Magia ukryta w kamieniu

Magia ukryta w kamieniu

Autorzy: Katarzyna Grabowska

Wydawnictwo: Videograf

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: EPUB

cena od: 9.96 zł

Czasem pozory mylą... Julia za sprawą magii zostaje przeniesiona ze współczesnej polskiej wsi wprost do tajemniczej krainy zatopionej, zdawałoby się, w mrokach średniowiecza. Dzielni rycerze, piękne damy, rytualne uczty, łowy na skrzydlaki, wielka tajemnica i miłość, która pojawia się niespodziewanie i skutecznie może skomplikować życie. Trudne wybory, walka z własnym sumieniem i odwieczny dylemat pomiędzy tym, co słuszne, a tym, czego pragnie serce. Jak Julia odnajdzie się wśród tak odmiennych dla siebie realiów? Czy zdoła powrócić do domu? Czy odkryje sekret Mateo, którego imię wszyscy wypowiadają z lękiem?

Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki

Mak­sym Leki

Ilu­stra­cje na okład­ce

© Ser­gey Ni­vens / Shut­ter­stock

© Bas van den Heu­vel / Shut­ter­stock

© Bar­ni1 / pi­xa­bay

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Da­mian Wa­la­sek

Opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2018

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3C

tel. 600 472 609

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2017

Tekst © Ka­ta­rzy­na Gra­bow­ska

ISBN 978-83-7835-661-5

Moim ko­cha­nym Ro­dzi­com

oraz cór­kom, Basi i Ka­ro­lin­ce

I. ZMIANA PLANÓW

Za­wsze lu­bi­łam wszyst­ko prze­my­śleć. Za­nim coś zro­bi­łam, naj­pierw ukła­da­łam plan: co, jak, kie­dy. Przy­go­to­wy­wa­łam się sys­te­ma­tycz­nie, wie­rząc, że tyl­ko w peł­ni do­pra­co­wa­ny har­mo­no­gram gwa­ran­tu­je, iż to, co za­mie­rzam, doj­dzie do skut­ku bez zbęd­nych nie­spo­dzia­nek.

Ze zdzi­wie­niem, a na­wet lek­kim nie­sma­kiem, pa­trzy­łam na ko­le­żan­ki, któ­re nie pro­wa­dzi­ły ter­mi­na­rza za­jęć albo – o zgro­zo – bez wcze­śniej­szych przy­go­to­wań wy­bie­ra­ły się na wa­ka­cje last mi­nu­te. Dla mnie to było nie do po­my­śle­nia. Prze­cież wszyst­ko w ży­ciu ma swój czas i musi zgrać się z in­ny­mi ele­men­ta­mi. Bez do­brej or­ga­ni­za­cji moż­na po­grą­żyć się w nie­złym ba­ła­ga­nie, a stąd już tyl­ko krok do to­tal­ne­go cha­osu.

Te­go­rocz­ny wa­ka­cyj­ny wy­jazd pla­no­wa­łam dłu­go i wie­le so­bie po nim obie­cy­wa­łam – w koń­cu to miał być mój pierw­szy zu­peł­nie sa­mo­dziel­ny wy­pad. W do­dat­ku jak naj­bar­dziej za­słu­żo­ny. Przez ostat­ni rok cięż­ko pra­co­wa­łam, aby zdać ma­tu­rę, a wy­nik, jaki na niej otrzy­ma­łam, świad­czył, iż na­praw­dę po­rząd­nie się przy­go­to­wa­łam. Upra­gnio­ny in­deks Uni­wer­sy­te­tu Me­dycz­ne­go w Ło­dzi na Wy­dzia­le Le­kar­skim był uko­ro­no­wa­niem mo­ich sta­rań.

Wraz z dwie­ma naj­lep­szy­mi ko­le­żan­ka­mi z li­ceum wy­bra­ły­śmy kie­ru­nek po­dró­ży, prze­wer­to­wa­ły­śmy set­ki stron in­ter­ne­to­wych, aby zna­leźć od­po­wied­ni ho­tel i za­mó­wi­ły­śmy bi­le­ty lot­ni­cze. Usta­li­ły­śmy wszyst­ko i do­piąw­szy przy­go­to­wa­nia na ostat­ni gu­zik, nie­cier­pli­wie od­li­cza­ły­śmy dni do wy­jaz­du.

W wy­obraź­ni już wi­dzia­łam sie­bie le­żą­cą na go­rą­cym pia­sku, pod pal­ma­mi, gdy na­gle wia­do­mość o cho­ro­bie bab­ci Tosi spra­wi­ła, że moja tak do­kład­nie za­pla­no­wa­na let­nia eska­pa­da mu­sia­ła zo­stać zmo­dy­fi­ko­wa­na. Wła­ści­wie „mo­dy­fi­ka­cja” to nie­wła­ści­we sło­wo. Bar­dziej pa­su­je tu zwrot, któ­re­go do tej pory sta­ra­łam się nie do­strze­gać, a już, broń Boże, uży­wać.

„Zmia­na pla­nów”. Brrr, cóż za okrop­ne sfor­mu­ło­wa­nie! Nie­ste­ty, jak naj­bar­dziej od­po­wied­nie w tej sy­tu­acji. Ja, mi­strzy­ni pla­no­wa­nia i praw­dzi­wa pa­sjo­nat­ka wszel­kich ter­mi­na­rzy, zo­sta­łam zmu­szo­na do zre­zy­gno­wa­nia z mi­ster­nie ob­my­śla­nej wy­pra­wy na wy­brze­że Co­sta Bra­va. Oczy­wi­ście nie ustą­pi­łam tak ła­two. O nie! Wal­czy­łam jak lwi­ca, jak ge­pard, jak pan­te­ra… Nie mia­łam jed­nak wyj­ścia.

Bab­cia To­sia – mama mo­jej mamy. Szczu­plut­ka si­wo­wło­sa sta­rusz­ka o po­marsz­czo­nej skó­rze i nie­bie­skich oczach, któ­ra po śmier­ci dziad­ka nie zde­cy­do­wa­ła się na prze­pro­wadz­kę do mia­sta i zo­sta­ła cał­kiem sama na go­spo­dar­stwie. Mama przy każ­dej oka­zji na­ma­wia­ła ją, aby sprze­da­ła dom i ten nie­wiel­ki ka­wa­łek zie­mi, któ­ry jej jesz­cze zo­stał, i wpro­wa­dzi­ła się do na­sze­go cał­kiem ob­szer­ne­go miesz­ka­nia na jed­nym z łódz­kich osie­dli. Tłu­ma­czy­ła, że ra­zem by­ło­by nam le­piej, że dzię­ki temu nie by­ła­by taka sa­mot­na, że od­le­głość, jaka nas te­raz dzie­li, jest zbyt duża, aby­śmy się czę­sto od­wie­dza­ły.

Ja to ro­zu­mia­łam i w peł­ni po­pie­ra­łam ten po­mysł, tym bar­dziej że od roz­wo­du mama rzu­ci­ła się w wir pra­cy, chcąc za­pew­nić nam ży­cie na jak naj­wyż­szym po­zio­mie, dum­nie od­rzu­ca­jąc fi­nan­so­wą po­moc mo­je­go ojca, któ­ry w chwi­li, gdy zwią­zał się z inną, młod­szą ko­bie­tą, prak­tycz­nie prze­stał dla niej ist­nieć. Gdy­by bab­cia za­miesz­ka­ła z nami, mnie tak­że by­ło­by raź­niej, kie­dy mama wy­jeż­dża na ko­lej­ne kon­fe­ren­cje, tar­gi czy pro­wa­dzi ne­go­cja­cje han­dlo­we, gdzieś na dru­giej pół­ku­li.

Nie­ste­ty, bab­cia nie zgo­dzi­ła się na prze­pro­wadz­kę, co do­pro­wa­dzi­ło do sy­tu­acji, w któ­rej to ja zo­sta­łam po­sta­wio­na pod ścia­ną. Mama, jak zwy­kle za­ję­ta bar­dzo waż­ny­mi spra­wa­mi zwią­za­ny­mi z fir­mą, nie mo­gła rzu­cić wszyst­kie­go na wia­do­mość o na­głej cho­ro­bie bab­ci. A ja… No cóż, ja mo­głam. Mu­sia­łam zre­zy­gno­wać z pla­no­wa­ne­go od mie­się­cy wy­jaz­du.

Nie by­łam szczę­śli­wa, gdy wsia­da­łam do po­cią­gu, któ­ry za­miast za­wieźć mnie na lot­ni­sko w War­sza­wie, po­dą­żył do Po­zna­nia, skąd roz­kle­ko­ta­nym au­to­bu­sem uda­łam się w dal­szą po­dróż, wprost na za­pa­dłą wieś ob­da­rzo­ną nie­zwy­kle wy­mow­ną na­zwą Ka­mie­ni­sko. Czu­łam się tak, jak­by przy­gnio­tły mnie tony ka­mie­ni i uci­ska­ły z każ­dej stro­ny. Że­gnaj, Hisz­pa­nio, że­gnaj, go­rą­cy pia­sku i orzeź­wia­ją­ca mor­ska toni. Wi­taj, le­śny duk­cie, chma­ro ko­ma­rów, klesz­czy i in­nych in­sek­tów.

Dom bab­ci od­na­la­złam z tru­dem, i to dzię­ki po­mo­cy na­po­tka­nych po dro­dze lu­dzi. Głu­pio się przy­znać, ale moje ostat­nie wspo­mnie­nia zwią­za­ne z tym miej­scem się­ga­ją cza­sów, gdy by­łam kil­ku­let­nim dziec­kiem. Mama nie lu­bi­ła wsi i uni­ka­ła po­wro­tów w ro­dzin­ne stro­ny, wo­ląc wa­ka­cje i inne nie­licz­ne wol­ne dni spę­dzać w bar­dziej uro­kli­wych, eg­zo­tycz­nych miej­scach. To bab­cia cza­sa­mi przy­jeż­dża­ła do nas, przy­wo­żąc ze sobą ko­szyk wy­peł­nio­ny prze­two­ra­mi do­mo­wej ro­bo­ty. Uwiel­bia­łam zwłasz­cza dżem wi­śnio­wy, któ­re­go smak nie­od­łącz­nie ko­ja­rzył się mi z jej krót­ki­mi wi­zy­ta­mi. Do­pó­ki żył dzia­dek He­niek, wi­zy­ty te były częst­sze, jed­nak po jego śmier­ci ich czę­sto­tli­wość wy­raź­nie zma­la­ła, aż w koń­cu, mu­sia­łam to te­raz przy­znać, nie wi­dzia­łam bab­ci od do­bre­go roku.

Sta­nę­łam przed furt­ką nie­po­zor­nie wy­glą­da­ją­ce­go go­spo­dar­stwa. We­dług nu­me­ru umiesz­czo­ne­go na par­ka­nie to mu­siał być wła­ści­wy ad­res. Ze zdzi­wie­niem pa­trzy­łam na zsza­rza­łe ze sta­ro­ści bie­lo­ne ścia­ny pię­tro­we­go bu­dyn­ku. Moją uwa­gę przy­kuł za­pusz­czo­ny ogró­dek pod okna­mi, za­ro­sły wy­bu­ja­ły­mi chwa­sta­mi. Nie­pew­nie pchnę­łam furt­kę i we­szłam na po­dwór­ko. Na­tych­miast rzu­cił się do mnie pies – mie­sza­niec owczar­ka z czymś bli­żej nie­okre­ślo­nym – i za­czął do­no­śnie szcze­kać. Cof­nę­łam się o krok, bo­jąc się ata­ku roz­wście­czo­nej be­stii. Uja­da­nie wło­cha­te­go po­two­ra wy­wa­bi­ło z domu wła­ści­ciel­kę po­se­sji. Szczu­pła, wą­tła sta­rusz­ka za­trzy­ma­ła się na stop­niach we­ran­dy.

‒ Bur­kas! Ty urwi­sie je­den! A bę­dziesz ty ci­cho! Ci­cho! Bur­kas do nogi! – za­wo­ła­ła, a pies na­tych­miast stra­cił za­in­te­re­so­wa­nie moją oso­bą i ni­czym grzecz­ny do­mo­wy pu­pi­lek pod­biegł do swo­jej pani, ma­cha­jąc przy tym ra­do­śnie ogo­nem.

Ko­bie­ta czu­le po­gła­ska­ła przy­ja­cie­la po łbie, po czym wol­nym kro­kiem, tak jak­by cho­dze­nie spra­wia­ło jej trud­ność, ze­szła na dół. Te­raz mo­głam się jej le­piej przyj­rzeć. Po­czu­łam dziw­ny żal i smu­tek, wi­dząc, jak się zmie­ni­ła. Jej po­marsz­czo­na skó­ra mia­ła nie­zdro­wy sza­ra­wy od­cień. Ko­ści po­licz­ko­we bar­dzo się uwi­docz­ni­ły, na­da­jąc twa­rzy wy­raz pew­nej sro­go­ści, zaś cie­nie pod ocza­mi kon­tra­sto­wa­ły z nie­zwy­kłą bla­do­ścią cery.

‒ Bab­ciu… – wy­szep­ta­łam, rzu­ca­jąc tor­bę po­dróż­ną w piach.

Pa­dły­śmy so­bie w ob­ję­cia i przez chwi­lę się tu­li­ły­śmy, cie­sząc się ze spo­tka­nia. Jak­że ża­ło­wa­łam, że zde­cy­do­wa­łam się na od­wie­dzi­ny do­pie­ro na wieść o cho­ro­bie…

‒ Ju­lia… – Jej wy­chu­dzo­ną twarz roz­ja­śnił ni­kły uśmiech. – Aleś ty wy­pięk­nia­ła. Ho, ho, ale pan­na z cie­bie. Ino pa­trzeć, jak jaki ka­wa­ler za­stu­ka z proś­bą o two­ją rękę.

‒ Jak się czu­jesz? – za­py­ta­łam, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na jej prze­po­wied­nie.

‒ Do­brze, moje dziec­ko. – Po­pro­wa­dzi­ła mnie na we­ran­dę i usia­dła na drew­nia­nej ła­wie, wska­zu­jąc mi miej­sce obok sie­bie. – Tyl­ko to ser­ce nie chce mnie już słu­chać. Bije jak mu się po­do­ba. Raz sza­le­je, a raz zwal­nia…

‒ Ale bie­rzesz le­kar­stwa, tak jak ka­zał dok­tor?

‒ A co mi tam dok­to­ry po­mo­gą? – Mach­nę­ła ręką, tak jak­by oga­nia­ła się od wy­jąt­ko­wo zło­śli­wej mu­chy. – Swo­je lata już na kar­ku mam, wkrót­ce bę­dzie czas się zbie­rać. Tyl­ko kło­pot przez sta­rą bab­kę ma­cie.

‒ Bab­ciu! – za­pro­te­sto­wa­łam, ale wie­dzia­łam, że się nie my­li­ła. Trak­to­wa­łam ją jak kło­pot i do­pie­ro te­raz zro­zu­mia­łam swój błąd. Było mi głu­pio, strasz­nie głu­pio! – Nie mów tak. Prze­cież my cię bar­dzo ko­cha­my.

‒ Oj, dziec­ko, dziec­ko… Ko­cha­cie… Wy, mło­dzi, ma­cie swo­je ży­cie, wiel­ki świat. Gdzie mnie z tym kon­ku­ro­wać. Tyl­ko za­wa­dzam…

‒ Prze­cież mama mó­wi­ła, że­byś prze­nio­sła się do nas i z nami za­miesz­ka­ła. A poza tym w mie­ście jest lep­sza opie­ka me­dycz­na – do­da­łam, jak­by to był naj­waż­niej­szy ar­gu­ment.

‒ Mnie tam już tyl­ko pia­sek po­mo­że. On wszyst­ko z czło­wie­ka wy­cią­gnie. W nim wszy­scy rów­ni. A do mia­sta nie pój­dę. Sta­rych drzew się nie prze­sa­dza. Tu zie­mia moja, tu moi przod­ko­wie spo­czy­wa­ją. Jak­bym mo­gła to zo­sta­wić? Jak­bym mo­gła stąd odejść? Jak odej­dę, to tyl­ko tam. – Ko­ści­stym pal­cem wska­za­ła nie­bo.

Zro­bi­ło się mi smut­no. Jak moż­na aż tak przy­wią­zać się do jed­ne­go miej­sca? Zro­zu­mia­łam jed­nak, że chwi­lo­wo nic nie zdzia­łam. Po­sta­no­wi­łam po­wo­li, drob­ny­mi krocz­ka­mi, prze­ko­ny­wać bab­cię do zmia­ny zda­nia. Na ra­zie umil­kłam, da­jąc tym sa­mym znak, że nie kwe­stio­nu­ję jej ar­gu­men­tów.

Po­sie­dzia­ły­śmy jesz­cze chwi­lę na we­ran­dzie, pa­trząc na szu­mią­ce za pło­tem brzo­zy i na Bur­ka­sa ga­nia­ją­ce­go po obej­ściu. Pies, wi­dząc, że nie mam żad­nych złych za­mia­rów wo­bec jego pani, za­ak­cep­to­wał moją obec­ność i na­wet ła­ska­wie po­zwo­lił po­gła­skać się po łbie.

‒ Tyl­ko Bur­kas mi zo­stał. On je­den… – Mó­wi­ła dziw­nie ci­cho, jej głos prze­peł­niał smu­tek. – Praw­da to, że ino pies jest praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem, co go ni sta­rość, ni bie­da nie zra­ża.

Bab­cia we wszyst­kim mia­ła ra­cję, a mnie było co­raz bar­dziej głu­pio. So­len­nie obie­ca­łam so­bie w du­chu, że za­opie­ku­ję się nią naj­le­piej, jak będę po­tra­fi­ła. Cza­su nie cof­nę, nie wy­ma­rzę mi­nio­nych lat, ale prze­cież jesz­cze mogę na­pra­wić wszyst­ko, co lek­ko­myśl­nie za­nie­dba­łam.

***

Szyb­ko ro­ze­zna­łam się w roz­kła­dzie dnia bab­ci i le­kar­stwach, ja­kie mu­sia­ła za­ży­wać o okre­ślo­nej po­rze. Spo­rzą­dzi­łam gra­fik (ach, te przy­zwy­cza­je­nia) i po ko­la­cji przed­sta­wi­łam jej plan na­szych naj­bliż­szych dni. Na sie­bie wzię­łam wszyst­kie pra­ce, bab­ci zo­sta­wia­jąc obo­wiąz­ko­wy od­po­czy­nek.

‒ Tak po próż­ni­cy mam sie­dzieć? – zdzi­wi­ła się, gdy od­czy­ta­łam przy­go­to­wa­ną li­stę.

‒ O zdro­wie masz dbać – wy­ja­śni­łam po­spiesz­nie.

‒ Ale żeby spać po obie­dzie? Co to ja, ose­sek je­stem? Ino bra­ku­je, że­byś mi mle­ka na­go­to­wa­ła.

‒ A na­go­tu­ję. – Uśmiech­nę­łam się. – Mu­sisz dużo od­po­czy­wać, a ja dzię­ki temu na­uczę się, jak dom pro­wa­dzić.

‒ No tak, tak – przy­zna­ła. – Ja nie­wie­le młod­sza od cie­bie by­łam, gdy za mąż wy­szłam i na oj­co­wiź­nie że­śmy się po­bu­do­wa­li z Heń­kiem. Oj, o moim He­niu to wszy­scy ga­da­li, że zło­ty czło­wiek. Taki ro­bot­ny, a kul­tu­ral­ny przy tym. Nie jak inne chło­py, co ino wód­kę piją. On dużo czy­tał, ga­ze­tę pre­nu­me­ro­wał, do gmi­ny jeź­dził, bo tam klub był. Sam książ­ki mi pod­su­wał, abym też świat po­zna­ła. Czę­sto roz­pra­wiał o róż­nych mą­drych rze­czach i py­tał, co ja o tym my­ślę. Trak­to­wał mnie jak rów­ną so­bie i tak mnie tym za­pa­łem do na­uki na­tchnął, że za­pra­gnę­łam za­pi­sać się na kurs do­kształ­ca­ją­cy dla do­ro­słych, któ­ry w gmi­nie or­ga­ni­zo­wa­li. Jed­nak los chciał ina­czej… W cią­żę za­szłam i mu­sia­łam z pla­nów zre­zy­gno­wać. Za dużo na gło­wie bym mia­ła. Dom, go­spo­dar­stwo, dziec­ko. Ale prze­cież i bez pa­pier­ka moż­na żyć. Ksią­żek tyle do­oko­ła. Wy­star­czy mą­drość z nich wy­czy­tać. He­nio wie­dział, co war­te uwa­gi, i za­wsze mi wska­zał. Wspie­rał mnie i sta­rał się, abym uwie­rzy­ła we wła­sne moż­li­wo­ści. Do­bry był. Bar­dzo do­bry. I o wszyst­kim my­ślał. Jak Mar­tu­sia się uro­dzi­ła, to ino spoj­rzał i po­wia­da: „To­siu­niu, mó­wię ci, z niej wiel­cy lu­dzie będą. Do szkół ją po­śle­my, niech ma lep­szą przy­szłość niż na roli”.

Z za­in­te­re­so­wa­niem wy­słu­cha­łam opo­wie­ści o dziad­ku He­niu i z ra­do­ścią za­uwa­ży­łam, że te wspo­min­ki wpły­nę­ły na bab­cię bar­dzo po­zy­tyw­nie. Pod wpły­wem emo­cji na jej twa­rzy po­ja­wił się lek­ki ru­mie­niec, na­da­jąc ce­rze zdrow­szy wy­gląd. Na­wet sine wor­ki pod ocza­mi wy­da­wa­ły się mniej wi­docz­ne.

Od tego dnia fak­tycz­nie prze­ję­łam na sie­bie wszyst­kie obo­wiąz­ki zwią­za­ne z pro­wa­dze­niem domu. Bab­cia, po­słusz­na za­le­ce­niom le­kar­skim, moim na­mo­wom i chy­ba po czę­ści tak­że bar­dziej osła­bio­na cho­ro­bą, niż się chcia­ła do tego przy­znać, wy­jąt­ko­wo ła­two dała się prze­ko­nać, że sama do­sko­na­le so­bie ze wszyst­kim po­ra­dzę. Grzecz­nie usu­nę­ła się z kuch­ni, da­jąc mi cał­ko­wi­tą swo­bo­dę dzia­ła­nia. Wresz­cie mo­głam po­ka­zać, na co mnie stać. Za­miast le­żeć na pla­ży Co­sta Bra­va, sta­łam przy pie­cu, go­to­wa­łam zupę na obiad, obie­ra­łam ziem­nia­ki, tłu­kłam mię­so na ko­tle­ty. Po pro­stu cud.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Magia ukryta w kamieniu Okna