkę na lustrze w przedpokoju. Poszliśmy na górę do niego. Mieszkanie Ptysia kształtem było identyczne jak moje, ale foliowane meble i sterta pudeł skutecznie niszczyły to wrażenie. Z kuchni zawołała nas jego mama. Wysoka szatynka o pulchnej buzi i przykuwających wzrok kształtach gotowała, słuchając radia. Przedstawiłam się i spytałam, czy mogę zostać. Uśmiechnęła się serdecznie, po czym pogłaskała mnie po głowie. Przelotnie zapytała o moją poszarpaną osobę, ale słysząc moje kłamliwe wyjaśnienia, darowała sobie dalsze pytania i nałożyła nam obojgu kurczaka, ziemniaki z sosem i górkę pokrojonych warzyw.

Zamknęliśmy się w pokoju Ptysia. Stało tam zasłane łóżko, biurko z rozłożonymi podręcznikami, obok sterta pudeł, dwie walizki i pusta, lekko uchylona szafa. Usiadłam na krześle obok okna. Wzięłam to tłusto wyglądające jedzenie do ust i ku mojemu zdziwieniu było tak dobre, że przez dłuższą chwilę nie chciałam go przełknąć, aby nie wypuścić tego wspaniałego smaku spoza granic mojego języka. To wyjaśniało otyłość Ptysia. Skończyłam i odniosłam wylizany talerz do zlewu.

– Widzę, że ci smakowało. Chcesz jeszcze? – spytała jego mama, siedząc na kanapie z laptopem na kolanach. Pokręciłam głową i wróciłam do pokoju.

– Przepraszam za bałagan.

– Jeśli to jest bałagan, to w moim pokoju wybuchła wojna zakończona spuszczeniem bomby atomowej.

Przytaknął i zapadła niezręczna cisza. Niezręczna głównie dla niego, bo bez przerwy zerkał w moim kierunku, zaplatając nerwowo palcami. W przeciwieństwie do niego nie odczuwałam najmniejszego zażenowania. Moje wulgarne, ale prawdziwe zachowanie skutecznie zniwelowało we mnie poczucie niezręczności.

– Twoja mama dobrze gotuje.

– Wiem, a twoja?

– Nieźle, ale rzadko bywa w domu, więc często gotuję sama. To przez to jesteś taki otłuszczony?

Pokiwał, nabierając większych rumieńców niż przedtem.

– Czemu nie zaczniesz ćwiczyć i nie zrzucisz trochę sadła?

– Bo to męczące i tak naprawdę nie działa.

– Po prostu jesteś leniwy.

Zamilkł, spuszczając głowę.

– Zresztą, co ja się czepiam, to twoje życie, twoja sprawa. Tylko czemu dajesz się dręczyć?

– Nie daję. Sami zaczęli.

– To czemu nie odpyskniesz?

Wzruszył ramionami. Nie wiem, czy był to gest wiary w lichość tego pomysłu, czy zwyczajny brak słów.

– Wiedzieliby, że nie jesteś bezsilny, i trochę bardziej by cię szanowali. Może nawet miałbyś przyjaciół.

– Nie umiem.

– To się naucz. To proste, wystarczy trochę pomyśleć i znaleźć słaby punkt przeciwnika, na przykład jakiś kompleks, i go wykorzystać.

– Ja tak nie umiem.

Żałosne poddanie się, za które zasługiwał jedynie na palnięcie w potylicę. Odrażające.

– Jak chcesz.

– Czemu wszyscy się ciebie boją?

– Bo kiedyś byłam dręczona, aż w końcu skopałam takiemu jednemu ostro dupę. Poza tym jestem o wiele silniejsza i wyższa od innych – powiedziałam, chociaż nigdy nie przyszłoby mi do głowy, aby nazywać to coś dręczeniem.

– Nie przeszkadza ci to?

– Ani trochę. Wiem, że są dla mnie mili tylko dlatego, że chcą się przypodobać, ale mi to pasuje. Czasem nawet się przydają, jak trzeba przepisać zadanie domowe albo coś w tym rodzaju.

– Szkoda.

– Czemu?

– Miła jesteś. Szkoda, że nikt o tym nie wie.

Parsknęłam śmiechem.

– Zabawne. Nigdy nie myślałam, że ktokolwiek nazwie mnie kiedykolwiek miłą osobą. Wszyscy twierdzą, że jestem raczej dziwna, a nawet nienormalna.

Pokiwał z lekkim zaprzeczeniem.

– A czemu się dziś pobiłaś?

– To on zaczął. Ja się tylko zemściłam.

– Ale później to ty zaczęłaś.

Wzruszyłam ramionami. Był to zwykły kaprys.

– Nie lubicie się za bardzo, co?

– Nie wiem, jak z nim, ale ja go lubię. Nawet bardzo.

– Czemu?

– Bo jest inny od reszty. Wszyscy albo chcą mi się przypodobać, albo się mnie boją i uciekają. On jest wyjątkowy, nigdy się przede mną nie płaszczy. Lubię go i szanuję.

– Dziwnie to okazujesz. Czemu się nie zaprzyjaźnicie?

– To już chyba nie ma sensu po roku wojny.

Rozmawialiśmy jeszcze przez parę minut, może godzinę, aż wróciła moja mama. Zabrała mnie do mieszkania, gdzie spał tata. Nawet nie zauważył kartki… Mama nie pytała o bandaże i siniaki. Zdarzało się to dość często i od początku ignorowała takie sytuacje. Wcześniej mieszkała razem z piątką rodzeństwa i uważała, że nie ma sensu skarżyć się dorosłym, tylko należy rozwiązywać sprawy samemu, nawet jeśli można się przez to nabawić paru blizn. Pasowało mi to.

Wykąpałam się i poszłam do swojego pokoju. Był dość duży i przestronny, a na środku stało wielkie łóżko, które mogłoby pomieścić trzy, takie jak ja, osoby i jeszcze ze dwa dorosłe koty. Kochałam je, pachniało truskawkami i było bezpieczne. Czułam, że póki jestem w jego granicach, wszystko będzie w porządku i nic mi się nie stanie. Odrobiłam lekcje i poszłam spać. W nocy obudził mnie straszny ból brzucha. Upadłam na podłogę i zwymiotowałam obiadem z kroplami krwi. Ze strachu zaczęłam krzyczeć, aż przybiegli rodzice. Zawołali karetkę, która od razu zabrała mnie do szpitala. Nałożyli mi na twarz przezroczystą maskę, po czym zasnęłam.

Gdy otworzyłam oczy, nie mogłam się ruszyć. Leżałam pod sztywną kołdrą i na niewiarygodnie twardym materacu. Obok siedzieli przemęczeni i zapłakani rodzice. Obdarowywali mnie uśmiechami, ale były one dość kwaśne. Po chwili przyszedł lekarz i zaczął coś tłumaczyć. Zrozumiałam tylko, że operacja się udała i nie doszło do poważnych obrażeń. Doktor usiadł obok mnie i zaczął tłumaczyć jak przedszkolakowi, co się dokładnie stało. Myślałam, że nie wytrzymam tego tekstu z dobranocki. Dobrze, że nie mogłam się ruszać.

Musiałam zostać parę dni w szpitalu. Mama na szczęście nie pytała, jak to się stało, tylko przywiozła mi ubrania i szczoteczkę do zębów. Trzeciego dnia przyjechało kilka osób ze szkoły, w tym bliźniaczki i blondyn przyciągnięty przez wuefistę siłą, aby mnie przeprosił. Oczywiście od razu zaczęliśmy sobie skakać do gardeł. Następnego dnia wypisano mnie i po weekendzie wróciłam do szkoły.

Weszłam do klasy i bez słowa usiadłam przy swojej ławce. Po chwili przyszła reszta. Bliźniaczki dały mi spisać zadania domowe i poprzednie tematy. Przed dzwonkiem wszedł Ptyś. Miał podbite oko i siniaki na rękach. Spytałam bliźniaczek, co się stało.

– Były jakieś bójki, jak mnie nie było?

– Niespecjalnie. Ale spokojnie, chłopcy już się zemścili za to, co się stało.

– Zemścili? Pobili blondyna?

– No co ty! Sama mówiłaś, że tylko ty możesz go dręczyć. Załatwili tego grubasa. Ptysia.

– Czemu jego?

– Bo to jego wina. Jest gruby i powolny. Przepuszczał piłki i dlatego musieli nas faulować, przez co trafiłaś do szpitala. Nieźle, co nie? Zrobili mu śliwę pod okiem jak ta lala. Nawet się popłakał. Obrzydliwe, co nie? – powiedziały, wybuchając śmiechem.

– Co za idioci…

– No co jest? Przecież mu się należało.

– Zamknijcie się.

– Ej, nie pozwalaj sobie. Możesz straszyć resztę, ale nie…

– Zamknijcie się! – wrzasnęłam z całej siły i walnęłam pięścią w ławkę. Zamilkły. Ciekawe, że zawsze potrafiły mówić i myśleć dokładnie to samo. Często odzywały się w tym samym czasie, znały odpowiedzi na te same pytania albo dokańczały wypowiedzi jedna drugiej. Dlatego żadnemu z nas nie przyszło do głowy, aby dzielić je na dwoje. Bliźniaczki stały się dla nas jednością.

Spojrzałam na Ptysia. Był smutny i stłamszony, a śliwa pod okiem przypominała plamę z tuszu rozmytą na papierze. Z niezrozumiałego mi wtedy powodu strasznie mi to przeszkadzało. Wściekłość powoli rozchodziła się po całym moim ciele. Koniuszki palców wpijały się w drewnianą ławkę i oparcie krzesła. Zmarszczyłam brwi i odwróciłam się w stronę okna. Bliźniaczki patrzyły na mnie przez chwilę zagubionym spojrzeniem, ale w końcu sobie odpuściły. Nie ciekawiły ich moje myśli, bo wiedziały, że i tak ich nie zrozumieją, więc zajęły się swoimi sprawami. Reszta dnia upłynęła jak zawsze.

*

Mijały kolejne dni, tygodnie i miesiące. Nadeszło nowe półrocze i ze względu na dojście kilkorga nowych uczniów pomieszano klasy. Byłam w 3B, tak jak bliźniaczki, paru chłopców, Ptyś i – niestety albo i stety – blondyn. Praktycznie nic się nie zmieniło. Z początku nowi uczniowie byli trochę zagubieni i próbowali zwracać na siebie uwagę. Szybko jednak uświadomiliśmy im, kto jest w tej szkole najsilniejszy. Około dwóch tygodni później pojawiła się kolejna osoba. Z początku mówili, że będzie to dziewczyna, więc wszyscy mieli nadzieję, że będzie ładna i chętna do gry w piłkę nożną. Niestety, wszyscy się rozczarowali.

Do klasy wszedł człowiek ściana. Był wyższy ode mnie i szeroki jak mur, ale nie gruby jak Ptyś, tylko zwyczajnie wielki. Oczywiście na jego widok wszyscy wybuchnęli śmiechem. Ja byłam inna. Pierwszy raz ogarnęło mnie przerażenie. Chłopak był większy ode mnie i na pewno silniejszy, sądząc po wielkich ramionach i dużych dłoniach. Pomimo drwin nie wyglądał na stłamszonego ani zażenowanego. Nawet się nie przedstawił, tylko od razu usiadł w ławce z tyłu. W oczach miał arogancję i nienawiść. Serce biło mi jak szalone i ze strachu prawie wyskoczyło na jego widok. Zamierzało uciekać. Czego ja się boję? Przecież to tylko wyrośnięty bachor. Nie ma się czego bać. Uśmiechnęłam się i zacisnęłam pięści. Wzięłam głęboki oddech i rozluźniłam spięte jego obecnością mięśnie. Cała klasa dyskutowała w tym czasie na jego temat. Głównym problemem było nadanie mu odpowiedniego przezwiska.

– No to jak nazwiemy nowego?

– Hej, nowy, jak chcesz, żeby na ciebie wołać? – krzyczeli jedni przez drugich, oczekując jakiejś podpowiedzi. Bezskutecznie, bo olbrzym nawet nie drgnął. Chłopcy spytali ponownie, ale bez rezultatu.

– Nazywajmy go ciota. To jakiś jełop – powiedział jeden z nich prześmiewczym tonem. Na te słowa nowy wstał gwałtownie, podszedł i złapał go za kołnierzyk. Bez żadnego trudu podniósł go na swoją wysokość, przysunął do siebie i spojrzał rozwścieczonymi oczami prosto w jego twarz. Wszyscy myśleliśmy, że go zabije albo pożre w całości. Rzucił nim o ziemię i się wyprostował.

– Mam gdzieś tę waszą pieprzoną klasę. Niech ktoś wejdzie mi w drogę, to wyślę go do szpitala na usuwanie mojej pięści z gardła.

Jego głos był dojrzały i przeszywający. Niczym detektywa ze starego filmu o nieczystych zamiarach. Zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na niego z przerażeniem. Miałam rację. To nie były oczy wyrośniętego bachora, tylko wściekłego zwierzęcia łaknącego krwi. Moje serce biło jak szalone, a paznokcie wbijały się w krzesło. Co to, do cholery, było, a co ważniejsze, jak mam to pokonać? Nie mam zamiaru rezygnować z bycia Merry i pozwalać nowemu panoszyć się bez mojej zgody. Jestem najsilniejsza i wciąż się rozwijam. Rosnę i nabieram siły, a ten to zwykły wybryk natury albo nieudany eksperyment naukowy. Uśmiechnęłam się i powiedziałam najbardziej arogancko, jak to było możliwe:

– Godzilla to dobre przezwisko. Pasuje do bezmyślnej bestii.

– Co powiedziałaś? – warknął znacząco, próbując mnie wystraszyć. Ani drgnęłam.

– To, co słyszałeś. Każdy w klasie ma jakąś ksywkę. Nie myśl, że jesteś wyjątkiem.

Klasa widocznie się uspokoiła. Godzilla odwrócił się na pięcie i usiadł w swojej ławce. Reszta lekcji minęła spokojnie. Oprócz naszych codziennych sprzeczek i szarpanin na korytarzach nie zaistniały żadne przekraczające normę bójki. Nie powiem, żeby obojętność Godzilli ani trochę mnie nie rozczarowała. Wszystkich równo ciekawiła jego postawa i niemożliwie wyrośnięte cielsko. Każdy z nas z osobna chciał jako pierwszy się z nim zmierzyć.

Po powrocie do domu przywitało mnie puste, stęchłe od pozamykanych okien mieszkanie. Po którymś razie przestałam wydzwaniać po znajomych i rodzinie, aby móc zlokalizować moją mamę, tata zapewne był w pracy. Wyciągnęłam z zamrażalnika losową mrożonkę i uświadamiając sobie, że są to najzwyklejsze frytki, podkręciłam piekarnik i zapakowałam do niego ziemniakopodobne kostki lodu. Po upieczeniu ich usiadłam przed telewizorem i włączyłam przypadkowy odcinek mojego ulubionego programu z lat dzieciństwa. Doktor G – lekarz sądowy zajmujący się krojeniem zwłok i doszukiwaniem się powodów zgonu. Z dokumentu można było się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy, którymi później błyszczałam na lekcjach biologii. Posiłek zjadłam, obserwując, jak doktor waży poszczególne narządy wewnętrzne. O wiele bardziej od tego widoku obrzydzał mnie smak – jak zgaduję, bo opakowanie zostało już dawno wyrzucone do śmieci – zepsutych frytek. Nieważne, pomyślałam, wzruszając ramionami. Ludzka nerka powinna ważyć od 120 do 200 gramów.

Zapamiętywanie informacji przerwał mi dzwonek do drzwi. Otworzyłam, spodziewając się, że zobaczę w progu zabieganą mamę, która od razu zacznie opowiadać, kiedy, z kim, jak i pod jakim adresem. Lekko zdziwiona i nie powiem, że nie rozczarowana, otworzyłam Ptysiowi. Miał zakrwawiony nos i obity policzek. Spytał, czy mam plastry. Wszedł do środka i usiadł, a ja zaczęłam szukać w szafce apteczki.

– Znowu cię pobili?

Skinął głową. W sumie głupie pytanie, sam by sobie czegoś takiego raczej nie zrobił. Chociaż kto wie.

– Kto tym razem?

– Nowy.

Skrzywiłam się. Cały dzień prowokowaliśmy Godzillę, aby wykazał chociaż odrobinę chęci do walki, a mimo to ani drgnął. Nie potrafiłam sobie wyobrazić Ptysia doprowadzającego pogromcę Tokio do furii bardziej niż nasza gromadka.

– Czemu?

– Sam chciałbym to wiedzieć. Czekał na mnie pod główną bramą szkoły i zaatakował z zaskoczenia.

– Powinieneś się postawić.

– Nie umiem.

Westchnęłam zrezygnowana. Znalazłam wreszcie apteczkę i podałam mu ją. Wytarł buzię z krwi i odkaził rany. Pomogłam mu przykleić plaster, bo sam jedynie poniszczył dwa poprzednie.

– Dziękuję.

– Spoko. U siebie w domu nie masz apteczki?

– Mam, ale nie mogę wejść do mieszkania. Nie wiem, gdzie są moi rodzice, a jeszcze nie wyrobili mi kluczy. Mogę tu poczekać?

– Pewnie.

Co miałam protestować, uznałam to za odpłatę za poprzedni raz i nakarmienie bezpańskiego kota. Usiedliśmy przed telewizorem. Był głodny, więc dałam mu frytki, których nie udało mi się jeszcze pochłonąć. Były paskudne, ale nawet słowem się nie odezwał. Gdy tylko ponownie włączyłam telewizor, zadławił się z zaskoczenia i poniekąd z przerażenia. Sekcja zwłok obrzydzała go na tyle, że nie był w stanie patrzeć na jedzenie, nawet tak obrzydliwe i zepsute jak owe frytki. Nie chciałam, aby zwymiotował na ukochany dywan mojego taty, więc przełączyłam na konsolę i wybrałam przypadkową – niezwiązaną z chodzącymi trupami, demonami czy wampirami – grę. Nauczenie go posługiwania się joystickiem było nie lada wyczynem, ale powoli nabierał wprawy.

Czekaliśmy jeszcze przez kilka godzin na powrót jego mamy, jednak kobieta nie wróciła. Z kolei moi nieźle się zdziwili widokiem kogoś innego w mieszkaniu niż ja. Nie miałam w zwyczaju zapraszać znajomych. Tata pożyczył mu jedną ze swoich wytartych koszulek i rozłożył materac u mnie w pokoju. Poszłam się wykąpać. Kiedy wróciłam, Ptyś leżał już na materacu. Usiadłam na łóżku, pod kołdrą, z książką i zaczęłam czytać. Ptyś zasnął prawie natychmiast. Wyglądał jak gigantyczna beza i tylko powolne unoszenie się i opadanie kołdry świadczyło o tym, że jest jeszcze istotą ludzką, a nie wyrobem cukierniczym. Czytałam przez jakiś czas, po czym zasnęłam. Plecy i głowa opadły mi na ciepłą poduszkę, a ręka z książką osunęła się na bok. W środku nocy obudził mnie płacz Ptysia. Od razu obróciłam się na prawy bok i wróciłam do świata baranków. Nie interesowała mnie przyczyna hałasu, którą skutecznie zdusiłam poduszką. Gdy wstałam, już go nie było. Mama powiedziała, że z samego rana wrócił jego ojciec i zabrał go do domu. Nie było sensu się dopytywać.

*

Była sobota. Ubrałam rybaczki z dziurami na kolanach i lekko podartymi końcami nogawek i koszulkę z krótkim rękawem. Wybiegłam z domu w trochę za dużych adidasach i udałam się na boisko obok szkoły. Chłopcy czekali już jedynie na mnie. Przyłączyłam się. Graliśmy przez kilka godzin, aż w końcu przegrana drużyna poddała się i postawiła zwycięzcom lody. Poszliśmy pod bloki, gdzie dziewczyny grały w berka zaklepywanego. Dołączyliśmy i zaczęła się zabawa. Graliśmy, kłócąc się i śmiejąc, aż do wieczora. Trwałoby to jeszcze dłużej, gdyby nie Godzilla. Zjawił się i kazał nam się wynosić, bo bawiliśmy się akurat pod jego blokiem. Chłopcy rozpoczęli kłótnię, a dziewczyny schowały się za pobliskimi schodami. Wszyscy krzyczeli i wyzywali się nawzajem. W końcu doszło do rękoczynów. Chłopcy próbowali go powalić na ziemię, ale odepchnął ich za jednym zamachem. Złapał jednego i cisnął nim z całej siły o drzewo. Myśleliśmy, że pogruchotał mu czaszkę, ale na szczęście chłopak zaczął płakać i pobiegł schować się do dziewczyn. Po tej sytuacji reszcie minęła ochota do dalszej bójki.

W końcu nie wytrzymałam. Godzilla odwrócił się w stronę jednego z nich i złapał go za ramię, krzycząc i szamocąc nim. Podbiegłam i skoczyłam oprawcy na plecy. Zaczęłam uderzać z całej siły w prawą stronę twarzy, czekając, aż padnie. Kręcił się w kółko, chcąc mnie zrzucić, a reszta kibicowała. Wreszcie nogi odmówiły mi posłuszeństwa i spadłam. On wykorzystał okazję i uderzył mnie z całej siły w żołądek. Wyplułam z gardła powietrze sprężone ze śliną. Zgięłam się wpół i przekręciłam na bok. Czułam się jak w filmie Obcy. Coś wyżerało mi wnętrzności i rozdzierało je kawałek po kawałku. Miałam wrażenie, że cząsteczka po cząsteczce rozdzielają mi się mięśnie, a ich resztki rozkładają się w mgnieniu oka na dnie pustki. Byłam pewna, że umieram, i to w najbardziej bolesny sposób. Godzilla uciekł do klatki i tyle go widzieli. Chłopcy i dziewczyny otoczyli mnie ze wszystkich stron, a jeden z nich pobiegł po moją mamę. Pojechaliśmy do szpitala, w którym miałam prześwietlenie. Już nie pamiętam słów lekarza tłumaczącego, co mi jest. Czułam ogromny ból i nie mogłam spokojnie leżeć w czasie badań. Prawie oszalałam z cierpienia, ale nie umarłam.

Przeleżałam w szpitalu następny tydzień, może półtora. Pierwszą rzeczą, jaką chciałam zrobić po wyjściu z tego białego więzienia, był powrót do szkoły i zemsta na Godzilli, ale tak się nie stało. Któregoś dnia mama oznajmiła, że się wyprowadzamy. Spakowali wszystkie nasze rzeczy i wsadzili je do samochodu. Wyjechaliśmy w środku nocy, o naszym wyjeździe wiedzieli tylko znajomi mamy i dyrekcja szkolna. Miałam mętlik w głowie. Chciałam usłyszeć choćby kiepskie wyjaśnienie.

– Gdzie jedziemy?

– Do nowego domu.

– Czemu?

– Jak to czemu? Planowaliśmy to od dawna, wspominałam ci. Tata dostał już nową pracę, znaleźliśmy mieszkanie i szkołę dla ciebie, więc…

– Czemu?

– Przecież mówię.

– Czemu?

Milczała.

– Czemu?

– Bo chcemy, żebyś przeżyła. To zaszło już za daleko, nie jesteś żadną Merry i masz się zachowywać normalnie w nowym mieście. Do znajomych możesz od czasu do czasu pisać e-maile, a jak już się zadomowimy, pomyślę o odwiedzinach.

Zaginione dzieci

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8083-825-3

© Paulina Włodarczyk i Wydawnictwo Novae Res 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Ewelina Ambroziak

KOREKTA: Katarzyna Kusojć

OKŁADKA: Wiola Pierzgalska

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zaginione dzieci 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia