Pierwsze wrażenia

Pierwsze wrażenia

Autorzy: Curtis Sittenfeld

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 20.90 zł

Współczesna wersja Dumy i uprzedzenia: Liz zbliża się do czterdziestki. Jest dziennikarką i mieszka w Nowym Jorku, tak jak jej siostra Jane, instruktorka jogi. Kiedy u ich ojca lekarze podejrzewają poważną chorobę, kobiety wracają do rodzinnego domu w Cincinnati. Odkrywają, że ich posiadłość w stylu Tudorów, w której dorastały, popadła w ruinę, a rodzina w rozpacz.

 

Najmłodsze siostry Kitty i Lydia są zbyt zajęte treningami CrossFit i dietami Paleo, aby poszukać pracy. Mary, siostra średnia, właśnie zdobywa on-line swój trzeci tytuł magistra i ledwo wychodzi z pokoju, za wyjątkiem tych tajemniczych wtorkowych nocnych eskapad, o których nie chce opowiadać. Pani Bennet myśli tylko o jednym: jak wydać córki za mąż, a zwłaszcza Jane, której czterdzieste urodziny zbliżają się wielkimi krokami.

 

Wtedy pojawia się Chip Bingley, przystojny lekarz, który niedawno wystąpił w telewizyjnym reality show Kawaler do wzięcia. Podczas grilla z okazji Dnia Niepodległości Chip spotyka Jane, która zaczyna go bardzo interesować. Jego przyjaciel natomiast, neurochirurg Fitzwilliam Darcy nie wydaje się już tak czarujący, jak kolega. Szczególne obiekcje ma wobec niego Liz. Jednak pierwsze wrażenia mogą okazać się zwodnicze…

Tytuł oryginału: ELIGIBLE

Copyright © 2016 by Curtis Sittenfeld. All rights reserved.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia na okładce: Postać kobiety: peterkocherga (fotolia.pl)

Miasto: greens87 (fotolia.pl)

Zdjęcie autorki: © Josephine Sittenfeld

Redakcja: Magdalena Stec

Korekta: Iwona Wyrwisz

Pierwsze zdanie Dumy i uprzedzenia Jane Austen zamieszczone na froncie okładki w przekładzie Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej.

ISBN: 978-83-8110-439-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Motto

Część I

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Rozdział 77

Rozdział 78

Rozdział 79

Rozdział 80

Rozdział 81

Rozdział 82

Rozdział 83

Rozdział 84

Rozdział 85

Rozdział 86

Rozdział 87

Rozdział 88

Rozdział 89

Rozdział 90

Rozdział 91

Rozdział 92

Rozdział 93

Rozdział 94

Rozdział 95

Rozdział 96

Rozdział 97

Rozdział 98

Rozdział 99

Rozdział 100

Rozdział 101

Rozdział 102

Rozdział 103

Rozdział 104

Rozdział 105

Rozdział 106

Rozdział 107

Rozdział 108

Rozdział 109

Rozdział 110

Rozdział 111

Część II

Rozdział 112

Rozdział 113

Rozdział 114

Rozdział 115

Rozdział 116

Rozdział 117

Rozdział 118

Rozdział 119

Rozdział 120

Rozdział 121

Rozdział 122

Rozdział 123

Rozdział 124

Rozdział 125

Rozdział 126

Rozdział 127

Rozdział 128

Rozdział 129

Rozdział 130

Rozdział 131

Rozdział 132

Rozdział 133

Rozdział 134

Rozdział 135

Rozdział 136

Rozdział 137

Rozdział 138

Rozdział 139

Rozdział 140

Rozdział 141

Rozdział 142

Rozdział 143

Rozdział 144

Rozdział 145

Rozdział 146

Część III

Rozdział 147

Rozdział 148

Rozdział 149

Rozdział 150

Rozdział 151

Rozdział 152

Rozdział 153

Rozdział 154

Rozdział 155

Rozdział 156

Rozdział 157

Rozdział 158

Rozdział 159

Rozdział 160

Rozdział 161

Rozdział 162

Rozdział 163

Rozdział 164

Rozdział 165

Rozdział 166

Rozdział 167

Rozdział 168

Rozdział 169

Rozdział 170

Rozdział 171

Rozdział 172

Rozdział 173

Rozdział 174

Rozdział 175

Rozdział 176

Rozdział 177

Rozdział 178

Rozdział 179

Rozdział 180

Rozdział 181

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Samuela Parka, mojego cudownego przyjaciela i wielbiciela Jane Austen

Gdy nadejdzie koniec świata, chcę być w Cincinnati. Oni tam są zawsze dwadzieścia lat do tyłu.

MARK TWAIN

Część I

Rozdział 1

Kiedy Chip Bingley sprowadził się do Cincinnati, wszyscy już od dawna wiedzieli, że szuka żony. Absolwent Dartmouth College i Harvard Medical School, potomek Bingleyów z Pensylwanii, którzy w dwudziestym wieku zbili majątek na instalacjach hydraulicznych, dwa lata wcześniej wziął udział, podobno niechętnie, w przygotowanym z rozmachem reality show Dobra partia. Przez osiem tygodni jesienią 2011 roku dwadzieścia pięć kobiet stanu wolnego mieszkało w wielkim domu na ranczu Cucamonga w Kalifornii i rywalizowało o serce Chipa. Jeździły z nim pograć w blackjacka w Las Vegas i skosztować win w winnicach Napa Valley, walczyły ze sobą, szkalowały się nawzajem w jego obecności i nie tylko. Na koniec każdego odcinka Chip każdą z kobiet całował albo w usta, co oznaczało, że będzie ona uczestniczyć w dalszej walce, albo w policzek, co znaczyło, że niezwłocznie wraca do domu. W ostatnim odcinku, gdy na placu boju pozostały już tylko dwie kobiety – Kara, dwudziestotrzyletnia wielkooka blondynka o kręconych włosach, była cheerleaderka z college’u, nauczycielka drugiej klasy z Jackson w stanie Missisipi, i Marcy, dwudziestoośmioletnia dwulicowa, ale ponętna brunetka, asystentka stomatologiczna z Morristown w stanie New Jersey – Chip zapłakał rzewnie i odmówił oświadczania się którejkolwiek z nich. Oznajmił, że obie są nadzwyczajne, oszałamiające, inteligentne i wyrafinowane, ale z żadną nie czuje – jak to określił – „pokrewieństwa dusz”. W tyradzie, którą następnie wygłosiła na antenie Marcy, wypikano niemal wszystkie słowa, aczkolwiek wypikanie nie zdołało zatuszować jej furii.

– Chcę, by poznał nasze dziewczęta nie dlatego, że wziął udział w tym głupim programie – powiedziała pani Bennet do męża przy śniadaniu w czerwcowy poranek. Bennetowie mieszkali przy Grandin Road, w Tudor: wielkim domu o ośmiu sypialniach w Hyde Parku, dzielnicy Cincinnati. – W ogóle tego nie oglądałam. Ale Chip Bingley studiował w Harvard Medical School, mówiłam ci?

– Coś tam napomknęłaś – odrzekł pan Bennet.

– Po tym wszystkim, przez co przeszliśmy, nie miałabym nic przeciwko lekarzowi w rodzinie. Możesz to nazywać wyrachowaniem, ale ja bym raczej powiedziała, że to spryt.

– Wyrachowanie? Ty i wyrachowanie?!

Pięć tygodni wcześniej u pana Benneta przeprowadzono pilną operację wszczepienia bajpasów; gdy stan jego zdrowia poprawił się w stopniu znacznym, wystarczyło poczekać zaledwie kilka dni, by wrócił do swojej typowej zgryźliwości.

– Chip Bingley nawet nie chciał brać udziału w Dobra partia – przypomniała pani Bennet. – To siostra go zgłosiła.

– A więc reality show niezbyt się różni od Nagrody Nobla – skonstatował pan Bennet. – Jedno i drugie wymaga nominacji.

– Ciekawe, czy Chip wynajmuje mieszkanie, czy też kupił coś na własność – rozważała pani Bennet. – Można by z tego wywnioskować, jak długo zamierza zostać w Cincinnati.

Jej małżonek odłożył swój tost.

– Jeśli wziąć pod uwagę, że to dla nas obcy człowiek, twoje zainteresowanie szczegółami jego życia wydaje się nadmierne.

– Nie użyłabym słowa „obcy”. Pracuje na oddziale ratunkowym Christ Hospital, a więc Dick Lucas na pewno go zna. Chip posługuje się piękną, poprawną angielszczyzną, nie jak ci pospolici młodzi ludzie, którzy zwykle występują w telewizji. I jest bardzo przystojny.

– Mówiłaś chyba, że nie widziałaś tego programu na oczy.

– Któregoś razu obejrzałam kilka minut, jak dziewczęta oglądały. – Pani Bennet zerknęła z irytacją na męża. – Nie powinieneś się ze mną spierać. To ci nie służy. Tak czy owak, Chip mógł robić karierę w telewizji, ale postanowił wrócić do medycyny. No i wiadomo, że pochodzi z bardzo przyzwoitej rodziny. Fred, naprawdę uważam, że jego przeprowadzka właśnie teraz, gdy Jane i Liz są w domu, wróży odmianę naszej kłopotliwej sytuacji. – Od ponad dziesięciu lat dwie najstarsze spośród pięciu Bennetówien mieszkały w Nowym Jorku. Kierowane troską o ojcowskie zdrowie zjechały czym prędzej do Cincinnati, aczkolwiek nie na długo.

– Moja droga – rzekł pan Bennet – skoro już ta marionetka z funduszem powierniczym i dyplomem lekarskim Harvardu przeniosła się tutaj, to na pewno tylko po to, by poślubić jedną z naszych córek.

– Możesz sobie ze mnie żartować, ale zegar tyka. Oczywiście po Jane nie widać, że w listopadzie skończy czterdziestkę, jednak każdy mężczyzna, który wie, ile ona ma lat, głęboko się zastanowi, co się z tym wiąże. A Liz jest od niej niewiele młodsza.

– Mnóstwo mężczyzn nie chce mieć dzieci. – Pan Bennet upił łyk kawy. – Ja sam nadal nie jestem przekonany do tej idei.

– Kobieta po czterdziestce, owszem, może mieć dzieci. Nie jest to jednak tak łatwe, jak wmawiają nam media. Córka Phyllis i Boba przeszła przez rozmaitej maści procedury adopcyjne i ostatecznie dostała się jej mała Ying z Szanghaju. – Pani Bennet wstała i zerknęła na swój owalny złoty zegarek. – Zadzwonię do Helen Lucas, zapytam, czy może zorganizować jakieś spotkanie zapoznawcze z Chipem.

Rozdział 2

To pani Bennet zawsze odmawiała modlitwę przed rodzinnym obiadem – uwielbiała anglikańskie modlitwy do posiłku. Tego wieczoru, ledwie słowo „amen” spłynęło z jej ust, a oznajmiła z niepowstrzymanym entuzjazmem:

– Lucasowie zaprosili nas na Czwartego Lipca!

– Na którą? – spytała Lydia, najmłodsza, dwudziestotrzyletnia Bennetówna. – Bo my z Kitty mamy już plany.

– Żadne fajerwerki nie zaczynają się przed zmrokiem – zauważyła trzydziestoletnia Mary.

– Jesteśmy zaproszone na przyjęcie w Mount Adams – wpadła jej w słowo Kitty. Dwudziestosześcioletnia Kitty i wiekiem, i usposobieniem była najbliższa Lydii, inaczej jednak niż w typowym rodzeństwie, to ona podążała za młodszą siostrą i była przez nią sprowadzana na manowce.

– Ale nie powiedziałam wam jeszcze, kto przyjdzie na barbecue. – Pani Bennet promieniała u szczytu ciemnego dębowego stołu w kuchni. – Chip Bingley!

– Beksa do wzięcia?! – spytała Lydia. I dodała przy wtórze chichotu Kitty: – W życiu nie widziałam, żeby jakakolwiek kobieta płakała tak strasznie jak on w ostatnim odcinku.

– Co to jest beksa do wzięcia? – spytała Jane.

– Och, Jane – jęknęła Liz. – Taka niewinna i dziewicza. Słyszałaś o reality show Dobra partia, prawda?

Jane spojrzała niechętnie.

– Chyba tak.

– No więc Chip Bingley wziął w nim udział kilka lat temu. Wystąpił w roli faceta pożądanego przez dwadzieścia pięć kobiet.

– Pewnie żadna z was nie wyobraża sobie przerażenia mężczyzny, który ma do czynienia z taką przewagą liczebną – włączył się pan Bennet. – Ja często płaczę, choć was jest tylko sześć.

– Dobra partia to program poniżający kobiety – powiedziała Mary.

– Twoja opinia w ogóle nas nie zaskakuje – odparła Lydia.

– Ale w co drugim sezonie występuje kobieta i dwudziestu pięciu mężczyzn – przypomniała Kitty. – To równouprawnienie.

– Mężczyźni nigdy się tak nie upokarzają jak kobiety – rzuciła Mary. – One są takie zdesperowane.

– Chip Bingley studiował w Harvard Medical School – powiedziała pani Bennet. – To nie jest jakiś nieokrzesany hollywoodzki gwiazdor.

– Mamo, jego gwiazdorzenie to jedyny powód, dla którego budzi takie emocje w Cincinnati – odezwała się Liz.

– Wiedziałaś, że on tu jest? – spytała ją Jane.

– A ty nie?

– Mamo, jak sądzisz, która z nas mu się spodoba? – spytała Lydia. – On jest stary, prawda? Więc pewnie Jane.

– No dzięki – burknęła Jane.

– Ma trzydzieści sześć lat – odrzekła pani Bennet. – A więc jest odpowiednią partią dla Jane albo Liz.

– A dlaczego nie dla Mary? – spytała Kitty.

– Mam wrażenie, że nie jest w jej typie.

– Ponieważ Mary jest lesbijką, a on nie jest kobietą – wyjaśniła Lydia.

Mary zgromiła ją wzrokiem.

– Przede wszystkim nie jestem lesbijką. Ale gdybym nawet była, wolałabym być lesbijką niż socjopatką.

Lydia uśmiechnęła się z wyższością.

– Nie masz wyboru.

– Czy wy to słyszycie?! – Mary odwróciła się do matki siedzącej u szczytu stołu, a potem do ojca zajmującego miejsce po przeciwnej stronie. – Z Lydią jest coś mocno nie tak.

– Żadnej z was nic nie dolega – odparła pani Bennet. – Jane, jak się nazywa to warzywo? Ma niezwykły smak.

– To szpinak. Udusiłam go.

– Ściśle rzecz biorąc – zauważył pan Bennet – każdej z was coś dolega. Jesteście dorosłe i powinnyście już pójść na swoje.

– Tato, przyjechałyśmy do domu z troski o ciebie – zauważyła Jane.

– Już jestem zdrów. Wracaj do Nowego Jorku. Ty też, Lizzy. Jako jedyna sama się utrzymujesz i, nie przypadkiem, jako jedyna masz prawdziwą pracę, więc siostry powinny brać z ciebie przykład. Tymczasem one cię ściągają do swojego poziomu.

– Jane i Lizzy wiedzą, jak ogromne znaczenie ma mój uroczysty lunch – wtrąciła pani Bennet. – Dlatego jeszcze nie wyjechały.

Wydarzenie, o którym mówiła pani Bennet, to coroczny lunch charytatywny na rzecz Ligi Kobiet w Cincinnati, w tym roku mający się odbyć w drugi czwartek września. Choć pani Bennet wstąpiła do Ligi jako dwudziestoparolatka, dopiero teraz, po raz pierwszy od tamtego momentu, weszła w skład komitetu organizacyjnego i – jak często przypominała członkom rodziny – niebywała presja i odpowiedzialność wiążące się z tą rolą uniemożliwiały jej, oczywiście ku jej wielkiemu ubolewaniu, zajmowanie się rekonwalescencją męża.

– A więc barbecue u Lucasów rozpoczyna się o szesnastej – podjęła. – Lydio, Kitty, macie mnóstwo czasu, żeby do nas dołączyć i zdążyć na swoje przyjęcie przed pokazami fajerwerków. Oprócz Chipa Bingleya Helen Lucas zaprasza innych młodych ludzi ze szpitala, a więc szkoda by było, żeby was to spotkanie ominęło.

– Mamo, my z Kitty, w przeciwieństwie do naszych sióstr, jesteśmy w stanie same sobie zorganizować chłopców – odparła Lydia.

Pani Bennet spojrzała na męża na drugim końcu stołu.

– Jeśli któraś z naszych córek poślubi lekarza – powiedziała do niego – będę usatysfakcjonowana. Ale jeśli dzięki temu wyniosą się z domu, mój drogi, to ośmielę się zauważyć, że i twoje potrzeby zostaną zaspokojone.

Rozdział 3

W sferze zawodowej pan Bennet miał na koncie niewielkie osiągnięcia – rodzinę utrzymywał dzięki znacznemu, acz kurczącemu się spadkowi – i jego uwagi na temat gnuśności córek mocno trąciły hipokryzją. Niemniej jednak nie można mu było odmówić słuszności. Rzeczywiście, gdyby ktoś postronny zastanawiał się, czym Bennetówny zajmują się całymi dniami, nie dałoby się tego wytłumaczyć w kilku słowach. Nie brakowało im wszak wykształcenia, a wręcz przeciwnie: każda z sióstr od trzeciego do osiemnastego roku życia uczęszczała do szkoły Seven Hills, koedukacyjnej placówki co prawda stawiającej wysokie wymagania, ale też pielęgnującej rodzinną atmosferę. W młodszych klasach uczyły się na pamięć takich piosenek jak Fifty Nifty United States i współpracowały – współpraca w Seven Hills miała pierwszorzędne znaczenie – z koleżankami i kolegami przy potężnych stegozaurach i triceratopsach z papier mâché. W wyższych klasach czytały Odyseję, pomagały przy dorocznym jarmarku Harvest Fair, a także jeździły na szkolne wycieczki do Francji i Chin. Przez cały okres edukacji grały w piłkę nożną i koszykówkę. Sumaryczny rachunek za całą tę postępową i wszechstronną edukację sięgnął ośmiuset tysięcy dolarów. W dalszej kolejności każda z Bennetówien udała się do prywatnego college’u, by później rozpocząć niedochodową pracę, eufemistycznie rzecz ujmując, chociaż w wypadku większości sióstr stosowniej by było sięgnąć po określenie „niedochodowa niby-praca”. Kitty i Lydia pracowały najwyżej po kilka miesięcy w roku, zupełnie się nie angażując emocjonalnie, jako nianie albo ekspedientki w Abercrombie & Fitch czy Banana Republic w Rookwood Pavilion. Z domu rodzinnego również wyprowadzały się jedynie na krótko, eksperymentując z niby-niezależnością, co zawsze kończyło się dramatyczną kłótnią z byłymi już przyjaciółkami, zerwaniem umowy najmu i pełnym focha transportem dobytku, w koszu na pranie i worku na śmieci, z powrotem do Tudor. W pierwszym rzędzie młodsze Bennetówny absorbowało spożywanie lunchu w Green Dog Café albo w Teller’s, wysyłanie esemesów i oglądanie filmików na smartfonach, a także ćwiczenia fizyczne. Jakiś rok wcześniej Kitty i Lydia wstąpiły w szeregi wyznawców crossfitu – był to intensywny reżim siłowy i kondycyjny, który obejmował podnoszenie ciężarów i girii, ćwiczenia z linami, niejasne akronimy, wystrzeganie się wszelkich pokarmów z wyjątkiem mięsa i eksponowanie drwiącego poczucia wyższości wobec słabych i nieoświeconych mas, które nadal wierzyły, że jogging jest wystarczającym treningiem, a bajgiel – akceptowalnym śniadaniem. Naturalnie wszyscy Bennetowie oprócz Kitty i Lydii należeli do nieoświeconych mas.

Mary tymczasem robiła swoje trzecie studia magisterskie online, tym razem z psychologii. Wcześniej studiowała prawo karne, a także administrację i zarządzanie. Z urody najpospolitsza spośród sióstr, Mary uważała, że mieszkając z rodzicami, dowodzi, iż przedkłada życie umysłowe nad materialne. Poza tym daje wyraz niechęci do marnowania – wszak jej dziecięcy pokój stałby pusty, gdyby go nie zajmowała. Zgodnie z tą logiką Mary naprawdę wzorowo unikała marnowania, ponieważ rzadko kiedy wychodziła ze swojego pokoju. Zamiast jednak ślęczeć nad podręcznikami, siedziała do późna i późno wstawała. Wyjątek stanowiły eskapady we wtorkowe wieczory, ale zapytana o tajemnicze cotygodniowe wyjścia – gdy jeszcze członkowie rodziny o to pytali – odwarkiwała: „To nie wasza sprawa”. Lydia z kolei wówczas sugerowała: „Mityng AA? Lesbijski klub czytelniczy? Lesbijski mityng AA?”.

Jane i Liz zawsze miały jakąś stałą pracę, ale poczucie finansowego zabezpieczenia w postaci rodzinnego majątku sprawiało, że przedkładały interesy osobiste nad wysokość pensji. Jane była instruktorką jogi. Posada ta może pozwoliłaby jej na opłacenie czynszu w mieście typu Cincinnati, ale nie na Manhattanie, a już na pewno nie na Upper West Side, które od piętnastu lat nazywała domem. Liz również spędziła trzecią i czwartą dekadę swego życia w Nowym Jorku, lecz aż do ostatniej przeprowadzki do Cobble Hill na Brooklynie na ogół mieszkała z dala od centrum, w obskurnych budynkach bez windy. Wyjątek stanowiło lokum na rogu Siedemdziesiątej Drugiej i Amsterdam, które siostry wynajmowały razem krótko po tym, jak Liz skończyła Barnard College pod koniec lat dziewięćdziesiątych, rok po Jane. Chociaż jako współlokatorki nieźle się dogadywały, ten okres dobiegł końca, gdy najstarsza z sióstr zaręczyła się z Teddym, sympatycznym analitykiem funduszy hedgingowych. Wprawdzie panią Bennet niepokoiło to, że jej córka mieszka z mężczyzną przed ślubem, ale wszelkie obawy rozwiał dyplom Cornell i lukratywna posada przyszłego zięcia. Niestety, budząca się w Teddym świadomość, że ciągnie go do innych mężczyzn, ostatecznie wykluczyła stały związek z Bennetówną. Jane utrzymywała jednak dobre stosunki z byłym narzeczonym i dwa, trzy razy do roku razem z Liz umawiała się z nim i jego apetycznym partnerem na brunch.

Z kolei całe dotychczasowe życie zawodowe Liz upłynęło na pracy w redakcjach magazynów. W czasach college’u zajmowała się weryfikowaniem faktów do tygodnika słynącego z przenikliwych tekstów z dziedziny polityki i kultury. Stamtąd przeskoczyła do „Mascary”, miesięcznika dla kobiet, który subskrybowała, odkąd skończyła czternaście lat, skuszona zarówno jego feministycznym profilem, jak i konsekwentnym zajmowaniem się tematem butów i kosmetyków. Najpierw była asystentem redaktora, potem młodszym redaktorem, wreszcie redaktorem artykułów lifestylowych. W wieku trzydziestu jeden lat uświadomiła sobie jednak, że jej pasją jest opowiadanie historii, a nie redagowanie ich, więc została w „Mascarze” autorem niezależnym i do dziś zajmowała to stanowisko. Chociaż za pisanie płacono zwykle mniej niż za redagowanie, Liz uważała, że wykonuje pracę swoich marzeń: stale podróżowała i przeprowadzała wywiady ze znakomitymi, a niekiedy sławnymi osobami. Jej osiągnięcia nie robiły jednak wrażenia na rodzinie. Ojciec wciąż, po tylu latach, udawał, że nie pamięta nazwy miesięcznika. „Jak tam w «Szmince»?” – pytał, albo: „Co nowego w «Makijażu»?”. Mary często mówiła Liz, że „Mascara” propaguje opresyjne i wykluczające standardy piękna. Nawet Lydia i Kitty, które nie miały problemu z opresyjnymi i wykluczającymi standardami piękna, zupełnie nie interesowały się magazynem, prawdopodobnie dlatego, że nie były wielbicielkami ani czasopism, ani książek, czytanie ograniczając do wyświetlaczy swoich telefonów.

Niemniej jednak, choć praca w „Mascarze” nie budziła entuzjazmu Bennetów, właśnie dzięki jej elastycznemu charakterowi Liz mogła pozostać w domu w czasie rekonwalescencji ojca. W podobnej sytuacji znalazła się Jane, która wzięła zwolnienie w szkole jogi, gdzie pracowała. Pięć tygodni temu siostry, bardzo wytrącone z równowagi, udały się do Cincinnati, nie mając pewności, na ile skuteczna okaże się operacja pana Benneta. Zanim stało się jasne, że ten w pełni odzyska zdrowie, Liz i Jane zdążyły się mocno zaangażować zarówno w rekonwalescencję ojca, jak i w codzienne obowiązki domowe: robiły zakupy i dla całej rodziny przygotowywały posiłki „przyjazne dla serca”; na zmianę woziły pana Benneta do lekarzy, w tym do ortopedy, gdyż pan Bennet przy pierwszym incydencie kardiologicznym złamał rękę, przewracając się i spadając ze schodów z podestu piętra. (Wciąż z ręką w gipsie, nie był w stanie prowadzić samochodu). Poza tym zamierzały „odświeżyć” Tudor, który zastały zakurzony i zagracony, aczkolwiek w tej kwestii zrobiły na razie niewiele.

Ich młodsze siostry teoretycznie mogły wykonywać te wszystkie zadania, ale jakoś się do nich nie garnęły. Owszem, incydent kardiologiczny ojca wyprowadził je nieco z równowagi, nie na tyle jednak, by pod jego wpływem zmieniły porządek dnia: dalej zajmowały się crossfitem i niespiesznymi lunchami w restauracjach, podczas gdy Mary nieregularnie wyłaniała się ze swojego pokoju, żeby podejmować próby wciągnięcia członków rodziny w dyskusje o moralności. W kuchni, patrząc, jak ojciec pije napój zawierający otręby babki płesznik – by uporać się ze skutkiem ubocznym zażywania środków przeciwbólowych: zaparciami – oznajmiła, że jej zdaniem rdzenni Amerykanie, którzy postrzegają życie i śmierć jako cykl, stoją na wyższym szczeblu rozwoju niż cywilizacja Zachodu ze swoją skłonnością do kroków heroicznych. W tym momencie pan Bennet wylał resztki napoju do zlewu, rzekł: „Na miłość boską, Mary, zamknij się!”, i wyszedł.

Ciężki los męża niezwykle wstrząsnął panią Bennet – wieczorem tego dnia, gdy przewieziono go do szpitala, wręcz nie mogła wydusić słowa, roniąc łzy na wspomnienie grozy, którą w niej owo wydarzenie wywołało – ale odmówiła pełnienia funkcji pielęgniarki czy szofera, a to z racji licznych obowiązków związanych z planowanym uroczystym lunchem Ligi Kobiet.

– A może byś poprosiła którąś panią z komitetu, by przejęła twoje obowiązki, ty natomiast zajęłabyś się tym w przyszłym roku? – spytała Liz pewnego dnia, gdy jeszcze pan Bennet przebywał w szpitalu.

Matka spojrzała na nią z przerażeniem.

– Dopiero bym się nasłuchała! – odrzekła. – Lizzy, te wszystkie przedmioty wybłagane na aukcję… Tylko ja nad tym panuję.

– W takim razie może stworzysz arkusz kalkulacyjny online, do którego każdy mógłby zajrzeć? – A ponieważ pani Bennet nie radziła sobie biegle z komputerem, córka dodała: – Chętnie ci pomogę.

– To kwestia poza dyskusją. Poza tym to ja jestem odpowiedzialna za rozmowy z florystką i tylko ja wiem, jak robić serwetki z insygniami Ligi. Nie można ot tak przekazywać takich rzeczy, kiedy machina została puszczona w ruch.

– Czy mama w skrytości nienawidzi taty? – spytała Liz następnego ranka, gdy poszły z Jane pobiegać. – Bo moim zdaniem nie daje mu żadnego wsparcia.

– Według mnie ona po prostu nie chce przyjąć do wiadomości, że sytuacja jest poważna – odparła Jane.

Kiedy jednak pan Bennet wrócił do domu, Liz zaczęła się zastanawiać, czy Jane aby się nie myli. Chociaż rodzice nadal wychodzili na wspólne lunche do Cincinnati Country Club, gdy tylko pan Bennet odzyskał siły, generalnie w Tudor każde z nich wiodło osobne życie. Ojciec prawie już nie korzystał z małżeńskiej sypialni; spał na wąskim łóżku w swoim gabinecie na piętrze, a to rozwiązanie obowiązywało jeszcze przed jego hospitalizacją. Gdy Liz spytała Mary, jak długo to trwa, ta ściągnęła brwi i odpowiedziała: „Od pięciu lat? Zresztą nie wiem… może od dziesięciu?”.

Konsternację Liz podsycił fakt, że chociaż doktor Morelock dobitnie podkreślał, że pan Bennet musi koniecznie przejść na dietę ubogą w czerwone mięso, sól i alkohol, pani Bennet powitała męża w domu szkocką i cheetosami, na obiad zaś zaserwowała stek. Gdy nazajutrz jako danie główne podano rostbef, Liz dyskretnie zasugerowała matce, że może rozważyłaby ugotowanie kurczaka albo łososia.

– Przecież Kitty i Lydia lubią wołowinę, ponieważ to dieta jaskiniowców – zaprotestowała pani Bennet.

– Ale tata miał zawał.

Odtąd co wieczór Liz i Jane na zmianę przygotowywały posiłki. Uzgodniły również, że pozostaną w Cincinnati aż do weekendu po lunchu Ligi Kobiet. Liz nie sądziła, by po tym terminie matka zapewniła mężowi opiekę. Raczej zakładała, że skoro ojciec do tego czasu pozbędzie się gipsu i podejmie – a może i ukończy – fizjoterapię, to zapewne siądzie na powrót za kierownicą i zdoła sam o siebie zadbać.

Rozdział 4

– Zatrąb, żeby twoja matka wiedziała, że czekamy – zaproponował pan Bennet. Liz siedziała za kierownicą lexusa pani Bennet, obok niej miejsce zajął ojciec, a z tyłu Jane, i całą trójką czekali na wielkim podjeździe Tudor, by wyruszyć na barbecue u Lucasów.

– Już wie – odrzekła Liz. Pan Bennet wychylił się i lewą ręką, tą bez gipsu, sam wcisnął klakson. – Jezu, tato! – zareagowała Liz. – Trochę cierpliwości.

Bennetowie udawali się do Lucasów aż trzema pojazdami: Lydia i Kitty w mini cooperze tej ostatniej, Mary zaś uparła się, że weźmie swoją hybrydową hondę. „Dzięki temu nie będzie problemu, jeśli tata poczuje się zmęczony i zechce wyjść wcześniej” – powiedziała pani Bennet, gdy wraz z najstarszymi córkami naradzała się w kuchni nad przygotowanym przez Jane nieco smętnym biszkoptem udekorowanym truskawkami i jagodami.

Na podjeździe Liz odwróciła się do ojca.

– Tak się palisz, by poznać słynnego Chipa Bingleya?

– W przeciwieństwie do twojej matki nie przejmuję się, za kogo powychodzicie za mąż ani czy w ogóle powychodzicie za kogokolwiek – odrzekł pan Bennet. – Bóg mi świadkiem, że mnie instytucja małżeństwa do siebie nie przekonała.

– Urocze stanowisko. – Liz poklepała ojca po kolanie. – Dziękuję, że się nim podzieliłeś.

W tylnych drzwiach ukazała się pani Bennet.

– Jeszcze minutka! – zawołała podenerwowana, po czym zniknęła, zanim zdążyli zareagować.

Liz spojrzała w lusterku na siostrę.

– A może ty wypatrujesz chwili, gdy poznasz Chipa?

Jane patrzyła za okno; zachowywała się tak spokojnie, że czasami trudno było odróżnić, czy jest zdenerwowana czy po prostu zadumana. Tak czy owak, przekomarzanie, któremu oddawali się ojciec i Liz, nigdy nie było jej ulubioną rozrywką.

– Pewnie tak – odparła, kiedy pani Bennet w końcu wyszła z domu.

– Jakże miło, że postanowiłaś do nas dołączyć! – zawołał pan Bennet przez otwarte okno.

Liz uruchomiła silnik, gdy tylko matka wsunęła się na tylną kanapę.

– Telefon zadzwonił – wyjaśniła pani Bennet. – Ginger Drossman zaprasza nas na brunch. To mi zajęło tyle czasu. – Wychyliła się do przodu; na jej twarzy odmalowała się głęboka troska. – Liz, na pewno jeszcze zdążysz pobiec po spódniczkę.

Dawniej, kiedy Liz miała lat naście i później dwadzieścia parę, taka uwaga by ją zirytowała, ale w wieku trzydziestu ośmiu lat uważała kłótnie z matką o garderobę za absurdalne.

– Nie – odrzekła pogodnie. – Dobrze się czuję.

Choć matka się nie zorientowała, jej szorty były wyjątkowo stylowe, podobnie jak biała bluzka bez rękawów i espadryle.

– Moim zdaniem Liz wygląda ślicznie – odezwała się Jane, gdy wyjeżdżali na ulicę.

Rozdział 5

O ile, technicznie rzecz biorąc, w wypadku Liz i Jane termin „singielka” czy „wolna” rzeczywiście precyzyjnie oddawał stan rzeczy, to w odniesieniu do żadnej z nich nie zdradzał całej prawdy. Po bezowocnym pierwszym narzeczeństwie Jane poznała niejakiego Jeana-Pierre’a Babineaux, wytwornego francuskiego finansistę, i stali się parą na ładnych kilka lat. Choć panna Bennet zakładała, że się pobiorą, rozmowy na ten temat zawsze charakteryzowała nuta słodko-gorzka, którą z perspektywy czasu Jane postrzegała jako swego rodzaju ostrzeżenie. Nie w tym rzecz, że któreś nie pałało do drugiego wielkim afektem. Chodziło raczej o to, że ich sytuacja życiowa była nieporównywalna: on o piętnaście lat starszy, rozwiedziony, był ojcem bliźniąt, dwunastoletnich w chwili, gdy Jane je poznała. Często latał do Paryża, a chociaż Jane raczej nie narzekała na swoje wizyty we francuskiej metropolii, gdzie korzystali z jego mieszkania w szóstej dzielnicy, nie chciała żyć tak daleko od swojej rodziny i na pewno nie na stałe; Jean-Pierre tymczasem ostatecznie zamierzał wrócić do ojczyzny. Co więcej, Jane zdecydowanie chciała urodzić dziecko, a jej ukochany poddał się wazektomii, kiedy bliźnięta miały dwa lata.

Choć odwlekali ostateczne zerwanie i byli nim zdruzgotani, to jednak rozstali się z godnością. W wieku trzydziestu siedmiu lat Jane po raz kolejny została singielką i tak to trwało od dwóch lat. Wkrótce po trzydziestych dziewiątych urodzinach, w następstwie skrupulatnych rozważań wielu anonimowych kandydatów, ubrana w szpitalną koszulę najstarsza z Bennetówien położyła się w pozycji ginekologicznej w klinice przy Wschodniej Pięćdziesiątej Siódmej, czekając, aż do jamy jej macicy zostanie cewnikiem wprowadzone nasienie dawcy. Chociaż Jane zastosowała się do wszystkich zaleceń, by stworzyć warunki korzystne do zapłodnienia – przestała pić alkohol, spała po osiem godzin i codziennie medytowała – nie doszło do niego. I nie doszło do niego jeszcze kilka razy. To niepowodzenie co prawda nie odbiegało od normy – niewiele kobiet poddających się inseminacji nasieniem anonimowego dawcy odnosiło natychmiastowy sukces – ale rezultat był zniechęcający, zabieg kosztowny, a żadnego z comiesięcznych tysiącdolarowych obciążeń nie zrefundowano z ubezpieczenia Jane. Przewidując brak aprobaty rodziców, nie zwierzyła im się ze swoich starań, więc nie dostawała żadnych dodatkowych środków (pan Bennet opłacał tylko bezpośrednio jej czynsz). Tak więc po raz pierwszy w dorosłym życiu Jane zaczęła omijać knajpki, rezygnowała z fryzjera i stroniła od ulic, przy których stały jej ulubione butiki z szykownie skrojonymi spódnicami ołówkowymi po czterysta dolarów i gustownymi swetrami po trzysta. Miała świadomość, że te wyrzeczenia wedle standardów większości ludzi nie oznaczają nędzy, ale w głębi duszy boleśnie odczuwała oszczędności.

Tylko z Liz omawiała swoje starania o dziecko. Ginekolog sugerował, by powiedziała o tym rodzicom jeszcze przed pierwszą inseminacją, ale Jane pomyślała, że jeśli nie zdoła zajść w ciążę, to czeka ją podwójna kara: komedia w wykonaniu matki i brak dziecka. A ciągle miała nadzieję na zamążpójście, chociaż małżeństwo nie należało już do jej priorytetów.

W przeciwieństwie do siostry, Liz wolałaby uniknąć macierzyństwa. Skoro spotykała się z żonatym mężczyzną, wydawało się to logiczne, ale nawet ona nie umiałaby powiedzieć, czy te okoliczności zbiegły się przypadkiem, czy były podświadomym planem. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych Liz i Jasper Wick zaczęli pracę w dziale weryfikacji faktów prestiżowego magazynu i zaprzyjaźnili się: uśmiechali się pod nosem, gdy redaktor pochodzący z Delaware wymawiał memoir z francuska „memła”, kilka razy zjedli lunch w taniej tajskiej knajpie i zwykle pomagali sobie nawzajem, kiedy sprawdzali fakty do trudniejszych artykułów. (Zaczynali pracę, używając komputerów z kulejącym połączeniem z internetem, gdy jeszcze weryfikacja oznaczała wizyty w bibliotece albo niespokojne czekanie na oddzwonienie).

Kiedy się poznali, Jasper był zajęty, zresztą nic dziwnego: miał ciemnobrązowe oczy i niesforne kręcone blond włosy, a do tego był bystry i zuchwały, chłopięcy i uważny. Dzięki doskonałej – w ocenie Liz – proporcji neuroz i lubieżności rozmowa z nim stawała się interesująca, był otwarty na plotki i skory do analizowania zachowań i osobowości bliźnich, a jednocześnie nie przekraczał granicy, za którą mógłby się wydać niemęski. Zdaniem Liz Jasper miał tylko dwie wady: dziewczynę oraz noszony na palcu złoty sygnet Uniwersytetu Stanforda, swojej Alma Mater. Liz nie przejmowała się ani męską biżuterią, ani chełpieniem się uczelnią, lecz faktycznie cieszyła się, że znalazła w Jasperze choć jedną rzecz, którą by zmieniła. To tak, jakby odkryć, że owszem, zapomniałaś coś spakować w podróż, ale są to raptem perfumy, a nie na przykład prawo jazdy.

Początkowo uważała, że ich związek to tylko kwestia czasu. Jasper miał tak silną potrzebę zwierzania się jej z ogromu wyzwań, z którymi mierzył się, chodząc z Sereną, że Liz wyobrażała sobie, że nie musi go do niczego przekonywać. Słyszała z jego ust takie rewelacje jak: „Wiesz, z tobą rozmawiam bardziej otwarcie niż z nią” i „Czasami myślę, że stanowilibyśmy dobraną parę. Przyszło ci to kiedyś do głowy?”. Liz wiedziała na pewno, że tak właśnie brzmiały te słowa, bo chociaż już nie prowadziła pamiętnika, zapisała je, wraz z datą, na kartce A4 i trzymała na szafce nocnej. A gdy wspomniała Jasperowi, że jako małe dziecko mówiła o sobie „Ninny” albo „Nin”, on zaczął się do niej zwracać tym ostatnim zdrobnieniem.

Znała Jaspera już osiem miesięcy, a od siedmiu miesięcy i trzech tygodni się w nim durzyła, gdy w którąś sobotę lutego, w czasie zadymki, poszła z nim pobiegać w Central Parku po kilkunastocentymetrowym śniegu. Tempo Jaspera w połączeniu z zaśnieżonym traktem uczyniły tę eskapadę najbardziej wyczerpującym wysiłkiem fizycznym w życiu Liz. Na czwartym kilometrze skapitulowała. Zatrzymała się, pochyliła, oparła dłonie na kolanach i wydyszała:

– Poddaję się. Wygrałeś.

– Naprawdę? – Jasper był półtora metra przed nią, oglądał się przez ramię i uśmiechał szeroko spod czarnej włóczkowej czapki. – Co dostanę w nagrodę?

„Mnie” – pomyślała Liz.

– Order z ziemniaka – odparła. – I ciepły napój w dowolnej knajpie, która będzie otwarta. – Przyklękła i padła jak kłoda na plecy prosto w śnieg.

Jasper zawrócił i położył się obok niej. Milczeli, płatki śniegu wirowały w powietrzu nad nimi, niebo miało brudnobiały kolor, a śnieg zapewniał im chłodne posłanie. Jasper wytknął język, złapał płatek, ona zrobiła to samo. Zadymka stłumiła wszystkie codzienne odgłosy Manhattanu, a Liz poczuła się bezgranicznie szczęśliwa. Nagle Jasper popatrzył na nią.

– Wczoraj zerwałem z Sereną – powiedział.

Radość, która zapłonęła w sercu Liz… niemal ją przerosła.

– To chyba dobrze. – Miała nadzieję, że zachowuje spokojny ton.

– Tak sądzisz?

– No, bo wydaje mi się, że mieliście sporo problemów.

– Ale ona jest wściekła. Twierdzi, że ją osaczyłem. – Serena nie była ładniejsza od Liz, ale na pewno o wiele bardziej wymagająca i mniej skłonna do kompromisu; to ona zawsze oczekiwała ustępstw i starań o zgodę.

– Ciągle chcesz iść na tę imprezę do Alex czy dasz sobie spokój? – spytała Liz. Koleżanka z pracy wydawała przyjęcie antywalentynkowe, ale gdyby Jasper z niego zrezygnował, mogliby zamówić jedzenie na wynos, obejrzeć film i urządzić sobie wieczór na luzie.

– Pewnie pójdę.

Nagle na twarz Liz padła mokra gruda, która rozbiła się jej na nosie i zasypała oczy i nozdrza.

– Auć! – krzyknęła. – Co to, do cholery?! – Ale już wiedziała. W zasadzie nie miała odruchu, by odwzajemnić się śnieżką, Jasper jednak uśmiechał się z wyczekiwaniem. Jej pocisk odbił się od jego wodoodpornej kurtki na wysokości ramienia.

– Och, Nin. Muszę cię jeszcze tyle nauczyć…

Tamtego wieczoru wyobrażała sobie, że zostaną parą. Za ile tygodni? Sześć, może osiem – tyle powinno wystarczyć, by Jasper przetworzył zerwanie z Sereną, przy czym słowa „przetworzyć” w odniesieniu do własnych emocji Jasper sam używał, inaczej niż wszyscy chłopcy Liz z czasów college’u. Najwyraźniej odrobina „przetwarzania” była niezbędna. Liz nie czuła wewnętrznej potrzeby, by pilnować Jaspera na przyjęciu, więc tym bardziej pękło jej serce, gdy wyszedł z Natalie, siostrą gospodarza, studentką trzeciego roku Uniwersytetu Nowojorskiego.

Odreagowuje, powiedziała sobie. To naturalne i lepiej jak najszybciej mieć ten etap za sobą. Na pewno to, co było oczywiste dla Liz – i dla innych też, bo nawet jedna starsza redaktorka w magazynie szepnęła jej: „Tworzylibyście taką uroczą parę z Jasperem Wickiem” – stanie się wkrótce takie i dla Jaspera.

Niestety, Jasper i Natalie chodzili ze sobą przez dwa lata, a już po kilku tygodniach ich związku Liz wróciła do zwyczajów z epoki Sereny: umawiała się z Jasperem na lunche, sporadycznie z nim biegała, on sprawdzał na niej swoje pomysły – redagowała i korygowała artykuły, które on cyzelował w nadziei, że dostanie zlecenie na artykuł okładkowy – ale była też jego powiernikiem, pomagała mu przeprowadzić analizę jego trosk co do niedojrzałości Natalie albo rozłożyć na czynniki pierwsze jego irytację na współlokatora, który po pijaku zjadł należące do Jaspera tortille czy wyżarł całe masło orzechowe. Raz, gdy Natalie była u rodziców w Phoenix, wypili sporo piw w środowy wieczór w spelunce niedaleko Times Square i Liz, nie mogąc już tego dłużej znieść, wypaliła:

– Ale co z nami?! Myślałam, że będziemy parą!

Jasper wydawał się niebywale zaskoczony.

– A chcesz tego?

– No pewnie, że chcę!

– Ja w jakimś stopniu też – rzekł głosem raczej zbolałym niż uwodzicielskim – ale to by było na poważnie, a nie wiem, czy jestem na to gotowy. Nie chcę ryzykować, że stracę tak ważnego przyjaciela.

Wyszli z baru, a zanim się pożegnali w Port Authority, stali na rogu Czterdziestej Drugiej i Siódmej Alei i dalej rozmawiali. Zawsze mieli nieprzebrane zasoby tematów do omówienia, przeanalizowania, wykpienia i przywołania. Był wietrzny marcowy wieczór. Kosmyki brązowych włosów Liz wydostały się z jej kucyka i muskały czoło i policzki.

– Twoje włosy dzisiaj oszalały – powiedział nagle Jasper.

Zrobił krok w jej stronę z wyciągniętą ręką. Niestety, w tym samym momencie Liz odgarnęła sobie włosy z twarzy, a wtedy Jasper cofnął dłoń i się odsunął. Niezliczone godziny – a może nawet dni i tygodnie – Liz przeklinała siebie za tę niezaistniałą akcję, niedokonany kontakt. Bo jej włosy wcale nie były szalone, często wymykały się spod gumki, więc to oczywiste, że Jasper chciał jej dotknąć, może nawet ją pocałować, może zostać jej chłopakiem i miłością życia. Czy przerwała mu z nawyku? Bo była przeciwna całowaniu cudzych chłopaków? A może w jakiś instynktowny sposób chciała zniweczyć swoje szanse na szczęście?

W wieczór niedotknięcia mieli po dwadzieścia cztery lata. Przez następne sześć ani razu się nie pocałowali. Dwukrotnie spali nawet w jednym łóżku: w domu cioci koleżanki w Sag Harbor i potem w drodze do siostry Jaspera studiującej na Uniwersytecie Virginia. Jasper zmieniał kolejne tymczasowe dziewczyny – po Natalie nastała Gretchen, po Gretchen Elise, po Elise zaś Katherine – a Liz bez entuzjazmu chodziła z jakimiś chłopakami, ale nigdy dłużej niż kilka miesięcy. Jasper szczegółowo wypytywał o tych mężczyzn, a raz, gdy spróbowała randki online, uzgodnili, że on i Elise pójdą na drinka do tego samego baru co Liz ze swoim internetowym kandydatem, tak żeby mogła zdać Jasperowi raport w trakcie. Na etapie planowania pomysł ten wydawał się straszliwie zabawny, w fazie realizacji natomiast okazał się zwyczajnie popierdzielony. Jasper oczywiście nie powiedział nic Elise, udawał, że spotkanie Liz to zbieg okoliczności, Elise najwyraźniej uwierzyła w tę farsę, a Liz nie była pewna, czy to lepiej czy gorzej.

Żadne z nich nie pracowało już wtedy dla magazynu, w którego dziale weryfikacji faktów się poznali, ale Liz ciągle była zatrudniona w tym samym budynku, a Jasper przychodził na lunch do bufetu zaprojektowanego przez słynnego architekta. Przepierzenia z niebieskiego szkła sprawiały, że bufet kojarzył się z rzędami akwariów. Przez wszystkie lata znajomości w żartach robili aluzje, że Jasper pociąga Liz, a ona pociąga jego, choć ewidentnie słabiej. Na przykład po wspólnej wizycie w Guggenheimie, trzymając w ręku bilet wstępu, powiedziała z niekwestionowanym – miała nadzieję – sarkazmem: „Może jeśli wsadzę to na noc pod poduszkę, zakochasz się we mnie”, a on z szerokim uśmiechem odrzekł: „Może”. Rzadziej, ale nadal regularnie, odbywali emocjonalne, podlane alkoholem konfrontacje, zawsze inicjowane przez Liz.

– To bez sensu, że nie jesteśmy parą – rzuciła raz. – Pod niemal wszystkimi względami jestem twoją dziewczyną.

– Strasznie mi ciężko, że przysparzam ci tyle bólu – odrzekł Jasper.

– Jestem idiotką. Każdy, kto mi się przyjrzy, uzna mnie za idiotkę.

– Nie jesteś idiotką – zapewnił. – Jesteś moją przyjaciółką.

Gdyby tylko wtedy dała mu się pogłaskać!

Co pewien czas zrywała z Jasperem. Mówiła: „Nasza przyjaźń jest niezdrowa” – i na krótki czas oddawała się jodze, której nienawidziła, abstrahując od lojalności wobec Jane – ale ich kręgi towarzyskie na tyle się przecinały, że już po tygodniu czy miesiącu wpadali na siebie na imprezie albo na turnieju frisbee i rozmawiali bez końca o wszystkich tych rzeczach, którymi od dawna chcieli się ze sobą podzielić.

Gdy mieli po trzydzieści jeden lat, Jasper obwieścił zaręczyny z Susan, zgrabną i miłą panną z wyższych sfer, partnerką firmy prawniczej. Zdaniem Liz traktował ją równie niejednoznacznie co wcześniejsze dziewczyny. Przy przypadkowym spotkaniu spytał Liz, czy będzie jego drużbą. Widząc jej minę, dodał: „Albo druhną, jak zwał, tak zwał”. Kiedy zaczęła płakać, wydukał: „Co… co się stało?”, ale ona uciekła, zniknęła i nie odzywała się do niego przez pięć lat. Co prawda wciąż nie odrywała od niego wzroku na rozmaitych rautach, ale nie przyszła na jego ślub, nie wspominając o aktywnym udziale w ceremonii.

Którejś soboty wiosną 2011 roku Liz i pewien oboista poznany na randce w ciemno wpadli na Jaspera i Susan na High Line. Jasper prowadził spacerówkę ze śpiącym dzieckiem. Susan ciepło przywitała się z Liz – podobnie jak Elise, Susan zawsze wydawała się nieprawdopodobnie niepodejrzliwa wobec niej, przez co Liz zastanawiała się, jak dokładnie Jasper wyjaśnił istotę ich przyjaźni – i ostatecznie całą piątką poszli na brunch, podczas którego maluch, chłopczyk o imieniu Aidan, obudził się i zaczął krzyczeć wniebogłosy tak, że Liz trochę wybaczyła Jasperowi. W poniedziałek rano napisał do niej mejl: Bardzo się cieszę, że Cię zobaczyłem. Strasznie mi brakuje naszej przyjaźni.

Po wymianie wiadomości spotkali się w tygodniu na lunchu – omówili artykuły, które nad wyraz im się spodobały albo nad wyraz ich rozwścieczyły, a potem Jasper zwierzył się, że odczuwa presję finansową, odkąd Susan postanowiła rzucić karierę prawniczą i zostać w domu z Aidanem. Ostatnie lata najwyraźniej należały do ciężkich: jako noworodek Aidan miał kolki, Susan początkowo źle znosiła karmienie piersią, ale teraz nie chciała z niego zrezygnować i mnóstwo czasu spędzała w internecie, usiłując ustalić, które potencjalnie toksyczne chemikalia znajdowały się w środku czyszczącym użytym do prania wykładziny w holu ich budynku. Tymczasem Jasper bezowocnie trudził się w pracy. Wiedział, że jest w stanie kierować redakcją magazynu – nadal był starszym redaktorem, nie redaktorem wykonawczym, a to właśnie stanowisko standardowo już tylko krok dzielił od stołka redaktora naczelnego – i chętnie wysłucha pomysłów Liz, jakie publikacje ułatwiłyby mu najsprawniejsze pokonanie kolejnych szczebli drabiny zawodowej. Wielki szacunek Jaspera do pomysłów i opinii Liz, wyczekiwanie jej zdania na każdy temat, nawet w kwestii, czy to nie dziwne, że jego żona karmi piersią półtoraroczne dziecko, z jednej strony zdecydowanie Liz pochlebiało, a z drugiej czuła, że nikt nigdy jej tak nie wykorzystał. Miała wrażenie, że gdyby była dostępna taka opcja, Jasper przeciągnąłby przewód pomiędzy jej mózgiem a swoim albo po prostu by przekopiował zawartość jej kory mózgowej.

Kiedy następnym razem spotkali się po tej pięcioletniej przerwie, na drinka, po trzeciej kolejce Jasper oznajmił, że doszli z Susan do bolesnej konkluzji, że ich małżeństwo naturalną koleją rzeczy dobiegło końca, a oni popełnili błąd, wiążąc się ze sobą, choć mieli jak najlepsze intencje. Problem polegał na tym, że gdyby Susan lub ktokolwiek z jej rodzeństwa się rozwiódł, żarliwie katolicka babcia, bogata, złośliwa i zadziwiająco krzepka dziewięćdziesięcioośmiolatka mieszkająca na Upper East Side, wydziedziczyłaby ich, a Aidan nie mógłby chodzić do prywatnej szkoły. I chociaż Jasper i Susan udzielili sobie wzajemnego błogosławieństwa dla związków pozamałżeńskich, będą razem mieszkali, dopóki babcia nie umrze. Po zakomunikowaniu tej informacji Jasper przełknął ślinę, a w jego brązowych oczach błysnęły łzy.

– Zawsze liczyłaś się tylko ty, Nin – rzekł. – Strasznie namieszałem, ale zawsze liczyłaś się tylko ty.

W trakcie tej pięcioletniej przerwy Liz chwilami pozwalała sobie na fantazję, że Jasper pojawia się w jej biurze lub w mieszkaniu – możliwe, że jak w filmie przybiega do niej w deszczu – by niecierpliwie wyznać swą miłość. Może nawet w tym scenariuszu mówił: „Zawsze liczyłaś się tylko ty”. Ale na pewno nie był mężem Susan, oficjalnie czy nie. I na pewno nie był ojcem półtorarocznego dziecka. A jednak, poprzez łagodną mgiełkę trzech wypitych drinków Liz pomyślała, że w takich kompromitujących okolicznościach sytuacja wydaje się bardziej wiarygodna – to nie jest zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Nie musiała się denerwować, że dostaje wszystko, o czym zawsze marzyła.

Poszli do niej i skonsumowali to coś, co było między nimi, ale na pewno nie było to ziszczenie snu – czternaście lat eskalacji emocji i kilka wypitych drinków nie pomogło – choć w sumie było okej i potem, gdy Jasper zasnął, trzymając ją w objęciach, żałowała, że w wieku dwudziestu dwóch lat nie wiedziała, że to się ostatecznie wydarzy. Dwudziestodwuletnia Liz może mniej by była poruszona, gdy czterdzieści minut później Jasper obudził się, wziął szybki prysznic i pognał do żony i dziecka. Ugoda ugodą, lecz wypadała kolej Jaspera, by rano wstać z Aidanem o piątej.

W ciągu tygodnia Jasper jeszcze trzykrotnie odwiedził Liz, z czego dwa razy u niej nocował. Ustalił się pewien rytuał. Minusy tej wersji ich związku były tak jaskrawo oczywiste, że w zasadzie nie zasługiwały na rozpamiętywanie – ponieważ na Manhattanie mieszkali członkowie licznej rodziny Susan lojalni wobec babci, Liz i Jasper musieli zachować dyskrecję, tak więc nie wychodzili razem do restauracji, chyba że spotykali się służbowo. Mogła jednak cieszyć się prawdziwą bliskością, życiem intymnym z kimś, kogo dobrze znała i kto wiele dla niej znaczył, a jednocześnie dalej miała czas, by pracować, biegać, czytać i spotykać się z przyjaciółmi – może nawet miała na to więcej czasu, niż gdy przetrząsała portale randkowe albo spędzała z Jane czy innymi kobietami trzy godziny z rzędu na analizowaniu swojej samotności. Garstka przyjaciółek wiedziała o Jasperze, jej starsza siostra również, ale ich sceptyczne reakcje na tyle odstraszały Liz, że nie próbowała wnikliwiej omawiać niecodziennego układu. Zbyt łatwo można było dojść do wniosku, że Jasper po prostu zdradza żonę.

Pewnego piątkowego wieczoru pod koniec maja, gdy relacja z Jasperem trwała już dwa lata, Liz w mieszkaniu siostry otworzyła przyniesioną butelkę wina, a Jane siekała jarmuż na sałatkę.

– Znowu będę musiała sama pić? – spytała Liz.

– Tworzę przyjazne środowisko maciczne – rzuciła Jane.

– Czyli tak, muszę pić sama.

– Przepraszam. – Jane się skrzywiła.

– Nie przepraszaj. – Liz zdjęła kieliszek z półki. – Płód, który zamieszka w twoim łonie, będzie szczęściarzem. Założę się, że jesteś Ritzem wśród macic. – Podniosła wysoko szkło. – Za reprodukcję! – Jane stuknęła się z nią kieliszkiem wypełnionym wodą, a Liz dodała: – Pamiętasz Sandrę ode mnie z pracy, która trzy lata usiłowała zajść w ciążę? Poszła do akupunkturzystki, a ona… – W jej kieszeni zawibrował telefon. Zastanawiała się, czy to Jasper; najwyraźniej Jane pomyślała o tym samym, bo spytała, nie do końca skrywając dezaprobatę:

– To on?

Ale to nie był on. To była ich siostra Kitty. Liz pokazała wyświetlacz Jane i odebrała:

– Cześć, Kitty, właśnie jestem z Jane.

– Tata… – Kitty najwyraźniej płakała. – Tata jest w szpitalu.

Rozdział 6

Pan Bennet poskarżył się na zgagę, która jego zdaniem wynikała z przyrządzonej przez małżonkę cielęciny po myśliwsku, a pół godziny później wszedł schodami na drugie piętro domu i tam padł, dysząc ciężko. Lydia usłyszała, jak ojciec przewrócił się na podłogę, Mary zadzwoniła po pogotowie i karetka przewiozła go do Christ Hospital.

Po telefonie od Kitty Jane natychmiast odstawiła jedzenie, a Liz w pośpiechu zaczęła szukać lotów. Okazało się jednak, że tego dnia już nic nie leciało do Cincinnati ani z LaGuardii, ani z JFK. Liz zrobiła rezerwację na następny dzień, wróciła do siebie, wrzuciła parę ubrań do walizki i spała niespokojnie przez kilka godzin. O szóstej rano spotkała się z Jane w Terminalu D LaGuardii. Ich ojciec po sześciogodzinnej operacji leżał już zaintubowany i nieprzytomny na oddziale intensywnej opieki medycznej.

Chociaż się obudził i usunięto mu rurę respiratora, nim dwie najstarsze córki prosto z lotniska dotarły do szpitala, wydawał się niepokojąco otumaniony i w szpitalnej piżamie jeszcze drobniejszy niż w swoim codziennym mundurku, na który składały się spodnie khaki, koszula i granatowy blezer. Na widok ojca Liz z trudem powstrzymała łzy, podczas gdy Jane rozpłakała się bez skrępowania.

– Moja kochana Jane… – powiedział pan Bennet, ale nic poza tym; nie pokrzepił ich żadnym żartem. Urządzenia monitorujące jego funkcje życiowe pikały obojętnie.

W szpitalu spędził tydzień. Nazajutrz po operacji przeniesiono go z intensywnej terapii na salę intensywnego nadzoru, a stan jego zdrowia stale się poprawiał. Zmiany na lepsze nie tyle następowały miarowo, co raczej uwidaczniały się nagle – wróciły mu kolory, energia, zgryźliwy humor, wydawało się więc, że naprawdę nic mu nie będzie.

Tymczasem najstarsze Bennetówny szybko zaczęły działać według określonego szablonu. Spały na drugim piętrze, w dwuosobowym łóżku w pokoju, który kiedyś należał do Liz. Nastawiały budzik w komórce na siódmą, wstawały i szły pobiegać, zanim zrobiło się zbyt upalnie: pokonywały szeroki łuk Grandin Road, mijały wzniesienia Cincinnati Country Club, dalej na Madison Road i znowu na Observatory, później długim odcinkiem Edwards Road wspinającym się na pierwsze, łagodne i rozległe wzniesienie, a potem na drugie, o wiele bardziej strome, choć dla odmiany krótkie. Po powrocie zjadały płatki, kolejno brały prysznic, a na koniec naradzały się, jakie zadania czekają je tego dnia.

Z początku przygnębiał je zły stan zdrowia ojca, ale w miarę jak się poprawiał, siostry dostrzegały coraz wyraźniej, że zbudowany w 1903 roku Tudor jest w stanie całkowitej ruiny. Od dwudziestu lat składały w domu trzydniowe wizyty, zwykle z okazji świąt, a teraz Liz uświadomiła sobie, że wówczas matka prawdopodobnie całymi tygodniami szykowała się na ich przyjazd. Tym razem nie przygotowała się wcale, więc na marmurowym stoliku w holu leżały stosy korespondencji, w umywalce łazienki na drugim piętrze wyhodowała się pleśń, na żyrandolach i w rogach sufitów zawisły pajęczyny, a Jane i Liz musiały zająć jeden pokój na spółkę, ponieważ łóżko i większa część podłogi w sąsiedniej sypialni, kiedyś należącej do Jane, zostały zastawione rozmaitymi kartonami – w niektórych znajdowała się wyłącznie folia bąbelkowa, ale inne stały nieotwarte, zaadresowane przez jakiś ekskluzywny dom towarowy do pani Frederickowej M. Bennet. Dzień przed wypisaniem ojca ze szpitala Liz za pomocą scyzoryka otworzyła trzy paczki i znalazła w nich: kremową pluszową poduszkę ozdobną z wyszywanym ananasem, komplet ręczników w kolorze szafirowym z monogramem pani Bennet i dwanaście talerzyków deserowych z yorkshire terrierem (Bennetowie nigdy nie mieli yorkshire terriera, zresztą nie mieli nigdy psa żadnej rasy).

To, że matka przywiązywała dużą wagę do artykułów wyposażenia wnętrz, nie było żadną sensacją. Jeśli już dzwoniła do Liz w Nowym Jorku, to zwykle po to, by zapytać, czy córka nie potrzebuje, dajmy na to, porcelanowego imbryka z motywem liści laurowych, normalnie kosztującego dwieście sześćdziesiąt dolarów, a na wyprzedaży dwieście trzydzieści. Liz niezmiennie odmawiała, w ogóle nie poruszając przy tym kwestii, kto miałby zapłacić za ów imbryk. Z opisu wydawał się uroczy, ale jej i tak brakowało miejsca, a poza tym, o czym musiała przypomnieć matce, niezbyt lubiła herbatę. Kiedyś, przed laty, Liz dała się namówić na przyjęcie w prezencie wielkiego półmiska ze złotą obwódką – „Będziesz miała na uroczyste kolacje!”, oznajmiła radośnie pani Bennet – ale gdy półtora roku później dowiedziała się, że Liz w tym okresie nie wydała ani jednej uroczystej kolacji, nalegała na zwrócenie półmiska. Przesyłka kosztowała ponad pięćdziesiąt dolarów. Tak więc nie, to nie był żaden sekret, że matka lubowała się we wszystkim, co wiązało się z wystrojem wnętrz, ale liczba kartonów w dawnej sypialni Jane w połączeniu z faktem, że tylu z nich w ogóle nie otwarto, nasunęła Liz pytanie, czy aby nie wchodzi tu w grę jakaś patologia.

Tymczasem niemal codziennie Tudor odsłaniał kolejne swoje zaniedbania: cieknące krany, uszkodzone klepki, dobrane według niejasnego klucza żarówki do kinkietów, w dodatku przepalone. W wielu przypadkach, takich jak zaciek o powierzchni metra kwadratowego po wschodniej stronie salonu, Liz nie była w stanie określić, czy to nowa awaria, czy może rodzice i siostry od dawna udają, że nic nie widzą.

Teren o ponadhektarowej powierzchni, należący do posiadłości, przysparzał osobnych kłopotów, a wśród nich szczególnie uciążliwe były nadmierny rozrost sumaka za domem i grzyb na wielkim platanie, pod którym Liz niegdyś urządzała pikniki dla swoich lalek. Na ile zdołała się zorientować, ojciec od pewnego czasu kosił jedynie trawę, a odkąd zachorował, nie robił nawet tego. Gdy któregoś dnia Liz czekała, aż rozmówca na drugim końcu linii wyceni utrzymanie obejścia Bennetów, przyszło jej do głowy, że dom rodziców przypomina skrajnie otyłą osobę, która już nie widzi swojego ciała, nie dotyka go ani nie panuje nad nim; sytuacja ją przerasta, przerasta jej rodzinę, więc w końcu wszyscy, zmęczeni, kostnieją w tym stanie.

W godzinach, które wyznaczyła na codzienną pracę, Liz otwierała swojego laptopa na różowym biurku z formiki, które rodzice kupili jej w 1987 roku, i odpowiadała na pytania redaktorów „Mascary” odnośnie do ostatniego artykułu, który oddała, umawiała albo prowadziła wywiady, zbywała rzeczników prasowych bądź ich ścigała. Oprócz dużych artykułów na rozmaite tematy lifestylowe Liz pisała co miesiąc trzy minisylwetki do kolumny Siłaczki – na przykład o pani kapral z Iraku, o niewidomej instruktorce aerobiku albo o dyrektorce szkoły z Wichity, która uratowała swoich uczniów w czasie tornada. W myślach tytułowała tę kolumnę Siłaczki – kobiety atrakcyjne i zadbane, a wyszukiwanie takich postaci i przeprowadzanie z nimi wywiadu należało do jej ulubionych zadań.

Jane natomiast nie próbowała pracować podczas pobytu w Cincinnati. Kilka razy w tygodniu chodziła na lekcje jogi do studia w Clifton, ale raczej jako uczeń niż nauczycielka. Niemniej jednak obu siostrom dni mijały zaskakująco szybko, w cyklu porannego joggingu, wizyt u lekarzy, sprawunków, przygotowywania posiłków i rodzinnych obiadów. Maj się skończył, zaczął się czerwiec, a potem lipiec.

Jasper i Liz często pisali do siebie esemesy, czasami co godzinę. On przysyłał jej na przykład zdjęcie sprzedawcy porannych kanapek, w turbanie, z rogu Pięćdziesiątej Piątej i Szóstej: Ten gość na pewno za Tobą tęskni.

Gdy pan Bennet został wypisany ze szpitala, Liz poleciała na jedną dobę do Nowego Jorku i w tym czasie spotkała się z redaktor naczelną, zabrała dodatkowe ubrania, również dla Jane, wyrzuciła otwarte opakowania jogurtu z lodówek w obu mieszkaniach, zatroszczyła się o bambusa w doniczce i zostawiła zapasowe klucze asystentce z biura nieruchomości – kobiecie z zaskakująco pozytywnym nastawieniem, która na ostatnią chwilę znalazła studentki na podnajem mieszkań Liz i Jane do trzydziestego pierwszego sierpnia. Wykonawszy te wszystkie zadania, przed odjazdem na lotnisko, we wtorek o jedenastej, Liz spotkała się z Jasperem w jego mieszkaniu. Susan właśnie wychodziła z Aidanem na zajęcia gimnastyczne. Chociaż nie widziały się od tamtego spotkania na High Line przed dwoma laty – tymczasem Aidan z berbecia zmienił się w miniaturowego człowieczka – Susan przywitała ją tonem, jakim zapewne witała sąsiadki:

– Cześć, Liz.

Gdy Susan i Aidan sobie poszli i gdy Liz i Jasper w końcu zdjęli ubrania w sypialni – nie mieli jakoś dużo czasu, zresztą, tak czy owak, etap czasochłonnego uwodzenia był już dawno za nimi – w Liz obudził się niepokój, równie nieoczekiwany, co oczywisty.

– Sypiacie ciągle w jednym łóżku? – spytała.

– Ale jak brat i siostra – zapewnił Jasper. – I tylko dlatego, że kanapa jest niewygodna. Nie zapominaj, że Susan ma faceta.

Nagi Jasper wszedł do niezasłanego łóżka, z beżową pościelą i lawendową narzutą zepchniętymi na koniec materaca. W pewnej chwili Liz poczuła, że nie jest w stanie dłużej tego ciągnąć – spotkanie z Aidanem, zetknięcie się z życiem codziennym Jaspera i Susan, bez względu na ich umowę, okazało się po prostu zbyt krępujące. No ale Jasper, taki przystojny, czekał oto w ewidentnej gotowości, a ona przecież też stęskniła się za seksem – którego dawno nie miała i pewnie długo mieć nie będzie. Rozpięła i zrzuciła stanik jako ostatnią część garderoby i dołączyła do Jaspera. Pięć godzin później jej samolot lądował w Cincinnati.

Rozdział 7

Jak się okazało, pani Bennet nie musiała ponad miarę naciskać na panią Lucas, by ta ułatwiła zapoznanie Bennetówien i Chipa Bingleya. Odebrawszy telefon przyjaciółki, pani Lucas zapewniła, że nic nie sprawi jej większej przyjemności ani nie zaprezentuje korzystniej Cincinnati niż obecność pięknych panien Bennet oraz ich rodziców na barbecue, które Lucasowie wydawali dla nowo przyjętych medyków Christ Hospital, gdzie doktor Lucas był lekarzem, a jednocześnie zajmował stanowisko kierownicze wysokiego szczebla.

Pani Lucas dzieliła z panią Bennet niedolę posiadania niezamężnej dorosłej córki, chociaż w wypadku pani Lucas ucieleśnienie tego rozczarowania było jednokrotne, nie zaś pięciokrotne. Charlotte Lucas, dla Liz koleżanka z klasy i najbliższa przyjaciółka przez piętnaście lat spędzonych w Seven Hills, też była singielką. Inteligentna i pewna siebie, dyrektor HR w Procter & Gamble, od czasu college’u przybrała jakieś trzydzieści pięć kilogramów. Zdaniem pani Bennet ten fakt sadowił nieszczęście pani Lucas w osobnej, acz równie frustrującej kategorii, innej niż ta, do której kwalifikowały się jej córki. Charlotte nie wyszła za mąż, ponieważ była gruba. A zatem musiała jedynie schudnąć. Natomiast w wypadku córek pani Bennet, niemających żadnych dostrzegalnych wad fizycznych (prócz Mary, która niestety nie grzeszyła urodą) czy charakterologicznych, żadne oczywiste środki zaradcze nie istniały.

Pani Bennet, której nieobce były problemy z krągłościami, zastanawiała się, czy pani Lucas widzi w córce kandydatkę do względów Chipa, ale włączenie Bennetów do listy gości barbecue upewniło ją, że przyjaciółka nie żywi nierealistycznych oczekiwań wobec szans Charlotte. I tak oto, choć dwadzieścia lat prób dobrania córkom partnerów nie zaowocowało sukcesem, pani Bennet wiązała z tym przyjęciem zaiste wielkie nadzieje.

Lucasowie mieszkali w Indian Hill, podmiejskiej dzielnicy dwadzieścia kilometrów od centrum, gdzie osiedlili się głównie miłośnicy koni albo chociaż rasowych psów, te bowiem mogły biegać bez ograniczeń po wielohektarowym terenie. Ogromny ceglany dom w stylu kolonialnym miał balkon nad frontowym wejściem i łupkowy dach. W kuchni poszczególni Bennetowie wyściskali poszczególnych Lucasów, Jane przekazała swój biszkopt, a Liz podeszła do okna, żeby rzucić okiem na kilkunastu gości rozmawiających na brukowanym patio.

– Jane, chodź zobaczyć swojego przyszłego męża – zawołała wesoło.

Siostra dołączyła do niej.

– Zakładam, że Chip Bingley to ten wysoki, ciemnowłosy i przystojny?

– Nie – włączyła się Charlotte Lucas. – Chip to ten w szortach. Wysoki, ciemnowłosy i przystojny to jego przyjaciel Fitzwilliam Darcy, neurochirurg. W zeszłym roku dołączył do zespołu tutejszego centrum udarowego. Krążą plotki, że on też jest singlem, ale traktuje ludzi z rezerwą i jest podobno dość opryskliwy. Studiował razem z Bingleyem. – Charlotte odwróciła się do Jane: – Naprawdę ani razu nie widziałaś Dobrej partii z Chipem?

– Ona nie widziała żadnej Dobrej partii – sprecyzowała Liz. – Moja siostra to istny jednorożec.

– Och, sezon z Chipem był fantastyczny. Doszło do prawdziwej bójki, a w niej do wyrywania włosów, a właściwie do rwania przedłużek.

Mary, która w ostatniej chwili zdążyła wsiąść do samochodu matki, włączyła się do rozmowy:

– Moim zdaniem Dobra partia poniża kobiety.

– Już o tym wspominałaś. – Liz obejrzała się na Charlotte. – Mówiłaś, że przyjaciel Chipa ma na imię Fitzwilliam. Czy on tu przypłynął na Mayflower?

– Zwykle posługuje się nazwiskiem – uśmiechnęła się szeroko Charlotte. – Chociaż nie jestem pewna, czy „Darcy” to dużo lepsze rozwiązanie.

W ostatnich latach Liz i Charlotte nie spędzały razem dużo czasu, jeśli nie liczyć przyjęć bożonarodzeniowych i lunchów umówionych w trakcie wizyt Liz w domu rodzinnym, ale nadal czerpały ogromną przyjemność ze swojego towarzystwa. Wręcz jedną z głównych atrakcji długoterminowego pobytu w Cincinnati było dla Liz odnowienie przyjaźni z Charlotte i odkrycie, że towarzystwo tej dorosłej już kobiety sprawia jej nie mniejszą rozkosz niż towarzystwo niegdysiejszej dziewczyny. Tylko półżartobliwie zastanawiały się, czy są ostatnimi singielkami ich licealnej klasy, chociaż Liz nie była pewna, czy Charlotte aby nie cierpi dotkliwiej z powodu tego wyróżnienia – mieszkała w Cincinnati, więc matce z bliska łatwiej było ją nękać; nie miała bufora w postaci starszej siostry, która rzekomo jeszcze bardziej spóźniała się z zamęściem; chciała urodzić dzieci i nie miała sekretnego kochanka.

– W telewizji Chip wydawał się wyższy, prawda? – zagaiła Charlotte. – Ale zdecydowanie jest słodki. Tamten facet z dekoltem w serek, Keith, to też nowy lekarz na SOR-ze – wspomniany mężczyzna był czarny, jako jedyna osoba na przyjęciu – a kobieta w sukience w paski jest internistką. Mężczyzna obok to jej mąż, a ten berbeć to ich dziecko. – Oprócz tych osób wśród gości znalazła się atrakcyjna blondynka, której Liz nie znała, i dwie starsze pary, które spotkała już na noworocznym przyjęciu u Lucasów. Obaj panowie też byli lekarzami w Christ Hospital.

– Keith jest singlem? – spytała Liz. – Bo jeśli tak, Jane, to masz tu naprawdę w czym wybierać.

– Przypomnę wam – odezwał się pan Bennet, który w pobliskim barku właśnie beztrosko zaopatrzył się w dżin z tonikiem – że nie przyglądacie się tym dżentelmenom przez lustro fenickie. – Podniósł rękę, a doktor Lucas pozdrowił go w ten sam sposób.

– Nie sądzę, by czytali z ruchu warg – odparła Liz.

Jane odwróciła się do Charlotte.

– Ta blondynka jest lekarką?

– To Caroline Bingley, siostra Chipa. Mieszka w Los Angeles, ale pomaga mu się tu zadomowić.

– Chip naprawdę jest przystojny – dodała Jane, a Liz i Charlotte wymieniły rozbawione spojrzenia.

– No to chodźmy, przedstawię was – zaproponowała córka gospodarzy.

Rozdział 8

Po lawinie powitań i zapoznań Liz zaangażowała się w rozmowę z Keithem, który był sympatyczny i – jak się szybko dowiedziała – zaręczony z kobietą kończącą rezydenturę w San Diego. Zanim ugrillowano piersi kurczaka, podano sałatkę ziemniaczaną, coleslaw i bułki, omówili kwestię klimatu San Diego, klimatu Cincinnati i słynnego chili z Cincinnati, którego Keith jeszcze nie próbował. Kiedy przeszli do jego zainteresowania golfem, Liz z radością zauważyła, że Jane najwyraźniej pogrążyła się już w rozmowie z Chipem Bingleyem. Prowadzili ją nieprzerwanie, od momentu gdy zaopatrzyli się w strawę i usiedli obok siebie na murku. Po pewnym czasie dołączyła do nich siostra Chipa, Caroline.

Liz przygotowała dla siebie talerz z jedzeniem i podeszła do czteroosobowego stolika na patio, przy którym siedział Fitzwilliam Darcy wraz z mężem internistki i jednym ze starszych lekarzy. Ci dwaj ostatni dyskutowali o tym, jak Redsi sobie radzą w tym sezonie. Liz, zwracając się do Fitzwilliama Darcy’ego (czy też, napomniała się, do Darcy’ego po prostu), spytała, wskazując puste krzesło:

– Zajęte?

– Tak – odrzekł Darcy. Nie złagodził odmowy żadnymi przeprosinami, więc Liz uznała, że została źle zrozumiana. Musiał pomyśleć, że ona pyta, czy jest wolne.

– Pytałam, czy jest zajęte.

– Tak – odrzekł, równie nieprzyjemnie. – Jest zajęte.

Choć Charlotte ostrzegała, że Darcy jest opryskliwy, jego zachowanie tak zbiło Liz z tropu, że kusiło ją, by powiedzieć: „Proszę wybaczyć, ubzdurałam sobie, że jestem godna zasiadania przy pańskim stoliku”. Owszem, studiował na Harvardzie, owszem, był neurochirurgiem – ale to wszystko nie dawało mu prawa do grubiaństwa. Zanim się oddaliła, uśmiechnęła się do niego zdecydowanie fałszywie.

Wyśledziwszy w pobliżu Kitty i Lydię, podeszła do nich i przycupnęła na miękkim podnóżku przy kolanach Kitty. Młodsze siostry debatowały, o której godzinie najlepiej stawić się na następnej imprezie, wydawanej przez właściciela ich siłowni CrossFit.

– Nie robisz się aby ociężała od węglowodanów? – spytała Lydia, wskazując bułkę na talerzu Liz.

– Wszystko, byle z umiarem – odrzekła. Entuzjazm sióstr dla crossfitu i diety paleo denerwował ją z wielu powodów, również dlatego, że sama znała jedno i drugie od dawna, dłużej niż one, ponieważ pisała artykuł o crossficie w 2007 roku. Irytujący był również fakt, że siostry wyglądały fantastycznie. Zawsze były atrakcyjne, ale odkąd uprawiały crossfit, dosłownie emanowały energią i siłą.

Zanim w kieszeni Liz zawibrował telefon, zdążyła prawie wszystko zjeść i jeszcze bardziej czuła się obrażona afrontem Darcy’ego, ponieważ przez ten cały czas krzesło obok niego stało puste. Skorzystała z okazji, by wejść do domu, zmyć w kuchni z rąk sos barbecue i przeczytać esemes.

Największy rozpierdol wszech czasów w Southampton – donosił Jasper. Odpisała: Trzymaj się. Kiedy fajerwerki?

Diabli wiedzą, ale nic świetlistością nie dorównuje Tobie.

Masz na myśli światłość mojego umysłu czy naklejki na cycki z cekinami?

Odjazd.

Stojąc tuż za siatkowymi drzwiami, ze wzrokiem utkwionym w telefonie, Liz stopniowo uświadamiała sobie, że na zewnątrz toczy się rozmowa; skupiwszy się na kilka sekund, zorientowała się, że rozmawiają Chip Bingley i Fitzwilliam Darcy.

– …o wiele lepiej, niż się spodziewałem. – To był głos Chipa. – Gdy mówiłem ludziom, że przenoszę się do Cincinnati, wręcz składali mi kondolencje, ale nie jest tak źle.

– Bo przez ostatnią godzinę rozmawiałeś z jedyną atrakcyjną kobietą na przyjęciu – odrzekł jego przyjaciel. – Jedyną, nie licząc twojej siostry, oczywiście. – Liz usłyszała grzechot kostek lodu, a Darcy dodał: – Na pewno się starają, ale Cincinnati jest boleśnie prowincjonalne. – Liz się uśmiechnęła. Z jakąś dziwną satysfakcją utwierdziła się w przekonaniu, że Darcy to prawdziwy snob.

– Spędziłeś tu rok – powiedział Chip pogodnie – i nie poznałeś żadnej mieszkanki Ohio, która by sprostała twoim rygorystycznym standardom?

– Samo wyrażenie „mieszkanka Ohio” jest zaprzeczeniem jakiejkolwiek pokusy.

Chip zachichotał.

– Ktoś wspomniał, że Liz, siostra Jane, też jest singielką.

– Pewnie zachowałbym się niehonorowo, mówiąc, że nie dziwota.

Liz rozdziawiła usta. Nagle podsłuchiwanie straciło na atrakcyjności. Za kogo ten człowiek się uważał? I co konkretnie miał do niej? Gdy ich sobie przedstawiano, wymienili ledwie parę słów.

– Oto czego się nauczyłem o ludziach w tym mieście – mówił Darcy. – Oceniają kobiety miejscową miarą. Jeśli o którejś się mówi, że jest „wyrafinowana”, to znaczy, że za czasów college’u raz była w Paryżu, jeśli „piękna”, to znaczy, że ma siedem kilo nadwagi, a nie dwadzieścia. I mają obsesję na punkcie swatania. Zachowują się tak, jakby wyświadczali ci przysługę, werbując cię na kawę z nauczycielką z podstawówki z ich parafii, gdy ty w tygodniu masz wolne marne dwie godziny. Straciłem rachubę, ile żon moich kolegów próbowało mnie umówić. A ty byłeś w telewizji, więc już ostrzą sobie na ciebie zęby.

– Wiesz co? – rzucił Chip. – Stawiam sobie za punkt honoru zapewnić ci życie towarzyskie w Cincinnati, i nie próbuj mi wmawiać, że to oksymoron. Jeśli dysponujesz tylko dwiema godzinami w tygodniu, niech to będą dwie świetne godziny. – Serdeczny ton według Liz nie przynosił Chipowi chluby. Najwyraźniej ani myślał bronić Bennetówny przed oszczerstwami Darcy’ego, a co gorsza, w ogóle nie przyszło mu do głowy, że słowa przyjaciela mogły być obraźliwe.

– Dobrze, że ci się tu dziś podoba – podjął Darcy. – Wcale nie kpię. Ale ciekaw jestem, jakie będziesz miał zdanie za rok.

Chip zaczął coś mówić, a Liz otworzyła drzwi siatkowe i przesadnie przyjaznym tonem zawołała:

– Cześć! – Popatrzyła na Chipa, potem na Darcy’ego, temu ostatniemu spojrzała nawet prosto w oczy. I wytrzymała jego wzrok. – Właśnie byłam w środku i zastanawiałam się, jaką przyznałabym sobie ocenę. Pewnie by to była piątka z plusem, ale słyszałam, że tu oceniamy miejscową miarą, więc dla reszty kraju… hm, zasłużyłabym raczej na czwórkę? Albo może czwórkę z minusem? Jeśli macie czas, żeby to przeanalizować, z niecierpliwością wypatruję odpowiedzi.

Nie czekając na ich reakcję, oddaliła się, by jak najszybciej i jak najefektywniej rozgłosić uwagi Darcy’ego.

Rozdział 9

Następnego ranka Liz i Jane poszły jak zwykle pobiegać i właśnie mijały Edwards Road, gdy Jane powiedziała:

– Jak już poszłyśmy spać, Chip przysłał esemes, czy chcę jutro pójść na kolację.

– Już przysłał esemes? Na kolację? W sobotę wieczorem? Jane, on stracił dla ciebie głowę.

– Sama nie wiem…

– Czego nie wiesz? Jak wychodziliśmy od Lucasów, trzeba było was wręcz odrywać od siebie.

– Jest rzeczywiście uroczy – przyznała Jane. – I atrakcyjny. Ale cała ta sytuacja wydaje się taka wymuszona. On był w telewizji, mama zainicjowała nasze spotkanie. Czy to nie wygląda śmiesznie?

– Nie mam cienia wątpliwości, odrobinki nawet, że prędzej czy później spotkasz mężczyznę swoich marzeń. Jeśli jakimś zrządzeniem losu będzie to ktoś, kogo naraiła ci mama, no to cóż… nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę wskazuje dobrą godzinę.

– Odkąd zaczęłam z całym tym sztucznym zapłodnieniem, nie poznałam nikogo, z kim chciałabym się związać, i dzięki temu moje życie jest prostsze – odrzekła Jane. – Bo co bym powiedziała na randce? „Podobasz mi się, ale wiesz, co miesiąc daję sobie wstrzykiwać do macicy nasienie obcego faceta; mam nadzieję, że to nie stanie nam na drodze”?

– Nie wybiegaj tak daleko w przyszłość. Idź z nim na tę kolację, i tyle. – A gdy Jane milczała, Liz dodała: – Widzę, że coś cię męczy. O co chodzi?

– Wiem, że nie powinnam wyolbrzymiać tej jednej randki – odparła Jane – ale nie mogę się powstrzymać od wyliczeń. Jeśli zaczniemy ze sobą chodzić i będziemy tak chodzić przez trzy miesiące albo pół roku, albo półtora, a potem zerwiemy? Będę miała już czterdzieści lat, może nawet czterdzieści jeden.

– Tu, w Cincinnati, nie podejmujesz prób sztucznego zapłodnienia, prawda? – Liz spojrzała na Jane, a ta skinęła głową.

– Zaczynanie całej tej procedury w nowej klinice jest zbyt skomplikowane – odpowiedziała.

– W takim razie daj Chipowi szansę na czas pobytu w Cincinnati. Taka wakacyjna przygoda. Spodobał ci się przecież.

Mijały Corbin Drive, gdy Jane wyszeptała, tak cicho, że Liz ledwie ją usłyszała:

– To prawda. Bardzo mi się spodobał.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pierwsze wrażenia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy