Bluszcz prowincjonalny

Bluszcz prowincjonalny

Autorzy: Renata Kosin

Wydawnictwo: Filia

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 6.93 zł

Nie należy zbyt często oglądać się za siebie, ale czasem trzeba, by znaleźć to, co zgubiło się po drodze.

Anna po stracie męża, wraca do rodzinnego miasteczka na urokliwym Podlasiu, by zacząć wszystko od nowa. Na oplecionej bluszczem werandzie starego domu ma nadzieję odzyskać spokój i równowagę. Przychodzi jej to z trudem, więc desperacko szuka oparcia w rodzicach i dawnych przyjaciołach. To dzięki nim ma nadzieję zbudować dla siebie i swoich dzieci nową stabilną rzeczywistość. Nie wierzy, że umiałaby to zrobić sama, bez niczyjej pomocy.

Zupełnie jak bluszcz, który nie może istnieć bez podpory.
Na szczęście, w porę uświadamia sobie, że dotąd tak właśnie wyglądało jej życie i postanawia je zmienić. Za sprawą mieszkańców Bujan, ich codziennych radości i również trosk, których wcześniej nie była świadoma, oraz dzięki pokrzywdzonym przez los zwierzętom ze schroniska, odnajduje prawdziwą siebie. Staje się silna, niezależna i dzięki temu szczęśliwa.

– Szlag! – Anna się skrzywiła i wsunęła pod poduszkę pustą fiolkę po lekach.

Ułożyła się na wznak i odgarnęła z twarzy pasmo przetłuszczonych włosów. Splotła dłonie na piersiach tak mocno, że blade kostki palców wyglądały, jakby miały zaraz przebić pergaminową skórę.

– Chcę zasnąć… – wyszeptała, z trudem rozklejając wysuszone usta, bez większej nadziei na rozbudzenie sztywnych strun głosowych, zastałych w wielodniowej bezczynności. – To lepsze niż jawa. Bo gdy traci się kontrolę na myślami, można przestać się obwiniać, że nie biegną tam, dokąd powinny… – Przymknęła oczy, usiłując skupić się na czymś innym niż to, co od tylu dni jak drzazga tkwiło w jej głowie. – Dlaczego nie można ich wyłączyć? Wyjałowić mózg… Dlaczego nie można poczuć prawdziwej, umysłowej pustki? – rzuciła w przestrzeń przepełnione goryczą pytanie. – Uciec gdziekolwiek…

Odwróciła głowę i spojrzała na drugą stronę łóżka. Przesunęła ramieniem po idealnie gładkiej pościeli, bardzo ostrożnie, ledwie muskając ją tylko opuszkami palców, a potem mocno wbiła paznokcie we wnętrze dłoni i znów zamknęła oczy z nadzieją na sen.

Jak co rano.

Każdego ranka zbierała z poduszki zwymiotowane we śnie myśli i krztusząc się z powodu płaczu i obrzydzenia, połykała wszystkie, by trawić je na nowo.

Wstrzymując oddech, tłumiła nadchodzące torsje. Skuliła się jeszcze mocniej na swojej połowie łóżka, uważając, by nie zmierzwić sąsiedniej. Owinęła się szczelnie kokonem ze zmiętolonej pościeli, czując, jak przepocona koszulka nieprzyjemnie przywiera do jej piersi. Zagryzła wargi, gdy powróciły dreszcze.

Delikatne pukanie spowodowało, że drgnęła nieznacznie i wsunęła pod brodę jeszcze głębiej obie pięści zaciśnięte na rogu kołdry.

– Zejdziesz do nas? Czekamy ze śniadaniem.

Anna odsłoniła tylko część opuchniętej z powodu płaczu twarzy i spojrzała na Magdalenę. Stała w progu, w zawiązanym ciasno, nie swoim szlafroku i turbanie z ręcznika na głowie.

– No? – Magda wpatrywała się w nią z irytującym wyczekiwaniem.

– Nie jestem głodna.

– Nie pytam cię o to, czy jesteś głodna, ale kiedy do nas przyjdziesz.

– Przecież wiesz, że…

– Właśnie nie wiem. Nie oczekujemy wiele, chcemy tylko, żebyś zjadła z nami śniadanie.

– Ale… – Nie dokończyła. To, co być może chciała powiedzieć, zostało przerwane nagłym trzaskiem zamykanych drzwi.

Anna patrzyła na nie zaskoczona, z rosnącym poczuciem niesprawiedliwości. W końcu podniosła się z wysiłkiem i dygocząc z zimna, w mokrej od potu piżamie powlokła się do łazienki.

Gorący prysznic zamiast spłukać z niej przytłaczające otępienie, nasilił senność, spowodował nieodpartą chęć powrotu do łóżka. Potykając się o porzucony na podłodze wilgotny ręcznik, rozejrzała się w poszukiwaniu okrycia. Jej wzrok padł na bury męski szlafrok, wiszący samotnie na haczyku przy drzwiach. Z pewnym wahaniem zdjęła go. Powoli wsunęła ręce w rękawy, owinęła teraz jeszcze bardziej drżące ciało zbyt obszernymi połami i starannie zawiązała pasek. Przechyliła głowę, dotykając ustami kołnierza.

„Zupełnie stracił zapach…” – pomyślała ze zdziwieniem. „Tak szybko? Choć właściwie… przecież od dawna nikt go nie używał…”

Wróciła do sypialni i otworzyła szafę. Wsparła się na rozchylonych skrzydłach drzwi, wpatrując się w półki, z których połowa była pusta. Po krótkim namyśle zgarnęła kilka bluzek i ułożyła je na jednej z nich, potem zapełniła przypadkowymi ubraniami jeszcze dwie kolejne. Popatrzyła znów i… zrzuciła wszystko na podłogę. Odwróciła się i rozejrzała po pokoju.

Podeszła do jednej z szafek nocnych. Wysunęła szufladę. Również okazała się pusta.

– Kiedy to wszystko zabrała? – wyszeptała zdumiona.

Przysiadła ostrożnie na brzegu łóżka, na nienależącej do niej gładko zaścielonej połowie i otuliła się szczelniej szlafrokiem, czując, jak jej ciało zaczyna jeszcze bardziej dygotać.

– Tak będzie lepiej – usłyszała nagle, zanim zorientowała się, że już nie jest sama. – Musisz pozbyć się reszty jego rzeczy, wtedy łatwiej będzie ci wrócić.

Poczuła na ramieniu ciepły dotyk. Magdalena kucnęła przed nią, opierając łokcie o jej kolana.

– Wrócić? – Anna szarpnęła się nerwowo. – Dokąd?

– Do żywych. Do nas. Mówiłam ci, dzieci wciąż na ciebie czekają. Chciałyby zjeść z tobą śniadanie.

– Sugerujesz, że je zaniedbuję?

– Nie, nie sugeruję. Mówię ci to wprost. Zaniedbujesz swoje dzieci.

– Jesteś… jesteś niesprawiedliwa!

– To raczej ty taka jesteś. Wobec nich. Nie rozumiesz, że to, co się stało, dotknęło je tak samo mocno jak ciebie? Że powinniście być w tym wszystkim razem? Przez cały czas?

– Przecież i tak już nigdy nie będzie tego „razem”. Ja i dzieci to… to nie wystarczy.

– Wystarczy, i wkrótce sama się o tym przekonasz. Musisz tylko trochę bardziej się postarać. I poukładać sobie wszystko na nowo.

– Ale jak? Ciągle próbuję, ale nic tu do niczego nie pasuje! Popatrz tylko na te puste miejsca… W szafach, wszędzie! Co się robi z szafką nocną nie do pary? Albo z drugą połową małżeńskiego łóżka? Powiedz, jeśli wiesz, bo ja nie mam pojęcia. Nie można przecież się jej pozbyć! I nie da się na niej spać! Nie jest przecież moja.

Anna wydobyła ze zbyt długich rękawów szlafroka zaciśnięte pięści i wbiła je z impetem w gładką wcześniej poduszkę. Zamarła na kilka sekund, jakby przestraszona tym, co zrobiła, by po chwili otrząsnąć się i okładać ją z jeszcze większą siłą. Poderwała się i zrzuciła na podłogę kołdrę. A potem zaczęła histerycznie kopać ją bosymi stopami. Kiedy wreszcie dysząc i trzęsąc się, opadła bezwładnie na odsłonięte w połowie łóżko, dotarło do niej, że dygot całego ciała, którego nie była w stanie opanować, nie jest spowodowany zimnem, ale spazmatycznym szlochem. Mimo że z suchych nagle oczu nie popłynęła nawet jedna łza.

– Pieprzyć to wszystko! Pieprzyć! Pie… pierdolić!

– I to jest, moja kochana, właściwa reakcja. Powinnaś to zrobić już na początku, zamiast rozczulać się nad sobą w zamkniętym pokoju. – Magdalena przysiadła obok i objęła siostrę ramieniem, głaszcząc ją po drżących plecach. – Cisza bywa kojąca, ale tylko przez chwilę, bo nie jest w stanie zagłuszyć bólu i wściekłości.

– Wściekłości? – Anna uniosła głowę, patrząc na nią na wpół przytomnie.

– Oczywiście. Masz prawo być zła. Ja też bym była, gdyby nieoczekiwanie mąż zostawił mnie samą… nie, nie samą, bo z dwójką dzieci. A takich emocji nie da się długo dusić w sobie, należy się ich pozbyć, wyrzucić z siebie, każdy psychoterapeuta ci to powie.

– Chcesz mnie posłać do psychiatry? Nie jestem wariatką!

– No pewnie, że nie jesteś. Ale w końcu zwariujesz, jeżeli nie weźmiesz się w garść. A wtedy już na pewno będziesz potrzebowała pomocy specjalisty.

– Tłumaczyłam ci przecież. Ciągle próbuję, ale nie umiem!

– Umiesz, tylko jeszcze tego nie wiesz, albo za mało się starasz. Właściwie… prawie całkiem się poddałaś.

– Więc co powinnam zrobić?

Anna wydawała się bezradna. Jakby nagle uleciały z niej wszystkie inne emocje. Albo raczej ukryły się głębiej, zażenowane tym, że je zdemaskowano.

– Na początek ubierz się i wyjdź z sypialni.

– A co potem? – spytała tonem sugerującym, że wcale nie chce usłyszeć odpowiedzi.

Zacisnęła palce na mankietach szlafroka i skrzyżowała ramiona w obronnym geście.

– Potem mogłabyś wyjechać stąd z dziećmi, na jakiś czas. To najlepsze rozwiązanie w twojej sytuacji. – Magda kiwała z przekonaniem głową. – Bo widok pustych półek po rzeczach Piotra nie wpływa na ciebie najlepiej, a zmiana otoczenia na pewno dobrze ci zrobi.

– Przestań, nie mam teraz siły na jakieś głupie wycieczki.

– Nie mówię o wycieczce. Powinnaś przeprowadzić się na jakiś czas do rodziców, na trzy, może cztery tygodnie. Rozmawiałam o tym z mamą. Ona też uważa, że tak byłoby najlepiej.

– Widzę, że już zdecydowałyście. – Anna parsknęła ironicznie i odwróciła głowę. Również po to, by ukradkiem przełknąć łzy, tym razem spowodowane poczuciem bezsilności. Traciła kontrolę już nie tylko nad sobą, ale nad całym swoim życiem. Pozwoliła, by przejęli ją inni.

– Zgadza się. – Magdalena zmarszczyła brwi i zacisnęła na chwilę usta. – Zdecydowałyśmy za ciebie, ponieważ obie wiemy, że teraz nie jesteś w stanie zrobić tego sama.

– Tak, to prawda – odparła nieoczekiwanie, wydmuchując nos w podaną sobie chusteczkę. – Nie tylko nie mogę, ale i nie chcę decydować o czymkolwiek. Jeszcze nie teraz.

– Nie musisz się z niczym śpieszyć… może z wyjątkiem jednego, ale to możesz załatwić jutro. – Magda się zawahała.

– Co takiego? – Anna patrzyła na nią podejrzliwie.

– Wczoraj dzwonił prawnik Piotra. Nalegał na spotkanie. Twierdził, że to pilne.

– Nie chcę!

– Prędzej czy później będziesz musiała to zrobić, więc chyba lepiej mieć to już za sobą.

– Ale ja nie mam na to siły! – załkała.

– Masz, sama nawet nie wiesz jak dużo. Myślę, że wiele kobiet na twoim miejscu całkiem by się rozsypało. A ty…

– Co ja? Myślałam, że według ciebie właśnie to zrobiłam. Rozsypałam się na milion kawałków – rzuciła drwiąco, usiłując jednocześnie zapanować nad drżeniem brody.

– Ale nie tak drobnych, by nie udało się ich jeszcze posklejać. – Magda dotknęła lekko jej policzka. – Dlatego teraz ubierz się i uczesz włosy. Jeśli nie chcesz jeść, nie musisz, ale może chociaż wypijesz z nami herbatę.

Anna zerknęła w stronę drzwi.

– Poproś dzieci, żeby zaczekały na mnie z tym śniadaniem, dobrze? – wyszeptała. – Za chwilę do nich zejdę.

– Nie muszę tego robić, one cały czas czekają.

Magdalena przytuliła kruche i wciąż rozdygotane ciało swojej młodszej siostry, usiłując jednocześnie stłumić świst ostrożnie wypuszczanego z płuc powietrza, będącego tak naprawdę głębokim westchnieniem ulgi.

1

– A może byłoby lepiej, gdybym z tobą jednak pojechała, co? – Magdalena stała w przedpokoju, z założonymi rękami. Niespokojnie wodziła wzrokiem za biegającą w tę i z powrotem Anną.

Jej opór przed podniesieniem się z łóżka zaledwie dzień wcześniej nieoczekiwanie zmienił się w coś całkiem przeciwnego. Od wczesnego rana miotała się po mieszkaniu w poszukiwaniu kolejno: czarnego stanika i rajstop (to niemożliwe, żeby wszystkie były brudne!), welurowego żakietu (dobrze pamiętam, właśnie tu go powiesiłam…), zielonej herbaty z opuncją (była tutaj, w papierowej torebce, i nie, nie chcę innej!), kluczyków od samochodu (nie brałaś na pewno?) i w końcu torebki (może tam są te cholerne kluczyki!).

– Przecież zaledwie wczoraj przekonywałaś mnie, że powinnam zrobić to sama, nieprawdaż?

– Bo powinnaś. Chodzi mi tylko o to, że nie jestem pewna, czy jesteś w stanie prowadzić. Może lepiej zamów sobie taksówkę…

– To nie będzie konieczne. Widziałaś, dziś piłam tylko herbatę… Wiem, gdzie są! – krzyknęła nagle w olśnieniu i zrzucając buty u podnóża schodów, pobiegła na górę. Po chwili zeszła, triumfalnie potrząsając kluczami.

– Gdzie były?

– W apteczce.

– Kto trzyma w takim miejscu kluczyki?

– Ostatni raz korzystałam z samochodu, kiedy byłam u lekarza. Potem od razu pojechałam po receptę, leki włożyłam do apteczki, a z nimi kluczyki.

Magda na te słowa uniosła brwi.

– Brałaś dzisiaj swoje proszki?

– Już ci mówiłam. Piłam tylko herbatę. Nie jestem kretynką, żeby pod wpływem takich leków siadać za kółko.

– No tak, w żadnym wypadku nie wyglądasz dziś na kogoś, kto zażył coś na uspokojenie.

Anna wydawała się nie słyszeć ostatniej uwagi. Lub, co było bardziej prawdopodobne, po prostu ją zignorowała, nie chcąc przedłużać dyskusji.

– Postaram się wrócić szybko, może zdążę odebrać Franka ze szkoły.

– Gdyby ci się nie udało, Amelka obiecała na niego poczekać. Wrócą razem.

– Tak? Zadzwonię więc do niej. Potem. I może po szkole zabiorę ich gdzieś, na jakąś pizzę albo coś.

– Świetnie! To bardzo dobry pomysł.

– Taak… – Anna zawahała się chwilę. – Madzik, wiesz…. Dziękuję ci. Bardzo. Za to, że jesteś tutaj z nami, i w ogóle, że rzuciłaś wszystko inne, choć przecież wcale nie musiałaś tego robić. Na pewno tam w Stanach masz własne sprawy i…

– A gdzie niby miałabym być w takiej sytuacji? Przecież jestem twoją siostrą. I to ja powinnam cię przeprosić. Za mocno wczoraj na ciebie naskoczyłam. Chyba trochę przesadziłam.

– Wcale nie. Należało mi się. I dało do myślenia. Już dawno temu powinnaś mną potrząsnąć, żebym się wreszcie ocknęła. Bo przez takie ciągłe głaskanie po głowie człowiek jeszcze bardziej nad sobą się rozczula i zapada w sobie, nawet jak tego nie chce. W kółko rozmyśla o swoim nieszczęściu i zapomina, że świat wokół niego wciąż istnieje, nawet jeśli już niekompletny. – Nabrała gwałtownie powietrza. – A życie nadal się toczy, czy się tego chce, czy nie. – Przystanęła przed lustrem, i ledwie w nie zerkając, poprawiła włosy. Z wahaniem obracała w dłoniach wyjęty z torebki błyszczyk do ust. – Nie pozostaje więc nic innego, jak iść dalej, nawet gdy brakuje sił.

Odłożyła pomadkę, której nawet nie otworzyła i sięgnęła po leżącą na stoliku plastikową klamerkę. Spięła nią włosy, zwijając je w węzeł. Tym razem popatrzyła w lustro z większą uwagą i kiwnęła głową z satysfakcją.

– Teraz będzie dobrze – orzekła stanowczo.

– Cieszę się, bardzo. – Magda objęła ją i mocno przytuliła. – Nie masz pojęcia, jak się o ciebie bałam.

– Wiem. Przepraszam.

Delikatnie wyswobodziła się z objęć siostry i cmoknęła ją lekko w policzek.

– Muszę jechać.

– Już? Nie za wcześnie? – Ukradkiem otarła wilgotne rzęsy i podniosła na Annę zdziwiony wzrok. – Przecież spotkanie masz dopiero za trzy godziny.

– Zanim pojadę do kancelarii, muszę jeszcze coś załatwić.

Magdalena otworzyła usta, jakby chciała o coś spytać, jednak w ostatniej chwili zrezygnowała. Podniosła z podłogi torebkę i podała siostrze.

– Zadzwoń, gdyby działo się coś złego, dobrze?

– Jasne, pa! – krzyknęła już z klatki schodowej.

Magdalena zamknęła za nią drzwi i od razu poszła do kuchni. Jej okna wychodziły na parking.

Ukryła się za zasłonką i z uwagą obserwowała teren przed blokiem. W końcu dostrzegła siostrę zmierzającą pewnym krokiem w stronę jednego z samochodów. Wstrzymała oddech, gdy stukot jej obcasów odbijający się echem od okolicznych budynków nagle ucichł. Anna zatrzymała się i zamarła z dłonią wspartą na szybie srebrnoszarego passata, jakby zastanawiając się nad czymś. W końcu siadła za kierownicę, oparła na niej łokcie i ukryła twarz w dłoniach. Magda teraz już wychylona z okna obserwowała ją z rosnącym niepokojem, wahając się, czy nie powinna mimo wszystko za nią pobiec, zatrzymać ją. Zanim jednak zdążyła podjąć jakąś decyzję, kobieta uruchomiła silnik i nieśpiesznie odjechała.

Magdalena stała jeszcze długo w otwartym oknie, w zamyśleniu skubiąc bezwiednie listek zerwany ze stojącej na parapecie azalii. Usiłowała zebrać rozbiegane myśli i nazwać kłębiące się w niej przeróżne uczucia, jednak bezskutecznie. Mimo dokładnej analizy zachowania siostry w każdej spędzonej z nią minucie, od kiedy Piotr odszedł, nie potrafiła jej przejrzeć, i dzięki temu odpowiednio pomóc.

Przez kilka ostatnich tygodni bezsilnie patrzyła, jak jedna z najbliższych jej istot całkowicie zapada się w sobie, nie pozwalając nikomu zbliżyć się do swojego bólu, nie chcąc też z nikim się nim podzielić, strzegąc go wręcz zazdrośnie. Nie godziła się, by cierpienie zaczęło powoli odchodzić. Zupełnie jakby to ono pomagało jej przetrwać. Sprawiała wrażenie, jakby napawała się nim, nieskończenie tłamsząc je i dusząc w sobie, nadając mu coraz to nowe formy – od napadów płaczu i niepohamowanej złości, przez dziwną nadpobudliwość, po jeszcze większe niż na początku otępienie.

Tym razem jednak Anna po raz pierwszy nadała swojemu cierpieniu imię. Opisała je i podzieliła się tym z siostrą. Zaczynała też myśleć i mówić logicznie. Zbyt logicznie. Mimo że wyglądało to na coś w rodzaju przełomu, Magda wcale nie była pewna, czy w jej siostrze rzeczywiście dokonała się wreszcie długo wyczekiwana przemiana, czy tylko starała się sprawić wrażenie, że tak jest, by inni dali jej spokój. Bo chociaż Anna wyglądała, jakby zaczynała godzić się z nową rzeczywistością, coś było nie tak. I mimo że Magdalena powinna wreszcie poczuć się uspokojona, było wprost przeciwnie. Wszystko działo się za szybko, stan Anny zmienił się zbyt radykalnie w ciągu zaledwie jednej nocy.

Zdecydowanie coś było nie tak.

Magda rozmyślała o tym, ścieląc łóżko siostry, gdy nagle pod poduszką znalazła puste opakowanie po lekach. Opróżnione zdecydowanie zbyt szybko, bo powinna tam być ich jeszcze połowa. To zrodziło w niej podejrzenie, że Anna chciała zdobyć nową receptę. Dlatego wyszła wcześniej

– Oby lekarz tym razem jej odmówił. – Magda poprosiła go o to w duchu, jednak bez większej wiary w spełnienie pobożnego życzenia.

Wiedziała, jak przekonująca potrafi być jej siostra, gdy ktoś próbuje pokrzyżować jej plany, jakiekolwiek by były. A Magdalena oddałaby wiele, żeby je poznać, ponieważ nie wierzyła, by pokrywały się z jej własnymi. Nawet jeśli wszystko na to wskazywało.

2

Dom przy ulicy Jaśminowej był szczelnie otoczony berberysowym żywopłotem, chroniącym jego mieszkańców przed ulicznym kurzem i wzrokiem przechodniów. Jedynie przez pręty metalowej furtki można było dojrzeć fragment zadbanego ogrodu i kilka pierwszych stopni schodów prowadzących na odkrytą werandę. U ich podnóża stały wielkie, ceramiczne donice, z których wylewały się kwitnące jaskrawo godecje, werbeny i lobelie.

Przy bocznej części budynku, za grubą ścianą zieleni, poza zasięgiem wzroku obserwatorów, znajdował się taras. Osłonięty pasiastą markizą przed czerwcowymi promieniami słońca, był dla domowników idealnym miejscem wypoczynku. Stał tam okrągły stół. Na nim różowiły się trzy miniaturowe filiżanki w białe kropki. W rattanowym fotelu, naprzeciwko dwóch jasnowłosych lalek, siedział mężczyzna. Ostrożnie unosił do ust jedno z maleńkich naczyń i patrzył z uśmiechem na kilkuletnią dziewczynkę, która z plastikowego imbryka nalewała do pozostałych filiżanek wyimaginowaną herbatę.

– Mmm, jaka aromatyczna, cytrynooowa! – wymruczał.

Odstawił naczynie na różowy spodek, wytarł usta i demonstracyjnie poklepał się po brzuchu.

– Dolać ci, tatusiu? – Dziecko zaszczebiotało przymilnie.

– Dziękuję, kochanie. Zostawmy trochę dla mamy, niech i ona spróbuje twojej pysznej herbatki. Póki jeszcze lalki nie wypiły wszystkiego. – Zaśmiał się znacząco.

– Zostawię. Dla mamy i dla cioci. – Dziewczynka kiwnęła głową.

Mężczyzna uniósł brwi w zdziwieniu, jednak nim wyraził je głośno, usłyszał trzask zamykanej furtki. Odwrócił się i pochylił lekko, zaglądając pod zielone konary rozłożystego tulipanowca, tam, gdzie patrzyła jego córka.

– Ania? – Podniósł się gwałtownie z fotela.

– Dzień dobry, Wiktorze. Przepraszam, że niepokoję cię w domu, ale byłam w firmie i powiedzieli mi, że wziąłeś sobie wolne, więc…

– Coś się stało? – Wiktor Brunik przyglądał się jej z wyraźnym niepokojem. – Potrzebujesz czegoś?

– Właściwie… sama nie wiem. – Anna uśmiechnęła się blado. Wspięła się po schodach i kucnęła obok dziewczynki, która od razu objęła ją za szyję. – Wikunia, jaka już jesteś duża! Kiedy zdążyłaś tak urosnąć? – zwróciła się do niej, tuląc ją czule do siebie.

– Mam tyle latek! – Dziewczynka odchyliła się lekko i uniosła pulchną łapkę, starając się wyprostować trzy palce, drugą ręką przytrzymując pozostałe. – A niedługo pójdę do przedszkola. Mama tak mówi. Prawda, mamusiu? – Odwróciła się w stronę kobiety, która stanęła w progu domu. Trzymała w rękach tacę z dwiema białymi filiżankami i szklanym dzbankiem z herbatą. Zachwiała się nieznacznie, przez krótką chwilę wydawało się, że upuści wszystko, ale odzyskała równowagę i zmieniła zaskoczony wyraz twarzy na niepewny uśmiech.

– Tak się cieszę, że cię widzę, Aniu. – Z pewnym roztargnieniem odstawiła naczynia na stół i powoli podniosła wzrok. – Napijesz się z nami herbaty? Przyniosę jeszcze jedną filiżankę. Słodzisz? Bo nie zabrałam cukru…

– Dziękuję, nie rób sobie kłopotu, wpadłam jedynie na chwilę. Chciałam tylko o czymś porozmawiać z twoim mężem. Nie będę wam długo przeszkadzać.

– Ależ wcale nie przeszkadzasz! – zapewniła ją prawie żarliwie i zawahała się, spoglądając niepewnie na męża, a potem na córkę. – To może pójdę jednak po tę filiżankę. Wikuniu, pomożesz mi, dobrze? – Wzięła dziecko na ręce i odeszła. W progu zatrzymała się na chwilę, zupełnie jakby chciała jeszcze coś dodać, jednak po namyśle zniknęła za drzwiami.

Wiktor podniósł z fotela jedną z lalek i bez słowa wskazał go Annie, z napięciem obserwując jej twarz. Usiadła w milczeniu, kładąc na stole torebkę.

– Piękny macie ogród – odezwała się po chwili, wbijając nieruchomy wzrok w stojącą przed nią różową filiżankę. – Mieszkanie w bloku ma swoje zalety, jednak to nie to samo, co dom i własny kawałek zieleni… Wiesz, kiedyś żałowałam, że nie zbudowaliśmy sobie podobnego domu, ale Piotr uważał… – Urwała i wzdrygnęła się. Podniosła głowę i popatrzyła na Wiktora wzrokiem, z którego niewiele można było wyczytać. Westchnęła płytko i objęła się ramionami. Wciąż rozglądała się niepewnie, jakby zbierała się na odwagę, żeby coś powiedzieć.

– Od jak dawna wiedziałeś, że Piotr ma kochankę? Bo wiedziałeś o tym, prawda?

Wypowiedziane głośno pytanie nieprzyjemnie smagnęło oboje. Nastąpiła krótka chwila ciszy, przerwana metalicznym uderzeniem o terakotę kluczyków od samochodu, które obracane nerwowo w palcach wystrzeliły nagle w powietrze. Wiktor schylił się po nie, podniósł i położył na stole, obok różowej filiżanki.

– Tak. Od jakiegoś czasu. – Głos mężczyzny lekko zadrżał. Między jednym a drugim cichym słowem dało się słyszeć o wiele za głośne przełykanie śliny. – Nie pamiętam od jak dawna, ale chyba od… dość dawna.

– Dlaczego więc… Dlaczego nie zmusiłeś go, żeby opamiętał się, zanim… było na to za późno? Przecież nie był tylko twoim wspólnikiem, ale chyba też przyjacielem, prawda? Dlaczego nic nie zrobiłeś?

– Próbowałem, naprawdę. Ale nie jest… nie było łatwo mieć wpływ na takie rzeczy. One zwykle dzieją się same, a jeśli człowiek chce coś zrobić, wtedy jest tylko gorzej.

Anna podniosła ze stołu klucze i przez chwilę szarpała breloczek z niebieskich koralików. W końcu zamknęła je w dłoni i przycisnęła pięść do drżącej brody. Zakłopotana skuliła się na krześle.

– Teraz już nic nie może być gorzej… – szepnęła ledwie słyszalnie.

Wiktor patrzył na nią ze współczuciem. Wykonał gest, jakby chciał dotknąć jej ramienia, jednak w ostatniej chwili rozmyślił się, cofając gwałtownie rękę.

– Był taki moment… Wydawało mi się, że chce to skończyć – odezwał się wreszcie. – Wtedy, kiedy powiedziałaś mu, że chcesz wrócić do pracy. Myślałem, że się przestraszył albo że może coś zrozumiał…

– Tak! Wiem, kiedy to było, pamiętam! – Anna ożywiła się na chwilę, przerywając mu gwałtownie. – Nie chciał, żebym z wami pracowała. Podejrzewałam nawet, że po prostu nie wierzy, że po tak długiej przerwie umiałabym jeszcze cokolwiek zaprojektować. Teraz już wiem, dlaczego nie zgadzał się na mój powrót do firmy. Bał się, że spotkam tam ją, tę… Że coś zauważę.

– Nie wiem. Może…

Wiktor zawahał się, pocierając brodę. Bez przerwy zerkał w stronę drzwi, za którymi chwilę wcześniej zniknęła jego żona, i kręcił się niespokojnie. Widać było, że najchętniej zakończyłby tę rozmowę albo przynajmniej zmienił temat na mniej dla niego trudny. Pochylił głowę, jakby chroniąc się przed jej spojrzeniem, podczas gdy ona usiłowała za wszelką cenę przyciągnąć i pochwycić jego wzrok. W końcu zrezygnowała i skupiła całą swoją uwagę na filiżance w kropki, gładząc lekko jej plastikową krawędź.

– Chcę wiedzieć, jak było naprawdę – powiedziała z naciskiem. – Inaczej nigdy nie będę mogła pójść dalej. Dlatego musisz mi pomóc.

– Aniu, uwierz mi, bardzo bym chciał, ale naprawdę nie wiem jak. Gdybym tylko mógł…

– Ależ oczywiście, że możesz – przerwała mu. – Chcę się dowiedzieć, dlaczego mi to zrobił? Dlaczego zdradził? Nie mogę zapytać o to Piotra, dlatego tylko ona może mi to wyjaśnić…

– Co ty, do diabła, chcesz zrobić? – Spojrzał na nią z lękiem.

Westchnęła głośno.

– Po co pytasz, skoro wiesz? Powiedz mi po prostu, gdzie mogę ją znaleźć. Bo wiem, że w firmie jej nie ma.

– Zamierzasz się z nią spotkać? – upewnił się, choć nie mógł już mieć co do tego złudzeń.

Skinęła twierdząco.

– Nie możesz!

– Dlaczego? – Wiktor obejrzał się, słysząc za sobą głos żony. – Uważasz, że Anna nie zasługuje na to, żeby poznać prawdę?

– Wcale nie powiedziałem, że nie zasługuje. Ale spotykanie się z kochanką męża to nie jest dobry pomysł. – Bronił się.

– Nawet jeśli tego właśnie potrzebuje? I tylko to może jej pomóc się uspokoić? – Zwróciła się tym razem do Anny. – Jesteś absolutnie pewna, że nie ma innego sposobu?

Kobieta potrząsnęła zdecydowanie głową. Chwyciła torebkę i wstała, gotowa do wyjścia.

– Chcę się z nią spotkać i to jak najszybciej. Będę dotąd przychodzić do firmy, aż ją tam zastanę. Bo kiedyś musi wrócić, skoro nikt nie rozwiązał z nią umowy. – Zerknęła znacząco na Wiktora.

– To nic nie da, naprawdę – odparł spokojnie. – Jest na zwolnieniu lekarskim i z tego, co wiem, to jeszcze potrwa.

– Nie wierzę ci.

– Wiktor mówi prawdę, ta kobieta jest w szpitalu.

– Michalina! – Wiktor rzucił żonie ostrzegawcze spojrzenie, jednak ta je zlekceważyła. Podeszła do Anny i delikatnie położyła jej dłoń na ramieniu.

– Chciałam tylko przez to powiedzieć, że to nie jest najlepsze miejsce na taką rozmowę. Ani dobry moment.

– Nigdy nie będzie na to wystarczająco dobrego momentu, dlatego chcę mieć to jak najszybciej za sobą. – Powiedz mi, który to szpital?

– Niestety tego nie wiem – odparła. – Mogę ci tylko podać nazwisko jej lekarza. Zresztą znasz je, bo to też twój lekarz, sama mi go kiedyś polecałaś.

– A ty z kolei poleciłaś go jej?

– Nie ja, on. – Wskazała brodą męża. – On dał jej kontakt do doktora Olszańskiego.

– Ale przecież doktor Olszański jest… – Anna zakryła dłonią usta.

Michalina tym razem mocniej ścisnęła jej ramię, kiwając twierdząco głową.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

SPIS TREŚCI

Okładka

Karta tytułowa

* * *

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

Podlasie od kuchni

Reklama

Karta redakcyjna

Copyright © by Renata Kosin, 2012

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I FILIA, Poznań 2018

Projekt okładki: Olga Reszelska

Zdjęcia na okładce: © Des Panteva/Arcangel

© plus69/Fotolia

Redakcja: Paulina Jeske-Choińska

Korekta: Agnieszka Czapczyk

Skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

eISBN: 978-83-8075-456-0

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Bluszcz prowincjonalny Jedwabne rękawiczki Aleja Siódmego Anioła Tatarka Sekret zegarmistrza Kołysanka dla Rosalie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy