Szkło pod powieką

Szkło pod powieką

Autorzy: Patrycja Bukalska Anna Jakubowska

Wydawnictwo: Wielka Litera

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 304

cena od: 3.29 zł

Końców świata w jej życiu było kilka. I z każdego podnosiła się z myślą, że teraz musi już być dobrze.

Mocny i ważny głos kobiety, która przetrwała najgorsze.

Anna Jakubowska, ps. Paulinka, pamięta gorące lato roku 1939. Jej świat jeszcze nastolatki zawalił się wtedy po raz pierwszy. Apokalipsą było Powstanie Warszawskie. Kolejny raz spojrzała śmierci w oczy wtrącona do stalinowskiego więzienia. Przez 6 lat uniemożliwiano jej kontakt z małym synkiem. Na wolność wyszła jako kobieta ciężko doświadczona, ale nie złamana. Zaznała trudów rzeczywistości PRL, trafiła do opozycji demokratycznej, działała w "Solidarności". Doczekała upadku komunizmu i ponownie wolnej Polski.

Zarzeka się, że nie jest bohaterką.

Dziś ma 91 lat. W jej życiu odcisnęły piętno wszystkie traumatyczne dla Polaków wydarzenia ubiegłego stulecia. Jaką ojczyznę widzi teraz? Czego się boi, skoro przeżyła najgorsze? Dziś jej doświadczenie i przesłanie są nam wyjątkowo potrzebne.

Opowieść o podstawowych wartościach - wolności, patriotyzmie, prawdomówności, przyzwoitości - splata się z piękną historią o zwyczajnej kobiecie żyjącej w niezwyczajnych czasach.

"Pierwszego dnia po aresztowaniu, podobnie jak inne więźniarki, podstawiłam kubek pod napływającą do muszli klozetowej wodę i bez oporów wypiłam do dna. Wzbudziło to podejrzenia, że jestem nasłanym kapusiem co było zresztą metodą często stosowaną przez UB. Po prostu wydawało się im nieprawdopodobne, że osoba świeżo aresztowana może pić wodę z sedesu, jakby to było coś naturalnego. Ale ja przecież przeżyłam Powstanie i szybko przystosowywałam się do trudnych sytuacji"

Te wspomnienia poświęcam pamięci przede wszystkim dziewcząt, ale i moich kolegów, z którymi przyszło mi działać w czasie okupacji i w trudnych powojennych latach.

Tym wszystkim, którym nie było dane doczekać wolnej Polski.

Ten wiersz zawsze był mi bliski,

gdyż jest odbiciem niepokojów, które ciągle czuję.

Anna Jakubowska

WOJNA

NIGDY NIE JEST DALEKO

Dłoń mej córki, piłkę chcąc chwycić,

nagle ściska się niespokojnie,

na ekranie ranni, zabici,

córka pyta, czy będzie wojna.

Fonia wzmacnia wystrzałów echo,

wizja zbliża krew na ekranie,

mówię: „Córko, to tak daleko...”

i wiem, że kłamię.

Jak bolesne szkło pod powieką,

kaleczące źrenicę bystrą –

wojna nigdy nie jest daleko,

wojna zawsze jest bardzo blisko.

Blisko skroni i blisko serca,

blisko mózgu, blisko sumienia,

blisko myśli, co mózg przewierca:

gdzie jest rada, gdy rady nie ma?

Blisko klonów na mej ulicy,

skweru, co się może stać grobem,

blisko lęku i znieczulicy,

i skargi Niobe.

Jak bolesne szkło pod powieką

kaleczące źrenicę bystrą –

wojna nigdy nie jest daleko,

wojna zawsze jest bardzo blisko.

Póki przez me zmierzchy i świty

wiadomości złe będą biegły,

jestem matką dzieci zabitych,

jestem siostrą chłopców poległych.

Tak być musi, inna nie będę

w świecie, co się kręci bez sensu

między siłą krwawych obłędów

a bezsiłą bladych rozjemców...

Jak bolesne szkło pod powieką

kaleczące źrenicę bystrą –

wojna nigdy nie jest daleko,

wojna zawsze jest bardzo blisko.[*]

Wojciech Młynarski, 1991

* * *

[*] Wojciech Młynarski, Od oddechu do oddechu, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

DLACZEGO

TO JA PRZEŻYŁAM?

Zawiodłam moją mamę. Wiem to, choć nigdy nie dała mi tego odczuć. Musiałam jej powiedzieć, że zostawiłam swoją ciężko ranną siostrę i wraz z oddziałem odeszłam kanałami do Śródmieścia.

Przecież nie miałaś wyboru. Myślisz, że twoja mama wolałaby, żebyś ty też tam została i zginęła?

Może ja bym wolała.

Moja siostra zawsze była lepsza – ładniejsza, mądrzejsza. Od samego początku. I ta najukochańsza córka zginęła. Mam zatem poczucie, że zawiodłam mamę. Odbiło się to na moim dalszym życiu i na tym, w jaki sposób myślę o sobie samej do dziś.

To, że dostałam wtedy taki rozkaz, nie ma najmniejszego znaczenia. I nie rób takich min, bo ja mówię prawdę.

Nie możesz przyjmować odpowiedzialności za to, co jest od ciebie niezależne. Nikt nie mógł wtedy pomóc twojej siostrze.

To nieważne. Ja czuję, że zawiodłam.

Siostra wiedziała, że odchodzisz?

Była półprzytomna. Starałam się jeszcze zdobyć dla niej jakieś środki przeciwbólowe, bo jedną nogę miała zupełnie zmiażdżoną, a drugą połamaną.

Właściwie nie można było już jej pomóc, a na pewno nie tam, na Starym Mieście.

To były ostatnie dni Starówki, wszystko płonęło, nieustające bombardowania, chaos. Mówiono o ewakuacji, ale tylko tych lżej rannych, bo nie udało się przebić do Śródmieścia i jako droga ewakuacji pozostały tylko kanały. Chciałam z Marysią zostać. Mój brat cioteczny Andrzej Wyganowski „Karzeł” też był ranny, leżeli koło siebie, zajmowałam się nimi obojgiem. Miałam nadzieję, że mi pozwolą z nimi zostać.

Do dziś pamiętam argumenty, które wówczas padały, słowa, które miały mnie przekonać.

Najpierw, kiedy nie powiodła się próba „wyrąbania” korytarza przez plac Bankowy – a górą można byłoby przenieść rannych na noszach – mówiono, że ciężko ranni na razie muszą zostać. To „na razie” miało rozstrzygnąć mój dylemat i zmusić mnie do wykonania polecenia dowódcy. To tylko „na razie”... Mieliśmy po nich wrócić „na pewno” – „na pewno”, widzisz, pamiętam dobrze te słowa – z lekarstwami, środkami przeciwbólowymi i opatrunkowymi, może nawet z narzędziami umożliwiającymi przeprowadzenie na miejscu operacji, na przykład amputacji kończyn, której wymagała moja siostra. „Na pewno” wrócimy... „Mam zapewnienie pułkownika Wachnowskiego” – mówił doktor „Brom”, patrząc mi w oczy.

Ale nikt już na Stare Miasto nie wrócił.

Nikt. Nie było jak, nie było do czego. Miałam pełne zaufanie do „Broma” i nawet dziś wierzę, że on mówił to z pełnym przekonaniem.

A może chciał cię ocalić, chciał, żebyś chociaż ty wyszła ze Starówki. I uznał, że to jedyny sposób, by skłonić cię do zostawienia siostry.

Nie wiem. Ja tak bardzo chciałam zabrać Marysię ze sobą... Zrobiliśmy prowizoryczne nosze z ramy okiennej i próbowaliśmy ją na tym zanieść do włazu, żeby sprawdzić, czy tak da się ją przenieść. Kiedy przechylaliśmy nosze, by spuścić je do kanału, siostra się z nich zsuwała. Odczuwała przy tym taki ból, że zabranie jej było zupełnie niemożliwe. Poza tym nosze były za szerokie, nie mieściły się w kanale. Nie było żadnej szansy, by ją stamtąd zabrać. Gdyby to była inna rana, gdyby była ranna tylko w jedną nogę...

Ale nie była, nie mogła się poruszać. Wiesz przecież o tym.

Wiem. I dlatego wówczas po raz pierwszy odmówiłam wykonania rozkazu. Chciałam zostać z rannymi. Przecież niektóre sanitariuszki zostawały.

Znów zaczęli mnie przekonywać. Używali nawet racjonalnych argumentów. Że jeśli zostanę, i tak im nie pomogę. Sugerowali, że Marysia ma szansę na szybką operację – a więc na przeżycie – wyłącznie po stronie niemieckiej, że szpital oznaczony czerwonym krzyżem ocaleje. W końcu uciekli się do szantażu moralnego: jesteś potrzebna, musisz pomóc przejść kanałami innym, lżej rannym. Jesteś żołnierzem i nie masz prawa w warunkach wojennych kierować się prywatnym, osobistym interesem.

To przesądziło? Rozkaz?

Sama nie wiem. Czy w takich warunkach mogłam czuć się usprawiedliwiona? Skoro tak, to dlaczego do dziś „moje prawo moralne” nie chce się pogodzić z podjętą wówczas decyzją?

Prawo moralne?

To z Immanuela Kanta – „niebo gwiaździste nad mną, prawo moralne we mnie”. Przeczytałam te słowa wiele lat po wojnie, ale przypominają mi właśnie grozę tej ewakuacji kanałami. Wszystkie okoliczności towarzyszące temu doświadczeniu – rozkaz dowódcy, odpowiedzialność wobec kolegów, racjonalne myślenie – okazały się ostatecznie mniej ważne od tego, co stało się wówczas we mnie. Widocznie to, co czułam, moje sumienie, było najistotniejsze – i to była kwintesencja tamtego dramatu.

Wejście do kanału było wbrew temu moralnemu prawu we mnie i przez całe życie się z tym nie uporałam. Moim obowiązkiem była opieka nad siostrą, bez względu na to, jak niewiele mogłam dla niej zrobić. Przy innych rannych ktoś mógł mnie zastąpić, przy niej – nie.

A mówiąc w kategoriach świata zewnętrznego, to niebo nade mną też wtedy zniknęło. Pamiętam, że gdy pogrążałam się w ciemności kanału, moje myśli krążyły wokół letniego nieba. Kojarzyłam je z bezkresem, oddechem pełną piersią, wolnością – choćby wolnością wyboru miejsca w przypadku czekającej mnie śmierci. Niebo to była nieodłączna cząstka otaczającej mnie rzeczywistości – nie było świata bez nieba.

Kanały to była tylko ciemność.

Wiesz, kiedy zginęła siostra?

Zaraz po wyjściu ostatnich oddziałów AK na Starówkę wkroczyli Niemcy. Chwilę wcześniej szpital, w którym była siostra, został zbombardowany – mimo oznaczenia czerwonym krzyżem. Kilka osób z dalszych sal się uratowało, bo tym razem Niemcy rzeczywiście nie zastrzelili rannych. Niestety tam, gdzie leżeli moja siostra i brat cioteczny, wszystko się zawaliło, a oni zginęli.

Kiedy się dowiedziałaś?

Nie pamiętam, przez długi czas nie wiedziałam. Moi koledzy może wiedzieli, może nie chcieli mi powiedzieć – do tej pory tego nie wiem.

Poznałam dużo szczegółów, ale nie dowiedziałam się najważniejszej dla mnie rzeczy: czy zginęła w czasie bombardowania, czy nie konała pod gruzami... Wszyscy, którzy tam byli później, podczas ekshumacji, zapewniali mnie, że nie mogła przeżyć i na pewno zginęła śmiercią natychmiastową.

Przez całe życie myślę, że powinnam była z nią zostać.

To nie ona miała zginąć – ona była bardziej utalentowana, otwarta, lepiej przystosowana do życia, na pewno więcej by w nim dokonała niż ja.

Ale to ja przeżyłam, podczas gdy tylu wspaniałych ludzi tam zginęło. Dlaczego ja? Do dziś zadaję sobie to pytanie.

CZĘŚĆ I

PRZEDWOJNIE W SŁOŃCU

Przed wojną było tylko lato. Prześwietlone słońcem kadry, jak w filmach Wajdy.

Konie, zapach rozgrzanej słońcem skóry siodła i spoconej końskiej sierści. Oddech i długie cienie drzew w lesie w letnie popołudnie.

Oddech i rytm konia.

Wolność i powietrze.

Beztroska dzieciństwa.

„Paulinka” i jej mały brat siedzą na schodach domu, trzymając na kolanach szczeniaczki – małe ufne puchate kulki. To ostatnie takie lato.

„Paulinka” nie jest jeszcze „Paulinką” – jest Hanusią. „Paulinką” stanie się za kilka lat, gdy już zahartuje ją wojna. Na razie jej nie ma.

Jest Hanusia.

Nieudany początek,

czyli nie chciałam się urodzić

Moje życie zaczęło się nieszczególnie dobrze. Termin porodu dawno minął, niespodziewane pod koniec maja upały męczyły moją mamę, a mnie nie śpieszyło się na świat. W końcu jednak urodziłam się – tak jak inne dzieci z naszej rodziny w domu moich dziadków przy ulicy Królewskiej 10 w Warszawie. Podobno zgromadzili się tam wszyscy krewni i zaśmiewali z mojej brzydoty. Byłam czerwona, łysa, z nosem szerokim od ucha do ucha, i nie zapowiadałam się najlepiej. Wówczas mój brat cioteczny Bolek zaproponował mojej matce, że skoro nikt mnie nie chce, to on mnie weźmie do swojej rodziny. Gdy się o tym dowiedziałam, już jako mała dziewczynka pokochałam go wielką miłością. Moje uczucie nasiliło się, kiedy kilka lat później zrezygnował z upolowania zająca, bo stanęłam mu na linii strzału. Zginął w czasie wojny, był w akowskiej partyzantce na Kielecczyźnie.

Noworodki zwykle są czerwone i niespecjalnie ładne. Może za bardzo się przejmowałaś tą rodzinną opowieścią?

To były oczywiście żarty, jednak kiedy miałam kilka lat, podsłuchałam rozmowę, którą zapamiętałam na zawsze i która chyba przyczyniła się do mojej niskiej samooceny.

Czyja to była rozmowa? Mamy?

Nie, babci z ciotką. Mówiły, że mama za szybko zaszła w ciążę po urodzeniu pierwszej córki, czyli mojej starszej siostry. Tym tłumaczono jej zły stan zdrowia. Więc moje narodziny przyczyniły się do jej choroby. I jeszcze w dodatku byłam brzydka. Widzisz, w każdym okresie mojego życia gdzieś w środku miałam wrażenie, że jestem winna, niepotrzebna, jakaś nadprogramowa i uciążliwa dla innych.

Jaki z tego wniosek?

Że nie należy podsłuchiwać cudzych rozmów! Nawet – a może szczególnie – gdy się ma kilka lat.

Ty żartujesz, a ja mówię poważnie. Przecież z perspektywy lat wiesz, że to bzdura. Masz za sobą życie, w którym wykazałaś się i odwagą, i uczciwością, jesteś wyjątkową kobietą...

Nie próbuj tak ze mną rozmawiać, bo nie chcę, żeby wyszła z tego jakaś monumentalna, bohaterska opowieść. Chciałabym opowiedzieć o sobie na tle czasów, w których przyszło mi żyć. Wytłumaczyć nasze decyzje, opowiedzieć o tym, co było dla mojego pokolenia ważne.

To zacznijmy od początku.

Nazywam się Anna Jakubowska, z domu Swierczewska. Urodziłam się w 1927 roku w rodzinie inteligenckiej. Mój ojciec był inżynierem agronomem, a moja mama skończyła, jako jedna z pierwszych kobiet po pierwszej wojnie światowej, Wydział Matematyczno-Fizyczny na Uniwersytecie Warszawskim. Miałam dwoje rodzeństwa. Maria, moja starsza o dwa lata siostra, zginęła w czasie Powstania. Mój młodszy o cztery lata brat Witold przeżył wojnę i mieszka od wielu lat za granicą. Małżeństwo moich rodziców było bardzo szczęśliwe, bardzo się kochali, ale tata nagle zmarł w 1933 roku. Mama miała wtedy zaledwie 31 lat. To był dla niej straszny cios. Pisała potem, że poczuła się jak stara kobieta, która żyje tylko po to, by zajmować się dziećmi.

A ty? Jak odczułaś stratę ojca?

Wtedy nie docierało do mnie, co się stało. Pamiętam, że po ceremonii pogrzebowej, widząc ludzi ubranych na czarno, mamę w żałobnym welonie, nadal nie zdawałam sobie sprawy, że tata nie żyje. Nie wiedziałam, co to znaczy. Wydawało mi się, że skoro tyle razy wyjeżdżał i wracał, to i teraz wróci. Wróci i znowu mnie przytuli...

Listy od Einsteina,

czyli niezwykła rodzina Natansonów

Mama pochodziła z żydowskiej rodziny Natansonów. Była ona jednak tak zasymilowana – czy raczej tak zidentyfikowana z polskim społeczeństwem, bo wyrażenia „zasymilowana” nikt wtedy nie używał – że przed wojną kwestia pochodzenia w ogóle dla nas nie istniała. Byliśmy Polakami i już. Nikt nie mówił, że jesteśmy pochodzenia żydowskiego. Kogo to obchodziło? Nie dlatego się o tym nie mówiło, by to zatajać, ale dlatego, że czuliśmy się Polakami, jak całe nasze otoczenie. Moja mama była bardzo zaangażowana w pracę katolickiego Stowarzyszenia Świętego Wincentego à Paulo. Ja i moje rodzeństwo zostaliśmy ochrzczeni od razu po urodzeniu.

Twoi dziadkowie brali jednak jeszcze ślub żydowski. Świadczy o tym czepek ślubny babci Amelii, który przekazaliście do Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.

Znalazłam go, porządkując rzeczy mamy po jej śmierci. Nie wiem, jak to się stało, że czepek przetrwał wojnę, bo przecież mieszkanie dziadków na Królewskiej wraz ze wszystkimi dziełami sztuki z kolekcji dziadka spłonęło we wrześniu 1939 roku. Widocznie babcia zabrała go ze sobą na wojenną tułaczkę.

W każdym razie jako dziewczynka nie miałam pojęcia o żydowskim ślubie dziadków.

Nasza rodzina zmieniła wiarę na katolicką jeszcze przed narodzinami moimi i mojego rodzeństwa. Nigdy nie byliśmy w synagodze, w domu wychowywano nas w duchu katolickim, nasz związek z kulturą i tożsamością polską był oczywisty. Poczucie przynależności do Polski było w nas ogromnie silne. Wiesz, że mój dziadek w 1939 roku, kiedy już mówiło się o wojnie, przeniósł wszystkie pieniądze ze Szwajcarii do Polski? Uważał, że taki jest obowiązek obywatela, kiedy zagrożony jest jego kraj.

I przepadły.

Tak, straciliśmy wszystko. Ale nie my jedni.

Przed wojną byliście zamożną rodziną.

Dziadkowie byli. Rodzice raczej nie, a po śmierci mojego ojca mama, która dotychczas nie pracowała zawodowo, musiała zacząć zarabiać. Zdała odpowiednie egzaminy nauczycielskie i zaczęła uczyć w warszawskich liceach.

Dzięki sytuacji materialnej dziadków mama mogła zapewnić nam wszechstronne wychowanie. Mieliśmy guwernantkę, Belgijkę, która nas uczyła francuskiego, chodziłyśmy na kursy gimnastyczne, uczyłyśmy się jazdy konnej. Moja siostra miała lekcje tańca, mnie zapisano na kursy gotowania.

Ty chciałaś czy tak zadecydowano?

Mama uznała, że tak będzie najlepiej. Wtedy nie uważałam, że jestem gorzej traktowana, choć teraz, z perspektywy czasu, myślę, że to było trochę niesprawiedliwe, że jedna tańczy, a druga gotuje.

Byłyście rozpieszczane?

Nigdy! Dziadkowie pomagali mamie, żeby mogła nas odpowiednio wykształcić, ale nic poza tym. Kładziono nacisk na samodzielność – na przykład same chodziłyśmy do szkoły.

Zdawałaś sobie sprawę, że nie wszyscy żyli tak komfortowo?

Oczywiście. Coś ci jednak opowiem. W szkole były organizowane akcje społeczne, w które się angażowałyśmy, również takie patriotyczne. Na przykład wszyscy składali się na budowę okrętu wojennego. W klasie wisiał plakat z obrazem okrętu, którego kadłub był podzielony na maleńkie kwadraciki. Każde dziecko miało przynieść pieniążek, jakieś 2 złote, i nakleić mały kwadracik. To były takie cegiełki. Poszłam więc do mamy i powiedziałam, że jutro muszę przynieść do szkoły pieniądze. A ona mi odmówiła, mimo że była to niewielka kwota. „Za dwa dni dostaję pensję, to wtedy ci dam” – powiedziała. Pamiętam, że byłam tym zaskoczona. „Jak to, mama może nie mieć?” – myślałam. Tak więc wcale nie byliśmy bogaci, choć rzeczywiście na co dzień niczego nam nie brakowało.

Stykałam się także z prawdziwą biedą. Mama działała charytatywnie, więc ciągle była zaangażowana w jakieś akcje społeczne.

Mieszkaliśmy w Śródmieściu, więc rzeczywiście w peryferyjnych, biedniejszych dzielnicach nie bywałam, ale na przykład na Starym Mieście, gdzie kobiety handlowały śledziami, widziałam dużo ubogich ludzi. Pamiętam też, że kiedyś zobaczyłam żebraczkę na ulicy i chciałam jej dać pieniądze. Moja opiekunka mnie wtedy zganiła, że zamierzam dać za mało. „Jak już dajesz, to daj tyle, żeby to miało sens” – powiedziała. Bardzo się wtedy zawstydziłam.

Opowiedz jeszcze o dziadkach, o tym domu z kolekcją dzieł sztuki.

Mój dziadek, Edward Natanson, był człowiekiem bardzo wszechstronnym. Był doktorem fizyki, współwydawcą pisma „Prace Matematyczno-Fizyczne” – widać to po nim mama odziedziczyła matematyczne zdolności. Był też znanym przemysłowcem, działaczem gospodarczym i społecznym, na przykład należał do Komitetu Budowy Politechniki Warszawskiej czy mostu Poniatowskiego. Napisał – pod pseudonimem „Szeliga” – książkę Nowy kucharz doskonały. Jak na tamte czasy była bardzo nowoczesna, bo pisał też o zdrowym odżywianiu się, witaminach i tym podobnych. Dziś wydawałaby się dość egzotyczna, bo kto wie, co to są „jemiołuszki na grzankach”? Niewiele miejsca poświęcił w niej natomiast moim ulubionym słodyczom, bo mawiał: „Jeśli chcesz zjeść dobry deser, to idź do Lardellego lub do Ziemiańskiej i kup sobie ciastka”.

Jednak największą pasją dziadka była sztuka. Miał olbrzymią kolekcję obrazów, grafiki, rzeźb i porcelany. W mieszkaniu na Królewskiej dwa pokoje były właściwie zamienione w galerię. Dziadek miał też imponującą bibliotekę. Ale wszystko spłonęło – w tym szkic Matejki, obrazy Chełmońskiego, Wyspiańskiego, Gainsborough, Brueghla.

To musiał być dla niego potworny cios.

Ciosem była sama wojna. Dziadek zmarł w 1940 roku.

Jaka była reszta rodziny?

Natansonowie byli zawsze interesujący, w każdym pokoleniu. Mam nawet książkę, którą napisał mój brat, i tam są wszyscy znani przodkowie.

Popatrz na zdjęcia – o, tu moja mama, pod koniec życia, kiedy jechała do Madrytu na międzynarodową konferencję organizacji charytatywnej, w której działała. A tu brat dziadka, Władysław Natanson. Był fizykiem i przez pewien czas rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, znał osiem języków, w tym arabski. Napisał na przykład pracę Prądy umysłowe w dawnym islamie. Korespondował z Einsteinem. W 1923 roku protestował przeciwko wprowadzeniu numerus clausus dla żydowskich studentów, a pod jego dom podłożono bombę!

Józek Natanson, z pokolenia mojej mamy, był artystą i pisarzem, pracował w filmie przy scenografiach i efektach specjalnych. Współpracował między innymi z Zefirellim i Fellinim. To on stworzył scenografię do Słodkiego życia. Sam też grywał w filmach. I tak jak dziadek cenił dobrą kuchnię i lubił gotować.

Osobiście jestem bardzo dumna z Bronisława Natansona, wydawcy literatury polskiej, który wysokimi honorariami wspomagał wielu polskich pisarzy, w tym Żeromskiego.

Aha, jest jeszcze jedna ciekawa postać w mojej rodzinie: Kazimierz Leski, oficer wywiadu...

Ten Leski? Słynny „Bradl”?

Tak, zaraz znajdę jego zdjęcie. On nie wspominał jednak o swoim żydowskim pochodzeniu. Nie lubił tego tematu – nie używał pierwszego członu nazwiska.

Sami niezwykli mężczyźni. A jaka była babcia Amelia?

Była dobrą, ciepłą osobą. Bardzo wrażliwa na potrzeby drugiego człowieka, starała się łagodzić wszelkie napięcia. To dzięki jej pomocy mogłyśmy mieć tak dobre dzieciństwo. Była zamożna, ale nigdy nie przedkładała dóbr materialnych nad wartości moralne – to też mi wpajano w domu.

Dziadka natomiast się bałam.

Dlaczego?

Był despotyczny, w moim odczuciu podporządkował sobie całą rodzinę. Zabronił na przykład swojej córce wyjść za mąż, bo wybranek nie był dość dobrą partią. Ciotka jednak wykazała się siłą charakteru i potajemnie wzięła ślub. Jedyną reprezentantką rodziny na tej uroczystości była moja mama.

Miał swoje sympatie wśród wnuków. Ja nie należałam do lubianych. Nie byłam dość błyskotliwa, a poza tym – wiedząc, że dziadek znów mnie zapyta o coś, czego nie wiem – już zawczasu tak się denerwowałam, że robiłam wrażenie jeszcze głupszej, niż byłam w istocie. Moja siostra za to była jego faworytką. Ona była ładniejsza, inteligentniejsza, sprytniejsza. To jej zawsze opowiadał o obrazach, pokazywał nowe nabytki w kolekcji. Jej zadawał pytania: „Marysiu, bo ty na pewno będziesz wiedziała...”. Wiadomo, że ja bym nie wiedziała. Ja jej tego wyróżniania nigdy nie zazdrościłam, ale takie traktowanie potęgowało we mnie poczucie nieporadności.

Choinka, sztuczne ognie i świat utracony

Opowiem ci pewną historię, żebyś wiedziała, jakim babcia była człowiekiem. Boże Narodzenie cała rodzina zawsze spędzała u dziadków.

Niepokorna córka z tym początkowo niechcianym zięciem też?

Oczywiście! Z czasem się z dziadkiem polubili. W każdym razie wszyscy przyjeżdżali. Babcia zaczynała przygotowania dużo wcześniej i podpytywała, jaki kto chciałby prezent. Marysia, jak to dorastająca panienka, marzyła o sukienkach. Ja natomiast miałam nietypowe życzenie – chciałam dostać szafeczkę z półeczkami! Koniecznie zamykaną.

Faktycznie nietypowe marzenie.

Ale uzasadnione. W tym czasie dzieliłam pokój z siostrą, która bez skrupułów podbierała mi ubrania, gdy jej akurat były brudne. To często komplikowało moje plany, a ja zawsze dokładnie planowałam, w co kiedy się ubiorę. Poszłam do szkoły nieco wcześniej i koniecznie chciałam dorównać starszym o rok koleżankom. Potrzebowałam więc przestrzeni, która byłaby tylko moja.

Babcia uszanowała moją wolę, niczego nie odradzała, nie zadawała pytań – po prostu zamówiła mi szafeczkę u stolarza. Była dokładnie taka, jaką sobie wymarzyłam. Potem przechowywałam w niej wiele akowskich sekretów. Moich osobistych zresztą też. W czasie wojny przeżyłam pierwsze romantyczne zauroczenie i do tej szafeczki wkładałam w dzień kwiaty otrzymywane od mężczyzny, którego potajemnie adorowałam. Wyjmowałam je dopiero nocą, gdy wszyscy już spali, i wtedy mogłam cieszyć się na przykład zapachem mimozy. Wstydziłam się zwłaszcza przed Marysią, która mogłaby się wyśmiewać z moich romantycznych uniesień.

Pamiętasz, że to była mimoza?

Takich rzeczy się nie zapomina.

Podobnie jak wymarzonych prezentów z dzieciństwa.

To piękne wspomnienia, ale zawsze, gdy o tym mówię, mam wrażenie, że opisuję świat, który zniknął, który zniszczyła wojna. Pokój, ład, poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności, radość z więzów rodzinnych – wojna nam to wszystko zabrała. Byłam dzieckiem i nagle przestałam nim być.

Czy nadal czujesz tę stratę? Boli cię, że przyszło ci żyć w innym świecie niż ten z czasów dzieciństwa?

To nie tylko to. Jest jeszcze nieustający lęk zrodzony przez wojnę. „Wojna nigdy nie jest daleko” – ten wers z wiersza Młynarskiego towarzyszy mi przez całe życie.

Nieustannie lękam się o los moich dzieci, wnuków – bo żona mojego wnuka to też już moja wnuczka – i prawnuczki. Nie mogę zrozumieć, jak to możliwe, że druga wojna światowa nie uruchomiła na tyle ludzkiej wyobraźni, żeby uchronić następne pokolenia od cierpienia? Od krzywdy niewinnych ludzi? Istnieją przecież dziesiątki, setki tysięcy świadectw ludzi cierpiących z powodu tamtej wojny – i wszystkich kolejnych, które nadeszły – ale nic się nie zmienia. Czy wiedza o bólu i stracie jest nieprzekazywalna?

Mam nadzieję, że powstałe obecnie w Gdańsku Muzeum II Wojny Światowej będzie przekazywać młodszym pokoleniom to, co tkwi we mnie całe życie.

Rzeczywiście po tych kilkudziesięciu latach nadal boisz się wojny?

Wiem, że to są lęki przesadzone, często nieracjonalne i niezrozumiałe dla otoczenia. Jak coś idzie dobrze, udaje się, przynosi korzyści, to ja zamiast się cieszyć, główkuję, kiedy nadejdzie katastrofa, której nikt poza mną nie przewiduje. Ukrywam to przed otoczeniem, bo nie chcę nikogo rozczarowywać ani psuć mu radości, ale nie jestem w stanie odpędzić obrazu nieszczęścia, które nam zagraża. A największym zbiorowym nieszczęściem jest właśnie możliwość wybuchu wojny, która mogłaby dotknąć nie tylko moich najbliższych, ale i moją Ojczyznę, której los zawsze leżał mi na sercu.

Wróćmy jeszcze do czasów sprzed wojny. Mówiłyśmy o świętach Bożego Narodzenia.

W Wigilię dzieci tłoczyły się przed zamkniętymi na klucz drzwiami do salonu, żeby chociaż przez dziurkę od klucza zobaczyć trzymetrową choinkę i prezenty. Pamiętam, że każdy miał oznaczone swoim imieniem krzesło, na którym leżały podarki. Tylko moja szafka była za duża i stała z boku. Zanim zasiedliśmy do stołu wigilijnego, wujek Tomek Gliński zabawiał wszystkich magicznymi sztuczkami, połykaniem płonących bakalii i innymi wygłupami. To był piękny, niepowtarzalny czas.

Czy konie pragną zwycięstwa?

Migawki sprzed katastrofy

Byłam szczęśliwym dzieckiem. Zimą chodziłyśmy z Marysią na łyżwy. Najbliższa ślizgawka mieściła się na Dynasach, potem dojeżdżałyśmy do Doliny Szwajcarskiej. Nie potrzebowałyśmy już instruktora, radziłyśmy sobie same i kiedyś postanowiłyśmy urozmaicić monotonną jazdę elementami akrobatycznymi. Obydwie potrafiłyśmy zrobić tak zwany pistolet i tym razem chciałyśmy go wykonać wspólnie. W efekcie wylądowałam na lodzie z głęboko przeciętą brodą. Nawet nie pamiętam, na którą z czterech łyżew się nadziałam. Zakrwawiona, ledwo trzymałam się na nogach, więc nie obyło się bez szpitala i trzech klamerek na ranie.

Jakie jeszcze sporty lubiłaś?

Konie. Były dla mnie niezwykle ważne. Wujostwo Glińscy, czyli siostra mamy Krystyna z mężem, mieli majątek, w którym była stajnia koni wyścigowych. Myślę, że tam się zaczęła moja miłość do koni, tam też nauczyłam się na nich jeździć. Co roku spędzaliśmy tam przynajmniej część wakacji. A konie były bardzo piękne i przyjazne.

Pamiętam, że kiedyś moja klacz nagle stanęła przed rowem z wodą, a ja przekoziołkowałam przez jej głowę, ale wyszłam z tego bez szwanku. Wuj, który był ze mną, kazał mi natychmiast wstawać, wsiadać na konia i skakać. Nie umiałam, ale się nauczyłam, choć byłam dzieckiem. Pokonałam lęk.

Upadek cię nie zniechęcił?

Nie, już wcześniej spadłam z konia, a właściwie z kucyka. To było na samym początku mojej nauki. Siedziałam na kucyku, który dreptał dookoła klombu. Pilnował mnie stajenny. W pewnej chwili kucyk się znudził i cwałem ruszył do stajni, wierzgając po drodze. Oczywiście spadłam, stajenny się przeraził – bo „panienka” spadła z konia – ale nic mi się nie stało. Nawet się nie przestraszyłam. Przeciwnie, jeszcze bardziej chciałam jeździć. Potem w Warszawie też brałam lekcje jazdy konnej.

Wiosną w Łazienkach odbywały się konkursy hipiczne. Uwielbiałam na nie chodzić. Były to konkursy międzynarodowe, a Polacy byli wtedy świetnymi jeźdźcami, mieli więc szanse na nagrody. Było to też wydarzenie towarzyskie, na którym wypadało się pokazać, i to w odpowiednio modnym stroju. Nawet my miałyśmy uszyte specjalnie kostiumy, składające się z kremowych plisowanych spódniczek i czerwonych żakiecików. Marysia za wszelką cenę chciała się znaleźć przed trybuną, na której siedziała rodzina Komorowskich (obserwująca między innymi wyczyny późniejszego generała „Bora”), a konkretnie zwrócić uwagę Busia Komorowskiego, w którym kochało się pół jej klasy. Samej nie wypadało jej tam paradować, więc musiałam jej pomóc – co chwila mówiłyśmy mamie, że potrzebuję siusiu albo pić, a Marysia musi mnie zaprowadzić.

Udało się jej przyciągnąć uwagę Busia?

Tak, w końcu stanęli twarzą w twarz, a on ukłonił się szarmancko i uśmiechnął. Znali się z lodziarni U Włocha w Alejach Ujazdowskich, gdzie spotykali się uczniowie z Batorego i uczennice od Kowalczykówny. Była taka szczęśliwa! Mnie wydawało się to wtedy głupie – jak można myśleć o takich błahostkach zamiast podziwiać konie? Byłam za mała, by zrozumieć, ile wart jest uśmiech właściwego mężczyzny.

Wróćmy zatem do koni i wyścigów.

Nie wyścigów, ale konkursów hipicznych. To nie to samo. Na wyścigi czasem chodziłam, ale za nimi nie przepadałam. Nie lubiłam tego podnieconego tłumu dopingującego faworyta. A to zawsze było połączone z coraz mocniejszym biciem konia szpicrutą przez dżokeja. Czy konie również pragną zwycięstwa – zastanawiałam się – czy też ludzie je na nich wymuszają? Natomiast w zimie chodziłyśmy na naukę jazdy do Tatersalu. Kiedyś wyprzedziłam konia Marysi, a on tego nie lubił. Zajechał mi drogę, moja klacz stanęła jak wryta, a ja przeleciałam przez jej łeb. Najbardziej się cieszyłam, że trener mnie pochwalił, bo nie wypuściłam z rąk wodzy.

Miałaś swojego konia?

Ostatniego lata przed wybuchem wojny wuj pokazał mi prześliczną klacz i powiedział, że jak dorośnie, to będzie moja. Nazywała się Droga Pani, była młodziutką kasztanką. Niestety, nigdy więcej już jej nie zobaczyłam. Tak jak wszystkie konie w majątku została zarekwirowana przez Niemców. A po wojnie nie miałam już okazji jeździć konno.

Opowiedz jeszcze o ostatnim lecie przed wojną. Podobno było gorące i wyjątkowo piękne.

To prawda, ale dla mnie ważniejsze było lato 1938 roku. Dziadkowie zafundowali nam wtedy trzytygodniowy pobyt we Francji. Pojechałyśmy z mamą we dwie, to znaczy Marysia i ja. Witoldek miał sześć lat i był za mały.

Do Paryża dotarłyśmy 14 lipca, czyli w święto narodowe. Gwar, śmiech, kolorowe tłumy, klaksony samochodów, ogólna radość. Byłyśmy zszokowane tym wszystkim, a także różnorodnością wojska podczas defilady. Kolejne dni zajęło nam zwiedzanie Wersalu, Luwru, grobu Napoleona, ale niewiele z tego zapamiętałam. Poza sarkofagiem Napoleona, otoczonym flagami wojskowymi.

Pamiętam za to, jak zacięła się winda w naszym hoteliku i utknęłyśmy między piętrami. Trwało dość długo, zanim obsługa nas stamtąd wyciągnęła. Zupełnie się nie bałam, nie dusiłam się, a przecież teraz nie znoszę być w zamknięciu... To pokazuje, jak zmieniły mnie późniejsze doświadczenia Powstania i więzienia. Teraz strach przed brakiem powietrza jest moją obsesją. Nie umiem nad tym zapanować, zawsze muszę mieć otwarte okno.

To zaczęło się od Powstania?

Tak, a więzienie to tylko wzmocniło. I znów mam taką gorzką uwagę, bo niejednokrotnie słyszę o traumach, depresjach, załamaniach nerwowych ludzi, którzy doświadczyli wojny i potrzebują pomocy psychologów. Mają oni sprawić, że z psychiki skrzywdzonego wojną człowieka zostanie wymazana skaza gwałtu, grozy, strachu, a nade wszystko nienawiści. To oczywiście jest niezwykle chwalebne, tylko że ta pomoc, chociaż może dać iluzoryczne efekty, nie załatwia sprawy. Człowiek dotknięty gwałtem czy przemocą, umyślnie zadanym bólem czy poniżeniem już na zawsze traci zaufanie do drugiego człowieka i jest okaleczony na całe życie.

Oczywiście każdy się jakoś broni przed tymi destrukcyjnymi uczuciami, ale ich skutki, choć nie zawsze dostrzegalne dla otoczenia, mogą być bardzo dokuczliwe. Moje własne lęki to odruchy, na które nie mam wpływu, ale są w gruncie rzeczy niegroźne, na przykład niekontrolowana reakcja na nieoczekiwany nagły hałas czy zamknięcie w pomieszczeniu, z którego nie widzę wyjścia. Groźniejsze i trudniejsze są koszmary senne, które tym częściej mnie dopadają, im jestem starsza. W snach zamknięcie kojarzy mi się z kanałem lub celą więzienną, co przyprawia mnie o śmiertelny, trudny do opanowania strach. Nie mogę wtedy oddychać – dosłownie.

Wtedy w czasie wakacji we Francji byłyście tylko w Paryżu?

Nie, pojechałyśmy też nad morze, do Normandii, do małej miejscowości Houlgate. To było inne morze niż Bałtyk. Ciepłe, za to nie miało tak pięknej i szerokiej plaży. Były też przypływy i odpływy, przez które kilka razy wpakowałyśmy się w kłopoty. Było jednak wspaniale. Brałyśmy udział w konkursach dla dzieci na plaży. Najlepiej zapamiętałam wyścigi z ogromną piłką. Nie było to proste, bo piłki były mokre i przyklejał się do nich piasek. Popychając piłkę, otarłyśmy nogi do krwi, ale wygrałyśmy. Nagrodą był albo złoty medal, albo odpowiednia ilość wspaniałych lizaków, jakich w Warszawie nie było. Zapytane przez organizatorów konkursu, co wolimy, musiałyśmy się namyślić. Wybrałyśmy srebrny medal i połowę należnych lizaków. Ja na pewno wolałabym same lizaki, bo byłam łasuchem, ale Marysia chciała pochwalić się przed koleżankami w szkole medalem. Srebrny czy złoty – to nie miało już znaczenia!

Ten pobyt we Francji to moje najpiękniejsze wspomnienie z dzieciństwa. Mamie co prawda zabrakło pieniędzy na obiad w wagonie restauracyjnym w drodze powrotnej, ale śmiałyśmy się z tego.

Mama zawsze uczyła nas ograniczania potrzeb materialnych. Wiedziała, że bez pomocy rodziców nie mogłaby zapewnić nam takich atrakcji, wykształcenia i przygotowania do życia. Wpajała nam szacunek dla innych ludzi, bez względu na ich status zawodowy czy stan posiadania. Uczyła nas przystosowywać się do zaskakujących zmian życiowych.

Wkrótce miało się to nam bardzo przydać. Wybuchła wojna.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Szkło pod powieką

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

***

Dlaczego to ja przeżyłam?

CZĘŚĆ I PRZEDWOJNIE W SŁOŃCU

CZĘŚĆ II ATAK NA MOJĄ OJCZYZNĘ

CZĘŚĆ III POWSTANIE – MAGIA NADZIEI

CZĘŚĆ IV WIĘZIENIE – PATRZĄC NA WISŁĘ

CZĘŚĆ V DECYZJE

CZĘŚĆ VI W PRL-u

CZĘŚĆ VII „SOLIDARNOŚĆ” – POWIEW WOLNOŚCI

CZĘŚĆ VIII W WOLNEJ POLSCE

CZĘŚĆ IX MYŚLI ZEBRANE NA KONIEC

Posłowie

Podziękowanie

Fotografie

Karta redakcyjna

Projekt okładki

Anna Pol

Zdjęcia

z archiwum Anny Jakubowskiej

Redakcja

Anna Kędziorek

Korekta

Teresa Zielińska

Krystian Gaik

Copyright © by Anna Jakubowska i Patrycja Bukalska, 2018

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2018

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: konwersja@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Szkło pod powieką Krwawa Luna 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter