Kiosk na środku rzeki

Kiosk na środku rzeki

Autorzy: Tomasz Sobieraj

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI

cena od: 22.84 zł

Wypływając na rutynową obserwację Wisły, Zenon Niepozorny nie spodziewa się, że w okolicy mostu Poniatowskiego natrafi na… wiekowy statek z kioskiem na rufie.

Gdy pewnej nocy podkomisarz warszawskiej policji rzecznej Zenon Niepozorny wypływa na rutynową obserwację Wisły, nie spodziewa się, że w okolicy mostu Poniatowskiego natrafi na… wiekowy statek z kioskiem na rufie. Sprawa robi się jeszcze bardziej tajemnicza, gdy rankiem, kiedy przybywa na miejsce z brygadą antyterrorystów – po krypie nie ma śladu. Skąd się wzięła? Po co ktoś ją tam postawił? Czy dziwny statek zjawi się znowu? Z każdą stroną akcja coraz bardziej się komplikuje. Rozstrzygnięcie tej zagadki to znakomite zadanie dla Niepozornego oraz Anny Wścibskiej, młodej dziennikarki lokalnej gazety, która mu towarzyszy. Wydarzenia na Wiśle obserwują i komentują również diabły, strzygi i inni przedstawiciele świata nadprzyrodzonego.

Jak mógł, wytężał wzrok, starając się przeniknąć zdradliwą mgłę. Wtem przed dziobem zamajaczył filar mostu. Policjant gwałtownie wyłożył ster.
– Cholera, to chyba było gdzieś tu… ale… Co do diabła?! Przecież tu nic nie ma… Jak to możliwe? Może trzeba podpłynąć jeszcze bliżej brzegu – mruczał do siebie zbity z tropu podkomisarz. – Co to znowu za wygłupy? – Minął jedną podporę, drugą podporę, zawrócił…
Tymczasem ponton z antyterrorystami wyskoczył nagle zza rufy i na maksymalnej prędkości pomknął w stronę brzegu. Tam zwinął się w ciasnym zakręcie i ruszył ostro wzdłuż mostu, mijając filary efektownym slalomem. Po kilku minutach iście cyrkowych manewrów był znowu przy policyjnej motorówce. Podkomisarz Niepozorny bezradnie rozłożył ręce. Dowódca drużyny pokiwał tylko głową i dał znak do odwrotu.


Tomasz Sobieraj jest człowiekiem lubiącym patrzeć na świat z dystansu, choćby przez okno biura jednej z firm budowlanych, w której na co dzień pracuje. We wcześniejszym okresie życia swe skłonności do refleksji przejawiał, komponując piosenki i pisząc teksty. Obecnie jego twórczość odpłynęła w stronę form literackich.
Jedną z jego licznych pasji jest wędkarstwo. Właśnie podczas nocy spędzonej przy ognisku nad Wisłą zrodził się pomysł na debiutancką powieść pt. „Kiosk na środku rzeki”. W przyszłości zamierza wydać kolejne utwory, których, jak twierdzi, ma pełną szufladę.

Spis treści

KIOSK NA ŚRODKU RZEKI

Szkuta szła od samego świtu z dobrym wiatrem wiejącym skośnie od rufy[1]. Stare, spracowane, pożółkłe od słońca i deszczu żagle dzielnie wytrzymywały napór ciepłego, południowo-zachodniego wiatru. Prąd wody, wzmocniony świętojańskim przyborem, jednoczył swe siły z wiatrem, co nadawało ociężałej łodzi niemałą prędkość. Solidny dębowy kadłub obwieszony brodami wodorostów i warkoczami muszli, postękiwał i poskrzypywał cicho, mozolnie pracując na wiślanej fali. Nie żalił się, nie narzekał. Wiedział, że robi właśnie to, do czego został stworzony. Czuł swoją moc. Jedynie drżał lekko od czasu do czasu z powodu nadmiernego wysiłku.

Szkuta wyładowana po brzegi złocistym sandomierskim zbożem majestatycznie sunęła wzdłuż lewego brzegu rzeki. Wysoko nad nim piętrzyło się miasto. Murowane, z czerwonej cegły, z połyskującymi w słońcu dachami, z wyniosłym królewskim zamkiem. Po prostu stolica państwa – Warszawa.

Szyper, stojący przy sterze z wielką fajką w zębach, zgrabnie wymijał zakotwiczone w nurcie barki piaskarzy. Z latami nabył niemałej wprawy w manewrowaniu na rzece ciężką, obładowaną łodzią. Była to umiejętność niezbędna, gdyż szkuta – nawet niezaładowana – nie była zbyt zwrotna i słabo słuchała steru. Cóż dopiero z pełnym załadunkiem! Zachowywała się bardziej jak bezwolna krypa niż dziarski, rzeczny statek.

Na dziobie obserwację prowadził młody flisak – Jasiek. W zasadzie bardziej adekwatne do stanu rzeczywistego byłoby określenie „miał prowadzić”, albowiem w wyniku nocnej eskapady do miasta (gdzie tęgo popił okowity), od samego świtu zmagał się z potężną glątwą[2]. Co prawda starał się jakoś wykonywać swoje obowiązki, lecz szło mu to bardzo niesporo. Za wszelką cenę starał się nie dopuścić do tego, by ważące chyba z tonę powieki opadały. Te jednak wcale nie chciały go słuchać i nieustannie wędrowały w dół. Co gorsza, z jego bolącą głową było podobnie.

Szyper, może zbyt wyrozumiały i pobłażliwy, machał ręką na rozmaite wybryki młodzieńca. Powody były trzy. Po pierwsze, sam dobrze pamiętał swoje niedawne[3] wypady „w miasto”. Po drugie – w końcu byli w stolicy. Niech chłopak zobaczy, jak żyją ludzie. Niech się zabawi i wyszumi, byle rano był na pokładzie. Wreszcie po trzecie – najważniejsze: szkuta nie miała pełnej załogi. Zwykle szyper miał trzech pomocników. Ale po ostatnim rejsie został mu tylko ten jeden. Flisacy narzekali na marny zarobek, na cygańskie życie. Kiedy zeszli ze statku – a pora była najwyższa, aby podjąć następny rejs – zrozpaczony kapitan wyruszył w drogę samowtór. Dopóki płynęli w dół rzeki, jakoś szło – najlepszym tego dowodem było, że dotarli aż tutaj. Na drogę powrotną szyper planował nająć w Gdańsku nowych flisaków. Po sprzedaży zboża miałby im z czego zapłacić. Nawet tyle, ile zażądają.

Z każdym pokonanym kilometrem rosła nadzieja i stary flisak nabierał przekonania, że wyprawa się powiedzie, a ryzyko opłaci.

– Jasiek! A baczysz tam? – zakrzyknął od steru.

– A juści, że tak! – odkrzyknął wyrwany z drzemki chłopak.

– No, ty huncwocie! Niech cię ręka boska broni, żebyś teraz zasnął! Pośpisz se jak panisko, kiedy miniemy Warszawę!

– Rozumie się, panie szyper! – Płochy umysł Jaśka nie pojmował jednak ogromu odpowiedzialności, jaka na nim ciążyła. Wiedział tylko, że coraz bardziej ciąży mu głowa.

Szkuta niesiona pomyślnym wiatrem i wartkim prądem szybko mijała miasto. Brzeg stawał się coraz bardziej dziki i nieprzystępny. Grube konary potężnych wierzb, olszyn i topól niczym ogromne pazury wbijały się w piaszczyste dno, próbując ze wszystkich sił oprzeć się rzece. Nie każdej udawała się ta sztuka. Co rusz jakiś sękaty pień zwalał się w wodę jak pokonany w boju wojownik. Zastygał bezradny w przybrzeżnym mule, czekając, aż jakiś większy przybór wyrwie go z bagniska i poniesie w ostatnią drogę, hen… może nawet do samego Bałtyku. Kto wie?

Łopot żagla i cień kadłuba płoszył stada dzikiego ptactwa. W niebo podrywały się dostojne czaple, gromady rozkrzyczanych mew i suszących pióra kormoranów. Z szuwarów wypływały zaniepokojone kaczki. Rozglądając się na wszystkie strony, próbowały określić skalę niebezpieczeństwa. Uspokojone powracały do swoich siedzib. Biła z ich postępowania niezaprzeczalna mądrość: po co tracić siły na podrywanie się do lotu, kiedy nie ma potrzeby?

– Jasiek! A baczysz tam? Jasiek! – doleciało od rufy.

Kiedy drzemiący chłopak poderwał głowę, na jakiekolwiek przeciwdziałanie było już za późno. Patrzył okrągłymi z przerażenia oczami, jak łódź sunie prosto na ogromny, sterczący z dna pień. Musiało zwalić go uderzenie pioruna, gdyż jego ostry koniec zdawał się być jak ociosany siekierą. Tu i ówdzie postrzępiony i osmolony, jeżył się groźnie niczym ostrokół chroniący starożytne grodzisko.

– O Jezu przenajświętszy! – jęknął zatrwożony Jasiek. – Panie szyper, odsie! – zakrztusił się od krzyku. – W lewo! Na rzekę! Panie szyper, w lewooo! Odsie! Jezuniuuu!

Wyłożenie steru na burtę nie mogło już niczego zmienić. Minęły bezcenne sekundy, zanim niesiony prądem ociężały kadłub począł zmieniać kierunek. Co gorsza, napierający nurt spowodował, że stało się najgorsze. Statek ustawił się bokiem do przeszkody…

I właśnie wtedy nastąpiło zderzenie. Dębowe listwy poszycia trzasnęły jak zapałki. Nawet grube belki stanowiące szkielet kadłuba pękały jedna po drugiej w spotkaniu z wodnym taranem. Liny trzymające maszt wyrwały się z podwięzi. Maszt z wciąż pracującym żaglem uwolniony nagle od trzymających go want, runął do przodu z głośnym trzaskiem. Żagiel wraz z grubym drzewcem przywalił młodego flisaka, który legł bez ducha.

– Jasiek! Co z tobą?! – krzyczał szyper. – Skacz raźno do wody i płyń do brzegu! Słyszysz? Jasiek, słyszysz?! Na miły Bóg, odezwijże się! Jasiek!!! – Stary flisak nie czekał dłużej. Dobrze wiedział, że liczy się każda sekunda. Rzucił się naprzód i brnął przez góry złocistego zboża. Zapadał się prawie po pas. Czuł, jak ziarno wsypuje mu się w cholewy wysokich butów. Ledwo dawał radę wyciągać nogi. Kiedy dotarł na dziób, odwalił drzewce na bok i począł drżącymi rękami odgarniać łopocący żagiel. Wreszcie zobaczył twarz chłopaka. – Jasiek! Jasiek… co z tobą – mamrotał.

Chłopak, kilka razy poklepany po policzku, otworzył półprzytomne oczy.

– No, dychasz, huncwocie. Chwała Bogu! – odetchnął z ulgą szyper. – Dźwigaj się szybko, bo nas rzeka zabierze! – To mówiąc, pomógł młodemu flisakowi stanąć na nogi. – No jak, dasz radę?

Przerażony Jasiek skinął potakująco głową.

– Tu nie ma co zwlekać. Tylu chłopaków potonęło, próbując ratować… Jak powiem, skaczemy i płyniemy do brzegu, rozumiesz?

– A juści, panie szyper.

– No to razem. Już!

Przeżegnali się obaj i skoczyli. Czas był ku temu najwyższy, bo rozorany prawie na całej długości kadłub w okamgnieniu nabierał wody.

Wiślany prąd był silny, ale do brzegu nie było daleko. Szczęściem, sierpniowe słońce zdążyło nieźle nagrzać wodę. Niefortunni żeglarze pozwolili przez chwilę unosić się rzece. Kiedy pierwszy szok minął, ruszyli w kierunku lądu, młócąc zaciekle ramionami.

Tym razem nie było im pisane dokonać żywota. Stojąc na brzegu, dyszeli ciężko. Patrzyli ponuro spode łba i przeklinali nieprzyjazną wodę, która właśnie odbierała im statek wraz z ładunkiem.

– Trza nam iść do miasta i na mszę dać, że nas Przenajświętsza Panienka przed utopieniem wybawiła! Mam tu w okolicy kuzyna. On nas poratuje – powiedział szyper.

Chłopak nic nie mówił, tylko trząsł się jak galareta z chłodu i emocji.

– No co, Jasiek? Ciesz się, żeś żywy!

– Kiedy… panie szyper… łódź poszła w wodę… i tyle zboża…

– Głupiś! Nie wygaduj! Wolałbyś… tam razem z nią? Nie ma co żałować. Raduj się, żeś żywot ocalił! A teraz w drogę! Postępując żwawo, rozgrzejem się i przyodziewek na grzbiecie jako tako wyschnie.

Ruszyli, przedzierając się przez gęsty nadwiślański las. A szkuta, brzemienna zbożem, wykręcona rzecznym prądem, ciężko wryła się stewą[4] w piaszczyste dno.

Skłębiona, pofalowana woda gładzona nurtem ustała się szybko. Po kilku minutach żaden warkocz ani najmniejsza zmarszczka nie zdradzała miejsca tragicznego zatonięcia rzecznego statku. Tylko rozszczepione piorunem drzewo-kat wciąż sterczało ukośnie w górę, jakby wyczekiwało kolejnej ofiary…

Nieufne ryby, poczuwszy intrygujący zapach rozchodzący się w wodzie, ostrożnie podeszły do pływającej spiżarni. Skubnęły raz i drugi. Przekonawszy się, że nie czyha na nie żadna pułapka, rozpoczęły szaloną ucztę. Z rzecznych głębin przybywały wciąż nowe i nowe znęcone aromatem okazy. Swoista biesiada trwała dobrych kilka dni. Dotąd, aż zjedzono wszystko. Do ostatniego ziarenka.

*

Był październikowy poranek… choć tak po prawdzie – środek nocy. O tej porze roku za oknami stała jeszcze głęboka ciemność, rozświetlona jedynie księżycową poświatą. Nawet ptaki – te, które nie odleciały do ciepłych krajów[5], a także te, które przyleciały do nas zimować – spały jeszcze w najlepsze.

– Czwarta trzydzieści, to nie jest pora dla normalnych ludzi – mruknął podkomisarz Zenon Niepozorny z komisariatu rzecznego warszawskiej policji. Przez chwilę nasłuchiwał, czy echo przypadkiem nie odpowie mu czegoś głupiego[6], ale ono również jeszcze spało. Gdyby było inaczej, z pewnością wykorzystałoby nadarzającą się okazję i poczęstowałoby Niepozornego kilkoma cierpkimi słowami…

Podkomisarz nie był z natury leniwy, lecz teraz wykonał trzy leniwe skłony i trzy leniwe skręty tułowia. Leniwie pokręcił też głową i równie leniwie pomachał ramionami, jak zawsze zaczepiając przy tym o żyrandol. Przysiadów zaniechał, bo przy ostatniej próbie ich wykonywania nabawił się bolesnej kontuzji kolana. Jakoś przykuśtykał wtedy na posterunek i musiał mocno ściemniać przed kolegami, że przydarzyło mu się to podczas pościgu za chuliganem, który wyrwał kobiecie torebkę. Czy mu uwierzyli? Po ich wyjątkowo poważnych minach połączonych z dostojnym potakiwaniem głowami można było poznać, że to bardzo wątpliwe.

Niepozorny uśmiechnął się na tamto wspomnienie. Popatrzył na kalendarz, który wisiał po wewnętrznej stronie drzwi do łazienki. Do zmiany czasu[7] pozostawały jeszcze ponad dwa tygodnie, a on już czekał na tę dodatkową godzinę snu jak na zbawienie. Choć wiedział, że miało to znaczenie jedynie symboliczne, owa osobliwość dobrze wpływała na jego psychikę. Czuł się lepiej, gdy mógł powiedzieć: „No, wreszcie śpimy o godzinę dłużej!”. Gorzej było, kiedy w tę magiczną noc wypadała służba.

Podkomisarz kończył poranną toaletę, lecz zamiast przy goleniu śpiewać, głośno klął, na czym świat stoi. Dlaczego? Bo zwyczajnie lubił. Broń Boże, nie w czasie służby i nie przy ludziach, ale kiedy nikt go nie widział i nie słyszał, pozwalał sobie na chwilę słabości. Dziś nie musiał się obawiać, że obudzi innych domowników. Odkąd w zeszłym miesiącu wyprowadziła się od niego Kasandra, mieszkał sam. W tej materii podkomisarz znajdował się pośrodku drogi. Jeszcze nie zdążył całkiem odzwyczaić się od obecności kobiety, ale już trochę zdążył przyzwyczaić się do samotności. Policyjny stereotyp? Wzruszył ramionami. Rzeczywiście, od dłuższego czasu nie udawało mu się utrzymać żadnego trwałego związku i nie był w tym wyjątkiem. Kiedy spotykał się z kolegami w barze, po trzecim piwie lub drugim drinku rozmowa niezmiennie schodziła na tematy damsko-męskie. Byli przeklęci? Jakoś naznaczeni? Czy to tylko kobiety, z którymi się wiązali, były na tyle głupie, że zaraz roiły sobie w głowach wielkie zmiany[8]? Na początku – wiadomo. Mundur, broń, facet macho i związana z tymi fetyszami fascynacja. A potem? Służba, służba, służba… I do widzenia! „Nigdy cię nie ma, jak jesteś potrzebny”; „Mam dość tej twojej roboty”; „Praca jest dla ciebie najważniejsza, a ja i dzieci wcale się dla ciebie nie liczymy”; „Żyjesz w swoim świecie, w którym dla nas nie ma miejsca” i temu podobne kwestie. Dlatego lepiej, że poszła teraz, niż gdyby miała to zrobić za parę lat. Niepozorny cieszył się jedynie z tego, iż nie uległ presji nachalnego marketingu i nie wziął jakiegoś szalonego kredytu z perspektywą spłaty w trzecim – góra czwartym – wcieleniu. Uwzględniając jego zdolność kredytową, opartą na policyjnej pensji, musiałby chyba obrabować bank, by uciułać środki na wkład własny.

Niepozorny mieszkał w małym mieszkanku na warszawskiej Pradze, w kamienicy pamiętającej jeszcze czasy przedwojenne. Sprzed której wojny? Tego podkomisarz nie wiedział, chociaż pracował w policji i mógł z łatwością przeprowadzić prywatne śledztwo w tej sprawie[9]. Nie miał jednak potrzeby zaprzątania sobie tym głowy. Sędziwe lokum odziedziczył po babci i grunt, że mieszkało mu się w nim całkiem dobrze[10]. Najważniejsze, że było ciepło, sucho i nie kapało na głowę. Ponadto dom stał niedaleko praskiego portu, więc do pracy miał dwa kroki. Czego chcieć więcej?

Policjant upił kilka łyków kawy, ugryzł dwa kęsy suchej bułki i rozpoczął rytuał parzenia herbaty[11]. Na dno termosu wrzucił dwie torebki czarnego earl greya (uprzednio pozbawiając je sznurków i karteczek). Następnie wsypał przez lejek cztery czubate łyżeczki cukru. Dodał trzy dorodne goździki i zalał wszystko wrzątkiem (do jakichś osiemdziesięciu procent pojemności naczynia). Dokładnie zakręcił termos, pokręcił nim na wszystkie strony – jak barman szejkerem – i odstawił na kilka minut. Żeby nie marnować czasu, zrobił sobie kilka kanapek. Każdą zawinął w osobny listek papieru śniadaniowego (nigdy nie używał niepraktycznych pudełek, które być może sprawdzają się w biurze, ale nie na łodzi). Gdy kanapki były już w teczce, powrócił do herbaty. Ostrożnie odkręcił termos. Za pomocą lejka wycisnął sok z połówki cytryny, a pozostałość (wraz ze skórką) wrzucił do środka. Teraz dolał wody do pełna i porządnie zakręcił. Ponownie pomachał termosem i nakręcił zewnętrzny kubek. Napój był gotów. Podkomisarz schował termos do teczki, dopił kawę, a niedojedzoną bułkę schował do kieszeni. Przyda się. Choćby dla wiślanych uklejek. Na koniec rozejrzał się gospodarskim okiem po mieszkaniu. Odruchowo sprawdził, czy zakręcił wodę w łazience i w kuchni, upewnił się, że wszystkie kurki od gazu są zamknięte. Oględziny wypadły pomyślnie, mógł więc ruszać do pracy.

Kiedy wyszedł przed bramę, otoczyła go noc i wilgotna mgła. Zdawała się tak gęsta, że można było kroić ją nożem. Światła rzadkich w tym rejonie latarń ledwo dawały radę, aby się przez nią przebić. W taką noc i w takim mleku wszystko można zobaczyć. Nawet odbicie własnej duszy… Podkomisarz postawił kołnierz mundurowej kurtki i mocniej wcisnął czapkę na głowę. „Będzie dziś chłodno na rzece” – pomyślał i energicznym krokiem ruszył w stronę przystani.

*

Flisak ostrożnie prowadził swą niewielką jednostkę samym środkiem rzeki. W niebywale gęstej mgle, jaka rozścieliła się nad miastem, robił to praktycznie na wyczucie. Na szczęście płynął pod prąd, co znacznie spowalniało jego żeglugę. Spowalniało, ale za to dawało możliwość manewru „w ostatniej chwili” – w przypadku napotkania jakiejś przeszkody. Ten odcinek Wisły znał jak własną kieszeń. Przez wiele lat był strażnikiem szlaku żeglownego. To on codziennie badał głębokość rzeki, przemieszczenia wiślanych łach. On ustawiał boje i wyznaczał wodną drogę. Wiedział, że w okolicy mostu Grota musi podejść prawie pod sam prawy brzeg – zgodnie z meandrującym głównym nurtem – co też uczynił. Jego Kormoran sunął majestatycznie po wodzie, a on stał w sterówce i wsłuchiwał się w swoją ukochaną muzykę: miarowy stukot maszyny i chlapanie wody za burtą. Kiedy zamajaczyły filary mostu, zdecydowanie wyłożył ster i patrzył, jak ostrzegawcze światła wolniutko przepływają wzdłuż prawej burty. Gdy mostowe przęsło rozpłynęło się we mgle, skorygował kurs. Teraz towarzyszyła mu tylko ciemność, mgła oraz wszystkie duchy, diabły, biesy, strachy, siły nieczyste, demony, kaduki, licha, strzygi[12] i czort wie, jakie jeszcze inne złe moce siedzące gromadnie na pokładzie, zawsze z upodobaniem korzystające z darmowej wodnej taksówki. Naturalnie robiły to bez wiedzy i zgody człowieka. A ten? Jak to człowiek. Niczego nieświadomy – za to doskonale chroniony[13] – płynął sobie w najlepsze, sądząc, że jest na swoim statku całkowicie sam… Tymczasem pasażerowie na gapę, rajcując zawzięcie, trącali się tylko łokciami, zadowoleni z nieodpłatnej podwózki. Niektórzy mieli już swoje lata. Sił ubywało (nawet tych nieczystych), zatem taka okazja była im bardzo na rękę.

„Może godzinka, może półtorej i będę na miejscu – pomyślał Flisak. – Chyba nawet zdążę przed świtem?”. Zadowolony, nalał sobie herbaty z termosu i bezwiednie zaczął nucić pod nosem jakąś żeglarską piosenkę. Doprawdy dziwne, gdyż była to jedna z tych „neo-szant”, których w zasadzie kompletnie nie znosił[14].

Taaak. To było jego miejsce i czas. Zdecydowanie lubił pływać po Wiśle. Zwłaszcza nocą.

*

Mgła nad wodą była jeszcze bardziej gęsta niż na ulicach miasta. Jak cukrowa wata z wesołego miasteczka oblepiała wszystko dookoła, powodując, że widoczność spadała poniżej kilkudziesięciu metrów. Wciskała się podstępnie w każdy nieosłonięty ubraniem zakamarek ciała. Pchała się do uszu i nosa, zaklejała oczy, obmierzłym, wilgotnym jęzorem bezwstydnie lizała po karku i policzkach. Pocieszające było to, że wciąż opadała, wróżąc piękną pogodę w dalszej części dnia. W takiej mgle wszystko może się przydarzyć. Można dostrzec przedziwne obrazy namalowane przez wyobraźnię i zwielokrotnione przez gąbczastą materię. Fatamorgana zmienia się nagle w… watę Morgana. Kapitana Morgana… Projekcje, będące dotychczas jedynie wytworem umysłu, stają się nagle tak plastyczne i realistyczne, że człowiek bez wahania zanurza się w nie, pogrąża. One zaś kuszą i mamią swymi urzekającymi kolorami, jak obrazy w dawnym fotoplastykonie[15]. Wystarczy być wtedy na rzece, a natychmiast pojawiają się duchy dawnych rybaków, flisaków, piaskarzy, upiory nieszczęśliwie zakochanych wiślanych topielic (oraz tych pogrążających się w odmętach wraz z owocem zakazanej miłości), widma marynarzy Oddziału Wydzielonego Rzeki Wisły[16] – części Flotylli Pińskiej[17] – i inne zjawy mieszkające w odmętach… I wszyscy zgodnym chórem pytają (grobowym głosem): „Ludzie, co wyście uczynili z naszą rzeką? Czemu ją niszczycie, zatruwacie? Czyż nie macie sumienia? Nie wystarczy wam, że wycięliście lasy, wytrzebiliście wszelkie stworzenie, wyłowiliście wszystkie ryby? Podnosicie teraz rękę na wodę – odwieczne źródło życia?”.

Nastawał brzask. Ściślej mówiąc: mgła robiła się trochę bledsza i jaśniejsza, wcale jednak nie miała zamiaru rzednąć (wciąż można było krajać ją nożem). Podkomisarz Niepozorny za bardzo nie miał wyboru. Gdyby chcieć czekać, o tej porze roku zeszłoby się do południa. Chcąc nie chcąc, trzeba było ruszać na patrol.

– Brr… – wzdrygnął się. Postawił kołnierz i opatulił się, jak mógł najszczelniej, służbowym płaszczem. Uruchomił silnik swej motorówki, sprawdził stan paliwa, radio, koguta, reflektor-szperacz. Rutynowo rzucił okiem na środki ratunkowe. Kiedy upewnił się, że wszystko jest w porządku, rzucił cumy i wolniutko, wolniutko – jakby wiózł na pokładzie całą stertę jajek – odbił od pomostu. Wyprowadził motorówkę na środek portowego kanału i ruszył w stronę rzeki. Przy wyjściu na otwartą wodę owionął go świeży wiaterek. – Dobra nasza – mruknął. – Wiatr trochę przegoni znad rzeki tę cholerną watę.

Ocena starego wygi okazała się trafna. Na wodzie widoczność była znacznie lepsza. Niepozorny kilka razy wciągnął głęboko powietrze, aż niemal się nim zachłysnął. Taaak. Zdecydowanie lubił pływać po Wiśle. Tu czuł się dobrze. Tu był… u siebie.

Podkomisarz początkowo skierował się w górę rzeki. Po ostatnich deszczach woda znacznie przybrała, ale jego motorówka dzielnie sobie radziła z wartkim prądem. Dziób zgrabnie przecinał toń, a woda uroczo chlapała wzdłuż burt. Niepozorny na minimalnej prędkości minął most Świętokrzyski i spojrzał w kierunku prawego brzegu. Na betonowych ostrogach majaczyły sylwetki pierwszych wędkarzy. A może niektórzy z nich siedzieli na główkach przez całą noc? „Ci to mają zdrowie! – pomyślał z podziwem. – Nie przeraża ich ani chłód, ani deszcz, ani nawet nieludzko wczesna pora[18]. Łowią sobie, i już”. Kto wie, czy była to mania, hobby czy tylko chęć spędzania czasu na łonie przyrody. Lecz cokolwiek by to było, należało to uszanować. „Polska to wolny kraj i każdy może robić to, co mu się żywnie podoba – pod warunkiem, że nie łamie prawa. Nie każdy, do cholery, musi zbierać znaczki pocztowe, pocztówki, breloczki, świątki, monety, puszki po piwie lub pudełka od zapałek. Jak ktoś chce siedzieć przez całą noc na nadwiślańskim betonie – wolno mu. Ot, co!”

– Całe szczęście, że nie są to jakieś morsy albo inni amatorzy wodnych kąpieli. – Niepozorny zarechotał w noc. – Wtedy trzeba byłoby ich przegonić.

I tu rodzi się pytanie: skoro tak wszystko w naszym kraju wolno, to dlaczego policja ma kogoś przeganiać znad rzeki? Odpowiedź jest prosta. Stan czystości wiślanej wody nadal pozostawiał wiele do życzenia. Pomimo tego, że wszystkie warszawskie ścieki od jakiegoś czasu były odprowadzane do oczyszczalni o wdzięcznej nazwie Czajka, to, co niosła ze sobą rzeka, nadal wywoływało ciarki na plecach i jeżyło włos na głowie[19]. Zresztą wystarczyło wpłynąć pomiędzy betonowe główki i zbliżyć się trochę do brzegu. To, jak wyglądała stojąca tam woda, jaki miała „zapach” i co w niej można było znaleźć, świadczyło dobitnie, jak ludzie szanują swoją rzekę – a raczej, jak bardzo jej nie szanują. Podkomisarz wielokrotnie oglądał te wstrząsające obrazy i nie mógł pojąć powodów tak bezmyślnych zachowań. Nie mieściło mu się w głowie, co mieszkańcy miasta potrafią wrzucać do muszli klozetowych lub bezpośrednio do rzeki. Toż trzeba być kompletnym kretynem bez krzty wyobraźni, żeby dopuszczać się podobnych wybryków przeciwko naturze. Przecież to wszystko płynie potem prosto do morza. Niczym do ogromnego ścieku.

Osobną sprawą było zaśmiecanie brzegów Wisły przez imprezującą młodzież. Wstyd przyznać, ale podkomisarz Niepozorny wielokrotnie żałował, że nie miał licencji na zabijanie, jak ten filmowy agent 007. Już on by wtedy zrobił porządek z paroma takimi bezczelnymi, rozwydrzonymi gnojkami…

Policjant oddalił się nieco od lądu i pozwolił nurtowi unieść łupinkę w stronę środka rzeki. Nie chciał płoszyć ryb ani plątać zastawionych wędek. Miał ten luksus, że sam wybierał marszrutę. Przy tak niewielkim zanurzeniu motorówki mógł pływać praktycznie wszędzie. Nagle zdradziecki prąd natarł na jego łódeczkę ze zdwojoną siłą, jakby chciał pozbawić ją sterowności i wciągnąć w głębiny. Szarpnęło gwałtownie, ale nic z tego! Podkomisarz płynnie zwiększył obroty silnika, co pozwoliło zrównoważyć napór wody. Niebezpieczeństwo minęło. Odkąd stołeczna policja rzeczna otrzymała na wyposażenie nowe, niezawodne pływadełka, patrole stały się lekkie, łatwe i przyjemne. Wręcz nudne!

W oddali zarysowały się filary mostu Poniatowskiego. Niepozorny skierował motorówkę ku piaszczystej wysepce rozciągającej się z obu stron mostowej podpory. Lubił tu przybijać. Zawsze na chwilę cumował łódkę do jakiegoś kołka i lądował – żeby rozprostować kości. W gruncie rzeczy czuł się wtedy jak rozbitek docierający na bezludną wyspę. Albo mówiąc dokładniej: jak żeglarz odkrywca obejmujący we władanie nikomu nieznaną wyspę na Pacyfiku, której oczywiście zostałby z łaski swego króla (lub królowej) gubernatorem.

Cały nastrój pryskał, gdy kolonizator nagle odkrywał ślady ognisk i sterty śmieci pozostałe po nadrzecznych biesiadach. Był to widomy znak, że jacyś inni zdobywcy podbili ten ląd grubo przed nim. A więc nici z gubernatorstwa! Ktoś urzędował tu wielokrotnie, i to z jakim skutkiem! Ech, gdyby udało mu się złapać na gorącym uczynku tych biesiadników kalających dziewiczy ląd, zobaczyliby, kto tu rządzi! „Powywieszałbym tałatajstwo na drzewach, jak piratów! – rozmarzył się policjant. – I niechby, dla przykładu, sczeźli na słońcu bez kropli wody”.

Podkomisarz Zenon Niepozorny splunął z pogardą i wzruszył ramionami. Przygnębiony własną bezsilnością wrócił do motorówki. Jednym mocnym szarpnięciem odpalił silnik i jak niepyszny popłynął w stronę następnego mostu.

*

Maszyna Kormorana pracowała równomiernie na małych obrotach. Miała już swoje lata i pod żadnym pozorem nie należało jej przeciążać. Doprawdy, nie było też teraz takiej potrzeby. Nikomu nigdzie się nie spieszyło, a statek szedł gładko pod prąd, zachowując pełną sterowność. Flisak obrał teraz kurs bliżej lewego brzegu, jakby chciał się ukryć w cieniu Cytadeli Warszawskiej. Było tam zdecydowanie płycej, ale przy tak wysokim stanie wody nie miał się czego obawiać. Zawsze, gdy przepływał obok tej rosyjskiej budowli z czerwonej cegły, wyobrażał sobie, że jest to fort obronny najeżony dalekosiężnymi działami… Należało więc podkraść się i jak najciszej przejść niezauważonym pod samym nosem wrogiej załogi. Dopiero na odchodnym lunąć w kierunku brzegu burtową salwą ze wszystkich dział, jak prawdziwi piraci. Ech, te dziecinne mrzonki…

Flisak nigdy nie dowodził własnym statkiem. Co prawda w młodości kilkakrotnie składał papiery do szkoły morskiej, ale odrzucano jego kandydaturę ze względu na zły stan zdrowia. Podobnie było ze służbą wojskową[20]. Jako młody chłopak marzył, aby pływać na okrętach podwodnych. Był niewysoki – co niewątpliwie stanowiło zaletę – ale był też chorowity – co dyskwalifikowało go zaraz na starcie. Prawdziwy pat. Bardzo cierpiał z tego powodu, gdyż był gorącym patriotą, chciał z całych sił służyć swej ojczyźnie. Nie było mu to dane. Postanowił jednak, że będzie pływać. Za wszelką cenę.

Gdy wreszcie osiągnął pełnoletniość, poniekąd z rozpaczy zaciągnął się jako majtek na rzeczną barkę. Trafił – można by delikatnie rzec – nie najlepiej. Kapitan, sześćdziesięciokilkuletni[21], sterany życiem mężczyzna, był niekwestionowanym mistrzem w swym zawodzie. Doskonale nawigował na najtrudniejszych akwenach, ale nie stronił od butelki – podobno swe wyjątkowe umiejętności zawdzięczał właśnie alkoholowi. Na trzeźwo bał się wyjść z portu, a gdy jakoś mu się to udało, szlajał się barką po mieliznach. Denerwował się, pocił, sapał i nic mu nie wychodziło. Nawet najprostsze manewry. Lecz gdy tylko się napił, potrafił dokonywać prawdziwych cudów nawigacji.

Praca na barce okazała się dla młodego człowieka prawdziwą szkołą życia. Dochodziło do tego, że rozpoczynali poranną żeglugę od rozpicia pół litra wódki na dwóch. Potem było już tylko gorzej. Wieczorem Flisak praktycznie sam wykonywał wszystkie manewry, bo kapitan nie był już w stanie. Ciężka to była szkoła, ale chłopak nauczył się jednego: dobrze czytać rzekę. Nie sprawiały mu kłopotu najtrudniejsze sytuacje nawigacyjne – nawet po ciemku. To była bezcenna umiejętność, której nie nabędzie się w uczelnianych murach. Ze względu na stale ewoluujące ukształtowanie akwenu (ciągłe zmiany koryta, układu nurtu, głębokości rzeki) niezbędna jest praktyka. Niedziwne zatem, że chłopak wkrótce stał się doskonałym sternikiem.

Kiedy wymustrował z barki (czuł, że jego wątroba nie wytrzyma takiej „harówki”), chciał się załapać do załogi statku pływającego przez Kanał Żerański do Białobrzegów nad Zalewem Zegrzyńskim. Miał chyba pecha, bo to także mu się nie udało. Dostał za to robotę przy utrzymaniu toru wodnego. I tak zostało przez następne kilkanaście lat. A może nawet kilkadziesiąt? Na dobrą sprawę, dawno stracił rachubę. Czy był z siebie zadowolony? Na pewno tak. Robił coś pożytecznego – i pod tym względem odczuwał dużą satysfakcję. Dumny był z siebie, gdy widział, jak statek do Białobrzegów bezpiecznie manewruje przy wejściu do kanału w oparciu o ustawione przez niego znaki żeglugowe. A że zazdrościł tym, co nim płynęli? To już całkiem inna historia.

*

Kormoran lekko przytarł dnem o jakąś nieoznakowaną łachę. Flisak zakręcił kołem sterowym i odbił na środek rzeki. „Pewnie w nocy piachu naniosło – pomyślał. – Trzeba zbadać to miejsce za dnia. Jeśli nic się nie zmieni, postawię tam boję” – postanowił. Trzeba przyznać, że wiślane dno było bardzo zmienne i zdradliwe. Czasem w ciągu jednej nocy potrafiło diametralnie przekonstruować swe ukształtowanie. Woda niosła ze sobą wiele piasku, a tym samym wiele niespodzianek. Nigdy nie było wiadomo, czy łacha odkryta poprzedniego dnia wciąż tkwi na swoim miejscu, czy też dawno jest w drodze do Włocławka. Za to w jej miejsce mogła pojawić się zupełnie nowa, groźna dla statków rafa. Prawdę mówiąc, wiślane łachy czy przykosy nie były rafami w pełnym tego słowa znaczeniu. Zbudowane z miękkiego, niezespolonego piasku nie stanowiły wielkiego zagrożenia i ewentualne spotkanie z nimi nie powodowało rozdarcia kadłuba, urwania śruby czy też uszkodzenia steru. Powodowały jednak konieczność uciążliwego manewrowania maszynami (na ogół wiekowymi), i to z dużym wyczuciem. Niejeden niecierpliwy kapitan męczył się na nich godzinami…

Flisak ziewnął przeciągle. Zrobił to bardziej z nudów niż z niewyspania. Zdecydowanie nie lubił u siebie takiego stanu. Łatwo wtedy popaść w melancholię, zatopić się w rozmyślaniach, utracić kontakt z rzeczywistością, a tym samym zatracić ostrość widzenia. Można nawet wtedy zobaczyć dużo więcej niż to, co naprawdę istnieje… Wyobraźnia człowieka ma to do siebie, że w podobnych sytuacjach lubi podsuwać przed oczy nierzeczywiste obrazy, zdarzenia, a nawet całe sekwencje zdarzeń – jak krótkie filmy. Nie trzeba dodawać, że są to zjawiska bardzo niepożądane podczas żeglugi, a podczas nocnej żeglugi po Wiśle – w szczególności.

Marynarze – bez względu na to, czy pływają po oceanach, czy po słodkich wodach – to ludzie przesądni. Toteż Flisak bał się owych miraży i mamideł jak ognia. Wiedział, że za wszelką cenę musi sobie z nimi poradzić. Znał bowiem niejednego kapitana, który rozbił swój statek właśnie zwiedziony ułudą. Dawniej w takich sytuacjach zapalał fajkę (zawsze chciał wyglądać jak wilk morski, kupił więc sobie faję z dużym cybuchem). Gdy łamała go senność lub nękały iluzyjne projekcje wytworzone przez własny umysł, wyciągał kapciuch z pachnącym tytoniem, zestaw narzędzi do czyszczenia fajki i marynarskie zapałki z dużą ilością fosforu. Czynności manualne wykonywane z precyzją, pietyzmem i namaszczeniem pozwalały sprowadzić myśli błądzące gdzieś po niebezpiecznych manowcach do rzeczywistego wymiaru. Nabijanie, a potem palenie fajki okazywało się bardzo skutecznym lekarstwem na zmęczenie. Dawało zajęcie dłoniom, ustom i głowie. Niestety, buntował się przeciw temu język i przełyk, który niezmiennie szczypał podrażniony dymem (co – o ironio – też znakomicie zwalczało senność). Piekł i stawał kołkiem, jakby chciał zawołać: „Dlaczego mnie trujesz? Nie wiesz, że w dymie fajkowym jest tyle samo szkodliwych substancji, co w papierosowym? Nie życzę sobie takiego traktowania!”. Rad nierad, Flisak musiał odstawić szkodliwy nawyk. Zrobił to ot tak, dosłownie z dnia na dzień. Co dziwne, nie odczuwał przy tym żadnych dolegliwości czy cierpień. Najprawdopodobniej nałóg nie zdołał wbić swych szponów dostatecznie głęboko.

Odkąd przestał palić, jego naturalnym sojusznikiem w przełamywaniu sennej niemocy został… chłód. Był niezawodny i zawsze można było na niego liczyć. Kapitan Kormorana uchylił więc okno w sterówce i wciągnął rześkie nadwiślańskie powietrze. Taaak… nic nie działało równie pobudzająco. Odkąd komuniści przestali rządzić Polską, sytuacja nad rzeką zmieniła się nie do poznania! Woda przestała być cuchnącym ściekiem, a powietrze zawierało dużo więcej tlenu i azotu niż siarkowodoru. W tej chwili można było nawet zaryzykować stwierdzenie, że pachniało! Czym? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Z pewnością nie był to ani tatarak, ani mięta (sytuacja zbliżona do ideału), lecz wrażenia zapachowe były zdecydowanie przyjemne. Może sprawiał to aromat porastającej brzegi wierzby, może niesiony wiatrem dym z odległego ogniska.

Co więcej, nawet ryby złowione ostatnio przez Flisaka nadawały się do konsumpcji. Co zawierały w swoim mięsie – to wiedzą tylko: mikroskop i patrzący weń naukowcy. Dla niego najważniejsze było, że nie odrzucały samym zapachem (tak jak niegdyś) i nie świeciły na patelni… Owszem, na haczyk nie trafiały srebrne łososie, migrujące z morza do miejsca swych narodzin. Takie sytuacje miały miejsce przed wiekami[22]. Dziś, kiedy człowiek skutecznie przegrodził ich drogę życia tamą, wędrówki tych wspaniałych ryb stały się niemożliwe. Za to często zdarzało mu się złowić dorodnego leszcza, płoć, czasem szczupaka lub bolenia. W nocy słychać było żerujące sumy i brzany. Coraz częściej trafiał się sandacz. Zupełnie nieźle, jak na rzekę przez kilkadziesiąt lat systematycznie zatruwaną i praktycznie uznaną za martwą. Recepta na uzyskanie takiego stanu rzeczy okazała się banalnie prosta. Wystarczyło, aby człowiek zaniechał swych zbrodniczych wobec natury działań, a ta po kilku latach sama się odradzała. Nietępiona, powoli – jakby nieśmiało – powracała na tereny, z których ją wyrugowano. Szczęście w nieszczęściu, że włodarze PRL-u nie zdążyli Wisły uregulować. Snuli dalekosiężne plany o przywróceniu żeglugi, zbudowaniu ciągu kaskad i tym podobne dyrdymały. Ich system gospodarczy zbankrutował (a wraz z nim całe państwo), zanim się do tego zabrali. Ocaliło to rzekę, ale na jak długo?

Flisaka bardzo niepokoiło pojawianie się wciąż nowych głosów próbujących wskrzesić dawne idee. Jak dotąd były to głosy wołających na puszczy, równoważone jakoś przez głosy zwolenników zachowania naturalnej dzikości ostatniej tak dużej rzeki w Europie. Lecz była to bardzo chwiejna równowaga. Głosy bezwzględnych rekinów biznesu, bezgranicznie opętanych i zaślepionych zachłannością, okazywały się równie silne i nie sposób było je ignorować. Nie trzeba wywoływać wielkich rewolucji, aby zakłócić panujące status quo. Zmiana na fotelu premiera, nieco bardziej skorumpowany polityk (bo że niemal każdy jest skorumpowany, to rzecz oczywista) lub przekupne lobby obróciłyby w niwecz wszelkie starania. Dlatego Flisak podjął własną krucjatę. Nie zamierzał przykuwać się łańcuchem do Grubej Kaśki[23], nie planował założenia obozu linowego i wielodniowego zwisania w koronie jakiegoś nadwiślańskiego drzewa. Nie projektował również samobójczego ataku bombowego na filar mostu Poniatowskiego ani też nie nosił się z zamiarem sterroryzowania jednorazowym plastykowym nożykiem (dodawanym zwykle do konsumpcji kiełbasek z rożna) pasażerów jednego z promów pływających latem po Wiśle[24]. Wymyślił swój własny, szatański sposób i właśnie rozpoczynał jego realizację.

Statek bezkolizyjnie, jak duch, minął most Gdański, potem Śląsko-Dąbrowski, Świętokrzyski, Średnicowy i powoli zbliżał się do celu podróży. Flisak zamknął okno w sterówce. Emocje sprawiły, że zrobiło mu się gorąco i nie potrzebował już chłodu do walki ze znużeniem. Perspektywa tego, co za chwilę miało nastąpić, otrzeźwiła go dokumentnie. Wysterował na sam środek nurtu i zwiększył moc maszyny. Teraz, by przeprowadzić zamierzony manewr, potrzebował maksymalnej zwrotności. Kormoran, jakby rozumiejąc intencje swego kapitana, łatwo poddawał się sterowi. Jego śruba bez zakłóceń mieliła wodę, nadając statkowi pożądaną prędkość. Flisak popatrzył na oddalający się Zamek Królewski. Zasadniczo przez mgłę przebijały się tylko światła iluminacji zamkowej wieży, ale w tej scenerii jawiły się one jako światło latarni morskiej. Nikt, kto tędy przepływał, nie mógł ich z niczym pomylić.

Flisak pewną ręką dzierżył koło sterowe, bacząc, by silny prąd nie odrzucił dziobu z wytyczonego kursu. Jeszcze paręset metrów i będzie po wszystkim. Jeszcze czterysta, trzysta, dwieście… Czujny wzrok szypra wyłowił z nocnego mroku światła nawigacyjne mostu Poniatowskiego.

„Dobra! O to chodziło! Jestem u celu! – przebiegało mu przez głowę. – Teraz tylko delikatnie, delikatnie…” – z wyczuciem zmniejszał moc silnika. Tak, żeby jedynie zrównoważyć siłę prądu wody.

Kormoran niemal się zatrzymał. Mierzył dziobem pomiędzy filary mostu, lecz posuwał się do przodu po kilkadziesiąt centymetrów na minutę. To było w sam raz. Flisak wychylił się ze sterówki. Nie było na co czekać. By statek nie zszedł z kursu, linkami przywiązał koło sterowe do haków wystających ze ścian pomieszczenia (najwidoczniej któryś z jego poprzedników zamontował to udogodnienie i sądząc po wyślizganej powierzchni metalu, niejednokrotnie z niego korzystał). Poszedł na dziób. Przez chwilę słuchał chlupotu wody szorującej wzdłuż burt. Gdy filar mostu był na wyciągnięcie ręki, zwolnił hamulec kotwicy. Ciężkie żelazo z jazgotliwym hurgotem wysunęło się z kluzy, ciągnąc za sobą zardzewiały łańcuch. Plusnęło groźnie i pogrążyło się w toni.

Flisak czym prędzej pobiegł do sterówki. Uwolnił z uprzęży koło sterowe i ujął maszynie połowę mocy. Kormoran siłą inercji poszedł jeszcze kilka metrów do przodu. Nagle, jakby zadziwiony, zakołysał się. Przestał brnąć do przodu i przez chwilę zastygł w pełnym napięcia oczekiwaniu. Nie otrzymując od śruby dalszych sił, nie mógł sam sobie nadać żadnego ruchu. Musiał ulec. Przegrywał w walce z rzeką. Dotychczas pocił się i sapał w mozolnej wędrówce pod prąd. Teraz bez walki oddawał pole. Cóż było robić, skoro to właśnie było zamiarem człowieka?

Kapitan Kormorana spokojnie odczekał, aż kotwica wybierze odpowiednią ilość łańcucha (długi łańcuch gwarantował dobre i pewne zacięcie – czyli wbicie się w dno). Kiedy uznał, że nadszedł odpowiedni moment, odstawił[25] maszynę. Kadłub statku niesiony nurtem osunął się w dół rzeki, naprężając łańcuch. Ostre łapy kotwicy wbiły się w piaszczysto-ceglaste dno[26]. Zaryły się głęboko, nie pozwalając na dalsze ruchy kadłuba. Flisak odetchnął. Kormoran stał na kotwicy na samym środku szlaku żeglownego, nieopodal filaru mostu Poniatowskiego. Z uśmiechem pod nosem patrzył, jak kadłub lekko myszkuje[27] na wiślanym prądzie. Znaczyło to, że kotwica dobrze chwyciła i nie wlecze się po dnie. Czy taki był cel jego podróży? Tak. Właśnie taki.

*

Była druga w nocy. Anna Wścibska przewracała się w łóżku z boku na bok, za nic nie mogąc zasnąć. Nie wiedziała, czy to z powodu kawy – której znów wypiła za dużo – czy to z powodu drinków, których również było o kilka więcej niż powinno. Dość powiedzieć, że nawet kołdra miała już serdecznie dość tego ciągłego miotania się właścicielki łóżka. Można zapytać: co konia obchodzi, że się wóz przewrócił? I w czym może przeszkadzać kołdrze takie czy inne zachowanie użytkowniczki pościeli? Otóż jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że owa sytuacja ciągnęła się od ponad dwóch tygodni, z pewnością uznamy, że kołdra może mieć swoje powody…

Choć dwudziestoczteroletnia dziennikarka uporczywie nie dopuszczała do siebie myśli, że bezsenność „zawdzięcza” głównie stresującej pracy – tak właśnie było. Od dwóch tygodni – z braku gorących newsów – „awansowała” ze stanowiska superreporterki na redaktora kroniki dla… hobbystów. To była prawdziwa przyczyna, która spędzała jej sen z powiek. Co prawda naczelny obiecał jej, że jak trochę ochłonie i odpocznie, przywróci ją na pierwszą linię walki, ale na tę chwilę…

Dziewczyna niebezpodstawnie obawiała się, że utknie w tej rubryczce na dobre. Jak w czarnej dziurze. Wielu świetnych dziennikarzy, którzy – według szefa – „stracili ostrość i wyrazistość”, dogorywało przed nią na tym zesłaniu do końca swoich zawodowych dni. Było się czego obawiać – szczególnie gdy miało się ambicje. Anna Wścibska takowe posiadała aż w nadmiarze! To było podstawową przyczyną jej ciągłych utarczek i scysji z przełożonym. Nie chciała się bezwzględnie podporządkowywać „pisanym (i niepisanym) regułom” i „obowiązującym standardom”. Miała własne poglądy i własne zdanie, którego niejednokrotnie potrafiła bronić jak lwica.

– Swoje zapatrywania będzie pani prezentować światu w swojej gazecie! – mawiał niejednokrotnie jej szef.

Nie ma co ukrywać. Tego rodzaju konflikty przytrafiały się jej już wcześniej. Dyrektor liceum, do którego uczęszczała i w którym redagowała gazetkę szkolną, po przeczytaniu jednego z numerów dostał apopleksji i omal nie przypłacił lektury zawałem[28]. Kiedy wyszedł ze szpitala, natychmiast zarządził cenzurowanie zamieszczanych przez nią artykułów. Dziewczyna w odpowiedzi wydęła z pogardą wargi i zrezygnowała ze swej funkcji. Podobnie rzecz miała się w czasie studiów, lecz tam sprawa była dużo poważniejsza. Dziekan wydziału, na którym studiowała, początkowo przymykał oko na treści i tematykę publikacji Wścibskiej[29]. Lecz gdy ta zabrała się za szerzącą się wśród profesorów korupcję egzaminacyjną oraz związane z tym wykorzystywanie seksualne studentek (i studentów!), zagroził relegowaniem jej z uczelni. Identycznie było i teraz. Redaktor naczelny gazety, w której pracowała, kilka razy w tygodniu straszył ją wylaniem, aż się do tego przyzwyczaiła. W swej młodzieńczej naiwności sądziła, iż jest tak świetna w tym, co robi, że szef nigdy nie posunie się do ostateczności. Pokrzyczy, pohuczy i przestanie. Uwierzyła nawet, że jest niezastąpiona i że ten korzystny układ będzie trwał wiecznie. Aż tu nagle… bęc. Cóż, napięta do granic struna musiała kiedyś pęknąć.

Po otrzymaniu od naczelnego propozycji nie do odrzucenia, dziewczyna nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać. Długo nie mogła wyjść z szoku, i to najpewniej było główną przyczyną zaburzeń jej snu. Policzyła już chyba wszystkie mieszkające w Polsce barany (a także te zabłąkane, które przeszły ze słowackiej strony). Tabletki połykane w zastraszających ilościach nie dawały spodziewanego efektu. Nawet mruczenie pacierza – niezawodny sposób na szybkie zasypianie w czasach, gdy jeszcze uczęszczała na lekcje religii – nie powodowało przypływu senności.

Wścibska wstała, włożyła ręce w kieszenie pasiastej piżamy i rozpoczęła wędrówkę po pokoju. Pięć kroków w przód – w tył zwrot. Pięć kroków w przód – w tył zwrot, pięć kroków w przód… Po pięciu minutach znudziło się jej jednak to głupie maszerowanie. Nawet nogi nie zdążyły jej rozboleć[30]. Usiadła na brzegu łóżka i wzięła do ręki jakąś krzyżówkę. Nie na wiele się to zdało. Broszura z krzyżówkami wylądowała w koszu. Zniecierpliwiona podeszła do okna. Co za cholerna mgła… Wyszła na balkon i rozejrzała się po okolicy. W tych oparach ledwo mogła ją poznać.

– Co to za odludzie! Środek nocy i ani żywego ducha? – parsknęła sarkastycznie.

Nagle spostrzegła czarnego kota, który niespiesznie kroczył pod ścianą przeciwległego budynku z zadartym wysoko ogonem.

– Behemot! – zawołała półgłosem. – Behemot…

Kot przystanął. Odwrócił głowę i popatrzył uważnie w górę. Czy usłyszał wołanie? Czy zobaczył stojącą na balkonie trzeciego piętra dziewczynę w pasiastej piżamie? – trudno powiedzieć. W następnym momencie skinął lekko ogonem na prawo i lewo, po czym dumnie podążył w sobie tylko znanym kierunku. Struchlałe ze strachu myszy w okolicznych piwnicach przysięgały na wszystkie świętości, że słyszały, jak idąc – gadał coś do siebie i mruczał jakieś ruskie melodie. Dziwne? Ależ skąd! Dlaczego? Bo to po prostu naprawdę był… Behemot!

*

Stare Miasto było kompletnie zasnute mgłą. Być może tak właśnie wyglądało, gdy dogorywało tam powstanie…[31] Tylko że teraz okrywała je mgła, a wtedy – dymy pożarów. Podkomisarz oczami wyobraźni zobaczył nagle zionące ogniem barykady, drobne figurki powstańców atakujących czołgi butelkami z benzyną, kilkunastoletnich chłopców roznoszących pod ostrzałem powstańczą pocztę, młode dziewczęta z narażeniem życia wynoszące spod ognia rannych kolegów, bohaterskie załogi wielkich, czterosilnikowych samolotów nadlatujące nad morze płomieni ze zrzutami broni dla walczących, oczy pełne nadziei, wypatrujące pomocy z praskiej strony miasta, wielogodzinny marsz kanałami, po pas w nieczystościach i duszącym, paraliżującym zmysły odorze; usłyszał przeszywające jęki rannych, pełne rozpaczy krzyki bojowników oddających młode życia w beznadziejnej walce…

Podkomisarz wzdrygnął się. Zawsze, kiedy tędy przepływał, nachodziły go te dziwne wizje. Może magia tego miejsca wyzwalała jakieś ukryte odruchy? Przecież nikt z jego rodziny w powstaniu warszawskim nie walczył. To dlaczego akurat on miał powstańcze sny? A to strzelał do Niemców z cekaemu, a to odpierał atak czołgów, a to odbierał zrzuty broni, a to tkwił zasypany w płonącej piwnicy. Miał szczęście, że nigdy nie przyśniło mu się dramatyczne przejście kanałami…

Niepozorny nalał sobie kubek gorącej, aromatycznej herbaty. Ogrzewał zgrabiałe ręce i prawie parząc sobie wargi, popijał łapczywie. Tak lubił ten napój, iż poważnie rozważał zakup drugiego termosu i zabieranie i jego na służbę. Jeden to było stanowczo za mało. Podkomisarz śmiał się z siebie w duchu, że owa herbatka to jego marynarski grog. Tyle że bez kropli rumu. Jaka szkoda…

Motorówka posuwała się z wolna nieopodal lewego brzegu, gdy nagle skoczyła na środek rzeki, jak koń smagnięty biczem. Niepozorny do końca nie wiedział, czy to on tak zareagował, czy też jego podświadomość – wyczulona na najmniejszy, najdrobniejszy przejaw niebezpieczeństwa. Niebezpieczeństwa, którego za wszelką cenę należało uniknąć. Lata pracy na rzece procentowały. Podkomisarz jakby z boku obserwował swoje ręce, które odruchowo wykonały błyskawiczny manewr – prawa dodała gazu, a lewa zakręciła kołem sterowym. Odniósł wrażenie, że kończyny zrobiły to automatycznie, zanim z mózgu dotarły odpowiednie dyspozycje. Zadziwiające…

– Co u licha?! – mruknął do siebie. – Zwidziało mi się czy jak? – Odjął nieco mocy i manewrując ostrożnie, podchodził ukośnie do środkowego przęsła mostu Poniatowskiego. Na wszelki wypadek włączył szperacz i… zdębiał.

Na samym środku toru wodnego, bez żadnego oświetlenia, stał na kotwicy niewielki stateczek. Zaś na jego rufie znajdował się… pełnowymiarowy kiosk. Taki, w jakim na ulicach sprzedaje się gazety, bilety komunikacji miejskiej, papierosy.

– Co… co to jest?! Kiosk?! Kiosk na środku rzeki? – drżącymi wargami wyszeptał podkomisarz. – Ja chyba śnię! – Na wszelki wypadek pociągnął się za ucho. To działało na niego dużo lepiej niż popularne szczypanie (poza tym słyszał gdzieś, że od szczypania można dostać nowotworu skóry). – No dobrze. Nie śpię – monologował Niepozorny. – Ale przywidzenia mam na pewno. Może od tej herbaty? Ale przecież niczego takiego do niej nie dodawałem! Ochłoń, Zenek. Ochłoń i myśl! – motywował samego siebie.

I nagle przez jego głowę zaczęły przelatywać nieco chaotyczne refleksje. „Cokolwiek by to było, musisz to sprawdzić! Od tego tu jesteś; to twoja praca; za to bierzesz państwowe pieniądze; sam tego chciałeś; przełożeni liczą na ciebie; to dla ciebie wyzwanie; musisz zapewnić bezpieczeństwo żeglugi; nie możesz się wycofać; musisz się sprawdzić w prawdziwej akcji. Kto to zrobi, jak nie ty? W tak błahej sprawie chcesz prosić o wsparcie? Policjanci mają inne ważne zadania do wykonania; poradzisz sobie – twój ojciec na pewno by sobie poradził!”

Podkomisarz Zenon Niepozorny niechybnie miał kompleks niższości. Był synem kapitana Kazimierza Niepozornego – legendy warszawskiej rzecznej milicji z czasów PRL-u. Zdjęcie jego ojca do dziś wisi w sali pamięci Praskiej Komendy Policji. Kapitan Kazimierz Niepozorny był zasłużonym funkcjonariuszem, wielokrotnie nagradzanym za wzorową służbę. Miał na koncie mnóstwo brawurowych akcji ratunkowych, zatrzymań przemytników dzieł sztuki, udaremnień rozmaitych przestępstw i ucieczek[32]. Był świetnym dowódcą patrolu (wszyscy chcieli z nim pływać), znakomitym kolegą i towarzyszem (choć nigdy nie należał do żadnej partii politycznej). Woził po rzece samego pierwszego sekretarza PZPR-u, który zapragnął osobiście „z poziomu wody” obejrzeć, jak postępuje budowa Trasy Łazienkowskiej. Był też wzorowym obywatelem i społecznikiem (zawsze kasował bilety w środkach komunikacji miejskiej i jako przodownik zaliczał każdy czyn społeczny). Z własnej woli co roku brał udział w pochodach pierwszomajowych. Otrzymał wiele medali, dyplomów i wyróżnień. Raz nawet przyznano mu całkiem sporą nagrodę pieniężną, którą bez wahania – zgodnie z sugestią przełożonych – przeznaczył na dom dziecka (nie kupił wtedy synowi wymarzonego motoroweru marki Komar). I jak tu dorównać tak słynnemu ojcu?

Motorówka zbliżała się do podejrzanego obiektu. Podkomisarz omiótł go reflektorem od dziobu do rufy i od rufy do dziobu. Nie zauważył na pokładzie żywego ducha. Na pawęży widniał enigmatyczny napis „Kormoran”. „Nie znam – pomyślał. – Zresztą to nie jest żaden Kormoran, tylko jakiś Latający Holender[33]!” – stwierdził Niepozorny. Szperacz wyłowił z mgły łańcuch kotwiczny lekko drgający w wiślanym nurcie. „Latający Holender – jeśli nawet było nim to, co miał przed sobą – musi mieć załogę, a z pewnością kapitana… – rozumował chłodno. – Zatem ktoś nim przypłynął, ktoś go postawił na kotwicy”.

– Psia mać[34]! Nie mogę stąd odpłynąć, zanim tego nie sprawdzę. Stoi cholera na samym środku szlaku żeglownego jak krowa. I to bez żadnych świateł! – „Co prawda ruch barek idących po nocy jest znikomy, ale przecież nigdy nie wiadomo!”. – Ahoj na pokładzie! – zawołał gromko Niepozorny. Odpowiedziała mu cisza. – Ahoj na Kormoranie, kurwa wasza mać! – poprawił. Cisza. – Co jest, do cholery! Jaja tam sobie robicie?! Tu podkomisarz Niepozorny z Policji Rzecznej Miasta Stołecznego Warszawy! Powtarzam wezwanie! Jeśli nie uzyskam odpowiedzi, wchodzę na pokład! – zaryzykował.

Wiedział dobrze, że nie wolno mu było w pojedynkę przeprowadzać takich akcji. Czyżby ci, którzy byli na statku, też o tym wiedzieli i dlatego nie reagowali? To bardzo możliwe. „Ale co? Do jakiejś rzecznej krypy mam zwołać całą brygadę antyterrorystyczną albo samą Formozę[35]? Nigdy w życiu! Mój ojciec z pewnością by tego nie zrobił… A jeśli to jakaś akcja terrorystyczna, a ten Kormoran jest po brzegi wyładowany materiałem wybuchowym? Może to koń trojański, jak ten z rajdu na Saint-Nazaire[36]?”

Podkomisarz bił się z myślami. Miał przecież radio. Mógł w każdej chwili skomunikować się z bazą i poprosić o instrukcje. Sytuacja była na tyle groźna, że nikt nie miałby mu za złe, gdyby wezwał pomoc. Nie robił tego jednak. Jemu, Niepozornemu – synowi słynnego kapitana Niepozornego – nie wypadało zachowywać się jak wystraszony młokos. Powinien sam rozwiązać tę sytuację i wrócić do bazy w glorii (brzemię sławnego tatusia przygniatało go na każdym kroku).

Kormoran – czarny, cichy, nieprzystępny i głuchy na wszelkie wezwania – kołysał się lekko na wiślanej fali. Podkomisarz zagryzł wargi. Ostrożnie dobił motorówką do jego dziobu – tuż obok kotwicznej kluzy. Silnymi ramionami chwycił się łańcucha i po chwili był na pokładzie. Nie zastał na nim nikogo. Światło latarki ujawniło kiepski stan techniczny, w jakim był statek. Spracowany pokład, odrapane nadbudówki, przerdzewiałe relingi i urządzenia na pokładzie. W kilku słowach: ruina i szmelc.

Niepozorny – tak na wszelki wypadek – wydobył z kabury służbową broń i poszedł wzdłuż burty na rufę. Tam też nie zastał nikogo. Zajrzał do sterówki – nikogo.

– Ki czort?! – mruknął. – Pewnie popili się i leżą w kubryku. Ktoś przecież musiał doprowadzić tę łajbę aż tutaj. Może nawet nie wiedzą, gdzie się znajdują? Zakotwiczyli tę kupę złomu na środku szlaku, urżnęli się i śpią jak woły. Ech, służba…

W tym momencie od dziobu do rufy Kormorana przebiegło dziwne drżenie – jakby dreszcz. Statek zakołysał się gwałtownie i wydał osobliwy, złowrogi pomruk. Zaskrzypiały bloki i bomy. Zatrzęsły się szyby w sterówce. Szczęknęły jakieś metalowe elementy. Na pokładzie dało się słyszeć tupot bosych marynarskich stóp…

Podkomisarz obejrzał się gwałtownie, lecz nie dostrzegł nikogo. Przez chwilę zdało mu się, że widzi jakieś sylwetki, lecz te momentalnie rozpłynęły się we mgle.

– I czego się, głupi, boisz? Duchów? – zrugał sam siebie. – Pewnie jakiś konar przeszorował po burcie i tyle. A te odgłosy na pokładzie? Przywidzenie z przesłyszeniem. W taką noc wyobraźnia może podsuwać wiele dziwnych obrazów…

Niepozorny przełknął ślinę i odbezpieczył broń. Nie lubił tego, lecz w zaistniałej sytuacji nie miał wyboru. Niemalże na palcach podszedł do zejściówki prowadzącej pod pokład. Jego policyjny nos mówił – a właściwie krzyczał – że tylko głupiec pchałby się w nocy – i do tego w pojedynkę – w taką opresję. A jeśli na dole czeka cała banda uzbrojonych po zęby piratów wspomagana przez tuzin krwiożerczych truposzy?

Fantazja podkomisarza działała na wysokich obrotach. Spojrzał w niebo w poszukiwaniu księżyca, lecz nie dostrzegł niczego poza pasmami mgły. Szybko wyciągnął z kieszeni munduru mały kalendarzyk. Był trzeci dzień pełni… Mrówki przeszły mu po krzyżu (nie wiadomo, czy od chłodu, czy ze strachu) i omal nie zderzyły się z ciarkami. Otarł wilgotne czoło i mocniej nacisnął czapkę.

„Jak ma mnie trafić szlag, to najlepiej na służbie, podczas wykonywania obowiązków” – pomyślał, i mocno szarpnął za klapę.

Zejściówka była zamknięta od wewnątrz. Niepozorny odetchnął z ulgą. Odniósł wrażenie, że statek także… Już miał walnąć pięścią, ale wstrzymał rękę. Żaden regulamin ani procedura nie nakazywała policjantowi, by po nocy, sam jeden, forsował drzwi, za którymi być może czai się zgraja oprychów. Był za to wyraźny zakaz brawury i narażania się bez potrzeby (wyszkolenie dobrego policjanta pełniącego służbę na rzece było bardzo kosztowne).

Podkomisarz postanowił nie kusić losu. Schował broń i zajrzał do sterówki. Długo studiował tablicę rozdzielczą. Za wszelką cenę próbował rozgryźć, gdzie znajduje się włącznik świateł pozycyjnych. Przekręcał różne pstryczki i przełączniki, ale sytuacja nie ulegała zmianie. Dał za wygraną. Na koniec podszedł do kiosku, który sterczał na rufie. „Co za szalony pomysł? Trzeba przyznać, że intrygujący – policjant sam przed sobą nie krył uznania. – Ten, co to przeprowadził, musiał się nieźle natrudzić, żeby wstawić tutaj tę landarę. Tylko – niech mi ktoś powie, do jasnej cholery – po co?”

Niepozorny przeszedł się jeszcze po pokładzie. Gospodarskim okiem popatrzył na poprawnie sklarowane liny, będące w niezłym stanie technicznym środki ratunkowe, sprawdził, jak trzyma kotwica. Wreszcie wdrapał się po drabince na maszt. Zawiesił na nim swą ulubioną służbową latarkę. Światełko dawała nikłe, ale lepsze to niż nic.

– No, poczekaj tu na mnie. Jak się rozwidni, wrócę po ciebie – pożegnał się ze swą ulubienicą. Zlazł z masztu, wskoczył do swej motorówki i odpłynął w kierunku portu.

* * *

[1] Płynęła baksztagiem.

[2] Glątwa – złe samopoczucie spowodowane nadużyciem napojów alkoholowych. Po prostu kac.

[3] Niedawne? Od ostatniego minęło z górą dwadzieścia lat.

[4] Stewa – stępka. Belka stanowiąca podstawę konstrukcji kadłuba.

[5] Zawsze znajdzie się grupa ryzykantów, którzy licząc na lekką zimę, nie zmieniają swych siedzib w nadziei, iż na wiosnę będą mogli zająć najlepsze stanowiska lęgowe (dziuple, budki itp.).

[6] Zadziwiające, ale w mieszkaniu podkomisarza zdarzało się to nader często. I to nie tylko jemu! Wszyscy (z wyjątkiem Niepozornego) uznawali to za omamy słuchowe i nikt nie ośmielił się mówić o tym głośno.

[7] W Polsce – jak również w wielu innych krajach Europy – od kwietnia do końca października obowiązuje czas letni, a w pozostałe miesiące czas zimowy. Zmiany czasu mają spowodować bardziej efektywne wykorzystanie światła dziennego. W efekcie, poza oszczędnością energii, gospodarka zyskuje całe rzesze rozdrażnionych, podenerwowanych i wiecznie zaspanych pracowników.

[8] On się dla mnie zmieni! Po ślubie zostawi tę cholerną pracę i będzie siedział ze mną w domu, będzie chodził na spacery, jeździł na wakacje, wychowywał ze mną nasze dzieci, malował ściany, naprawiał krany itp. Aha, zapomniałem dodać, że będzie miał też środki na wygodne życie dla całej rodziny. Skąd? – nie wiadomo…

[9] Był to dom wybudowany mniej więcej w roku 1926. Obecnie stanowił nawet plan jakiegoś filmu fabularnego.

[10] Pomijając złośliwe echo, o którym była już mowa.

[11] Podkomisarz nigdy nie poszedł do pracy bez termosu ze swoim ulubionym płynem. A jak raz poszedł, wracał się poń od samej przystani.

[12] Te wyskoczyły na wysokości Lasku Bielańskiego, gdzie miały jakieś swoje ważne sprawy.

[13] Mając na pokładzie takie towarzystwo, trudno sobie wyobrazić, aby stało mu się coś złego.

[14] Skutecznie obrzydziły mu je nieletnie panienki z bladymi licami, wyśpiewujące przy mazurskich ogniskach cieniutkimi głosikami mocne marynarskie zawołania w rodzaju: „hej-ho”, „hej-raz”, „ciągnij”, „szarpnij”, „ahoj” itp.

[15] Fotoplastykon (także fotoplastikon) – automat do prezentacji pojedynczych fotografii (przeźroczy) stereoskopowych z całych cykli fotograficznych na jednym stanowisku wizualnym. (Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Fotoplastykon).

[16] Oddział Wydzielony Rzeki Wisły (OW „Wisła”) to oddział Polskiej Marynarki Wojennej wydzielony pod koniec marca 1939 z Flotylli Rzecznej Marynarki Wojennej i przebazowany na Wisłę. Od lipca 1939 bazą oddziału był port w Brdyujściu, położony w miejscu ujścia Brdy do Wisły. W czasie kampanii wrześniowej podlegał Armii Pomorze. (Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Oddział_Wydzielony_Rzeki_Wisły).

[17] Flotylla Rzeczna Marynarki Wojennej (do 17 października 1931: Flotylla Pińska) – polska flotylla rzeczna wchodząca w skład Marynarki Wojennej w okresie międzywojennym, stacjonująca w Pińsku na rzece Pinie. Flotylla operowała na tzw. morzu pińskim – w dorzeczu Prypeci z głównymi rzekami: Prypeć, Pina, Strumień (Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Flotylla_Rzeczna_Marynarki_Wojennej).

[18] Podkomisarz Niepozorny nie wiedział, że takich dogodnych do łowienia ryb miejsc jest w stolicy znacznie mniej niż chętnych wędkarzy. Aby zająć te najlepsze pozycje, należy przyjść nad wodę o świcie, albo nawet i przed nim.

[19] Plotka głosiła, że wiślana woda potrafi rozpuścić slipy wyprodukowane ze sztucznych włókien, a inna, że można w niej nawet wywołać tradycyjną kliszę fotograficzną.

[20] Flisak marzył, żeby odbyć zasadniczą służbę wojskową w Marynarce Wojennej.

[21] W rzeczywistości wyglądał na siedemdziesiąt kilka lat.

[22] W siedemnastym wieku pracownicy pewnej manufaktury w Krakowie zastrajkowali. Powodem protestu było to, że codziennie dostawali na obiad mięso łososia.

[23] Tak popularnie nazywane jest ujęcie wody pitnej dla lewobrzeżnej Warszawy.

[24] Są to promy pasażerskie: Pliszka, Turkawka, Słonka i Wilga. Kursują w sezonie letnim od czerwca do września. Pomimo iż pływają pod banderą Tramwajów Warszawskich, przeprawa nimi jest bezpłatna.

[25] W terminologii morskiej maszynę na statku się odstawia, nie wyłącza.

[26] Piasek naniesiony przez rzekę w wielu miejscach przykrywa stosy ceglanego gruzu pochodzącego z warszawskich domów zburzonych przez Niemców w 1944 roku. Jak powszechnie wiadomo, po upadku powstania warszawskiego rozwścieczony Hitler wydał rozkaz kompletnego zniszczenia krnąbrnego miasta. Rozkaz wykonano. Niestety bardzo skrupulatnie.

[27] Przemieszcza się na prawo i lewo od osi, jaką wytycza lina kotwiczna (łańcuch).

[28] Świadkowie opowiadali, że z ust wydobywała mu się piana, jak z pyska wściekłego psa.

[29] Za to szeroko otwierał oczy na jej wdzięki.

[30] Pokoik był na tyle mały, że tak bardzo się nie nachodziła.

[31] Powstanie warszawskie. Wybuchło 1 sierpnia 1944, a skapitulowało 3 października 1944.

[32] Jego osoba uwieczniona jest w jednym z odcinków serialu dla młodzieży z 1972 roku pod tytułem „Do przerwy 0:1” (nakręconego na podstawie książki Adama Bahdaja pod tym samym tytułem). W odcinku tym Paragon (główny bohater opowieści) wraz z kolegą Milkiem ucieka kajakiem do Gdańska, by tam zamustrować na statek. Z opresji ratują ich bohaterscy milicjanci z rzecznego komisariatu.

[33] Latający Holender – legenda, która ma swój początek w XVII wieku, głosi, że kiedy pewien statek żeglował z Amsterdamu do Batawii (obecnie Dżakarta) na Jawie, jego kapitanem był nieustraszony i doświadczony wilk morski Holender Hendrik Van der Decken. Rejs przebiegał gładko, aż do Przylądka Dobrej Nadziei w Afryce, gdzie rozpętał się straszliwy sztorm. Na nic się zdała walka z żywiołem i wszelkie próby dalszej żeglugi. Kapitan miotał obelgi, bluźnił Bogu i przysięgał, że dopłynie do Zatoki Stołowej mimo burz. Wtem na pokładzie ukazał się niebiański przybysz, nie wiadomo – sam Bóg czy anioł pański. Van der Decken jednak nie oddał mu należnej czci i w zapamiętaniu wypalił do niego z pistoletu. W odpowiedzi gość oznajmił surowo, że kapitan i jego statek już nigdy nie zaznają spokoju. Będą żeglować po morzach przez całą wieczność, przynosząc nieszczęście wszystkim, których spotkają. Tak też się stało. Kiedy pomarli wszyscy marynarze, statek-widmo z załogą złożoną z ruchomych szkieletów nadal żeglował po morzach pod dowództwem nieśmiertelnego kapitana (Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Latający_Holender_(legenda).

[34] W tym miejscu poleciało kilka okrągłych wiązanek, ale darujemy sobie szczegóły.

[35] Formoza – jednostka wojskowa płetwonurków bojowych będąca pododdziałem wojsk specjalnych (Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Jednostka_Wojskowa_Formoza).

[36] Rajd na Saint-Nazaire (Operacja Chariot) – brytyjski atak na niemiecką bazę morską we francuskim porcie Saint-Nazaire podczas II wojny światowej. Akcja została przeprowadzona w nocy 28 marca 1942 roku. Jej głównym celem był suchy dok – ówcześnie największy na świecie i jedyny na okupowanym atlantyckim wybrzeżu zdolny pomieścić niemiecki pancernik Tirpitz. Plan ataku zakładał staranowanie zewnętrznych wrót doku przez niszczyciel HMS Campbeltown, pod którego pokładem złożone zostały ładunki wybuchowe z zapalnikami czasowymi. W tym samym momencie miał nastąpić desant komandosów, których zadaniem było unieszkodliwienie niemieckich stanowisk obronnych i dokonanie jak największych zniszczeń infrastruktury portowej. Po wypełnieniu swych zadań, komandosi mieli powrócić na okręty i ewakuować się, zanim nastąpi eksplozja ładunków wybuchowych na niszczycielu, a w rezultacie zniszczenie doku. Rajd zakończył się sukcesem (suchy dok został wyłączony z użytku na następne pięć lat). Brytyjczycy ponieśli jednak ciężkie straty. Zaledwie trzy z osiemnastu okrętów, które wzięły udział w ataku, powróciły do Wielkiej Brytanii. Spośród ponad dwustu pięćdziesięciu komandosów tylko nielicznym udało się uniknąć śmierci lub niemieckiej niewoli (Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Rajd_na_Saint-Nazaire).

Kiosk na środku rzeki

Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-8083-821-5

© Tomasz Sobieraj i Wydawnictwo Novae Res 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Paweł Pomianek

KOREKTA: Emilia Kapłan

OKŁADKA: Izabela Surdykowska-Jurek

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96 / 98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kiosk na środku rzeki