Prymityw. Epopeja narodowa

Prymityw. Epopeja narodowa

Autorzy: Marcin Kołodziejczyk

Wydawnictwo: Wielka Litera

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 496

cena od: 23.03 zł

Na miłość boską, nie chcesz czytać tej powieści!

Jeżeli jesteś w drodze do dyskontu. Albo do modnej galerii.

Jeżeli pijesz piwo do biesiadnej tv. Albo wino przy muzyce klasycznej.

Jeżeli nie starcza ci do pierwszego. Albo kupujesz nowe auto.

Jeżeli jesteś prawdziwym Polakiem albo polactwem pogardzasz.

Nie czuj się bezpieczny. I trzymaj się z dala od tej książki.

Zaraza. Hańba. Zaprzaństwo. Wraża propaganda za judaszowe srebrniki.

Choć niektórzy twierdzą, że to nowa epopeja pisana ku pokrzepieniu serc - nie wierz! Bądź czujny, wróg czuwa wszędzie.

Doskonale czarne zwierciadło przechadzające się nie tyle gościńcem, co podrzędnymi ulicami polskiego miasta - oto powieść Marcina Kołodziejczyka. Pierwsza taka. Przełomowa, waląca prawdą po oczach jak mityczny Edek pięścią w ryj.

Czy przetrwamy?

Kołodziejczyk, autor kultowego tomu reportaży Dysforia. Przypadki mieszczan polskich, po raz pierwszy jako prozaik. Pisze najmocniej.

"Bombaj czasami wprowadzał się piciem w taką pozaumysłowość, że za zrobienie dziecka piętnastolatce ze swojego plemienia, oraz za przymuszanie jej do innych czynności w stanie oszołomienia, wytoczyli na niego sankcję z dwieście kaka z jedynką. Czyli nagłe nieszczęście."

"Wyczuwało się podskórnie, że wpierw nastąpi u nas powstanie zbrojne przeciw, a później się ustali przeciw czemu."

dla mojej Marty

PRYMITYW (Wikipedia) – rodzaj figur geometrycznych w grafice komputerowej, z których buduje się inne, bardziej skomplikowane. Z punktu widzenia geometrycznej definicji figury, każdą z nich można zbudować z punktów.

1. Płonący człowiek

Posłuchajcie: na świecie i u nas będzie coraz gorzej.

Późny wrzesień ’16, przed szóstą rano w Parku Skaryszewskim, koło pomnika Rytm, leży na ziemi mężczyzna w pozycji na baczność. Starszawy i nieumyty, pali się niebieskawo, spirytusowo. W sensie pełga, łażą po nim tu i tam płomyki.

Ludzie idą pojedynczo na dalekie przystanki autobusowe-tramwajowe; czekają, aż im ciała znowu porządnie zawisną na kręgosłupach po nocce, lecą do pracy i do domu, przez park na skróty. Widzą w ciemności – pali się.

Nastawieni amoralnie ze strachu, z zimna, a znowu z żałości dla siebie samych wzbiera w nich dziecinność. Bo tu jakiś pali się przed świtem, leżąc poszukuje świadków strasznego, kurwagomać, zbiegu okoliczności. Będą ludzi wzywali, szarpali niewinnych, słuchali na okoliczność.

Leży w skarpetkach, u wezgłowia równo ułożone buty wyjściowe, na butach skórkowy kapelusz pikowany typu żółw. Ziemia przy nim czarna, stopniała, a dalej normalna trawa z rosą i liśćmi.

Na pewno pijany, jak wstanie to pójdzie. Tak czy nie?

2.

Jan Kwas przywykł.

O wiele straszniejsza była krew z nosa w poprzednim miejscu zatrudnienia i wyłożona białymi kafelkami kuchnia w tamtym złym mieszkaniu niż to teraz tutaj. Bo tu bezemocyjność, namysł nad upływem, ogólnie klimat, można było przemyśleć ostatecznie swoje światopoglądy. A czasami się i pożartowało. Inna rzecz, że tutaj pośmiardywało smugowo od podłogi, no ale w dzisiejszym świecie nie można mieć zupełnie dobrze wszędzie, gdzie się nie pójdzie.

Dopiero co Partia specustawą unieważniła u nas czas, zegarowo i przyrodniczo, żeby niektórzy zmarli bohaterowie narodowi też mogli włączać się w dziś i, ręka w rękę z bieżącymi postaciami wielkiego formatu, bez ustanku zakłamywać się wzniosłością.

Było to posunięcie na skalę. Zniesiono słowo tymczasem. Były wielkie marsze uliczne z okrzykami za i pochodniami-żagwiami. Wprowadzono zbuńczucznienie obyczajów i pochwałę zenkowatości. Zmarłych zrównano prestiżem z poległymi. Wystąpiono do krajów anglojęzycznych o anulowanie czasownika polish w znaczeniu froterowniczym. Na sklepy z przyborami do geografii rzucono globusy Polski. W codziennym języku mówionym sacro zrównano z profano, co wszyscy z mety podchwycili. W państwowych sklepach z pamiątkami pojawiły się mementa: chochoły i sznury.

Ale mimo to i tak gówno mogli poradzić na zwykłe kontinua nieskończoności w miejscach tak uderzających jak Bródno, Targówek i Szmulki.

– Człowiek tak jak świnia: przywyka do wszystkiego, o ile nie ma innego wyjścia, a ma wystarczająco czasu – mówił na przerwie obiadowej kierownik zmiany Pachowicz w poprzedniej robocie i trząchał ręką. Jakby w dalszym ciągu nie mógł odżałować dwóch utraconych w młodości palców, wskazującego i serdecznego.

Po czym wkładał viceroya między dwa najmniejsze palce i też palił bardzo udanie, puszczał dym na chłopaków, patrząc się na nich, czy widzą jak on sobie pogardliwie radzi z determinantą. Zegarek nosił, ale niechodzący.

Wszystkim się wszystko plątało ze wszystkim, międzynarodowość z gminą i ogólnie wszystko, nic nie można było poradzić, każdy miał ciężko, a żyć trzeba dalej.

– Jak tu stoję – wołał ten Pachowicz do śmiechu i do namysłu dla chłopaków – tak jestem jednoosobowe przedmurze chrześcijaństwa.

Za kurtyną, w mniejszej salce zakładu pogrzebowego Sułtan na ulicy Wincentego, szybko-tanio-z pewnością, przyćmione światło z oszczędności prądu, w tle szumność gadania z socjalnego – oczywiście znowu czymś tam handlowali. W bliskim planie poruszyła się umalowana głowa starszego pana z rozkazującą szczęką podwiązaną chustką. Rzucało się w oczy, że szczęka leży trochę za blisko nóg.

Kwas sięgnął mu pod plecy, zanurzył pod nim ręce po łokcie, na raz dwa podrzucił lekko do góry, dziwnie lekkiego, umościł w trumnie, bądź – jak tu się mówiło – na wersalce. Potem się przyjrzał, wygładził mu nogawki i pufy na ramionach marynarki, znowu się przyjrzał. No, musiał być jakiś porządny, epoletowy człowiek, emeryt albo żołnierz sztabowy, szkoda. Gruco mówił wręcz, że jeszcze widać aurę – fioletową, znaczy dobry, ale zagubiony i znużony człowiek.

Teraz ostatni sznyt – Kwas naciąga emerytowi kąciki ust jak do uśmiechu, nic się tu nie rozdziawiało i nie leciało w dół, jest w porządku zastygłe, można ściągnąć chustkę ze szczęki.

W socjalnym grało radio i znowu grali tam w karty i rozmawiali o posłusznym życiu versus dużych pieniądzach. W socjalnym, bo w radiu to wiadomo – publicystyka i taniec ludowy.

3.

Bez okien siedziało tam przy stole trzech mężczyzn. Świecili wszystkie dostępne jarzeniówki, grało radio i młody, sądząc po głosie, zesrany z podniecenia prowadzący obiecywał, że już nie odezwie się do końca programu – będzie już jedynie grał muzykę z Łowicza. A oni, grobownicy, pochylali się nad rozłożoną na papierze kaszanką i rwali chleb rękami, bo nóż gdzieś zginął. Karty od dawien dawna były już i tak zatłuszczone.

Najstarszy, Tatulo Gruco, który zjadł zęby w funeraliach i nic już przed nim nie dało się ukryć w zawodzie, i niczym nie szło go już zniespodzianić – bo w życiu prywatnym też już prawie na nic nie narzekał – przeglądał gazetę Goła Dupa, mocząc nogi w miednicy. Pocierał nogę o nogę, dwa suche kostropy, i szeptał: jebaniutkie, jebaniutkie.

Na nic tak nie narzekał, jak na kurwy-haluksy rozpychające mu nawet gumę w służbowych gumiakach, nie mówiąc pójść gdzieś w półbucie do elegantszego miejsca, posiedzieć, przejrzeć sport, nekrologi i kto kogo wyłonacył w rozumieniu politycznym.

– Słowa tu o nim nie piszą – mówi Tatulo Gruco zza gazety na temat Zwłok znajdujących się w niebieskiej poczekalni za kurtyną socjalnego. – Czasami piszą, a o tym nic.

– Wagomać – dodaje, bo klął jedynie bardzo umownie, bez epatacji.

Może nieciekawy? – myśli. – Nie wiadomo, może jeszcze napiszą.

Tak się Kwasowi składało, że na zawodowej ścieżce w Warszawie spotykał mniej więcej wyłącznie brygadzistów z drobiazgową umysłowością, bo i wcześniej Pachowicz, i teraz ten Gruco.

4. Poczęty

Natomiast Poczęty i Cygan byli świeżo po dwudziestce i, według Jana Kwasa, obaj odpowiednio do wieku durni. Chociaż Cygan raczej udawał głupotę dla wygody. Obaj co jakiś czas obcierali kaszankowy tłuszcz z rąk o nogawki roboczych dresów, żeby móc dotykać i obracać w dłoniach iphona szóstkę. Byli pod urokiem przedmiotu i opakowania – chociaż Cygan pod mniejszym.

Poczęty pragnął wszystkiego o wiele bardziej niż szaropolski uliczny ogół, a było to tym widoczniejsze, im bardziej odymał się z dumą. Bogatymi pogardzał z podziwem. Biednymi pogardzał bez przeszkód, holistycznie. Czy to się tyczyło przedmiotów czy osób – wsio rawno gancegal – Robert Poczęty jako Polak nie lubiał nierówności w posiadaniu mienia i nie lubiał, jak się nad nim wywyższać i pomiatać godnościowo. Przez Roberta szedł głuchy pomruk. Uważał, że rekompensata za to, że ma ciężko, mu się należy jak psu buda z michą. Byłby nieżyczliwy o lepiej działającą jednorazową zapalniczkę w cenie półtora złego, o niezłamaną wykałaczkę w obcych rękach po jedzeniu, przezwojony alternator do starego volkswagena, kebaba z baraniną u innych, gdyby sam posiadał drobiowego z kapustą – o takie rzeczy. To co dopiero mówić o cymes iphone prawie nówkasztuka. Zasadniczo iphone należał do Cygana i był na sprzedaż po ofercie niższej niż w salonie, ale i tak chorej.

– Żenię go – mówi Cygan – bo parzący mnie w kieszeń.

– Kuhuhurwa – mówi teraz Poczęty Cyganowi w socjalnym – weź pędź. Elektronika – powtarza na głos, co czuje w nim ten nabzdyczony, szczurowaty dzieciak z placówki wychowawczej, z którym ciągle ma bliski kontakt psycho – jest gówno warta jak jest mróz.

– Idź mi z tym – ostrzega Cygana – bo ci to rozjebę i się skończy.

A oczy ma przy tym jak śliwki – pestkowe.

Robert zaistniał w firmie Sułtan dwa lata w tył na przyuczenie do zawodu, a wyglądało jakby przebywał zawsze, czyli rozumiało się, że pozostanie do starego grzyba i kiedyś będzie życiowy jak Tatulo Gruco. Ja osobiście patrząc się na Poczętego, zawsze czułem, że do czegoś dojdzie.

Był: popędliwy, szybki w rękach, wyrywny, po paru sprawach o cielesność, to znaczy o paragrafalne naruszenie nietykalności przechodniowi. Ubierał koszulkę z Polską Walczącą, Żołnierzami Wyklętymi i jednocześnie husarskimi skrzydłami, ale to jeszcze nie było wszystko, bo jeszcze był napis: nie damy się żywcem pogrześć w trumnie. Ktoś by biorąc to w palce ocenił: koszulka z jakościowej pakistańskiej bawełny. A to była otwarta księga podstawowych sedn, podobnie jak wcześniej podstawowy był dla Poczętego polski hip-hop, a jeszcze wcześniej pokemony.

Teraz wszystko, co by inni zrobili Robertowi źle lub przeciw, kwalifikowało się jako zdrada. Jeżeli na przykład zdarzyło się, że natychmiast nie dostał, czego chciał, a to się ciągle zdarzało, obwiniał zagraniczne elementy – Żyda, Ruska, Szkopa i uchodźcę. I masoństwo, które na razie z powodu niewyrobienia brał za cały wredny naród z Masonii. Wyczuwało się podskórnie, że wpierw nastąpi u nas powstanie zbrojne przeciw, a później się ustali przeciw czemu. Robert Poczęty był właśnie w trakcie intuicyjnego rozglądania się po Warszawie za kimś, kto by mu przyszedł i powiedział: ja brzoza, ja brzoza, oddaj życie.

Obok wszędzie chodzili po ulicach inni i też szukali taty.

Który by powiedział słowa: hańba, wojna, szacun, odbudowa.

I by się ich spytał mądrym krzykiem: będziecie tak łazić całe usrane życie oddalającym się krokiem za sceną teatru wydarzeń, w najlepszym bądź razie na niemo z kandelabrem za eurosrebro!? Wybieracie być we własnym kraju za halabardnika siedemnastego czy za główną rolę, kurwa wasza masa nieprzebrana!?

W oczekiwaniu na wyklarowanie się kogoś wystarczającego, jeśli chodzi o patos, kogoś dużo obiecującego i czystej krwi, myśl polska biegła na razie powiatowo i dzielnicowo. Należało żyć sprytnie i przeżywać kryzysy zaufania do wszystkich, ale myśmy na Pradze zawsze tak żyli. Zbytnio się nie poetowało.

To samo Robert – zapój, kant-karta, automaty zręcznościowe i autobusowa dolina; wszystko. Coś mu brakło, to brał wstawał od oczka, tysiąca, wuja, czy co tam akurat było grane, ubierał czapkę, mówił: pójdę się przejdę, wydalał się na dwór i wracał na ogół z pieniędzmi od przechodniów. Dawali mu.

Nagle mimochodem słyszy się w masowym przekazie na imprezie u Beznadziejczuka, że przejmuje nas wszystkich Partia. Nikogo to nic początkowo nie zaprząta, bo jak to się mówi przy każdej zmianie panów: żeby tylko psów po rękach nie gryźli. Żyjemy w miarę, osobiście i pojedynczo, co poniektórzy z towarzyszeniem kobiet i dzieciaków, aż któregoś ranka przed robotą u wylotu Wincentego widać otrzeźwiałego Roberta Poczętego pytającego się o głębszą doniosłość w naszych życiach:

– Polska – mówi – płonie, a wy śpicie na miękkim i w dupie macie.

– Czasu już nie ma – informuje.

– Znaczy – pyta go Tatulo Gruco – spotkałeś senseia?

Ale Poczęty nic, przebiera się do pracy w spodnie z lampasem, pelerynę, melonik i idzie chować dzienne zlecenia. W przeciągu dnia kilkakrotnie odbiera komórkę, słucha i mówi: przyjąłem. Albo: tak jest, potwierdzam, będę. Ale też zwyczajnie: pół na pół carbonara i słowiańska na grubym.

Przez kolejne mniej więcej pół roku Robert Poczęty podkreślał wszędzie w rozmowach, że jego skóra jest biała, Francja umiera przez islam, że zło zmieniło paradygmat i stoi u wrót naszych grodów i siół, chce płodzić diabłów z białogłowami, żreć naszą pszenicę, tam gore a waćpan śpisz!, a ciapatym tak czy inaczej trza by szablą przez grdyla zrobić raz a dobrze – najwyraźniej ktoś rył zaostrzoną sztamajzą w jego tabuli rasie.

– Program zamglony – komentował Gruco – wróg niejasny.

Ale to była tylko częściowa prawda. Poczęty najchętniej o zło posądzał Cyganów z Targówka i Szmulowizny, bo miał ich blisko pod ręką; nie lubili się z Cyganem, jedynie razem pracowali w zakładzie pogrzebowym Sułtan przy cmentarzu na Bródnie, ceny-i-szacunek na każdą kieszeń, przy dołowaniu, przenoszeniach, zasypach i tyle; chowanko i fuchy.

Robert po wielokroć zapowiadał Cyganowi w afekcie, że nic jego cygańskiemu narodowi nie zostanie u nas w Polsce zapomniane, a rachunki krzywd się rozliczy. Podobnie pamiętać się będzie wszystko Niemcom za drugą wojnę, Francuzom i Anglikom – bo pozostawili Polskę samą w trzydziestym dziewiątym; także nie zapomni się niczego Radosławowi Katyńskiemu i Ronaldowi Błyskowi – jednemu na tak, drugiemu na nie – gazetom Goła Dupa, Wynurzenie Publicystyczne i Preferowane Kierunki. Unii Europejskiej napluje się w ryj za samo plugawe istnienie, Szwajcarii za franka; nie przebaczy się targowicy, komunie, Szwecji za potop szwedzki, pedałom za sodomię, i, przede wszystkim, nic się nie zapomni Ruskim.

Nigdy nie popadnie w niepamięć pamięć o rozbiciu Samolotu.

Taki był Poczęty Robert – osoba niezwykle współczesna, może i psychicznie nieadekwatna, ale za to radykalna fizycznie i w tym sensie uspołeczniona. Ponieważ nie należał do ludzi łatwo zapominających, wszystko sobie przypominał hurtem i właśnie wówczas zastosowanie miały paragrafy o nietykalność; to znaczy jeśli w ogóle złapali go na gorącym, lub przynajmniej były na niego dowody, że dokonał czynu na innej osobie.

Z drugiej strony bywał to dobry chłopak i wybaczający.

Jan Kwas pamiętał: latem chowali na Bródnie babkę pełnomocnika dyrektora do spraw procesu egzaminowania na prawo jazdy wszechkategorii, a jednocześnie odbywały się piłkarskie mistrzostwa Europy 16 roku i po pierwsze: Poczęty nie ponaglał ceremonii, pomimo że ortodoksyjnie wyznawał piłkarstwo; po drugie: ryczał łzami przed telewizorem, kiedy nasi przegrali z Portugalią w karnych i mogli się iść pakować.

Robert uniósł się narodowo ponad swój zwykły pułap, a za tym – jak to zawsze u nas w okolicy i w Polsce w ogóle – musiały pójść dalsze czyny lub zaniechania. Tak też niezwłocznie po klęsce kadry Poczęty wywiesił przez okno banderę wojenną – co wcześniej nie przyszło mu do głowy – flagę żeglugową, bo takie mieli w sprzedaży na stacji benzynowej Statoil, ulżył sobie wódką i krzyczał z balkonu: nic się nie stało!, nic się nie stało, Polacy! Natychmiast przyłączali się do krzyku inni Polacy z bloków na ulicy Białostockiej. A potem wyszli wszyscy na ulicę i chodzili tu i tam, pełni honoru i świętości walki odziedziczonej genetycznie po królu Sobieskim, raz w kierunku Targowej, raz Radzymińskiej, bo liczyli, że Tesco jeszcze może będzie czynne i w istocie było.

Więc kupili akcyzowych towarów i się ropełzli po Szmulkach.

A obecnie w zakładzie Sułtan, blisko-miło-z namysłem, przy Kwasie, który nastawiał czajnik na herbatę, w obecności Tatula Gruca szepcącego wciąż do własnych haluksów: o jebaniutkie, tego nieboszczyka w sali prefuneralnej obok, przy Cyganie, nad kaszanką, a zwłaszcza w obecności iphona – od którego musiał się zdystansować godnościowo, bo sam takiego nie posiadał i nie zanosiło się – Robert Poczęty wykrzykiwał chwalebnie o zajściu z jego udziałem, które opisano nawet w Gołej Dupie.

Robert P., lat dwadzieścia jeden, asystent funeralny, lipcowej nocy, zaatakował na ulicy Szwedzkiej, róg Stalowej, Andrzeja D., lat czterdzieści osiem, korektora z czasopisma damskiego, pięścią uzbrojoną w aluminiowy kastet. Uderzał ofiarę w brzuch oraz podbrzusze. Zarówno P. jak i jego ofiara znajdowali się pod wpływem euforii piłkarskiej o tym samym kierunku, ale przeciwnych zwrotach pompatyczności.

– Ja sobie idę – Poczęty mówiąc chodził po socjalnym Sułtana jak wtedy po Stalowej, przestawiał krzesła na bok; chodził krokiem sprężystym, napinając mięśnie piersiowe, wybrzuszając fafle i wypychając miednicę w przód, tak aby jego jądra szły pierwsze poprzedzając jego idącą, równie potężną, osobę; zupełnie jak lipcowej nocy – a tu idzie ten, kuhurwa, Andrzejek Drella.

– Przejebaliśmy honorowo i godnie – mówię – ale jednak hańba.

– A ten mi macha ręką – Poczęty machnął – i mówi coś, w każdymmądź razie nie w temacie, coś mówi: Bobik, drzwi to bym tak chętnie wymienił, że szok. Ja zdziwienie. Pytam się go o czym wogle jest mowa: o czym ty do mnie właściwie pierdolisz? Jaki Bobik? Jakie kuhurwa drzwi? Jak to jakie? – mówi ten Andrzejek. – Do mieszkania, bo mi się wypuczyły od góry i teraz to samo się bierze robi od dołu, dzieciaki mi zaglądają w garnki z klatki schodowej.

– Cała Polska przejebała, men-człowieku – mówię – co ty mi tu będziesz z prywatną sprawą? Ty chyba jakiś normalnie psychićnie niewytentego jesteś, tak czy nie?

Robert wykonuje w socjalnym kilka szybkich ciosów, pracy nóg, uników, kopów i gard walki z cieniem. Onomatopejuje przy tym grz-grz, że niby Andrzej D. idzie w dół, na chodnik, leżeć.

– No, no – rzucił w socjalnym Cygan szyderca, a patrzył przy tym gdzie indziej, oczami naokoło. – To rzeczywiście.

Poczętemu odjęło mowę od ust, jak każdorazowo ze względu na utratę godności w wyniku intrygi międzynarodowego cygaństwa. Postał chwilkę palcąc nerwowiutko, tzn. przebierając myślami. Niespodziewanie dla wszystkich z zarządu mózgu Roberta poszła w dół komenda: padnij. Teraz z kolei dla rozładunku odliczał na głos wykonywanie pompek męskich – szeroki, nerwowy rozstaw i dyszenie. Dodatkowo potrafił się wręcz z pasją przestawić na pompki jednorącz – zademonstrował. A zaklaskać po trzykroć w podrzucie? – proszę, też umiał. Na karku nabrzmiał mu powróz aorty, oczami jakby patrzył się poprzez podłogę w oddal dziejów, poniósł się sztynks uczciwego potu – Poczęty wzbudzał szacunek fizyczny. Po to, by uświadomić Niepolakowi, że łaska pana na pstrym jeździ i ma gdzieś tam swój kres pomimo wiary, nadziei i miłości – tych trzech tradycyjnych elementów.

– Poległy na randewu przejrzany? – spytał się wtem Tatulo Gruco.

Wskazując głową w kierunku tam za kotarę, gdzie odpoczywał w półmroku i chłodnawej świętości były mężczyzna z nadchodzącego popołudnia na Cmentarzu Bródnowskim. Gruco obcierał nogi we flanelową szmatę – bo on wycinał kwadraty z pleców starych koszul w kratkę do różnych celów szmacianych. Powiesił szmatkę nad piecem do suszenia, a dwoma innymi owinął nogi i wsunął gumiaki – od wojska był człowiekiem onuc.

– Sto! – wrzasnął pomper z podłogi i hycnął do przysiadu. Jak konik polny albo imponująca gazela.

– Ożesz kuhuhurwa! Cie nie będę zabijał – wskazał na Cygana – cie życie zabije.

Kwas przyniósł cztery herbaty w szklankach i ze spodeczkami, ustawił na stół, wziął się do kiszki kaszanej i rwania chleba, ale mu nie szło; tylko przeciągnął rękami po twarzy, podparł głowę i tak został. Oni znowu rozmawiali o życiu.

– Nóż ze socjalnego ma mi się znaleźć! – kazał Robert Cyganowi.

– Drzwi bym wymienił – odpowiedział Cygan, ale pomimo że mówił czytelnie, Robert Poczęty nie zrozumiał. Przeważająca część aluzji świata leżała na niedostępnej mu półce.

Z kolei Cygan był zawiły od dziecka, bo go ojciec bił.

5. Bombaj Wiśniewski

Prawdziwy Cygan, rodem z drugiej strony ulicy św. Wincentego, tam koło kirkutu, za sklepem dla wędkarzy – ten był myślący i obłudny. Tym dotkliwiej mylnie dla otoczenia, bo wydawało się na pierwszy rzut, że Cygan nie posiada zdań i opinii na żadne z zagadnień. Przyczajnik, niczego po sobie nie pokazywał, jak coś było zbytnio jaskrawe, to ściemniał. Tu: handel, komórka, samochodzik-igła, pozłacany fluorescencyjny Pan Jezus, używana mikrofala z czyjejś kuchni – na chodzie, tania i wciąż ciepła. Tam: znikomość, babie lato na wardze, chorobliwa senność, brak umiejętności czytania-pisania na użytek policji – gdyby się przyszli i pytali.

Na przykład teraz widać było, że wykasowywał z iphona programy i fotografie poprzedniego właściciela, gigabajty autoportretów gościa z mięsistymi powiekami, robione w windach z lustrem i w klubianych kiblach na mieście. Aczkolwiek jednak na pytanie Poczętego w kwestii telefonu: ile za to gówno dałeś?, Cygan odpowiedział: normalnie, złotówkę.

Gdybyście pili voodoo z Cyganem, byście usłyszeli, że kto jak kto, ale jeśli chodzi o niego, on do Powstania Warszawskiego poszedłby z miejsca, jak tu stoi. Na pierwsze zabicie dzwonu Zygmunta. Na trzeźwo zmieniał zeznanie i knuł swoją bezideową, niepolską przyszłość – gdyby w referendum zagłosowali za powstaniem, on zaraz do Niemiec. Ma rodzinę pod Sandomierzem, która ma rodzinę we Włoszech, a tamci właśnie się przymierzają do przeprowadzki na jakiś czas pod Dortmund albo pod Bremen, a dalej się zobaczy. Nie da sobie wsadzić kulki do brzucha.

– Padlina – recenzuje Cygana Poczęty.

Widocznie takie czasy – rozumiał Janek Kwas patrząc w socjalnym na Roberta i Cygana – że potrzeba jakiegokolwiek powstania jest u nas paląca. Tylko przejściowy kłopot z wyborem wroga. Raczej z nadmiarem wrogów spiskujących zewsząd przeciwko polskości, a spiskują, bo nam wszystkiego zazdroszczą. Na przykład: chleba, mięsa, węgla i kobiet. Natomiast, jakby już miało dojść co do czego, Cygan by Robertowi sprzedał karabin i zdezerterował nie przyczyniając się do pogłębionej polskości.

Dresy u niego wypchane na kolanach, długoletnie i wzruszające, ale gdy Bombaja spotkać w niedzielę, to się wtem okazywało, że jest w nowych dresach, bo z mamą do kościoła na sumę. Cygan na imię miał Janusz, ale reagował również na Bombaj, jego matce dali Żaklina, a ojca miał dwojga imion – Gottlieb Mieczysław Wiśniewski. Ta wspomniana Żaklina bardzo lubiała gloryfikować się przed ogółem, że niejako, w pewnym sensie, pochodzi od córki bratanicy króla cygańskiego Cioka w prostej linii. A mąż Wiśniewski ją za te szlacheckie muchy w nosie lał, i za inne rzeczy, jak odpoczywanie za dnia bez uprzedniego ugotowania. Ciemiężył ją fizycznie w okolicach posiłków. O Gottliebie dało się powiedzieć bardzo wiele złych rzeczy, także tę, że wypalał paczkę dziennie i był tradycyjny względem kobiet.

Tak narodził im się syn.

Janusz Wiśniewski, Bombaj, asystent grobowniczy przy zakładzie Sułtan, też już utrzymywał syna, dwulatka. Chodziło o to, że Bombaj czasami wprowadzał się piciem w taką pozaumysłowość, że za zrobienie dziecka piętnastolatce ze swojego plemienia oraz za przymuszanie jej do innych czynności w stanie oszołomienia wytoczyli na niego sankcję z dwieście kaka z jedynką. Czyli nagłe nieszczęście.

Bombaj przesiedział się do sprawy. Gottlieb Mieczysław wynajął mu adwokata z kancelarii w alejach Jerozolimskich; Gottlieb był pewny siebie, mówił: jak jego stać na biuro w alejach, to on musi być dobry. Papuga faktycznie był niezły – zaczął od zlecenia opinii psycho klienta i w życiu Bombaja pojawił się następujący papier: nie wykazuje skłonności pedofilskich, natomiast zachowania infantylne. Co mogło być prawdą, a mogło nie być, bo Cygan umiałby łatwo udać i zboczeńca, i debila, i dziecko, i nawet partyjnego totumfata; oddzielnie i razem.

Jednak wyszedł z innego powodu. Dlatego, że rodzice dziewczyny wytrzasnęli skądś jej akt urodzenia, w którym pisało czarno na białym, że dobiega szesnastki. Miała na imię Kinga, kochała się w Januszu Wiśniewskim i dobrze, bo była jego żoną zgodnie z prawem cygańskim. W międzyczasie dochodziła do pełnoletności u wuja we Włoszech, żeby nie było więcej ciągania uczciwych ludzi po sądach w Polsce.

Dwulatek dorastał z imieniem Massimo, wyglądał jak fajny mały grubawy złotnik biżuteryjny, jak dziadzio, a Cygan spotykał go czasem na zdjęciach w komputerze, cały rozmiękły od ciepła.

Po wszystkim papuga mówi Januszowi, że na niego patrzą.

– A kto? – pyta się Cygan.

– Oni – mówi ten zdolny papuga i zatacza ręką okrąg w powietrzu oraz unosi brew, znacząco wysuwa czubek języka, chrząka, maca się po uchu, strzepuje nieistniejący paproszek z rękawa, rzuca na chodnik kiepa i dłuuugo go depcze ręcznie robionym butem, a patrzy się w oczy, czy Bombaj na pewno wszystko kuma.

Stali pod sądami na Solidarności, mecenas patrzył na zegarek, bo to się jeszcze działo nim Partia unieważniła czas. Śpieszył się w widoczny sposób do baru Paragraf na winiaczek, ponieważ był starszej daty – winiaczkowej.

– Wiem – mówi mu Cygan i idzie do tramwaju bez podawania ręki.

Wrócił się do matecznika na Targówek i parę dni pytał się tu i ówdzie o jakąbądź lżejszą robotę. Bo; mówił zataczając rękami okręgi; patrzą na mnie. Znał ludzi – roboty takiej, gdzie zarobki są powiązane z księżycem, latarką, ciszą i szczęściem, było wystarczająco, ale jeśli mowa o legalnie pracować, to koledzy raczej grali z pytającym w śmiesznego chuja:

– Weź idź gdzieniebądź – parskali mu. – Może do parku sztywnych.

Jedyny Robert Poczęty, który nie drwił, bo wtenczas zbudowany był z uproszczonych schematów scalonych dla młodych techników. Choć podobno przy porodzie Poczęty zdobył mocne osiem apgarów, to potem począwszy od domu dziecka wszystkie roztrwonił.

6.

– Przejrzany, tak? A to co jest, wagomać? – Gruco wrócił zza kotary od Zwłok i rzucił im na stół w socjalnym napoczętą paczkę cameli non filter w miękkiej folii.

– W garniturze miał – dopowiedział i rozpoczął sprawdzanie sobie peleryny żałobnej i melonika, czy nie ma na nich ufajdu z gliny bądź stearyny z wkładów-zniczów z poprzednich posług. Bródno było trudne, bo podmokłe, i pracownicy Sułatna, czysto-beznamiętnie, częstokroć się, kurważ maciora, dokopywali aż do mamraja, zgodnie z zaleceniami sanepidu, a z kolei potem, już będąc na galowo, nie było szans się o to-to nie upierdolić, bo wszędzie wkoło mieli sam mamraj.

A smród szedł dołem taki, jakby coś tu coś zeżarło i zostawiło resztki. Szpadle się od tego lepiły i trzeba ich było potem obczyszczać trawą.

– Darzę to – kopiąc klął po swojemu Gruco – tysiącem serc.

– Co? – pytał się zawsze Poczęty.

Chodziły plotki, że Tatulo Gruco również nie jest taki głupi, jak się jawi – może głupi, ale nie aż tak. Krążyło, że jest na procencie u producenta wkładów do zniczy z Ząbek, że należy do sumy z obrotów w zniczomacie na bramie cmentarza od strony ul. Wincentego. Z drugiej strony, wśród starych kwiaciarek na ul. Odrowąża, mówiło się, że za komuny Tatulo uskuteczniał handel czaszkami z kwater opróżnianych z tytułu zalegania z placowym. Jeden za drugim martwi lecieli w astral, a pozostałości były na okaziciela. Sprzedawać miał Tatulo Gruco studentom z Medyka na mementa, pomoce naukowe i podobno popielniczki – ale nie we wszystko się dowierzało, bo choć różne rzeczy się widzi żyjąc, to by już raczej było troszeczkę nieludzkie strzepywać komuś ćmika do byłej głowy. Tak czy nie?

A kwiaciarze z Odrowąża dalej swoje: przysięgają się, że Gruco nieźle prosperował na tym przedwiecznym interesie, bo obracał bonami towarowymi pekao o wartości identycznej z dolarem. Bądź co bądź, mówią przy Odrowąża, biznes może i niesmaczny, jednak zgodnie z dzisiejszą modą po skandynawsku ekologiczny, nikomu nieczyniący krzywdy; niedotykający nikogo bólem w serce.

No nic-nic, się pożyje-się zobaczy. Za rządów Partii w kraju wiele osób kapuje jako państwowi sygnaliści, mając na uwadze chwałę Ojczyzny i staropolskie cznianie bliźniego w mleko matki jego, więc z pewnością wcześniej czy później ktoś zakapuje i małego biednego Gruca z domu pogrzebowego Sułtan, całodobowo-kompetentnie, a wtedy przyjdzie dzielnicowy i może wyjaśni.

Tak, tajemnicą był Gruco, bo normalnie z boku patrząc, wyglądał na człowieka, któremu wystarcza w życiu poczucie błogości z powodu, że udało mu się wygodnie ubrać, i odpowiednio do pogody. A gdyby tak jeszcze zdarzyła się grillowa promocja Lidla – piwo, karkówka, szaszłyk gotowy do smażenia – to już w ogóle wykwint.

Czekali na ceremonię popołudniową; miała przyjść rodzina tego obok, przynieść wieńce i własne znicze; miały być w planach konie z czarnymi kitami na łbach, jakby ten tam zasługiwał albo jakby mieli wobec niego wyrzuty. Ale definitywnie stanęło na mercedesie z Sułtana, tanio-godnie-solidnie; tylko kierowca Przemek się spóźniał – na myjni kolejka albo woził pudła, bo jak raz miał przeprowadzkę z Łomżyńskiej ulicy, numer osiem, na ciemną Białołękę, w tę ciemną dupę Warszawy. Ale co miał zrobić, jak Łomżyńską mu przymusowo wysiedlali ze względu na stan posesji osiem? Nic nie szło zrobić.

– Widać palił – dodał Gruco w sprawie cameli.

Nawet Kwas nabrał na moment życia, obracał paczkę, oczy miał podsinione i mądre jak cielak, a teraz jeszcze błyszczały dziecięco. W sumie lubiało się go za jakąś taką, jak by to powiedzieć, łagodność na pograniczu z dobrym sercem, uczynną dłonią i chujowatością w sensie pozytywnym.

– Może i palił – zamniemał Kwas – ale dawno.

Bo, mówi Janek Kwas, jego wujo Krzysiek za komuny jeździł na West Berlin, z talerzami Włocławek żeby tam, a po dżinsy żeby nazad, i naprzywoził takie właśnie non filterów, palił u nich na wsi w letniaku, jak przyjeżdżał w gości na żniwa, normalnie przy dzieciach, bo wtedy wolność obyczajów była większa; i wujo mówił, że camel w miękkiej paczce to jest najbardziej męski papieros na świecie. Teraz już takich dawno jak nie produkują; Janek Kwas odłożył paczkę i siorbał herbatę, a ręka mu się trzęsie, kuhurwa, ale jak!; a noga tupie mu pod stołem i nie może się uspokoić.

To właśnie ten wujo Piekutoski ściągał Jana Kwasa do Warszawy w roku to było chyba 08; a potem wszystko się totalnie im obu posrało w życiach osobistych i gospodarce narodowej; popadli w ruinę razem z tym krajem. Każdy u nas miał ciężko.

Mężczyźni, Bombaj i Poczęty, zapalili po jednym zaprzeszłym, ale zaraz klną: zwietrzałe, kuhuhu, i plują tytoniem na podłogę i rozsmarowują dodatkowo butem, że takie to skrajnie niedobre, ten tytoń z wewnętrznej kieszonki Zmarłego klienta.

– Na co umarł? – Tatulo Gruco sprawdzał obecnie ze spokojem stan czystości służbowej szarej koszuli z lamówką na kołnierzyku, którą to aksamitną lamówkę sam sobie naszył, gdy uprzednia się poprzycierała brązowawym brudem od znoju.

– Kto miał mrzeć? – pyta Kwas wypadły na moment z dyskursu publicznego w socjalnym.

– Ta twoja rodzina, co opowiadasz, bo tyle było tam palone.

Ale okazuje się, że na szczęście wujo Kwasa, ten Piekutoski Krzysztof, pali w dalszym ciągu, tylko już inne fajki, bo nie ma na camela. Dożywa na bliskiej ulicy Okrzei, tzn. w tej tutaj kamieniczkowej części, to będzie tutaj bliżej Ząbkowskiej, co jest gotowa do wyburzania. Wujo ma się nawet dosyć-dosyć po amputacjach pocukrzycowych, cukrzycę wyłapał za późno, ale nie może narzekać – jest nieźle zaopiekowany przez starszą kobietę z Wietnamu. Żyje i posiada umysł jak szpadel, ostry jedynie na krawędziach. Niedługo go tutaj być może w Sułtanie poznają z bardzo bliska.

Śmieją się z takich słów, bo co?, może mają płakać? Nic się nie poradzi, że miejsce pracy ukształtowuje treść rozmów, tak jak miejsce urodzenia, Polska, kształtuje w człowieku mnóstwo honoru i tolerancji dla innych narodów, tych bohatszych, oraz dodatkowo u co poniektórych genetyczną umiejętność rozłożenia stena lub parabelki z zamkniętymi oczami, tak czy nie?

Teraz już Cygan i Poczęty też sprawdzali higienę peleryn i meloników, bo nadchodził najwyższy czas i sami wiedzieli, co mają robić. Peleryny były nawet możebne, czyste, ale skórkowe buty, brud z Bródna, całe w glinie ze starszej części cmentarza, od strony ul. Odrowąża, gdzie tydzień temu mieli opróżnianko kwatery ze starego, a wczoraj już chowanko nowego martwego.

Ogólnie jesień 16 roku była z początku gorąca, a potem tąpło, teraz już święta idą i walą ludziom do głów na smutno, od paru tygodni w Warszawie padało, ciężko się z tym żyło, więc nie ma się co się dziwić, że ludzie marli więcej.

Każdy sprawdził co miał i poszli robić nastrój na zapleczu, palić gromnice w Izbie Pożegnań, nadchodziła godzina oznaczona klepsydrą – żywi już tu jechali.

Trzeba się było zebrać w sobie, o ile się chciało napiwek.

A twarze mieli ekstra do tej branży – martyrologiczne.

– Tobie co? – Tatulo Gruco nachylił się nad stołem i pyta Janka.

Właśnie w takich momentach uchodzić mógł za mądrzejszego, niż był, może nawet miał jakiś taki, biorący się z dłuższego życia z alkoholem w tle, dar do innych, że czuł mordęgę i mortus. Możliwość, że umiał patrzeć się i jednocześnie widzieć, jak te kobiety grające inteligentne kobiety we filmach o parytetach ludzkiej strony psycho? Bo że Tatulo Gruco był wrażliwy czy współczujący, absolutnie nikt nie uwierzy. Kondolencyjny tak, ale to zupełnie co innego – jak cała subkultura grobowników, łącznie z czarnym ptactwem i kotami z Bródna.

7.

No i szlus, będzie tego chowanka na dziś, finito basta.

– Oto jest całość, co po jednostce zostaje w rozrachunku winien-miał: odzież damsko-mięsna, zanęta dla przynęty wędkarskiej, kwatera J-24, prawdopodobnie z ciekiem wodnym, bo błoto było, że hej, i ciężko szło kopać, jak w żółtym serze, ale czy było inne wyjście? – pierdolił im Tatulo jak jakiś duchowny.

Miejscami już ostro wyłaziła z niego podstarzałość i samotne zamieszkiwanie: z miejscem na świecie, mówił, źle nawet w tych podziemnych miastach. Pomyśleć, że codziennie na całym świecie tony minionego mięsa zjeżdżają do podziemi – myślał Gruco klasycystycznie – a życie i tak krąży dookoła ciebie dalszym mięsem. Czyli zamknięty obieg mięsa. Zachodzi takie pytanie: jak ci się wszystko odechce, co zrobisz jeden z drugim?

E tam, zaraz co zrobisz. Uklepywali i okładali garba chojakiem dla estetyki, z której byli rozliczani przez właściciela firmy, a poległy już tam w głębi witał się z permanencją.

Nikt zbytnio nie słuchał Gruca, tylko każdy zastanawiał się w ciszy świątyni wewnętrznego umysłu, czy lepiej potem lecieć od razu do Biedry na Wysockiego, czy też dłuższym spacerem iść do monopolu na św. Wincentego, gdzie panował większy wybór. Kątem oka omiatało się, że potłuki życiowe z konkurencyjnego Całuna, grzebalnictwo-oprawa, już sprawnie zrzucili swojego klienta do glebogryzarki, przysypali go kaszą, ogacili zielonym i obecnie na prywatnej stopie szli centralną aleją, nucąc przez twe oczy zielone-zielone i Pierwszą Brygadę, pijąc piwo i paląc słodkie zioło. Znaczy Całun już się bawił, a Sułtan dopiero myślał, gdzie by później w tym samym celu pójść.

Całunowcy na głowach nosili głupie średniowieczne berety, na dupach pumpy za kolano, dołem białe podkolanówki i trzewiki z klamrą. Chodził po cmentarzu blef, że w tych godnych strojach idzie trafić niezły pieniądz od żałobników. Z tym że to i tak podobno było nic w porównaniu z nowym w środowisku społeczno-przyrodniczym ul. Wincentego Domem Posługi Sarmata. Ci chowali w kontuszach i mieli służbowe atrapy karabeli z rękojeściami w kształcie samolotów. W ulotkach wrzucanych ludziom do skrzynek w blokhausach Targówka trzymali się formy grzecznościowej: przewóz Zwłok, Szanowne Zwłoki itp. Efekt końcowy był taki, że każdy jeden u nich jeździł nowym używanym bmw.

– Jak dziś? – dowiadywał się idąc Kosioroski z Całuna.

– Zapój – dowiadywał się – czy jaranie?

Sułtan nie odpowiadał. Ten Kosioroski to był znany w dzielnicy ambicjoner, który kręcił się ciągle przy malutkich i średnich pieniądzach, a dużo pierdolił, że to tylko tak do czasu, bo ma na oku coś gites w przyszłości. Był dobrze zbudowany, oczytany w gazetach i ogólnie miły dla oka; jedyna rzecz, że wkurwiał twarzą. Cechował go ambicjonalny rozbuchaj i tym zrażał.

– Ja ci wyszykuję elegancko – mówił Jan Kwas do siebie, szalał ze zbyt dobrymi intencjami na kwaterze J–24. Pot płynął mu spod melonika o złotym liternictwie Sułtan, bladość kontrastowała z zarostem, do tego służbowa peleryna powiewała, bo był i ruch, i czynnik wiatru; Kwas wyglądał niespecjalnie, jak zużyta guma. W tym stanie wszystkich wkoło irytował, chciałoby się mu rąbnąć łopatą w plecy, gdyby nie to, że kolega.

– Smutek, ale nie mój – rzekł Poczęty, licząc drobne.

Było jasne, że Kwas ma większego kryzysa, gdy się posłuchało, jak opowiada wszystkie te niestworzone rzeczy, ciska słowami; plus miało się na załączonym obrazku chłopaka porządnie po trzydziestce, przetartego na czubku blondyna, który się nie wysypiał z jakichś powodów, ale jakich – nie mówił; snuł się, nie jadł, palił, który się zaczesywał, bo któremu nie wypadało ściąć się na wygodnego jeża, a czemu nie wypadało – nie chciał powiedzieć; replikę człowieka, niezbornego, obarczonego pełnym jelitem, a przecież jeszcze nie tak dawno dość niegłupiego i koleżeńskiego z wyglądu ambiwertyka – w końcu chcieli czy nie chcieli człowieka w swoim czasie do kompanii reprezentacyjnej? – gdy teraz tak lata wokół martwej natury ze szpadlem; było to bardzo poruszające nawet w męskiej subkulturze pogrzebowej.

– Nie bądź taki, wagomać, spłoszony – mówił mu Gruco, przeliczając cięższy bilon.

Gruco pokręcił głową dezaprobująco – pieniędzy było przymało. Zaobserwował takie zjawisko: ostatnio rodziny klientów nie szokowały napiwkami. Niektórzy wcale nie orientowali się w starosłowiańskim obyczaju dawania nadgrobnego – sum skromnych, ale godnych. Poczęty też już się połapał, już po przeliczeniu wszystkiego miał własnościowy smutek – szesnaście, kuhuhurwa, złych; hańba i targowica. A Cygan na spokojnie. Przeważnie po nim wszystko spływało, oprócz sytuacji, w których obrażano by jego honor, honor jego rodziny i honor jego dalszej rodziny; a tak to pilnował tylko, żeby się nie przerobić, gdy pracował.

W sumie, jak widzicie, każdy w manufakturze usług ostatecznych Sułtan, godnie-bezzwłocznie, miał swój osobny rozum i rozumek. A nie znacie jeszcze właściciela firmy i jego matki.

8. Szesnaście złych

Szesnaście, kuhuhurwa, nie starczy na nic. Jeszcze gdyby się było samemu, to jeszcze; jeśli rozważnie kupi. Natomiast nie ma sposobu, aby czterech dorosłych z szesnastoma złymi w kieszeni pomyliło zmierzch ze świtem – z szesnastoma lepiej w ogóle nic nie zaczynać. Tylko się idzie rozdrażnić – wpierw rozpogodzić, a z kolei kilkanaście razy mocniej spochmurnieć.

I zaczną się te poszczególne borderlajny: piłka nożna, pięćset plus, krwawienie z worka osierdziowego duszy, Jezus z rodziną, Nazaret jako każdy Nasielsk, złodziejskie państwo, Legia Pany, elegijny patriotyzm, Polska w ruinie, Polonii szkoda, Zaolzie dla Polski. I: o tym się głośno nie mówi, ale złapali ruskiego agenta w strukturach KOD-u; a poza tym czemu beżowi uchodźcy chcą wyłącznie do Polski – to akurat jasne, chcieliby wysadzić w powietrze naszą wiarę i jedność; jakie fajne dupy zjechały na Światowe Dni Młodzieży do miasta Krakowa. Są jeszcze dobre kobiety – nie ma już ani jednej dobrej. A znów z kolei tak ryzykownie: czy Radosław Katyński jest homo, hetero czy zero, w sensie seksualista; takie tam klechdy domowe. Szarpanina jako puenta. Doświadczenie uczy, że mając wszystkiego szesnaście złych na cztery twarze, lepiej jest siedzieć na dupie i nic nie kręcić, bo szkoda zdrowia.

Tak czy nie? Tak, bo jak kłopot, to będą ciągać ludzi za język na komendy, pytać się o życie osobiste i dochodowe, o stosunki z prawem i Partią, a ja się pytam: na chuj komu taki wrzątek w dzisiejszych czasach? Jeszcze się prorocy zapatrzą w czyjeś przedatowane papiery i coś komuś odwieszą do odbycia. Lepiej siedzieć na dupie milcząc.

Pół roku temu palił się ktoś w Skaryszewskim, i co? I nic.

Żałobnicy po J–24, dwoje – zdaje się siostra z bratem albo może bardzo podobni z twarzy mąż i żona, albo po prostu – żeby nikogo nie urazić – współkobieta i współmężczyzna, dochodzili już do bramy Bródna i nie mogli przestać się kłócić. Ona była silnie za czymś, a on kręcił głową, że nie. Ona wyjaśniała, że ona może odejść, kiedy tylko zechce, i wtedy on będzie musiał dać jej pieniędzy. Mówiła, że i on przecież może odejść, jeśli tylko zechce, bo jest niezależny i samorządny, ale też będzie musiał jej za to zapłacić – ergo oboje mogli odejść, jeśli zechcą, na zasadach przewidzianych prawem. Zwyczajne damsko-męskie sprawy, jakby rozwód lub prawo handlowe.

Nazywali się Krotofilowie, bo tak się podpisali na rachunku z Sułtana, takie też nazwisko kazali wypisać na tabliczce zmarłemu – Edward Krotofil, magister inżynier wodny, żył lat sześćdziesiąt dziewięć. Wszyscy Krotofilowie ubrania mieli dobrej jakości, o klasycznym kroju i dużym koszcie, ale jednak żywi obdarowali krewniaka na docelowy bieg jakimś surdutem Wokulskiego i zniczami najlepszymi z najtańszych. Cała rodzina – jako ludzie z aurą – byli w tonacji starego złota, z tym że mężczyźni wnosili do puli brązy, borda i szarości, nieboszczyk szarsze i już znikające do wyciemnienia.

– A kobieta czerwone jaskrawości – powiedział Gruco patrząc w dal z antagonizmem, w kierunku bramy głównej, gdzie tamci ulatniali się kontynuować zabiegane życie. Przekładając obserwacje na drabinę społeczną, mogło być tak: ona kadra zarządzająca, on być może społecznik-entuzjasta lub działacz domowy. Fundacja? Rada zarządu? Partyjni? Jehowi?

Wspólnie wygrzebali szesnaście złych, z czego ona pięć.

– Bez kija nie podchodź – ocenił zaocznie Tatulo Gruco.

Wtedy sułtanowcy patrzą się z niesmakiem, a przy nich stoi bardzo odmieniony Jan Kwas i się przymila; nie chodzi o to, że cały w glince, śmierdzący potem i dobijający się o współczucie w męskim gronie – tylko że wesół i podaje gruby banknot od siebie, ze szczerego portfela. Z twarzy wymazał już częściowo ślady psychicznego pobicia z całego dnia i z kilku ostatnich tygodni pod rząd, a już szczególnie sprzed paru chwil, kiedy latał tutaj z motorkiem w dupie, próbując zająć sobie czas fizycznie, i umajał kwaterę obcemu nieżyjącemu, żeby tyle nie rozmyślać o sobie.

Teraz stoi z uśmiechem i podaje dolę – jednym słowem całkowita zagadka istnienia. Rzeczy przesunęły się od złych do dziwnych – oto chcichotliwy Kwas wręcza dziesięć złych, więc w sumie jest dwadzieścia sześć, kwota, z którą – jeśli wie się, gdzie pójść – można zorganizować całe przyjęcie dla takiego zaplecza środowiskowego jak funeraliści, można liczyć na zaśpiewy szczęścia wśród gości, rozbłyski magnezji i bengale umysłowe. Można przez dłuższą chwilę poczuć się inaczej niż ogół ludzi u nas i na świecie.

Ale bądź co bądź ten tu stojący Kwas przy takim trybie bycia w trymiga się wykończy; i nie chodzi o alkohol od Baby Milion z dalekiej Kawęczyńskiej, niewiadomego pochodzenia, niefirmowo korkowany. Chodziło o psychikę. Od dłuższego już czasu Jan Kwas był bojący się czegoś, spracowany od środka, osaczony przez sforę skrupułów. Szarpały go zorro i kismet. Nie rozumiał najprostszych poleceń albo też w najprostszych poleceniach odnajdował od razu całe wiekopomne misje do wykonania, podczas gdy chodziło jedynie o opróżnianie-grzebalnictwo. Wiadomo było mniej więcej dlaczego taki, z tym że wiedzieć, a powiedzieć – a już zwłaszcza przemówić do kogoś z rozsądnością – to trzy zupełnie inne rzeczy. Trwało tak i trwało.

– Zostaw se trochę siebie na później – rzucił tylko Tatulo.

Tatulo w każdym razie dostrzegał w słoneczne dni, że są takie momenty, w których Jan Kwas nie rzuca cienia. Aureolę miewał wtedy krzykliwie pomarańczową, czyli pożar, kurwa, pożar.

Przemek kierowca horrendalnie się spóźnił, właściwie dopiero dotarł, podprowadził rokokowego mercedesa pod kwaterę, stał i gniótł w dłoniach swój melonik w pańszczyźnianym, staropolskim geście przeprosin. Nieszczerym. Ponieważ morda u niego kocia, a pańszczyzna dawno prawnie zniesiona – w ludzkich dobrych wspomnieniach tylko pozostała. Stoi pytająco.

– Podziw będzie po robocie, panie Przemek – mówi mu Gruco.

I pyta się, wskazując auto w girlandki i złocenia: czy można? Oj, ucieszył się Przemek z takiego obrotu ciał, zaprasza do środeczka, na galwanizowaną, srebrną podłogę, na szyny jezdne do przesuwania wersalek wte i wewte.

Słońce już zachodziło, kiedy podjechali we czterech do Baby Milion na Kawęczyńską. Swoje grube ciało wychyliła do nich przez okno na parterze, trochę zła, że tak im się spieszy do wodopoju, że aż służbowym samochodem musieli tutaj. Robiło się z tego powodu zbiegowisko w cichym zakątku ulicy, zwłaszcza dzieciaki zbierały się ponad miarę i pytały się, a co, a jak, czemu, kto tutaj zeszedł i idzie do lali?; czas był kolacyjny i prawie każdy dzieciak zaglądał na elegancką pakę karawanu, trzymając kromkę chleba posypaną cukrem. Wewnątrz jedynie były duchy odeszłych. Wobec tego oczywiście ta Baba, która podobno kiedyś znalazła na ulicy przed swoim mieszkaniem cały milion, obecnie z trwogą twierdziła na głos, że absolutnie nie trudni się pokątną sprzedażą alkoholu, w imię Ojca i Syna – żegnała się, że przecież ona tu i teraz padła ofiarą nieporozumienia, a wręcz, że idzie dzwonić na psów; uparta menda.

Widywałem ją wielokroć na ulicy, jak miała prawdziwe wąsy i brodę.

– Ten umarł? – pytały dzieci stając na progu służbowego samochodu i wskazywały na śpiącego na tylnym siedzeniu Roberta Poczętego. Za plecami, w części ładownej, walały mu się białe foliowe worki pobrudzone gliną, co podbechtywało fantazję.

Tymczasem Baba robiła już chamski krzyk, że ratunku!, będą ją gwałcić, mordować, okradać – no a ta część Kawęczyńskiej cała wiedziała, że ona kiedyś znalazła milion, dlatego też od razu przyszli Cyganie z nożami, jak to zawsze Cyganie, trochę się poprzyglądać, a trochę bronić swojej Baby, trochę też być może uszczknąć z jej miliona. Podszedł ciekawy dziad Beznadziejczuk idący jak na egzekucję do mieszkania, niosący sobie z mięsnego Szyneczka włochatego salcesonu, a swojej chorej żonie Halinie polędwicy sopockiej i ogórków. W bezpiecznej odległości stał i patrzył Andrzejek Drella, inteligent prasowy, wielokształtny z powodu pastwiącego się nad nim kaca. Poza tym pojawił się dopełniający obrazka tramwaj numer siedem, zatrzymał się na przystanku i wypuścił ludzi, rozleźli się po Kawęczyńskiej, wielu przyszło popatrzeć i zrozumieć, o co chodzi z karawanem Sułtan, poległym-godnie-żal, który tak tu stoi i nie odjeżdża, i czemu Kobieta Która Znalazła Milion znowu tak frenetycznie drze japę – same ciekawostki na ulicy bez wylotu. I wszyscy się serdecznie witali, bo się przeważnie znali od dzieciaka, sobie padali w objęcia i korzystali z okazji, by rozpytać o dalszych wspólnych znajomych.

– Pani Naaagła – powiedział Babie z okna Tatulo Gruco, na miły, proszący sposób przeciągając jej metrykalne nazwisko. A ludzie szli i szli, i można było nawet wziąć pod uwagę domysł, że w drewniaku na dalekiej Kawęczyńskiej złapali Kodowca i będą się z nim rozprawiać za niszczenie prawdziwej polskości.

W ten sposób zebrało się około dziewiętnastu osób, miłych i z trąconymi błędnikami, więc w sumie – jak wynika ze statystyki dla Pragi Północ – przyszło około stu złych w gotówce. Baba umilkła i nareszcie łasząc się przyniosła z mieszkania co potrzeba, podawała im to przez okno nie patrząc w twarze, tylko na boki, szło szkło i szkło, i jedynie prosiła zajechać wozem przez bramę na zaplecze podwórza, tam od zajezdni tramwajowej, bo ktoś mógłby przejeżdżać ulicą i zainteresować się służbowo. Poszli więc; stały tam plastikowe krzesełka, kupki cegieł do siedzenia i plastikowy stół przykryty ceratą, z plażową parasolką, na nim szklanki i słoiczki po przecierach pomidorowych i parę szklanek po zapachowych zniczach z Ikei, wszystko dość czyste, bo napadało deszczówki i mgły; a dalej, za plecami, było normalne tutejsze tło, czyli wyburzeniówka – nieczynny warsztat rzemieślniczy z zabetonowanymi oknami oraz śladami uporczywych, nieudanych podpaleń umyślnych przez nieznanych sprawców na przestrzeni lat.

Jesień kurwa, mówili ludzie ze wzdychaniem, tak samo mówiliby o zimie i wiośnie, bo zawsze jest taka ogólna potrzeba, żeby zacząć od mówienia, nie od razu od picia. Trudno rano wstać, mówili, w kościach łupanie, każdy ma ciężko. Ale z drugiej strony, mówili też, w Polsce statystycznie lepiej, wstaje się z kolan, rząd dobry, a prezydent Jałowy ładny i będą teraz gonić na Kamczatkę tych, co się podorabiali, bogoli, będzie się im odbierać, co nakradli, a dawać potrzebującym Polakom, takim jak ty i ja, wykluczonym, pozbawionym i zahukanym na naszej własnej ziemi. No to ciach babkę w piach – i pili.

Kwas siadł na skrzyni z piachem ppoż., która była pusta, a on był spiczniały, bo ponownie odczuwał wewnątrz siebie dzicz. Nie mógł spać po nocach, a kiedy zasypiał, śnił o drgających w słońcu bezludziach i wszędzie na kamieniach wylegiwały się tam legwany-nielegwany. Jakieś jakby smoki. Natomiast Poczęty, tak zdrów psychofizycznie, że bardziej już nie można, co pewien czas zakrzykiwał z rękami w górze: biała siła! Narkat! Narkat! Bagnet na broń, kozojebcę goń, goń, goń!

Narkat to byli Narodowi Katolicy – nowa organizacja z wielkimi tradycjami, zrzeszająca młodzież męską i starych pierdołów.

– Wszyscy, jak tutej siedzimy – wołał powstały moralnie z tylnego siedzenia karawanu – na marsz niepodległości!

Dało się jeszcze wtenczas z nim pogadać, bo niedługo później, gdy został szychą, taka możliwość definitywnie zanikła. Więc paru pijanych autentycznie się do niego garnęło, ciekawych jak przebiega tok jego myśli i czy nie ma drobnych.

– Kto nie przyjdzie ten pedał i swołocz i, kuhurwa, sam nie wiem co – agitował Robert rozebrany do klatki piersiowej na pohybel zimności i popatrywał groźnawo, na kogo by tu przyszarżować i stratować rytualnie słowem-czynem, huzia po naszemu, z łopotem skrzydeł, szczękiem zamka karabinu, szpadlem w potylicę.

– Hańba! – pokrzykiwali przymilnie pijani.

– Sprzedawczykom śmierć! – dodawali od siebie w bonusie.

Jednak nie miał dla nich nawet pindziesiąt groszy, bo skąd by?

Dowiedziawszy się o tym definitywnie usiedli i posmutnieli.

Siedzieli, to siedzieli – patrzyli; do chodzenia gdzieś nikt się specjalnie nie palił. Panowała wolność słowa, więc Poczęty mógł pić i mówić; po neoficku uświadamiać państwowotwórczo jak jakiś Poligraf Poligrafowicz Szarikow.

Widać było, że znajduje się w kościele idei, poszukuje słów, które byłyby na miejscu, a jako Pobudzony nie odpowiada za swoją osobę; uzasadniony afekt. Bo czemu tutaj kupować alkohol od Baby Milion, darł mordę w potoczny sposób, jeżeli blisko na Radzymińskiej czynne Tesco i kupując tam zakupy, podatek wpływa dla kraju?; legalny-wzbogaceniowy. Dlaczego, kuhurwa, akurat u Baby, Która I Tak Podobno Znalazła Milion i na wszystko ma?

I polewał wszystkim, ponieważ był w posiadaniu insygniów.

Baba już płakała od ostrych słów i prosiła psychodramatycznie: Bobik, przestań, Bobik, co ja ci złego?

– Rozlewasz – zwrócił mu wówczas uwagę Tatulo Gruco, ponieważ był to wówczas jeszcze ten czas, kiedy mógł innym zwracać uwagę, dlatego że posiadał mir i nim dysponował, z tym że ten czasokres dobiegał właśnie definitywnie końca. Tatulo odebrał pracownikowi insygnia: głównie berło, odtąd sam polewał. Było to bardzo obraźliwe, jak publiczne zerwanie pagonów, i Robert Poczęty zaczął milczeć do wszystkich obrażony.

– Niepolacy! – szemrał w ich stronę z pogardą krótkoostrzyżonego.

– Polska-Polski-Polsce-Polską – mówili potem także inni w trakcie tego wieczoru spędzanego w coraz gęstszej mgle jesieni. – Wyjść by raz z tego bardachu unijnego, Brytole wyszli i co im się stało? Nic. A – mówili kontradyktaryjnie – podobnież z tym tam człowiekiem spalonym w Skaryszewskim koło pomnika klaszczącej panienki, to nic wogle nie wiedzą co i jak.

– Po mojemu – rzuciła Baba przymilnie – uchodźcy go doszli.

Trafiła w sedno, bo wiedziała, jak krótko sieknąć didaskalią, by odwrócić uwagę od swojej osoby. Będąc długoletnio samotną i cierpiącą na bezdech nocny, z którego wynikał jej strach przed spaniem, dobę przeżywała z telewizją polską, a tam doradzali, jak poprawnie myśleć na temat sytuacji. A dodatkowo handlując chlebem życia i kielichem zbawienia, Baba była życiowo bystra i rozprowadzała ludzi umysłowo, jak chciała. Baba Milion, to nie była jakaś tępa dzida.

Kraj płynął mlekiem i miodem. Uchodźcy byli z pustyni. Proste?

Mrok rozświetlały błyski spawarki płynące do zebranych niebem znad zajezdni; czarodziejskość w pewnym sensie.

– Jak to, że palił się? – pytał ktoś informacyjnie zaniedbany.

– Normalnie, ktoś widział, że coś tam jakby leży i pali się, ale mu się zdało, że tylko zwykły pies, to machnął ręką i poszedł dalej na autobus, bo musiał do roboty.

– Ale jak to palił się? Samozapłon? Wódka się w nim zapaliła?

– A bo to ja wiem?, palił się, to się palił. – Dziad Beznadziejczuk bardzo machał rękami koło słoika z ogórkami dla chorej żony, a następnie te ręce rozłożył i tak mówi: – Życie jest takie, a nie inne. – Wypili za zdrowie tego palącego się nieznajomego psa i śpiewali piosenki rezerwistów i Kiedy Ranne Wstają Zorze.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Prymityw. Epopeja narodowa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

***

1. Płonący człowiek

2.

3.

4. Poczęty

5. Bombaj Wiśniewski

6.

7.

8. Szesnaście złych

CZĘŚĆ PIERWSZA: CHEMIKALIA

9. Próba chóru

10.

11. Męcząca wizja senna z bieganiem

12. Idzie Wiktoria

13.

14.

15. Na Paradoxie

16.

17.

18. Oda do opon

19. Pomarańczowość

20.

21.

22.

23.

24. Utopiony z ul. Korsaka

25.

26. Awaria paru systemów naraz

27.

28. Na spacerze w Galerii

29.

30.

31.

32. Mgr Zabraniecki

33. Na Tysiąclecia u Beznadziejczuka

34.

35. Magia In Vitro

36. Ćwiczenia ze skutecznego oddychania

37.

38.

39. Dzień. Wnętrze. Sprawy rodzinne

40.

41. Poczta i okolice

42. Pierdut

43.

44. Twarzą w nieznane

45. Tysiąclecia Państwa Polskiego

46.

CZĘŚĆ DRUGA: FUNERALIA

47.

48.

49.

50.

51. Pierwsza pocztówka z Agnieszką

52.

53.

54. Problemy ze starym Niemcem

55. Szwedzka story

56. Na spotkaniu formacyjnym u Zabraniecczyków

57.

58. Kwiaty, wiązanki, wieńce

59.

60. Na łące

61.

62.

63.

64. Przemienienie Pańskie

65. Późny wrzesień Badyoczków

66.

67.

68. Zaradny jak Wunderwelt

69. Lekki strach przed przyszłością

70.

71.

72. Andrzej Drella, powieść

73.

74.

75.

76.

77.

78. Drella, modna męska powieść pisana pod krytyków

79. Drella, powieść cd.

80. Definitywy:

81.

82.

83. Bezdomny człowiek

Karta redakcyjna

Projekt okładki

Tomasz Majewski

Zdjęcie Autora na okładce

Marta Mazuś

Redakcja

Agata Broma

Korekta

Ewa Tamara Łukasik

Copyright © by Marcin Kołodziejczyk, 2018

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2018

Prymityw rządzi się własnymi zasadami interpunkcji i ortografii.

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: konwersja@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Prymityw. Epopeja narodowa Peryferyjczyk Bardzo martwy sezon. Reprtaże naoczne Dysforia B. Opowieści z planety prowincja 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej