Basia. Szczęśliwą się bywa

Basia. Szczęśliwą się bywa

Autorzy: Beata Nowicka Barbara Stuhr

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 25.19 zł

Brakujące ogniwo w opowieści o rodzinie Stuhrów.

 

Jest to osobista opowieść kobiety – żony i matki, która stała za błyskotliwymi karierami Jerzego i Macieja Stuhrów. Kobiety niezwykłej – wybitnie uzdolnionej skrzypaczki, w młodości koncertującej na całym świecie, która po chorobie męża i córki całkowicie poświęciła się rodzinie oraz działalności społecznej.

 

Książka opowiada o jej życiu – trudnych relacjach w domu rodzinnym, wielkiej miłości, wielkich dramatach, rozpaczy, depresji, wreszcie akceptacji życia, którego centrum stanowią kochający, ale trudni charakterologicznie najbliżsi.

Beata Nowicka, Barbara Stuhr

BASIA

Szczęśliwą się bywa

Projekt okładki: Bogdan Kuc

Zdjęcie na okładce: © Maciej Plewiński

Zdjęcia w książce: prywatne archiwum domowe Barbary Stuhr oraz

Fot. Andrzej Turczański:

„Moje przyjaciółki uważają, że zawsze miałam w sobie jakiś wewnętrzny dystans do świata, do życia.”

„Muzyki potrzebowałam jak tlenu.”

Fot. Jadwiga Rubiś:

„Na balu po Konkursie na Najmilszą Studentkę PWSM.”

„Pokoncertowa euforia. Galeria Krzysztofory.”

Fot. Bogdan Krężel:

„Maciek: To zdjęcie z chrztu Marianny powinno spodobać się wszystkim miłośnikom stylistyki lat 80…”

„Maciek: Być na południu Włoch i nie cieszyć się wieczornym słońcem…”

„Maciek: Sesje zdjęciowe z lat 90. to bardzo ciekawe zjawisko…”

Fot. Jacek Bednarczyk:

„Sielanka rodzinna na ulicy Królewskiej.”

Fot. Maciej Plewiński:

„Amar Corde. Basia (to ja), Bogusia (Ziegelheim), Agatka (Zając), Beatka (Płoska).”

Fot. Andrzej Kramarz:

„Amar Corde, okładka naszego folderku.”

Fot. Piotr Szałański:

„Unicorn. Konferencja prasowa.”

John Weston Group © Fundacja Urtica:

„Unicorn współpracuje ze stowarzyszeniem Urtica Dzieciom…”

Ostatnie zdjęcie:

fot. Robert Wolański / SONY A7RII / dla Magazynu Viva! / Viva.pl

Grupa Wydawnicza Foksal informuje, że dołożyła należytej staranności w rozumieniu art. 355 par. 2 kodeksu cywilnego w celu odnalezienia aktualnego dysponenta autorskich praw majątkowych do ilustracji zamieszczonych na pozostałych stronach. Z uwagi na to, że przed oddaniem niniejszej książki do druku poszukiwania te nie przyniosły rezultatu, Grupa Wydawnicza Foksal zobowiązuje się do wypłacenia stosownego wynagrodzenia z tytułu wykorzystania ilustracji aktualnemu dysponentowi autorskich praw majątkowych, niezwłocznie po jego zgłoszeniu się do Grupy Wydawniczej Foksal.

Redakcja: Barbara Miecznicka

Korekta: Julia Topolska

© Copyright by Barbara Stuhr, Beata Nowicka, 2018

Copyright for the Polish edition© Grupa Wydawnicza Foksal, 2018

Projekt wnętrza, skład i łamanie: TYPO

Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o.

ul. Domaniewska 48, 02-672 Warszawa

tel. 22 828 98 08

fax 22 395 75 78

biuro@gwfoksal.pl, www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-5426-4

Warszawa 2018

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

Dedykacja

Motto

***

Wstęp

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Koniec

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla naszych wnuków

Powstał nostalgiczny zapis kawałeczka świata, który odchodzi. Taka próba remanentu osiągnięć i upadków życiowych, chęć przekazania dobrych doświadczeń dzieciom.

Niestety często stajesz pod ścianą, bo widzisz, że możesz przekazać tylko minimalną część swoich przeżyć. Ale może pozostawienie choćby strzępów doświadczeń, które dadzą komuś jakąś inspirację, usprawiedliwia tę decyzję?

Barbara Stuhr

***

To nie jest książka o rzeczywistości.

To książka o wspomnieniach dotyczących rzeczywistości.

O przeszłości, która istnieje w pamięci garstki osób, gdzie doświadczenia autentyczne i wyimaginowane czasami stają się niemożliwe do odróżnienia.

Przyglądając się przeszłości wnikliwym okiem, człowiek nie zawsze jest zadowolony z tego, co zobaczył. Dlatego każdy z nas koryguje swoją przeszłość, gdy wraca do niej myślami, wymazując niektóre rzeczy, lub przebudowując trudne fragmenty, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Drogę do przeszłości zawsze otwierają uczucia.

Dlatego jest to też książka o miłości, o poświęceniu, wybaczeniu, samotności. I o szczęściu.

A wszystko składa się na historię jednej osoby.

Nasze historie są ważne. One nas definiują.

Wstęp

Barbara Stuhr:

Byłam już żoną Jurka, kiedy Sławek Idziak ze swoją żoną Agatką Miklaszewską chciał zrobić – i zresztą zrobił – film o tym, że do jakiegoś małego miasteczka na prowincji przyjeżdża na odczyt Zanussi i spotyka się z dziewczyną, która pracuje w Domu Kultury, gdzie kierownikiem jest Jerzy. Scenariusz napisali we dwójkę z Jurkiem. Sławek wymyślił, żebyśmy razem zagrali w jego filmie i bardzo się do tego pomysłu zapalił.

Prosił, nalegał, ale Jurek mu tłumaczył:

– Basia tego nie udźwignie, przecież to jest trudna rola. Basia jest amatorką.

A on w ogóle się tym nie przejmował. Miał pomysł, że razem wystąpimy na ekranie, i nie odpuszczał.

– Będzie sobą – powtarzał. – To wystarczy.

Było to o tyle zabawne, że ja nie miałam żadnych ambicji aktorskich. Tyle czasu byłam dziewczyną Jurka, że wiedziałam na czym polega aktorstwo, i wcale się do tego nie paliłam. Zagrać nie oznacza tylko „być na ekranie”. Trzeba coś umieć.

Ale Sławek się uparł:

– Przyjedź, Basia, na zdjęcia próbne.

No to pojechałam do Warszawy. Pojawiłam się na planie, tłumaczą mi scenę:

– Teraz przyjeżdża Zanussi, ty masz go zaprosić, ale jesteś taką wylęknioną gąską, zahukaną dziewczyną z prowincji, i nie wiesz, jak masz się zachować.

– Nic, Basia, nie rób, bądź sobą. Będzie dobrze – podpowiedział Sławek.

Robią zdjęcia, kręcą kilka ujęć, potem oglądają mnie na tej taśmie i wołają jeden do drugiego:

– Ale to w ogóle nie jest zahukana gęś.

– Widzę tu nowoczesną dziewczynę, która wie, czego chce.

– Basia, spróbuj jeszcze raz.

No to próbuję, ale znowu wyszło tak samo.

– Cholera, kompletnie nie o to chodziło. Jakoś źle gra.

Nie grałam, byłam sobą.

Paradoks polegał na tym, że oni dobrze znali mnie prywatnie. Wiedzieli, że raczej nie jestem przebojowa, jestem skromna, bardziej słucham, niż mówię, częściej zgadzam się, niż kłócę… Wydawało im się, że idealnie wpasuję się w tę rolę. Ale zahukaną dziewczynę z prowincji trzeba umieć zagrać.

Kiedy kazali mi być sobą, to byłam. Zrozumiałam, że ludzie czytają mnie inaczej, niż jaka jestem naprawdę.

Film nosi tytuł Seans. „Moją” rolę znakomicie zagrała Sławka Łozińska.

*

Teresa Czerniejewska-Herzig, publicystka, dziennikarka:

Basia może strasznie zwieść ludzi, bo jest taka cichutka, stoi skromnie z boku. Łatwo można się na to nabrać. Ona nie lubi się eksponować. Tak było od lat, nie ma w tym żadnej pozy. Znakomicie jej wychodzi kierowanie z drugiego rzędu, ale nie dlatego trzyma się z boku, że taka pozycja jest wygodniejsza do kierowania. Ona po prostu taka jest: nie narzucająca się, nie afiszująca się.

Ta powściągliwość zawsze Basię wyróżniała. Była najbardziej z nas zdystansowana. Ale nie w stosunku do nas, nie w towarzystwie, tylko wobec życia, wobec pewnych zjawisk. Może taka jest z natury, a może przy Jurku nie można było inaczej?

Dominacja natury Jurka jest przeogromna. To jest żywioł. Staranowałby wszystko swoją osobowością.

Od początku bardzo dorośle wiedziała, na jakie warunki się zgodziła. Nie dawała się ponieść chwili, zbędnym emocjom. Jurek może i dałby się wciągnąć w szaleństwo różnym ludziom, ale Basia bardzo to filtrowała. Kontrolowała wydawanie pieniędzy na różne bankiety, a dużo balowaliśmy, różne rzeczy wyrabialiśmy, ale Basia cholernie pilnowała, żeby Jurek się nie zatracił. I robiła to w sposób bardzo rozsądny. To nie była walka, nie tupała nóżką, ona doprowadzała sytuację do takiego poziomu, że Jurek sam się orientował, że to jest głupie.

Słuchał jej. Albo sam w pewnym momencie zrozumiał, albo ona mu uświadomiła, że działa na jego korzyść. Że to, że go powstrzymuje, czyli niejako odbiera wolność, nie jest przeciwko niemu, tylko dla niego, żeby go uchronić od śmieszności, od błędu, od klęski.

Mężczyźnie szalenie trudno to wytłumaczyć, a Basia potrafiła. Była i jest po prostu mądra. Pozwalała, żeby najpierw emocje opadły, nigdy w nich nie działała. Wiedziała, że jak doda swoje emocje do jego, to obierze drogę do zagłady. Nic, tylko się pozabijać.

I Jurek słuchał, poddał się jej. Zwłaszcza, jak już przeszedł ten młodzieńczy, buńczuczny, szalony czas, kiedy był niewiarygodnie narcystyczny: ja, ja, tylko ja, to wszystko ja.

No cóż, tej rangi artyści tak mają.

Zauważył, że bez Basi niewiele by zrobił. Bez tej cichej, spokojnej Basi o spojrzeniu mądrej sowy.

Rozdział pierwszy

Mogła mieć cztery lata, nie więcej, bo jeszcze nie było na świecie Joli. Stoi za firankami. Do dziś czuje ich szorstki dotyk, bo to nie były nylonowe firanki, tylko ręcznie dziergane, grube i ciężkie. Sztywne od krochmalu. Ona stoi za jedną z nich i myśli, że jeśli z całych sił będzie trzymała się tej firanki, jak oni wejdą do pokoju, to może jej nie oderwą.

Mama powiedziała Basi, że jest tak nieznośna, że przyjdą z domu dziecka i ją zabiorą. Bo ona nie może z nią wytrzymać. Już jej nie chce.

Co by tu zbroić? Ja identyczna jak sześćdziesiąt lat później moja wnuczka Helenka, córka Marianny.

Nie potrafiła sobie z córką poradzić, z jej temperamentem, bo Basia była dzieckiem rogatym, niezależnym. Chciała być wolna i to było dla matki nie do zaakceptowania. Traciła nad nią kontrolę. W tamtych czasach dzieci traktowano przedmiotowo. Trzeba było słuchać się, a jak się nie słuchało, to w łeb szmatą albo tym, co było pod ręką.

Hania Zioncheck, siostra:

Teraz tak sobie myślę, że tylko Basia walczyła z mamą. Mama miała władczy charakter i silną, dominującą osobowość. W naszej rodzinie w ogóle nie było tradycji buntu przeciwko autorytetowi. Jedna Basia się wyłamała. Mnie się wydaje, że Basia zapłaciła za to bardzo wysoką cenę, ale dlatego, że to była ona – odważna, o wiele bardziej konfrontacyjna niż ja i Jola, śmiała, z silnym poczuciem wolności. Była niepowstrzymana w pragnieniu innego życia, życia na własnych warunkach.

Była najstarszą z trzech córek: o złudnie drobnym ciele i ogromnej sile. Mama lubiła Basię wystroić, bo na swój niesforny sposób była śliczna. Miała być na pokaz, a ona była „wybij okno”. W domu i poza domem nie można było biegać, przewracać się, drzeć rajtek, brudzić sukienki, śmiać się do rozpuku, a przede wszystkim pyskować, czyli głośno wypowiadać myśli, które dziecku kłębią się w głowie. A to był jej żywioł.

Panieńskie zdjęcie mojej mamy zrobione pod koniec wojny. Jest na nim piękna.

Pewnego razu namówiła starsze koleżanki, żeby przyszły do przedszkola i powiedziały, że mama kazała im odebrać Basię. Pani się zgodziła:

– Tylko idźcie prosto do domu.

Poszły na huśtawki, więc w domu Basia dostała lanie. Albo któregoś dnia stwierdziła, że nie pójdzie do przedszkola. Wzięła rowerek i pojechała przed siebie. Rowerek był własnością Staszka z parteru, kusił ją od dawna, więc go sobie pożyczyła.

Innym razem, wciąż nie chodziła jeszcze do szkoły, koledzy z podwórka namówili ją na wyprawę na kroce, czyli jabłka z ogródków działkowych. Przełaziła przez płoty, wdrapywała się na drzewa, zrywała z gałęzi pachnące owoce, ale miała wyrzuty sumienia. Nie dlatego, że dostanie lanie za podarte rajtuzy, tylko że chodzenie na kroce to coś bardzo złego.

Dzieci nie mają zbyt wiele do roboty, a świat dookoła jest taki ciekawy. Obserwują go intensywnie. To jest jak poszukiwanie skarbów, których żaden dorosły już nie dostrzega. Basia miała wielkie niebieskozielone oczy i patrzyła na świat z aprobatą. Czuła przypływ dobrej woli wobec wszystkich i wszystkiego, co ją otaczało, wszędzie wypatrując szczeliny, przez którą można byłoby wymknąć się na odkrywanie tajemnic.

Bywały chwile, kiedy pod wpływem spontanicznej radości życia, jakiej człowiek doświadcza tylko w dzieciństwie, miała ochotę ugryźć powietrze, żeby poczuć jego smak.

*

To było zwykłe, państwowe przedszkole, gdzie czasem była rytmika, nauka solfeżu, coś się śpiewało, coś tańczyło, deklamowało wierszyki Tuwima albo Brzechwy. Basia miała wrażliwe ucho i świetną pamięć. To panie przedszkolanki dostrzegły w tej drobnej dziewczynce muzyczną osobowość, powiedziały matce, że córka musi iść do szkoły muzycznej, bo jest muzykalna i zdolna, trzeba ją kształcić. Szybko została prymuską od tańcowania, śpiewania i recytowania. Uwielbiała się popisywać, ściągać na siebie uwagę, błyszczeć.

Miała narzeczonego Sławka, lat pięć, syna pani intendentki, uwielbiała tańczyć z nim krakowiaka w pierwszym rzędzie. Jerzyk Stuhr, syn zastępcy prokuratora powiatowego w Bielsku, chodził do tego samego przedszkola, ale chociaż mają wspólne zdjęcie, to Basia w ogóle go nie pamięta.

Pewnego poranka Jerzyk poinformował swoją mamę, że pójdzie do przedszkola, owszem, pod warunkiem, że będzie tańczył z Basią w pierwszej parze. Mama Stuhrowa uwielbiała swojego synka. Po jej krótkiej wizycie w przedszkolu i naradzie z panią dyrektor nastąpiła zmiana partnera i Jerzyk zastąpił Sławka. Jerzyk był niezgrabny, deptał koleżance po stopach i Basia była na niego wściekła za to, że pani kazała jej z nim tańczyć.

Nie lubiła go wtedy, ale zapamiętała.

Moje skrzypce. Nie zawsze je kochałam, ale czasem otwierały mi drzwi do innego świata.

*

W Bielsku rodzina Władysławy i Stefana Kóski mieszkała w starej kamienicy przy jednej z głównych ulic w centrum miasta. Dziś nie ma po niej śladu, w tym miejscu stoi nowoczesny budynek banku, który kusi łatwymi pożyczkami: „Spełnij swoje marzenie”.

Życie, które toczyło się tam kiedyś, nie było wymarzone. Kamienica po wojnie nigdy już nie odzyskała dawnej świetności, stała zapuszczona i ponura. Do mieszkania Kósków wchodziło się po kamiennych schodach, w półmroku, czasami na półpiętro zapuszczał się jakiś zuchwały szczur ze swojego królestwa w piwnicy.

Portret mamy narysowany ołówkiem w obozie pracy we Wrocławiu. Tato tak za nią tęsknił, że trzymał go zawsze przy sobie. Pisał do niej w listach: „Dopóki ciebie nie spotkałem, wszystko było jednym koszmarem”. Obok portret, być może autoportret, który tato zrobił sobie w obozie. Albo ktoś go narysował.

Mieszkanie było dziwne: jedno z trzech sztucznie utworzonych mieszkań z ponad dwustumetrowego, amfiladowego apartamentu przedwojennego adwokata, które zajmowało całe piętro. Rodzinie Kósków przypadł w podziale długi, wąski pokój, zrobiony z dawnego korytarza, ciemny i zimny, nikt nie chciał tam mieszkać. Traktowany jako przedpokój prowadził do wielkiego salonu, który miał chyba ze czterdzieści metrów, z pięknymi oknami wychodzącymi na ulicę. W nim toczyło się życie rodziny: tam stał piec kaflowy, tapczan, który służył jako łoże małżeńskie, obok łóżeczko Basi, na środku pysznił się masywny, okrągły stół, na nim stał syfon. Syfony należały do dobrego tonu – poczęstować gościa w domu wodą sodową to był szczyt elegancji.

W salonie rodzice przyjmowali gości, Basia odrabiała lekcje, tam biło serce domu.

To ja i materialny dowód na to, że mama jednak mnie kochała.

Jola Marcisz, siostra:

Mam pamięć napadową – co mnie emocjonalnie dopadnie, to pamiętam. Był u nas Rysiek, kuzyn starszy o rok od Basi, Basia, ja i Renata – siostra kuzyna. My miałyśmy cztery i pięć lat, oni odpowiednio dziesięć i jedenaście. Hani nie było jeszcze na świecie. Nasi rodzice wybrali się gdzieś wspólnie, a my zostaliśmy sami, zamknięci na klucz. W kilka minut Basia z Rysiem urządzili pod stołem wigwam – w ruch poszły obrusy, koce, prześcieradła, poduszki, bawiliśmy się w Indian. Wygłupialiśmy się okropnie. Obie z kuzynką zostałyśmy związane przez szefów bandy i siedziałyśmy pod tym stołem.

Rodzice tuż przed swoim ślubem byli drużbami na ślubie koleżanki.

To ja i materialny dowód na to, że mama jednak mnie kochała.

Zabawa kwitła w najlepsze, aż w pewnym momencie słyszymy, że samochód wujka zatrzymał się pod oknem. Znaczy się, że są. Popłoch! My jesteśmy związane, w domu bałagan, oni natychmiast zaczęli panikować i biegać w kółko: jadą, są, idą, szybko, szybko, szybko.

Byli tak rozdygotani, że z tych emocji nie potrafili nas rozwiązać, więc obie uderzyłyśmy w płacz, bo skoro jest afera, to trzeba się rozbeczeć. Na szczęście rodzice uznali, że nie poczyniliśmy szkód trwałych, więc obyło się bez lania.

U babci w ogródku z kuzynem. Chyba chcieliśmy brać ślub.

Basia nie przypomina sobie tego, kiedy dostała pierwsze kapcie, bo w domu zawsze chodziło się w butach z powodu zimna. Pamięta za to buty narciarskie. Służyły jej do chodzenia, a nie do jeżdżenia na nartach, których nie miała, bo było jej w tych butach bardzo ciepło. Rano w piecu palił ojciec, po południu, jeśli pierwsza wracała ze szkoły, Basia. Węgiel był naniesiony. Bała się schodzić do piwnicy sama. Co sobotę kartaczem, czyli szczotką ryżową, szorowało się na kolanach podłogi zrobione z desek dębowych. To też był obowiązek Basi.

Karmię kurki u babci w ogródku.

W szkole muzycznej panie uczyły, że ręce to narzędzie pracy muzyka, musi o nie dbać, ale Basia swoimi rączkami czyściła podłogi, myła naczynia, obierała ziemniaki. Instynkt jej podpowiadał, że nie warto zwierzać się z tego szkolnym koleżankom, ale do głowy jej nie przyszło, żeby zaprotestować. W domu nikt się nad tym nie zastanawiał – na wsi jej rodzice pracowali już jako dzieci, więc ich dzieci również musiały pomagać w domu – to było naturalne dziedzictwo. Najstarsza córka Kósków nie czuła się pokrzywdzona z tego powodu.

Kuchnia była czterometrową wnęką uciętą z korytarza, za okno służył świetlik, który wychodził na schody prowadzące na strych. Kuchenka gazowa składała się z dwóch palników, na nich mama gotowała obiady dla całej rodziny. W wielkim żeliwnym zlewie była tylko zimna woda. Żeby umyć naczynia, wodę najpierw się gotowało, potem wlewało do dwóch misek. Zmywała zazwyczaj Basia. W kącie stał prawdziwy piec kuchenny z blachą, na węgiel. Tam raz w tygodniu piekło się chleb i ciasta, a w każdą sobotę grzało wielki gar wody na kąpiel w starej cynowej wannie, która zajmowała miejsce obok pieca.

Na co dzień leżał na wannie blat stołu, na którym wykonywało się wszystkie czynności kuchenne. W sobotę blat był zdejmowany, do wanny wlewano gorącą wodę i po kolei wszyscy się kąpali. Żeby dziewczynki miały ładne, błyszczące włosy, po każdym myciu głowy mama spłukiwała je sokiem z kwaśnej kapusty. Balię i tarę do prania zastąpiła pralka, którą skonstruował ojciec, używając do tego jakiegoś poniemieckiego silnika przywiezionego z obozu pracy we Wrocławiu. Stamtąd też pochodził zegar, który ojciec wymontował z niemieckiej maszyny. Wiele lat odmierzał im czas.

W zimie w ubikacji zamarzała woda w rurach.

*

Dzieci brały aktywny udział w życiu rodzinnym. Każdej jesieni ojciec przywoził z Komorowic worek kapusty. Dawniej na wsi kiszona kapusta miała dużo większe znaczenie, bo ratowała ludzi od głodu na przednówku, który trwał od końca zimy do nowych zbiorów. Jedzono wtedy głównie kapustę z grochem lub kapustę z ziemniakami. Poza tym była naturalnym lekarstwem na różne choroby.

Kiszenie kapusty u Kósków to był rytuał i wydarzenie towarzyskie. Często przyjeżdżały jakieś ciotki ze wsi i pomagały szatkować główki. Szatkownicę stawiało się na dwóch taboretach, pocięta kapusta spadała na czyste prześcieradło, rozłożone pod spodem na podłodze, a następnie warstwami układało się ją w beczce. W międzyczasie ojciec podwijał nogawki i długo moczył nogi w miednicy, w dwóch albo w trzech wodach, potem wchodził do beczki i ubijał kapustę, aż do całkowitego pokrycia powierzchni sokiem. Beczkę zanosił do piwnicy, gdzie gromadzili zapasy na zimę.

To były dziecięce atrakcje.

Basia:

Dom był biedny, w sklepach nic nie było, jedzenie się zdobywało albo przywoziło od rodziny ze wsi, wszystko kręciło się wokół gotowania. Po powrocie ze szkoły musiałam obrać i podgotować ziemniaki, przygotować warzywa. Królowały zupy: kartoflanka, kapuśniak, jarzynowa i krupnik gotowany na kościach. Menu uzupełniały leniwe, śląskie i kopytka. W ciężkich momentach przez cały tydzień jedliśmy ziemniaki z kapustą, w niedzielę podawało się rosół i kurę.

Gotowanie było bogiem i nienawidziłam tego. Obiecałam sobie, że nigdy w życiu nie będę gotowała. Kiedy poszłam na studia główkowałam, co by tu zrobić, ile trzeba zarobić pieniędzy, żeby człowiek mógł codziennie coś zjeść, choćby kilka pierogów, w jakieś stołówce studenckiej lub jadłodajni u pani Stasi na ulicy Mikołajskiej. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że będę uwielbiała gotować, że będę to traktowała jako sztukę, jako spełnienie się, że będę w ten sposób sprawiała przyjemność moim dzieciom, mężowi, że będę Jurka w ten sposób leczyć – powiedziałabym temu komuś, że oszalał, bo nienawidzę gotować!

*

Mieszkanie przy Dzierżyńskiego było niczym tramwaj na głównym szlaku komunikacyjnym. Goście przychodzili o każdej porze, bez konkretnego powodu, nie było żadnych telefonów, nikt się nie zapowiadał, nikt się z nikim nie umawiał. Kiedy człowieka dopadała potrzeba towarzystwa, po prostu wdrapywał się po schodach i pukał do drzwi państwa Kósków.

Ojciec Basi, Stefan, miał dziesięcioro rodzeństwa, a mama Władysława ośmioro. Oprócz jednej cioci Janki, siostry mamy, cała reszta żyła na wsi. Na urodziny, imieniny przychodziło po dwadzieścia pięć osób z jednej strony, dwadzieścia z drugiej, siadało się na czymkolwiek, a kiedy zabrakło miejsca ustawiało się taboret po lewej, taboret po prawej, a przez środek deskę do prasowania. Co było w kuchni do jedzenia wjeżdżało na stół, wszyscy rozmawiali, jedli, śpiewali, bawili się, śmiali.

Zawsze musiałam być najwyżej.

Dla dzieci goście to była ogromna frajda, podstawowa rozrywka. Zabawka. Basia miała jednego miśka, którego pewnego dnia zostawiła w pociągu z Bielska do Komorowic i już nigdy drugiego nie dostała. Ktoś jej przyniósł w prezencie szmacianą lalkę, ale w trakcie zabawy w dom wypadła z okna i jakaś kobieta ją podniosła. Kiedy Basia zbiegła na dół, nie było ani lalki, ani pani. Kolejnej nikt jej nie podarował. Do dzisiaj na widok deseniu w kropki, za każdym razem, robi jej się miękko na sercu, bo pierwsze wiaderko, jakie dostała, było czerwone w białe kropki. Jedyne wiaderko w jej życiu.

Nikt z dorosłych nie rozumiał, co to znaczy, że dziecko się nudzi. Nudzisz się, to zajmij się sobą! Baw się patykiem, łyżką, skrawkami materiałów, to uruchamia wyobraźnię. Tato zaczął uczyć Basię gry w szachy, bo sam był ich pasjonatem, ale mamie niespecjalnie podobała się ta zażyłość między ojcem i córką, czuła się zagrożona. Za każdym razem po kilku minutach nie wytrzymywała i wysyłała męża do sklepu po „coś”, co było nikomu niepotrzebne. Nie dokończyli żadnej partyjki. W końcu ojciec się poddał.

Na co dzień dzieci żyły życiem rodziców, więc jak ktoś przychodził, czuły się fantastycznie, bo można było dostać cukierka, usłyszeć miłe słowo albo zwyczajnie zostać pogłaskanym po głowie.

Wtedy też dzieci odgrywały różne przedstawienia, Basia oczywiście była kierowniczką trupy teatralnej i solistką. Stawała na stole, recytowała Lokomotywę, grała na łyżeczkach, śpiewała. Uwielbiała to robić, bo wszyscy mówili, że jest wspaniała. Oprócz matki.

Kiedy spotkanie się przeciągało, dzieci spały na łóżku małżeńskim, nikt się nie martwił: a może nie zasną, a może się nie wyśpią, a może coś im przeszkadza. Rano szły do przedszkola i do szkoły, to była norma.

W telewizji były dwa programy, ale na wyjątkowe propozycje chodziło się do sąsiadów i oglądało razem: Konkurs Chopinowski, transmisje sportowe, Kobrę. Zasiadało się przy stole, piło się herbatę, piło się wódeczkę, zagryzało, komentowało, kłóciło. Wszyscy oglądali to samo, rozmawiali o tym samym, każdy mógł mieć swoje zdanie – to ich łączyło. Było intensywne wspólne życie, które potem kompletnie ludziom umknęło. Własny telewizor pojawił się w domu Kósków bardzo późno, chyba jak już Basia wyjechała na studia do Krakowa.

Na swoim łóżku małżeńskim mama Basi urodziła dwie młodsze córki.

Basia:

Byłam pięcioletnią dziewczynką, kiedy w domu rodziła się moja siostra Jola. Przez cały poród leżałam obok, w swoim łóżeczku. Mama myślała, że śpię, a ja w końcu usłyszałam, że coś krzyczy. „To” miało inny głos niż mama. Byłam na tyle duża, że wiedziałam, że ma się urodzić dziecko. Oczywiście nie miałam pojęcia jak, nie widziałam tego wszystkiego.

Strasznie chciałam zwrócić na siebie uwagę i zaczęłam się uśmiechać. Do dziś wyraźnie pamiętam tę scenę – oczy miałam zamknięte i wyszczerzone w uśmiechu zęby, żeby mama zobaczyła jak się cieszę. Długo czekałam. Byłam strasznie rozczarowana, że nikt nie zwraca na mnie uwagi.

Mama rodziła z akuszerką – bez udogodnień, bez znieczulenia, na żywca. To było pokolenie wojenne, przeżyło traumę wojny, głód, okrucieństwo Niemców, niepewność życia, śmierć bliskich, strach, lęk. Zapłacili za to straszną cenę.

Sześć lat później, w tym samym łóżku, z tą samą akuszerką, urodziła się Hania. Zdążyłam wyjść na lekcję fortepianu. Wróciłam i już było dziecko. Jakie to były czasy, jakie to były kobiety! Dobra, rodzę dziecko. I już.

Żadna z osób w tym tekturowym samolocie nie uwierzyłaby, że za kilkanaście lat polecę prawdziwym samolotem do Rzymu na spotkanie z najfajniejszą przygodą mojego życia. Odkryję i pokocham Włochy.

Hania:

Basia jest uparta. Bardzo uparta. Silna na pewno. Jak sobie coś umyśli, musi to przeprowadzić. Kiedy się urodziłam, rodzice i moje babcie – jedna miała na imię Maria, to była matka mamy, druga Anna, macocha taty – nadali mi na imię Maria. Kiedy Basia wróciła ze szkoły i usłyszała, że będzie mała Marysia, zaprotestowała:

– To imię mi się nie podoba. Co to w ogóle za imię?! Na pewno nie będę jej tak nazywała. Będę ją nazywała Hania.

Poszłam do szkoły, a tam wszyscy wołają na mnie Marysia. Nagle dowiedziałam się, że mam inne imię. Dla nauczycieli i koleżanek w szkole byłam Marysią, a w domu i na podwórku Hanusią. Miałam rozdwojenie jaźni. Kiedy po latach pojawiali się w domu moi partnerzy, którzy mnie znali jako Marię, a mama się zapędzała i mówiła: „Hania to, Hania tamto”, byli kompletnie zdezorientowani.

I tak zostało do dzisiaj. W domu jestem Hanią, oficjalnie Marią.

To świadczy o tym, jaka Basia była dominująca. Jak jej się coś nie podobało, stawiała na swoim.

Druga klasa podstawówki. No gdzie mogę stać…? W pierwszym rzędzie, oczywiście.

*

W Bielsku-Białej szkoła muzyczna, podstawowa i średnia, mieściły się budynku przy ulicy Schodowej 4, wydzierżawionym od Zgromadzenia Sióstr Szkolnych de Notre Dame, naprzeciwko kościoła św. Marcina. W czasie wojny budynek służył jako szpital dla Niemców, tam pracowała mama Basi, miała przydział przy garach w kuchni. Genius loci.

Rodzice kupili Basi malutkie gęśliki, na których mogła grać, bo na fortepian nie było ich stać. W pierwszej klasie muzycznej podstawówki już umiała zagrać Ave Maria, więc wkrótce bliższa i dalsza rodzina oraz znajomi zapraszali ją na śluby, bo była atrakcją – małe dziecko o wyglądzie aniołka stoi na środku kościoła i gra dla młodej pary solo skrzypcowe.

Za pierwszym razem, kiedy zachwyceni goście jej klaskali, nie wiedziała, jak się zachować, odłożyła więc skrzypce na posadzkę i również zaczęła klaskać.

Z takich występów czerpała mnóstwo przyjemności.

W jednym z najwcześniejszych wyobrażeń z dzieciństwa widziała siebie na wielkiej scenie. Od początku szukała w muzyce takich możliwości, które dawałaby jej satysfakcję. Była za mała, nie ujmowała tego w słowa, nie istniało to w postaci myśli ani nawet domysłów, było raczej czymś w rodzaju mglistego przyciągania.

Gra na skrzypcach okazała się przestrzenią, w której znalazła swoją wolność.

A jednak nie była takim dzieckiem jak Janko Muzykant, który marzył, żeby mieć skrzypce i całymi dniami na nich grać. Bynajmniej. Nie była opętana muzyką. Nieraz złościła się, że koledzy i koleżanki bawią się na podwórku, a ona musi rzępolić w domu. Ale czuła też dumę, że jako jedyna na podwórku potrafi grać na skrzypcach, bo lubiła wyróżniać się z tłumu, więc w emocjach wszystko się wyrównywało. W tamtych czasach dzieci nie robiły tego, co lubiły, tylko to, co kazali im dorośli. Tak miało być i koniec dyskusji.

Ten jeden jedyny raz była dzieckiem swojej epoki, nie buntowała się.

Szkoła muzyczna była dla niej dobrodziejstwem, wybawieniem, szansą na inne życie. W tamtych czasach do szkoły muzycznej chodziły dzieci z tzw. dobrych, inteligenckich domów. Bielska elita. Ona była z rodziny chłoporobotniczej. Mama pochodziła z bogatych chłopów, tato z wiejskiej nędzy. Do pracy w fabryce poszedł na bosaka jako szesnastoletni chłopiec. Ich miejskie życie to była nobilitacja i gigantyczny sukces życiowy.

*

Żyli z zeszytem w ręku. Córka do dziś pamięta jego szaroburą, szorstką okładkę. W środku były porobione rubryki, w których zapisywano, z dokładnością do grosza, wydatki: na tramwaj, na ziemniaki, na książkę dla Hani, na rajtuzy Joli, na masło, na proszek, na papier toaletowy, na prąd. Codziennie wieczorem podkreślało się kolejny dzień, liczyło wydatki i sprawdzało, czy na czymś można zaoszczędzić. Ojciec uwielbiał piwo, ale pozwalał sobie na jedną butelkę raz na miesiąc. Zawsze mówił, że woli za to kupić dla rodziny dwie bułki i dwadzieścia deka pasztetowej.

Matka kierowała rodziną twardą ręką. Mieszanka ambicji i żalu, że sama nie mogła się kształcić, była jej motorem napędowym, pchała do przodu, zapewniła awans społeczny i towarzyski.

To była jej, mamy, zasługa, że po jedenastu latach Kóskowie zamienili zrujnowaną kamienicę na mieszkanie w nowym, solidnym bloku zbudowanym z cegły, gdzie wreszcie była łazienka z ciepłą wodą, kuchnia z prawdziwego zdarzenia, trzy jasne pokoje i wszędzie centralne ogrzewanie.

Tuż po przeprowadzce znalazła pracę w biurze straży pożarnej, siedem minut od domu, i lubiła, kiedy udawało jej się w czasie pracy wyskoczyć do sklepu, zrobić zakupy i zanieść je do domu.

Była świetnie zorganizowana, tego Basia nauczyła się od niej.

Zaplatanie tych warkoczy każdego ranka to była tortura.

W szkole, do której Basia chodziła, mamy wysilały się, żeby ich córki dobrze wyglądały. Mama Basi nie spała po nocach, tylko ją obszywała, żeby broń Boże córka nie odstawała od koleżanek, nie była gorsza. Kiedy dwie dziewczynki, córki z zamożniejszych domów, przyszły w niebieskich, ślicznych płaszczykach, poruszyła niebo i ziemię, żeby zdobyć kawałek niebieskiego materiału i uszyła Basi płaszczyk według tego samego kroju.

*

Fakt, że Basia poszła do szkoły muzycznej, wzbudził w całej rodzinie ogromne emocje i burzliwe komentarze. To była taka fanaberia, że koniec świata. Całe ich środowisko żyło inaczej. Dla jej licznych ciotek, wujków i stryjów szczytem marzeń było to, żeby własne córki wydać za mąż, potem jakoś już sobie poradzą, a synom dać kawałek ojcowizny, żeby postawili dom. To był cel, punkt honoru. Racja istnienia.

Władysława, mama Basi, od swojej matki również dostała kawałek pola, ale zamiast wybudować dom, powiedziała:

– Będę moje córki kształcić.

Sama skończyła siedem klas szkoły podstawowej i nigdy się z tym nie pogodziła. Rozpierała ją ambicja, chęć wybicia się, pragnienie awansu społecznego. Ona jedna z całej rodziny miała takie samozaparcie, żeby cały czas piąć się w górę.

Uważała, że jedyną wartościową rzeczą, jaką może dać córkom, bo nie miała pieniędzy, jest wykształcenie.

Dla reszty rodziny to była abstrakcja. Żeby wszystkie córki stu-dio-wa-ły? Nikt wcześniej na wsi nie widział takiej ekstrawagancji. Pukali się w głowę, mówili za plecami i prosto z mostu:

– Tak! One się wykształcą, a potem nikt wam nie poda szklanki wody.

Nigdy takiej niewdzięczności nie doznali. Trzy córki miały poczucie, że rodzice zrobili dla nich wysiłek nadludzki, wykształcili je kosztem ogromnych wyrzeczeń.

*

Swoje niespełnione ambicje matka ulokowała w córkach, głównie w Basi, która po mamie odziedziczyła ten sam wewnętrzny nakaz. Musiała być najlepsza i była, nikt jej do tego nie zmuszał.

Basia:

Miałam zakodowane, że zawsze trzeba równać w górę, nigdy w dół. Kiedy dostawałam od losu po głowie, to mnie to nie przygniatało. Z jednej strony fajna jest taka energia, bo napędza sukces, z drugiej wyniszcza emocjonalnie. W pewnym wieku, dość dojrzałym, zrozumiałam, że najważniejszą rzeczą w życiu jest dążenie do równowagi, dobrego balansu w różnych dziedzinach.

Kiedy chodziłam do szkoły muzycznej, ćwiczyło się tylko godzinę dziennie, to wystarczało, były inne wymagania. Dziś świat oszalał, dzieci „hoduje się” na sukces, sławę, karierę, już kilkulatki muszą wygrywać Konkurs Muzyczny Królowej Elżbiety Belgijskiej. Uważam, że to są kretyńskie wymagania, które nie mają nic wspólnego z prawdziwą muzyką, z prawdziwym graniem. Potwornie mnie to denerwuje. Kiedy moje dzieci zaczęły chodzić do szkoły muzycznej, to ja, wiedząc, co to znaczy ćwiczyć, mając realny bagaż mojego zawodu, strasznie się złościłam na ten nadmiar zajęć, ćwiczeń, zadań. Widziałam, że to rodzice wywierają presję na nauczycieli. Na przykład na egzaminie jakaś matka mówiła do mnie:

– Proszę mnie przepuścić w kolejce, bo moje dziecko ma wysoką gorączkę.

– Przepraszam bardzo, ale jak pani dziecko ma wysoką gorączkę, to co ono tu w ogóle robi?

– No, jak to co?! Przecież jest egzamin!

– No właśnie, to TYLKO egzamin, a nie Konkurs Królowej Elżbiety.

Wszelkie dyskusje były jak grochem o ścianę. Z nauczycielami było podobnie – często na dzieciach odbijali swoje zawiedzione nadzieje, niespełnione ambicje. To niebezpieczna postawa, bo nie zawsze myśli się o dzieciach, o ich rozwoju i przyszłości.

Moje dzieci dość szybko skończyły muzyczną edukację. Myślę, że Maciek na tym bardzo fajnie skorzystał. Nie rwał się specjalnie do grania, nie chciało mu się ćwiczyć, ale w liceum spotkał nowego profesora, który potrafił go tak muzycznie uruchomić, że Maciek sam z siebie zaczął grać. Kiedy wracałam z pracy do domu i słyszałam, że on ćwiczy, myślałam: chyba jest chory, trzeba mu gorączkę zmierzyć. To był wyjątkowy, fascynujący nauczyciel, pan profesor Lesław Grzyb. Niestety zbyt szybko odszedł.

*

Nie miałam takich nauczycieli, ale też za moich czasów nie było takiej presji sukcesu. Dawałam sobie radę. Uchodziłam za jedną z najzdolniejszych uczennic w klasie, choć nie ćwiczyłam na skrzypcach godzinami.

Ale byłam wiecznie nienasycona. Po matce.

Moja wnuczka Helenka też taka jest. Jest adorowana, bo ma mnóstwo uroku i wdzięku, ale nie potrafi nasycić się jedną pochwałą. Tej pochwały wystarcza jej na trzy minuty, potem domaga się więcej. Kocha się popisywać – to było też we mnie.

Uwielbiam ją, bo widzę w niej siebie. Ma ten sam niepokój, to dążenie do celu i ten niedosyt.

*

Środowisko w szkole muzycznej w Bielsku-Białej było przeważnie inteligenckie, ale Basia bynajmniej nie czuła się tam jak sierotka Marysia. Wręcz przeciwnie – bardzo dobrze się uczyła, grała solowe recitale, występowała na szkolnych koncertach, jeździła na konkursy wojewódzkie. Niewiele osób z klasy brało w tym udział, więc na forum podstawówki była gwiazdą.

Pasja uwalnia kreatywność, sprawia, że człowiek zaczyna zastanawiać się nad czymś i dzięki temu dostrzega inne możliwości. Pasja pomaga podejmować decyzje dotyczące przyszłości.

Granie na skrzypcach dawało jej poczucie, że jest wyjątkowa, podkręcało ego, wzmacniało motywację.

Koncert szkolny.

Ale na polu emocjonalnym nie do końca była spełniona, bo zawsze chciała zdobyć uznanie mamy, zwrócić jej uwagę. Matka powtarzała, że liczą się tylko piątki. Gdy córka miała same piątki i czwórkę z biologii, widziała tylko tę czwórkę. Cokolwiek zrobiła, dla matki zawsze było mało. Basia buntowała się przeciwko temu, ale podświadomie ten niedosyt matki przerodził się w niej w takie samo niezadowolenie: jeden konkurs to za mało, jedno stypendium to niewiele, jeden kierunek studiów nie wystarczy.

Trzeba ciągle chcieć więcej, ciągle coś zdobywać, nie umiała cieszyć się tym, co już ma, czuła mus pięcia się w górę: coraz wyżej i wyżej. To była między innymi ta motywacja, trochę chora.

Nigdy nie usłyszała od matki żadnej pochwały, nie zobaczyła w jej oczach radości i uznania. Nigdy przy ludziach nie została przez nią pochwalona. Nie wypadało mówić dobrze o własnym dziecku, to taka niby skromność.

*

W liceum Basia jeszcze bardziej wzięła się do roboty, było w tym dużo więcej świadomej pracy. I trochę gorzkich pigułek do przełknięcia. Musiała na przykład zmierzyć się z poważnymi konkursami, porównać z młodzieżą z całej Polski, zanurzyć w pełnej emocji atmosferze ostrej rywalizacji. W podstawówce była przyzwyczajona, że wszystko jest super, a tu nagle nie było super. Po raz pierwszy spotkała rówieśników z Warszawy, Krakowa, Wrocławia, którzy byli muzycznymi indywidualnościami, byli lepsi od niej. Zrozumiała, że na poziomie Bielska wypada wspaniale, na tle Polski niekoniecznie.

Bal w liceum. Wyobrażałam sobie, że tak wygląda motyl.

Zderzyła się z ogromną konkurencją. Z innymi metodami uczenia, innymi wymaganiami, innym światem. To był lodowaty prysznic.

Z pewnego ogólnopolskiego przeglądu młodych skrzypków, gdzie nie poszło jej najlepiej, głównie pamięta nie swoje rozczarowanie i żal, ale też myśl: co mama powie? Jak ona z tym wynikiem wróci do Bielska? Jak się wytłumaczy, że było tak sobie, że nie zdobyła najlepszej punktacji? Bała się, ale w domu nie było połajanki ani słów, że córka ich zawiodła. Dziwne…

Była zawiedziona sama sobą.

Trawiła ją wściekłość, ale szybko odbudowywała się. Takie wyzwania ją dołowały i jednocześnie zagrzewały do wysiłku. Dużo ćwiczyła, ograniczyła towarzyskie spotkania, a przecież był to czas pierwszych sympatii, pierwszych różnorakich fascynacji, pierwszych poszukiwań i przewartościowań.

Z Jerzym Stuhrem spotykali się co tydzień na lekcjach religii.

Zdjęcie w klasie maturalnej. Ja na fortepianie druga z lewej.

Basia:

To były dwa światy. My byłyśmy dziewczynami z elitarnego liceum muzycznego. Arystokratki. Jurek z kolegami chodził do świetnego liceum im. Żeromskiego, gdzie był bardzo wysoki poziom, ale które uchodziło za najbardziej „czerwone” liceum w Bielsku. Kasta nas, artystek, i kasta facetów, którzy popisywali się, że więcej wiedzą. My ich traktowałyśmy z góry, ale ukradkiem zerkałyśmy na nich, głupio chichrając.

Spotykaliśmy się w salkach parafialnych przy kościele św. Marcina. Ksiądz przynosił nam poezję, głównie Gałczyńskiego, czytaliśmy jego wiersze na głos i wydawało się nam, dziewczynom, że to są Himalaje poezji.

I tyle się znaliśmy.

*

Jerzy zgodnie z rodzinną tradycją został przyjęty na Uniwersytet Jagielloński, na polonistykę, i wyjechał do Krakowa. Basia została w Bielsku, bo liceum muzyczne było pięcioletnie. Przed maturą zaczęła poważnie zastanawiać się nad tym, czy pójść na skrzypce, czy wybrać studia lingwistyczne, bo miała smykałkę do języków obcych. Wybrała Akademię Muzyczną.

To był 1966 rok. Młodzież nie miała takiej świadomości jak dzisiaj. Jej wyobrażenia były na wyrost, na studiach musiała je troszeczkę skorygować.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Basia. Szczęśliwą się bywa Steczkowscy. Miłość wbrew regule Jak ja to robię Stuhrmówka, czyli gen wewnętrznej wolności. Maciej Stuhr w rozmowie z Beatą Nowicką 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002