Jutro będzie „Zemsta”

Jutro będzie „Zemsta”

Autorzy: Andrzej Łapicki

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Biografie Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 33.75 zł

A może wydać je za życia? Nie, nie wypada, po śmierci.
Tadeusz Łomnicki powiedział kiedyś: – Zazdroszczę publiczności, która ogląda mnie w „Karierze Artura Ui”. Andrzej Łapicki mógłby powiedzieć więcej: – Zazdroszczę publiczności, która ogląda mnie w czymkolwiek. Dlaczego mógłby? Bo był znakomitym aktorem o zabójczej prezencji, świetnie wychowanym synem profesora prawa rzymskiego, który czuł się naturalnie nawet w najwytworniejszym towarzystwie. Czarował już samym głosem, jakże charakterystycznym – gdy w roku 1955 czytał w radiu powieść „Królewna”, wymierały ulice polskich miast, wszyscy pędzili do radioodbiorników. Jedni zapamiętali go jako Kettlinga w serialowych „Przygodach pana Michała” (1969) Pawła Komorowskiego i kapitana MO z „Lekarstwa na miłość” (1965) Jana Batorego, inni jako bohatera „Wesela” (1972) czy „Wszystko na sprzedaż” (1969) Andrzeja Wajdy i „Jak daleko stąd, jak blisko” (1971) Tadeusza Konwickiego, jeszcze inni jako aktora teatrów Erwina Axera i Adama Hanuszkiewicza.
Gdyby nie aktorstwo, na które zdecydował się podczas II wojny światowej, błyszczałby pewnie jako sławny pisarz, prawnik czy polityk. O politykę tylko się otarł, w czasach pierwszej „Solidarności”, zostawszy posłem. Z aktorstwa przerzucił się na reżyserię teatralną, został też rektorem stołecznej Akademii Teatralnej, dyrektorem Teatru Polskiego i prezesem Związku Artystów Scen Polskich. 
Był świadom swych ograniczeń – nie porywał się na repertuar romantyczny, nie marzył o Hamlecie. Jego teatralnym idolem był Aleksander hrabia Fredro – wykwintny panicz o fantastycznym poczuciu humoru. On też czuł się właśnie kimś takim. Starał się zawsze zachować dystans, co przeszkadza w „graniu bebechami”. Na aktora był może nawet za inteligentny. A inteligent, co podkreślał, się wstydzi. Z tego powodu Łapicki skromnie umieszczał siebie w pierwszej dziesiątce współczesnego mu aktorstwa polskiego, ale nigdy nie na podium. Powtarzał autoironicznie, że jest Mastroiannim Jana Rybkowskiego. Powodzenie u kobiet miał legendarne, gustował w blondynkach. Na ten temat jednak gustownie milczał. 
Żartował z samego siebie, że jest mistrzem mów pogrzebowych. Teraz, niejako zza grobu, przemawia do nas ze swych pisanych przez 21 lat „Dzienników”. I pewnie śmieje się w zaświatach, widząc zdumione miny czytelników: 
Takiego „niegrzecznego” się mnie nie spodziewaliście, prawda?

Redakcja: Jacek Szczerba

Korekta: Danuta Sabała

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter

Zdjęcie na okładce: Ryszard Horowitz

Fotoedycja: Katarzyna Bułtowicz

Przygotowanie zdjęć do druku: Anna Biała

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Agora SA oświadcza niniejszym, że pomimo podjętych starań nie udało im się ustalić osób uprawnionych z tytułu praw autorskich do fotografii opublikowanych w książce (poza oznaczonymi przy zdjęciach).

Osoby uprawnione z tytułu tych praw prosimy o kontakt z Agorą SA (00-732 Warszawa, ul. Czerska 8/10, tel.: 22 555 40 00) w celu uregulowania należności prawnoautorskich.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2018

© copyright by Zuzanna Łapicka-Olbrychska 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2106-6 (epub), 978-83-268-2107-3 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

Nie wszystko o moim Ojcu (Zuzanna Łapicka)

1984

1985

1986

1987

1988

1989

1990

1991

1992

1993

1994

1995

1996

1997

1998

1999

2000

2001

2002

2003

2004

2005

Posłowie (Zuzanna Łapicka)

Biogramy

A

B

C

Ć

D

E

F

G

H

I

J

K

L

Ł

M

N

O

P

R

S

Ś

T

U

V

W

Z

Ż

Przypisy

Indeks osób

Fotografie

Nie wszystko o moim Ojcu

Ojciec był, i wciąż pozostaje, najważniejszym mężczyzną mojego życia. Wszystkiego jednak o Nim nie wiedziałam. Nie wiedziałam, że w 1984 roku, kiedy byłam na emigracji we Francji, zaczął pisać „Dzienniki”. Czasem wtrącał w rozmowie: „Wszystko, co po mnie zostanie, to dwie, trzy role i zapiski, które teraz robię”.

Nie chciał mi ich dać do przeczytania, mówił, że zeszyty z zapiskami – bo oczywiście pisał odręcznie, komputera nigdy nie opanował – trzyma w srebrnej misie pod telewizorem. Misa, jedno z niewielu sreber, które Mamie udało się uratować, gdy uciekała z majątku na Kujawach przed Rosjanami, była równie cenna. Wiedział, że tylko ja będę w stanie odczytać te zapiski, bo Jego trudny do rozgryzienia charakter pisma znam od dziecka.

Mijały lata, wróciłam z emigracji, rozwiodłam się i codziennie rozmawiałam z Rodzicami, o wszystkim. W naszej rodzinie rozmowa, wymiana myśli na sto tematów była ważniejsza niż obiad na stole, zwłaszcza że Ojciec nie znosił zapachów gotowania w mieszkaniu.

W 2005 roku umarła moja Mama – Ojciec uznał wtedy, że Jego życie też się skończyło. Odłożył ostatni zeszyt z zapiskami do srebrnej misy i zastrzegł kategorycznie: „Pamiętaj, zależy mi wyłącznie na »Dziennikach«. Pogrzeb urządź skromny, niech przemówi Janek Englert, nikt więcej, żadnych mów oficjalnych, żadnych odznaczeń, żadnej Alei Zasłużonych. Chcę leżeć z Żoną w rodzinnym, XIX-wiecznym grobie na Powązkach. Natomiast później, zza grobu, chcę przypieprzyć wszystkim »Dziennikami«”.

Doskonale rozumiałam, o co Mu chodzi. Cale życie przeżył w gorsecie dobrego wychowania. Nie umiał nikomu w oczy powiedzieć prawdy. Podtrzymywał męczące Go znajomości, bo tak wypadało. Nie chodził na premiery, żeby nie kłamać, że było świetnie, gdy nie było świetnie.

Męczył Go przedwojenny panicz z dobrego domu, którym był do końca, co, jak sam twierdził, przeszkadzało Mu w zawodzie.

Nigdy nie zabierał się do repertuaru romantycznego, bo jak tu wadzić się z Bogiem na Mont Blanc, gdy dobre wychowanie nie pozwala. Terapeutyczne ujście znajdował więc w pisaniu „Dzienników”. Pisał, leżąc na tapczanie, niczym – toutes proportions gardées – Jego przyjaciel Tadeusz Konwicki. Zamyślał się, patrząc na holenderski portret „Fajczarza” – który teraz powiesiłam sobie w mieszkaniu, naprzeciwko kanapy, i też na niego patrzę – no i kreślił kolejne zapiski, tydzień po tygodniu.

Charakterystyczne, że zaczął je pisać, mając sześćdziesiąt lat. Wcześniej Jego głównym zajęciem pozazawodowym były flirty z pięknymi polskimi aktorkami, pod warunkiem że były blondynkami. A tego na pewno opisywać nie chciał, zwłaszcza że miał do tego dosyć ironiczny stosunek, co krzywdziłoby zakochane w Nim kobiety. Pamiętam, jak kiedyś narzekał na bezsenność, więc poradziłam Mu, żeby przed snem liczył swoje blondynki. „O, nie – jęknął. – Nie zasnąłbym do rana”.

Dlaczego czekałam z wydaniem Jego „Dzienników” aż pięć lat? Czego się bałam? Tego samego, co Ojciec za życia. Zrobienia przykrości ludziom, których lubię i cenię, i, co zabawne, których Ojciec również lubił i cenił.

Ojciec był osobą chimeryczną, zmienną w nastrojach. Był, jak to się teraz modnie mówi, skrajnie dwubiegunowy w osądzie zdarzeń i w ocenach ludzi. Często słyszałam od Niego o kimś, że jest strasznym skurwysynem, po czym ten człowiek wpadał do nas na kolację, klepali się z Ojcem po plecach, a gdy gość wychodził, Ojciec mówił: „No, bardzo w porządku facet”. Nasiąkałam tym od dziecka, więc mnie to w ogóle nie dziwiło, ale czytelników „Dzienników” może nieco zdziwić. Radzę więc przeczytać całość, nie sugerując się zdaniem, że pan X to fałszywiec, i do tego niezdolny artysta, bo kilkadziesiąt stron dalej X okaże się utalentowanym i oddanym przyjacielem Ojca.

Dotyczyło to również rodziny – na wielu stronach Ojciec zachwyca się Danielem Olbrychskim, za którego wyszłam za mąż pod koniec lat siedemdziesiątych. Ojciec nawet sprzyjał naszemu bliższemu poznaniu się, ceniąc Daniela za jego odwagę i prostolinijność. „Nawet gdy wytarza się w błocie, wychodzi z niego czysty” – mówił. No ale gdy po paru latach dowiedział się, że nie jestem najszczęśliwsza w tym związku, Daniel okazał się godzien najgorszych inwektyw. Co tu dużo mówić, ta zmiana oceny brała się z miłości do mnie. Ojcu zależało na tym, żeby córka była szczęśliwa, dlatego tracił obiektywizm. Jedno tylko było bezdyskusyjne – to, że Daniel jest wielkim aktorem.

Ta skrajność dotyczy także sprawy dla Ojca niezwykle ważnej – przyjaźni z Gustawem Holoubkiem i Konwickim. Tadzia Konwickiego Ojciec wielbił. Miał z nim niezwykłe porozumienie. Łączył ich etos przedwojennego chłopca, te same lektury, ten sam sceptyczny sposób patrzenia na świat. Przyjaźń z Tadeuszem, która zaczęła się w Łodzi pod koniec lat czterdziestych i trwała do końca życia, była dla mojego Ojca rodzajem nobilitacji. Aktorstwa Ojciec specjalnie nie szanował. Uważał, że to zawód dla narcystycznych idiotów, że inteligencja w nim tylko przeszkadza. Złościł się, że nie został prawnikiem, jak Jego ojciec Borys, albo lekarzem, tylko aktorem, i nawet po pięćdziesiątce musi się wygłupiać, co jest już w ogóle bez sensu. Na szczęście miał przyjaźń Konwickiego, ich codzienne telefony o stałych porach i przebywanie w sferze intelektualnych zainteresowań tego wielkiego pisarza, jakże dalekich od zainteresowań kolegów aktorów. Bo Ojciec nie chodził po przedstawieniu do SPATiF-u, nie pił wódki z innymi aktorami, którzy w kółko międlili stare teatralne anegdoty. Utrzymywał kontakt tylko z Tadziem. I, oczywiście, chciał mieć Tadzia na wyłączność. Tyle że miłością Tadzia był z kolei, co Ojciec z bólem przyznawał, Gucio Holoubek.

Stosunek Ojca do Holoubka wyrażony w „Dziennikach” jest spowodowany zazdrością o Tadzia. Byłam wielokrotnie świadkiem tego, jak Ojciec mówił, że największym aktorem w tym kraju, no może poza Tadeuszem Łomnickim, jest Gustaw Holoubek. Opowiadał, że przedstawienia „Trąd w Pałacu Sprawiedliwości”, którym Holoubek podbił Warszawę w latach pięćdziesiątych, nie zapomni do końca życia. Gdy się spotykali, najczęściej na kawie u Bliklego, to się lubili, widziałam to w ich oczach. No, ale ta zazdrość o Tadzia. Nie widziałam Ojca zazdrosnego o jakąkolwiek kobietę, to raczej kobiety były zazdrosne o Niego. Jednak w przypadku Tadzia i Gucia zazdrość, ten zielonooki potwór, miała nad Nim władzę i kazała Mu pisać zdania okrutne i niesprawiedliwe. Nie chciałam ich cenzurować, bo oddają one dosyć pokrętny charakter Ojca, pozornego egoisty, zaborczego, wymagającego wiele od świata, a tak naprawdę człowieka niepewnego siebie, nieustannie zmagającego się z wątpliwościami na swój temat.

Oczywiście, było też w tym pokrętnym uczuciu do Gucia trochę zazdrości zawodowej. To Łomnicki mówił, że „każdy ma swojego Holoubka”, kogoś, kogo trudno przeskoczyć, kto zabiera ci role, które mógłbyś zagrać. Dlatego Ojciec był tak szczęśliwy, że ukochany Konwicki w „Jak daleko stąd, jak blisko”, filmowym manifeście ich pokolenia, w głównej roli obsadził Jego, a nie Gucia, który zresztą miał o to do Tadzia pretensje.

Co prawda Ojciec uważał, że tę rolę zawdzięcza Dance Konwickiej, żonie Tadeusza, która miała do Niego wyraźną słabość. Poza tym w filmie było wiele scen łóżkowych, do których Ojciec, w przeciwieństwie do Gucia, był stworzony. A tak naprawdę to reżyserzy chętnie obsadzali Ojca w roli samych siebie, jak chociażby Wajda we „Wszystko na sprzedaż”, bo miło chociaż przez dwie godziny filmu wyglądać tak dobrze jak Łapicki.

Zniechęcenie uprawianym zawodem, fikcja, w której spędził czterdzieści lat, osiągnęły swoją kulminację na początku lat osiemdziesiątych. Na pierwszej stronie „Dzienników” Ojciec pisze o swym pobycie na planie „Dziewcząt z Nowolipek” Barbary Sass: „Całowałem młodą dziewczynę, Marysię Ciunelis – kiedy to się skończy?”. Ten Jego nastrój zbiegł się ze zmianami politycznymi w naszym kraju, aktorzy zaczęli brać w nich czynny udział – czytając wiersze w kościołach, bojkotując Telewizję Polską, uczestnicząc w wiecach. Ojciec, wchodząc w politykę, zobaczył nagle inny, prawdziwy świat, i to Go zachwyciło. Ale szybko dała o sobie znać Jego prawdziwa natura. Zdjęcie na plakacie z Wałęsą, marsze w rozentuzjazmowanym tłumie, wygrana w wyborach z Urbanem, występ na wiecu z Yves’em Montandem – to było wspaniałe. Ale gdy jako poseł musiał się spotykać w pokoiku gdzieś na tyłach kina Skarpa z jakimiś staruszkami narzekającymi na problemy lokalowe, to to już nie było dla Niego. Społecznikiem był żadnym, urodził się po to, żeby błyszczeć. Błyszczał nawet w roli mistrza mów pogrzebowych – jak tylko któryś z aktorów umarł, dzwonili po Niego. Każdy występ – w Sejmie, na cmentarzu czy na scenie – wciągał Go. Staruszki w pokoiku za kinem Skarpa tolerował tylko wtedy, gdy mówiły Mu, jak się w Nim kiedyś kochały.

Po latach powiedział mi nagle, że polityka to jednak brudna rzecz i że tylko życie w fikcji ma sens. Zachwyt luminarzami naszej polityki szybko zmienił się u Niego w wielkie rozczarowanie – jest to na pewno niesprawiedliwe i krzywdzące dla tych, którzy przesiedzieli lata w więzieniu, walcząc o wolność. Ojciec jakby nie chciał o tym pamiętać, zarzucając im kompromisy, na jakie szli wobec komunistów. Być może dlatego, że sam walczył ze swoim skłonnym do kompromisów charakterem.

Po latach rozstania z zawodem wrócił do aktorstwa, które przychodziło Mu łatwo. W latach osiemdziesiątych Jerzy Stuhr powiedział w wywiadzie: „Taki Łapicki to ma dobrze, siedzi sobie na scenie, leciutko podaje tekst, a ja muszę się napocić, nachodzić na czworakach, żeby uzyskać efekt, który on osiąga w pięć minut”. To prawda, Ojciec uważał, że próby trzeba prowadzić lekko i góra do trzynastej, a nie jak u Lupy i Warlikowskiego po dwadzieścia godzin. Po co? To przecież musi iść lekko. Dlatego lubił sztuki Fredry, panicza całą gębą. Nie zmagał się z Thomasem Bernhardem, czyli z zamiataniem austriackiego Holocaustu pod dywan. Ale lekkość nigdy nie była w cenie, więc Ojciec cierpiał, za to dziś nikt już tej lekkości nie potrafi osiągnąć.

Ojciec cały był przedwojenny, oprócz świetnego wyglądu miał także fotograficzną pamięć – czytał stronę i od razu jakby ją skanował. Miał skaner w oczach, czasem bałam się tego Jego wszystkowidzącego wzroku. Gdy szukał w gazecie wzmianki o sobie, wyłapywał wszystkie zdania, w których była „Ameryka Łacińska”. Skaner odbierał ją jako Andrzej Łapicki. Gdy pod osiemdziesiątkę pamięć zaczęła Mu szwankować, wściekał się, że musi się tak męczyć z tekstem. „Gdyby dopadło mnie to wcześniej – mówił – nigdy nie zostałbym aktorem”.

Teraz czytelnikom „Dzienników” Ojca jestem winna wprowadzenie o charakterze rodzinnym, bez którego nie sposób zrozumieć kontekstu niektórych zapisków.

Mój Dziadek Borys Łapicki był profesorem prawa rzymskiego na Uniwersytecie Warszawskim, a po wojnie na Uniwersytecie Łódzkim, gdzie został nawet rektorem. Jego nieliczne żyjące jeszcze studentki wspominają, że był dużo przystojniejszy od swojego syna. Poza tym był bardzo powściągliwy w okazywaniu uczuć, w przeciwieństwie do Babci Zosi, która była emocjonalna, chciała, zresztą ku przerażeniu rodziny, zostać aktorką. Przesłuchiwał ją sam Konstanty Stanisławski. Obowiązkowym punktem domowych herbatek był zawsze występ Babci – chciano, żeby coś zaśpiewała albo wyrecytowała. Nie dawała się długo prosić – uwielbiała to. A Dziadek, a później i mój Ojciec, umierał wtedy ze wstydu. Babcia – biała Rosjanka o nazwisku Fromont – kochała syna Andrzeja wielką, graniczącą z uwielbieniem miłością, rozpieszczała Go do niemożliwości. Zwłaszcza że ich pierwszy syn umarł w dzieciństwie. Kiedy Ojciec poszedł walczyć w powstaniu warszawskim, Babcia szalała z lęku. Po paru dniach przyszła wiadomość od rzekomego świadka, że Ojca rozstrzelali. Babcia położyła się do łóżka, chcąc umrzeć. Ojciec rzeczywiście miał być rozstrzelany, już kopał sobie grób, ale uratowała Go znajomość niemieckiego. Niemcy złapali jakiegoś bandytę i potrzebny był tłumacz. Potem, korzystając z zamieszania, uciekł. Po latach opisał to zdarzenie w felietonie – gdy wyznaczono Go do rozstrzelania, włożył ręce do kieszeni i zagwizdał amerykański standard „Cheek to Cheek” – jak umierać, to w dobrym stylu!

W latach osiemdziesiątych spotkaliśmy w Milanówku starszą panią, świadka tej sceny, która wciąż była pod wrażeniem zachowania Ojca. A on ucieszył się, że usłyszałam jej relację, bo pewnie podejrzewał, że nie do końca wierzyłam w Jego powstańcze opowieści. Gdy Ojciec pojawił się w domu cały i zdrowy, Babcia zemdlała z wrażenia, a Dziadek Borys, nie ruszając się z fotela, powiedział tylko: „Dobrze, że jesteś”. Ojciec był więc mieszanką emocjonalności Babci Zosi i chłodu Dziadka Borysa. Chłód pojawiał się u Niego w nieoczekiwanych momentach, jakby stawiał przed ludźmi ścianę. Przy Jego szarmie i dobrym wychowaniu robiło to piorunujące wrażenie. Często stosował ten zabieg świadomie.

Ojciec chodził do warszawskiego Liceum Batorego, elitarnej szkoły, gdzie wpajano uczniom charakterystyczny etos – wzorem był bohater Conradowski, hasłem – mężczyzna nigdy nie płacze. To łączyło Ojca z Konwickim, uczniem Liceum Zygmunta Augusta w Wilnie. Podczas okupacji Ojciec był studentem Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. Poszedł doń, jak twierdził, bo usłyszał, że studiują tam ładne panienki. Tajne komplety odbywały się na Ochocie, koło Filtrowej, zawsze mówił o tych czasach, gdy tamtędy przejeżdżaliśmy: „O, tu mieli mnie rozstrzelać, a tu całą noc leżałem w kartoflach, bo strzelali”. Gdy poszłam z Nim na „Pianistę” Polańskiego, ogromne wrażenie zrobiła na mnie scena z zastrzeloną w alei Niepodległości kobietą, która nie wypuściła z objęć wazonu. A ojciec w ekskluzywnym kinie Silver Screen, gdzie widzowie podczas seansu popijali szampana, szepnął mi do ucha: „Widziałem to na żywo. Cały dzień klęczała oparta o wazon”.

Ale oprócz paru wstrząsających wspomnień wojna jawiła się Ojcu dość rozrywkowo – tańce przy piosenkach z patefonu, randki – przyznał mi się, że podczas pewnej randki odkrył, że pod łóżkiem, w pokoju pożyczonym od kolegi, leżały granaty szykowane na wybuch powstania. Ten obraz kłócił mi się w dzieciństwie z wojną przedstawianą nam w szkole czy w radzieckich filmach. W opowieściach Ojca wyglądała po parysku, żeby nie powiedzieć po francusku.

Ojciec, herbu Syrokomla, poznał moją Mamę, Zofię Chrząszczewską herbu Trzaska, już po wojnie, w Łodzi. Mama pochodziła z ziemiańskiej rodziny z Kujaw, ich majątek zwał się Wierzbinek. Była panienką z dworku biegającą z rakietą po korcie tenisowym. Miejscowi chłopi śpiewali: „Panna Zofija po tenisie się uwija”.

Miałam przykazane, żeby w komunistycznej szkole nie przyznawać się do naszego pochodzenia – unikałam więc tego tematu, a teraz żałuję, że nie powyciągałam od Mamy więcej rodzinnych opowieści. Rok temu Elżbieta Jaworowicz zaprosiła do swojego programu „Sprawa dla reportera” potomków chłopów z tamtych okolic. Wzruszona słuchałam, jak w ich rodzinnych legendach przetrwał piękny obraz mojego Dziadka i Pradziadka. Okazało się, że byli to prawdziwi socjaliści – oddawali ziemię chłopom, zostawiając sobie niezbędne minimum. Dbali o edukację chłopskich dzieci. I pomyśleć, że całe dzieciństwo wstydziłam się moich przodków krwiopijców, chodząc do mokotowskiej szkoły imienia prawnika Teodora Duracza z jego wnuczką, dumną ze swojego komunistycznego dziadka.

Mama, tęskniąc za miejscem swojego dzieciństwa, nie odważyła się za komunizmu odwiedzić Wierzbinka. Pojechaliśmy tam, z Mamą i z Danielem, dopiero w czasach „Solidarności”.

Mama wzięła relanium na uspokojenie, a mimo to biegała po parku, szukając zapuszczonego kortu. Przebiegła przez pokoje urzędników miejscowej gminy, które urządzono, stawiając przepierzenia w sali balowej, wreszcie wbiegła do swojego pokoju w wieży i patrząc przez okno, ze łzami w oczach wyszeptała: „Nie myślałam, że jeszcze kiedyś to zobaczę”. W tym samym momencie zza biurka podniósł się urzędnik w pokrytym łupieżem garniturze i wzruszony wyszeptał: „Nie myślałem, że kiedyś zobaczę pana Olbrychskiego na żywo”.

Możliwość odzyskania Wierzbinka pojawiła się po sześćdziesięciu latach od jego utracenia. Zaczęto wyliczać, ile PRL włożył w koszty utrzymania parku i pałacu, w którym działał urząd stanu cywilnego i biura gminy. Potem, po odjęciu tej ogromnej jak na ówczesny stan pałacu i parku sumy, resztę podzielono między członków rodziny Chrząszczewskich. Ostatecznie na Mamę przypadło 7 tysięcy euro. Taką decyzję Mama dostała na dwa dni przed śmiercią, kiedy już nie miała dość sił, żeby się na niej podpisać.

Tak oto Ojciec, posądzany przez rodzinę Mamy, w czasach gdy zabiegał o jej względy, o to, że czyha na majątek Chrząszczewskich, nigdy nie zobaczył z niego ani grosza. To on całe życie utrzymywał rodzinę, uważając, że pracujące kobiety są pozbawione seksapilu. Mnie powtarzał z odrazą: „Tylko nie bądź dyrektorem, jakimś babochłopem”. Babcia Halina ze strachu, że młody zięć przeputa resztki fortuny Mamy, oddała ich oszczędności w ręce Francuza, niejakiego de la Roche, wedle dzisiejszej terminologii inwestora. Więcej go nie zobaczyła, a sama wylądowała w areszcie za kontakty z cudzoziemcem, wtedy karalne. Nadmienię jedynie, że w areszcie odwiedzał ją tylko mój Ojciec.

Pierwszym mężem Mamy był baron Lauber, o rozlicznych koligacjach arystokratycznych. W czasie wojny wzięli ślub w Warszawie, na placu Zbawiciela. Mama zaszła w ciążę, a wtedy mąż zapadł na gruźlicę. Do końca siedziała przy jego łóżku, nie zważając na prątki gruźlicy. Mój brat Grześ urodził się już po śmierci swego ojca. Kiedy mój Ojciec ożenił się z moją Mamą, usynowił Grzesia, który, ku rozpaczy nielicznych potomków rodu Lauberów, nazywa się Łapicki.

Po śmierci męża Mama przeżyła jeszcze śmierć swego brata Jerzego i swego ojca Józefa Chrząszczewskiego, postrzelonego w nogę podczas próby przekroczenia wschodniej granicy gdzieś w okolicach Brześcia. Była wdową z rocznym dzieckiem, gdy ze swoją matką Haliną przeniosła się do Łodzi, bo do zniszczonej Warszawy nie sposób było wrócić. Odnaleźli się tam wszyscy – aktorzy, pisarze, malarze, kompozytorzy. Spotykali się wieczorami w Klubie Pickwicka, żeby odreagować straszne przeżycia wojenne. Babcia Halina, prawdziwa bizneswoman, nie zraziła się stratą majątku – Rosjanie we dworze wycinali nawet obrazy z ram. Resztkę sreber zakopała na Polu Mokotowskim, w obecności szofera. Oczywiście gdy po nie wróciła, nic już tam nie było. Za to w Łodzi otworzyła warsztat tkacki, a produkowane w nim tkaniny z sukcesem sprzedawała. Ma to swoją pokoleniową kontynuację, bo moja mieszkająca w Nowym Jorku córka Weronika, prawnuczka Haliny, jest szefową produkcji kultowej firmy modowej Proenza Schouler i zajmuje się między innymi wyszukiwaniem tkanin. A ja kupiłam sobie przy Polu Mokotowskim mieszkanie, więc w pewnym sensie zakopane tam rodzinne skarby do mnie wróciły.

Wspomnę jeszcze, że mój o dziewięć lat starszy brat Grzegorz, zdolny student fizyki ciała stałego na Uniwersytecie Warszawskim, w 1967 roku wyemigrował do Ameryki. Spłacił polskie studia i został profesorem fizyki na East Carolina University. Ożenił się z Carin, nauczycielką hiszpańskiego, mają syna Jeremy’ego. Dziesięcioletni Jeremy, będąc z nami na wakacjach w Juracie, zaprzyjaźnił się między innymi z Agnieszką Osiecką, w ogóle był zachwycony pobytem. Wyjeżdżając, westchnął jednak: „Tacy wspaniali ludzie ci Polacy, a tacy okrutni”. „Dlaczego tak mówisz?” – spytaliśmy. „Bo byłem tu dwa tygodnie i nie spotkałem ani jednego Murzyna. Wszystkich wymordowaliście”. Mieszkając od dziecka w Karolinie Południowej, gdzie był jednym z nielicznych białych w szkole, nie wyobrażał sobie, że może istnieć świat o jednym kolorze skóry.

Ojciec pisał „Dzienniki” w naszym mieszkaniu na Karłowicza na Mokotowie – trzy małe pokoiki, pięćdziesiąt cztery metry kwadratowe. Rodzice wprowadzili się tam w 1953 roku, rok później urodziłam się tuż obok, w szpitalu na Madalińskiego. Teraz mieszkam na końcu Madalińskiego, przy Polu Mokotowskim, w pięćdziesięciu ośmiu metrach kwadratowych, i nie zamierzam się już przeprowadzać. Spełniam więc sformułowany przez mojego ulubionego pisarza Isaaca Bashevisa Singera wymóg – żeby życie było szczęśliwe, musi być niewielka odległość między miejscem urodzenia i miejscem śmierci.

W trzech pokojach na Karłowicza mieszkali Rodzice, mój brat Grześ, Marynia, moja niania, no i ja. Często nocowała u nas Babcia Halina. A mimo to, żeby nam nikogo nie dokwaterowano, co było w tamtych czasach nagminne, Ojciec musiał wziąć z teatru, od Erwina Axera, zaświadczenie z pieczątką, że jako aktorowi, który uczy się roli w domu, przysługuje Mu nadmetraż. Zachowała się nawet zabawna z dzisiejszego punktu widzenia korespondencja w tej sprawie. Ojciec nigdy nie wyrwał się z Karłowicza, bo nie chciał się wyrwać. Mama, widząc, jak znajomi urządzają sobie wille, a w najgorszym wypadku tzw. segmenty, bezskutecznie namawiała Go na zmianę mieszkania. W takich wypadkach Ojciec wypowiadał swoje koronne zdanie: „Po co nam, Łapickim, cokolwiek, myśmy już wszystko mieli, pół Białorusi do nas należało”.

Na Karłowicza, w bloku z porządnej cegły, byłoby nawet miło, gdyby nie to, że władza przydzielała tam mieszkania według klucza – artysta, ubek, lekarz, ubek, prawnik, ubek. Kiedyś nieopatrznie weszłam bez pukania do sąsiadów pożyczyć cukru i zastałam ich ze słojami (po cukrze) przy ścianie, bo tak się wtedy najlepiej podsłuchiwało.

Zazdrościłam koleżankom, które miały ojców ubeków, że oni wracają o szesnastej do domu, że u nich jest pomidorowa na stole. Rodziny ubeckie były dla mnie wzorem szczęścia rodzinnego. Ojciec spędził życie w pięćdziesięciu czterech metrach, nie robiąc nawet porządnego remontu łazienki, w której z trudem można się było obrócić. Po Jego śmierci tabloidy rozpisywały się o majątku, jaki zostawił, jakby chodziło o willę w Konstancinie. No, ale pół Białorusi do nas należało.

W tym zdaniu jest klucz do skromności Ojca, połączonej z pychą. I tak nic nie było w stanie Go zadowolić. Tyczy się to również pochwał. Za to jedno bolesne słowo dręczyło Go latami.

Największą traumą Ojca była Polska Kronika Filmowa. Kontekst tego nieszczęścia był prosty – Ojciec miał dwadzieścia trzy lata, był początkującym aktorem, gdy ogłoszono konkurs na lektora PKF. Do konkursu stanęli sławni wówczas aktorzy, a nawet Jeremi Przybora, który przed wojną pracował w radiu.

No i Ojciec na swoje nieszczęście wygrał, bo miał piękny głos. Nie pisał tych strasznych rzeczy do Kroniki, ale czytał je swym entuzjastycznym tonem. Pamiętam Jego męki, gdy w telewizji powtarzano stare wydania PKF. Dosłownie było od tego chory. Powtarzał mi: „Pamiętaj, że każdy błąd popełniony w młodości, nawet taki, który wydaje ci się niewielki, może zaważyć na całym twoim życiu. A karą jest to, że nie możesz od tego uciec”.

Pamiętam, jak Ojciec postanowił się z Kroniki wycofać. Zasłonięte miodowe aksamitne story w oknach, a w nich mała dziurka, przez którą Rodzice patrzyli, kto stoi na podwórku i gapi się w nasze okna. To byli ubecy, straszyli Ojca, co Mu zrobią, jak odejdzie z PKF. Zabawne, że w tym samym miejscu pół wieku później, po słynnym ożenku Ojca z młodszą o sześćdziesiąt lat wybranką, dzień i noc czatowali paparazzi.

Ojciec wracał do domu późno, po spektaklu. Kładł się na tapczanie i do północy rozmawiał z Mamą. W ten sposób schodziło z Niego napięcie, którego Jego koledzy pozbywali się, pijąc wódkę w SPATiF-ie. Rano spał długo, do dziewiątej. Wychodząc do szkoły przed ósmą, wkładałam buty na klatce schodowej, żeby nie obudzić Go stukaniem obcasami. Wtedy widziałam, jak córka ubeka jest czule żegnana przez tatusia, który wręcza jej drugie śniadanie zawinięte w pergamin.

Sądziłam, że Ojciec mnie nie widzi, że myślami jest gdzie indziej. Kiedyś poprosiłam Go o pomoc w zadaniu matematycznym i oczywiście wszystko pomylił. Pewnie myślał o którejś ze swoich blondynek. Ja to zapisałam, wierząc, że Ojciec jest nieomylny, dostałam dwóję i więcej go o pomoc nie prosiłam.

Dopiero w 1968 roku, gdy miałam czternaście lat, zaproponował, że razem pojedziemy na wycieczkę Orbisu do Jugosławii. Lubiłam Go wtedy dręczyć – pływając, chowałam się za skały i patrzyłam, jak biega przerażony po plaży, szukając, gdzie jestem. Fundowałam Mu pięć minut nerwów i dopiero wtedy się wynurzałam. Podczas tego pobytu spytałam Go, dlaczego dopiero teraz zabrał mnie na wakacje. Odpowiedział: „A wiesz, bo ja nie lubię dzieci”.

Ale gdy urodziła się moja córka Weronika, pokochał ją bezgranicznie. Wybaczał jej wszystko, miał do niej wielką cierpliwość. Byłam nawet zazdrosna, że to, czego nie potrafił okazać mnie jako trzydziestoletni ojciec, okazał po sześćdziesiątce swojej wnuczce.

Ojciec niewątpliwie wpłynął na moje dorastanie i mój stosunek do mężczyzn. Był taki przystojny, cała Polska się w Nim kochała, więc ja wypierałam tę Jego urodę. Szukałam wyłącznie blondynów z niebieskimi oczami. Nie podobał mi się ani Mastroianni, ani Delon.

Chciałam zaimponować Ojcu, wychodząc za kogoś, kto nie będzie miał niższej niż On pozycji. Gdy w moim życiu pojawił się Daniel, który właśnie zaczynał międzynarodową karierę, grając w oscarowym „Blaszanym bębenku”, a po Kmicicu był ulubieńcem narodu, zdecydowałam się przedstawić Ojcu kandydata na męża. Moje małżeństwo z niewiernym Danielem nie było łatwe, to się rozstawaliśmy, to znowu schodziliśmy. Myślę, że dopiero widząc moje cierpienie, Ojciec zdał sobie sprawę z tego, ile bólu sprawiał Mamie swoimi romansami. Musiało Go to boleć podwójnie.

Gdy zaczynają się „Dzienniki”, Ojciec gra w Teatrze Polskim, u Kazimierza Dejmka, i jest rektorem PWST. I to już drugą kadencję. Po Jego wyborze Aleksander Bardini powiedział: „Habemus Łapam”. Bardini był mistrzem ciętej riposty i błyskotliwej puenty. Ojciec go uwielbiał, bardzo liczył się z jego zdaniem. Zresztą to u nas dziedziczne. Moja córka wspomina, jak w naszym mieszkaniu, podczas jakiegoś przyjęcia, Bardini uważnie się jej, wtedy pięciolatce, przyglądał, po czym rzekł: „Ty się będziesz bardzo nudzić w szkole”. A na odchodne dodał: „Ty się będziesz bardzo nudzić w życiu”.

Na siedemdziesiątych urodzinach Ojca Bardini powiedział do siedzącego obok na kanapie Dudka Dziewońskiego: „Zobacz, nasz Jędruś skończył już siedemdziesiąt lat” – bo obaj byli starsi o lat dziesięć. A w jego mowie urodzinowej znalazło się zdanie: „Łapicki długo trzymał się cyfry 69, ale kiedyś trzeba było skończyć ten etap”.

Ojciec uwielbiał być rektorem. Wchodził na zajęcia w sztruksach i w tweedowych marynarkach, pachnący elegancką wodą i opowiadał anegdoty. Ale gdy od studentów zaczęły Go dzielić pokolenia, postanowił się wycofać: „Oni nie mają pojęcia, kto to był Osterwa, co gorsza, nie wiedzą nawet, kim była Śląska czy Mrozowska. To jak ja mam ich uczyć”.

Wycofał się z uczenia, wycofał się z teatru. Zaszył się w domu i czytał książki, miał ich przy łóżku cały stosik. Głównie książki o czasach przedwojennych, wspomnienia, dzienniki. Bardzo mało fikcji, żadna tam nowa proza polska. Uwielbiał „Lalkę” Prusa, czytał ją co parę miesięcy. Pewnie spodobałaby Mu się wydana niedawno biografia Prusa, dowiedziałby się, ile lęków egzystencjalnych męczyło pisarza. W ostatnim tygodniu przed śmiercią Ojciec czytał biografię Szymborskiej. Interesowały Go życiorysy ludzi z Jego czasów, ludzi, którzy przeżyli wojnę, stalinizm, komunizm. I to, jak przejść przez te czasy suchą nogą. Postawiłam sobie teraz na półce Jego ulubione lektury i po kolei je zgłębiam – dzienniki Moniki Żeromskiej, Lechonia, Marii Dąbrowskiej. Patrzę na strony, których dotykał, i zostawiam na nich te same ślady co on. Ślady jakiejś pysznej czekoladki, którą lubił jeść podczas lektury.

Co pewien czas Ojciec udawał, że jest chory. Łatwo się przeziębiał, chore gardło, choroba zawodowa. Mówił po powrocie z teatru: „Te aktorki zawsze są chore, a ja muszę je całować na scenie”. Ale w głębi duszy był zadowolony, bo mógł się położyć do łóżka i czytać. W „Dziennikach” powtarza się motyw – „Grypa, leżę, czysta rozkosz”. Mam to po Nim.

Zuzanna Łapicka

1984

29 września – sobota

Dzień jak każdy, ale postanowiłem zacząć Dziennik. Wczoraj kręciłem „Dziewczęta z Nowolipek”[1] – nieduża to rola, ale trzy lata nie byłem na planie, więc wróciły wszystkie wspomnienia. Poza tym całowałem młodą dziewczynę – Marysię Ciunelis – kiedy to się skończy? Naprawdę nie powinienem już grać takich spraw.

Mieszkanie wynajęte do zdjęć było niezwykłe. Córki Chowańczaka – tego od futer – na Emilii Plater 9/11, dziwnym trafem niespalone. Zachowane nawet z bibelotami. Myśli – co by było, gdyby nie było Powstania? Stałoby miasto – europejskie, nie azjatyckie, jak teraz, i byłoby 20 tysięcy rodzin inteligenckich – co najmniej.

Ale nie byłoby: i tu różne daty naszego „bohaterstwa”. I co ważniejsze? Nigdy nie rozstrzygniemy tego. „My jesteśmy jak przeklęci...”[2] – właśnie skończyłem powtarzać tekst Poety, bo jedziemy do Krakowa. Zabawne, a i trochę wzruszające – 6 lutego 1945 r. debiutowałem na scenie Teatru Słowackiego w „Weselu”, z kosą. A teraz, po 40 latach, będę grał Poetę[3]. Myślę, że go gram rozumnie – tak go odbiera Tadzio Konwicki, Samsonowicz i inni rozsądni ludzie. Jak ktoś oczekuje egzaltacji poetyckiej, to już nie u mnie.

Dziś byłem w Szkole. Ostatnie przygotowania do inauguracji. Szkoła odmalowana, parę tygodni będzie czysto. Szletyński na szczęście przysłał depeszę, że nie przyjdzie – zaprosił go podstępem Faber. Ucieszyłem się. Ciekaw jestem, jak przyjmą przemówienie. Oczywiście najważniejsze są podteksty. Dyskusja o szkołach wyższych w „Przeglądzie Katolickim” – idiotyczna. Redaktor Mikke wyraźnie sterował w stronę kontestacji i spięcia z władzą, a myśmy z Radomską i Findeisenem po prostu byli obiektywni.

„Solidarność” przez dwa i pół roku – niemal trzy – nie mogła w podziemiu wypracować programu innego niż – nie. Nieszczęśni mediewiści z elektrykami nie mogą kierować dużym narodem – nie ma rozsądnych polityków. Aktorzy powinni się tym zająć. Reagan z Papieżem już to nieźle robią.

30 września – niedziela

Rano. Niedługo pójdę do kościoła. Ciekawe, czy dalej będzie pusto, czy już się to znudziło niektórym kolegom? Na Nowym Mieście nie ma podziemia politycznego, więc nie ma i atrakcji. Nudzi mnie granie Mrożka[4], wczoraj przyszedł do garderoby Dejmek i opowiadał o swojej rozmowie z Holoubkiem w sprawie „Fantazego”[5]. Obsada rzeczywiście – fantazyjna. Idalia – Cieślak, a Diana – Ciesielska, przy czym Respektowa – Łabonarska! Kompletny bezsens, ale u Gucia zawsze tak z obsadą.

Oczywiście podobnie jak Tadzio – Dejmek jest pod czarem Gucia, żeby nie powiedzieć, że obaj są zakochani w nim. I to taką starczą miłością, która widzi błędy i ułomności, ale kocha, bo to już ostatnia miłość. Ja zaczynam „Śluby”[6] osiemnastego. Patrzę na tego Janka w garderobie, ani on młody, ani nie ma tego słońca, które jest w Gustawie niezbędne – ale jest aktor. Zobaczymy. Skończyłem w nocy czytać Marczaka o teatrach przedwojennych. Nic nowego, ale lektura o tyle przyjemna, że przenosi w piękne czasy „Snu o Bezgrzesznej”[7]. Oczywiście, to był sen, który się nie powtórzy. Przed teraźniejszym snem zaaplikowałem sobie jeszcze „IV rozbiór Polski”[8] jakiegoś niezbyt inteligentnego pana. Ciekawe, że znowu zostałem zasypany stertą podziemnych wydawnictw. Pewno już tak będzie. Na wierzchu nieuznawana władza, pod spodem grupa nieprzejednanych, a pomiędzy – galareta, pijane, zdemoralizowane, osowiałe społeczeństwo. Szczęście, że mam tę Szkołę, gdzie wydaje mi się, że mam pewną niezależność, i coś się dzieje, w co wierzę i czego chcę. Choć ten margines coraz węższy.

Wysłałem życzenia do Radomskiej, Findeisena, Nielubowicza i Rakowskiego. Banda Pięciorga.

2 października

No więc inauguracja się udała. Nastrój był wspaniały. Tłumy, już dawno tyle osób nie przyszło. Władze przysłały siódmy garnitur. Przemówienie się podobało, dwa razy przerywane oklaskami – szczególnie za „takie chowanie, jaka Rzeczpospolita”. Treugutt mówił ciekawie, ale forma nudna, ciurkająca. Wspomniał o Jouvecie i o „Szkole żon”. Przypomniałem sobie swojego Arnolfa i pomyślałem, że w końcu nie przegrałem mojego aktorskiego życia, jeżeli postanowienie z 48 roku, żeby go zagrać, spełniłem w roku 79.

Było b. gorąco, piękny, ciepły dzień i oczywiście kaloryfery na cały regulator. Łomnicki był biedny, bo i mój jednak sukces, i przemówienie Ani Majcher, która powiedziała, że miała szczęście zacząć Szkołę w 81 roku, w nowej epoce i pod nowym kierownictwem, demokratycznie wybranym. Tadzio zrobił się fioletowy. Gratulował mi później, ale dużo go to kosztowało. A przecież to człowiek, dzięki któremu jestem w Szkole. Mało. Jedyny człowiek teatru, z którym lubię i mogę rozmawiać. A jako aktor – umie absolutnie wszystko.

Dziś w gazecie wczorajsza inauguracja w PWST na czołowych miejscach – włożyli mi w usta słowa, których nie powiedziałem. Ale widocznie, wg PAP, powinienem powiedzieć. Zależy im na tym, żeby mnie reklamować, ale jako lekko umoczonego.

Byłem na Sympozjum Strindbergowskim[9]. Upał i nuda. Ale chwała Bogu, i Magdzie Bibrich, za mój angielski. Bardini opowiadał mi nowinki z USA.

Zadzwoniłem do Tadzia Konwickiego, bo jedzie do Konstancina, uprzedzałem go co do wzmianki o inauguracji. Może go odwiedzę. Muszę dziś grać, bo Teleszyński ma opryszczkę[10], a nie chce mi się strasznie.

Szkoła się ożywiła, pełno młodzieży, to mnie trzyma, choć kiepsko się czuję. Mam jakieś bóle. Wziąłem vegentalgin, pewno zasnę na scenie.

3 października

Ciekawe spotkanie w sprawie mojej inicjatywy – dyskusji w Szkole o teatrze. Meller, Zapasiewicz, Treugutt. Przyjemnie porozmawiać z inteligentnymi ludźmi.

Ustaliliśmy, że pierwsze spotkanie będzie na temat – tekst a forma, albo prościej – literatura a teatr. Tytuł niezły: „Teatr dwóch wrogów”. Zaprosimy Dejmka i Grzegorzewskiego – niech się kłócą. Może to być jedyne forum, gdzie będzie można poważnie porozmawiać o teatrze.

Rano u lekarza – w porządku.

Po południu straszny mecz w TV: Pogoń – FC Köln[11]. Polska niemożność. Jak mogła „Solidarność” wygrać, jak Polacy nie umieli strzelić dwóch karnych!

5 października

Machowski dostał zawału, więc Dejmek mnie ubłagał o zastępstwo w „Wyzwoleniu”[12]. Nawet dość skwapliwie się zgodziłem, żeby uciec trochę z Warszawy.

Dejmek zgodził się wziąć udział w dyskusji w Szkole – będzie ciekawie. Jego ostatni wywiad w „Zdaniu” jest, jak na nasze stosunki, nieprawdopodobny – dokopał wszystkim. Opozycji, władzy, a przy okazji przekornie pochwalił ZASP. Gucio podobno udzielił mu nagany. Widziałem dzisiaj Gucia, jak z kwaśną miną wysłuchiwał zachwytów Szczepkowskiego nad moim przemówieniem. Strasznie jest zazdrosny o wszystkich, którzy działają i mają jakąś tam pozycję.

A więc Kraków – dawno tam nie byłem. Na opowieści o Machowskim, że podobno nadużył jakiejś panienki, rzuciłem uwagę, że trzeba wiedzieć, kiedy przestać, czym wywołałem niezrozumiałą wesołość.

6 października

Ciepło, piękny dzień, ale na próbie zimno jak w psiarni, nie wiadomo, kiedy ten remont się skończy. Jak zawsze po wakacjach wszyscy się kochają. Machowski miał drugi zawał, pęknięcie tylnej komory. Groźne.

Zmierzyłem kostium. Ze 30 kilogramów. Infuła z maską trupią – żebym wiedział, tobym się nie zgodził. Przecież ja się w tym wywalę w Krakowie.

Daniel na szczęście wraca jutro, więc nie muszę po niego jechać. Od czwartku ma film we Włoszech[13]. Jego wyjazd przyda się mojej córeczce.

Wieczorem mam próbę z „Wyzwolenia”. Perspektywa ucieczki z Jasnej Polany trzyma mnie przy życiu, choćby na tydzień!

9 października

Ale awantura. Wczoraj, ledwo przyjechałem do Szkoły z angielskiego, którego masę zapomniałem, wpadł Bortkiewicz, że KW szaleje z powodu mojej mowy inauguracyjnej – że mówiłem o Jałcie[14], że takie chowanie, jaka Rzeczpospolita[15], że łzy po „S” itd. Wzywali go dwa razy. I PWST została oceniona najgorzej ze wszystkich uczelni. Nawet gorzej od UW, gdzie połowa młodzieży wyszła w czasie przemówienia sekretarza partii. A czego oni się po mnie spodziewali? Górska mówi, że to b. dobrze, bo wszyscy odetchnęli. Bali się, że będę kompromisowy, a tu zobaczyli, że przypieprzyłem. Poinstruowałem Bortkiewicza, co ma mówić w KW, gdzie go obsobaczyli – „No i macie swojego rektora!”.

W niedzielę widziałem Prymasa, stałem w Bandzie Pięciorga i powiedziałem mu na ucho: „Polecenie wypełnione, Eminencjo” – roześmiał się. Swoją drogą, nikt nie przypuszczał, że przyjedziemy w komplecie. Przemówienie Prymasa apolityczne – o moralności. Dziś jadę do Krakowa – oderwę się od tego całego kociołka.

17 października

No, długo mnie nie było. Kraków ciekawy. Przede wszystkim sprawdziłem, czy potrafię jeszcze zrobić zastępstwo. Bez trudu. Sceniczny prymas wypadł dobrze.

Tekst i koncentracja, a więc nie jestem taki stary. „Wesele” bardzo się podobało. Entuzjazm, nadkomplety, kwiaty. Nie przypuszczaliśmy. Męczyłem się, bo byłem chory, grypa, febra i sześćdziesiątka, a miałem grać amanta. Jeździłem do szpitala, nawet między przedstawieniami, na inhalacje.

Z innych ciekawostek. Byłem na pogrzebie Majdrowicz. W życiu jej nie widziałem, ale Węgrzyn powiedział, że choć była taka piękna, nie mógł z nią grać, bo zapach. Więc poszliśmy sprawdzić ze Szczepkowskim. Na pięknym cmentarzu Rakowickim grupka ludzi, w tym krucha staruszka: „Czy pan specjalnie przyjechał z Warszawy?”. „Tak”. „Mój Boże, to by się Marysia ucieszyła!”.

Poza tym P. wydała kolację – dom jak ze „Zbrodni i kary”, za oknem pociągi. W oczach ma lęk przed utratą Janka E., a jest b. fajna, dowcipna i do podobania się. Była jeszcze Dymna – dla mnie do towarzystwa. Janek zrobił spaghetti. Było miło. Ale Janek za daleko zabrnął, a zdaje mu się, że z tego łatwo wyjdzie.

Z kobiet z mojego życia – spotkałem się z Michałowską i przegadałem dwie godziny, po czym wróciłem do zimnego hotelu – trochę się zmieniłem.

Dziś byłem na inauguracji lalkarzy w Białymstoku. Był I sekretarz, PRON, prezydent – i bardzo dobrze, niech się oddzielą od stołecznej PWST.

Wieczorem pędziliśmy, bo mecz z Grecją[16]. Z trudem 3:1.

Jednak co do Dziekanowskiego miałem rację, i Tadzio przyznał. Zosia nocuje u Zuzi. Dziwne, ale na Karłowicza lepiej się czuję nerwowo. Jutro pierwsza próba „Ślubów”.

21 października

Tekst „Ślubów” nad podziw żywotny. Bałem się, że przez szkolną nudę się nie przebijemy, ale trzy próby, i to bardzo udane, mam za sobą. Ale wszystko to nieważne w związku z porwaniem X. Popiełuszki. Za Gierka były pożary – jak w Petersburgu i Moskwie, a teraz porwanie – ruska specjalność. Nie wiem, czy naród to rozumie, ale to jest jedyne wytłumaczenie.

Kościsty paluch Katarzyny sięgnął aż pod Bydgoszcz. Jak Repnin biskupa Sołtyka. Może to mieć nieobliczalne skutki. Łącznie z obaleniem tej ekipy i z ruską bez osłonek już dominacją.

X. Popiełuszkę pierwszy raz zobaczyłem u strażaków w grudniu 81 r. Miał nad głową aureolę X. Skorupki. „Oho – pomyślałem – on nie umrze w łóżku”. Będziemy mieli nowego świętego.

24 października

W sprawie X. Popiełuszki nic. Lis ogonem zaciera ślady. Szczepkowski przyniósł mi dość głupio zredagowany „Apel do rodaków”. Nie podpisałem, bo sformułowania były nie do przyjęcia. Co nie zmienia faktu, że ta władza też jest nie do przyjęcia: w poniedziałek było partyjne spotkanie z Kubiakiem i Świrgoniem. Poszedłem, bo uważałem, że nieobecny byłem długo – potem żałowałem. TV – cały czas mnie filmowano, na zmianę z Kłosińskim. Tymczasem, zamiast hańby wieczornej, w „Dzienniku” nic! Ani mnie, ani Hübnera, ani Warmińskiego – nie jesteśmy im potrzebni, wbrew lirycznym apostrofom Kubiaka. Dookoła tłum o twarzach z Bruegla – napiętnowanych grzechem, sprzedajnością, fałszem. Takiego zbioru nigdy dotąd, przez 40 lat, nie widziałem. Zaczęła się wymiana elity. Nie ma racji Dejmek, że coś tam chce ratować. Pójdziemy na śmietnik.

Najuczciwsza wypowiedź Siemiona: „My tu gadu, gadu, a tam porwali X. Popiełuszkę”. Myślę, że mu tego nie darują. Tak jak Świrgoń nie darował Dejmkowi Holoubka, którego ten wspomniał. „Dlaczego pan Dejmek nie interesuje się losem Kłosińskiego?” – czysty stalinizm. Nie ma tu już nic do roboty. Póki się da, będę się ostrzeliwał w Szkole – to rzeczywiście ostatnia enklawa.

2 listopada

Jutro pogrzeb X. Popiełuszki. Komunikat o znalezieniu ciała, choć wszyscy się tego i tak spodziewali, uderzył w łeb. Jednak Jaruzelski chce do końca wyjaśnić – ma szansę, żeby tylko nie srał tak przed Ruskimi. Ciekawe, czy te telefony do mnie z wyrokami śmierci w czasie bojkotu to ta sama firma? Pewnie tak. Skończyło się na kupach pod drzwiami i wybiciu szyby w samochodzie. Chcę pójść na pogrzeb, tylko jak się dostać? Dziś będę u Prymasa, mam referować sprawę pomnika kardynała Wyszyńskiego.

Ksiądz kanclerz Król mnie o to prosił, więc niech mi ułatwi pójście do kościoła. Co to się będzie działo! Szczepkowski zdziwiony. Nie chciałem podpisać, a na pogrzeb się wyrywam. Nie chciałem podpisać, bo nie będę podpisywał cudzych głupstw. A tu jest tylko moja decyzja.

W teatrze „Śluby” nie mogą się rozkręcić. Ciągle kogoś nie ma, a teraz nawet sceny. Nie wiem, czy zdążę na 20 grudnia.

Byłem wczoraj w Łodzi. Helena[17] coraz mniejsza, siada na łóżku jak kupka nieszczęścia, maleńka, pokręcona staruszeczka, tylko mózg jej chodzi. A kiedyś rzucała dyskiem i była piękna. Na grobach tłok i ładna pogoda. Dziś też pięknie i ciepło. Muszę sobie przygotować przemówienie do Prymasa.

10 listopada

Dawno po pogrzebie Popiełuszki. Był wspaniały. Wolna Polska na pięć godzin. Nastrój podniosły, ale nie podniecony. Raptem oficjalnie się mówi: Krajowa Komisja „S”, Wałęsa, tłum krzyczy: „Solidarność”! Transparenty. Przemówienia dobre, Prymasa b. dobre, wyważone Wałęsy, ostre, ale ładne Szczepkowskiego.

Wczoraj komitet budowy pomnika – kanclerz dziękował, bo przeparłem Prymasa, który nie chciał tego projektu. W końcu się zgodził, po mojej argumentacji, i dał błogosławieństwo. Ale przed komitetem był telefon z KC, Ziętek, który w kwietniu polecił mnie zawiadomić, że nie będę rektorem, najsłodziej prosi o spotkanie. Był o trzeciej w Szkole. W imieniu Generała, żebym się zgodził na nominację do Narodowej Rady Kultury. Poprosiłem o czas do namysłu. Słodziutko poprosił, żeby odpowiedź dać dziś, i że Generał rozszerza Radę o osoby w moim rodzaju.

Strasznie się zdenerwowałem. Zacząłem konsultacje. Samsonowicz – stanowczo tak, jedyna szansa, żeby poprzeć Jaruzelskiego. Szczepkowski – bezwzględnie tak, bo inaczej środowisko będzie skreślone, a on bierze na siebie bronienie mnie przed głupimi atakami, Holoubek – tak. Noc nieprzespana, jeszcze rano Meller – tak. Zadzwoniłem do Ziętka – szał radości.

W poniedziałek o 8.45 do Generała po nominację. Przestaję być dziewicą. Poza tym kończę 60 lat – dostałem śliczne 60 róż od I roku. Od poniedziałku nowa era – ale jaka?

16 listopada

Jedenastego b. miłe urodziny. Mellerowie, Samsonowiczowie, Dziewońscy, Maja, Holoubkowie, Konwicki i Szczepkowski. Przyjechał Daniel.

Rano dwunastego do Generała[18]. Szok. Zamiast oczekiwanej opozycji – Szletyński, Auderska, Bratny itp. Myślałem, że już dawno są w tej Radzie. Od szatni począwszy – mała apokalipsa. Szatniarz nieogolony, w brudnym swetrze, jakieś sprzątaczki – brudy, sekretarka w przepoconym różowym sweterku. I głowa państwa.

Generał wesolutki, Suchodolski sklerotyczny. Stoję koło Marczewskiego (tak samo przerażony jak i ja) i Majewskiego. Po wręczeniu nominacji gratulacje od Żygulskiego, który z diabelskim uśmiechem mówi: „Mamy pana!”. Dalej czerwoniutki Nawrocki coś bełkocze, szczęśliwy Rakowski, wychodzę z uczuciem potężnego kaca. W teorii wszystko wygląda lepiej i słuszniej.

Dni mijają, do mnie nic nie dociera, ale wiem, że bomba pękła. Na drugi dzień lista członków Rady, nieprawdopodobne figury. Myślę, że tego nie spodziewał się nikt z tych, co mi doradzali, a najmniej ja. O ile wiem, do dziś nikt nie uważa, że jestem świnia, natomiast, że to błąd. Meller i Holoubek podtrzymują, że to była słuszna decyzja. Ja też tak uważam, ale nie podejrzewałem, że jestem aż tak ważny dla ludzi. Żałoba. Jak to wytłumaczyć? Myślę, że czas pokaże, a już jest jakiś numer z ustawą, więc może będzie okazja do jakiegoś wystąpienia. Dziś jadę do Wrocławia z Mrożkiem na festiwal, więc się trochę rozerwę.

22 listopada

We Wrocławiu b. przyjemnie. Miły nastrój, publiczność świetna, Dejmek miły, a Englert jak syn. Odpocząłem, odespałem, choć graliśmy trzy razy w dwa dni, i dwie noce w sleepingu. Wieczorem dziewiętnastego koncert u Niewęgłowskiego, ciotki „S” mają za złe (Homerska), ale rozumieją, że konieczność. Koncert blady, choć gwiazdy, z Danielem, który jedyny ma brawo – (biedny emigrant). Prymas bez wyrazu. Publiczność wdzięczna.

Na drugi dzień telefon od Janasa – „Ja umrę przez pana” i „Niech pan wpadnie jutro”. Środa rano jestem – Janas z Roguskim – „Po co to panu?” itp., „Niech pan już skończy z tym Kościołem” itd. Mówię śmiejąc się, że chyba z tego powodu jestem, z najwyższą przykrością zresztą, w Radzie Kultury, bo był potrzebny jeden taki jak ja. On na to: „Ale wie pan, że Oni nie dają mi żyć, bo ja za pana zagwarantowałem”. „Oni” tzn. – beton, Ruscy i wszyscy razem.

Naśmialiśmy się przy kawce, jak to cynicy, ale powiedziałem, że nie widzę powodu, żeby się zmieniać. Na to Janas: „No to niech chociaż o tym koncercie i pana w nim udziale nie piszą. Ja też, jak pan, służyłem do mszy”. A raczej powiedział: „My dwaj służyliśmy do mszy”. Roguski nie, bo był w ZMP. Załatwiłem Nyczaka dla Szkoły i stypendia dla reżyserów.

Holoubek uchwalił ze Szczepkowskim, żebym poszedł do Jaruzelskiego. „Chyba zwariowałeś – mówię. – Ja mam z Janasem dobre układy, więc nie widzę powodu do skarg”. Dziś Dejmek znów mnie lansuje na prezesa ZASP-u. Powiedziałem, że, pominąwszy absolutny brak czasu, zgodzę się, jeżeli odbędzie się sejmik i Szczepkowski przekaże władzę. Co, oczywiście, nie nastąpi. A z Chamcem i Kossobudzką rządził przecież nie będę.

2 grudnia

Imieniny b. miłe. Kwiatów pełno i wszyscy chcą dać odczuć, że mnie szanują czy lubią. Dużo telefonów, np. Szaniawski, że jest ze mną, Markuszewski, że mnie szanuje i podziwia, itd., itp., oczywiście to wszystko związane z tą pieprzoną Radą, widocznie doszło, gdzie trzeba, po co i na skutek jakich konsultacji się zgodziłem. Poza tym próby. Nawet chyba nieźle te „Śluby” się zapowiadają. Szczepkowska, Seniuk, mężczyźni słabsi, ale na poziomie. Źle się czuję, czyżby to już?

Miałem zdjęcia do „Dziewcząt z Nowolipek” na cmentarzu i ledwie stałem na nogach. Wczoraj była fuksówka. Słaba, ale młodzież b. miła, grzeczna, aż chyba za bardzo. Obejrzałem „Otella”[19] na wideo, Daniel rzeczywiście świetny.

Idę do kościoła, jedyne miejsce oprócz Szkoły, gdzie oddycham.

9 grudnia

Siódma rano. Nie mogę spać. Wczoraj Dejmek dość brutalnie mi powiedział, że we Wrocławiu mnie i jego objechali za „Letni dzień” Mrożka. Zanim złapałem oddech, już poszedł. Potem sobie przypomniałem, że przecież I sekretarzem jest tam Balicki, ciemna postać. Wywołał aferę Szczepańskiego z nami, związaną z bruderszaftem[20]. Trudno, żeby nas we Wrocławiu wychwalano. W każdym razie zdenerwowałem się. Pod koniec życia nie mam już siły na te gówna. Poza tym Dejmek powiedział, że Ziębiński wybłagał u niego mnie na Stanisława Augusta. Sam nie wiem – grać na Pradze? A może w ogóle nie grać?

Próby „Ślubów” idą dobrze. Zobaczymy.

Kiedy wracałem, zatrzymała mnie grupa młodych chłopców z jakimś rannym narkomanem – pociętym, z krwią tryskającą z rąk. Żeby podrzucić do pogotowia. Powiedzieli, że bezskutecznie zatrzymywali ze 20 samochodów. Ludzie się boją.

Umarł Leszek Prorok, pojechał po benzynę i umarł. Pewno się zdenerwował, jak ja Dejmkiem. Zabawne, że w lecie postanowiłem sobie wzmóc działalność polityczną i zagrać króla Stasia. Polityka to, jak na razie, ta pieprzona Rada Kultury, ale Stasia chyba jednak zagram.

Dejmek wciąż namawia, żebym był prezesem ZASP-u. Bez zgody Szczepkowskiego to niemożliwe, a on się nigdy nie zgodzi, bo przecież nie po to się wykreował na bohatera, żeby rezygnować. Ciekawe, mam dziwne przeczucie, że jeszcze coś będę musiał wykonać. Politycznego. W każdym razie nic bez akceptacji tych, którzy jednak, czy mi się to podoba, czy nie, tworzą opinię. A tego niewysokiego króla Stasia zagram dla siebie. To też polityka.

15 grudnia

Dobijam celu ze „Ślubami”. Mnie się podobają. Szczepkowska idzie na kreację. Najsłabszy Englert, co było do przewidzenia, ale... pomimo to są „Śluby”. A może mi się wydaje? Będę grał króla Stasia, jeżeli Ziębiński się nie przestraszy, bo coś się na mnie skrzywili w Radzie Narodowej, że dlaczego ja i co się za tym kryje. Dobre – członek NR Kultury – podejrzany. Bo też nikt nie wierzy w mój szczery akces. Jak powiedziała Kalina przez telefon – robię za Wallenroda[21]. Przyjechali Francuzi z paryskiego Conservatoire[22] – b. mili. Nasi się prześcigają w gościnności. Zobaczymy, jaki będzie rewanż w Paryżu. Mamy jechać w końcu kwietnia. Byli dość biedni na „Weselu”, wytrzymali do końca. Uprzejmi.

Święta się zbliżają, o czym myślę z dreszczem. Biedna ta Zuzia. Robię, co mogę, żeby jej osłodzić życie. Jutro pokażę Francuzom przedstawienie dyplomowe Strzeleckiego[23] – powinni ocipieć.

23 grudnia

Więc po premierze. Udała się. Chyba, jak mówi Korzeniewski, pierwsze „Śluby” od 40 lat. Bardzo chwalił przedstawienie, że fredrowskie i że z miłością zrobione. Zresztą ogólny zachwyt albo zazdrość, co na jedno wychodzi. Dejmek mi podniósł stawkę, z 60 na 90, co jest u niego najwyższym dowodem uznania. Miałem tydzień ożywiony, bo i Francuzi, i generalna. Francuzi wszystkim zachwyceni, ich pokaz się podobał. Świetna Mulatka, reszta średnia albo wcale, ale prawidłowo uczeni. Zobaczymy, jak my wypadniemy u nich. Wydałem obiad w Wilanowie.

W ambasadzie francuskiej przyjęcie. Jak powiedział ambasador: „Dzięki panu tu się spotykamy”. Jedzie do Moskwy. Dla niego awans, ale żeby nie przyjechał za niego jakiś palant. Chyba powinienem dostać order, i od Mitterranda, i od Jaruzelskiego, za przełamanie blokady. Ci Francuzi to pierwsza wizyta oficjalna od 13 grudnia.

Lubię te „Śluby”, siedzę codziennie z przyjemnością, i to nie dlatego, że sam zrobiłem. Szczepkowska rewelacyjna – nowa epoka w graniu Anieli. Dziś wydaję mały bankiecik.

Byłem u Radomskiej, zebranie rektorów z Białkowskim, którego minister zatwierdził. Findeisen uważa, że w razie zmian w ustawie o szkolnictwie wyższym[24] trzeba się podać do dymisji. Ja tak nie uważam, bo trzeba bronić do końca, aż do wyrzucenia, co, myślę, jednak nie nastąpi. Dostałem album „Dni Powstania”[25] – wstrząsające zdjęcia, z których jasno wynika, że Powstanie było bez sensu.

Zawsze nam się zdaje, że powinniśmy mieć inne prawa. Strzelamy do Niemców i dziwimy się, że nas rozstrzeliwują. Chcemy zrobić strajk generalny i wywrócić stalinizm czy socjalizm, czy jak to się nazywa, i dziwimy się, że nas internują. Wolałbym to samo robić, tylko po męsku, tzn. nie dziwić się, że przeciwnik używa przeciwko nam siły. To jest normalne, z tym trzeba się liczyć. Nie mamy specjalnych praw.

Widziałem świetny film Titkowa o Konwickim, jestem tam we fragmentach. Nie byłem złym aktorem. Englert nawet twierdzi, że jedynym. Dobrze, że zostaną po mnie tu i ówdzie jakieś fragmenciki, i może trochę pamięci.

29 grudnia

Święta mokre i trudne, szczególnie Wigilia. Kiedy to się skończy. Biedna Zuzia i Zosia, która jest za gosposię. Bez sensu. Jedyna ucieczka to teatr, co zresztą przewidziałem 20 lat temu. „Śluby” coraz lepsze. Wczoraj byłem u Prymasa z Bandą Pięciorga powiększoną o rektora Białkowskiego. Nie mogli wyartykułować nowych kłopotów, więc zwięźle przedstawiłem sytuację w związku z nowelizacją ustawy. Nie jestem zdania, że należy robić jakieś gwałtowne ruchy. Trzeba bronić, ile się da i jak długo się da. Prymas myśli to samo, a i Białkowski też. Zobaczymy.

Przyszło mi na myśl, czyby nie zagrać w „W małym domku” Rittnera. W poniedziałek rozmawiam z Dejmkiem o tym i o królu Stasiu na Pradze. W końcu ten rok zamykam – „Letnim dniem”, „Weselem” i „Ślubami”. Nie najgorzej. W Szkole wybrano mnie po raz drugi, a dyplom zrobił furorę. Też dobrze.

Jedyne minusy to zmniejszający się margines wolności i ocieranie się o władzę, wiedziałem, że to nieuchronnie nastąpi. Z plusów jeszcze wizyta Conservatoire i perspektywa Paryża. Przykrzejsze, że się starzeję, i czuję to fizycznie. Stąd, myślę, to przyspieszenie działalności. A może lepiej odpuścić i chodzić do Łazienek?

1985

2 stycznia

A więc już po wszystkim i zaczynamy na nowo. Stary rok skończył się marnie – „Cyd”[26] w Ateneum okropny. Hanuszkiewicz z głupoty z drugiej części zrobił farsę. Nie rozumie, nieuk, że to tragikomedia, tzn. tragedia ze szczęśliwym zakończeniem, i nic więcej. A tu, po nudnej, retorycznej pierwszej części – Labiche i piosenka! Daniel nie wie, co gra – nie warto było sprowadzać na to Francuzów (18!).

Na widowni cała Warszawa (a niech ją cholera!) i ten taki swąd.

Na sylwestra siedzieliśmy w domu i było b. dobrze. Zuzia powiedziała, że Ateneum ma ciekawy repertuar: „Złe zachowanie” i złe przedstawienie.

Byłem dziś u Żygulskiego w sprawie odbudowy Teatru Szkolnego – dałem mu projekt Cieślaka z planami i dokumentacją. Przełknął gładko i powiedział, że to dobra idea – a więc może w 2000 r. będzie teatr na Miodowej? Ze „Ślubów” wspaniała recenzja Misiornego, który nareszcie, jak widać, może pisać o mnie, jak chce – nadrabia zaległości i donosi o wyklaskaniu Kłosińskiego. W poniedziałek nie mogę nie iść na przyjęcie noworoczne do Żygulskiego, a raczej ob. Jaruzelskiego, bo to w Radzie Ministrów. Nie mogę odbudowywać teatru i jednocześnie się odwracać plecami. Meller był dziś u mnie – ma inteligentne plany i z nim jednym mogę inteligentnie rozmawiać. À propos, ten reżyser Daniela z „Przeminęło z wiatrem” – Daniel Benoin, też inteligentny, powiedział, że „Cyd” to sztuka polityczna i myślał, że to tak w Polsce będzie grane. Ja dodałem, że w polskich kostiumach, co on z entuzjazmem zaakceptował. Przecież Jan Zamoyski dał prapremierę w 1660 r. – rozumiejąc, że Maurowie to Szwedzi – i na siebie wskazując jako na Cyda – przeciwko Sobieskiemu, który był wtedy ze Szwedami.

Dziś aż się prosi, żeby tak to zagrać!

12 stycznia

Jak mówi Englert: „Ty to masz szczęście”. Byłem na przyjęciu – Rakowski mnie ściskał, Jaruzelski się podniecił i dziękował, że zechciałem przyjąć zaproszenie, a ani w „Dzienniku” nie byłem, ani, co już zgoła zakrawa na cud, nie zostałem wymieniony w gazecie. Byłem i nie byłem. Krasowskiemu to, że byłem, uniemożliwiło atak na mnie w KW – dla opozycji, że nie byłem, to plusik. Ale w ogóle atmosfera się zagęszcza – nowelizacja tuż-tuż. Banda Pięciorga ciągle się konsultuje.

I jednak, jeżeli Sejm uchwali nowelizację, trzeba się będzie podać do dymisji. Uchwaliliśmy, że muszą się ostać przynajmniej dwa punkty – obieralność rektorów i wybieralność przedstawicielstwa młodzieży – to jedyne i minimalne wymogi demokracji. Poniżej tego jest już stalinizm i nie możemy się na to zgodzić. Niech bomba wybucha. Oczywiście szkoda Szkoły, ale są tzw. pryncypia, których obrona po latach zostanie oceniona. Więc znowu napięcie.

Teatr Polski nie gra. Ze „Ślubów” recenzje raczej dobre albo bardzo dobre. Misiorny napisał panegiryk, ale na przyjęciu ode mnie uciekał. Zabawne, że jednak jestem trefny. Daniela opieprzają, i słusznie, zagrał Cyda kompletnie bezmyślnie. Odgrywa się na Zuzi. Tam sytuacja nie do wytrzymania!

Wieczorem w radio proces zabójców X. Popiełuszki. Obnażone organy – nie do wiary. Wszystko jakieś splątane – ataki na Kościół pomieszane z atakami na SB. Co się dzieje? Nowelizacja to chyba ustępstwo dla twardych za Popiełuszkę.

19 stycznia

Tydzień angielski. „Czarownice z Salem”[27] na przyzwoitym poziomie – ciekawa technicznie inscenizacja. Największy sukces to mój, bo okazuje się, że mówię po angielsku. Na przyjęciu w British Council nawet dobrze mi szło. Wczoraj spotkanie w ambasadzie brytyjskiej. Jedzenie wspaniałe. Mówiłem po angielsku, czym wzbudziłem popłoch u kolegów, bo przez 60 lat się do tego nie przyznałem. Po francusku z ambasadorem Francji i po niemiecku z p. Brühl[28] (!) z RFN. Już na schodach złapała mnie brytyjska ambasadorowa, że chce przyjść na dyplom: zabawne, że jak się rozluźniłem, to mi poszło marnie. Ale w poniedziałek pochwalę Bibrich, to ona sprawiła ten cud.

Poza tym Rakowski prosi na trzydziestego w sprawie nowelizacji. Przygotowałem sobie przemówienie i chcę pierwszy zabrać głos, żeby nadać ton dyskusji. Z Mellerem pouzgadniałem to i owo. Uważa, żeby dymisję złożyć w ostateczności, ale oglądać się na UW, a nie na Findeisena i Radomską. Stawia na prorektora Mączaka. A tymczasem w ambasadzie Dobrowolski mi mówi, że Mączak oprotestowany. Zobaczymy.

W poniedziałek Senat, mamy ich delikatnie przygotować do sytuacji – niewiadomej, ale mam złe rokowania. Czuję, że jeszcze odegram jakąś rolę. Ludzie wiedzą i nie wiedzą, czy byłem na przyjęciu. Więc to wzmaga tajemniczość wokół mnie. A to atut polityczny. W Szkole wszystko się rozwija jak należy. Sesja Witkacego, wyjazdy zagraniczne i szara codzienność, ale najważniejsze – sesja zimowa.

W teatrze grywam i w lutym zaczynam Stanisława Augusta[29]. Czytałem powtórnie książkę o nim Cata-Mackiewicza. Napisane w 53 r. Niesłychana zbieżność z sytuacją. I zbieżność konfederacji barskiej[30] z „S”. W plusach patriotycznych i minusach ciemnogrodu. Myśleć, myśleć, myśleć! Właściwie tylko z Mellerem rozmawiam szczerze.

22 stycznia

Odwilż. Nuda. Wydaje się, że to krzątanie się nie ma wielkiego sensu. Ale przestać, jak dziś, kiedy w ogóle nic nie robią – to umrzeć. Najlepiej, jak czytam – teraz pamiętniki Stanisława Augusta, albo rozmawiam z ciekawymi lub co najmniej inteligentnymi ludźmi.

W sobotę byliśmy u Samsonowiczów. Był Geremek, Klemens Szaniawski, właśnie oprotestowany prorektor UW Mączak – właściwie mógłby się ukazać felieton w „Trybunie”, że SB wkroczyło na tzw. imieniny. Ale Geremek jest inteligentny, otwarty i chłodno ocenia sytuację. Nareszcie ktoś bez mistycznego zamętu. Przyjęty byłem przez to całe towarzystwo b. dobrze, co znaczy, że Radą Kultury nikt się nie przejął. Co zresztą źle mi robi w drugą stronę, bo przodów u władzy też nie mam, czyli w sumie jest b. dobrze.

W niedzielę b. ładny Szekspir. Coraz lepiej czuję się w angielskim. W poniedziałek z Bibrich gadałem jak nigdy. W Szkole od rana ambasadorowa się dobija o bilety na dyplom. Posłałem z bilecikiem.

Senat udany, ostrzegłem przed możliwymi skutkami nowelizacji, a Lasocka ze mną zręcznie rozegrała sesję, tzn. żeby nie było sesji (a co za tym idzie jubileuszu, orderów itp.), ale sympozja, począwszy od 30. rocznicy śmierci Zelwera (16 czerwca). Z Zuzią nadal kłopoty.

Bibrich mnie zapytała, czy – bo przecież, wg niej, zrealizowałem się w życiu – zacząłbym je drugi raz tak samo. Odpowiedziałem, że nie, i że chyba bym był blisko polityki, tylko – jakiej i gdzie?

2 lutego

Najciekawsze wydarzenie to obiad u Rakowskiego. Najpierw wódeczka, potem indyk w maladze, rosół, zraz, lody, kawa, koniak. Nieprzyzwoite i ruskie.

Potem on przyznał, że ustawa to jego błąd, bo została uchwalona przedwcześnie i wykorzystana antysocjalistycznie. Do końca lutego proszą o konsultacje, a jak będziecie przeciwko, to i tak ją przeprowadzimy bez was. To cena za głowę Piotrowskiego. Potem dużo o geopolityce. Czekałem, żeby się wstrzelić jako pierwszy. Byłem spięty, ale udało mi się. Powiedziałem, że w 81 r. kłóciłem się z Kubiakiem, co można było zobaczyć w TV, o ustawę, ale o jakie szczegóły, to już dziś nie pamiętam, a pół roku później ta sama ustawa zrobiła się za liberalna, bo był stan wojenny. Spytałem o to, dlaczego dziś, przy stabilizacji, w roku wyborów, chce się wywołać konfrontację, bo przecież termin jest tak krótki, że nasza odpowiedź też będzie krótka – nie. I dodałem, że ocena sytuacji przez władzę jest mylna, bo szczególnie wybory wykazały obopólną dojrzałość – 96 proc. rektorów zostało zatwierdzonych, a więc mamy porozumienie (tu Żygulski się zżymał). Dlatego w sprawie projektu nowelizacji zgłaszam formalny wniosek (uzgodniony z Bandą Pięciorga): utworzenie komisji mieszanej – rząd, Rada Główna Szkolnictwa Wyższego i rektorzy – która tę nowelizację przygotuje. Tu Rakowski zastrzygł uszami. Ale poza dwa punkty nie można się posunąć – wybieralność rektorów i wybieralność przedstawicielstw młodzieży. Inaczej wszystko runie.

Potem mówili, popierając mnie, Zieliński, Ekier, Kluba kluczył – trwało to przeszło trzy i pół godziny. Rakowski podsumował raczej w anegdotach i strasząc Sowietami: „Panowie rektorzy, u jakiego sąsiada jest taka wolność jak u nas!”. Pewnie.

Skończył i dopiero wstając, zwrócił się do mnie: „Pański wniosek muszę przedstawić Generałowi”. Findeisen uważa, że to sukces w połączeniu z rozmową Radomskiej z Kiszczakiem, może to przyniesie jakąś zmianę. Pewno od 1 kwietnia będzie nowelizacja, tylko w jakim zakresie? A więc dymisja? Zobaczymy.

Dejmek chce ją złożyć, bo nie pozwalają grać „Nie-Boskiej komedii”. Na razie prosi mnie o zagranie w „Miraklach” Henryka Bardijewskiego[31] – nie mam ochoty, bo wolałem grać Króla na Pradze. Wszystko zaczyna być lekko bez sensu.

10 lutego

Skończył się proces. Początkowo, jak się wydawało, uczciwy, raptem skręcił w sowiecką stronę i zrobił się procesem przeciw Kościołowi. Wystarczył jeden telefon z KGB i Piotrowski w ciągu kwadransa z oskarżonego stał się oskarżycielem, i to zręcznym. Wygląda, że ta ekipa przegrywa. Za dużą cenę będziemy musieli zapłacić za ten proces. Przede wszystkim inteligencja i mój światek – świadczy o tym zarówno spotkanie z Rakowskim („Nam już lojalność nie wystarcza!”), jak i felieton Rema, czyli Urbana, przeciwko Fronczewskiemu, który się tłumaczy z przyjęcia u Żygulskiego. Swoją drogą, dlaczego mnie nie było na liście w gazetach ani w TV, nikt do dziś nie rozumie. Sprawa Fronczewskiego będzie pretekstem do ostatecznego rozprawienia się z aktorami, którym bojkotu nigdy nie darują. Jeżeli dodać nowelizację ustawy i weryfikację kadr, mamy perspektywę końca już bliskiego, bo wszystko ma być zamknięte do 1 kwietnia. Myślę, że jeżeli nie podam się do dymisji na skutek nowelizacji, to polecę z weryfikacji.

Jutro idę do Glempa. To też będzie hak ostateczny na mnie – ale chcę to robić i muszę. Powiem dość ostro o sytuacji – co oczywiście będzie doniesione. Za parę dni – wezwanie ob. Janasa do KC itd., itp. Sytuacja bez wyjścia – broniłem się trzy lata, ba, przeszło trzy lata, i tak sukces. Na żaden kompromis więcej mnie nie stać.

Żal trochę Szkoły, tym bardziej że sesja b. dobra. Wszystko idzie do przodu i pomyśleć, że jednego dnia runie.

Na razie Dejmek chce grać Eliota – „Mąż stanu”[32], którego mu podsunąłem, żeby chociaż w teatrze można było coś robić. A tak to – Czechy.

17 lutego

Tydzień dosyć nudny. Organizowanie Eliota, poszukiwanie Kaliny, którą wymyśliliśmy, zabawne, jednocześnie z Dejmkiem. Parę przedstawień i pusta Szkoła.

Przeczytałem Tymona Terleckiego[33] – wspaniałe, mądre, tylko ten styl przedwojenny, Dziś, gdyby tu mieszkał, pisałby inaczej, a tak zwykły anachronizm, choć b. piękny. Axera[34] też przeczytałem – ja, ja, o mnie – hucpa straszna pod pozorem skromności, której wymaga inteligencja, i ta świadomość, że jest spadkobiercą Tomasza Manna na tym Polesiu Europy.

W piątek ćwiczyłem angielski z jakimiś Arabami z Kuwejtu. Nie byłoby źle pojechać tam i ustawić im szkołę, za pieniądze.

W poniedziałek – u Prymasa. Powitałem go jak zwykle, powiedziałem, że biegniemy do niego jak owieczki do pasterza wśród ujadania wilków, po otuchę, nadzieję i prawdę. Mówili wszyscy przedstawiciele, Szczepkowski najostrzej, Lutosławski, Eysymontt, Międzyrzecki, Moskwa.

Prymas dziękował i mówił o teologii wyzwolenia, odnosił do naszej sytuacji. Czy księża wchodzą u nas w politykę, czy raczej jest to obrona narodu? Rozczulił się, opowiadając o zaślubinach z Bałtykiem, w ich 65. rocznicę. Mówił o konieczności utrzymania ducha narodowego, o tym, że Episkopat wypowie się w sprawie procesu. Przy stole opowiedziałem mu anegdotę, jak to Stalin zwierzył się Bierutowi: Choroszo byłoby imiet’ swojego prymasa! Bardzo się śmiał. List Episkopatu rzeczywiście bezkompromisowy. Zaczyna się chyba konfrontacja Kościół – państwo. Jeżeli dodać do tego sprawę kultury i w ogóle inteligencji – zapowiada się niewesoło.

27 lutego

Długa przerwa w pisaniu, a nawet nie wiadomo dlaczego. Osiemnastego Senat b. dobrze przebiegł, po rzeczowej i spokojnej dyskusji przyjęto proponowaną przeze mnie uchwałę, niemal bez zmian. Było tam to, co powiedziałem Rakowskiemu. Dwa punkty graniczne – wybór rektora i samorządność młodzieży. I nowelizacja rozciągnięta do końca kadencji.

Potem spotkałem się z III rokiem – „Francuzi” szczęśliwi, reszta kwaśna. W czwartek zaczęliśmy próby „Męża stanu” – b. ciekawe w czytaniu – w rezultacie Kalina będzie grała i będzie atrakcją. Przeraża mnie tylko ilość tekstu. Dejmek ze mną flirtuje, że niby ja mu kazałem to grać, sam chciałem główną rolę dla siebie, a on to musi reżyserować. Wszyscy niby się śmieją, ale coś w tym jest.

W piątek msza za Zosię Mrozowską. X. Orzechowski pięknie mówił i był cudowny nastrój. Cała niedziela to Witkacy – najpierw oficjałka w Teatrze Studio, z Żygulskim, o trzynastej – nie wiadomo co w Nowym, i o piętnastej w Szkole bardzo dobre sympozjum – Micińska, Szpakowska, Degler, Sokół – pełna wolność słowa i najwyższy poziom. Znowu punkt dla mnie. Powiedziałem, że to dzień kanonizacji Witkacego na klasyka – co się potem przyjęło.

W „Dzienniku TV” byłem ze studia – strasznie stary, a może już chory, bo teraz leżę z grypą i stąd mam trochę czasu na pisanie. Poza tym uczę się tekstu. Ale kiedy to morze opanuję? Dwudziestego piątego gramy w Opolu[35] „Wesele” i „Śluby” – Englert mówi, że nie daj Boże, żebym dostał jakieś wyróżnienie, bo mnie Dejmek zabije. Nie ma obawy.

Szykujemy się powoli do Paryża. Program ułożyłem dobry, od ćwiczeń, przez „Kordiana”, piosenki, „Wesele”, do Czechowa i Diderota.

Umarł Jurek Kreczmar. Nie był on moim entuzjastą. Raz tylko szczerze mi gratulował, po „Kochanym kłamcy”[36]. Jak na 40 lat to niewiele. Przygotowałem pożegnanie, bo może będę musiał coś powiedzieć.

10 marca

I znowu mi grypa wróciła. Sam jestem, bo Zosia wyjechała do Zakopanego. Mam czas uczyć się tekstu. Sztuka wspaniała, ale przygnębia mnie, bo demaskuje mnie prywatnie – tak jak bohater całe życie grałem kogoś innego i podsumowanie na starość jest bolesne. Rozumiem to aż za dobrze, co nie znaczy, że dobrze zagram. Kalina to świetny pomysł. Dejmek miły i zachwycony sztuką. Zobaczymy.

Wczoraj spalił się Teatr Narodowy. Najpierw na próbie słyszeliśmy syreny, potem zadzwonił Satanowski senior, że pali się Narodowy. Zaraz po próbie pobiegłem. Żałosny widok, kłęby dymu, gdzieś z okolic bufetu i biblioteki, i z pracowni krawieckiej, potem z dachu. Dwie godziny chodziłem wkoło. Zagrałem tu parę ról i spędziłem parę lat życia. Spaliła się cała scena i część widowni, kurtyna żelazna się stopiła!

Myślę, że to znak polityczny – pożar, jak Rotunda, ruska ochrana działa. Jak słusznie powiedział Dejmek – przed plenum o inteligencji. Jeżeli chodzi o nowelizację, jakby małe wycofanie.

Dziewiętnastego idziemy na imieniny do Prymasa. Teraz uczę się tekstu, w Szkole bez rewelacji, ale to i lepiej. Spotkania dykcyjne odbyły się – też punkt dla mnie.

11 marca

Umarł Czernienko i powiedział mi o tym roześmiany mój I sekretarz, który pięć minut przedtem mi komunikował, że „Oni” są przekonani, że centrala wszelkich zgubnych poczynań jest nie tyle w Szkole, ile w moim gabinecie, i że ja jestem tą szarą eminencją, która steruje środowiskiem. Zabawne. Prawie jak to, że wszyscy się modlą, żeby znowu nastał jakiś staruch, a nie, broń Boże, młody i energiczny car.

29 marca

Długa przerwa. Widocznie nie czułem potrzeby. Byliśmy ze „Ślubami” w Opolu. Przyjęcie wspaniałe – publiczność drugiego dnia skandowała na stojąco – Łapicki! Ale jakiś skurwiel puścił recenzję w radio, i to powtarzaną, że zgrywa i ogólnie do dupy. Wyglądało to na atak, bo inne recenzje dobre. Może dlatego, że odmówiłem wywiadu jakiejś cipie z radia, a może w ogóle atak na Teatr Polski – co prawdopodobniejsze. Musi być łyżka dziegciu. Prominenci jak za Gierka – przyjęcia-miód, kawa i pieprzenie o osiągnięciach województwa. Zeidler, dyrektor Opola – z zimnym okiem. Miasto brudne, nędza, biedna ta Polska. W gazecie atak na Kościół, ale publiczność wspaniała!

Wieczorem już byłem w Łodzi[37], gdzie Szkoła zgarnęła wszystkie nagrody. Miałem satysfakcję, ale wiem, że za rok będzie gorzej, bo, niestety, to mój rok. Ciężko mi idzie ten Eliot – nawet tekstowo trudny do ogarnięcia. Podziwiam Łomnickiego, że w takiej formie – widziałem go w Becketcie[38] – świetny. Jestem zmęczony i zniechęcony tym ciągłym podgryzaniem i kryteriami wyłącznie już politycznymi. Wszystko się wali, ale pod gruzami padnie oczywiście inteligencja. Trudno – sami chcieliśmy.

8 kwietnia

Niezły tydzień. W poniedziałek okazało się, że zakosiliśmy wszystkie nagrody w Opolu – Grand Prix – honorowe, zbiorowe. Ja za reżyserię, Joasia i Englert, Ewa[39] za debiut i nawet Kossakowska za scenografię. Totalny sukces. A chcieli nas załatwić – ciekawe, że zwyciężyła jednak partia nas popierająca. A atak w radio był przygotowaniem do totalnego zmiażdżenia. Trudno mnie dobić. Co prawda w Wielki Czwartek Szletyński ostro zaatakował Szkołę na zjeździe tzw. ZASP-u, Faber się zdenerwował, ale nazajutrz się okazało, że na prezesa „wybrano” Jastrzębowskiego. Uważam, że to największa sensacja, odkąd Kaligula mianował konia senatorem. Zadzwoniłem do Szczepkowskiego z gratulacjami, ogólna radość. Czy ta władza taka głupia, czy też ambasada zadecydowała, ale przecież to przede wszystkim policzek dla członków-kolaborantów, że mają halabardnika prezesem.

W czwartek byliśmy na próbie „Wieczernika” Brylla w kościele na Żytniej. Wajda robił, gra Daniel, Janda, Łukaszewicz. Na widowni opozycja przemieszana z UB. Ładne, parę pomysłów niezłych, tylko za dużo łatwych aluzji, i to w inscenizacji bardziej niż w tekście. Daniel doskonały, zagrał swoją sytuację – gościnnego występu w biednej ojczyźnie. Myślę już o Paryżu, bo blisko, niestety Mellerowi odmówiono wyjazdu, raczej wyjazdu niż paszportu, bo przecież ktoś nas musi pilnować, więc jedzie Faber – czuję się zupełnie po sowiecku – z aniołem stróżem. Ale przecież jadę dla studentów, więc nie ma rady.

Święta jak to święta – rodzina Olbrychskich. Ale najprzyjemniejszy spacer z Weroniką w Wielką Sobotę, w upalne popołudnie, na cmentarz radziecki!

13 kwietnia

Umarł Zaczyk. Dejmek bez nadziei w głosie zadzwonił do mnie, czybym nie załatwił mu Powązek. Zadzwoniłem do X. Króla i w dwie minuty było miejsce. Dało mu to do myślenia. Koeniga wyrzucili z TV. Podobno za radziecką sztukę o pijakach – Wampiłowa. Dejmek twierdzi, że za nagrody dla „Ślubów”. Ciekawe, dziś w radio entuzjastyczna recenzja – w dwa tygodnie po Opolu. Coś się kotłuje, ktoś gra znowu mną w piłkę, bo ataki na Szkołę się wzmogły. Raptem pochlebna recenzja w Głosie Ameryki, ze „Złego zachowania”, i nieprawdziwa wiadomość, że Strzelecki będzie reżyserował w kościele. Ktoś puścił fałszywkę. Nasilają się ataki na Kościół i na Papieża. Jestem zmęczony wszystkim dokoła – próbami również. Nie mam już siły – może przestać? Ale jak przestanę, to tylko emerytura i Powązki, na których i tak będę w poniedziałek, na razie w charakterze widza.

24 kwietnia

W parę dni po Zaczyku umarł Bartosik – i znowu musiałem załatwiać, tym razem Bródno. Rak jest chyba najgorszy przez swą nieubłagalność – pół roku po operacji i koniec.

Weekend spędziłem w Grudziądzu, a właściwie w jakimś hotelu dla kierowców w Radzyniu. „Letni dzień” – oczywiście szał, standing ovation. Polska powiatowa niewiarygodna, brudna, zarzygana – koszmar. Spotkanie w Empiku: starsza pani dziękująca nam za przyjazd i za to, że nie ma nas w TV! Tu brawa. Magda mówi, że Holoubek „czuje się Polakiem (?), jest Polakiem i nigdy by nie rzucił tego kapuściano-wierzbowego kraju” (?!). Nie do wiary. Trzy dni wyjęte z życia.

Tu kłopoty, bo ciąża studentki Piętek z komplikacjami, więc potrzebne zastępstwo do paryskiego programu. Nie wiem, co z tego będzie.

Carin nie przyjedzie, bo Jeremy nie może latać ze względu na uszy. Bardzo się tym zmartwiłem. Dziś o mało nie dostałem zawału – przed Teatrem nie było samochodu! Okazuje się, że MO zwinęła, bo jutro przyjeżdża Gorbaczow. Całe miasto w milicji, samochód odzyskałem dopiero pod wieczór. W ogóle źle się czuję, próby mnie męczą, a jeszcze w czerwcu mam grać króla Stasia na Pradze. Nie wiem, co wyjdzie z „Męża stanu” – to bardzo trudne, bo musi być spokojne w formie, ale intensywne. Ustaliłem z Lasocką Sesję Zelwera – powinna być interesująca.

28 kwietnia

Kończy się koszmarny tydzień. Nic mi nie wychodziło. Od choroby Piętek, która nie może jechać do Paryża, do zabrania samochodu przez MO. Wszystko w związku z Paktem Warszawskim. Zresztą było na co popatrzeć. Car Gorbaczow i jego pieski. Jaruzel najpierw potwornie spięty, a przy wyjeździe rozluźniony, a więc wygląda, że zatwierdzony. Na razie. Może to i lepiej. Ale na lotnisku G. rozmawiał długo i serdecznie ze Świrgoniem. Kretówna triumfuje.

Próby w tym tygodniu szły mi źle, a wczoraj pointą był bardzo mizerny pokaz naszych prac na Paryż. Ale może to i dobrze, bo zobaczyłem wszystkie błędy i jeszcze zdążę skrócić i podkręcić. Zdenerwowałem się okropnie.

Wczoraj 62. urodziny Gucia. Byli Dziewońscy i Kalina. B. miło. Starcy przed zejściem. Dopiero dziś w kościele się rozluźniłem. A Zosia mi pokazała diagram biorytmu, że ten tydzień był fatalny. Może się poprawi, chodzi mi o to, żeby nie skompromitować się w Paryżu. Napiszę dopiero po powrocie, siódmego.

9 maja

A więc było wspaniale. Ale po kolei. Już na lotnisku było miło, czekali na nas z szampanem i śpiewami. Wieczór w knajpce przemiły, bo i z Zuzią, i z Danielem. Zuzią wszyscy zachwyceni. Paryż widziałem przez pryzmat pobytu z nią, przez co nie czułem się sam, i poprzez młodych, dla których to był cud. Nasz pokaz rzeczywiście udany. Już „Kordian” dobry, potem narastało. „Kordian” im się skojarzył z „S”, więc owacja, „Wesele” dobre, a szał po Czechowie – najbardziej teatralnym. Przygotowałem sobie mowę, którą Zuzia mi poprawiła, i poszło b. dobrze.

Potem bankiecik, a w nocy Daniel zaprosił wszystkich do Castela[40] – rachunek 4500 franków[41] – ale będą, łącznie z Faberem, wspominać całe życie.

Mieszkanko w Paryżu mają miłe i dzielnica świetna. Z ciekawych spotkań – z panią Olą Watową, która rzekomo kocha się we mnie od „Wesela” Wajdy. Z Miquelem umówiłem się na dalszą wymianę i grup, i profesorów. Naprawdę jeden z moich lepszych pobytów w Paryżu – jeżeli nie najlepszy, bo artystycznie i rodzinnie. A przede wszystkim z Zuzią.

Tu paskudnie, nic mi się nie chce – próby mnie nudzą, a jeszcze czeka mnie Stanisław August na Pradze. Może już przestać grać? Zrobiłem dziś postsynchrony do „Dziewcząt z Nowolipek”. Po co mi to, choć wyglądam lepiej, bo utyłem. Greta Garbo miała rację – trzeba się młodo wycofać z grania. Żeby ta Szkoła była dożywotnio, ale znów zbierają się chmury.

19 maja

Próby, zdrowie – wszystko odeszło w kąt, bo jednak nowelizują ustawę. W piątek Żygulski wezwał rektorów i przedłożył im informację w trybie niemal odprawy. To, co dyskutowaliśmy u Rakowskiego, to był sen liberała w porównaniu z projektem, który nam zreferował Roguski: koniec autonomii, koniec samorządności, żadnej demokracji, Szkołą rządzi rektor nominat, studenci nie mają żadnego głosu, za byle co można wylecieć, wystarczy „brak pełnej i czynnej akceptacji zasad ustrojowych”, tzn. pójście do Kościoła czy niepójście na 1 maja już pod to podpada.

Wczoraj rano spotkaliśmy się – Banda Pięciorga – i uchwaliliśmy, że na drugi dzień po uchwaleniu przez Sejm ustawy podajemy się do dymisji. Findeisen najbardziej zdecydowany, choć spokojny, Nielubowicz szczęśliwy, że nareszcie, Radomska smutna, Rakowski, bo nie ma innego wyjścia, ja zdecydowany. Chciałem jeszcze protestować u Jaruzela, ale mi wytłumaczono, że to już nie ma sensu. We wtorek zwołuję Senat.

Szkoda, że tyle pracy pójdzie na marne, ale nie można się podjąć roli Czerniakowa, która i tak ma koniec wiadomy. Chcą zniszczyć uczelnie i zniszczą. Nie można w tym pomagać. Przygotowałem list do Żygulskiego z dymisją, do Jaruzelskiego z dymisją z pieprzonej Rady Kultury i do Glempa. I czekam. Tylko wstawić datę.

Oczywiście, wszystkiego na Senacie nie powiem, ale wprowadzę w to Górską. Myślę, że jak pięciu rektorów z Warszawy poda się do dymisji, to jakieś wrażenie to zrobi. Albo i nie.

26 maja

Bezbarwny tydzień. Próby – może i coś z tego będzie.

Szkoła to przede wszystkim kac po Senacie we wtorek. Nie przebierając w słowach, przedstawiłem sprawę nowelizacji ustawy. Górska niepotrzebnie się wyrwała, że może by jakąś uchwałę. Partia, czyli Bortkiewicz, Kowalski i Faber szaleli, żeby nic nie uchwalać. Wypowiedzi dosyć podłe. Ale co najpodlejsze to to, że ludzie zaczynają już patrzeć „realistycznie”. Englert i Kulczyński stanowczo protestowali przeciwko jakiejkolwiek uchwale. Nawet się nie dziwię – chcą się zabezpieczyć, mieć posady, jeździć za granicę itp.

W rezultacie, po raz pierwszy od 1981 roku, mój wniosek, żeby jednak zawiadomić Sejm o naszej opinii, nie mógł przejść – 7 głosów było za: Górska, ja, Śląska, Jurkowski, Cieślak, Strzelecki, Zapasiewicz, 5 przeciwko – Faber, Kowalski, Bortkiewicz i... Kulczyński i Englert (!) – dwóch biednych studentów wstrzymało się od głosu. W tych warunkach – 7:5+2 – nie mogłem i nie chciałem forsować uchwały.

Dziś była piękna msza – 15-lecie kapłaństwa X. Wiesława. Kadzidła, kwiaty, śpiewy gregoriańskie, msza po łacinie. Ja składałem życzenia – nawet chyba nieźle mi poszło. Bo i politycznie – nie mówiąc już o delegacji – Wojtowicz, Fikus. Coś dla SB.

Obiad w Wilanowie[42] z Tadziem, opowiadał o swojej podróży dookoła świata. Było miło. Właściwie z nim jednym mogę rozmawiać.

3 czerwca

Odbyła się premiera Eliota. Poszło i lepiej, i gorzej. Na premierze przyjęcie było lepsze, niż myślałem, ale pierwszy akt chyba nie do wytrzymania, przez koncepcję Dejmka – rozmowy z Dmochowskim – statycznie i na stojąco, dosłownie. On zawsze się boi, że będzie za płytko, jak z „Letnim dniem”, i niepotrzebnie obciąża. Moja spowiedź w III akcie chyba dobra, tak twierdzi Englert. A i inni. Po premierze nie było pusto – wszyscy przyszli z gratulacjami, a więc może nie najgorzej?

Nudno, ale ciekawie – to powiedzenie Dygata pasuje jak ulał – zwłaszcza że gra Kalina. Po 25 latach (od „Zamku w Szwecji”[43]) znowu razem. Może ludzie na to będą chodzić.

W Szkole nieprzyjemnie, czekanie na wyrok. Myślę, że nieuchronny. Zaczynam próby króla Stasia na Szwedzkiej. Może to znak losu, żebym był zajęty i żebym miał co robić, jak mnie wyrzucą ze Szkoły.

26 czerwca

Bardzo długo nie pisałem, bo rzeczywiście ani chwili czasu. A więc najpierw ustawa. Siódmego zebranie rektorów u Rakowskiego. Władza dała cofańca. Wycofali się mniej więcej w 50 proc. – rektorów jednak się wybiera, Radę Główną Szkolnictwa Wyższego – też. Kontraktów dla profesorów nie ma, samorząd studencki, zresztą bliżej nieokreślony, zostaje – ciała kolegialne mają pewną władzę, słowo „samorządność” zostaje, rota ślubowania b. poważnie złagodzona.

Wszyscy poczuli ulgę. Na zebraniu Bandy Pięciorga, zaraz potem, uchwaliliśmy, że czekamy, bo rzeczywiście do dymisji nie ma gwałtownego powodu – tym bardziej że egzekucja odroczona: z 31 sierpnia do 31 stycznia 86 r., a więc o pół roku. Poczekamy. Górska zdenerwowana, bo chciała się podpalić, a tu nic. Trochę się odprężyłem. Tymczasem sesja się zakończyła – ogólny poziom niezły, ale moi („Mąż i żona”) wypadli słabo, niestety niezdolni – trudno. Na całym moim roku jest pięciu do rzeczy.

Z wydarzeń spotkanie z arcybiskupem Poggi. Szaniawski wygłosił przemówienie, jakby było 15 grudnia 81 r. Ja ostatecznie zabrałem jednak głos i zakończyłem, chyba zresztą zręczne, przemówienie, powtarzając słowa Papieża z naszego spotkania: „Ekscelencjo, trzymamy się razem!”. Entuzjazm, brawo bił mi i ściskał mnie nuncjusz.

Senat był długi, wyjaśniałem ustawę w sensie raczej realnie pozytywnym. Górska nie wytrzymała i ruszyła z protestem jak żywa torpeda. Trzeba ją było mitygować.

Cały czas gram Eliota (ma duże powodzenie i się podoba) i próbuję na Pradze. Dwudziestego siódmego premiera. Nawet to ciekawe, bo zespół to połowa moich uczniów, miły nastrój. Ale jestem potwornie przemęczony i podenerwowany, co się przejawia nagłymi wybuchami, u mnie niespotykanymi, np. na egzaminach wstępnych, które są w tym roku wyjątkowo szare. Wszystko i wszyscy mnie drażnią. Weronika milutka, wrzuciła do wideo laleczkę Bolka i Lolka, logicznie rozumując, że tam jest ich miejsce. Trzeba było naprawiać.

Dziś mam dziwny luz od rana. Powtórzyłem tekst, przeczytałem gazety, gdzie jest o nowelizacji w sejmowej komisji, przemawiał Findeisen, szczegółów dowiem się w przyszłym tygodniu. Obejrzę zaraz swoją „Maskaradę” z 1971 roku[44], pójdę do Weroniki i wieczorem na próbę Stanisława Augusta. Jeszcze chyba coś napiszę przed wyjazdem, bo tam nie będzie o czym pisać. Zosia sprowadza na Hel całą Warszawkę, nie zapowiada się spokojny wypoczynek. Będzie nawet Bibrich – to już zasługa Zuzi – którą błogosławię, bo znów mi się angielski przydał na przyjęciu w ambasadzie. Ale o najważniejszym nie napisałem. O Sesji Zelwera. Udała się nadspodziewanie. Moje wspomnienie zostało świetnie przyjęte. Wszystko było i ciekawe, i wzruszające. Nieznane pisma Zelwera. Całość w duchu tradycji i sesji PIST-u, a Korzeniewski powiedział potem Lasockiej, że to moja osoba wprowadzała ten element prawdziwej kultury i najlepszej tradycji. Znacznie to sobie wyżej cenię od grania.

29 czerwca

I w ten sposób dobijamy do końca sezonu. Końcówka była niewiarygodna – codzienne granie, egzaminy w Szkole i generalna „Króla i aktora”. W czwartek premiera. Bardzo przyjemnie. Na wyjście brawo, tak jak się należy gościowi.

Pierwszy akt poszedł mi poniżej możliwości, bo jednak sztuka niezrobiona, a partnerzy, oprócz Marka Prałata – nie daj Boże. Ale drugi to już sukces. Kwiaty, brawa, potem delegacja za kulisy, z Zuzią na czele – uczniowie itd. Naprawdę miło, a przy okazji tej roli chyba coś powiedziałem ze sceny. Na pewno Król jest lepszy od Clavertona, ale za to przedstawienie nieporównywalne.

Wczoraj były imieniny Findeisena, więc Banda Pięciorga się zebrała.

F. przyniósł nowiny z komisji sejmowych – dodają tam te punkty, które wycofali u Rakowskiego. Pełna Sowdepia – jak mówi Nielubowicz. Po długiej rozmowie uchwaliliśmy nie podawać się do dymisji po uchwaleniu nowelizacji – czekać do pierwszego starcia. Każdy miesiąc jest zyskany itd. Po podaniu się do dymisji będzie mianowanie – więc dobrowolnie oddaje się pole. Te argumenty zresztą mam od dawna. Radomska chętnie by zrobiła jakiś gest, ale skoro Findeisen nie chce, robimy wszyscy to samo. I tak nas pewno wyrzucą, i to już podobno do 30 września. Za oknem ponuro i zimno. Nie chce mi się jechać do Juraty. Sezon w sumie udany – utrzymałem się jako rektor, zrobiłem Sesję Zelwera. Zrobiłem „Śluby”, które chyba będą pamiętać, zagrałem Clavertona i S.A.

Holoubek wściekły, że nie jedzie do Krakowa na jesieni. Jadą „Śluby”, „Obłęd” i „Claverton”. A więc festiwal Englerta i mój. Dziś kończą się egzaminy wstępne w Szkole. Bardzo słaby narybek. Słabszy niż mój rocznik. Chyba nie wypełnimy limitu. I tak minął jeszcze jeden rok. Coraz gorszy, ale nie najgorszy.

20 sierpnia

A więc podsumujmy wakacje. Sześć tygodni w Juracie. Ostatnio takie wakacje spędziłem z mamusią przed wojną. Pogoda słaba, ale też i mnie nie bawi ani plaża, ani kąpiele. Odpocząłem psychicznie. Jurata stała się jakby azylem opozycji – Wajdowie, Szczepkowscy, ja i pomniejsi. Nic dziwnego, że znajoma nie chciała przyjść do nas na kawę. Zabawne. Przypomina mi to, jak za Gierka koło Haliny Mikołajskiej zrobiła się tchórzliwa pustka. Najprzyjemniej było z Mellerami. W czasie wakacji uchwalono nowelizację, pomimo rejtanowskiego przemówienia Osmańczyka. Przyjdzie żyć w innej rzeczywistości. Ciekawe, czy mnie wywalą. KTT napisał w „Polityce” donosik na aktorów z opozycji, gdzie chwalebnie mnie zamieścił między Holoubkiem i Skarżanką. Logicznie biorąc, nie powinienem być rektorem. Ale w tym obłąkanym systemie wszystko możliwe. U Papieża Gucio przemawiał i wkręcił Magdę, żeby recytowała. Coraz mam mniejszą ochotę na twórczość artystyczną. Tylko Szkoła mnie interesuje, no i polityka, ale jakie ja mam szanse uczestnictwa? Po donosie Toeplitza Wajdowie niezwykle serdeczni – symptomatyczne.

Lista kandydatów do Sejmu niewiarygodna. Z aktorów Siemion – chyba on będzie rektorem. Ciągle do tego wracam, bo to mnie naprawdę interesuje, a nie robienie min. Ale ruchu już nie mam prawie żadnego. Zobaczymy, co koledzy rektorzy powiedzą na imieninach Radomskiej – 8 września. Prawdopodobnie, żeby ciągnąć, ile się da. Na razie w Warszawie cicho, pusto. Dwóch studentów dalej siedzi. Dziś dostałem list od prokurator Bardonowej (sprawa Narożniaka i Przemyka!), bardzo zresztą uprzejmy, że ich nie może wypuścić. Może pójść do Kiszczaka? Muszę się naradzić z Mellerem. Czasem myślę, że dobrze być starym. Byle mieć zdrowie i pieniądze.

5 września

No i uczę się wznowień bez zapału. Nic nie pamiętam z „Króla”, bo nieutrwalone, „Wesele” oczywiście pamiętam. Bez zapału – bo nic nie ma sensu. W Szkole tylko wyczekiwanie, jak się okazuje, do 30 listopada, albo mnie zatwierdzą, albo nie. Niczego nie da się przewidzieć, więc normalnie urzęduję. Załatwiłem wyjazd do Indii, niech się dzieci przejadą. Łomnicki przygotuje „Akupunkturę”, czyli „Siakuntalę”[45].

Siemion arogancki, pewno, jako poseł, szykuje się i na rektora. Ustawa po dogłębnym przestudiowaniu jest taka, że jeżeli ja zostanę, to nikt nie odczuje zmiany, jeżeli przyjdzie Krasowski, a nawet Siemion, to koniec świata, bo władzę ma tylko rektor, jako namiestnik ministra. Podobno Adamski ma być ministrem. To by było wesoło. W teatrze będę robił dopiero w II połowie sezonu – zaproponowałem „Damy i huzary” – dalej we Fredrę. Grać nic nie będę, bo i tak mam „Clavertona”, „Wesele”, „Letni dzień”, no i „Króla”, więc starczy na co wieczór. Mają podnieść w końcu stawki, więc finansowo będzie nieźle, jeżeli pozwolą grać, bo i do tego mogą się zabrać. Ciągle opowiadam, że jestem tępiony – wczoraj miałem owację i biało-czerwone kwiaty – czytałem Chopina na Okólniku, grała Kobayashi, a tymczasem w raporcie Rady Kultury „Śluby” są uznane za arcydzieło. I nie jest powiedziane, że nawet gdyby ktoś chciał mnie wyrzucić, to ktoś inny mnie jednak nie zostawi. Kaprys Generała? Szykuję ciekawą mowę na inaugurację, ale napiszę dopiero, jak będę miał pełne rozeznanie. Jutro spotykam się z Bandą Pięciorga: imieniny Radomskiej. Może coś postanowimy, a w każdym razie czegoś się wzajemnie dowiemy. Czuję się psychicznie wypoczęty, ale bez jakichkolwiek pomysłów na działalność. Jeżeli obronię Szkołę, to i tak b. dużo. Dziewiętnastego jadę do Jeleniej Góry i Wrocławia z „Weselem” i „Ślubami”. Trochę się oderwę, ale w Szkole najbardziej intensywny okres i muszę wrócić, choć na jeden dzień, do Radziejowic[46]. Będzie o ustawie, może coś powiem potrzebnego albo może nie powiem nic niepotrzebnego. Byliśmy z Tadziem na wsi u Mellerów, była piękna pogoda. W niedzielę jedziemy do Samsonowiczów. Daleko. A wszystko jest bez widocznego sensu.

14 września

U Samsonowiczów zimno, kiepski obiad, daleko, ale b. miło. Pogadaliśmy sobie z Henrykiem, podobno Jaruzelski ma być u Białkowskiego na inauguracji. A może i Glemp, a może i wszyscy rektorzy, byłaby ciekawa fotografia.

Ten tydzień, poza próbami z „Wesela” i „Króla”, co mnie niestety coraz mniej interesuje, to przede wszystkim wizyta u Kiszczaka. Poszedłem w sprawie aresztowanych z Wydziału Wiedzy o Teatrze[47], Krzysztofa Tołłoczki i Małgorzaty Magier. Najpierw rozmowa z sekretarką o grzybobraniu, ten poziom, potem kawka z ciastkami. Przedstawiłem sprawę, a właściwie dopiero zacząłem, kiedy rozległ się buczek telefonu: „Melduję się, tak, tak, jest, jest u mnie rektor Łapicki, tak, dziękuję”. Dzwonił Generał i mnie pozdrawia. Ciekawe, że akurat o tej dokładnie porze. Czyżby zdalny Anioł Stróż?

Rozmowa o aresztowanych, że się źle zachowują, żeby trochę spokornieli. A potem, żeby się pokazać w TV, żeby środowisko się trochę połączyło. Mówiłem o ustawie, że da się żyć. Rozmowa bardzo ostrożna, bo wiadomo, że nagrywana. Trwało godzinę. Oczywiście w Szkole bardzo przejęci, że mam chody. I prawdopodobnie tą wizytą się utwierdziłem.

W piątek wprowadziłem Koeniga w obowiązki – będzie p.o. dziekana. Mam jechać do Berlina w październiku i pewnie do Syrii – zobaczymy. Wczoraj była generalna „Króla” z Raszewskim, powiedział, że pogłębiłem w stosunku do utworu. Zresztą rano się z nim widziałem, ponieważ interesował się aresztowanymi, a szczególnie Magier. I tyle. Tylko nie bardzo mi się chce grać, i to mnie trochę martwi.

Na inaugurację zapraszam Suchodolskiego, politycznie zręcznie, a wyciągnę forsę na wyjazd do Indii i może na teatr.

5 października

Dosyć bogaty okres. A więc najpierw objazd. Zastanawiające pasmo sukcesów „Ślubów”. Owacje, śmiechy, kwiaty. Jelenia Góra b. dobrze nas przyjęła. Miałem spotkanie – w normie koło stu osób – nawet inteligentnie. „Śluby” – owacja – musiałem wychodzić. „Wesele” gorzej, bo to rzeczywiście smutne i chyba nudne. Nie powinienem już tego grać. Wrocław szał. Miałem spotkanie – 1500 osób (!) – młodzieży, przeważnie dziewczynek. Nadkomplet w Teatrze Wielkim. Miło, inteligentnie, byłem chory, ale poszło dobrze – kwiaty, wzruszające. Jakiś chłopak po godzinie powiedział: „Może pan coś powie o sobie, taki swój nekrolog”. „Śluby” przeszły oczekiwania. Jak na występie rockowym. Fredro chyba się cieszy.

Na jeden dzień skoczyłem do Radziejowic, zresztą niepotrzebnie – żeby wysłuchać pogróżek Nawrockiego i Żygulskiego, że skończymy z tymi, co występują w kościołach (to N.), i że Szkoła nie może być neutralna (to Ż.).

Poza tym wart wspomnienia poker z Mrożewskim, Holoubkiem, Szczepkowskim i Englertem – b. miło i, o dziwo, wygrywałem. Pewno z powodu zakończenia działalności z panienkami. Ledwo przyjechałem, przygotowania do inauguracji. Przeszła b. dobrze. Był Suchodolski, Bajdor, Krasowski, a więc wysoko. Moje przemówienie się b. podobało. Powiedziałem, co myślę, jak zwykle w formie takiej, że trudno złapać za słowa, ale wszyscy zrozumieli, o co chodzi. Po prostu powiedziałem, że Szkoła będzie Szkołą, jak długo my będziemy.

Partia napisała donos na Świrgonia, który rozgłasza, że mnie trzeba zdjąć. Raptem w sukurs przyszedł mi Kiszczak, który w długiej wypowiedzi w „Trybunie Ludu” powiedział, że „Pan Andrzej Ł. w czasie ostatniej z nim rozmowy, kiedy się przyznałem, kiedy byłem ostatnio w teatrze, był wyraźnie zgorszony”. Najpierw się zdenerwowałem, żeby kretyni głupio tego nie zinterpretowali, a byłem w sprawie dwóch uwięzionych studentów, których wypuścił, ale okazuje się, że to wszystkim imponuje, łącznie z opozycją, nie mówiąc już o partii. Bortkiewicz z Faberem szaleją z radości, a Górska, a szczególnie Meller też uważają, że to b. dobrze. Nie myślałem, że jestem aż tak ważną figurą w tych szachach.

Jest piękna jesień, ciepło, gram prawie codziennie, co mnie poważnie nudzi, a i męczy. Szykuję się do dyplomu – „Ich czworo” i dla teatru – do „Dam i huzarów”, co mnie bardziej interesuje. W poniedziałek jadę do Białegostoku na inaugurację, we czwartek do Berlina (NRD) – do rektora Minettiego. Z czymś mi się to kojarzy, zapomniałem.

13 października

W Białymstoku jak to w Białymstoku. Ładna pogoda i dobry obiad. Kiepskie przedstawienie „Letniego dnia”, a co gorsza wiadomość od Fabera, że z Indii chyba nici, bo Nawrocki (KC) się nie zgodził. F. namawiał mnie, żebym poszedł do Rakowskiego, ale ja nie chciałem, wobec tego zaprzęgliśmy Siemiona, który skwapliwie rzucił się załatwiać, jednak też nic do wieczora nie uzyskał. Na drugi dzień (środa) Siemion miał się spotkać z Jaruzelskim, jako poseł, więc może tam. Ja poszedłem na zebranie w ZSP[48] z młodzieżą pierwszych lat szkół artystycznych. Był Świrgoń, Nawrocki itd. Przy tych idiotach, którzy przemawiali, wypadłem chyba jak President of the U.S., co potwierdził Bortkiewicz. Zresztą zebranie kompletna klapa, bo oprócz trzech pytań z sali (tylko z naszej Szkoły!) – martwa cisza.

W czwartek poleciałem do Berlina. Bardzo się tam zmieniło – dużo wspaniałych hoteli, sklepów, cudzoziemców, odnowione wszystkie pruskie zabytki, poziom życia wysoki. Rektor Minetti, który jest członkiem ich KC i przewodniczącym związku artystów teatru, wylewnie mnie uściskał, ale uciekł po kwadransie. Młodzież bardzo by chciała przyjechać, profesorowie też, jednak Minetti znowu na zebranie kolegium rektorskiego nie przyszedł, dopiero jak ustaliliśmy z prorektorem wymianę – luty oni, kwiecień my – wpadł na chwilę i się zachwycał, że już wszystko załatwione: zupełnie Tadzio Łomnicki z lat 70. Przywiozłem parę butów (żebractwo!) – Salamander.

Wieczorem u Mellera oblewanie habilitacji. Geremek, Jedlicki, ale i Baszkiewicz, Fik z jakimiś niby ukrytymi pretensjami, Samsonowiczowie. Dobre jedzenie.

Dziś wybory – oczywiście nie idę, zobaczymy, co z tego wyniknie. Pewno będzie 85 proc. (i rzeczywiście blisko tego), bo ludzie zastraszeni. Może mnie wyrzucą, i bardzo dobrze.

19 października

No i doczekałem się – w środę zadzwoniła Marczuk, że chce się ze mną zobaczyć w sprawie wyborów. Przyszła w czwartek i wśród żartów zapytała, czy głosowałem. Odpowiedziałem również żartem, że to moja słodka tajemnica. I tyle. Ale w piątek, czyli wczoraj, Faber wpadł blady, że władze się pytają, na co mu powiedziałem, że to moja sprawa. Za 10 minut znowu dzwoni Marczuk i tym razem mówi, że na polecenie służbowe Roguskiego pyta się oficjalnie. Na co jej odpowiedziałem, że uważam to pytanie za niewłaściwe, że narusza sferę mojej prywatności, ponieważ wkracza w moje osobiste decyzje, więc jej nie odpowiem. Na co ona, czy czytałem list Rakowskiego do rektorów (był taki w przeddzień wyborów, niezwykle arogancki), a więc groźba. Potwierdziłem, że czytałem, ona zaczęła się sumitować, ja jeszcze dodałem, że są przecież służby specjalne, które na pewno mają informacje, i na tym się skończyło.

Zawiadomiłem Radomską, u której byłem w czwartek, przejęła się i powiedziała, że Nielubowicz też nie głosował, ona nie, bo była rzeczywiście chora. A więc trzech rektorów nie głosowało. A Rakowski w USA, tylko Findeisen poszedł z naszej piątki, ale to było do przewidzenia. Wygląda, że tego już mi nie darują. Trzeba ich postawić w trudniejszej sytuacji. W poniedziałek jest inauguracja w ATK, będzie Glemp – pójdę, bo to znaczy, że mam protektorat i już sprawa nie jest tak marginesowa. Z drugiej strony we wtorek prawdopodobnie ukaże się mój pierwszy wywiad, w „Przeglądzie Tygodniowym”, jako z rektorem, chyba że zdążą zdjąć. Gdyby to wypaliło, tzn. Glemp i wywiad, byłoby im znacznie trudniej, a w każdym razie zrobiłoby to więcej hałasu.

Nie mogłem pójść na wybory – straciłbym wiarygodność, a przede wszystkim czułbym obrzydzenie do siebie. No to trudno. Najwyżej stracę Szkołę. Jutro wpadnę do Mellera, który jest au courant – przedstawię mu swój plan. Każdy ma swego doradcę. Ciekawe, czy mnie wyślą do Syrii? A swoją drogą te wybory chyba im nie wypaliły, jeżeli podali tylko 78 proc. – po takim zastraszaniu i propagandzie.

25 października

Jutro lecę do Damaszku. Cieszę się, bo oderwę się od tego wszystkiego choć na tydzień. W poniedziałek byłem w ATK, udało mi się Glempowi powiedzieć, że mnie szarpią. Odpowiedział, że przecież obiecali, że nie będzie represji. Wszyscy obserwowali, że coś mu szepczę, więc to bardzo dobrze. Prosił, żeby go zawiadomić o dalszym ciągu, dalszego ciągu nie było, najlepszy dowód, że mi nie wstrzymali wyjazdu.

We wtorek miałem rozmowę o Powstaniu Styczniowym do „Mówią Wieki”, u Mellera. Był prof. Kieniewicz, Władysław Terlecki i ja. Było nadzwyczaj ciekawie. Dlaczego nie zajmowałem się tym całe życie? Opowiedziałem o pradziadku Hektorze i tu Kieniewicza zatkało, bo on też z Mińszczyzny. Potem mówił Meller, długo się nie mógł uspokoić i coś tam o Hektorze dołożył, że to tragiczna postać. No proszę. Grać na scenie chce mi się coraz mniej.

Chociaż był jakiś reżyser amerykański na Eliocie i pełny zachwyt, że tylko tak należy grać. No proszę. W Szkole dziwnie, przecież muszą wiedzieć, że nie głosowałem, ale partia b. miła. Może już wiedzą?

Ja widzę czarno i myślę, że 30 listopada mnie wyrzucą. Poszedłbym na emeryturę. Dzwoniła Monika Żeromska, że 60. rocznica śmierci Ojca i 125. urodzin i czybym czegoś nie przeczytał na Zamku, gdzie Ojciec mieszkał. Najchętniej!

Czwartego w katedrze na cześć Paderewskiego, osiemnastego – w katedrze z Prymasem, dwudziestego piątego – na Zamku – Żeromski. Dostojnie i godnie oraz patriotycznie, jak przystało na listopad.

9 listopada

No więc w Syrii było wspaniale. Przyjmowali mnie jako VIP-a. Wspaniały hotel. Rachunki podpisywałem. Zwiedziłem masę, stare klasztory w miastach Sajdnaja i Malula, gdzie był Anders, i przeor mnie prosił, żeby mu przesłać jego notkę biograficzną, zrobię to, przynajmniej będzie ślad. Palmyra, wspaniałe wykopaliska, jak egipski Karnak czy perski Sziraz, ale nawet ciekawsze niż w Persji. Ludzie nadzwyczaj mili, to największa niespodzianka, a może to OWP ma rację, w końcu walczą o swój kawałek ojczyzny. Zresztą Czeszko też rzucał granaty na panienki, które jadły lody z Niemcami w Café Clubie[49].

Rektor Ghassan Maleh – Europa i bardzo miły, taki arabski Warmiński. Instytut prowadzony z głową, młodzież niezwykle chłonna, miałem spotkanie, uważali mnie za wyrocznię, miałem wywiad w TV, spotkanie w ambasadzie. Tam było przedziwnie, bo atmosfera napięta, że niby opozycja, ale w oficjalnej wizycie, więc dziwnie. Był sztab wojsk ONZ, bardzo mnie wypytywali, zorientowani, na koniec dali proporczyk. Zabawne. Byłem u pani minister, której wydałem jak najlepszą opinię o dr. Malehu. Dużo zwiedzania, wizytacji, ale zdążyłem obejrzeć z dziesięć filmów w pokoju na hotelowym wideo. Także i wypocząłem. Wszedłem na 6-piętrowy grobowiec w Palmyrze, widok wspaniały, ale jak to u Arabów – żadnej barierki, omal nie spadłem. Damaszek w nocy, chodziłem z Malehem po zaułkach, żywej duszy, ale bezpiecznie.

Najniebezpieczniejsi chyba cywile w kurteczkach i koszulach, którzy wloką niedbale po bruku pistolety maszynowe. Damaszek – airport w nocy – coś niesłychanego. Odlot o drugiej – sala pełna pielgrzymów z Iranu śpiących na podłodze. Widok ponury. Słowem, udało mi się nadzwyczajnie. Przywiozłem Zuzi piękny obrus, który dostałem w prezencie, i na lotnisku kupiłem szal. Weronika dostała m.in. lampkę, którą kupiłem u przekupnia na suku. „Może to lampa Aladyna?” – powiedziała. Jeszcze jeden profit. Mówiłem na zmianę po angielsku (błogosławię Bibrich), francusku, a nawet niemiecku i rosyjsku, bo była jakaś nieszczęsna Ruska.

Po przyjeździe wieczorem w katedrze – Paderewski, b. dostojnie.

Tu zmiany, poleciał Rakowski, w ogóle zanosi się na coś dziwnego, but ruski czuć coraz wyraźniej. W tych dniach będzie wiadomo więcej. Messner premierem. Jaruzelski za Jabłońskiego. Czy to początek końca? Ciekawe, co z tym moim rektorowaniem – czy przetrwa 30 listopada?

16 listopada

Wróciłem właśnie z egzaminu na rektora w KW – w Wydziale Nauki. Poszło dobrze, choć z lekka obrzydliwie. Sekretarz prof. Broszkiewicz powiedział, że on nie jest przeciwny zatwierdzeniu mnie przez ministra. Coś gadałem przez godzinę – mniejsza z tym – trzydziestego ma być zebranie w KC – to będzie miłe. Ale chyba zostaję.

Siemion donosi nieprawdopodobnie dużo, nawet w Leningradzie, skąd przyszedł donos, że „Ożenek” Gogola towarzysze radzieccy b. skrytykowali ze względów, jak wynika, politycznych. Tymczasem było to „Wesele” Czechowa[50], i nie z powodów politycznych, tylko tamtejsi profesorowie bali się takiego Czechowa – formalnego i pantomimicznego. Przy okazji Siemion nadał na Maję. Nie do wiary – poza tym na Englerta i Górską. Dlaczego jak tylko człowiek dotknie partii, to jakby wchodził do szamba. À propos – zmiany ciekawe. Rakowski dostał kopniaka, ale szkoda, że też Barcikowski. Natomiast bardzo dobrze, że Żygulski został. Do tego doszło, że się muszę modlić o niego. W poniedziałek występ w katedrze – będzie nowy donos.

Wczoraj była u mnie życzliwa Marczuk i wszystkie donosy mi przeczytała – źródło Siemion. Ale napomykała, że raczej powinienem zostać. I ja tak myślę. Zuzia w Rzymie z teatrem – Zosia chora z Weroniką na Górnośląskiej, a ja tu też się leczę. Byle wieczorem wyklepać „Letni dzień” i do łóżka.

Szykuję się powoli do „Ich czworo” i „Dam i huzarów” – chyba już będzie tego grania. A tu gram do połowy grudnia codziennie. Misiorny ciągle napuszcza Dejmka na mnie – przeciwstawiając „Śluby” jego kiepskim przedstawieniom. Dejmek na razie to znosi, ale jak się odwinie...

Do Indii nie jedziemy – Świrgoń z Nawrockim wygrali, ale napuściłem ambasadę Indii na MSZ i zrobił się niezły burdel.

Tadzio Ł. mnie wczoraj męczył cały dzień, w końcu zmusił mnie do obejrzenia kawałka „Akupunktury”, czyli „Siakuntali”! Będą grali w Ateneum.

23 listopada

Tydzień chorób i nudy. Muszę się wyleczyć do poniedziałku, bo czytam Żeromskiego na Zamku. W czwartek dwudziestego ósmego komisja ministerialno-partyjna, zdaję egzamin na rektora.

Dwudziestego dziewiątego pożegnalne posiedzenie Rady Głównej. Trzydziestego zebranie w KC rektorów szkół artystycznych. Można ocipieć. W czwartek widziałem dzieło Łomnickiego – nudniejsze niż myślałem. Ciekaw jestem, jak to przyjmie publiczność w Ateneum. W poniedziałek również muszę zobaczyć próbę dyplomu muzycznego Nyczaka z moim IV rokiem. Piszę o tym, co będzie, bo tego tygodnia jakby nie było. We wtorek miałem taki atak kaszlu na scenie, że nie mogłem mówić, tylko płakałem. Dobrze, że to było w trzecim akcie „Clavertona”, gdzie teoretycznie mógłbym się tak wzruszyć.

Publiczność siedziała cicho, a ja się męczyłem. Co za zawód. W polityce Gorbaczow oszukuje Reagana i obaj szczęśliwi. Zuzia z Danielem drze koty po wyjeździe do Włoch, który udał się nadzwyczajnie, bo Teatr Rampa zdobył w Arezzo wszystkie nagrody, a Zuzia im załatwiła wizytę u Papieża! Tu, w katedrze, w poniedziałek (już chory) miałem występ z okazji otwarcia Tygodnia Kultury Chrześcijańskiej. Czytaliśmy Mickiewicza, Holoubek i Zapasiewicz nawalili – Holoubek z powodu choroby, a Zapas po prostu. Glemp, jak go lubię, mówił nieciekawie, ale krótko. Tu też wszystko przyszarzało, choć ludzi było dużo.

1 grudnia

Tydzień dosyć ożywiony. W poniedziałek, z trudem, bo chory, odczytałem na Zamku Żeromskiego. Była resztka Polski – Mycielski, Monika Żeromska itd. Monika dała mi książkę, z której czytałem, z autografem.

Potem dwa „Wesela”, też z trudem, i w czwartek egzamin w ministerstwie. Komisja przyjemna – Janas, Roguski, okazała blondyna z KC tow. Cholewczyńska i skromna tow. Aleksy z Wydziału Nauki KW. Atmosfera, jakby mi chcieli dać order. Coś tam opowiedziałem, po czym Janas mi zakomunikował, że opinia jest pozytywna, co KW (Aleksy) potwierdziła, i zostaję rektorem. Tymczasem wyrzucono Findeisena. Radomska zrozpaczona.

W piątek odbyło się ostatnie posiedzenie Rady Głównej, czyli pogrzeb. W Politechnice. Za stołem siedział smutny Findeisen. Prof. Ciesielski opowiedział, czego nie załatwili, po czym się wszyscy rozeszli w smutno podniosłym nastroju. Zaprosiłem (w przeddzień imienin) rektorów na kawę. Przyszła Radomska, nawet Findeisen, lekko opóźniony, bo studenci go żegnali, ale b. spokojnie (tak, tak, już żadnych protestów). Nastrój beznadziejny, była też Górska, Rakowski się spóźnił, bo mu zdejmują prorektora Artysza, ponieważ śpiewał na grobie Popiełuszki. A ja trwam, i Radomska też. Myślę, że może tu chodzi o Glempa. Może gdzieś zadzwonił, jak mu doniosłem o powyborczym nękaniu. Ciekawe, Findeisen głosował i chodził na 1 maja, a ja nie, ale wyrzucili jego.

Wczoraj, w sobotę, byłem w KC na zebraniu rektorów, najpierw przemawiał Nawrocki, dość ostro, jak to on. Potem Adamski w imieniu zespołu partyjnego ds. teatru: „zespół ocenia szkolnictwo teatralne bardzo krytycznie, studenci są źle uczeni, źle wychowani, aroganccy i nie przejawiają miłości ojczyzny” – po czym szybko przeszedł do metody mimetycznej, omawiając jej nieprzystawalność do szkolenia artystów. Chwilę się skupił na UNESCO, że też podważa w ogóle szkolenie artystyczne, i potem coś zabełkotał, że powinniśmy skończyć z tytułomanią, i zszedł.

Ja się zagotowałem. Rau mnie powstrzymywał, że on mu odpowie, ale widząc, że on się wcale nie zgłasza do głosu, oczywiście się zgłosiłem. Było to koło 12, a głos dostałem dopiero koło 14.30, więc miałem czas się nadenerwować, ale i coś sobie ułożyć. Zacząłem od skomentowania Nawrockiego, mniej więcej, że wypowiedź moja będzie bardziej osobista i może polemiczna. Chciałbym się odnieść do tego, co tu słyszeliśmy. Prof. Nawrocki stwierdził, że szkoła artystyczna nie jest samotną wyspą – tak, poruszamy się na obszarze, którego granice wytyczają nie tylko uwarunkowania polityczne, o których słyszeliśmy, ale po prostu zdrowy rozsądek. Wychowujemy młodych ludzi dla teatru tu i teraz, i dalej popieprzyłem w tym sensie pozytywnym, żeby móc odwinąć w Adamskiego – niezmiernie ciekaw byłem opinii zespołu ds. teatru, którą sobie niezwykle cenię, oczekiwałem wskazówek na dwa lata naszej kadencji, dziś wolno mi już powiedzieć naszej, ale wypowiedź prof. Adamskiego mnie zasmuciła. Rok temu w nieco innych okolicznościach wygłosił jedno zdanie proste – szkolnictwo teatralne jest złe, dziś usłyszeliśmy zdanie złożone, że szkolnictwo jest złe, a studenci są źle wychowani, źle uczeni i nie kochają Ojczyzny.

Jeżeli źle uczymy, źle wychowujemy, to co ja tu robię? I zrobiłem dramatyczną pauzę. Po czym zacząłem łomotać cios za ciosem. Ponieważ rektor Kluba nie może mówić, bo jest chory, rektora Treli nie ma, więc ja biorę na siebie rolę nożyc, które się odezwały. Przeleciałem po dydaktyce, po wychowaniu – tu miałem wyjście, bo idiota Sikorski z Instytutu[51] mnie wychwalał, że tak czynnie uczestniczymy w pracach Instytutu, dołożyłem tradycję – sesje – czyli miłość historii Ojczyzny, o arogancję zapytałem szanownego prezesa ZASP o zdanie. Metodę mimetyczną[52] odrzuciłem, co powiedziałem już kilkanaście lat temu na zebraniu, któremu Adamski przewodniczył, słowem szło mi nieźle, jeszcze dołożyłem o UNESCO, że miał dziwnych rozmówców. Słuchali wszyscy z zapartym tchem i zakończyłem: „tyle rzeczy nas dzieli z profesorem Adamskim, więc kończąc, chciałbym wskazać na to, co nas łączy. Wspomniał Pan Profesor (a wspominał, chuj), że nie można się leczyć u dwóch lekarzy – to mi się kojarzy z Molierem, otóż łączy nas wspólna miłość do Moliera i jego niechęć do lekarzy”. I zszedłem z trybuny przy ryku śmiechu.

Myślałem, że Adamskiego trafi szlag. Potem zbierałem gratulacje. A w podsumowaniu Nawrocki potraktował mnie z niezwykłą atencją. Pierwszy raz ktoś im powiedział prawdę. Adamski buszował bez słowa protestu przez trzy lata przeszło – nareszcie się nadział. Teraz pewno myśli, jak się odegrać. Ciekawie powiedział Nawrocki w zakończeniu, że opozycja zmieniła taktykę na „heroiczny oportunizm”, że pewne osoby z delegacji opozycji wchodzą do różnych struktur oficjalnych, narażając się na utratę popularności, po to by nas (czyli ich) rozsadzić od wewnątrz. To jedno chyba o mnie. I drugie, że będą zwalczać wszystkie występy w kościołach o charakterze politycznym, ale o kościelnym, służącym porozumieniu, nie – czyli Glemp, czyli znów do mnie. Jeszcze mnie złapał na schodach (N.) i mówił, że rzeczywiście opinia o szkołach teatralnych była sformułowana za ostro. Trochę mnie to wszystko kosztowało. Ale bardzo ciekawie. Nie wiem, może jutro pójdę jako Wallenrod na Radę Kultury. Coś to wszystko koło mnie znaczy. Wietrzę jakiś podstęp. Albo chcą mnie przyszykować na jakieś stanowisko w rodzaju prezesa ZASP-u, albo mnie wykończą od tyłu, tzn. wyrzucając np. Holoubka i Szczepkowskiego, co by mnie zmusiło do dymisji. Gram dalej.

7 grudnia

Po napięciach tydzień spokojny. Zacząłem próby z „Ich czworo”[53] – b. przyjemnie. Sam się nie nudzę, więc mam nadzieję, że może coś z tego będzie. Dyplom Nyczaka[54] się dość podoba. Kulturalny i nadspodziewanie moje kaczątka wypadły przyzwoicie. Ludzie chodzą. W końcu Wajda miał swój wieczór, odbył się b. dobrze. Ludzie przyszli, a on nadspodziewanie był pełen wdzięku. Gadał półtorej godziny. Nie były to nowe rzeczy. Ale warto czasem uświadomić sobie stare prawdy. Zabawne, że przechodzi na moje pozycje. Pluje na awangardę i wraca do autora. Ja trwam w tym od 40 lat, bez odchyleń, i okazuje się, że mam rację.

Moje starcie z Adamskim jest pewną sensacją, trochę ją Jaruzelski przyćmił wizytą w Paryżu. Dobrze, że mówią o moim wystąpieniu, bo już prawie, że podejrzane, że mnie nie wyrzucili. Uważam, że mam pozycję ciekawą.

Nie mogę wyjść z przeziębienia. Zuzia kłóci się ciągle z Danielem, który jest nie do wytrzymania, co wiem od 15 lat. I tak Zuzia ma żelazne nerwy. To jest moje prawdziwe zmartwienie.

21 grudnia

Nie pisałem równe dwa tygodnie, bo jakby specjalnie nie było o czym! Przygotowałem przez ten czas swoje wystąpienie na spotkanie pedagogów w Sztokholmie (ITI)[55] – po angielsku! Sam się sobie dziwię, że się przebiłem przez sklerozę i środki uspokajające.

Fuksówka była nadzwyczaj udana – dzięki mojemu rokowi. Zrobili wspaniałą parodię egzaminu, a zaczęli od Hollywoodu za dziesięć lat, zabawnie i ze smakiem. Chyba tylko tyle ze mnie wzięli. Moja rozmowa z Komorowską (graną przez Rudnicką) – arcydzieło. W ogóle wszyscy świetni.

Szkoła to jedyna radość – dobrze, że, póki co, jestem. Póki co, bo nie wiadomo, co może lada chwila wyniknąć przy weryfikacji kadry. Jak wyjdzie sprawa Holoubka i Szczepkowskiego, to koniec. Poza tym próby z „Ich czworo” – chciałbym, żeby to wyszło lepiej od muzycznego dyplomu, bo nie chciałbym na festiwalu w Łodzi spaść za nisko.

Gwiazdkowy numer „Teatru”[56] przyniósł sprawozdanie z sesji i moje wspomnienie o Zelwerze. Chociaż tyle. Może jeszcze uda mi się zrobić Sesję Schillerowską w 87 r.? Na razie są szanse na zaczęcie budowy teatru. A więc Szkoła przede wszystkim.

31 grudnia

Święta nie chcą się skończyć. Wszyscy wszystkim życzą wszystkiego, aż do znudzenia. Święta minęły przenudnie – głównie TV.

Wigilia u Zuzi, krótko i nawet miło. Odkupiliśmy dla Zuzi rzeźbę Wnuka – „Zuzia” – główka jej, kiedy miała pięć lat. Szykuję się do Sztokholmu.

Przepisałem, poganiany przez Bibrich, speech. Ciekawe, jak mi pójdzie. Swoją drogą późno zacząłem mówić po angielsku. Na jesień szykuję sympozjum na temat pierwszych kroków w Szkole – napisałem sobie referat.

Zadzwoniła Szapołowska, chce ze mną robić film – głos zupełnie jak z tamtego świata – ja już jestem w zupełnie innym miejscu. Podwyżki w Teatrze właściwie fikcyjne – wychodzi w sumie na to samo.

Tydzień będę w Sztokholmie, trochę przydługo. Mam zaprosić Bergmana z „Królem Learem” do Warszawy.

[...]

Biogramy

A

ADAMCZYK Piotr (1972), dwukrotnie zagrał Karola Wojtyłę w filmach Włocha Giacoma Battiato (2005-06), także Chopin u Jerzego Antczaka (2002), Ksawery w „Cwale” (1995) u Krzysztofa Zanussiego, Karol w „Och, Karol 2” (2011), Stanisław Wisłocki w „Sztuce kochania” (2017) i Lars Reiner, szef gestapo w Warszawie, w serialu „Czas honoru” (od 2009). W teatrze Artur w „Tangu” (1997) i Charon we „Wniebowstąpieniu” (2002) u Macieja Englerta we Współczesnym, tamże Tolek Uhde w „Bambini di Praga” (2001) u Glińskiej, Don Juan (2001) u Jarosława Kiliana w Teatrze Polskim, Ludwik XIV we „Władzy” (2005) u Jana Englerta w Narodowym, Hamleta, w trakcie studiów, zagrał po angielsku, a po włosku XX w „Emigrantach” (2007) Sławomira Mrożka. W Teatrze Telewizji Konrad w „Wyzwoleniu” (2007) u Macieja Prusa. Bohater dokumentu „Piotr Adamczyk, aktor, który...” (2006).

ADAMSKI Jerzy (1922-2001), krytyk teatralny, m.in. „Kultury” i „Expressu Wieczornego” („Teatr z bliska – pamiętnik teatralny z lat 1971-1981”), tłumacz z francuskiego i włoskiego, historyk („Historia literatury francuskiej”, 1966), eseista („Samopoczucie kulturalne Polaków”, 1990), autor prozy „Uciekinier” (2002), w czasie wojny członek AK, walczył w powstaniu warszawskim, wykładowca warszawskiej PWST (1961-89), członek PZPR.

ALABORSKI Wojciech (1941-2009), amant charakterystyczny, Gustaw-Konrad w „Dziadach” (1965) w Bielsku-Białej, po obejrzeniu którego Kazimierz Dejmek powiedział: „Ty, k..., nic nie umiesz, ale tak wrażliwego człowieka jeszcze w życiu nie spotkałem”, Kordian i Diabeł w „Dziadach” (obie role w 1967 r.) u tegoż Dejmka w Narodowym, Chłopiec z deszczu w „Dwóch teatrach” (1968) u Axera we Współczesnym, Młodzieniec w „Amerykańskim ideale” (1969) u Łapickiego, doktor Judym (1975) u Jana Machulskiego w Teatrze Ochoty, od 1970 r. w Teatrze Polskim – Zbyszko w „Moralności pani Dulskiej” (1973), Widmo w „Weselu” (1984) i Sekretarz w „Ambasadorze” (1987) u Dejmka, Wielki Książę w „Kordianie” (1987) u Jana Englerta, Branicki w „Popołudniu kochanków” (1994) i Gonzalo w „Burzy” (2003) u Jarosława Kiliana. U Łapickiego – Albin w „Ślubach panieńskich” (1984), Lubowidzki w „Lokaju” (1988), Sekretarz w „Cyklopie” (1989), Rafał Lagena w „Dożywociu” (1996) i dr Omlett w „Jesteś mój” (1998). W kinie owładnięty przez seks bohater „Bestii” (1978) u Jerzego Domaradzkiego i Buchman w „Panu Tadeuszu” (1999) u Wajdy. Namiętny wędkarz, w młodości hokeista w III lidze w Nowym Sączu. Ma syna z Izabellą Pichelską (1944-2014), w latach 1966-2004 inspicjentką w Teatrze Polskim.

ALBEE Edward (1928-2016), amerykański dramaturg, trzykrotny zdobywca Nagrody Pulitzera (1967, 1975 i 1994), w ekranizacji jego najsłynniejszego utworu „Kto się boi Virginii Woolf?” (1962) zagrali Elizabeth Taylor i Richard Burton. Powtarzał: „Piszę sztuki o tym, jak ludzie marnują swoje życie”.

AMBROZIAK Jacek (1941), prawnik, działacz „Solidarności”, uczestnik obrad Okrągłego Stołu, szef Urzędu Rady Ministrów w rządzie Tadeusza Mazowieckiego (1989-90), członek Unii Demokratycznej.

ALEKSANDER I (1777-1825), car Rosji z dynastii Romanowów, od 1815 r. król Polski, znany z liberalnych zapatrywań społeczno-politycznych, najpierw paktował z Napoleonem Bonaparte (pokój w Tylży, w 1807 r.), potem, z pomocą mrozu i marszałka Kutuzowa, doprowadził do klęski francuskiego najeźdźcy, choć ten zdobył i spalił Moskwę (1812). Na kongresie wiedeńskim (1815) współtwórca Świętego Przymierza, które podzieliło Europę na strefy wpływów czterech mocarstw: Rosji, Prus, Austrii i Anglii. Prawdopodobnie sfingował swą śmierć, by przez resztę życia być syberyjskim mnichem. W 1825 r. rządy przejął jego młodszy brat Mikołaj I.

ANDERS Irena (1920-2010), druga żona generała Władysława Andersa (od 1948), jako Renata Bogdańska zagrała w „Wielkiej drodze” (1946) Michała Waszyńskiego, o szlaku bojowym 2. Korpusu Polskiego, a dwa lata później w „Nieznajomym z San Marino” tego samego reżysera, u boku Anny Magnani i Vittoria De Siki. Tuż po bitwie pod Monte Cassino śpiewała tam „Czerwone maki na Monte Cassino”. Podobno „parowała seksem”. Po wojnie na emigracji w Londynie, występowała w kabarecie Mariana Hemara w Radiu Wolna Europa.

ANDERS Władysław (1892-1970), generał, kawalerzysta, po kampanii wrześniowej 1939 r. więziony przez NKWD, uwolniony po podpisaniu paktu Sikorski-Majski. W 1941 r. twórca i dowódca Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, które latem 1942 r. wyprowadził do Iranu, 2. Korpusem Polskim dowodził m.in. w bitwie o Monte Cassino. Przeciwny wybuchowi powstania warszawskiego. Po wojnie pozostał na emigracji w Anglii. W PRL-u komuniści kpili z rojeń zwolenników II Rzeczypospolitej o tym, że Anders przybędzie na białym koniu, by wyzwolić Polskę spod radzieckich wpływów

ANDRYCZ Nina (1912-2014), aktorka specjalizująca się w rolach monarchiń: „Maria Stuart” Słowackiego (1958), Kleopatra (1963) i Katarzyna II w „Popołudniu kochanków” (1994) w Teatrze Polskim, oraz arystokratek: lady Milford w „Intrydze i miłości” (1951) u Aleksandra Bardiniego, Izabela Łęcka w „Lalce” (1952), także Ofelia (1934) w Teatrze na Pohulance w Wilnie, Regana w „Królu Lirze” (1935) u Leona Schillera, lady Makbet (1964), Balladyna (1965), Dulska (1973), Starościna w „Lokaju” (1988) u Łapickiego, Eugenia w „Tangu” (1990) u Dejmka i Ona w „Krzesłach” (1995) Ionesco u Macieja Prusa. W kinie obsadzana rzadko z powodu nieco egzaltowanej artykulacji – debiutowała w roli niemieckiej agentki w nieukończonym „Uwaga, szpieg” (1939) Eugeniusza Bodo, Maria Kalergis w „Warszawskiej premierze” (1950) i kierowniczka baletu w „Kontrakcie” (1980) Krzysztofa Zanussiego. Żona peerelowskiego premiera Józefa Cyrankiewicza (1947-68), wydała kilka tomów poezji („Drugie spotkanie z diabłem”, 1985), powieść autobiograficzną „My rozdwojeni” (1992) i książki wspomnieniowe („Bez początku, bez końca”, 2003, „Patrzę i wspominam”, 2012). Bohaterka dokumentu „Już nie mogę przestać być damą” (1996).

ANDRZEJEWSKI Jerzy (1909-83), pisarz najpierw katolicki – „Ład serca” (1938), potem partyjny – „Partia i twórczość pisarza” (1952), aż wreszcie opozycyjny – „Miazga” (1979). Według jednego z motywów jego powieści (1948) Wajda nakręcił „Popiół i diament” (1958). Także autor „Ciemności kryją ziemię” (1957), o Wielkim Inkwizytorze Tomasie de Torquemada, i „Bram raju” (1960), o krucjacie dziecięcej. Z PZPR wystąpił w 1957 r., w latach 70. współtwórca KOR-u. Kandydat do literackiego Nobla; gdy w 1980 r. otrzymał go jego dawny przyjaciel Czesław Miłosz, który opisał go jako Alfę „Zniewolonym umyśle” (1951), zażartował, że połowa nagrody należy się jemu. Autor dziennika „Z dnia na dzień” (1988).

ANOUILH Jean (1910-87), dramaturg francuski, który swoje dzieła dzielił na rozliczne grupy: sztuki różowe – np. „Bal złodziei” (1932), sztuki czarne – „Antygona” (1944), sztuki błyszczące – „Zaproszenie do zamku” (1947), sztuki skrzypiące – „Bal torreadorów” (1951), sztuki kostiumowe – „Beckett, czyli honor Boga” (1959) czy sztuki sekretne – „Aresztowanie” (1975). Często sam był ich współreżyserem. Jego stałe tematy to: bunt przeciwko bogactwu i przywilejom wynikającym z urodzenia, niechęć do hipokryzji i kłamstwa, pragnienie Absolutu, tęsknota za utraconym rajem dzieciństwa i niemożliwość miłości. Pisał: „Po cóż przeciwstawiać się kobiecie? O ileż prościej jest poczekać, aż ona zmieni zdanie” albo: „Z odrobiną wyobraźni można bardzo dobrze przeżyć całe życie w jeden wieczór”.

ANTCZAK Jerzy (1929), naczelny reżyser Teatru Telewizji (1963-75), w którym zrealizował m.in. „Kordiana” (1963) z Ignacym Gogolewskim, „Dr. Jekylla i pana Hyde’a” (1964) z Ignacym Machowskim i „Notes” (1968) z Tadeuszem Fijewskim. W filmie reżyser „Wystrzału” (1965) wg Puszkina, „Mistrza” (1966), „Epilogu norymberskiego” (1970) z Łapickim jako narratorem, „Nocy i dni” (1975), „Damy kameliowej” (1994) i „Chopina. Pragnienia miłości” (2002). Jako aktor Marcellus w „Hamlecie” (1960) u Warmińskiego w Teatrze Nowym w Łodzi, tamże reżyser „Nie igra się z miłością” (1959), rok wcześniej dyrektor łódzkiego teatru „7.15”. W filmie – pułkownik duński w „Na białym szlaku” (1962) wg Centkiewiczów. Mąż aktorki Jadwigi Barańskiej (1935), którą obsadził w „Hrabinie Cosel” (1968). W latach 70. w PZPR, w 1979 r. wyemigrował do USA, uczy na Uniwersytecie Stanowym Los Angeles (UCLA), jego wychowankiem jest Alexander Payne („Bezdroża”, 2004). W 1968 r. mówił: „Chciałbym wyjaśnić, że najbardziej interesuje mnie kameralny »teatr aktora«, teatr, w którym reżyser pozostaje na uboczu, niedostrzegalny. Zdecydowanie rażą mnie widowiska (w teatrze, filmie, telewizji), w których działanie reżysera jest nazbyt widoczne”. Wydał autobiografię „Noce i dnie mojego życia” (2009).

ARTYSZ Jerzy (1930), śpiewak (baryton), solista Teatru Wielkiego w Warszawie (1964-90) – m.in. Jozue w „Jutro” (1966) Tadeusza Bairda u Bardiniego, hrabia Almawiwa w „Weselu Figara” (1970), Figaro w „Cyruliku sewilskim” (1971), Maciej w „Strasznym dworze” (1972) u Prusa, Falstaff (1975), Edyp (1978), Wozzeck (1984), Macbeth (1985), król Roger (1986), Piłat w „Mistrzu i Małgorzacie” (1987) i baron Scarpia w „Tosce” (1992), dyrektor szkoły operowej w Barcelonie (1990-94), od 1975 r. profesor warszawskiej AM.

AUDERSKA Halina (1904-2000), pisarka – „Ptasi gościniec” (1973) i „Babie lato” (1974), o Polakach wywiezionych z Kresów, wg jej powieści „Smok w herbie” (1983) Janusz Majewski nakręcił serial „Królowa Bona”. Podczas wojny w AK. Prezes popieranego przez władze komunistyczne Związku Literatów Polskich (1983-86), wówczas zasiadała też we władzach Patriotycznego Ruchu Ocalenia Narodowego (PRON).

AUGUSTYNIAK Bogdan (1940-2006), reżyser, w latach 80. wystawiał w Kielcach Moliera, Gogola, Żeromskiego i Mrożka, od 1990 r. dyrektor Teatru na Woli.

AUGUSTYNOWICZ Anna (1959), reżyserka, od 1992 r. dyrektorka Teatru Współczesnego w Szczecinie, wystawia młodą europejską dramaturgię: „Moja wątroba jest bez sensu” (1997) Wernera Schwaba, „Polaroidy” (2002) Marka Ravenhilla, polską klasykę: „Iwona, księżniczka Burgunda” (1996), „Moralność pani Dulskiej” (2000), i światową: „Burza” (2016), „Edward II” (2014) Marlowe’a w Starym Teatrze. Chętnie wykorzystuje na scenie technikę wideo. Uczennica Krystiana Lupy. Mówi: „W teatrze nie trzeba wszystkiego rozumieć. Poprzez teatr literacki jesteśmy wprawdzie przyzwyczajeni, by odwoływać się do znaczeń, ale nie wszystkie muszą być przez widza interpretowane”.

AXER Erwin (1917-2012), reżyser, przed wojną asystent Leona Schillera, w latach 1949-81 dyrektor Teatru Współczesnego w Warszawie, gdzie wystawił m.in. „Karierę Artura Ui” (1962) Brechta z Tadeuszem Łomnickim i „Tango” (1965) z Czechowiczem, Fijewskim, Michnikowskim i Pawlikowskim oraz, premierowo, inne sztuki Mrożka. W Teatrze Narodowym pokazał polityczny „Ostry dyżur” (1955) Jerzego Lutowskiego i „Kordiana” (1956) z Łomnickim i Janem Kurnakowiczem w roli Wielkiego Księcia Konstantego. Reżyserował też m.in. w Austrii, Niemczech, Szwajcarii i USA. O jego stylu pracy pisano: „Erwin Axer preferował reżyserię ukrytą, podporządkowaną idei i poetyce dramatu, skupioną na pracy z aktorem”. On mówił o sobie: „To duże szczęście, jeżeli człowiek może robić to, na co ma ochotę, jeżeli do tego otaczają go koledzy, których lubi i ceni. Dużo też w życiu grałem w tenisa i do czasu jeździłem na nartach. Czego jeszcze można sobie życzyć?”. Do 1979 r. wykładowca warszawskiej PWST, autor tekstów dookołateatralnych (czterotomowa seria „Ćwiczenia pamięci”). Syn słynnego lwowskiego adwokata Maurycego Axera.

[...]

PRZYPISY

[1] „Dziewczęta z Nowolipek” Barbary Sass (premiera 14 kwietnia 1986) wg powieści Poli Gojawiczyńskiej (1935); Łapicki gra profesora, który uwodzi Frankę (Maria Ciunelis). [Opracowanie przypisów w niniejszym tomie – Jacek Szczerba].

[2] „My jesteśmy jak przeklęci,/ Że nas mara, dziwo nęci,/ Wytwór tęsknej wyobraźni/ Serce bierze, zmysły draźni” – słowa Poety w „Weselu”.

[3] Stanisław Wyspiański „Wesele”, reż. Kazimierz Dejmek, Teatr Polski, premiera 12 lipca; Łapicki gra Poetę, postać wzorowaną na Kazimierzu Przerwie-Tetmajerze, gościu wesela w Bronowicach.

[4] Sławomir Mrożek, „Letni dzień”, reżyseria Kazimierz Dejmek, Teatr Polski, premiera 12 kwietnia; Łapicki gra Uda, obok Magdaleny Zawadzkiej i Jana Englerta.

[5] Ostatecznie ani Holoubek, ani Dejmek nie wyreżyserowali wówczas „Fantazego” Juliusza Słowackiego.

[6] Aleksander Fredro, „Śluby panieńskie”, reżyseria Andrzej Łapicki, Teatr Polski, premiera 20 grudnia 1984 r. Obsada: Pani Dobrójska – Anna Seniuk, Aniela – Joanna Szczepkowska, Klara – Ewa Domańska, Radost – Jan Matyjaszkiewicz, Gustaw – Jan Englert, Albin – Wojciech Alaborski, Jan – Bogdan Baer.

[7] „Sen o Bezgrzesznej” (1979), spektakl Jerzego Jarockiego w Starym Teatrze oparty na tekstach Stefana Żeromskiego.

[8] „IV rozbiór Polski” (1984) Tadeusza Skałuby, używającego pseudonimu Władysław Roman Wawrzonek, publikacja w tzw. drugim obiegu o pakcie Ribbentrop-Mołotow (1939).

[9] W Instytucie Sztuki PAN w Warszawie w dniach 1-6 października 1984 r. odbyło się międzynarodowe sympozjum „Dramaturgia Strindberga w kontekście europejskim”, zorganizowane przez Polski Ośrodek Międzynarodowego Instytutu Teatralnego. Wzięli w nim udział teatrolodzy m.in. ze Szwecji, USA, Węgier, Rumunii, Holandii, Francji, Czechosłowacji i Nigerii. Za język obrad przyjęto angielski.

[10] Zastępstwo za Leszka Teleszyńskiego nie było potrzebne. Podczas występów Teatru Polskiego w Trójmieście Teleszyński dostał opryszczki, m.in. na oku. Miejscowi lekarze zdiagnozowali półpasiec, z groźbą utraty wzroku. Teleszyński w trybie pilnym wrócił do Warszawy samolotem, ale stołeczna lekarka stwierdziła, że to tylko opryszczka poprzeziębieniowa. Był gotów do grania, nim reszta zespołu dotarła do Warszawy pociągiem.

[11] Pogoń Szczecin – F.C. Köln 0:1, mecz w Pucharze UEFA, rzutów karnych dla Pogoni nie wykorzystali Adam Kensy i Marek Leśniak.

[12] Łapicki zastąpił Machowskiego w roli Prymasa w „Wyzwoleniu” Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Kazimierza Dejmka w Teatrze Polskim, premiera 15 lipca 1982 r.

[13] Olbrychski grał w filmie „Casablanca, Casablanca” (1985) Francesco Nutiego.

[14] Konferencja w Jałcie (4-11 lutego 1945 r.) – to na niej premier Wlk. Brytanii Winston Churchill, prezydent USA Franklin D. Roosevelt i przywódca ZSRR Józef Stalin zdecydowali m.in. o tym, że powojenna Polska znajdzie się pod „zwierzchnictwem” ZSRR, że utraci na jego korzyść Kresy Wschodnie, otrzymując w zamian tzw. Ziemie Odzyskane, i że Rosjanie mogą zlikwidować polskie podziemie zbrojne: AK i NSZ. Polaków nikt o zgodę w tych kwestiach nie pytał.

[15] „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” – zdanie kanclerza Jana Zamoyskiego zapisane w akcie fundacyjnym Akademii Zamojskiej (1594).

[16] Polska – Grecja 3:1, bramki dla Polski – Włodzimierz Smolarek (62) i Dariusz Dziekanowski (65 i 79); mecz rozgrywany w Zabrzu, w eliminacjach MŚ 1986, 17 października 1984 r.

[17] Helena Batory, kuzynka Łapickiego, żona reżysera Jana Batorego (1921-81), u którego Łapicki grał w „Lekarstwie na miłość” (1965).

[18] Na posiedzeniu Narodowej Rady Kultury 12 listopada 1984 r. był z Łapickim Janusz Majewski (1931), reżyser „Zaklętych rewirów” (1975) i „Sprawy Gorgonowej” (1977), jako prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich, i Wojciech Marczewski (1944), reżyser „Zmór” (1978) i „Dreszczy” (1981), jako prezes Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych (DKF).

[19] „Otello” Williama Szekspira w reżyserii Andrzeja Chrzanowskiego, spektakl Teatru Telewizji, premiera 26 listopada 1984 r. Obsada: Otello – Daniel Olbrychski, Jagon – Piotr Fronczewski, Desdemona – Joanna Pacuła.

[20] Gdy we wrześniu 1980 r. ekipa Jaruzelskiego doprowadziła do aresztowania, a w styczniu 1982 r. do procesu Macieja Szczepańskiego, oskarżonego o przyjęcie w latach 70. łapówek w wysokości 1,5 mln zł oraz zabór mienia Radiokomitetu, którym kierował, na sumę ok. 3,5 mln zł, szukano haków na ulubieńca Edwarda Gierka. Stąd m.in. insynuacja Balickiego, że Szczepański wypił bruderszaft z krytycznie nastawionymi do socjalizmu wybitnymi polskimi artystami, których Szczepański włączył do Rady Programowej TVP. Patrz przypis z 18 kwietnia 2004 r.

[21] Konrad Wallenrod, XIV-wieczny bohater powieści poetyckiej Adama Mickiewicza (1828), który pozwala się wybrać na Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego, by podstępem zniszczyć jego potęgę od środka.

[22] Od 14 do 21 grudnia gościła w PWST 9-osobowa grupa studentów i pedagogów, z dyrektorem Jean-Pierre’em Miquelem, z Conservatoire National Superieur d’Art Dramatique w Paryżu. Goście m.in. dwukrotnie przedstawili spektakl złożony ze scen dramatów Corneille’a, Giraudoux, Goldoniego i Moliera.

[23] „Złe zachowanie” Andrzeja Strzeleckiego, przedstawienie dyplomowe studentów IV roku Wydziału Aktorskiego stołecznej PWST, grane na scenie Teatru Ateneum i Teatru Rampa w Warszawie.

[24] Obowiązywała wówczas ustawa o szkolnictwie wyższym z 4 maja 1982 r. Mówiła ona o państwowym charakterze szkół wyższych, choć wcześniejsze regulacje dopuszczały możliwość tworzenia szkół prywatnych, oczywiście za zgodą ministra. Paradoksalnie ustawa była jednak ukłonem w stronę akademickich przeciwników stanu wojennego: mówiła ona, że szkoły wyższe są samorządnymi społecznościami nauczycieli akademickich, studentów i innych pracowników szkoły, że uczelnie kierują się zasadami wolności nauki i sztuki, wzmacniała rolę organów kolegialnych, uchwały Senatu stały się wiążące dla rektora i innych organów szkoły. Łapicki i grupa zaprzyjaźnionych warszawskich rektorów, którą nazywał on Bandą Pięciorga, słusznie spodziewali się, że władza zechce na drodze nowelizacji ustawę zaostrzyć: osłabić niezależność uczelni, znieść samorząd studencki, wzmocnić rolę rektora kosztem Senatu. Banda Pięciorga nie zgadzała się na takie planowane zmiany.

[25] Stanisława Kopf, „Dni Powstania: kronika fotograficzna walczącej Warszawy” (Pax, 1984).

[26] Pierre Corneille, „Cyd”, w przekładzie Jana Andrzeja Morsztyna, reżyseria Adam Hanuszkiewicz, Teatr Ateneum, premiera 1 stycznia 1985, Daniel Olbrychski jako don Rodrygo zwany Cydem.

[27] Arthur Miller, „Czarownice z Salem” (1952), dramat opowiadający o procesach o czary, które miały miejsce w roku 1692 w amerykańskim miasteczku Salem, czyli alegoryczne ujęcie tzw. polowania na czarownice, rozpętanego w czasach zimnej wojny przez senatora Josepha McCarthy’ego. W warszawskiej Stodole w styczniu 1985 r. sztukę pokazał zespół Royal Shakespeare Company, ich drugim zaprezentowanym przedstawieniem była wówczas „Opowieść zimowa” Szekspira.

[28] Nazwisko kojarzy mu się z Heinrichem von Brühlem (1700-63), faworytem króla Polski Augusta III Sasa, który w latach 1733-63 de facto, jako pierwszy minister, sprawował rządy w Saksonii i Rzeczypospolitej. Brühl słynął z łapówkarstwa, miał największy w Europie zbiór zegarów i kamizelek oraz ogromną kolekcję peruk.

[29] Roman Brandstaetter, „Król i aktor”, reżyseria Andrzej Ziębiński, Teatr Popularny, premiera 27 czerwca 1985 r. Łapicki gra króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, Marek Prałat – aktora Wojciecha Bogusławskiego.

[30] Konfederacja barska (1768-1772), związek zbrojny szlachty polskiej skierowany przeciwko królowi Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu i popierającym go wojskom rosyjskim, zaprzysiężony w imię obrony niepodległości i religii katolickiej, gdyż Rosjanie narzucili Rzeczpospolitej ustawy dające równouprawnienie innowiercom.

[31] Dorota Buchwald napisała w recenzji tego dramatu: „W nieokreślonym bliżej miejscu, pod koniec XX wieku, pojawia się człowiek obdarzony niezwykłym darem czynienia cudów: wskrzesza z martwych włóczęgę, rozmnaża złote pieniądze. Świat, czyli napotkani ludzie, nie potrafią zjednoczyć się i zgromadzić wokół tej fascynującej ich siły. Obdarowani jej cząstką, zamiast rozniecać ją w sobie i pomnażać, trwonią dar we wzajemnych walkach i porachunkach. Stał się cud, ale nie spowodował zmiany w ich życiu. Bardijewski napisał »Mirakle« ściśle według średniowiecznego wzorca, stancami, czyli serią obrazów”.

[32] Thomas Stearns Eliot, „Lord Claverton” (albo „Mąż stanu”), reżyseria Kazimierz Dejmek, premiera 30 maja 1985 r.; Łapicki grał postać tytułową.

[33] Tymon Terlecki, „Rzeczy teatralne” (PIW, 1984).

[34] Erwin Axer, „Ćwiczenia pamięci” (PIW, 1984).

[35] Opolskie Konfrontacje Teatralne „Klasyka Polska”, istnieją od roku 1975 r.

[36] Jerome Kilty, „Kochany kłamca” (1961), reżyseria Aleksander Bardini, Teatr Współczesny w Warszawie; Łapicki grał w tym spektaklu George’a Bernarda Shawa.

[37] Festiwal Szkół Teatralnych w Łodzi, istnieje od 1983 r.

[38] Tadeusz Łomnicki zagrał Mężczyznę w „Komedii” i Krappa w „Ostatniej taśmie”, obie sztuki Samuela Becketta, w reżyserii Antoniego Libery w Teatrze Studio, premiera 17 marca 1985 r.

[39] Ewa Domańska dostała nagrodę za rolę Klary w „Ślubach panieńskich”.

[40] Słynna paryska restauracja stworzona w 1962 r. przez Jeana Castela, miejsce spotkań paryskich aktorów i reżyserów, ulica Princesse 15 (w pobliżu Bulwaru Saint-Germain).

[41] 4500 franków francuskich w 1985 r. stanowiło, wg wyliczeń eksperta bankowego Dobiesława Tymoczko, równowartość prawie 17 ówczesnych średnich peerelowskich pensji miesięcznych.

[42] Restauracja Wilanów, ulica Kostki Potockiego 27.

[43] Françoise Sagan, „Zamek w Szwecji” (1961), w reżyserii Andrzeja Łapickiego w Teatrze Współczesnym; Łapicki grał tu lekkoducha Sebastiana, a Jędrusik uznaną za zmarłą Ofelię.

[44] Jarosław Iwaszkiewicz, „Maskarada” (1971), spektakl Teatru Telewizji w reżyserii Łapickiego, który zagrał też cara Mikołaja I, Puszkinem był Zbigniew Zapasiewicz, zaś Nathalie Małgorzata Braunek.

[45] „Siakuntala” wg Kalidasy, spektakl dyplomowy dla studentów III roku Wydziału Aktorskiego, przygotowany w grudniu 1985 r. przez Tadeusza Łomnickiego na podstawie staroindyjskiego (V w. n.e.), napisanego sanskrytem, dramatu o hinduskiej dziewicy Siakuntali. Łapicki nazywa go żartobliwie „Akupunkturą”. W 1960 r. w Teatrze 13 Rzędów „Siakuntalę” wystawił Jerzy Grotowski.

[46] Zespół pałacowo-parkowy w Radziejowicach, 44 km na południowy zachód od Warszawy, od 1965 r. pełni funkcję domu pracy twórczej; miejsce „oficjalnych nasiadówek”, nie tylko w PRL-u.

[47] Wydział Akademii Teatralnej powstały w 1975 r.

[48] Zrzeszenie Studentów Polskich.

[49] 24 października 1942 r. i 11 lipca 1943 r. żołnierze Gwardii Ludowej dokonali dwóch zamachów na kawiarnię „tylko dla Niemców” – Café Club, w kamienicy Istomina na rogu Alej Jerozolimskich i Nowego Światu w Warszawie. Zamachowcy ranili kilku Niemców. Akcje miały charakter odwetowy, były odpowiedzią na masowe egzekucje urządzane przez Niemców, m.in. na Pawiaku.

[50] „Przy stole…”, wg „Wesela” Antoniego Czechowa, spektakl dyplomowy w reżyserii Mai Komorowskiej.

[51] Od 1975 r. działał przy PWST Instytut Nauk Społeczno-Politycznych kierowany przez doc. dr Bożenę Krzywobłocką. Na prośbę rektora Łapickiego z września 1981 r. Ministerstwo Kultury i Sztuki odłączyło Instytut od PWST, tworząc Instytut przy stołecznej Akademii Sztuk Pięknych. Kierował nim doc. dr hab. Jerzy Sikorski.

[52] Teoria mimetyczna w sztuce tyczy twórczego naśladownictwa natury bądź dzieł mistrzów, którym udało się tę naturę odtworzyć. Ma swe źródło w dialogach Platona. Mimetyzmem o charakterze społecznym zajmował się antropolog René Girard (1923-2015).

[53] „Ich czworo” Gabrieli Zapolskiej w reżyserii Łapickiego, przedstawienie dyplomowe w PWST (premiera 10 lutego 1986 r.), rzecz o małżeńskim trójkącie. Obsada: Żona – Katarzyna Chrzanowska, Mąż – Paweł Szczęsny, Kochanek – Piotr Gąsowski i Zbigniew Janiszewski, Dziecko – Patrycja Tarczyńska.

[54] Przedstawienie dyplomowe „Ćwiczenia kabaretowe” w reżyserii Janusza Nyczaka, składały się nań piosenki z dwudziestolecia międzywojennego i z musicalu „Kabaret”.

[55] ITI: International Theatre Institute (Międzynarodowy Instytut Teatralny), z siedzibą w Paryżu, założony w 1948 r. w Pradze, obecnie działa pod auspicjami UNESCO.

[56] Miesięcznik „Teatr”, istnieje od 1945 r., przyznaje Nagrodę im. Swinarskiego dla najlepszego reżysera i Nagrodę im. Zelwerowicza dla najlepszych aktorów.

[...]

Reżyser Tadeusz Konwicki i Andrzej Łapicki na moście Gdańskim, na planie filmu „Jak daleko stąd, jak blisko” (1971). Drugi jakby gra tu pierwszego w historii opisującej doświadczenie ich wspólnego pokolenia

fot. Roman Sumik/Filmoteka Narodowa

Zbliża się ostatni ekranowy pocałunek Łapickiego. Franka (Maria Ciunelis) i Profesor (Łapicki) w „Dziewczętach z Nowolipek” (1985) Barbary Sass

fot. archiwum Filmu/FORUM

Andrzej Łapicki (pierwszy z lewej) na schyłkowo peerelowskim spotkaniu rektorów wyższych uczelni. Najważniejsze są tu jednak brylujące na stole baterie butelek coca-coli

archiwum Zuzanny Łapickiej

Andrzej Łapicki w tytułowej roli w „Lordzie Clavertonie” (1985) Thomasa Stearnsa Eliota w reżyserii Kazimierza Dejmka (Teatr Polski w Warszawie). Bohater dokonuje życiowego rozrachunku w towarzystwie dawnej kochanki (Kalina Jędrusik), córki (Joanna Szczepkowska) i współpracownika (Marek Barbasiewicz)

fot. Krystyna Skalska/archiwum Instytutu Teatralnego

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jutro będzie „Zemsta” Łapa w łapę 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002