Wikingowie. Kraina Proroka

Wikingowie. Kraina Proroka

Autorzy: Radosław Lewandowski

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 512

cena od: 20.74 zł

Czwarta, finałowa część cyklu, spinająca klamrą wątki i losy postaci poznanych w tomach poprzednich. Znajdziemy tu dalsze dzieje Erika Erykssona – młodego wikinga, który wraz z oddziałem najemników trafił do kraju Maurów, oraz Oddiego - syna renegata Asgota Czerwonej Tarczy. Ten ostatni, jak wiedzą wierni czytelnicy tej sagi, płonąc żądzą zemsty spędził rok w Winlandii, przebył Ruś i trafił do Bizancjum.

Akcja czwartego tomu rozgrywa się na terenie kalifatu Kordoby i na muzułmańskiej Sycylii. Pchani żądzą złota i sławy wikingowie przemierzają krainy Saracenów, niosąc tubylcom krew, cierpienie i beztroski śmiech, bo przecież umrzeć można tylko raz. Na lądzie i na wodzie toczą wielkie bitwy i drobne potyczki, odkrywają tajemnice i mroczne intrygi wielkich władców, knują spiski, zastawiają zasadzki, łupią, palą i mordują.

Jedynie łaskawości bogów zawdzięczają całą skórę, choć nie wszyscy wrócą do domów. Ale przecież śmierć jest początkiem, a nie końcem drogi...

Ilustracje oraz projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Jacek Ring

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Głowińska (Lingventa), Elżbieta Steglińska

Copyright © for the text by Radosław Lewandowski

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN 978-83-287-0905-8

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Bibliotekarzom.

Jeśli książka zawiera marzenia, nieprzebyte przygody,

to Biblioteka jest snem,

w którym stają się one rzeczywistością.

Spis treści

Husaby

Sjörklandia

Bitwa

W drodze

Kordoba

Nocna wyprawa

Borga

Gwardziści kalifa

Sekret brata Piotra

Pałac kalifa

Thing

Trzecia droga

Samboja

Rejs na Sikilijję

Bezkresy

Bitwa

Bóg wspiera ludzi o dzielnych sercach

Okolice Mesyny

Mesyna

Poselstwo

Pierwsi sojusznicy

Jaskinie Sancte Felicjum

Mesyna

Suk

Oddi Asgotsson

Castro-Johannis

Bitwa

Zeno

Mesyna

Tajemnica Zena

Posłowie

Źródła

Suplement

Podziękowania

Wicher szarpał: to cichł, to znów się wzmagał, gdy Hräswelg na skraju niebios składał i rozpościerał swoje olbrzymie skrzydła. Wiatr porywał wilgoć znad jeziora Vänern i obmywał nią dwóch zakapturzonych mężów. Stali na skraju leżącej w królewskich włościach osady Husaby, ciesząc się z chwilowego załamania wiosennej pogody. Złe oczy i uszy mogły zniweczyć plan i skłonić konunga Eryka Zwycięskiego do zadawania niewygodnych pytań i kto wie do czego jeszcze. To porywczy i gniewny, ale przebiegły władca.

Grube ciepłe futra szczelnie okrywały postacie i dopiero wsłuchując się w rwane podmuchami głosy, można było stwierdzić, że jeden z wojów był dojrzałym mężem, a drugi gołowąsem.

– Źle jest być fałszywym druhem, zdradliwą żmiją w sakwie z jedzeniem. Zróbmy to jeszcze w Uppsali, Olofie. A najlepiej nakarmmy orły, stojąc z wrogami twarzą w twarz.

– Wiesz, że nie możemy. – Wyższy, młodszy głos pełen był stanowczości. – Ojciec powziąłby podejrzenia i może nawet wygnał precz. Nakazał mi gird dla braci i kazał przysiąc na Odyna, że póki starczy tchu, nie będę nastawał na ich życie.

– Źle łamać takie przyrzeczenie, Jednooki wszystko widzi i pamięta.

– Nie twoja rzecz. Marne życie po śmierci to daleka sprawa. A tu i teraz jest życie za życia i o nie muszę zadbać. Chcę władać całą Szwecją, a nie dzielić się z braćmi. A jeśli tak… Słyszałeś, drengu, o Białym Krystosie?

– Czemu pytasz? Wszędzie pełno jego sług. Rozłażą się po kraju niczym robactwo po śpiącym. Ale to nie trup i gdy się zbudzi…

– To się zbudzi. Ale musisz przyznać, że idzie za nim potęga. Wielu królów: Englismadowie w Bretlandzie, Grikkmadzi, Svavalandczycy, Hundlandczycy czy Saxlandczycy, wszyscy oni skłonili głowy przed tym Jednobogiem. Jeśli jest tak silny, to uznam kiedyś jego zwierzchność, a on w zamian uchroni mnie przez zemstą Odyna. – Młody woj zaśmiał się szaleńczo. – Widzisz drottmadzie, ja na wszystko mam plan.

– Przyznam, że dopisuje ci szczęście, panie. Emunde chorzał tej zimy i może wcale nie wydobrzeje. Ciągle jeszcze kaszle krwią i bogom niech będą dzięki. Ale Erik silny niczym młody byczek dyr! – Mówiący te słowa w zdenerwowaniu uderzył pięścią w pięść. – Źle jednak patrzą Asowie na fałsz i kłamstwo. Wolałbym ruszyć na nich i choćby z samym konungiem bić się o władzę dla ciebie, Olofie. To ci kiedyś przyrzekłem i nie złamię obietnicy.

– Jeśli tak, ruszysz z nimi na tę wyprawę do Sjörklandii i w dogodnym momencie… – Nie musiał kończyć.

– Niech będzie. – Starszy mężczyzna westchnął ciężko. – A gdy zostaniesz konungiem, uznasz dziecko ze swoich lędźwi, które spłodziłeś z moją siostrą, za następcę i kolejnego władcę Szwecji.

– Przysięgałem na Odyna i tak się stanie.

– Przysięgnij jeszcze na honor i pamięć potomnych. Wiele ryzykuję i muszę być pewien.

Młodzieńcem szarpnęło niczym dzikim koniem, który poczuł jeźdźca na grzbiecie. Sława dla woja jest najcenniejszym skarbem, dla niej warto nie tylko godnie żyć, lecz także ginąć. Nie szafuje się takimi przysięgami. A co, jeśli Biały Krystos nie uchroni go i przed tą fałszywą obietnicą? Nie miał jednak wyjścia.

– Klnę się na honor i pamięć, że będzie, jak mówię, jeśli ty wypełnisz swoje zadanie.

– O to możesz być spokojny, Olofie, synu Eryka. W stosownej chwili pomogę twemu bratu znaleźć drogę do Walhalli.

– A ja sprawię, że świat zapomni jego imię – rzucił młodzik i ruszyli w stronę zabudowań. Pełne świeżej, wiosennej wilgoci Husaby budziło się do życia.

– Jeśli jednak Erik powróci do domu, zabiję ją i bachora. Zarżnę ciemnowłosą Svanlaug. – Głos Olofa, syna Eryka, brzmiał niczym warknięcie wilka.

Duży oddział zbrojnych schronił się w niewielkim, gęstym zagajniku. Gorące andaluzyjskie słońce chciwie spijało ze skóry każdą kropelkę potu, więc cień rozłożystych dębów był na wagę złota. Długi, wyczerpujący pościg dał się we znaki zarówno ludziom, jak i koniom. Te ostatnie stały teraz niemal nieruchomo ze zwieszonymi łbami i to im oddano resztki wody. Wojowie mogą poczekać.

Usiedli nieco na uboczu, wspierając się plecami o ten sam pień. Zapach rozgrzanej ściółki rozleniwiał. W rodzinnej Szwecji przenikały go dodatkowo mokre wonie grzybów i próchniejących pni.

– Normalnie tobyśmy skrobali relację dla matki, a tak… – Wyższy i jasnowłosy spróbował splunąć, ale zabrakło mu śliny. Zerwał kępkę trawy i zaczął ją żuć. Pomogło.

– Spiszemy panie, kiedyś.

– O ile czeka nas jakaś przyszłość w Midgardzie. Wiesz, Zeno, gdy kalif nadjechał z wojskami, myślałem, że to już czas do Walhalli. Ja mam niecałe czternaście zim na karku i nieśpieszno mi do Komnaty Poległych. Niedawno byłem nawet zakochany w czarnookiej Dajlidis, żonie tego możnego. Przeszło mi już, bo po jednej nocy w zamku jej pana męża ledwie pomnę śniade lico. To już lepiej zakarbowały się w pamięci dorodne kształty, runo gęste jak na owcy, zapach wina i zamorskich korzeni w oddechu… Ciemno było. Nie chcę ginąć, bo jeszcze wielu rzeczy muszę spróbować. Czy to czyni mnie tchórzem? Co?

Niewolnik – mnich, który porzucił wiarę przodków – wzruszył kościstymi ramionami. Wciąż jeszcze młody, choć chudy, zdawał się wytrzymały niczym nasączony wieloletnim potem rzemień.

– A uciekłbyś, panie, z pola walki, jakby co?

– No nie. Mojemu ojcu syn się urodził, a nie zając albo wiewiórka.

– To nie jesteś tchórzem, tylko człekiem myślącym i… głodnym życia.

– Głodny to ja rzeczywiście jestem, choć bardziej spragniony.

– No więc, panie, nazwałbym cię poszukiwaczem krynicy uciech cielesnych.

– Że niby ja… Podśmiewasz się ze mnie, Zeno, trupie mojego niewolnika!

– Gdzieżbym śmiał, panie. Ech, ech. – Po ciosie w brzuch niewolnik wypuścił powietrze z płuc.

– A może… – złapał oddech – jednak jesteś, panie, tchórzem, bo okładasz bezbronnego człowieka kułakami.

– A pewnie. I zaraz wyrwę ci ten twój paparski jęzor, nim zdążysz rzec, że ze mnie niewdzięczny i krwiożerczy barbarzyńca. Tylko pamiętaj, powiesz tak przy świadkach i poderżnę gardło.

– A jaka to różni… Oczywiście, panie. – Niewolnik na widok wzniesionej do ciosu pięści bezzwłocznie przytaknął. Polubili się podczas tej wyprawy, choć początki były niełatwe.

Ten, którego towarzysz nazwał Zenem, był starszy od Skandynawa. Choć los, bóg czy bogowie doświadczyli go w trójnasób, nie zniknął z jego twarzy chłopięcy zaraźliwy uśmiech. Zawsze był ciekawy świata, więc gdy nadarzyła się okazja, wyrwał się spod opieki mnichów z monastyru Sumela, by z karawaną kupców ruszyć na północ. Taka wersja nie wzbudzała podejrzeń towarzyszy podróży i jej się trzymał. Im więcej czasu mijało, tym ckliwiej wspominał malowniczą dolinę Altindere, ale drogi powrotnej nie było.

Wiele miesięcy po opuszczeniu świątobliwych mnichów spotkali się z prowadzącym ludną karawanę kupcem. A ponieważ okolica nie należała do najbezpieczniejszych, obydwie grupy spędziły wspólnie noc. Przy ognisku dzielili się nie tylko potrawami, lecz także radami, najświeższymi informacjami o cenach towarów, drogach i mostach czy o niepokojach wśród tubylczej ludności. Ów handlarz rzekł podczas luźnej pogawędki, że jeden z jego koniuszych posługiwał w monastyrze Sumela i ledwo uciekł, gdy na święte miejsce napadła banda zbójców.

– Tak naprawdę – powiedział, ściszając głos – podobno było to dziesięciu cesarskich Waregów. I sam Bułgarobójca nasłał ich na mnichów, albowiem machali listami opatrzonymi cesarskimi pieczęciami.

– Od kiedy basileus walczy z Kościołem?

– Kogoś bezskutecznie szukali i wściekli ukatrupili kilku znaczniejszych braci. Potem na odchodnym wyrżnęli bydło i puścili z dymem część zabudowań.

Zeno domyślał się, o kogo chodziło najemnej gwardii cesarza. Tego wieczoru rozpłynął się w powietrzu i pokazał kompanom dopiero po wymarszu, gdy każda z grup ruszyła w swoją stronę.

Miał więcej szczęścia niż roztropności i świadomość, jak blisko był śmierci, jeszcze przez wiele nocy spędzała sen z powiek młodego pomocnika woźnicy. Jego sekret znały podobno tylko dwie żyjące osoby, więc skąd ten pościg po latach spokoju? Wspominał też braciszków z monastyru i choć utracił wiarę, żarliwie modlił się za ich dusze. Szczególnie za jednego starego pierdołę…

Szczęściem, nim cesarscy zjawili się w dolinie, ciekawość pchnęła go do opuszczenia świętego miejsca. Ale nie tylko ona. Przeważyła długa nocna rozmowa z bratem Gregoriusem, uczonym starcem, który słabnącymi oczami niestrudzenie przepatrywał i tłumaczył na grekę stare egipskie teksty. Spisane w języku aramejskim zwoje liczyły setki lat.

Był on dla Zena niczym ojciec i tamtej nocy zburzył spokój duszy młodego podopiecznego. Dogmaty wiary i miejsce człowieka w porządku świata w jednej chwili rozsypały się w proch. Gdy obeschły łzy – a płakali obaj – niedoszły mnich najął się do opieki nad zwierzętami i opuścił monastyr, który niemal od narodzin był mu domem. By nie myśleć, by zapomnieć o tej strasznej tajemnicy, by poszukać własnej prawdy.

Jakby tego było mało, starzec tej ostatniej nocy dał mu niewielką złotą pieczęć w kształcie walca. Potem opowiedział o jego rodzicach i klątwie krwi, która kazała im ukryć dziecko przed spojrzeniami z Konstantynopola.

– Prawdę, synku, znam tylko ja i twoja matka, a teraz i ty. Wiedział jeszcze mój przyjaciel – parakoimenos Bazyli, ale Wielki Eunuch zabrał tę wiedzę do grobu. O ile ci życie miłe, nie zdradź się przed nikim. – Tak wówczas twierdził, ale sądząc po rajdzie krwiożerczych Waregów, mających złą sławę okrutników i morderców do wynajęcia, wiedział ktoś jeszcze. Bo chyba to nie matka…? Zeno poczuł dreszcz, smakując w ustach to niemal zapomniane słowo. Nie znał jej. Kto wie, jakimi ścieżkami krążą myśli ludzi zrodzonych w purpurze? Swoją tęsknotę, żal i… ciekawość schował więc tak głęboko, że prawie sam siebie przekonał, iż to tylko senne rojenia. Zapomniałby zupełnie, gdyby nie niewielka nanizana na rzemień złota rolka, którą nosił na szyi. Kiedy dostał się do niewoli, połknął ją, by nie wpadła w ręce Skandynawów. Odzyskana po kilku posiłkach stała mu się jeszcze bliższa.

Po dwóch latach tułaczki i licznych zmianach chlebodawców, z których jedni byli spokojni, a inni częściej używali bata niż języka, cały w siniakach i ropiejących ranach dotarł na wyspę Brytów. Miejscowi braciszkowie przyjęli go jak swego. Pomimo młodego wieku szybko zdobył uznanie przeora. A to dzięki pracowitości i dobrej znajomości w mowie i piśmie greki, aramejskiego i łaciny. Brat Gregorius miał ciężką rękę, więc chcąc nie chcąc Zeno posiadł pewną biegłość w tych sztukach. Klasztor leżący w Northumberlandzie miał zadziwiająco bogatą bibliotekę, w której młodzieniec spędzał każdą wolną chwilę. Uczciwie trzeba przyznać, że nie było ich wiele. Prace w polu, obejściu i modlitwy całkowicie wypełniały dni. Niczym szalony szukał czegoś, co podważyłoby słowa starego mistrza, a raczej treść odkrytych przez niego starych spisanych na pożółkłym pergaminie dokumentów. Czegokolwiek.

Monotonne życie, mokre chłodne zimy i bezowocność tych starań zaczynały go nużyć i przemyśliwał nawet nad powrotem do Bizancjum, choć oczywiście pod przybranym imieniem. Jeśli ma odnaleźć prawdę o Bogu, to nie w tym zapomnianym przez słońce miejscu, ale na ziemi, po której stąpał Jezus. Teraz już był tego pewien. A kto wie, może kiedyś znajdzie też odwagę, by przyjąć służbę na dworze matki? Nie powie jej, kim jest, ale choć zobaczy ją z daleka, może zamieni przypadkowe słowo. Nie rozpozna w młodym skrybie syna, ale… Coś ścisnęło pierś Zena, jak zawsze gdy jego myśli biegły w tym kierunku. Czy ona pamięta o pierworodnym? Czy wie, że żyje? Czy chce jego śmierci?

Wiosną, wraz z cieplejszymi wiatrami, nadszedł sądny dzień dla klasztoru. Banda barbarzyńców z dalekiej Północy złupiła świątynię, a co młodszych braciszków wzięła na sznur. Reszcie ze śmiechem poderżnięto gardła, szydząc z ich daremnych modłów do Jednoboga. Tym sposobem Zeno znalazł się wśród wikingów, a później w domu szwedzkiego władcy Eryka Zwycięskiego. Spodobała się jego nowemu panu otwarta mnisia głowa i znajomość mowy wyspiarzy. Zabierał więc swoją własność na wyprawy. Zrządzeniem losu zawitali też z „gościną” do tego samego klasztoru w Northumberlandzie, z którego dwie wiosny wcześniej porwano Zena. Budynki podupadły, z biblioteki zostały zgliszcza. Eryk sarkał na zbyt częste i niekontrolowane strzyżenie owiec. Łupem morskich rabusiów padły chude kozy, trochę kur i kilku podrostków. Ci ostatni byli mieszkańcami pobliskich wiosek, wysłanymi przez starszyznę do pomocy świętym mężom.

Jeden z nich, pryszczaty i z wielkim mięsistym nochalem, chorował niemal na sam widok statku. Pewnie nigdy nie był na morzu. Gdy zabrudził buty Orvarowi Śliskim Palcom, ten, niewiele myśląc, skopał nieszczęśnika. Zenowi zrobiło się żal chłopaka, prawie widział siebie na jego miejscu. Przyniósł lekko zapleśniałą, ale zdatną do przykrycia skórę, kubek wody i zaczął opowiadać o swoich przygodach. Trochę zmyślał, trochę ubarwiał, ale zaciekawił w końcu nieufnego podrostka. Byle tylko ten nie myślał o ciągłym kołysaniu. Tak mijały im długie godziny.

Chłopski syn zaczął mówić o sobie. O ustawicznym głodzie, o siostrze, której pan przyprawił brzuch, korzystając z prawa pierwszej nocy, o srogiej ostatniej zimie i matce, która bez jego pomocy umrze. Opowiedział też, jak to rok po pierwszym najeździe zjawili się u klasztornych bram dziwni Grecy. Było ich tylu, ile palców mają dwie dłonie.

– Gadali, że są wędrownymi handlarzami. – Mówił cicho, co chwila zerkając na ciągnącego nieopodal wiosło Orvara. – Ale przypominali śmierciogroźne diabły wcielone z Północy. Choć chędodzy i łagodliwi byli, nie powiem. Na grubych karkach mieli łańcuchy z krzyżami i znali modlitwy, ale też długie miecze wisiały im u pasów. Kogo stać na tako broń? Kupców czy jeno zbrojnych jakiego znaczniejszego pana? I dziwne, sino kłute węże na rękach, wszyscy je mieli.

– Czego chcieli? – Na słowo „Grecy” Zeno od razu zrobił się czujny.

– Szukali jakiej zguby, bociem przepytywali braci o nowo przybyłych. Więcej nie wiem, bo o tym mędrkowali jeno z przeorem. Byli kilka wschodów słońca i zostawili nam trochę srebra. My se za to kupili kozy i kury, co nam je żeśta tera zabrali.

– A ci kupcy? Dokąd poszli?

– Aboć ja wiem? Wszyscy odetchnęli z ulgą, jak te draby znalazły się za furtą. I tyle. Może i oni łotrować do nas nie przyszli, ale dobrze to im z oczu nie patrzyło. – Nagle chłopak zacharczał i rozkasłał się. Gdy poszła mu ustami krew, Zeno był pewien, że Śliskie Palce połamał biedakowi żebra, a któreś z nich przebiło płuco. Podrostek umierał i wiedział o tym. Resztę swego czasu przesiedział bez ruchu, chroniąc resztki ciepła. Zmarł przed końcem podróży i jego ciało oddano falom.

Od tego dnia Zeno częściej oglądał się za siebie.

Minął kolejny rok. Nadszedł czas, gdy najmłodszy syn konunga Erik Eriksson postanowił wyruszyć na swoją pierwszą wyprawę. Król Leónu Ramiro II najął na służbę wielki oddział jego krajan. Prawie tysiąc ludzi wsiadło na skipy i wyruszyło w stronę Iberii, by wspomóc chrześcijańskiego władcę w wojnie z Maurami. Oczywiście za sowitą opłatą i obietnicą zatrzymania zagrabionych Serkirom łupów. W tej grupie znaleźli się: syn konunga Erik i Zeno, któremu Świętosława, matka młodego księcia, nakazała spisywać relację z wyprawy na wiking. Nie żeby ktoś pytał niewolnika o zdanie, ale lepsze to niż zimne fiordy i wilgotne poranki, więc nie narzekał. No i miał nadzieję, że wreszcie raz na zawsze zatrze tropy. Bo to, że ktoś podążał jego śladem, było pewne.

Z czasem zaprzyjaźnił się z konungowym synem, który przypominał jego samego sprzed kilku lat. Tylko silniejszego, bardziej dzikiego i bez bojaźni bożej. Fascynowała byłego mnicha wielka witalność tego ludu i brak strachu przed śmiercią. Ich wiara w bogów była mocniejsza od wiary chrześcijan, jako że ci ostatni często kurczowo trzymali się życia. Ludzie Północy szli na spotkanie śmierci z uśmiechem na ustach. W tej chwili, niczym stwór z piekielnych czeluści, znowu wypłynęło wspomnienie ostatniej rozmowy z nobliwym Gregoriusem i Zeno zatrzasnął drzwi do tych myśli. Jeszcze nie był gotowy. Może nigdy nie będzie? To, co stary zakonnik znalazł w egipskich, tłumaczonych na aramejski tekstach, wywracało wszystko do góry nogami. Burzyło porządek świata. Po co się nad tym zastanawiać? Lepiej udawać. Lepiej nie myśleć.

W służbie króla Ramira szwedzcy wikingowie przemierzyli León i połowę kalifatu. Podczas wielkiej bitwy nieopodal zamku Simanacas nad rzeką Duero Skandynawowie potajemnie wzięli do niewoli władcę Al-Andalus – kalifa Abd ar-Rahmana. Ten, by uniknąć śmierci z rąk niewiernych, zaoferował im ogromny okup w złocie, jeśli dostarczą jego i towarzyszących mu wielmożów do Kordoby.

Wódz wikińskich oddziałów Hardeknud musiał wykazać się wielkim sprytem, by wieść o „złotych jeńcach”, jak ich nazywali, nie przedostała się do władcy zwycięskiego Leónu. Krucha bywa królewska przyjaźń, a łaskę oszukanego monarchy wiatr tka z rzadkiej mgły.

Udało się albo prawie się udało. Podczas wędrówki przez terytoria osłabionych klęską Maurów natknęli się na pustoszący te rejony silny podjazd rycerzy zakonu Świętego Jakuba z Altopascjo. Pomimo protekcji towarzyszącego wyprawie królewskiego spowiednika między zbrojnymi wywiązała się bitwa. Jeńcy skorzystali z okazji i umknęli. Po długim pościgu, gdy wydawało się, że pochwycą zbiegów, ci połączyli się z idącą im w sukurs małą armią. Myśliwy zmienił się w zwierzynę.

To był koniec i szykowano się do ostatniej bitwy. Jakież więc było zaskoczenie, gdy kalif Abd ar-Rahman zażądał spotkania. Czy chciał, żeby złożyli broń? Nie znał tego ludu tak dobrze jak Zeno, więc mógł mieć takie rojenia.

Ku zdziwieniu Skandynawów władca Al-Andalus oznajmił z uśmiechem, że zamierza dotrzymać danego im wcześniej słowa i przekaże im w Kordobie tyle złota, ile waży on i dziesięciu jego dowódców wraz z wierzchowcami. Prawdę mówiąc, to był właśnie ten powód, dla którego podczas całej tej wędrówki jeńcy jedli lepiej od zbrojnych Hardeknuda. Dużo lepiej.

Odpoczywali więc, korzystając z osłony niewielkiego lasku. Wielki kalif odjechał w sprawach państwowych, zostawiając im liczącą tysiąc głów eskortę albo straż – jak kto woli. Wikingów było niespełna trzy setki i nie zamierzali uciekać. Wizja obiecanego skarbu popchnęłaby ich nawet do Helheimu – takiego ich piekła. Dla czegoś takiego zaryzykują własne życie, tym bardziej że śmierć w boju jest ledwie początkiem, a nie końcem. Właśnie ten brak strachu przed przejściem na drugą stronę był dla byłego mnicha najlepszym dowodem na siłę ich wiary.

Tak dumał sobie z przymkniętymi oczami Zeno, gdy padł rozkaz do wymarszu. Smukłe palce raz po raz bezwiednie muskały skrytą pod bluzą cesarską pieczęć.

Ruszać dupy, worki z kośćmi! Na konie! – Mocny głos jarla Kolbjørna, pełniącego teraz w zastępstwie nieżyjącego Hardeknuda funkcję morskiego wodza – saekonunga, poderwał wszystkich z miejsc. Może „poderwał” to za wiele powiedziane, ale zaczęli się powoli podnosić.

Poprawiając rynsztunek i uprzęże koniom, wyszli na otwartą przestrzeń. Nie ma nic gorszego podczas jazdy niż głownia miecza wpijająca się nie tam gdzie trzeba.

W odległości kilku strzałów z łuku wśród eskorty zapanowało zamieszanie. Gardłowe okrzyki dowódców i rżenie koni niosły się daleko po okolicy. Nagle kilkuosobowy oddział oderwał się od sił głównych i popędził w stronę pozycji Skandynawów. Jeźdźcy osadzili wierzchowce niemal w ostatniej chwili, wzniecając obłok kurzu. Ten i ów sklął szmaciane łby, ale broń pozostała w pochwach i pętlach przy pasie. Tych wojów, którzy na niejednym polu bitwy rozlewali krew, trudno było wyprowadzić z równowagi. Choć gdy już się komuś udała ta sztuka…

Z grupy przybyszów wysunął się jeden nieco dostatniej ubrany i zaczął po swojemu pohukiwać.

– Erik, rozumiesz coś z tego bełkotania? – Saekonung przywołał do siebie młodzieńca, który jedyny wśród Skandynawów znał mowę ludzi z Leónu.

– Nic a nic wodzu, ale brat Piotr zna język ludzi ze Sjörklandu. Może on?

Duchowny w czarnym, sięgającym ziemi habicie, słysząc, że o nim mowa, przybiegł w te pędy w pobliże jarla. By nie zaplątać się we własną suknię, uniósł ją nieco. Proste skórzane sandały śmiesznie wyglądały na patykowatych nogach, ale wszyscy zdążyli się przekonać, iż nie masz w tej gorącej krainie lepszego obuwia na długie wędrówki. Byle podeszwy były grube i mocne.

Papar rozmówił się z tubylcem i strapiony zwrócił się do Kolbjørna. Erik tłumaczył.

– Berberyjski dowódca, nie ten, ale jeden z tamtych – wskazał ręką na kłębiący się tłum – chce koniecznie ściąć głowy niewiernym, o których słyszał, iż nie są ludem Księgi i oddają cześć wielu bogom. Szatan pomieszał mu rozum, ale twierdzi, że tego żąda od niego sam Allah.

– Allahu akbar![1] – zakrzyknęli czterej jeźdźcy.

– Jego wódz?

– Bóg, przybyszu, jedyny.

– Chyba faktycznie od gorąca poplątało mu się w łepetynie. Widział który jakiegoś boga na tym stoku? – Tym razem saekonung zwracał się do swoich towarzyszy, wskazując zamaszystym gestem łagodnie wznoszące się zbocze.

Odpowiedział mu nierówny chór gorliwych potakiwań.

– Żeby was, psie syny… – Splunął zły na żarty swoich ludzi.

– A nie mieliście nas doprowadzić do stolicy? To jest, pokurczu, pułapka zastawiona na moich przez twojego skąpego króla? – Kolbjørn był coraz bardziej wściekły.

– Dowódca tego oddziału – spowiednik wskazał na czwórkę jeźdźców – przeprasza cię w imieniu Sługi Litościwego. Jest wprawdzie z woli kalifa wodzem eskorty, ale niewiele może zrobić. Z ubolewaniem twierdzi, iż jego ludzie to w większości muladi – Berberowie, i jedynie trzecią część oddziału stanowią Arabowie, prawdziwi dziedzice krwi proroka Mahometa.

– Na brodę Odyna, a co mnie to obchodzi?! Niewiele rozumiem, ale jedno wiem na pewno – szykują się do ataku!

– Dlatego Ibn Chaldun, wierny honorowi i słowu danemu przez władcę, przybył, żeby cię ostrzec. Jego ludzie opóźnią nieco szarżę berberyjskiej konnicy. Nie ma jednak wątpliwości, że kupią tym na suku życia jedynie trochę czasu.

– Na laskę Fenrira, z koni! Z koni, mówię! Ustawiać mur tarcz! – Kolbjørn w pośpiechu formował obronę.

Serkirowie zawrócili niemal w miejscu i popędzili w stronę reszty szmacianych łbów. Ich oddział przypominał teraz ul tuż po wizycie niedźwiedzia.

– A nasze złoto?! Ja chcę obiecanego złota! – krzyknął do oddalających się pleców Krzywe Zęby. Ale nie było żadnej reakcji. Może dlatego, że ci poddani Abd ar-Rahmana ni w ząb nie znali szwedzkiego.

Wszyscy wiedzieli, co mają robić. Wierzchowce wprowadzono głęboko między drzewa, by przypadkowe strzały nie uczyniły im krzywdy. Ludzie poprawiali sobie wzajemnie osłony i ustawili się w spłaszczony półokrąg. Z przodu najsilniejsi, z tarczami, za ich plecami włócznicy, łucznicy i procarze, czyli łucznicy, którym skończyły się strzały.

Saekonung wezwał Leifa Osvaldssona, niedawnego rywala do walki o przywództwo. Ku zdziwieniu wszystkich okazał mu honor, powierzając dowództwo nad setką zbrojnych. Mieli objechać zagajnik i jeśli zdołają, zaatakować od tyłu szmaciane łby zajęte próbą sforsowania muru tarcz. Kapitan Smoczej Dumy przyjął podaną mu na zgodę prawicę wodza. Oddział obrońców stopniał o trzecią część, ale zajęci kłótnią przeciwnicy nie powinni tego zauważyć.

Nagle okrzyki przybrały na sile i od eskorty oderwał się całkiem spory oddział Maurów. Zatoczył łuk, by ustawić się pomiędzy wikingami a berberyjską jazdą. Niemal natychmiast ci, których brat Piotr nazwał Arabami, zostali otoczeni przez niedawnych towarzyszy i rozpoczęła się rzeź. Odgryzali się przeciwnikowi i stawali dzielnie, ale widać było, że to długo nie potrwa. Trzech prawie zawsze da radę jednemu.

– Łucznicy, ich plecy są wasze. Im więcej zginie tam, tym mniej namachamy się toporami! – Kolbjørn Krzywe Zęby miał rację. Choć tylko z jednym jajkiem, pozostał sprytnym jarlem.

– A jak rozróżnimy, którzy Chodzący Bez Gaci są z nami, a którzy przeciwko nam? – spytał młody Tagi Instadsson, łucznik, który trafiał lecącego ptaka w oko. Jego pytanie nie doczekało się odpowiedzi.

Setka strzał poszybowała. Zakotłowało się. Walczący najbliżej zbrojni popędzili konie poza zasięg ostrzału, pozostawiając rannych i martwych towarzyszy na polu walki. Korzystając z zamieszania, oddział wierny kalifowi przebił się przez wrogi kordon i popędził ile sił w końskich nogach, z każdą chwilą oddalając się z pola bitwy.

– Jeśli chcesz coś zrobić solidnie, musisz zrobić to sam. – Manne Lodbrok nie wyglądał na zmartwionego rejteradą Arabów. Napluł w potężne dłonie i roztarł ślinę, by zwiększyć przyczepność. Jak wszyscy wokoło cieszył się nadchodzącą walką. Bo i czego się obawiać, gdy zwycięskich czekają wielkie łupy w koniach i orężu, a martwych dobre życie w Walhalli albo na Folkwangu? Choć gdyby który żyw dostał się w ich ręce… Wieść niesie, iż szmaciane łby robią z mężczyzn wałachy, nim odsprzedadzą ich na dwory swoich panów. Ale tu wystarczyło nie dać się wziąć żywcem.

– Chyba zwróciliśmy ich uwagę, co, mały? – Stojący obok Erika Aslof Czarna Broda szturchnął łokciem przyjaciela. Znali się, od kiedy syn konunga postawił pierwsze kroki.

– Miałeś na mnie nie mówić „mały”, synu owcy. I nie przeszkadzaj, przez ciebie zmarnowałem strzałę.

Wróg właśnie zaprzestał daremnej pogoni za Arabami. Uformował luźny szyk i ruszył, nabierając rozpędu, w stronę Skandynawów. Był coraz bliżej. Tylko ktoś, kto stał naprzeciw setek galopujących wierzchowców, zrozumie, jakie to uczucie.

Nadszedł ten moment, gdy w walce pierś w pierś łuki stają się nieprzydatne. Podali thundy stojącym za plecami towarzyszom i zaparli się, czekając na uderzenie wrogiej jazdy. Niemal czuć było zapach śmierci zmieszany z końskim potem i wonią wyprawionej skóry. Można myśleć wiele o strategii, można nawet bać się o własne życie, ale gdy masz wroga niemal w zasięgu topora, to wszystko przestaje mieć znaczenie. Liczy się chwila. A potem jeszcze jedna i kolejna.

Przeciwnik zrobił jednak coś dziwnego. Zamiast uderzyć w pędzie, wykorzystując końską masę, i zaszarżować na pozycje zajmowane przez brodatych wojowników, wypuścił mrowie strzał i oddalił się, by nawrócić poza zasięgiem skandynawskich łuków. Ba, prowadził ostrzał, będąc w odwrocie, i to zadziwiająco celny! Krótkie pociski uderzały teraz o tarcze, odbijały się od hełmów. Ten i ów jęknął cicho, gdy strzałom udało się przedrzeć przez osłony. Wikingowie walczyli już w ten sposób. To było wtedy, gdy wojska gubernatora Saragossy próbowały nie dopuścić do połączenia najemników z armią króla Leónu. O włos z brody Tyra uniknęli wówczas śmierci.

– Więcej skjoldów, oszczędzać strzały! – grzmiał Kolbjørn Krzywe Zęby.

Przeciwnik miał ułatwione zadanie, bo mierzył w nieruchomą formację. Ale to, co było jego siłą – czyli wielka zwrotność i szybkość, stanowiło też o słabości. Przed Skandynawami tam i z powrotem pędziła lekka, prawie nieopancerzona jazda. Dotyczyło to zarówno ludzi, jak i koni. Każdy celny pocisk wgryzał się więc w ciała atakujących. Ci jednak nie zważali na rany, napływali falami, za każdym razem zasypując wikingów strzałami. To zadziwiło północnych wojów, którzy kryli się za sylwetkami swoich koni i wychylali tylko po to, żeby słać jeden za drugim pierzaste pociski. Towarzyszył temu dziwny basowy dźwięk.

– Miło się patrzy na takie mistrzostwo. – Czarna Broda, jak i wszyscy z pierwszego rzędu, dzierżył w rękach dwie tarcze. Jedną osłaniał pierś, drugą trzymał nad głową. Nawet Manne, choć rwał się do bitki, uczynił podobnie. Wielki młot oczekiwał w pętli na swój czas.

– No. W żyłach tych miejscowych koników krew krąży chyba dwa razy szybciej niż u naszych. Słyszysz ten pomruk, Aslof?

Czarna Broda nadstawił ucha.

– Jak odległa burza. To bębny.

Faktycznie szmaciane łby atakowały i wycofywały się kierowane dźwiękami bębnów. Zachowywali się niczym ławica ryb. Nie sposób było nie podziwiać tego wojennego tańca.

Erik poczuł delikatny podmuch, a stojący za nim woj zalał się krwią. Spomiędzy wybitych zębów wystawała brzechwa zakończona czarnymi lotkami. Towarzysze przenieśli pechowca na tyły. Nie była to śmiertelna rana.

– Pierwszy chętny do zmiażdżenia jajek – burknął Aslof, a młodzieńcy zdali sobie sprawę, że w przypadku przegranej i oni mogą dostać się żywi do niewoli.

– Przynajmniej z uszkodzonym gardłem nie będzie się głośno skarżył.

– Jakby co, dobij, przyjacielu.

Ktoś krzyknął bardziej zły niż przestraszony:

– Na kutasa Thursa, jeśli wcześniej nie skończą im się pociski, to nas te kocie syny wytłuką! – Po chwili fala niezadowolenia rozlała się po pozycjach Normanów. Ten i ów zaczął zagrzewać rodaków do ataku, a nawet podgryzać krawędzie tarcz.

– Na nich!

– W szmaciane zadki!

– Zabić! Siekać! W imię Tyra!

– Stać! Pierwszemu, który złamie szyk, sam wsadzę włócznię w plecy! – Ta zapowiedź saekonunga nieco ostudziła gniewny zapał. Ale jarl wiedział, że nie zdoła ich w nieskończoność utrzymać w miejscu. A gdy oddalą się od zagajnika, straci wielu walecznych ludzi. – Wycofujemy się między drzewa! Krok za krokiem! Powoli!

Wróg zauważył ten manewr i w miarę płynna melodia bębnów nagle zmieniła swój rytm. Kolejny pozorowany atak przekształcił się w prawdziwą szarżę. Tym razem Serkirowie nie zamierzali nawracać.

– Włócznie! – padł rozkaz i z tylnych szeregów poleciała dobra setka ciężkich pocisków. Szmaciane łby jakby wpadły na niewidzialną ścianę. W kwiku rannych zwierząt zrodziło się zamieszanie, ale jeźdźcy szybko doszli do siebie. Oddalili się nieco, by nabrać rozpędu, podzielili się na mniejsze grupy i ponowili atak.

– Teerrazzz!

Nad skaldborgiem znowu przeleciał grad pocisków, ale znacznie rzadszy. Jeźdźcy w jednej chwili rozluźnili szyk i większość nieszkodliwie zaryła w ziemię.

Potem dwa oddziały zderzyły się w rżeniu nadziewanych na długie drzewca koni, szczęku żelaza, okrzykach ludzi. Tuż przed tym zderzeniem po skaldborgu rozeszło się gromkie: Hoh! Na ten sygnał zbrojni pochylili się nieco, dali pół kroku i naprężyli mięśnie, by zrównoważyć siłę rozpędu. Teraz liczyła się chwila, siła i odruchy wpojone mięśniom latami ćwiczeń. Jeśli przeciwnik przełamie skaldborg i wedrze się za plecy, bitwa zmieni się w drobne potyczki i los wikingów będzie co najmniej niepewny.

Manne Lodbrok odrzucił wcześniej tarcze i te, niby dwa pociski z katapulty, zmiotły z siodeł zaskoczonych napastników. Kto w takiej sytuacji pozbawia się osłony? Manne wymachiwał teraz wielkim młotem, równie groźny dla swoich, jak dla wroga. Erik z Aslofem umówili się przed bitwą, że jak olbrzym ruszy, a było pewne, że wpadnie w berserksgangr, zostaną przy nim, by osłaniać własnymi tarczami jego boki i zdobyć wielką sławę. Robili już tak w bitwie z rycerzami zakonu, choć mieli wtedy do pomocy wypróbowanych druhów. Tu, nie chcąc zrobić zbyt wielkiego wyłomu w murze tarcz, mogli liczyć tylko na siebie. Uprzedzili o swoim zamiarze stojących z tyłu towarzyszy i ci czekali w gotowości.

Nagle pędzący wprost na Erika wierzchowiec stęknął i ugięły się pod nim nogi. Opadł ciężko na brzuch. Ze spływającej potem i krwią piersi sterczał ułomek drzewca włóczni. Wbitą w miękką ziemię resztę dzierżył jakiś zbrojny z drugiego szeregu. Szmaciany łeb wypadł z siodła i uderzył w grunt z ogromną siłą. To już był niewart uwagi trup. Niemal w tym samym momencie jadący za nim jeździec, by uniknąć zderzenia, poderwał swojego konia i ten, odbiwszy się od grzbietu umierającego towarzysza, wybił się z rżeniem w powietrze. Czas jakby zwolnił. Zdało się, iż rumak przeskoczy ponad szeregami Skandynawów, gdy jego łeb zderzył się z młotem Mannego. To było potężne uderzenie człowieka, w którego żyłach płynęła krew olbrzymów. Ale żeby pokonać masę konia z jeźdźcem, i trzech takich byłoby mało. Martwe zwierzę ze zmiażdżonym pyskiem leciało dalej, ale siedzący na jego grzbiecie Serkir zawył dziko i machnął mieczem, celując w głowy niewiernych. Pech albo bogowie chcieli, że akurat „przelatywał” nad Erikiem i chłopak poczuł uderzenie i zgrzyt metalu trącego o metal. Płytki hełm, z którego był tak dumny, że można go nosić w czas wielkich upałów, wytrzymał, ale w jednej chwili chłopak stracił czucie z lewej strony głowy. Nie miał kiedy zastanawiać się nad przyczynami, gdyż Manne Lodbrok wpadł w szał bitewny. Dzięki za to Thorowi i Odynowi pospołu, gdyż wróg nie mógł poszerzyć wyłomu, który uczynił w skaldborgu jeździec ze swoim martwym wierzchowcem.

Lodbrok ruszył w sam środek wrogich oddziałów, tocząc z ust pianę. Mur tarcz wybrzuszył się, gdy część wojów chciała pójść w ślady Żółtych Portek, ale po chwili wyrównał linię. Zastygł w bitewnych zmaganiach. Z wyjątkiem trójki zbrojnych z dalekiej Skandynawii. Ci parli do przodu niby pocisk wystrzelony z trebusza. Manne miarowo rozdawał ciosy, nie patrząc, czy trafia w konia, czy jeźdźca. Zdawał się niewrażliwy na rany. Kilka wrogich ostrzy, pomimo osłony dwójki młodzieńców, dosięgło ciała olbrzyma. Były momenty, gdy Erik z Aslofem musieli bronić własnych tyłków, i te chwile wykorzystywały szmaciane łby.

Wtem ktoś mocno ciął w dłoń dzierżącą broń i część palców Lodbroka spadła na ziemię. Miecze dzięki osłonie miały tu przewagę nad toporami i młotami. Kolejny cios tego samego woja zablokował Aslof, a Manne zadanym z góry uderzeniem rozłupał wrogowi głowę. Brak mocnego chwytu i krew na stylisku utrudniały dalszą walkę, ale jej nie uniemożliwiały. Berserk nie czuł bólu.

Syn Eryka Zwycięskiego całe lewe ramię miał ochlapane własną juchą, dziękował jednak bogom, że nie zalewała mu oczu. Właśnie odbił maekirem ostrze oszczepu, tarczą osłaniając głowę przed ciosem miecza, gdy stający przed nimi dęba wierzchowiec uderzył podkutym metalem kopytem w hełm Żółtych Portek. Przerażone zapachem krwi i krzykami zwierzę włożyło całą siłę w ten cios. Zresztą ostatni w życiu. Gdy opadło, młot Mannego uderzył z taką mocą w koński grzbiet, że zgruchotał kręgosłup.

Erik zerkał z przerażeniem na berserka, u którego fragment solidnego stalowego hełmu zniknął w miejscu, gdzie Lodbrok miał kiedyś oko.

Ten jednak jakby niczego nie zauważył i chciał walczyć dalej. I ruszyłby na wroga choćby z gołymi rękami – zgubił gdzieś broń – gdyby nie to, że odmówiła mu posłuszeństwa lewa noga. Upadał na ziemię jakby w zwolnionym tempie. Młodzieńcy od razu przesunęli się bliżej, by chronić towarzysza, ale na czyjś gardłowy rozkaz szmaciane łby odstąpiły. Może cenili odwagę trójki samobójców, może szanowali ich szaleństwo. W każdym razie opływali ich teraz niczym morze wyspę, wściekle atakując zbrojnych stojących w skaldborgu.

Manne dostał drgawek, więc osłaniając się cały czas skjoldami, usiedli na nim, by nie przeturlał się pod końskie kopyta. Dziwnie to musiało wyglądać i bogowie, bo tylko oni widzą wszystko w czasie bitwy, mieli z tego niezłą zabawę. Walkirie utkały makatę tej bitwy, nadając jej wielobarwny, niepowtarzalny wzór.

Nagle na plecy Serkirów, których Arab nazwał Berberami, spadł oddział Leifa Osvaldssona. Kapitan Smoczej Dumy nie przybywał sam. Wraz z setką szwedzkich zuchów prowadził dziesięć razy tyle pod wodzą nie kogo innego, jak samego kalifa Abd ar-Rahmana.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Allahu akbar (arab.) – „Bóg jest wielki”, w dosłownym tłumaczeniu: największy (wszystkie przypisy pochodzą od autora).

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wikingowie. Kraina Proroka Wikingowie. Topory i sejmitary Wikingowie. Najeźdźcy z Północy Wikingowie. Wilcze dziedzictwo Yggdrasil. Tom 2. Exodus Yggdrasil. Tom 1. Struny czasu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów