Znam wszystkie Wasze numery

Znam wszystkie Wasze numery

Autorzy: Maria Szabłowska Andrzej Korzyński

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Literatura faktu Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 25.08 zł

Andrzej Korzyński pomagał przeprowadzić w Polsce rockandrollową rewolucję. Stworzył muzykę do filmów Wajdy (m.in. „Człowieka z marmuru”) i Żuławskiego (m.in. „Na srebrnym globie)”, a także do kultowych obrazów: „Wielki Szu”, „Akademia Pana Kleksa” i wielu innych. Był pionierem elektronicznego popu, w latach 90. otarł się nawet o muzykę chodnikową jako autor tekstu „Mydełka Fa”. A potem zniknął. Korzyński wymyślił także Franka Kimono, w którego wcielił się Piotr Fronczewski, i napisał jego największy przebój: „King Bruce Lee karate mistrz”.

„Andrzej ma bardzo wrażliwą duszę i pewnie dlatego skomponował tak wiele pięknych ballad, jak na przykład te, które ja śpiewam: «Do łezki łezka» czy «Łza na rzęsie». Poza tym ma wyjątkowe poczucie humoru, co słychać nie tylko w tekstach, jakie pisał dla Franka Kimono, ale też w piosenkach napisanych dla mnie: «Kasa - sex» czy «Dziewczyna gangstera»” – Maryla Rodowicz, piosenkarka

„O Ludwigu van Beethovenie istnieje anegdota, która mówi, że wielki kompozytor był tak głuchy, iż wydawało mu się, że jest malarzem. Andrzej Korzyński słyszy dźwięki, które jeszcze się nie narodziły… Nie wiem, może powinien pójść do laryngologa?” – Piotr Fronczewski, aktor

„Po latach fani, którzy już dorośli, uświadomili mi, jaki wpływ na nich miały filmy o Panu Kleksie i piosenka Andrzeja Korzyńskiego o Meluzynie. Włączyłam ją w końcu do repertuaru i gram do dziś. A muzykę dzielę na dobrą – tę, która zostaje w sercu, i złą – taką, która jednym uchem wchodzi, a drugim odpływa. Muzyka Andrzeja zawsze zostaje w sercu” – Małgorzata Ostrowska, piosenkarka

„Magiczna książka. Z okruchów życia i twórczości Andrzej Korzyński buduje spójną konstrukcję postawy twórczej przenikniętej spełnieniem, autoironią i refleksją. Uwypuklenie sukcesów to zasługa znakomitej znawczyni muzyki Marii Szabłowskiej. Do lektury można wracać po wielekroć, tak jak do pięknych kompozycji Andrzeja” – Krzysztof Gradowski, reżyser

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Monika Ochnik

Projekt graficzny okładki: Andrzej Pągowski

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Fotoedycja: Katarzyna Stańczuk

Przygotowanie zdjęć do druku: Małgorzata Charewicz

Fotografie (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): Archiwum Andrzeja Korzyńskiego: str. 12, 16, 39, 42, 59, 60, 66, 70, 82, 85, 90, 93, 94, 102, 111, 113, 115. 120, 127, 140, 145, 155, 157, 182, 186, 210, 215, 231, 234, 248, 252, 270, 281, 283; Tomasz Degórski str. 222; East News: Lesław Sagan str. 97, AFP str. 158, Collection Christophel str. 255, Album Online str. 258; Filmoteka Narodowa: str. 138, Eugeniusz Gawrysiak str. 194; Joanna frota Kurkowska/skullcatcher.com str. 265; PAP: Wojciech Kryński str. 150.

Plakat na str. 228 pochodzi z książki „Musicale, operetki, wodewile...” wydanej przez Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej w Gdyni oraz Wydawnictwo Alter Ego Sławomir Kitowski, Gdynia 2008.

Agora SA oświadcza niniejszym, że pomimo podjętych starań nie udało się jej ustalić osób uprawnionych z tytułu praw autorskich do fotografii opublikowanych w książce (poza oznaczonymi powyżej).

Osoby uprawnione z tytułu tych praw prosimy o kontakt z Agorą SA (00-732 Warszawa, ul. Czerska 8/10, tel.: 22 555 40 00) w celu uregulowania należności prawnoautorskich.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

DYREKTOR WYDAWNICZY: Małgorzata Skowrońska

REDAKTOR NACZELNY: Paweł Goźliński

KOORDYNACJA PROJEKTU: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2018

© copyright by Andrzej Korzyński 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2110-3 (epub), 978-83-268-2111-0 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

Urodziłem się w czepku

Bajka bez złego wilka

Wciągnął mnie film

Z pieców wali czad, hity lecą w świat

Kompozytor idzie własną drogą

Podziękowania

Andrzej Korzyński – filmografia muzyczna

Dzisiaj, gdy przymkniesz oczy

Na szarym pamięci tle

Pośród wyblakłych przeźroczy

Zobaczysz właśnie mnie

Krzysztof Gradowski, Pożegnanie z bajką (do muzyki Andrzeja Korzyńskiego)

Urodziłem się w czepku

Zacznijmy od końca. Kto pierwszy sobie przypomniał, że za granicą jesteś rozchwytywanym kompozytorem?

Grzegorz Brzozowicz, dziennikarz muzyczny, niegdyś wicenaczelny prestiżowej „Machiny”, kręcił w Londynie film o Rosławie Szaybo, legendarnym polskim projektancie okładek płytowych Roya Orbisona, Eltona Johna czy Judas Priest. W czasie przerwy w zdjęciach poszedł do wielkiego flagowego sklepu płytowego HMV na Oxford Street i tam zobaczył stand z moimi winylami, po piętnaście funtów każdy. Muzyka filmowa z Opętania Żuławskiego, Człowieka z marmuru Wajdy, archiwalne nagrania.

Zdziwił się, że mają tam stand specjalnie na muzykę polskiego kompozytora?

Nie miał pojęcia, kim jestem! Ponieważ winyle były dla niego za drogie, kupił składankę moich rzeczy wydaną przez firmę fonograficzną Finders Keepers. W drodze powrotnej w samolocie przeczytał dołączoną do płyty książeczkę z moją biografią. Zadziwił się, a potem powiedział sobie: „To jest ten gość, o którym chcę zrobić następny film”.

Skoro Grzesiek, spec od show-biznesu, nic o tobie nie wiedział, to zwyczajni odbiorcy kultury nie wiedzą tym bardziej. Czas im twoją historię opowiedzieć.

Chciałbym na początku wygłosić odezwę do ewentualnych czytelników, jeśli się takowi znajdą. Proszę, żeby się państwo, czytając ten wywiad, nie denerwowali, że tak mi się w życiu udało. I nie pisali potem w internecie, że to pewnie dlatego, że jestem z „naszych”, że służby powinny się mną zająć... I w ogóle dlaczego nagle akurat ten facet napisał tyle muzyki do filmów, piosenek, to jest niezwykle podejrzane.

Masz coś na swoje wytłumaczenie?

Mam. Mój pierwszy pseudonim to Organista. I urodziłem się w czepku. Dosłownie: miałem na głowie jakby pływacki czepek, taką błonę... Może naprawdę dzięki niemu tyle rzeczy mi się w życiu udało? Bo to przecież nie był dobry moment, żeby przyjść na świat. Wojna, marzec 1940 roku, mrozy jak cholera. Matka mnie z wielkim trudem urodziła, więc to w ogóle cud, że teraz sobie rozmawiamy. Ja się podobno strasznie darłem od momentu, kiedy wyjrzałem na świat, i potem wcale nie mogłem przestać. Widocznie zderzenie z rzeczywistością tak na mnie działało. Dookoła wojna, okupacja... więc non stop wrzeszczałem i dlatego nazwali mnie Organistą. Jak ojciec przychodził do nas do szpitala, pytali: „Pan do Organisty?”. Wszyscy mieli mnie serdecznie dosyć. Ale to był proroczy pseudonim, bo w Wyższej Szkole Muzycznej studiowałem organy u profesora Rączkowskiego.

Urodziłeś się w Warszawie.

Tak. Jesteśmy warszawiakami, chociaż mama przyszła na świat gdzieś na wyjeździe, w 1919 roku. Była z domu Chmielecka. Miała liczną rodzinę, cztery siostry i brata. Dziadek musiał się nieźle naharować, żeby zapewnić im wszystkim w miarę dobre warunki życia. Pracował na kolei. Babcia natomiast pochodziła z zamożnej rodziny, ale ponieważ zakochała się w niezamożnym dziadku, rodzina się jej wyrzekła. Naprawdę się kochali, spłodzili sześcioro dzieci i byli ze sobą szczęśliwi aż do śmierci. Dziadek jeszcze przed wojną starał się wydać córki za mąż za w miarę porządnych kawalerów. Udało mu się, zięciowie byli porządni, nie słyszałem o jakichś większych aferach sercowych, rozwodowych czy jakichkolwiek. Moja mama była najmłodsza z rodzeństwa i miała chyba największe aspiracje artystyczne. Była przystojną blondynką. Chciała zostać śpiewaczką operową. Miała niewątpliwie talent wokalny, piękny głos, godzinami ćwiczyła koloratury, naśladując Lily Pons. Pięknie też malowała. Niestety, wojna przekreśliła wszystkie jej marzenia. Obrazy spłonęły razem z mieszkaniem w czasie powstania warszawskiego, a ze śpiewem musiała dać sobie spokój. Wszystkie swoje ambicje przelała potem na mnie. Na szczęście śpiewakiem nie zostałem, bo w wyniku intensywnych ćwiczeń zdarłem sobie głos w wieku pięciu lat.

Skąd pochodził twój tata?

Mama zawsze żartowała z ojca, że jego przodkowie przyjechali gdzieś ze wschodu, może nawet byli Tatarami. Ja nie pamiętam, żeby on miał jakieś cechy świadczące o takim pochodzeniu. Miał ciemne, bujne włosy, zawsze był jakby lekko opalony i podobał się kobietom, co mamę wkurzało. Tata był niezwykły, w połowie sierota, matka umarła mu, gdy miał pięć lat. Jego ojciec szybko poślubił piękną kobietę, która – jak się niedługo okazało – była niezrównoważona psychicznie. Gwałtowna, wybuchowa, mściwa... Demolowała ich życie. Tata opowiadał mi, jak w wyniku jakiejś kłótni w czasie świąt wielkanocnych oblała naftą całe jedzenie i zniknęła na parę tygodni. Nie wiadomo, gdzie się podziewała. Potem znów zniknęła i już się nie pojawiła. Dziadek przeszedł z tego powodu załamanie nerwowe. Odpowiedzialność za rodzinę spadła na mojego ojca. Bardzo wcześnie poszedł do pracy, żeby utrzymać małoletniego brata i pogrążonego w rozpaczy dziadka. Wszystko się na niego zwaliło, musiał być silny fizycznie i psychicznie, żeby to przetrzymać. Małżeństwo z moją mamą z pewnością go wzmocniło. Ona też była mocną osobą, więc dali sobie radę. Po wojnie ojciec jednocześnie studiował i pracował. Po studiach awansował na dyrektora zjednoczenia. Mamie nie udało się kształcić artystycznie, chociaż – jak mówiłem – talent miała. Często się zastanawiałem, skąd się wzięła moja pasja do muzyki... Pewnie mam ją częściowo po mamie, bo ciągoty artystyczne były w jej rodzinie normą, jedna z ciotek – Irena – została artystką variété, a inne chyba też były zdolne, ale nie miały tak silnej motywacji. Ostatnio jednak dochodzę do wniosku, że u mnie najważniejszą rolę odegrały geny dziadka ze strony mamy.

Ojciec Andrzeja Korzyńskiego, lata powojenne.

Matka Andrzeja Korzyńskiego (z lewej) i ciotka Irena, artystka variété. Warszawa, 1937.

Tego, który pracował na kolei?

Tak. On w wolnych chwilach dla odprężenia grał na instrumentach, które sam z zapałem zbierał i restaurował. Był takim multiinstrumentalistą amatorem. W czasie wojny zbierał też niewypały. Może po nim miałem późniejsze zainteresowanie materiałami wybuchowymi? Dziadek trzymał na parapecie kilka granatów...

Żeby w razie czego się bronić?

W pewnym momencie w tajemnicy przed domownikami zaczął je kolekcjonować. Gdy się dowiedzieli, to oczywiście mu te granaty wywalili. Ale inne niebezpieczeństwa na mnie czyhały. Jak tylko zacząłem chodzić, wsadziłem nogę w garnek z wrzącą wodą. Byłem bardzo ciekawskim dzieckiem i penetrowałem różne miejsca w naszym domu. Mieszkała u nas niejaka Jadzia, która gdzieś kupiła czy znalazła starą kanapę, miała zamiar na niej spać, ale przedtem musiała wrzącą wodą pozabijać pluskwy, które w tej kanapie się gnieździły. Kiedy się w czasie wojny kupowało mebel, to wiadomo było, że muszą w nim być pluskwy. Jadzia przygotowała gorącą wodę, a ja buch nogę w ten garnek. Strasznie wrzeszczałem, wszyscy przybiegli i gdy mi zdjęli rajstopy, okazało się, że jest katastrofa. Zaczęli rozbijać jajka, myślałem, że jajecznicę chcą usmażyć na mojej wrzącej nodze, a oni białkami mi ją okładali. Potem przez pół roku obdzierano mi tę nogę ze skóry, ponieważ to był jedyny sposób, żeby się wszystko zagoiło. Nie było lekarstw, więc bandażowano mi nogę, a potem, jak to wszystko zaschło, szedłem na tortury – zrywano ze mnie na żywca bandaże wraz ze skórą. Nie było żadnych środków znieczulających. Do dziś pamiętam ten ból. Chyba właśnie wtedy, żeby go zagłuszyć, zamiast krzyczeć, zacząłem śpiewać. Naśladowałem matkę, więc nauczyła mnie przeboju Kiepury Brunetki, blondynki oraz arii Jontka z Halki: Szumią jodły na gór szczycie. To był wtedy repertuar, z jakim rwałem się do występów. Tremy absolutnie nie miałem... Namawiałem moich znakomitych kolegów, Jurka Gruzę i Jacka Fuksiewicza, który pisze scenariusze, żeby zrobili film o mnie z czasów okupacji. Wymyśliłem fantastyczny początek. Noc. Jest ciemno. Słychać tylko, jak ciężkie buty niemieckiego patrolu walą o bruk... I nagle nad tą zaciemnioną Warszawą rozlega się głos dziecka, które śpiewa: „Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki...”. Ten film miał nosić tytuł Ich bin Waldemar, ponieważ mnie chyba do końca wojny wszyscy nazywali Waldusiem.

Masz na pierwsze Waldemar?!

Nie. Andrzej. I nienawidziłem tego Waldusia, uważam, że to głupie imię, ale tak na mnie wołali. Nie wiem, skąd się to wzięło. Może z Trędowatej? A może z jakiejś arii operowej czy operetkowej, które matka często i chętnie śpiewała, bo rzeczywiście głos miała przepiękny. Mama nauczyła mnie przedstawiać się po niemiecku, bo panicznie się o mnie bała. W Warszawie często były łapanki. Szło się ulicą, nagle Niemcy ją zamykali, podjeżdżały budy i zabierano wszystkich gdzieś na Pawiak, a potem do obozów. Matka mówiła mi: „Jak taki pan z karabinem podejdzie do nas i będzie żądał kenkarty, to ja mu ją pokażę, a ty mów tylko: Ich bin Waldemar, Ich bin Waldemar...”. Myśmy na szczęście mieli te kenkarty, bo ojciec pracował.

„Waldemar” z matką. Warszawa, 1942.

Kiedyś was złapali i musiałeś mówić Ich bin Waldemar?

Tak. Byłem blondynem i jak jeszcze po niemiecku się odezwałem, to żołnierz od razu wziął mnie na ręce. A ja mu czapkę zrzuciłem! Matka mało nie umarła ze strachu. Podniosła tę czapkę, czyściła ją nerwowo, chociaż się wcale nie ubrudziła. Na szczęście to nie był esesman. Nie zrobił nam żadnej krzywdy.

A gdzie i komu śpiewałeś Brunetki, blondynki i Szumią jodły?

Najchętniej na balkonie pierwszego piętra naszej kamienicy, tak żeby wszyscy słyszeli. To chyba był rok 1943, trudno uwierzyć, że mając trzy lata, już śpiewałem. W czasie godziny policyjnej i zaciemnienia to się mogło zakończyć fatalnie. Gdybym trafił na niemuzykalny patrol Niemców, zamiast braw otrzymałbym aplauz z pistoletu maszynowego. Matka się tego strasznie bała i pilnowała, żebym koncerty dawał raczej w mieszkaniu albo w knajpie. Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, a na dole była restauracja, do której schodziłem, żeby napełnić syfon. Wtedy syfony nabijało się wodą sodową. Tam taki bardzo sympatyczny facet nabijał mi syfon, a w drzwiach czekało co najmniej czterech moich kolegów, którzy potem jak pisklęta otwierali dzioby, a ja im sikałem z syfonu. Zanim doszedłem na górę, to cała woda poszła, więc ja z powrotem na dół zbiegałem i facet nabijał mi jeszcze raz. Bardzo często stawiał mnie wtedy na stole i prosił, żebym zaśpiewał. Różni pijacy, którzy siedzieli w tej knajpie, też prosili. Śpiewałem Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki całować chcę..., a potem dostawałem jakieś ciastko czy cukierki, które natychmiast zabierali mi koledzy. Strasznie lubiłem się popisywać. Poszedłem kiedyś z matką do apteki i powiedziałem aptekarzowi: „Wie pan, ja umiem śpiewać i chciałbym panu coś zaśpiewać”. On popatrzył z pobłażaniem, bo pewnie myślał, że to będzie coś dziecinnego, miałem wtedy jakieś trzy, cztery lata. Jakiś Wlazł kotek na płotek. Więc gdy się rozdarłem Szumią jodły na gór szczycie..., to facet zbaraniał, natychmiast pobiegł na zaplecze i przyniósł mi wielki flakon wody kolońskiej.

Dla mamy w prezencie?

Nie, dla mnie! Chociaż ona bardzo łakomie patrzyła na ten flakon. Ale ja, jak tylko wróciliśmy do domu, całą zawartość wylałem na siebie. Uznałem, że to było moje honorarium za śpiewanie. Jedyny mój występ artystyczny nagrodzony konkretnym honorarium. Matka była wściekła, nie dość, że zmarnowałem wodę kolońską, to jeszcze śmierdziałem okropnie przez parę dni.

Gdzie wtedy mieszkaliście?

W Warszawie na Mariańskiej, numeru niestety nie pamiętam. Z naszych okien było widać budynek, w którym mieściła się ubezpieczalnia. On chyba ocalał, ale dawna ulica nie istnieje, została zburzona w czasie powstania. Bomba zwaliła naszą kamienicę do piwnic, grzebiąc w niej wszystkich mieszkańców. Ojciec wywiózł nas stamtąd przed wybuchem powstania, więc ocaleliśmy. Kiedy wróciliśmy w styczniu 1945 roku, rozpaczaliśmy na gruzach naszego nieistniejącego domu. Wiedziałem, że gdzieś tam głęboko leżą moi koledzy, z którymi bawiłem się żółwiem, piłem wodę sodową, czytałem książeczki o Koziołku Matołku. To był cud, że los nas oszczędził, ale straciliśmy wszystko, w tym moje największe dziecięce skarby: te książeczki o Koziołku Matołku, a także plakat z filmu Disneya o Królewnie Śnieżce i krasnoludkach, który wisiał nad moim łóżkiem. Postaci tych krasnali były tak przerażające, że czasami w nocy budziłem się z krzykiem. Matka kładła to na karb okupacji. Jednak w końcu się zorientowała, że to nie Niemcy, ale te upiorne krasnale sprawiają, że krzyczę w nocy. Zdjęła plakat i wszystko przeszło.

Nie bałeś się Niemców?

Byłem za mały. Jeszcze nie czułem grozy sytuacji. A przecież w tamtym mieszkaniu na Mariańskiej nielegalnie cięliśmy tytoń...

Jak to?

Ojciec był uzdolniony technicznie, tokarka na przykład nie miała dla niego żadnych tajemnic. Pracował w jakichś zakładach, skąd wynosił, oczywiście na lewo, pojedyncze elementy potrzebne do skonstruowania maszyny do cięcia tytoniu. Papierosy w czasie wojny to był absolutny luksus. Sprzedawano je na sztuki. Na ulicach albo w kinach stali ludzie z takimi specjalnymi pudełkami i właśnie na sztuki sprzedawali papierosy. Kiedy maszyna już była gotowa, plantatorzy zaczęli przywozić do nas do domu worki z tytoniem, najczęściej niewysuszonym, żeby się nie kruszył. Świeże liście przywozili. Wkładało się je do maszyny, a ona je cięła. Mieliśmy trzy pokoje i jeden z nich był od strony ślepego podwórka, tam się to odbywało. Ale maszyna była, niestety, bardzo głośna i matka panicznie się bała, że wszystko się wyda.

I wydało?

Po jakimś czasie pojawili się policjanci, ale były dla nich przygotowane paczki z tytoniem i potem oni przychodzili już tylko po kolejne paczki. Niemcy się o niczym nie dowiedzieli, a my nie wylądowaliśmy w Oświęcimiu. To wszystko trwało góra pół roku. Cud, że ojciec wywiózł nas stamtąd na tydzień przed wybuchem powstania. Wiedział, że coś się szykuje. Wtedy lato było gorące i matka oprócz maszyny do szycia wzięła tylko letnie ubrania... Potem bomba trafiła w naszą kamienicę. My byśmy też się schronili w piwnicy i zginęli razem z sąsiadami. Ten wyjazd to był dar niebios.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Znam wszystkie Wasze numery 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze