Powiedz wreszcie prawdę

Powiedz wreszcie prawdę

Autorzy: Dana Reinhardt

Wydawnictwo: Jaguar

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 13.99 zł

Czy miłość może być uzależnieniem? River zostaje porzucony przez ukochaną dziewczynę i wali mu się cały świat. Wydaje się, że stracił wszystko. Wtedy przypadkowo trafia na spotkanie grupy wsparcia i poznaje ludzi, którzy, choć z innych powodów, również tkwią w pułapce uzależnień. River uczy się inaczej postrzegać swój związek i samego siebie.

Tytuł oryginału: Tell us Something True

Redakcja: Barbara Syczewska-Olszewska

Korekta: Renata Kuk, Elżbieta Śmigielska

Skład i łamanie: Ekart

Opracowanie typograficzne polskiej wersji okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © 2016 by Dana Reinhardt

Jacket art copyright © 2016 by Chris Silas Neal

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-693-2

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Skład wersji elektornicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Jeden

Dwa

Trzy

Cztery

Pięć

Sześć

Siedem

Osiem

Dziewięć

Dziesięć

Jedenaście

Dwanaście

Trzynaście

Czternaście

Piętnaście

Szesnaście

Siedemnaście

Osiemnaście

Dziewiętnaście

Dwadzieścia

Dwadzieścia jeden

Dwadzieścia dwa

Dwadzieścia trzy

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Danielowi. Każdego dnia dziękuję za ciebie losowi, szczęściu, czy jakiejkolwiek innej sile, która nas połączyła.

JEDEN

NIE WIERZYŁEM W PRZEZNACZENIE aż do popołudnia, kiedy Penny Brockaway rzuciła mnie na środku Echo Park Lake.

Zanim zaczniecie wyobrażać sobie moje zwłoki opadające w worku na muliste dno jeziora, pragnę wyjaśnić, że „rzuciła” oznacza „zerwała ze mną”, wzięła moje serce i rozdeptała je topornymi buciorami, które tak lubiła, potem wsiadła za kierownicę swojego SUV-a i rozjechała je, a rozpłaszczone kawałki zebrała i wrzuciła do kosza na kompost.

Wynajęliśmy jeden z niewielkich rowerów wodnych.

Wyłącznie ja pedałowałem.

Usłyszeliśmy o tych rowerach od najlepszej przyjaciółki Penny, Vanessy, która powiedziała, że można nimi popłynąć na sam środek Echo Park Lake. Czy to nie romantyczne? Znaleźć się na środku jeziora z osobą, którą kochasz?

Dla mnie wcale nie brzmiało to wspaniale, ale Penny miała na to ochotę, a robienie czegokolwiek z Penny było romantyczne. Obserwowanie, jak czesała włosy. Albo sznurowała buty. Lub wydmuchiwała balon z niebieskiej bezcukrowej gumy do żucia. Nie musiałem tkwić w rowerze wodnym na środku sztucznego jeziora, żeby czuć ciepło i oszołomienie w obecności Penny. Byłem równie szczęśliwy, siedząc na kuchennych schodkach domu Penny i obserwując, jak jej trójnogi pies próbuje przegonić zraszacze. Czy też dotrzymując jej towarzystwa, kiedy pilnowała swojego tłustego młodszego brata Bena.

Ale ona chciała popływać tym przeklętym rowerem wodnym. Powinienem był powiedzieć „nie”, lecz tego nie zrobiłem. Potem przez cztery miesiące nie mieliśmy wolnego sobotniego popołudnia, żeby pojechać do Echo Parku, a kiedy wreszcie to nam się udało i dotarliśmy na miejsce, musieliśmy przez czterdzieści pięć minut czekać na rower wodny. W końcu dostaliśmy czerwony, wsiedliśmy, popedałowałem na środek jeziora i właśnie wtedy powiedziała:

– Riv.

Westchnęła głęboko i obejrzała się tęsknie na przystań, gdzie z głupią rozrzutnością zapłaciłem dwadzieścia dolców nastolatkowi w idiotycznej kamizelce za wypożyczenie roweru wodnego tylko po to, żeby rzuciła mnie dziewczyna.

– Już dłużej nie mogę.

Najzabawniejsze, że w tym momencie pomyślałem: przecież wyłącznie ja pedałowałem.

Wszystko, co zdarzyło się potem, pamiętam jak przez mgłę. Niektórzy ludzie opowiadają, że w chwilach tragedii przeżyli osobliwe doświadczenie, jakby opuścili własne ciało i patrzyli na siebie, takich malutkich, z góry, z chmur. Inni porównują to uczucie do przebywania pod wodą, gdzie wszystkie ruchy są płynne i odbywają się jakby w zwolnionym tempie. A ja? Ciało mi zlodowaciało, z tym że głowa stanęła w ogniu. Zupełnie jakbym był wybrakowanym superbohaterem, obdarzonym całkowicie bezużyteczną, autodestrukcyjną mocą.

Z pewnością mówiła coś więcej. Musiała mówić, i to przez wiele minut – a może nawet godzin, bo słońce przesunęło się na niebie i światło inaczej kładło się na wodzie. W czasie, jaki upłynął pomiędzy „Już dłużej nie mogę” a „Rzecz w tym, że ty nie jesteś… człowiekiem, na jakiego zasługuję”, nie słyszałem właściwie niczego. Nie sądzę, żeby wypowiedziane przez nią słowa zapisały się w zakamarkach mojej pamięci jak na tych niewielkich czarnych skrzynkach w samolocie, gdzie są przechowywane najważniejsze dane, bo szukałem naprawdę głęboko. Medytowałem nad tym, ale znalazłem jedynie ciszę.

– A na jakiego człowieka zasługujesz, Pen? – Szkoda, że nie zdołałem wyartykułować tych słów głębokim męskim głosem, może nawet z argentyńskim akcentem, tylko skrzeczałem jak żaba. Nagle zrobiło mi się coś takiego, co utrudniało mówienie.

– Na kogoś… Sama nie wiem…

Znowu obejrzała się na przystań. Czyżby chodziło o tego gówniarza w kamizelce? Czy to na niego w swoim przekonaniu zasługiwała? Na szczeniaka sprzedającego bilety na „romantyczne” przejażdżki rowerem wodnym, podczas których umierała miłość?

– Kogoś… o szerszych zainteresowaniach.

– O szerszych zainteresowaniach.

– Po prostu bardziej… nie wiem… bardziej…

Zazwyczaj Penny była inteligentna, błyskotliwa i dowcipna. Zorientowałem się, że nie było jej łatwo. To dobrze, bo najwyraźniej nie poświęciła zbyt wiele czasu na rozważanie, co powiedzieć. Mogłem mieć nadzieję, że działała pod wpływem impulsu.

– Bardziej?

– Riv, przestań mi to utrudniać.

Żałowałem, że nie wypożyczyliśmy łodzi wiosłowej. Mógłbym wyrzucić wiosła. Wtedy siedzielibyśmy na środku Echo Park Lake w nieskończoność, a przynajmniej do czasu, gdy Penny zrozumie, że popełnia poważny błąd.

Tymczasem zaczęła pedałować. Powolutku. Jakby liczyła na to, że nie zauważę, choć jej pedały były sprzęgnięte z moimi, więc kiedy poruszała swoimi, moje poruszały się również. Zgodnie. Jak my kiedyś.

Przystań i ten kretyn w kamizelce byli coraz bliżej. Zapłaciłem za pełną godzinę. A wykorzystaliśmy piętnaście minut.

– Zrozum – powiedziała, mocniej naciskając na pedały.

Przygryzła górną wargę w sposób, który uważałem za rozkoszny. Penny nigdy nie używała błyszczyku jak inne dziewczyny. Czemu miałaby poprawiać doskonałość?

– Nie jesteś refleksyjny. Nie myślisz o pewnych sprawach. Po prostu płyniesz z prądem, robisz to, czego, jak sądzisz, się od ciebie oczekuje. Nie próbujesz nawet zrozumieć siebie i swoich problemów, a przecież ty, River, naprawdę masz problemy.

– Kocham cię, Penny.

– Wiem, że mnie kochasz. To dla mnie całkiem oczywiste.

– To znaczy… naprawdę cię kocham, tak naprawdę.

– To słodkie, ale…

– Słodkie?

– Dajmy spokój.

– Czy to przez Vanessę? Myślę, że kiedy wspomniała o wyprawie nad jezioro z kimś, kogo kochasz, miała na myśli ciebie i siebie.

– Oszalałeś.

– Tak. Oszalałem na twoim punkcie. – Żałuję, że to powiedziałem. Boże, ale obciach. Jak w jednej z tych durnych komedii romantycznych, do których oglądania zmuszała mnie Penny.

Przewróciła oczami. Nawet na nią nie patrzyłem, nie mógłbym tego znieść, ale wiedziałem, że przewróciła oczami. Kiedy dobiliśmy do przystani, chłopak w kamizelce krzyknął, żebym rzucił mu linę.

Zacisnąłem linę w rękach.

– Daj mu tę linę, River.

– Nie.

– Potrzebna mu, żeby przycumować rower.

– Nie.

– Jak chcesz – powiedziała i skoczyła. Musiała mocno się odbić, żeby pokonać odległość do nabrzeża. Złapała za rękę szczeniaka w kamizelce, a ja zostałem sam, z liną w garści.

– Chodź, River.

– Nie.

Nie wiedziałem, co robię ani dlaczego, ale podjąłem decyzję. Nie wysiądę.

– Chcę już iść.

– To idź.

– Jesteśmy w Echo Parku. Jak się dostaniesz do domu?

– Autobusem.

– Bardzo śmieszne.

– Mówię serio.

– Nigdy w życiu nie jechałeś autobusem.

– No i?

Westchnęła i rzuciła gnojkowi w kamizelce spojrzenie mówiące: i co ja mam zrobić z tym facetem?

– Doskonale – oświadczyła, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu kluczyków do samochodu, po czym zabrzęczała nimi przed nosem. – Idę. Ostatni raz proponuję ci podwózkę do domu.

– Spadaj.

– Do widzenia, River. Powodzenia… – wskazała gestem jezioro – …we wszystkim.

DWA

Przyznaję bez dumy, że nigdy nie zadałem sobie trudu, żeby zrobić prawo jazdy.

Większość dzieciaków w Los Angeles zaczyna marzyć o prawku od chwili, kiedy dorośnie na tyle, by mieć marzenia. W przeciwieństwie do nich, po skończeniu szesnastu lat nie poszedłem do urzędu komunikacji, a potem, kiedy już miałem lat siedemnaście, to stało się moją wizytówką: byłem facetem bez prawa jazdy. Dlaczego? Cóż, nigdy go nie potrzebowałem. Zakochałem się w Penny Brockaway, gdy oboje byliśmy piętnastolatkami, a ponieważ skończyła szesnaście na miesiąc przede mną i jak wszyscy inni od razu zrobiła prawo jazdy, ja nie musiałem się uczyć prowadzenia samochodu, bo miałem ją – do dnia, w którym znalazłem się na środku Echo Park Lake, oddalonego o dwadzieścia jeden kilometrów autostradą od mojego domu. Okazało się, że ulicami to tylko szesnaście kilometrów, a dokładniej szesnaście kilometrów i czterysta metrów, o czym przekonałem się na własnej skórze, ponieważ pokonałem je na piechotę.

Miałem telefon. I ludzi, do których mogłem zadzwonić. Do mamy. Albo do Leonarda, choć wiedziałem, że jest w pracy. Mogłem zatelefonować do Willa, do Luke’a lub do Maggie; oni z radością odwieźliby mnie do domu po zerwaniu z Penny. Do licha, mogłem w końcu wezwać taksówkę. Nie chciałem jednak widzieć nikogo, nawet taksówkarza, którego nie musiałbym spotkać nigdy więcej, do końca życia.

W końcu rzuciłem tamtemu szczeniakowi linę i wysiadłem z roweru wodnego, a on stwierdził, że wiszę mu kolejnych dwadzieścia dolców, bo siedząc i rozmyślając, zahaczyłem o następną godzinę. Sięgnąłem po portfel i dałem mu forsę, ponieważ nie chciałem już zawieść niczyich oczekiwań.

Ruszyłem pieszo. Nie będę was oszukiwał – nie miałem pojęcia, dokąd idę. Nigdy nie byłem w Echo Parku. Rzadko wyprawiałem się na wschód od Fairfax.

Nie należę i nigdy nie należałem do skautów czy czegoś w tym rodzaju, ale nie wiadomo, skąd wiedziałem, że zachód jest tam, gdzie słońce, które powoli się obniżało. Dzień zaczynał chylić się ku końcowi.

Szedłem przez dzielnice Filipińczyków, Tajów, Koreańczyków. Mijałem sklepy z jaskrawymi plastikowymi wiadrami, parasolkami w kwiatki, z jedwabnymi piżamami i przyprawami, z rybami, radioodbiornikami i futonami. Nie zatrzymałem się na nudle, pyzy ani lody w rożku. Nie pamiętałem, kiedy i co ostatnio jadłem, a zwykle miałem wilczy apetyt. Nie kupiłem nawet herbaty z bąbelkami, co najlepiej świadczy o moim stanie ducha.

W końcu na wyjątkowo ponurym śródmiejskim odcinku Pico Boulevard zaczęła ogarniać mnie wściekłość na myśl o mojej fryzurze. Zaledwie tydzień temu poszliśmy do Rudy’ego w Venice i Penny dyktowała facetowi, który mnie strzygł, chyba miał na imię Jasper, co ma robić. „Zostaw potargane u góry. Zetnij tylko trochę z tyłu, bo wygląda jak czeski piłkarz”. Mówiąc to, położyła mi rękę na karku i wsunęła palce we włosy, pociągając je lekko, żeby pokazać, o co jej chodzi.

Jak można w ciągu tygodnia przejść od pieszczenia czyichś włosów do zerwania z nim na środku Echo Park Lake?

To, co się stało, uderzyło mnie nagle z siłą trzęsienia ziemi, ale nie takiego słabego, które nawiedza czasami Los Angeles, gdy właściwie udajemy, że coś poczuliśmy.

Właśnie w tym momencie, kiedy już miałem się rozsypać na środku pustego chodnika, po którym chyba nikt nigdy nie chodził, w chwili, gdy słońce znikło ostatecznie i nie miałem czym się kierować, zobaczyłem to.

Znak.

Wyblakły czarny napis na zniszczonej białej markizie:

DRUGA SZANSA.

Rzucił mi się w oczy, jakby był wielkim jaskrawym błyskającym neonem w Vegas czy na Times Square – znak wołający do mnie: „Hej, ty! Riverze Anthony Deanie! Siedemnastoletnie zero bez prawa jazdy i dziewczyny! Tutaj! Tędy!”.

W tym momencie zrozumiałem, dlaczego trzymałem tamtą linę, czemu nie mogłem wysiąść z roweru wodnego i nie przyjąłem propozycji Penny odwiezienia mnie do domu, dlaczego nie wpadłem na nudle, pyzy czy lody. Musiałem dotrzeć na tę przecznicę dokładnie o tej porze i zobaczyć przed sobą DRUGĄ SZANSĘ, świecącą jak latarnia w zapadającym mroku.

Ten znak został umieszczony tam dla mnie.

Stanąłem pod markizą i popatrzyłem na brudne, dwuskrzydłowe szklane drzwi; do jednej z części była przyklejona kartka:

TUTAJ jest twoje miejsce.

TO początek twojej szansy.

TERAZ jest odpowiednia chwila.

WEJDŹ.

Przez pustą przestrzeń recepcyjną przeszedłem do kolejnych drzwi i je otworzyłem, przez cały czas czując, jakby coś mnie przyciągało. Coś, co mogło uratować to katastrofalne popołudnie.

Znalazłem się w wielkiej sali bez okien. Na ustawionych w krąg, składanych metalowych krzesełkach siedziało może z tuzin osób. Wszyscy jak na komendę odwrócili głowy.

– Witaj – zwrócił się do mnie facet w białej koszuli bez kołnierzyka, takiej, jakie noszą poeci albo piraci. – Weź sobie krzesło.

Zrobiłem, co kazał.

– Przedstaw się.

– Jestem River.

– Cześć, River – powiedział facet. – Powiedz nam, dlaczego tu jesteś.

– Uhm… – Przełknąłem z trudem. Nie chciałem, żeby wróciła żaba w gardle. – No… chyba mam problemy. W rodzaju, że za mało myślę o pewnych sprawach. I moje życie… jest jakby zrujnowane. – Zamilkłem. Przełknąłem znowu. Zaschło mi w ustach. Dlaczego nie kupiłem tej herbaty z bąbelkami? – A potem… zobaczyłem znak. No, wiecie, na markizie. No i po prostu… potrzebuję drugiej szansy.

Wszystkie osoby siedzące w kręgu, w większości w moim wieku, poza Poetą/Piratem, zaczęły robić dziwne ruchy rękami zwróconymi w moim kierunku małymi palcami, a kciukami do siebie, jakby trzepały nimi w przód i w tył.

– To oznacza, że łączymy się z tobą – wyjaśnił Poeta/Pirat. – To, co powiedziałeś, odwołuje się do prawdy, która jest w nas. – Uśmiechnął się i popatrzył mi w oczy; trwało to tak długo, że poczułem się nieswojo. Następnie zwrócił się do chłopaka, który siedział obok niego. Duży osiłek w kraciastej koszuli, ogolony na łyso, o byczym karku, wyglądał na jednego z tych, co to ukradną ci forsę na lunch, a potem odpalą z drucików twój wóz. – Mów dalej, Masonie. Opowiadałeś nam, co się wydarzyło w tym tygodniu.

– Okej. To było po lekcjach, w Starbucksie. Wszyscy szli, więc pomyślałem, że pójdę i ja, ale niczego nie zamówię. Oni wzięli karmelowe frappuccino z bitą śmietaną, wyglądało cholernie apetycznie, tyle że miało pewnie z miliard kalorii. Zauważyłem, że jest też karmelowe frappuccino z bitą śmietaną w wersji light, zaledwie sto czterdzieści kalorii i zero tłuszczu, więc je zamówiłem, ale smakowało dokładnie na sto czterdzieści kalorii i zero gramów tłuszczu. Połknąłem je w trzydzieści sekund i poszedłem zamówić prawdziwe, bo nabrałem apetytu. Facet zapytał: „Co podać?”. Otworzyłem usta, żeby odpowiedzieć: „Karmelowe frappuccino z bitą śmietaną, cymbale”, a tymczasem usłyszałem własny głos: „Poproszę szklankę wody”. Nie powiem, żebym nie miał ochoty pójść do łazienki i wyrzygać, ale… nie zrobiłem tego. Tylko raz w tym tygodniu wywołałem wymioty. Nie było idealnie, ale i tak jestem z siebie dumny.

– Powinieneś – oświadczył Poeta/Pirat. – Ja jestem z ciebie dumny. – Był drobny, koszula wisiała na nim jak na kiju, miał przydługie brązowe włosy, które Penny z pewnością kazałaby mu podciąć, rzadką kozią bródkę, ale chyba nie za bardzo się tym przejmował, i czerwonawe policzki. Lekko seplenił.

Nie bardzo wiedziałem, w jaki sposób ten facet albo ta grupa mogli mi pomóc dostać drugą szansę u Penny, ale skoro już tu byłem i stanowiłem część kręgu, nie mogłem tak po prostu wstać i wyjść.

Wszyscy po kolei, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, zdawali relację z przebiegu minionego tygodnia. Niektórzy mówili o narkotykach albo alkoholu. Była dziewczyna, która kradła w sklepach, i chłopak uzależniony od gier komputerowych. Słuchając ich, niemal zapomniałem o swoim złamanym sercu.

Niemal.

Kiedy przyszła kolej na chłopaka siedzącego obok mnie, przez dłuższy czas wpatrywał się we własne buty. To były zabójcze glany: Nike Dunk High SB, fioletowo-wiśniowe. Pewnie z limitowanej edycji, na to wyglądały.

Przez dłuższy czas nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Po dwa razy uderzył dłonią w kłykcie i nerwowo postukiwał palcami o uda. Nikt go nie poganiał. Czas zdawał się nie mieć znaczenia. Milczenie wprawiało mnie w zdenerwowanie, ale nie przeszło mi nawet przez myśl, że mógłbym je przerwać. W końcu chłopak wydał przeciągły niski jęk.

– Uuuuuuugggggghhhhhh. – A potem: – Molly.

Poeta/Pirat kiwnął głową.

– Molly – powtórzył chłopak, zaciskając mocno powieki, żeby powstrzymać łzy. – Brakuje. Mi. Molly. Brakuje. Mi. Molly. Tak. Bardzo.

Nie byłem sam. Nie trafiłem w niewłaściwe miejsce. Liczyły się mój smutek, moja historia, to, co sprowadziło mnie do tej sali – Penny. To wszystko miało znaczenie. Nie byłem jedynym, którego serce zostało zdeptane.

Piękna dziewczyna o długich ciemnych włosach, jasnobrązowej skórze, z ustami pomalowanymi różową szminką i złotymi kolczykami w uszach, ta, która kradła w sklepach, wstała, podeszła do chłopaka w zabójczych glanach i podała mu paczkę chusteczek. Odsunął ją. Próbował podtrzymywać fikcję, że wcale nie płacze z powodu Molly, tak jak ja trzymałem się liny w rowerze wodnym.

Chciałem powiedzieć coś w rodzaju: „Wiem, co czujesz, bracie”. Jednak nie miałem ochoty się odzywać. Zamiast tego zacisnąłem pięść, wyprostowałem kciuk i mały palec i pomachałem ręką do przodu i do tyłu.

Popatrzył na mnie.

– Ty też?

Kiwnąłem głową.

– Molly?

Roześmiałem się cicho.

– Nie Molly – odparłem. Chłopak miał gorzkie poczucie humoru.

– W takim razie co?

Zastanawiałem się, od czego zacząć. Od dnia, w którym po raz pierwszy zobaczyłem Penny po drugiej stronie szkolnego boiska, kiedy oprowadzano nas, pierwszoklasistów, po terenie? Od pierwszego pocałunku na imprezie u Jonasa? Od pierwszego razu, gdy pozwoliła mi…

– Koka? Kwas?

O cholera. Molly… to narkotyk. To prochy, nie dziewczyna.

– Adderall?

Pokręciłem głową.

– To co? – Zapytał podejrzliwie. – Chyba… nie… Big H?

Znowu pokręciłem głową. Bardziej energicznie.

Teraz on się roześmiał.

– Nie wierzyłem w to. Więc co to jest? Czyżby… trawka?

Kiwnąłem głową, bo to było łatwiejsze niż wyznanie, że znalazłem się tutaj z powodu zarzutów dziewczyny, które nie do końca rozumiałem.

Przynajmniej rzeczywiście paliłem marihuanę.

Dwukrotnie.

– Trawka? – Parsknął śmiechem. – Trawka – powtórzył takim tonem, jakby nie mógł w to uwierzyć.

– Christopher – odezwał się Poeta/Pirat. – Nie możemy porównywać swoich zmagań i nałogów z problemami kolegów, nie wolno nawet próbować. Wiesz o tym.

– Trawka – wychrypiał.

Wszyscy patrzyli na mnie. Czekali, żebym opowiedział swoją historię. Kolej na mnie.

I tak doszło do tego, że zacząłem uczestniczyć w spotkaniach Drugiej Szansy. W każdą wiosenną sobotę przychodziłem na nieciekawy śródmiejski odcinek Pico, żeby walczyć z nieistniejącym uzależnieniem od marihuany. I to podczas ostatniego roku nauki w szkole średniej, który powinien być najszczęśliwszym okresem w moim życiu.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Powiedz wreszcie prawdę 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę