Baronówna

Baronówna

Autorzy: Michał Wójcik

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 34.99 zł

Kiedy wybucha wojna, córka barona Kronenberga ma 17 lat. Jej rodzinny pałac zostaje spalony, a żydowskie pochodzenie jest jak wyrok śmierci. Ale Wanda nie myśli o ucieczce i wierzy, że przechytrzy wszystkich. Przepiękna baronówna donosi NKWD, pisze meldunki dla AK, jest prawą ręką asa Gestapo.

Prowadzi własną wojnę.

 

Fascynuje, rozkochuje i sprawia, że ludzie znikają. O jej względy walczą najwyżej postawieni mężczyźni, ale to ona rozdaje karty. I nie boi się niczego i nikogo.

Po wojnie Wanda nie przestaje uwodzić. Teczka z jej nazwiskiem trafia na biurko oficera UB. Kilkadziesiąt lat później śladem tajemniczej agentki rusza dziennikarz i historyk.

 

Odkryje fakty, których nikt wcześniej nie połączył.

Jaką rolę miała do odegrania najgroźniejsza polska agentka?

Kim byli jej kochankowie? Dlaczego jej imię wymazano z kart historii?

 

Michał Wójcik – historyk, dziennikarz, laureat Nagrody Historycznej „Polityki” za napisaną wspólnie z Emilem Maratem książkę o Stanisławie Likierniku Made in Poland. Współautor bestellerowych Ptaków drapieżnych, historii likwidatora z AK Lucjana „Sępa” Wiśniewskiego. Autor wydanego w 2017 roku wywiadu rzeki z Zofią Posmysz Królestwo za mgłą.

Piją dalej. Bert trąca Wiktora w łokieć.

– Popatrz tam.

– Gdzie?

– Ta piękna brunetka z kolią na szyi.

– Nie znam.

– Kurwa. Baronówna Krummberg.

– Córka tego…?

– Ta sama. Śpi z majorem Hahnem, jeszcze z kilkoma

z Szucha. Wciąga do swego mieszkania chłopaków organizacji, przez całą noc każe się chędożyć, a rano zabiera ich gestapo. Wydała już ze trzydziestu. Od roku jest na nią wyrok, możesz ją zastrzelić, jeśli masz ochotę.

– Nie chcę.

– Masz rację. Sam nie wiesz, jaką masz rację.

Juliusz Garztecki, Koralowce

Prolog

Leży nieprzytomna. I naga, nie licząc pończochy, która zwisa długim flakiem ze stopy, uczepiona dużego palca. W ustach ma sucho.

Drży. Mokra pościel lepi się do jej ciała niczym brudny całun.

Nie ma siły się ruszyć. Chciałaby zawołać o szklankę wody, ale nic z tego. Nie może nawet otworzyć ust. Oczu też nie. Poza tym nie chce. Boi się, że światło wstrzeli się długim jęzorem i rozsadzi jej czaszkę.

„Odys” krząta się w kuchni. Rześki, zadowolony z siebie i z wczorajszego wieczoru. Słychać chrzęst rozgryzanego jabłka. Pyta z pełnymi ustami:

– Skąd oni wytrzasnęli tych… – Przerywa. Odgryza kolejny kawał. Jego szczęki pracują zawzięcie.

– …tych Cyganów? Myślałem, że wszyscy już… wiesz.

Wanda prostuje nogi. Próbuje rozciągnąć ścięgna i mięśnie, chce się odwrócić na plecy. Jest jak manekin, którego obsługa sklepu zamierza dopiero ubrać i postawić w okiennej wystawie. „Odys” patrzy na nią rozbawiony, dojadając jabłko.

Czuje, że cała się klei. Kochali się wczoraj z atrakcjami. Chłopak strzelił korkiem od szampana w obraz pradziadka. Wielki Leopold nawet nie drgnął, dalej łypał srogo spod krzaczastych brwi. A potem mimo jej protestów „Odys” wylał na nią pianę z butelki. Wszystko zalał tym szampanem, kretyn. To był szampan od doktora Schmidta. Kiedy jej przełożony z Abwehry wróci z Berlina, na pewno zapyta, co tak ważnego celebrowała, że nie mogli wypić go razem.

„Odys”, co za głupi pseudonim. A ona? Na tym spienionym morzu pościeli wygląda żałośnie – jak martwa syrena.

Tańce w Adrii, porywający śpiew Cyganów, występ derwiszów, wielbłądy, no i ten koncert orkiestry Scotta… Obrazy migają jej przed oczami. To była szalona czerwcowa noc, być może jedna z ostatnich w tej Warszawie. Jednak Wehrmacht potrafi się bawić, nawet gdy podaje tyły. Ale nic nie przebije węgierskich huzarów. Chyba ze trzech oficerów prosiło ją do tańca. Jeden miał takie śmieszne imię. Glazier… Glazar…? No i ten Murzyn. Ależ oni czują muzykę, ci Amerykanie. Jak on się tutaj uchował? Widocznie Niemcy potrafili docenić kunszt i zostawili go w spokoju.

Niech to się wreszcie skończy – myśli. Sama nie wie, co dokładnie. Kac czy ten cały bałagan za oknem.

Czerwona bestia nadchodzi. Miażdży kolejne niemieckie dywizje, połyka gigantyczne połacie ziemi. Na nic się zdała potężna linia obronna w lasach i błotach pińskich. Rowy przeciwczołgowe, transzeje z betonu i stali, poukrywane działa. W huku dział, terkocie karabinów, z chrzęstem gąsienic pełznie czerwona zaraza. A jeszcze kilka miesięcy temu doktor Schmidt mówił o jakiejś niespodziance, którą Führer miał sprytnie przygotować. Jakieś jednostki pancerne. Kontrnatarcie. Kolejny „cud nad Wisłą”. Palcem po wodzie. Szkoda gadać.

Słychać kroki. „Odys” staje przed nią. Też jest nagi, nie licząc oficerek. Debil, wyciągnął je z szafy gospodarza. Nie wygląda na to, żeby miał kaca. W wyglansowanych butach robi krok w przód, krok w tył, wspina się lekko na palce, niezdarnie naśladując kroki w walcu. Obraca się, pokazując ślady szminki na gołym tyłku.

– Ta mała piła dziś… i jest wstaawioona, kto nie chce wierzyć mi, niech się przekoona… – zaczyna śpiewać. Fałszuje. Wanda nie może unieść głowy, widzi tylko włosy na jego udach.

– Przestań! – Zamiast krzyku z jej ust wydobywa się chrapliwy szept.

– Rozkoszny szmerek w pijanej główce maa, więc jak cukierek, rozkoszne usta wszystkim daa…

„Odys” przestaje się kręcić i pada na mokrą pościel.

– Wiesz, że ta Pogorzelska to była Niemka? Świetny kawałek. Niemcy to muzykalny naród. Widziałaś wczoraj, jak się wygłupiali?! Mając Stalina na karku!

Dziewczyna nie odpowiada. I wtedy on zmienia ton.

– Masz? – pyta ostro.

– Mam.

Odpowiedź też jest stanowcza. Jakby Wanda w mig wytrzeźwiała.

– Gdzie?

– W biurku.

„Odys” znika za wielkimi rozsuwanymi drzwiami.

– Ilu?

– Nie wiem, nie liczyłam. Koło stu.

Chłopak przegląda listę. Nazwiska, przy nich adresy. Komuniści. Lista jest niemiecka, całkiem świeża. Gestapo sporządziło ją zaledwie miesiąc temu.

– Nu ładna, ładna. – Chłopak jest zadowolony. Powinni uporać się z robotą w miesiąc. Zastrzeli się z dziesięciu, dla postrachu. Reszta niech pozrywa kontakty i spierdala. Do swojego kochanego Soso. Do matuli Rosiji.

– A ty masz? – pyta teraz Wanda.

Niewielkie zawiniątko. Jak gryps z Pawiaka. Malutki świstek. Gdy wyciąga rękę, „Odys” cofa dokument. No tak, teraz się zacznie – myśli Wanda. Ceremonia przekomarzanek, chowanie za plecami, zgaduj zgadula, ciepło zimno. Nie ma na to siły. Odrywa się od pościeli i powoli łapiąc równowagę, staje na łóżku.

– Dawaj!

Chłopak podchodzi powoli. Wsuwa jej dokument delikatnie w dłoń. Robi jeszcze krok. Opiera policzek o jej pierś. Przymyka oczy, chyba wreszcie czuje zmęczenie.

Jej palce gwałtownie rozchylają zwitek. Wanda ożywia się, „Odys” czuje, jak napina mięśnie. Czułość gdzieś się ulatnia. Dziewczyna zeskakuje z łóżka, znika w pokoju. Słychać, jak wykręca numer na tarczy telefonu.

– Ich habe. Das Glas ist voll. Lassen Gärtner sind gekommen. – „Odys” słyszy tylko co drugie słowo.

Trach. Odłożyła słuchawkę. Chwila ciszy. Pewnie czyta teraz nazwiska. Jest ich zaledwie kilkanaście. Przy niektórych pseudonim, gdzieniegdzie adres. Jakiś znak szczególny. Czarnomski, Kamiński, Kotarbiński, Krahelska, Manteuffel, Makowiecki, Płoski, Rzepecki, Warden-Zagórski, Widerszal.

– Za co? – Wanda krzyczy z drugiego pokoju.

– To samo. Żydy i komuna. Jutro zaczynamy. Na Asfaltowej, potem Jesionowa…

– Przecież Rzepecki…i Kamiński… to nie są Żydzi… – Nadal nie wchodzi do pokoju.

– Skąd mam wiedzieć, czy to Żydy, czy nie. Jest robota, to robimy. Czy to waż…? – Nie kończy, Wanda pojawia się w drzwiach. Ma na sobie japoński szlafroczek. Przezroczysty, do pół uda. Ładnie w tym wygląda – myśli chłopak. Już chce wsunąć ręce pod materiał, gdy widzi, że Wanda trzyma coś w dłoni. Zanim pojmuje, co to jest, dziewczyna unosi rękę. Trzask nawet nie jest głośny. Na jego czole pojawia się mała dziurka.

Wanda kładzie dłoń na jego piersi. Popycha leciutko i „Odys” wali się bezwładnie na łóżko. Odkłada pistolet. Patrzy przez chwilę na opalone ciało kochanka.

Czy to możliwe, że rok temu pływali razem w Wiśle koło Otwocka? Był w tej grupie? Bo na pewno byli Janek, Bronek, była Krysia. Nie może sobie przypomnieć. Ale to chyba był on. Wtedy mówili na niego Stefan. Narodowczyk. Trochę tajemniczy. Kąpał się w takich śmiesznych gaciach. Bał się zostawić broń w spodniach na brzegu. Zawsze gotowym trzeba być! Dzieciak. Opiera się lekko kolanami o brzeg łóżka.

– A Pogorzelska, kochany, wcale nie była Niemką. A to, co śpiewała, skomponował Żyd. Takie rzeczy lepiej wiedzieć.

Przed kamienicą na Chopina zatrzymuje się czarny opel. Z auta wychodzi czterech krótko podstrzyżonych mężczyzn. Sprężyste ruchy, władcze gesty. Zaraz tu będą. Już słychać kroki na schodach. Podkute buty, gardłowe śmiechy. Stają przed drzwiami.

– Jezus Maria! – syczę przez zęby.

Dopiero teraz sobie uświadamiam, że stoję tu durnowato jak wieszak, a przecież nie mam kenkarty. Trzymam w ręku starą legitymację prasową. Już dawno nie jest aktualna. Po co ją w ogóle wyciągam? Aha, bo nie mam broni. Poza tym gdzie mam portfel? W spodniach. Gdzie są moje spodnie?

Pukają. Chcę uciekać. Do kuchni, do służbówki, obojętne. Odwracam się. Patrzę na klamkę. Mosiężna z głową lwa… widzę, jak powoli opuszcza się do dołu. Lew otwiera paszczę. I wtedy się budzę.

Jestem u siebie, we własnym łóżku. To mój widok z okna, moje głupie gołębie na moim parapecie. Znowu mi się śniła. Znowu ten sen.

Tylko kogo tym razem zabiła? Jak on…? „Odys”? Swoją drogą to ciekawe, że nigdy się nie budzę, gdy ona go zabija. Jakby samo zabijanie było w porządku. Budzę się dopiero, gdy walą do drzwi. Dziś to byli Niemcy. Kilka dni temu łomotali „nasi”.

***

Zaczęło się od zlecenia. Redakcja znanego tygodnika zaproponowała mi przygotowanie rocznicowego dodatku o Powstaniu Warszawskim. Jestem dziennikarzem, zajmuję się historią. Nic prostszego, zrobi się – pomyślałem.

A potem naszły mnie wątpliwości. W ostatnich latach powstały setki takich publikacji opartych na wspomnieniach, relacjach, z wyblakłymi zdjęciami. Czy jest sens produkować kolejną? Nie, to trzeba zrobić inaczej – postanowiłem.

Katalog Biblioteki Narodowej pod hasłem „powstanie” wyświetla tysiące rekordów. Zacząłem zamawiać tylko te książki, których tytuły nic mi nie mówiły. Im bardziej enigmatyczne, tym lepiej. Mało znane, nieobecne na księgarskich półkach. Uzbierałem kilkadziesiąt pozycji. Wiele z nich zostało wydanych własnym sumptem. Oto powstaniec przed śmiercią chciał zostawić relację z kanałów i rodzina złożyła się na druk. Zamawiam. Oto sanitariuszka, którą wnuczka namówiła do spisania przeżyć w zbombardowanym szpitalu. Zamawiam. Oto kompletny świr, historyk, doktor wielokrotnie habilitowany, wgryza się w niuanse powstańczego sprzętu, analizuje kalibry, osiągi i numery seryjne broni. Przyda się.

Pomiędzy tymi książkami natknąłem się na cienki biuletyn, wspomnienia Mieczysława Ćwikowskiego, powstańca ze Śródmieścia. Sprawdziłem nakład: 300 egzemplarzy. Teksty Ćwikowskiego okazały się fascynujące! Po latach patrzył na swój udział w powstaniu raczej krytycznym okiem. Podchodził z rzadko spotykanym dystansem do własnych przeżyć, do opowiadań kolegów, których pseudonimy nic mi nie mówiły. I w tej właśnie broszurze natknąłem się na relację, która zmieniła moje dotychczasowe myślenie o Sierpniu ‘44. Ćwikowski pisze czarno na białym o pewnej kobiecie: „przelazła przez barykadę, szła z pejczem w dłoni”. Pomyślałem: z pejczem do powstania?! Nie z karabinem albo z pistoletem, nie ze starą strzelbą, tylko z pejczem. Tego w muzeum nie pokazują. Tego nie opisali ani Norman Davies, ani Alexandra Richie, o pejczach nie wspominał Władysław Bartoszewski ani Jerzy Kirchmajer. Pomyślałem wtedy: nieźle się tam bawili na początku narodowego zrywu. Narąbani wolnością, zachłyśnięci euforią. Otumanieni.

Odłożyłem tomik, wyszedłem z biblioteki i trochę nieprzytomny na piechotę ruszyłem do domu. Droga wiodła wzdłuż kanału, którym ewakuowali się obrońcy Reduty Wawelskiej (zresztą strasznie się pogubili, jeden wyszedł po tygodniu i miał dosyć wojowania). Szedłem i dalej nie wierzyłem w to, co przed chwilą przeczytałem.

I tak to się zaczęło. Musiałem ją znaleźć. Ruszyłem za nią, za dziewczyną z pejczem na barykadzie. To była podróż z nosem w papierach, szaleństwo archiwów, kilometry teczek, tysiące dokumentów. Aż w końcu złapałem trop. To była mała wzmianka, nazwisko oficera. Ten zaprowadził mnie do kogoś następnego. Ten dalej. Krążyłem wokół niej, czułem, że pętla zaciska się, a chwilę potem rozluźnia. Czasami kląłem pod nosem. A jeśli się śmiałem, to do siebie. Jak pewien dziadek wariatuńcio z czytelni w IPN-ie. Oderwany od rzeczywistości, z nosem w teczkach, coś tam szepczący do siebie. Zafiksowany. Gdy podnosi wzrok, wygląda jak stary Łomnicki w Ostatniej taśmie Krappa. Bo właśnie coś odkrył, mroczną tajemnicę nieudanego życia. Klucz do katastrofy sprzed lat.

Wpadłem. Stałem się jak on. I pozostali, w IPN-ie poznałem ich całą grupę. Każdego ranka spotykaliśmy się w archiwum. Stojąc w kolejce do rejestracji, uważnie liczyłem drobiny łupieżu na ich znoszonych marynarkach. Cierpliwie słuchałem tych samych narzekań na wypełnianie druczków. Potem razem posłusznie oddawaliśmy się biurokracji, pożyczaliśmy jeden drugiemu okulary. Na koniec człapaliśmy do naszych stolików. I klik, każdy zaczynał swoje mantry do komputera. Oni dostrzegali we mnie towarzysza drogi. Kiwali nieznacznie głowami, jeden zaczął mi salutować, więc też postanowiłem oddawać mu honory. Wiadomo, jesteśmy na służbie. Nasze ślęczenie, czytanie aż do oślepnięcia to ciężka praca na froncie, w okopach prawdy, w służbie wyższej sprawy. Rozumieliśmy się bez słów. Każdy w swoim żywiole.

To był mój świat, mój obłęd. Ta książka to zatem zapis choroby i niech padnie wreszcie to słowo: obsesji.

Moja obsesja miała imię, miała też nazwisko. Wanda Kronenberg. To ona 1 sierpnia 1944 roku szła do powstania z pejczem, w obcisłym kombinezonie. Jak postać z kreskówki, jak Kobieta-Kot z przygód Batmana.

Infekcja trwała dość długo. Przedzieranie się przez meldunki, raporty, donosy, relacje, odpisy, regesty, często zwykłe świstki czy odręczne bazgroły trwało trzy lata. Przez ten czas ostatnia córa słynnego warszawskiego rodu była jak wirus. Zagnieździła się w plikach, wlazła głęboko w łącza i nie chciała wyjść, nawet kiedy przepalił mi się twardy dysk, wykończony olbrzymią liczbą dokumentów, skanów i zdjęć.

Pocieszam się, że nie tylko ja zbzikowałem. Na Wandę Kronenberg, Edith Müller, Wandę Jegoroff, agentkę Werę lub Lidę (a miała jeszcze kilka innych wcieleń) zachorowało wiele osób, głównie facetów. Polacy, Rosjanie, Niemcy, Ukraińcy. Podobno jakiś Rumun. I chyba Anglik. Przeważnie mundurowi i konspiratorzy. Po polskiej stronie żołnierze i funkcjonariusze Podziemia. Po niemieckiej gestapowcy, esesmani i zwykli wehrmachtowcy. Arystokraci i inteligencja, ale także cwane kmiotki. No i mnóstwo zwykłych głupków. Tych ostatnich Wanda pozbywała się bez skrupułów. Smagała takich… No właśnie, już mnie ponosi.

Wanda Kronenberg to niejedyna pracowita agentka polska podczas II wojny światowej. Słynna Krystyna Skarbek, ulubienica Churchilla, była agentką podwójną, a pracowała za trzy. Albo arcydzielna Halina Szwarc. Tak rozpracować zmilitaryzowany Hamburg! Dywanowy nalot zdmuchnął marzenie Hitlera o panowaniu U-Bootów na Atlantyku. Z kolei Teodora Żukowska podała Armii Krajowej numery blach auta generała Kutschery. Kat Warszawy zginął. Kronenberg była inna. Zaczęła swoją misję jako siedemnastolatka, prawie dziecko, a skończyła jako wytrawny i przebiegły gracz. W sumie obsługiwała pięć wywiadów! Pięć machin tajnego frontu.

„Obsługiwała”? W tym kontekście brzmi to niedobrze, dwuznacznie. Może „służyła wywiadom”? Też nie, bo przecież to one służyły jej, to ona się nimi posługiwała, nimi manipulowała. Może zatem „korzystała”? Ale kto tu kogo tak naprawdę wykorzystywał?

O tym jest ta opowieść. O kobiecie, która podjęła grę ze służbami własnego i wrogiego państwa. A także o grach wywiadów i kontrwywiadów przeciwko niej. Liczba nazwisk, pseudonimów, kryptonimów jest przytłaczająca. Służb działało sporo, agenci nie zawsze byli lojalni wobec macierzystych firm, wobec siebie, szefów, figurantów, no i wobec prawdy. Ale co tam prawda! W świecie służb czegoś takiego nie ma. Sama Wanda miała ją gdzieś. Ona grała, prowadziła ten nierówny pojedynek, bo musiała. AK razem z Gestapo przeciwko komunistom, Gestapo z czerwonymi kontra narodowcy, narodowcy i AK tłuką komunistów, AK idzie ramię w ramię z komuną przeciwko szwabom. Wszyscy zdradzali wszystkich, wszyscy kłamali. Wanda, która właśnie wchodziła w dorosłość, również postawiła się wszystkim. Absolutnie wszystkim. Przejęła inicjatywę i sama zdecydowała, jak będzie wyglądać cała ta pieprzona wojna. Wbrew międzynarodowym układom. Wbrew faszystom i aliantom, strategiom i sojuszom. Ustawom i dekretom. Obwieszczeniom i poleceniom. Wbrew rozkazom. Po prostu: fuck off.

Rozdział 1

Z pejczem do powstania

Trudno powiedzieć, czy mieszkanie jest małe czy duże. Nie widać go zza drewnianych regałów. Piętrzą się na nich wielkie stosy papierów. Aby przejść wąskimi korytarzami do kuchni czy łazienki, trzeba na papiery napierać, przeciskać się przez rafy z celulozy. Gospodarz zaprasza mnie do salonu. Scylla i Charybda z dokumentów ustępują, zostawiając za nami miliardy fruwających drobin kurzu.

Jestem w mieszkaniu Lecha Ćwikowskiego, historyka amatora, syna Mieczysława, którego powstańcze wspomnienia zainfekowały mnie tą historią. Za kartą tytułową broszury z Biblioteki Narodowej była informacja o autorze i numer telefonu. Zadzwoniłem. W słuchawce usłyszałem zachęcający głos:

– Wiedziałem, że się pan odezwie.

Pomyślałem wtedy: jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

Tydzień później przedzieram się przez papierowy kanion. Po obowiązkowej herbacie i wymianie historycznych ciekawostek przechodzę do rzeczy. Pytam o Wandę. Czy Mieczysław Ćwikowski, pseudonim „Zbigniew”, podporucznik w zgrupowaniu „Ruczaj”, poznał ją osobiście? Widział jej pejcz na własne oczy?

Pan Lech nie ma dobrych wieści.

– Szczerze wątpię, żeby ojciec tam wtedy był – mówi. – Ale przeprowadził potem własne dochodzenie. Bo że wtedy ją zatrzymali, to pan wie?

Czułem to. Przecież nie można tak sobie chodzić po powstańczej Warszawie z pejczem! Ćwikowski zaczerpnął ten pikantny obraz z pisemnej relacji rotmistrza Władysława Abramowicza, „Litwina”, szefa II Rejonu Śródmieście. Pełna wersja jego wspomnień znajduje się w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie. „Zbigniew” opublikował tylko fragment[1].

Okazuje się, że pana Lecha również ten pejcz zafascynował. Jeszcze za życia ojca próbował razem z nim rozszyfrować tę zagadkę. Dlaczego 1 sierpnia wśród rozentuzjazmowanego tłumu warszawiaków, w burzy patriotycznych uniesień, dziewczyna paradowała po mieście niczym komiksowy kociak tygodnia?

Pan Lech ma wszystko przemyślane. Nieposkromioną fantazją obdarzony był raczej pan rotmistrz, nie Wanda. Spisując wspomnienia w 1966 roku na zamówienie Centralnego Archiwum Wojskowego, Abramowicz nie bał się sceny z pejczem. Czyżby na stare lata zbzikował i dał upust nietypowym marzeniom? Nie wystarczyła mu Emilia Plater, bogoojczyźniana heroina, jedyna polska kobieta w przyciasnym mundurze? Każde pokolenie chłopców w podręcznikach do historii podziwiało jej smukłą sylwetkę na koniu, gdy prowadziła kosynierów do ataku. Nie, Abramowicz wiedział, że jego tekst nie zostanie opublikowany. Pisał tylko dla archiwistów i dlatego nie musiał się przejmować opiniami towarzyszy broni.

– Ten pejcz w dłoni, nie szpicruta czy jakaś inna witka, to przecież musi być znak – myślałem na głos.

Zdaniem pana Lecha nawet nahaj czy harap, o pejczu nie wspominając, w powstańczych okolicznościach byłby tak absurdalny, że musiał zostać wymyślony. Do czego miał niby służyć? Do smagania ludzi czy czołgów?

– Niekoniecznie – oponuję. – Hitlerowcy podczas wojny używali pejczów. W obozie w Treblince każdy z esesmanów miał swój własny i osobisty. To była broń służbowa. Pejcz pozwalał utrzymywać dystans między oprawcą a ofiarą. Esesman nie kalał się dotykaniem podczłowieka.

– Tak, ale moim zdaniem to nie był pejcz – twierdzi mój rozmówca. – Wanda Kronenberg była miłośniczką koni, jej ojciec miał przed wojną wielką stadninę, trzymał na Służewcu wyścigowe klacze. Ona właściwie wychowała się w stajni. Tego dnia mogła mieć w ręku… szpicrutę.

– Wykluczone!

Temperatura dyskusji rośnie. Dyszymy jak dwa ogary, które wróciły z lasu z niczym. Gwałtownie gestykulujemy.

– Żaden rotmistrz kawalerii nie pomyli pejcza ze szpicrutą!

– A skąd pan wie, że „Litwin” był kawalerzystą?!

– No przecież jako rotmistrz…

Pan Lech zasypuje mnie informacjami w takim tempie, że po trzydziestu minutach mam w głowie absolutny mętlik. Kapitan na wzburzonym morzu dokumentów chyba to dostrzega, z papierowych otchłani wyciąga kilka kolejnych brulionów. To jego opus magnum, owoc wielu lat benedyktyńskiej pracy w Archiwum Akt Nowych. Spisane kilkadziesiąt lat temu sygnatury dokumentów, przy każdym numerku kilka zdań wyjaśnienia. Dziś wszystko to można znaleźć w sieci, ale wtedy, w poprzednim millenium, pan Lech cierpliwie przepisywał cyferki, opatrywał komentarzami. Tam, gdzie znalazł coś o Wandzie, stawiał znak czerwonym flamastrem.

Wykonał genialną pracę.

– Na początku powstania działy się różne dziwne rzeczy – mówi pan Lech. – A „Litwin” kłamał, to oczywiste. Pytanie tylko po co? – Ostatnie zdanie rzuca tak, jakby nadal prowadził dialog z ojcem. Daje mi zapiski i błogosławieństwo na drogę.

Do zamknięcia Centralnego Archiwum Wojskowego zostały jeszcze trzy godziny. Z miejsca ruszam do Rembertowa. Skarbnica wiedzy o polskim żołnierzu nie robi na mnie spodziewanego wrażenia. Myślałem, że to będzie kolos, wielopiętrowe gmaszysko bez okien, z mnóstwem pustych korytarzy i migoczącą w toalecie zepsutą jarzeniówką. W archiwum powinny być tysiące fiszek, danych osobowych, miliony wspomnień, meldunków, rozkazów, wszystko, co wojsko po sobie pozostawiło.

Tymczasem budynek jest mały. Czytelnia to ciasne pomieszczenie, gdzie wciśnięty za stoliczek z lampką dostaję zamówiony brulion już po dziesięciu minutach. Jest cicho. Tak cicho, że własne burczenie w brzuchu wydaje mi się grzmotem podczas burzy.

Maszynopis rotmistrza Abramowicza leży przede mną w papierowej teczce. Na fiszce nieliczne nazwiska tych, którzy zaglądali tu przede mną. Jest i podpis pana Mieczysława złożony dwadzieścia siedem lat temu. Odwracam kilka pożółkłych kart i wpadam po uszy w opis warszawskiego zrywu. Rotmistrz miał nie tylko wyobraźnię, ale również pisarski talent. Zaznacza, że utrwala swoje przeżycia, żeby pokazać, jak naprawdę wyglądało powstanie na podległym mu terenie, gdyż coraz więcej bałamutnych dzieł wykrzywia obraz tamtych dni.

Pierwsze strzały w II Rejonie, czyli w południowo-wschodnim Śródmieściu, padły zgodnie z rozkazem o godzinie „W”. Po pewnym czasie rekonesans osobisty i napływające wiadomości potwierdziły obawy rotmistrza: jedynym sukcesem powstańców był brawurowy szturm na gmach Poselstwa Czechosłowackiego. Opanowano budynek po godzinnej strzelaninie, wzięto do niewoli kilkudziesięciu Niemców i własowców. Powstańcy zdobyli dużo broni i wóz pancerny. Co ciekawe, w ataku wzięła udział prawie cała przedwojenna reprezentacja Polski w tenisie: bracia Ksawery i Ignacy Tłoczyńscy, Czesław Spychała i Antoni Smordowski, oraz Tadeusz Hanke, nagradzany medalami w latach trzydziestych wieloboista. To jego fenomenalny rzut granatem w otwarte okno złamał morale obrońców Poselstwa.

A potem wszystko szlag trafił. Rotmistrz, stary wojskowy wyga, po kilkunastu godzinach walk miał absolutną świadomość, że wybuch powstania nie zaskoczył Niemców i entuzjazm powstańców nie wystarczy.

„Zadanie postawione przed oddziałami II-go Rejonu nie zostało wykonane”, napisał samokrytycznie[2].

Większość obsadzonych przez Niemców punktów nie została zdobyta. Do tego nastąpił totalny klops z wymianą informacji. Łączność zawiodła, nikt nie miał pojęcia, co działo się u sąsiadów. Czy V Zgrupowanie porucznika „Siekiery” na bliskim Czerniakowie zrobiło swoje, czy nie? Czy kapitan Cegielski z rejonu Ogrodu Botanicznego żyje i czy dowódca dywizjonu „Jeleń” wdarł się do Domu Prasy?

Niemieckie Pantery bez przeszkód buszowały po ulicach. Na ulicy Piusa XI, w Alejach Ujazdowskich, na Mokotowskiej i Marszałkowskiej ich ogień był morderczy. Prowadzony z dział kalibru 75 milimetrów (nie ma wojskowego, który by nie podkreślał tych cholernych kalibrów!) rozwalał okna, ściany i wejścia do kamienic, jakby były z gipsu. Uniemożliwiał swobodne poruszanie się po ulicach. Sytuacja stała się szczególnie groźna akurat tam, gdzie swój sztab ustanowił rotmistrz, czyli przy ulicy Kruczej 7. Niemcy musieli dostać od kogoś cynk. W kamienicę strzelało kilka czołgów naraz.

„Siła ognia z dział oraz jego niszczycielskie działanie, lecące odłamki szkła, futryn, tynku, cegieł i gruzu – były tak deprymujące, że budziły grozę i powodowały spazmy płaczu dzieci i kobiet. (…) Ze wszystkich stron było słychać silny jazgot broni maszynowej i huk dział, a łuny pożarów oświetlały miasto. Widok z punktów obserwacyjnych na dachach był przygnębiający – Warszawa płonęła jak pochodnia”, pisał „Litwin”.

Po dwóch godzinach bez powstańczej kontry Niemcy poczuli się bezkarni. Podjeżdżali od strony Sejmu i pakowali w polskie placówki kilogramy ołowiu.

Pierwszej nocy „Litwin” prawie nie spał. Wiedział, że bez odwodów i przy takim niedostatku broni niewiele zdziała i następnego dnia zacznie tracić zdobyty teren. Czyli klęska, a zaraz potem zemsta. Niemcy nie będą się patyczkować z cywilami… Do jego kwatery wciąż przybywali gońcy, odsyłał ich z rozkazami, poza tym miał mnóstwo papierkowej roboty. Zaskakujące, ale wojna to nie tylko strzelanina, lecz także dużo meldowania i raportowania.

Dopiero następnego dnia po obiedzie zjedzonym u rodziców adiutanta śmiertelnie znużony padł w ubraniu na leżankę w ich mieszkaniu i zasnął.

Nie odpoczywał długo. Obudził go podchorąży „Młot”, meldując, że do kancelarii sztabu przybyła jakaś pani z rannym w nogę powstańcem i prosi o przyjęcie w ważnej sprawie. Rotmistrz, klnąc pod nosem, zwlókł się z posłania.

„Bez entuzjazmu nałożyłem buty, przetarłem oczy, poprawiłem włosy i wyszedłem. I tu miłe zaskoczenie, z krzesła powstała młoda, mniej więcej 20-letnia kobieta dziwnej urody, o modnych dziś włosach w kolorze lśniącego kasztana, ubrana po męsku z pistoletem w kieszeni i pejczem w ręku. Obok niej stał wysoki c-a 30-letni mężczyzna z opatrunkiem na nodze”.

Kobieta przedstawiła się dowódcy jako baronówna Kronenberg. Rotmistrz zapisał, że użyła formy panieńskiej: „Kronenberżanka”. Jej towarzysz podał się za podporucznika AK o pseudonimie „Zając”. Miał zostać ranny w natarciu na koszary lotnicze na Mokotowie. Dziewczyna założyła mu opatrunek i oto są.

Dlaczego akurat tu? Z Puławskiej to kawał drogi.

„Mam ważne wiadomości i muszę natychmiast dotrzeć do Komendy Głównej AK i generała „Bora” – powiedziała rzekoma baronówna.

To zaskoczyło „Litwina”. Z miejsca nabrał podejrzeń.

„Zacząłem ją indagować co do przynależności konspiracyjnej i z czyjego rozkazu tu się znalazła. Wyjaśnienia i odpowiedzi nie zmniejszyły podejrzeń, wówczas odwołała się do przyprowadzonego ppor. Zająca, by ten udowodnił, że intencje, z jakimi rudowłosa piękność idzie do KG AK, są jak najbardziej prawdziwe i zasługują na wiarę”.

Tożsamość „Zająca” potwierdziła gospodyni lokalu, w którym kwaterował „Litwin”.

„Znam tego pana, bywał na konspiracyjnych spotkaniach w moim mieszkaniu, w których brały udział wysoko postawione osoby w życiu konspiracyjnym”, powiedziała, ale to nie rozwiało wątpliwości dowódcy. Okazało się bowiem, że rudowłosa ma dla dowódcy AK informacje z Szucha. Co znaczył ten adres, wiedział każdy w Warszawie. Szucha, czyli Gestapo, niemiecka tajna policja. Jeśli to Niemcy wysłali ją w roli pośredniczki do „Bora”, to znaczy, że i jego, „Litwina”, akcje idą w górę. Już nie jest zwykłym dowódcą rejonu, ma do spełnienia misję, od której może zależeć los powstania.

Postanowił przejąć inicjatywę. Nie zdradził baronównie adresu „Bora”, nie podał także, choć o to prosiła, adresu dowódcy Obwodu. Poradził zostać na miejscu i czekać na rozkazy. To ją zirytowało.

„Powiedziała z tupetem: »Pan komendant mi nie wierzy, a ja mam kontakty w al. Szucha i jeżeli pana co interesuje, względnie chce pan coś przekazać w formie propagandy, to ja to uczynię i jutro ponownie się zgłoszę. Dla pewności pozostawiam swój pistolet i proszę przepuścić mnie przez barykady«”.

To zbiło rotmistrza z pantałyku. Kobieta powiedziała otwartym tekstem, że sporo u Niemców może, że odgrywa rolę emisariuszki i czekać bezczynnie nie zamierza, musi działać dalej. Skonsultował sprawę ze swoim zastępcą i… postanowił zaryzykować. Polecił odprowadzić ją do brygady odgradzającej stanowiska polskie od niemieckich i puścił na wabia w aleję Szucha. Kronenberżanka nie pojawiła się już u rotmistrza. Ale to „Litwina” nie zdziwiło, bo doszło do dwóch wydarzeń, które pomogły rozszyfrować baronównę.

Następnego dnia rozpętało się piekło. Na sztab „Litwina” spadły niemieckie bomby. Trafienia były tak precyzyjne, jakby ktoś podawał niemieckiej artylerii koordynaty. „Cała oficyna została zdemolowana, wyleciały okna, drzwi i futryny, część budynku uszkodzona – w gruzach. Detonacja była tak silna, że odrzuciło mnie kilka metrów od biurka, przy którym pisałem rozkaz bojowy”.

Drugie wydarzenie wstrząsnęło nim bardziej. Wieczorem udało mu się wreszcie nawiązać kontakt ze sztabem pułkownika Edwarda Pfeiffera, „Radwana”, dowódcy Obwodu I Śródmieście. Powiedział pułkownikowi o dziwnym spotkaniu przy barykadzie. Odpowiedź była szokująca:

„Otrzymałem wiadomość i nakaz: »Kronenberżanka jest szpiegiem Gestapo i kochanką wysokiego dygnitarza z al. Szucha Oberführera Wernera. Dwukrotnie był wydany na nią wyrok śmierci. Jeżeli wróci, należy ją zatrzymać i przekazać do Obwodu«”.

Zamiast Wandy Kronenberg pojawił się grad pocisków. Łup, łup, łup… aż się poderwałem. Ktoś stuka mnie w ramię. Nade mną stoi pracownik archiwum i śmieje się z mojej niemądrej miny. Musi zamykać, sygnalizował mi to od kwadransa.

– Nawet gasiłem i zapalałem światło. Przepraszam, ale na dziś już koniec.

Dociera do mnie, jak bardzo się zasiedziałem. Jest po osiemnastej, a ja tak skutecznie przeniosłem się w czasie do powstania, że zapomniałem o całym świecie. Pora wracać. Nie, nie tylko do domu. Do teraźniejszości.

[1] Mieczysław Ćwikowski, Śladami walk żołnierzy VII-go Zgrupowania A.K. „Ruczaj” w Powstaniu Warszawskim 1944 roku, Warszawa 1998.

[2] Ten i kolejne cytaty za: Roman Abramowicz, Powstanie Warszawskie. Relacja d-cy II rejonu dotycząca przygotowań, przebiegu walk od rozpoczęcia powstania do kapitulacji, s. 13n.

Rozdział 2

Na aryjskich papierach

Przedzieram się przez zarośla. Stąpam uważnie, aby nie chodzić po mogiłach. W tej części cmentarza nagrobki już leżą. Przekrzywione, połamane, niektóre tak zrujnowane, że liter nie można dostrzec. Co ja tu robię? To cmentarz żydowski. Wanda nie może mieć z tym miejscem nic wspólnego. Agentka Gestapo z wyrokiem śmierci na karku, kochanka jakiegoś ważniaka z Szucha… i warszawski kirkut. Przecież to kompletny absurd.

Niekoniecznie. Najpierw sprawdziłem jej domniemanego kochanka. Poszedłem po linii najmniejszego oporu. Wpisałem w wyszukiwarkę „obsada Gestapo na Szucha” i… bingo! SS-Hauptsturmführer Paul Werner, wspominany przez „Litwina”. Rzeczywiście szycha, przez jakiś czas zastępca szefa referatu A w wydziale IV, zajmującego się zwalczaniem polskiego ruchu oporu. Na Szucha zajmował aż trzy piętra.

Polakom Gestapo kojarzy się jak najgorzej. To synonim okupacyjnego terroru, prześladowania zarówno patriotów, jak i zwykłych obywateli. Gestapo było jednak także korporacją działającą według ściśle określonych zasad. Kto najwięcej wie o szefach w takich strukturach? Wiadomo, sekretarka.

Sekretarką Wernera była Polka, Irena Chmielewicz. Przeżyła wojnę, została przez komunistyczny sąd skazana na karę śmierci za kolaborację, po wielu latach więzienia wyszła na wolność i wyemigrowała do Niemiec. Zawsze twierdziła, że trafiła na Szucha, by pomagać rodakom, bo jako Ślązaczka znała język i mentalność Niemców. Zeznawała z wolnej stopy w procesach swoich pracodawców. Pewien polski dziennikarz, który relacjonował je z Hamburga, zapamiętał, że była dystyngowaną damą. Zanim przystąpiła do składania zeznań, zdejmowała białe rękawiczki. Dokładnie to zapamiętał: ściągała je palec po palcu, powoli. Dopiero potem zaczynała odpowiadać na pytania.

Paul Werner pochodził z gminu i nie mógł się poszczycić znajomością form towarzyskich – wyjaśniała Chmielewicz. „Niski, pękaty, brzydki, włosy przerzedzone, szatyn, oczy niebieskie, bardzo nerwowy, niesystematyczny, lubił sobie wypić”[3]. Lubił też mawiać, że wszystko zawdzięcza sobie. Taki self-made man. Chmielewicz znała go też jako bardzo dobrego człowieka, który miał cztery córki i wzruszał się na widok kobiecych łez. Dlatego do tego podtatusiałego Niemca ustawiały się na korytarzu kolejki interesantek. Wiele Polek prosiło go o zwolnienie bliskich z aresztu, a nawet wykreślenie ich z gotowej już listy egzekucji. Wieści, że za jego wstawiennictwem można uratować męża, ojca czy kuzyna, rozchodziły się po Warszawie pocztą pantoflową. A Werner nie odmawiał. Z miłosierdzia uczynił intratny biznes – wprowadził taryfikator swoich usług. Wymazanie z akt – okrągła suma. Wyciągnięcie z Pawiaka – większa. Z Auschwitz – jeszcze większa, bardzo duża. W końcu wybuchł skandal, Werner został zdegradowany. Z wydziału IV A przesunięto go do IV B. Niby na tym samym piętrze, ale jednak niżej. Tu zajmował się sprawami kościelnymi, sektami, masonami i… Żydami.

Ten interesowny grubas, pytam sam siebie, chodząc po cmentarzu, miałby być kochankiem pięknej baronówny? Nie, to niemożliwe. Również z innej przyczyny. Za intymne kontakty z przedstawicielką niższej rasy esesman Werner mógłby trafić na front wschodni. A Wanda Kronenberg była Żydówką. I dlatego tutaj, na cmentarzu przy ulicy Okopowej w Warszawie, szukam początków tej historii.

Kronenbergowie byli rodziną przedsiębiorców. Prapradziad Wandy, Lejzor Hirszowicz, pochodził z Wyszogrodu. W Warszawie pojawił się w epoce napoleońskiej. Chciał się poświęcić świętym księgom, ale czasy były niespokojne, więc Lejzor ku rozpaczy ojca rabina zrzucił chałat. Okazało się, że ma smykałkę do handlu. Zaczął sprzedawać tytoń. Najpierw detalicznie, potem hurtowo, a na koniec zaopatrywał już wszystkich palaczy fajek na Mazowszu. Założył kantor, następnie bank. I zmienił nazwisko. W 1826 roku umierał jako Samuel Kronenberg – potężny przedsiębiorca i mason. Został pochowany na cmentarzu żydowskim w Warszawie, ale jego grobowca nie mogę znaleźć.

W końcu się poddaję, idę po pomoc. Opiekun cmentarza na hasło „Kronenberg” macha tylko ręką.

– To nie tu, to na ewangelickim. Tam jest pochowany. No co pan?!

Cmentarz ewangelicki znajduje się niedaleko, przy ulicy Młynarskiej. Po kwadransie stoję przed neogotycką katedrą w skali mikro. To tu spoczywa Leopold, syn Samuela. Do historii przeszedł jako Kronenberg „Wielki”. Najpierw był kupcem jak ojciec, potem bankierem i przemysłowcem, lecz to mu nie wystarczało. Zaczął budować. Fabryki i kopalnie, cukrownie i huty. Zakładał spółki, towarzystwa, banki. Dwoił się i troił. Skończył jako król kolei i dobroczyńca Polski w niewoli. Przez dwadzieścia lat położył w Królestwie Polskim tysiące kilometrów szyn, czyli tyle, ile nikt przed nim i długo, długo po nim. Jego majątek wart był 20 milionów rubli. Do tego miał pałac w centrum Warszawy tak onieśmielający przepychem, że sam miał o nim powiedzieć: „Oto pomnik mojej głupoty”.

W 1845 roku pradziadek Wandy porzucił wiarę mojżeszową i przeszedł na protestantyzm. Do końca życia bardziej ufał własnej potędze aniżeli Bogu. Tu, na cmentarzu ewangelickim, leży sam. To trochę dziwne. Leopold miał bowiem ośmioro rodzeństwa, jego bracia i siostry dochowali się w sumie kilkudziesięciorga dzieci. Wszyscy pochowani są gdzie indziej, jakby pod skrzydłami wielkiego kuzyna i pater familias było im za ciasno.

Jadę na kolejny cmentarz. To katolickie Powązki. Znajduję dwa groby z czasów, kiedy Kronenbergowie byli już rzymskimi katolikami.

Pierwszy to wielkie mauzoleum w stylu perskich grobowców Cyrusów. W 1883 roku zaprojektował je architekt Artur Goebel, znany budowniczy synagog i kościołów, który wcześniej wybudował dla Kronenbergów pałac w Wieńcu. Drugi, strzelisty „grób rodziny Kronenbergów” (jak informuje wykuta w kamieniu inskrypcja) ozdobiony jest silnie wyeksponowanym, marmurowym krzyżem, tak jakby projekt miał rozwiać wszelkie wątpliwości co do wiary ludzi, którzy go wybrali. Pochowany tu jest brat „Wielkiego” i kilku jego kuzynów. Jednak imienia ojca Wandy nie znajduję.

Opuszczam cmentarz i już wiem, że muszę wracać do Centralnego Archiwum Wojskowego w Rembertowie. Leopold był kawalerzystą, może tam dowiem się o nim więcej. I może tym razem nie odlecę na widok starych dokumentów.

Leopold Jan urodził się w 1891 roku. Wychowywał go ojciec (ten z grobowca Cyrusów). Matka, Józefina Reszke, słynna śpiewaczka, sopran z La Scali, zmarła przy porodzie. Jego życiorys był typowy dla bogatej burżuazji z pretensjami do arystokracji. Leopold chodził do gimnazjum w Warszawie, za udział w szkolnym strajku w 1905 roku został relegowany. Edukację ukończył w Petersburgu, pod czujnym okiem bocznej linii rodziny. Po wybuchu I wojny światowej wstąpił do Lejb-Gwardyjskiego Grodzieńskiego Pułku Huzarów. To słynna rosyjska jednostka, znana z krwawych potyczek z Francuzami w okresie wojen napoleońskich. Młody baron Kronenberg najwyraźniej wziął sobie tradycje pułku do serca. Na froncie wykazał się wyjątkową odwagą, był ranny. Odznaczony Krzyżem Świętego Jerzego został awansowany na porucznika i odesłany na tyły. W 1915 roku był już w Anglii. Jako wysłannik Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża odwiedzał obozy jenieckie i zachęcał do wstępowania do carskiej armii. Mimo to czuł się polskim patriotą. Po przewrocie bolszewickim w Rosji wystąpił ze służby. Jako prosty robotnik zatrudnił się w odlewni w Coventry, gdzie pracował fizycznie, a podobno nawet głodował. Z tego okresu był szczególnie dumny. Głodowanie było dla Kronenbergów taką egzotyką jak dla kogoś innego polowanie na kangury.

Gdy mocarstwa światowe uznały niepodległość Polski, wrócił do kraju i od razu wstąpił do 15. Pułku Ułanów. „Bardzo wielki patriota, stale i bez przerwy, nawet w bardzo uciążliwych warunkach tak moralnych, jak i fizycznych pracuję nad ideą Wolnej Polski. W Anglii werbuje żołnierzy do polskiej armii we Francji, używając nie tylko swych stosunków i znajomości, lecz potem w czasie bolszewizmu, wkładając ostatnie z trudem zapracowane jako robotnik pieniądze w ideę formowania polskiej armii”, napisał nieznany z nazwiska autor złożonego w 1937 roku wniosku o odznaczenie Kronenberga Orderem Odrodzenia Polski[4].

Wniosek został odrzucony. Komisja uznała, że z patriotyzmem Kronenberga coś było nie tak. Do Londynu pojechał przecież jako oficer rosyjski, a potem, mimo że agitował, sam do Wojska Polskiego nie wstąpił. A przecież w 1917 roku miał już 27 lat! To ostatnie podkreślono. Chodziło jednak o jego żydowskie korzenie. Kronenbergom od czasów Wielkiego Leopolda ciągle wypominano, że ich polonizacja to blef. Rodzina starała się ze wszystkich sił udowodnić swoje przywiązanie do polskości. To Kronenbergowie sfinansowali budowę warszawskiej filharmonii i pomnika Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. To oni, otwierając banki i towarzystwa finansowe, wspomagali polską gospodarkę, drukowali polskie gazety, sponsorowali polskie inicjatywy polityczne. Zawsze znalazł się jednak ktoś, kto powoływał się na ich „trefne” pochodzenie. W 1934 roku przypomniał to choćby jeden z głównych ideologów narodowego antysemityzmu Stanisław Didier. W książce o roli neofitów w polskiej historii pierwszego Kronenberga uznał za największego łajdaka, a cały ród za głównych wrogów Polaków. Również incydent z kabaretem w Esplanadzie trudno uznać za przypadek. W 1938 roku, dokładnie naprzeciwko wyjścia z kamienicy Kronenbergów, grana była z powodzeniem szopka polityczna Jedziemy na Madagaskar. Głównymi postaciami w tym antysemickim pośmiewisku byli Książę Rozdziawiał i Dora Szmoncesówna. Chyba nikt z sąsiadów rodziny nie miał trudności z rozszyfrowaniem, z kogo tak naprawdę śmiała się Warszawa.

Ojciec Wandy prowadził dom kosmopolityczny, co z pewnością nie pomogło przekonać osób wątpiących w jego patriotyczne usposobienie. Swoją żonę, z pochodzenia Włoszkę, Leopold spotkał w Petersburgu. Pani Wanda de Montalto-Rowton była już wdową. Jej pierwszy mąż, Anglik, pracował w Petersburgu jako inżynier, obracał się w arystokratycznych kręgach. Para miała dwóch synów, Mikołaja i Aleksandra. Włoszka z angielskim paszportem i Polak z żydowskimi korzeniami zakochali się w sobie, wzięli ślub i po zakończeniu I wojny światowej zamieszkali w Warszawie. Tu chłopcy kontynuowali naukę, nigdy jednak nie przyjęli polskiego obywatelstwa. Wanda urodziła się w 1922 roku, trzy lata później na świat przyszedł jej brat Wojciech.

1 września 1939 roku zawalił się świat, który z uporem i determinacją budowały kolejne pokolenia Kronenbergów. Na początku kampanii wrześniowej Leopold Jan rwał się do działania, ale na walkę na froncie był za stary. Na służbę przyjął go prezydent Warszawy Stefan Starzyński, mianując prawą ręką swojego przedstawiciela na Pragę, komisarza Bronisława Chajęckiego. „Przydzielam Panu rtm. rez. [Jana] Kronenberga, który zorganizuje do Pańskiej dyspozycji oddział umundurowany i uzbrojony”, napisał w jego nominacji[5].

Jego urząd, czyli Komisariat Praski, mieścił się w budynkach gospodarczych Szpitala Przemienienia Pańskiego. Sztab Kronenberga działał w trudnych warunkach, próbując utrzymać się na powierzonym mu terenie.

„Lotnicy niemieccy obrali sobie za cel wielki kompleks budynków Szpitala − mimo czerwonych krzyży wymalowanych na dachach oraz ułożonych na podwórkach (…) Makabryczny był widok rannego, który mając amputowane obie nogi wyczołgał się na rękach, z trudem ciągnąc po ziemi swój bezsilny kadłub”, pisał major w stanie spoczynku Zdzisław Żórawski[6].

Dantejskie sceny rozgrywały się w całej Warszawie. Współpracownik Leopolda Jana, Wacław Lipiński, wówczas szef propagandy w Dowództwie Obrony Warszawy, opisał to, co działo się nieopodal pałacu Kronenbergów.

„Na Świętokrzyskiej zastałem piekło – relacjonował wypadki z dnia 13 września. – Dwupiętrowa oficyna żydowskiej kamienicy leżała w szarym gruzie, nieomal od wysokości I piętra. W rogu podwórka ocalały dwa konie, które siedząc na zadach, przywalone gruzem i wozem żałośnie rżały. Wielkie oczy zwierząt pełne były przerażenia. Na ulicy zasypanej szkłem krzyk straszliwy. W bramie kilka kobiet, pokrwawionych i czarnych od pyłu i gruzu krzyczało wniebogłosy (…) W drzwiach sklepu stał żołnierz, tak samo z twarzą szarą, szarą jak cały mundur i trząsł się. Stał tak bez ruchu, bez słowa”[7].

Dzień 25 września był dla miasta dniem najcięższej próby. Na centrum spadły setki bomb. Miasto atakowało kilkaset samolotów. Kilkadziesiąt metrów od pałacu Kronenbergów pożar ogarnął wielki skład fortepianów w kilkupiętrowym salonie „Hermann i Grossman”. Płonące instrumenty wypadały na ulicę przez zburzony narożnik. „W tej samotności, w pożarze, bez ludzi te fortepiany zjadane przez ogień musiały same grać, wydawać z siebie dźwięki, ale jakie, co to była za muzyka”[8], pisała po wojnie Monika Żeromska.

Na recital w ogniu Wacław Lipiński nie zdążył. Ale widok ulicy wywarł na nim piorunujące wrażenie. „Aż mnie zatkało. Cała ulica jak wzrok sięga zasłana migotliwymi, jaskrawo się żarzącymi, jak zimne ognie na choince, zapalającymi bombami. Leżą na chodnikach pod ścianami i palą się niesamowitym, jaskrawo białym płomieniem. Ulica pusta, nikt tego nie gasi, żywej duszy wokół”, napisał potem w dzienniku.

Bomby spadły także na rodowy pałac Kronenbergów. Pociski podziurawiły stropy, ogień rozprzestrzenił się błyskawicznie. Strawił wszystko: bezcenną bibliotekę, dzieła sztuki. Niewiele udało się uratować. Do dziś w prywatnych rękach przetrwał barokowy fotel. Nie dlatego, że był szczególnie piękny czy cenny. To na nim służba posadziła ranną w nogę baronową i wyniosła z ognia[9].

Pierwsze miesiące okupacji to dla rodziny szok. Rodzice Wandy przenoszą się z Warszawy do majątku w Wieńcu na Kujawach. Ale tu odwiedza ich Gestapo. Majątek przejmuje niemiecki zarządca. Leopold Jan zostaje aresztowany, pani Wanda znajduje gościnę w sąsiednim Brzeziu, w pałacu szwagierki, a następnie przenosi się do wyremontowanego mieszkania w Warszawie. Jej mąż wychodzi po miesiącu z więzienia, na początku 1940 roku zostaje ponownie zatrzymany. Tym razem Niemcy pytają o pochodzenie. Obarczony żydowskim dziadkiem przechrzczonym na ewangelicyzm, Leopold Jan traci wszystkie pieniądze zdeponowane na koncie. Ostatecznie opuszcza więzienie z aryjskimi papierami, ale do końca okupacji żyje w cieniu niekorzystnych interpretacji ustaw norymberskich. Zalicza kolejne miesiące odsiadki. Bywa wzywany na Gestapo. Czy do SS-Hauptsturmführera Paula Wernera na Szucha? Możliwe. Esesman odpowiadał przecież za odcinek żydowski. Nie udało mi się ustalić, czy cokolwiek z gigantycznej fortuny Kronenbergów trafiło do jego głębokiej kieszeni. Skrupulatna na ogół sekretarka nie zapamiętała barona jako interesanta. Jeśli chodzi o nazwiska Polaków, pamięć ją zawodziła. Dokładnie zapamiętała tylko niejakiego Koszarskiego. Niezwykłym zbiegiem okoliczności ten człowiek zaraz wypłynie w naszej historii.

A gdzie w tym wszystkim Wanda? W chwili wybuchu II wojny światowej nie ma jej. Zniknęła.

[3] Akta Ireny Chmielewicz, IPN 2386/15629, s. 52n.

[4] Wniosek o odznaczenie Leopolda Kronenberga Orderem Odrodzenia Polski z dn. 15 III 1937 r., Centralne Archiwum Wojskowe.

[5] Mirosław Wawrzyński, Człowiek, obywatel, patriota – Bolesław Chajęcki (1902–1953), „Niepodległość i Pamięć” 2007, t. 14, nr 1 (25), s. 96.

[6] Zdzisław Żórawski, Dziennik obrońcy Warszawy. Wrzesień 1939, red. T. Szarota, Warszawa 2011, s. 62.

[7] Wacław Lipiński, Dziennik. Wrześniowa obrona Warszawy 1939 roku, Warszawa 1989.

[8] Monika Żeromska, Moja ulica Mazowiecka, „Rocznik Warszawski” 1995, t. 25, s. 206.

[9] Tadeusz S. Jaroszewski, Dzieje pałacu Kronenberga, Warszawa 1972, s. 63–65.

Rozdział 3

Być jak Smosarska!

Jest koniec października 1930 roku. Ośmioletnia blondyneczka stoi na środku pokoju i z przejęcia zakrywa dłonią usta. Nie wierzy własnym uszom. Papa zabiera całą rodzinę do kina! I nie będzie to kino Wanda, gdzie dziewczynka chodzi z angielską nianią na dziecięce rewie. Będzie to kino z prawdziwego zdarzenia. Wandzia pójdzie do kina dla dorosłych zobaczyć prawdziwy melodramat.

Sprawa filmu, który tak poważnie wpłynie na losy Wandy Kronenberg, zaczyna się rok wcześniej. Do Leopolda Jana zgłasza się dwóch producentów z wytwórni filmowej Kineton-Sfinks. Chcą nakręcić film patriotyczny. U pana barona jest wszystko, co potrzebne. Pałac w Wieńcu – jak malowanie. Służba – wyborni statyści. No i konie, słynna stadnina Kronenbergów. Baron, z początku sceptyczny, gdy tylko słyszy o zapotrzebowaniu na folbluty, wyraża zgodę. Skoro jego ukochane wierzchowce będzie można zobaczyć w każdym polskim kinie, nie zamierza oponować. Rok później ma w ręku bilety. Film nazywa się Na Sybir!, a warszawskie bulwarówki trąbią o nim bez umiaru. „Gazeta Codzienna” w dużym ogłoszeniu, które skierowane było do „wszystkich, bez wyjątku”, nazywa film Henryka Szaro „monumentalnym polskim dźwiękowcem” oraz „symfonią miłości i poświęcenia”. To ostatnie określenie, powtarzane szeptem przez służbę domową, bardzo niepokoi panią Rowton-Kronenberg. Długo tłumaczy mężowi, że córka jest za mała na takie widowisko, ale klamka zapadła.

„Symfonia miłości”. Te słowa również nie umknęły uwadze Wandzi. W filmie grają absolutne gwiazdy: Jadwiga Smosarska i Adam Brodzisz. Polski show-biznes nie miał wówczas większych. Smosarska była żyjącą legendą! Niejednemu arystokracie zawróciła w głowie, wygrała kilka plebiscytów na najlepszą aktorkę. Recenzenci rozpływali się nad jej kunsztem. „Pani Smosarska czaruje nie wymuszonym wdziękiem dziewczęcości. Pyłem codzienności paryskiej nie przyprószona, a tem samym od automatyzmu myślowego i życiowego daleka”, pisano po filmie Premier.

Aktorka umie do siebie przekonać nawet największych złośliwców. Nie jest to łatwe – gra głównie w melodramatach skazujących ją na rolę wiecznej dziewicy, nieszczęsnej heroiny. „Była naturalna i ładna”, podsumował jej rolę w Poławiaczu cieni Antoni Słonimski. Był to prawdziwy komplement, bo pan Antoni słynął z ciętego języka. Film Trędowata, w którym Smosarska zagrała główną rolę w 1926 roku, zabił jednym zdaniem: „Nowa trędowata produkcja pana Hertza nie jest krokiem postawionym naprzód, ale wielkim biegiem sztafetowym w tył”.

Kronenberg, który nie widział wcześniej filmu, jest przed premierą nieco spięty. Kiedy rok temu oprowadzał ekipę zdjęciową po Wieńcu, wyszło na jaw coś absolutnie strasznego, coś dla niego zwłaszcza, wielkiego miłośnika koni, niewyobrażalnego. Okazało się bowiem, że pani Jadwiga… nie, tego Leopold postanowił nie zdradzić nawet żonie. To byłaby zbyt duża niedyskrecja!

Kronenbergowie zjawiają się w kinie Apollo przy ulicy Marszałkowskiej punktualnie o godzinie 18, honorowe miejsca już na nich czekają. Wszyscy widzowie i dziennikarze wypatrują nerwowo jednej osoby: Smosarskiej. Zaraz się pojawi! Zaraz błysną flesze! Dla małej Wandzi to musi być zaczarowany świat. Dla udającego obojętność barona Kronenberga również. W ciągu kilku dni produkcji zamienił z panią Jadwigą tylko kilka zdań, ale był nią absolutnie oczarowany. Dziś, przy pełnej sali, czuje dumę. Jest poniekąd ojcem tego sukcesu.

Wreszcie słychać przy wejściu podniesione głosy. Szmer z foyer przechodzi w głośną falę

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 4

Jako żona „Grota”

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 5

Śledztwo porucznika Kaskiewicza

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 6

Bo we mnie jest seks

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 7

Misja pułkownika Albrechta

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 8

Perskie dywany, judaszowe srebrniki

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 9

Warszawskie Champs Élysées

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 10

Agentka Lida melduje

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 11

Robota rusza „na całego”

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 12

Śledztwo porucznika Kaskiewicza. Część 2

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 13

Czerwony ołówek SS-Standartenführera

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 14

Warszawskie sprawki Frau Müller

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 15

„Jednym strzałem położył go trupem…”

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 16

Gwiazda Alei Ujazdowskich

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 17

W służbie AS-a

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 18

Ryzykowna partia herbaciarza

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 19

Sercowe sprawy referenta

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 20

Śledztwo kapitana Kaskiewicza. Część 3

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 21

„Kuria” wydaje wyrok

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 22

Strzały na Królewskiej

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 23

Na stos rzuciliśmy…

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 24

Blondynka, Brutus i rikszarze

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 25

Śledztwo kapitana Kaskiewicza. Część 4

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 26

Brytyjski łącznik

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 27

Nie mam już nic…

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 28

Śledztwo kapitana Kaskiewicza. Część 5

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 29

Kim jesteś, Wando?

Dostępne w wersji pełnej.

Epilog: Losy

Dostępne w wersji pełnej.

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej.

Bibliografia

Dostępne w wersji pełnej.

Aneks

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Copyright © by Michał Wójcik

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Fotografia na okładce

Copyright © Imagno / Hulton Archive / Getty Images

Redakcja

Olga Wróbel

Opieka redakcyjna

Monika Janota

Anna Niklewicz

Magdalena Suchy-Polańska

Agata Pieniążek

ISBN 978-83-240-4699-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Baronówna Królestwo za mgłą Ostatni. Historia cichociemnego Aleksandra Tarnawskiego ps. "Upłaz" Ptaki drapieżne. Historia Lucjana "Sępa" Wiśniewskiego, likwidatora z kontrwywiadu AK Teraz 44. Historie Ani Mru-Mru. O dwóch takich, co było ich trzech 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002