180 sekund

180 sekund

Autorzy: Jessica Park

Wydawnictwo: Filia

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 20.93 zł

Wystarczyło sto osiemdziesiąt sekund, by w jej życiu wszystko się zmieniło.

Allison Dennis przeszła przez tak wiele rodzin zastępczych, że nauczyła się do nikogo nie przyzwyczajać. Adoptowana w wieku szesnastu lat nie wierzy w trwałość związków między ludźmi, jednak na trzecim roku college’u odkrywa, że nie może się wiecznie ukrywać.

Pewnego dnia Allison zostaje wplątana w jeden z uczelnianych eksperymentów. Nagle na oczach gapiów musi spędzić sto osiemdziesiąt sekund z chłopakiem, którego nigdy wcześniej nie widziała. Wynik doświadczenia zaskakuje zarówno ją, jak i Esbena Baylora, gwiazdę mediów społecznościowych.

Moc eksperymentu niespodziewanie przytłacza i jednocześnie elektryzuje dwoje nieznajomych. Zachęcona przez przyjaciółkę, Allison próbuje dociec czy to, co połączyło ją z Esbenem jest prawdziwe – i czy może wreszcie uwierzyć w siebie, w innych, w miłość.

Dedykuję tę książkę Danielle Allman,

która jest odważna, bardzo, zaciekle odważna

Rozdział 1

Ptaszyna

Właśnie rozpoczyna się mój trzeci rok studiów, co oznacza, że jeszcze dwa lata i będę wolna. Każdy dzień stanowi przypomnienie, jak różnię się od rówieśników, ponieważ mam stałe poczucie nieporadności – społecznej i emocjonalnej. Zapewne trudno mi będzie się tu izolować, ale zrobię, co w mojej mocy.

Simon przez dwadzieścia minut jeździ w kółko po kampusie Akademii Andrewsa, zanim znajduje miejsce do zaparkowania. Pierwszego dnia zawsze panuje chaos, gdy uczniowie wysypują się z samochodów obładowani pudłami i torbami; auta blokują ulice, a rozentuzjazmowani rodzice tłoczą się na chodnikach. Podróż z Bostonu do północnego Maine zajęła niemal pięć godzin. Jest początek września, choć wydaje się, że dopiero zaczął się sierpień, bo pogoda nie zmieniła się jeszcze od lata. Witamy w Nowej Anglii. Pocę się, bo nie mamy działającej klimatyzacji, ale wysiadając z samochodu, próbuję powachlować się bluzką i cieszę się, gdy owiewa mnie chłodniejsze powietrze.

– Przykro mi z powodu klimy – kaja się Simon. – Samochód jest stary, ale niezawodny. – Stoi przy drzwiach kierowcy i z półuśmiechem spogląda na mnie przez dach, bębniąc o niego palcami. Wygląda przy tym niebywale świeżo, biorąc pod uwagę ten upał. – Wiem, że to kiepski moment na taką awarię. Możemy uznać, że to sauna lub inna kuracja oczyszczająca w jakimś modnym spa. Jestem pewien, że volvo się z tym zgodzi.

Uśmiecham się i kiwam głową.

– Jasne. Trzeci rok powinien rozpoczynać się pewnego rodzaju oczyszczeniem.

– Prawda? Zanim wszystkie uczelniane sprawy zaczną cię zanieczyszczać. Imprezy, posiłki ze stołówki…

Simon mocno się stara, a ja nieustannie go zawodzę. Wiem o tym, ale nie potrafię inaczej. To nie jego wina, chodzi o mnie. Simon jest miły. Zapewne zbyt miły. Zbyt otwarty i wyrozumiały.

Simon, jak przypominam sobie w duchu, jest również moim ojcem. Żenujące, że muszę się napominać, bo przecież widziałam dokumenty adopcyjne. Na miłość boską, byłam obecna przy ich podpisywaniu, po czym w wieku szesnastu lat i sześciu miesięcy oficjalnie – i ostatecznie – zostałam wykreślona z systemu opieki zastępczej.

Przeglądam się w szybie samochodowej. Ciemne włosy spięłam w kucyk, który zwisa mi teraz na plecy, grzywka przykleiła się do spoconego czoła, a moje policzki poczerwieniały.

Jednak to nie reakcja na upał. To lęk.

Muszę się nawodnić.

Czeka mnie nie tylko spotkanie z nową współlokatorką, ale również pożegnanie z Simonem. Nie znoszę niezręcznych pożegnań, więc postanawiam wziąć się w garść. Muszę to przetrwać. Nie jestem dobra w byciu córką, ale mogę spróbować. Zależy mi na Simonie, choć z trudem przychodzi mi okazywanie mu tego.

Uśmiecham się i podchodzę do bagażnika.

– Myślisz, że uda się nam zabrać na raz? – pytam. – Jeśli tak, stawiam lunch.

– Na tej paskudnej studenckiej stołówce? To wcale nie zachęca. – Simon wyjmuje pudło z bagażnika. Próbuje się nie śmiać, ale i tak to widzę. – Uratuję się, jeśli będę powłóczył nogami?

– Właściwie myślałam o greckiej restauracji. – Walizka, którą wyjmuję, nie waży za wiele. Jestem minimalistką, nie pakuję wielu rzeczy.

Simon staje prosto i przechyla głowę na bok, jednocześnie unosi brwi, nie starając się ukryć zadowolenia.

– Restauracja grecka? Z gyrosem i humusem?

Przytakuję.

– I z baba ghanoushem.

Opiera pudło na biodrze, uwalniając jedną rękę. Podnosi głos:

– Łap, co tylko zdołasz, i biegnij! Bierz tylko niezbędne rzeczy! Leć jak wiatr! – Wyjmuje z bagażnika niewielką torbę i pędzi chodnikiem, wołając przy tym przez ramię: – Chodź, Allison! Nie marnuj czasu!

Śmiejąc się, wyjmuję ostatnią torbę z bagażnika, następnie zamykam klapę. Simon droczy się ze mną, ponieważ samochód właśnie został opróżniony ze wszystkich rzeczy. Przybrany ojciec próbuje złagodzić moją niezdolność do zapuszczenia korzeni. Pozwalam sobie na posiadanie jedynie ułamka tego, co posiadają inni studenci w swych niewielkich pokojach w akademikach, jednak Simon przypomina mi o tym, jak jest słodki i wyrozumiały, jeśli chodzi o moje wady. Choć większości rozpakowanie samochodu i zaniesienie gratów do uczelnianego magazynu zajmuje wiele czasu, my dajemy radę zrobić to w pięć sekund.

Próbuję dogonić Simona, który jest tak daleko, że chyba go nie złapię. Walizka obija się o stopnie i plącze w trawie, gdy spieszę na skróty przy budynkach, by dotrzeć do mojego. Zdyszana docieram do Kirk Hall, pod którym mężczyzna siedzi zrelaksowany na pudle.

– Serio? – sapię. – Skąd… wiedziałeś, gdzie iść?

– W zeszłym tygodniu przejrzałem mapę kampusu. I chyba wczoraj. I ponownie tego ranka, zanim wyjechaliśmy. – Simon jest wyluzowany i przystojny jak nigdy, na czerwonej lnianej koszuli nie ma najmniejszego śladu potu. Włosy, które zawsze zaczesane są modnie z czoła, nadal trzymają się na swoim miejscu. Bez wysiłku prezentuje się nieskazitelnie, nawet w sytuacjach, gdy trudno zachować dobry wygląd, co jest rzeczą godną podziwu. Spogląda na mnie przez okulary przeciwsłoneczne. – Byłem tu kilka razy, nie mogę przecież wyglądać jak przeciętny, nierozgarnięty członek rodziny na ślepo podążający za swoim dzieckiem. Chciałem wyglądać, jakbym wiedział, co robię.

Mam wyrzuty sumienia, ponieważ przez ostatnie lata nieczęsto go zapraszałam. Może jednak teraz będzie inaczej. Może w tym roku zdołam się przed nim otworzyć. Chciałabym.

Mój puls wraca do normalności, ale ponownie się pocę.

– Pomyślałeś więc, że przebiegniesz przez kampus jak szaleniec?

Szczerzy zęby w uśmiechu.

– Tak. A teraz chodźmy zobaczyć twój pokój.

Zeszłej wiosny wygrałam i dostałam upragniony jednoosobowy pokój, ale, co wcale niedziwne, teraz nie miałam tyle szczęścia. Wiele godzin czekałam, by wybrać sobie coś ze źle wydrukowanej mapy, ale okazało się, że jedynki się skończyły. Tradycyjna forma rezerwacji była skandaliczna, przeklinałam archaiczny system, gdy próbowałam się na coś zdecydować. Student za ladą pytał, czy mam kogoś, z kim mogę zamieszkać, więc pięciokrotnie próbowałam go jakoś zbyć, nim w końcu krzyknęłam: „Nie, nie mam. Nie mam z kim zamieszkać! Właśnie dlatego chcę jedynkę!”.

Niektórzy powiedzieliby, że zrobiłam niezłą scenę, ale ja zbyt zajęłam się panikowaniem. W końcu wybrałam dwójkę, która składała się z osobnych sypialni i wspólnej części dziennej. Mam przechodzić przez niewielki salon, ale z pewnością powinno mi się to łatwo udawać. W chwilach, gdy ośmielam się mieć nadzieję, myślę, że dogadam się z tajemniczą współlokatorką. Cuda się przecież zdarzają. Mimo to denerwuję się przed poznaniem dziewczyny.

Wpisanie się na listę i pobranie klucza zajmuje mi kilka minut. Następnie z rosnącym niepokojem wchodzę do mieszkania znajdującego się na poziomie piwnicy.

Simon śmieje się, gdy wzdycham głośno.

– Ulżyło ci, że jeszcze jej nie ma?

Zawożę walizkę do pustej sypialni, następnie opadam na twardą i ohydną pomarańczową kanapę w salonie. Simon siada naprzeciw mnie na fotelu biurowym, który przyniósł z mojego pokoju.

– Dlaczego tak się martwisz?

Krzyżuję ręce na piersiach i rozglądam się po betonowych ścianach.

– Wcale się nie martwię. Dziewczyna jest prawdopodobnie bardzo fajna. Na pewno okażemy się pokrewnymi duszami, będziemy się nawzajem czesać i w bieliźnie urządzać wojny na poduszki, aż połączy nas głęboka lesbijska miłość. – Wpatruję się w pajęczynę, zakładając, że są na niej gotowe do wylęgu jaja.

– Allison? – Simon czeka, bym na niego spojrzała. – Nie możesz tego zrobić. Nie możesz zostać lesbijką.

– Dlaczego nie?

– Ponieważ wszyscy założą, że nakłonił cię do tego gej, który cię adoptował, a to nie byle co. Będziemy musieli uczestniczyć w dysputach pod tytułem „natura kontra wychowanie” i będzie to tak bardzo nudne…

– Masz rację. – Czekam, aż z sufitu spadną małe pajączki. – Założę więc, że dziewczyna jest naprawdę słodką, normalną osobą, z którą nie będą mnie łączyć żadne relacje seksualne.

– Od razu lepiej – przyznaje. – Jestem pewien, że będzie fajna. Tak liberalna artystyczna uczelnia przyciąga naprawdę świetne osoby. Znajdziesz tu dobrych ludzi – próbuje podnieść mnie na duchu, ale to nie działa.

– Zapewne – mówię. Wodzę palcami po ciemnopomarańczowej cienkiej tkaninie kanapy, której twardość sugeruje, że z pewnością została wykuta w kamieniu.

– Simonie?

– Tak, Allison?

Wzdycham, następnie biorę kilka wdechów, bawiąc się wstrętnymi nićmi wystającymi z mebla.

– Prawdopodobnie ma rogi.

Simon wzrusza ramionami.

– Nie wydaje mi się – urywa na chwilę. – Chociaż…

– Chociaż co? – pytam przerażona.

Następuje dłuższa cisza, przez co się denerwuję. W końcu mówi powoli:

– Może mieć jeden.

Wpatruję się w niego.

Simon klaszcze i próbuje mnie rozweselić.

– Jak jednorożec! Rety, twoja współlokatorka może być jednorożcem!

– Albo nosorożcem – zauważam. – Okropnym, morderczym nosorożcem.

– No tak – przyznaje.

Wzdycham.

– Z dobrych wieści − nie będę potrzebowała drapaka do pleców, bo mam tę kanapę. – Opieram się o szorstkie oparcie i wyciągam ręce, nim zdoła zaprotestować. – Wiem. Jestem pełna optymizmu.

– To żadna nowość. – Simon wpatruje się w moje oczy. Po lecie spędzonym na żeglowaniu u wybrzeży Massachusetts mężczyzna jest opalony, a jego brązowe włosy pojaśniały w miejscach nieobjętych siwizną. Powinnam dołączać do jego wypraw częściej niż te kilka razy. W następne wakacje, może w następne wakacje…

– Sądzę, że to wspaniały luksus zapewniony przez Akademię Andrewsa – mówi. – Korzystaj.

Rozglądając się po betonowych ścianach, dochodzę do wniosku, że dam tej nieznajomej lokatorce szansę. Zmuszę się do otwartości i przyjazności. Być może się dogadamy. Nie ma powodu, by szkolna znajomość przekształciła się w jedyną przyjaźń, bo mam już prawdziwą przyjaciółkę, Steffi, a w moim sercu nie ma miejsca dla nikogo więcej, ale może mogłabym mieć dobrą relację z tą dziewczyną? Mogłoby to być nawet przyjemne.

Cóż, przyjemne to może przesada, postawiłabym na znośne.

Rozlega się pukanie do drzwi, w których staje wysoki chłopak z rzadką brodą i koralikami na szyi.

– Joł, Allison?

Przytakuję.

Uśmiecha się.

– Hej! Miło mi cię poznać! Jestem Brian, twój opiekun. Witaj, kochana. Cieszymy się, że zamieszkasz w Kirk Hall. Będzie nieziemsko. – Macha ręką w powietrzu, na co staram się nie wzdrygać. – Tylko, laska, jedna sprawa. Twoja współlokatorka. Coś jej wypadło.

– Co masz na myśli, mówiąc „wypadło”? – pytam.

– No tak jakby nie będzie jej tu w tym roku. Coś związanego z wyjazdem na Antarktydę i badaniem amfitryt lamparcich. – Krzywi się. – Niezbyt ciekawie brzmi, ale przez kilka miesięcy zostanie w laboratorium, by studiować ten gatunek, po czym pojedzie obserwować je w naturalnym środowisku.

Simon marszczy brwi.

– Amfitryty lamparcie?

– No nie? – Chłopak z naszyjnikami uciska nasadę nosa. – Założę się, że śmierdzą. Przypuszczam więc, że w tym roku będziesz mieszkała solo, ptaszyno. – Nagle się rozpogadza. – Ale hej! Dziś organizujemy tu zabójczą imprezkę powitalną! W holu na drugim piętrze! Do zobaczenia! – Wskazuje na mnie palcem, po czym odchodzi, trzaskając za sobą drzwiami.

Choć Simon wygląda na dotkniętego faktem, że nie będę miała współlokatorki, ja czuję niesamowitą ulgę. Jestem ptaszkiem, który w tym roku będzie fruwał solo!

– Chodźmy na baklawę – mówię ze zbyt wielkim entuzjazmem.

– Allison…

– Co? Oj. – Zmuszam się do smutnej miny i próbuję ukryć zadowolenie z obrotu wypadków. – To znaczy, chyba miło by było z kimś mieszkać, ale nie szkodzi. Jestem pewna, że ta dziewczyna spędzi niezapomniane chwile. Dobrze, że się realizuje, prawda? Wiedziałeś, że amfitryty lamparcie nazywane są też fokami lamparcimi? Ta nazwa bardziej mi się podoba.

Simon wyrzuca ręce w górę.

– Nie wiedziałem. – Szuka odpowiednich słów. – Słuchaj, wiem, że nie lubisz przebywać z ludźmi, ale nie oznacza to, że powinnaś być szczęśliwa, jeśli…

– Jeśli ktoś wybiera rok życia w laboratorium, zamarzniętą tundrę i badanie jakichś przerażających zwierząt zamiast mieszkania ze mną…

Simon się smuci.

– No tak, ale przecież cię nie zna i to nie tak, że… cię odrzuciła. Po prostu pojechała spełniać marzenia i takie tam…

Siedzimy przez dłuższą chwilę w ciszy, ale gdy tyłek zaczyna boleć mnie od niewygodnej kanapy, wstaję i przechodzę do pustego pomieszczenia, które miało być sypialnią mojej współlokatorki. Opieram głowę o futrynę i patrzę w podłogę.

– Przykro mi, że nie przepadam za ludźmi. Przepraszam, że poczułam ulgę na wieść o tym, że będę mieszkała sama.

– W porządku – odpowiada cicho. – Rozumiem.

– I przepraszam, że jestem pesymistką.

– To też rozumiem.

– Przepraszam też… – Nie potrafię znaleźć właściwych słów. – Po prostu przepraszam. Chyba popełniłeś błąd. To błąd, że mnie wziąłeś. – Oto pierwszy raz wypowiadam na głos myśl, która nie opuszcza mnie od lat. Nie wiem, dlaczego akurat teraz, ogólnie rzecz biorąc, niczego nie jestem już pewna.

Kątem oka widzę, że Simon wstaje z fotela i obraca się ku mnie. Cicho, lecz stanowczo oznajmia:

– Nie. Z pewnością nie było to błędem.

Ponieważ dobrze mnie zna, nie zbliża się, by mnie uściskać czy w jakikolwiek inny sposób okazać uczucie. Cieszę się, że szanuje moje granice. Wie, że nie przepadam za okazywaniem emocji.

I nie lubię ludzi.

I im nie ufam.

– I mam również pewność – ciągnie – że winna mi jesteś lunch.

Siadamy w greckiej restauracji mieszczącej się przecznicę od kampusu. Rozmawiamy nad ogromną ilością jedzenia. Spędzam czas, napychając usta posiłkiem i niewiele rozmawiając, ale Simonowi udaje się wypełnić ciszę, by była mniej niezręczna.

– Zastanawiam się, jaka jest – mamroczę pomiędzy kęsami. Przez kilka sekund wyobrażam sobie typowe uczelniane życie, mieszkanie z niesamowitą współlokatorką i cieszenie się tym. W przeszłości mieszkałam z dwiema dziewczynami, ale nie dziwi mnie, że nie nawiązałam z nimi żadnej relacji. Wiem, że to moja wina. – Może to naprawdę fajna osoba. Może byśmy się zaprzyjaźniły.

Simon chrząka. Wie, że wygaduję głupoty.

– Ale – nie daję za wygraną – najwyraźniej foki lamparcie są miłością jej życia, a ponieważ mnie przerażają, podejrzewam, że i tak by nam się nie ułożyło. Tak jest lepiej.

Zaczyna boleć mnie głowa. Piję wodę, po czym skupiam się na uzupełnieniu nią szklanki.

– Ile tak naprawdę wiesz o tych zwierzętach? – Simon przerywa moją obsesyjną konsumpcję wody. – Nic o nich nie słyszałem.

Odnalezienie zdjęcia na komórce i pokazanie mu ekranu zajmuje mi chwilę.

– Zęby. Te zwierzęta mają zęby jak miniaturowe włócznie.

Simon się poddaje.

– Dobra, masz rację. To niezbyt przyjazne stworzenia. Dziewczyna rzeczywiście mogłaby nie być najlepszą współlokatorką.

Opieram się na krześle z satysfakcją, a ból głowy mija.

Rozdział 2

Znaleźć jedną osobę

Leżę w łóżku już o dziewiątej. Poprawiam szorstką pościel, upewniając się, że kołdra pozostanie idealnie złożona na moich piersiach. Niewielki wentylator pracuje, bym nie udusiła się w nocy. Odgłosy wydawane przez studentów świętujących powrót na kampus sprawiają, że kurczy mi się żołądek, więc nawet nie uchylam niewielkiego okna. Szum łopatek wiatraka nie zagłusza pijackich okrzyków, ale nieco je łagodzi.

Zaskakuje mnie walenie w drzwi, muszę się uspokoić, nim czuję się na siłach, by podejść i je otworzyć.

– Allison! Jak wakacje? Idziesz na górę na imprezę? – Na progu stoi drobna dziewczyna z plastikowym kubkiem w dłoni. Rozjaśniane włosy sterczą z jej głowy, by opaść z tyłu na łopatki. Poznałam ją w zeszłym roku, miałyśmy razem jakieś wykłady. Becky? Bella? Brooke? Coś na „B”. Łapie się za głowę, gdy zauważa moją koszulkę na ramiączkach i spodnie od piżamy. – Oj. Zgaduję, że jednak nie.

Uśmiecham się szeroko.

– Hej! Dobrze cię widzieć. Boże! Pięknie wyglądasz! Co za opalenizna! – Udaje mi się wycisnąć z siebie ekscytację, aż mnie samą zaskakuje mój piszczący głos. – Jestem zmęczona tymi wszystkimi wakacyjnymi imprezami. – Spoglądam na nią wymownie, próbując przekonać, że przez ostatnie tygodnie tak szalałam, że nie potrafię zmusić się do uczestnictwa w kolejnym społecznym wydarzeniu. Markuję ziewnięcie.

Dziewczyna o imieniu na „B” unosi kubek, dając znać, że rozumie, i tak energicznie kiwa głową, że kosmyki jej włosów lądują w cieczy w kubku.

– Czaję. Odpoczywaj. Następnym razem, dobra?

Przytłacza mnie myśl, że mam spędzić tu kolejne dwa lata, unikając przy tym jakichkolwiek interakcji z rówieśnikami. Boże, gdybym tylko mogła chodzić na zajęcia w czapce niewidce…

– Jasne… – Popełniam straszliwy błąd, robiąc pauzę, czym daję jej znać, że nie pamiętam jej imienia.

– Carmen – mówi z niewielką irytacją. – Carmen. W zeszłym roku byłam twoją sąsiadką, chodziłyśmy też razem na historię brytyjską.

– Wiem, jak masz na imię, głuptasie! – Próbuję wymyślić, co dodać. Choć bardzo nie chcę iść na imprezę, nie mam zamiaru ranić jej uczuć. W takich chwilach żałuję, że jestem aż tak dziwna. Próbując zabrzmieć przyjaźnie, mówię: – Tylko… zauważyłam twoje fajowe kolczyki. Są niespotykane.

Dotyka ucha.

– To tylko zwykłe srebrne kółka.

– Ee, nie chciałam powiedzieć „niespotykane”. Chodziło mi o to… że… są idealnego rozmiaru. No wiesz, nie za duże, nie za małe…

Carmen przygląda mi się sceptycznie.

– Chyba tak.

– Naprawdę ładne. Też bym takie chciała.

– Mama mi je podarowała. Jeśli chcesz, zapytam, gdzie je kupiła.

Uśmiecham się.

– Byłoby zarąbiście. Dzięki! – Jestem zbyt fałszywie rozentuzjazmowana, więc markuję kolejne ziewnięcie. – A w ogóle przepraszam, że nie jestem dziś w nastroju. Wypij za mnie jakieś piwo, dobrze?

– Jasne! Zaraz wypiję! – Upija spory łyk z kubka i odchodzi korytarzem, obracając się po kilku krokach. – Miło cię znów widzieć, Allison!

– Ciebie też, Carmen!

Zamykam drzwi i gaszę światło. Wejście do drugiej sypialni jest otwarte, więc wpatruję się w nie. Zostawić tak jak jest czy przymknąć drzwi? Nie potrafię się zdecydować. Kiedy je zamknę, będzie wyglądało, jakby ktoś tam mieszkał i się uczył, spał, spotykał z kimś, pragnąc prywatności… Jakbym miała przyjaciółkę, z którą chcę nawiązać bliższą relację. Wszystko jedno. Otwarte drzwi podpowiadają mi jednak, że nikt taki nie istnieje.

Naprawdę nie mam pojęcia, co zrobić. Mijają kolejne minuty.

Nagle podrywam się z miejsca, chwytam za klamkę i zamykam drzwi z trzaskiem. Tamten pokój nie istnieje.

Wracam pospiesznie do siebie i zamykam własne. Nie potrafię wystarczająco szybko znaleźć się w łóżku.

Szarpię kołdrę, by nakryć się nią, podciągnąć pod brodę i wygładzić. Dlaczego Carmen w ogóle do mnie przyszła? Nie znajduję wytłumaczenia. Poruszam palcami u stóp, w końcu łączę nogi i próbuję się uspokoić.

Wachluję się poszwą, nim ponownie ją wygładzam, upewniając się, że nie marszczy się na górze. Simon nalegał, by kupić mi nową pościel. Choć mam już jeden zestaw, przed wyjazdem wyprał mi go i wyprasował. Wyglądał na rozczarowanego, gdy wahałam się, czy przyjąć nowy komplet. „Nie możesz mieć tylko jednego! Proszę, zrób to dla mnie. Tylko w tym roku miej dwa. W tym nowym tkanina jest bajeczna”. Podziękowałam więc i przyjęłam bajeczny prezent.

Ciężka bawełna nie jest tak znajoma jak tanie, szorstkie materiały, pod którymi spałam, dorastając. Mam ochotę wyciągnąć starą bieliznę pościelową z szafy i ponownie oblec kołdrę i poduszkę, jednak pragnąc uszczęśliwić Simona, zostaję w tej. Mężczyzna od lat próbuje zaznajomić mnie z nową normalnością.

Chciałabym mu na to pozwolić, ale moja historia jest zbyt skażona, by udało mu się mnie naprawić.

Przestałam liczyć na stabilizację, gdy miałam chyba dziesięć lat. Prawdę mówiąc, do tego czasu byłam optymistką, jednak kiedy przekroczyłam dziesiąty rok życia, stało się jasne, że nikt nie zechce mnie adoptować. Nikt nie chciał nieśmiałej, nieciekawej, płochliwej dziewczynki, która wyrosła już z uroczego przedszkolnego wieku.

Zamykam oczy i w nieskończoność wygładzam pościel, starając się zapanować nad lękiem wiążącym się z przeszłością.

Pamiętam bardzo miłą pracownicę społeczną, która odebrała mnie z rodziny zastępczej, gdy miałam jakieś osiem lat. Był nowy rok, spadające z nieba warstwy białego puchu utworzyły zaspy śnieżne, więc zdenerwowana kobieta chyba z milion razy poprawiała różowy wełniany szalik. Wykonywała przygnębiającą pracę. Wciąż mam przed oczami uśmiechniętych rodziców i dwójkę ich biologicznych dzieci, ściskających mnie na pożegnanie, machających i życzących mi sukcesów, dziękujących za pobyt w ich domu. Dziękujących, jakbym była studentką na wymianie, która zatrzymała się u nich na chwilę, by doświadczyć nowej kultury, jaką prezentowała rodzina z wyższej klasy społecznej mieszkająca w Massachusetts. Jak gdyby gościli mnie dla przyjemności. U nich przynajmniej najadałam się do syta, jednak nie było to warte złamanego serca, które pękło we mnie na wieść, że czas się zbierać.

Moje dzieciństwo składało się głównie z nieustannych zmian szkół, pokoi, domów, dzielnic, rodzin. Nie pamiętam, ilu poznałam nauczycieli, rówieśników, ile razy musiałam zaczynać od nowa.

Były też urodziny. Albo przesadnie świętowane, albo zupełnie zapominane.

Zaczynam szybciej oddychać, więc zaciskam palce na materiale, próbując przypomnieć sobie, że w tej chwili mam więcej, niż mogłabym wymagać. Powinnam być spokojna. Mam Simona, który przyrzekł, że nigdzie się nie wybiera. Adoptował mnie. Na miłość boską, podpisał dokumenty. Z prawnego punktu widzenia nie może mnie porzucić.

Utknął ze mną.

Dzwoniący telefon hamuje moją narastającą panikę…

Steffi. Jedyna osoba na tym świecie, z którą chcę teraz rozmawiać.

Ocieram twarz i odchrząkuję.

– Cześć!

– Tobie też! – wykrzykuje entuzjastycznie. Natychmiast mi lepiej.

Steffi stanowi jedyny wyjątek od niestabilności tego świata. Od chwili, w której się poznałyśmy w wieku czternastu lat, byłyśmy partnerkami w przetrwaniu. Zaledwie przez trzy miesiące mieszkałyśmy w tej samej rodzinie zastępczej wraz z innymi czterema dzieciakami, ale to wystarczyło, by scementować naszą przyjaźń.

– Jak Kalifornia? – pytam.

– Pogodna i piękna. Jak ja. – Steffi śmieje się ochryple, praktycznie widzę, jak przerzuca długie jasne włosy. – Wiesz, zostałam stworzona do życia w Los Angeles. I ty też. Przekonasz się o tym, gdy dostaniesz dyplom i się tu przeniesiesz.

Uśmiecham się.

– To właśnie planuję zrobić. – Słyszę narastającą i cichnącą muzykę oraz szuranie przesuwanych wieszaków. – Wychodzisz gdzieś?

– No jasne. Przełączę cię na głośnik, gdy będę się ubierać, dobrze? Co tam u ciebie? Jak podwózka z tatusiem?

– W porządku. No wiesz… zjedliśmy lunch.

– Simon nadal jest taki przystojny?

– Boże, Steffi! To ohydne! – mówię, jednak mimowolnie się śmieję.

– Nie jest moim tatą – odpowiada seksownym, choć nieco przerażającym głosem. – Ale gdyby wyszło, jakbym chciała, zostałabym jego żoną, a twoją matką!

– Cicho! To dziwaczne. No i on jest gejem – przypominam jej. – Na szczęście nie jesteś w jego typie.

– No i proszę – mówi, wzdychając przesadnie. – Cholera! Ale wciąż nosi te zarąbiste okulary przeciwsłoneczne? Nie, nie odpowiadaj. Dlaczego romansowanie jest takie niesprawiedliwe?

Przewracam oczami.

– Wydaje mi się, że przeżyjesz jakoś, nie uwodząc jego serca.

– To nic. Planuję utopić swoje smutki w wódce z wodą, następnie wyrwać największe ciacho, jakie tylko znajdę. A ty? Czy ty w ten piękny wieczór zamierzasz dobrać się do jakiegoś studencika?

Powstrzymuję się, by nie parsknąć.

– Już jutro zaczynają się wykłady. Tylko… dziś nie szalej. – Z jakiegoś powodu się jąkam, a to wystarcza, by Steffi wiedziała, że coś jest nie tak.

– Co się dzieje, Allison? – pyta cicho.

– Nic takiego.

– Nie możesz spać?

Bez sensu ją okłamywać.

– Tak. Nie mogę. I nie wiem dlaczego.

Muzyka w tle milknie. Czy mi się to podoba, czy też nie, przyjaciółka poświęca mi całą swoją uwagę.

– Ponownie chcesz, byśmy to przerobiły? – pyta.

Nie potrafię wydusić ani słowa, ale Steffi wie, że kiwam głową.

Zaczyna mówić mi to, co już wiem – albo co powinnam wiedzieć, ale o czym często musi mi przypominać.

– Nie mieścimy się w statystykach. Pokonałyśmy system. To, że nikt nas nie chciał przez tyle lat? W porządku. Ale nie dałyśmy się. Dorastałyśmy samotne, niechciane, odrzucone, ale pieprzyć ich wszystkich. Ukończyłyśmy szkołę średnią i obie poszłyśmy na studia. Nie skończyłyśmy w pace. Nie ćpamy. Nie uciekłyśmy z nieznajomymi, nie mieszkałyśmy na ulicy, robiąc Bóg jeden wie co. Nie mieścimy się w statystykach – powtarza. – Mieszkałyśmy w podłych rodzinach, mieszkałyśmy też w fajnych. Ale szczegóły nie mają znaczenia, słyszysz? One się nie liczą. Nie chcę żyć przeszłością. Ty też tego nie chcesz. Nie wrócimy do niej. Skończyła się. Nie mieścimy się w pieprzonych statystykach. I nigdy nie będziemy. Jesteśmy wyjątkowe, rozumiesz?

Ponownie kiwam głową.

– Prawda. – Byłam pustą skorupą, póki w moim życiu nie pojawiła się ta dziewczyna i nie rozwaliła go. Przynajmniej w jakimś stopniu.

– To co jeszcze? – nalega. – Co robimy? Co się dzieje każdego dnia?

Przewracam się na bok i zaświecam niewielką lampkę na biurku.

– Skupiamy się na przyszłości i nie oglądamy się za siebie.

– Wspaniałej przyszłości – poprawia. – A dlaczego czeka nas ta wspaniała przyszłość? – pyta.

– Ponieważ zmusiłaś nas do studiowania. Ponieważ wiedziałaś, jak ważna jest edukacja. Wiedziałaś, że nas uratuje.

Nie czuję nadmiernej dumy, gdy zmusza mnie, bym to powiedziała, popycha mnie jedynie do potwierdzenia naszych dokonań. Chociaż mogłabym mieć dla niej większe uznanie, bo Steffi groziła, schlebiała i przekupywała, żeby uzyskać informacje o każdym moim posunięciu. Niestrudzenie próbowała zachować kontakt, gdy zostałyśmy rozdzielone. I tylko dzięki niej poświęciłam się dalszej nauce, bo wciskała mi do głowy, jakie to ważne dla dalszego przetrwania.

– Poszłaś na studia. I to na dobrą uczelnię.

– A ty masz pełne stypendium na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. Nikt inny go nie dostał. Nikt – podkreślam, jakby przypominając sobie, co osiągnęła. Opłaciły jej się ciężka praca i determinacja. Jest bardzo zdolna, stanowi wyjątek pośród dzieci mieszkających w rodzinach zastępczych.

– Zrobiłyśmy to, prawda? – ciągnie. – Ponieważ pozostałyśmy skoncentrowane.

Wpatruję się w sufit.

– I ponieważ się o mnie zatroszczyłaś.

– Zatroszczyłyśmy się o siebie nawzajem – milknie na chwilę. – Pamiętasz, co dla mnie zrobiłaś?

– Nie chcę o tym mówić.

Zapada cisza.

– Dobrze, ale też się o mnie troszczyłaś.

– Dlaczego nie chcesz, bym zrobiła to teraz ponownie?

– Bo jestem twardzielką.

Mimowolnie parskam śmiechem.

– Tak, jesteś. Ale chcę, byś wiedziała, że czekam, gdybyś mnie potrzebowała. Zrobię dla ciebie wszystko.

– Oczywiście, że zrobisz! Wiem o tym. Allison?

– Tak?

– Twoja historia ma szczęśliwe zakończenie. Masz Simona. Nie zapominaj o tym. Nawet jeśli myślałyśmy, że było za późno, nawet jeśli czułyśmy, że to już nie ma znaczenia, znalazłaś ojca. Masz miejsce, które możesz nazywać domem, które możesz odwiedzać w święta i w wakacje. Nawet jeśli rodzic zawitał do twojego życia dość późno, nie oznacza, że się nie liczy. Niełatwo zostać adoptowanym w liceum.

– To niesprawiedliwe. – Nie potrafię znieść tych słów, ponieważ mam niekontrolowane wyrzuty sumienia. Zakrywam usta ręką, by powstrzymać szloch; uspokojenie się zajmuje mi chwilę. Czekam, by wyciszyć się na tyle, że mój głos nie zdradzi emocji. – Ty nie zostałaś adoptowana.

– Nie musiałam. Byłam chorą dziewczynką, Allison. Nikt nie chce dziecka, które ma raka. Później, kiedy wyzdrowiałam, nie potrzebowałam ich już. – „Ich” oznaczało Joan i Cala Kantorów. Steffi trafiła do ich domu mniej więcej w tym samym czasie, w którym ja trafiłam do Simona, który mnie adoptował, ale Joan i Cal nie chcieli Steffi, zamiast tego poczekali, aż dziewczyna skończy osiemnaście lat i zacznie życie na własną rękę. Nie wspierali jej, nie zapewnili rodziny, nie dali bezpiecznego schronienia.

Choć Steffi już wtedy była bardzo twarda i samowystarczalna, załamała się, gdy zakomunikowali jej, że zakończyli nad nią opiekę. W jej przypadku nie doszło do szczęśliwego zakończenia szkoły średniej.

Nigdy im tego nie wybaczę.

Nigdy nie będę przekonana, co o nich powiedzieć. Co sądzić o ludziach, którzy odrzucili najbardziej wartościową dziewczynę. Mogła być ich córką.

Jak zawsze Steffi odzywa się, by wypełnić ciszę.

– Słuchaj, Allison, byłam porażką, okej? Stanowiłam ryzyko. A poza tym dlaczego miałam skończyć z jakąś miłą rodzinką i ich trzema psami, skoro miałam ciebie?

– Prawda? – mówię, chociaż nie jestem pewna.

– Hej! Daj już spokój! – rzuca ostro. – Wspieram cię! Co zawsze mówię?

Kręci mi się w głowie.

– Nie wiem…

– Trzymaj się swoich. Pamiętasz? Jestem twoja, a ty moja. Jeśli będziesz miała szczęście znaleźć jedną, tylko jedną osobę na tym padole łez, która sprawi, że twoje życie będzie coś warte, którą pokochasz, której zaufasz i dla której zabijesz, będziesz musiała mocno się jej trzymać, bo to zapewne się już nie powtórzy. Mamy siebie – mówi z przekonaniem.

– Dobrze.

– Będzie bolało, ale w końcu przestanie.

– Dobrze.

– Powiedz to.

– Będzie bolało, ale w końcu przestanie – powtarzam, ale nie jestem pewna, czy w to wierzę. Nie jestem tak silna jak Steffi, moja przeszłość wciąż mi przeszkadza. Nawet jeśli najgorsze powinno minąć, to wciąż niezmiennie boli, dawne rany mają siłę, z którą nie potrafię się równać.

Być może jestem zbyt zniszczona.

– Steffi? Nie jesteś porażką. Nigdy nie byłaś. Jesteś bardziej idealna niż jakikolwiek rodzic na to zasługuje. Kropka.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

Rozdział 1: Ptaszyna

Rozdział 2: Znaleźć jedną osobę

Rozdział 3: Motywacja

Rozdział 4: Biały szum

Rozdział 5: Sto osiemdziesiąt sekund

Rozdział 6: Ciekawość nie jest pierwszym stopniem do piekła

Rozdział 7: Po prostu spróbuj oddychać

Rozdział 8: Tequila i inne

Rozdział 9: Makaron i filmy

Rozdział 10: Robin Hood

Rozdział 11: Odwaga

Rozdział 12: Miś

Rozdział 13: Siniaczek

Rozdział 14: Trzeba

Rozdział 15: Spełniaj marzenia

Rozdział 16: Uraza

Rozdział 17: Spektrum

Rozdział 18: Zniszcz mnie

Rozdział 19: Ponowne przeżywanie

Rozdział 20: Mieszanka śniadaniowa

Rozdział 21: Świąteczny cud

Rozdział 22: Taniec

Rozdział 23: Masz moje serce

Rozdział 24: Utrata powietrza

Rozdział 25: Ratunek

Rozdział 26: Społeczna ruina

Rozdział 27: #Allison&Steffi

Rozdział 28: Motocykliści i przesiadki

Rozdział 29: Nieskończoność

Rozdział 30: Zmiana świata

Rozdział 31: Upieczone

Rozdział 32: Teraz i zawsze

Podziękowania

O autorce

Reklama 1

Reklama 2

Reklama 3

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: 180 Seconds

Text Copyright © 2017 Jessica Park

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo FILIA

This edition is made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com, in collaboration with Graal, SP. Z.O.O.

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2018

Projekt okładki: Olga Reszelska

Zdjęcie na okładce: © martin-dm/iStock

Przekład: Katarzyna Agnieszka Dyrek

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

eISBN: 978-83-8075-455-3

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

180 sekund To skomplikowane. Julie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy