Fynf und cfancyś

Fynf und cfancyś

Autorzy: Michał Witkowski

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 27.99 zł

Dianka szuka szczęścia w Wiedniu, który wydaje się spełnieniem marzenia o zachodnioeuropejskim raju. Wstępem do niego jest jednak męski szalet, w którym zarobić najłatwiej. Na jej drodze staje pewien Polak o wiele obiecującej ksywie Fynfundcfancyś.

Cierpki humor, groza codzienności i niedyskretny urok lat dziewięćdziesiątych. Najnowsza powieść enfant terrible polskiej literatury to powrót autora do jego literackich korzeni.

 

„Opowieść gdzieś pomiędzy Palahniukiem, Dziećmi z dworca Zoo, Jelinek a tradycją prozy obyczajowej dwudziestolecia.”

Michał Witkowski

 

„Historia, która skrzy się i mieni blichtrem upadającej kultury, ale też ściąga w dół w klejące się stacje metra, szemrane bary, czy puste smutne ulice, których martwotę podkreślają tylko sklepowe witryny jaśniejące ścianą rolexów czy cygar. I tak do końca nie wiadomo czy ten cały świat to kraina z Księgi tysiąca i jednej nocy czy raczej Mordor. To współczesna opera buffa, gdzie komizm recytatywów i arii płynnie przechodzi w jęk rozczarowania i skowyt krzywdy”.

Szymon Kloska

 

„Książka, która ma wszelkie walory potoczystej gawędy, pełnej najróżniejszych awantur, wiedzionej z właściwym Witkowskiemu wielkim językowym szwungiem, z miejsca wciągającym w obręb przedstawianego świata”.

Marcin Sendecki

 

„To książka nie tylko o pryszczatych chłopakach oddających się za kasę bogatym, starym dziadom. To książkach o nas. O nas wszystkich”.

Piotr Kofta

W serii Proza PL ukazały się:

Sylwia Chutnik, W krainie czarów

Magdalena Tulli, Szum

Żanna Słoniowska, Dom z witrażem

Michał Witkowski, Margot

der Strich – kreska pionowa

streichen – przekreślić

a także:

zgarnąć

głaskać, pogłaskać

posmarować, smarować

gładzić

przeciągać ręką po czymś

auf den Strich gehen – prostytuować się

der Stricher – męska dziwka (bo kiedyś stali na ulicy i wyglądali jak pionowe kreski)

Dianka

miała sznyty na rękach, pochodziła z Bratysławy:

– To godzina drogi do Wiedniczka!

Nazywała się Milan. Prześliczny szesnastoletni blondyn z błękitnymi oczami, długimi rzęsami i w ogóle – paź z kreskówki dla grzecznych dzieci. Ale w środku, w tym paziu, kryła się stara, tłusta baba. Dosyć opieszała. Dojeżdżała zarabiać w metrze, na stacji Karlsplatz-Oper. Na środku podziemnego placu była okrągła oszklona kawiarnia, zwana przez nas „akwarium”, z której było widać kible. Wokół krążyło mnóstwo młodziutkich Polaków, Czechów, Rumunów, Rosjan, no i oczywiście starych Austriaków. Jacy piękni niektórzy, a inni znowu jak potwornie brzydcy! Średnich w ogóle tam nie było...

Dianka nigdy nie zapomni cytrynowego smrodu dezynfekcji, który tam wszędzie panował i mieszał się w toalecie z odorem gówna! Nie lubiła stać przy pisuarach i czekać na klientów, więc zwykle tylko piwo piła albo jadła swoje ukochane puchary lodowe z bitą śmietaną i ozdóbkami w tej oszklonej podziemnej kawiarni i szklącym się okiem spoglądała na krążących wokół kibli staruchów.

Ja byłem z Polski, ona ze Słowacji. Mnie się zawsze powodziło, jej prawie nigdy. Moje monologi puszczała mimo uszu:

– Do roboty, Dianka, arbajten! Choćby te pięćset szylingów!

To ona oburzona:

– No las miś! Ja sem żena lenywa...

A jak już raz dupę ruszyła, to też tylko z tym facetem piwo piła, namawiała go na puchary lodowe i mówiła do mnie na głos, bo i tak nie rozumiał:

– Jużem se sweho byha znalasla... Kukaj se, podiwejse, jaki byh!

A tymczasem to był zwykły rubaszny, wąsiasty drwal z austriackich Alp. Ale wytłumacz to Diance, skoro jej stawiał puchary i podawał ogień zapalniczką BIC.

– Oszukalby mnie... – rozmarzyła się, bo po czesku „szukać” to „ruchać”. A tymczasem od początku było wiadome, że to wcale nie będzie po czesku, tylko po francusku, a potem już normalnie, po polsku, i Dianka bez portfela curik znowu wyląduje na Bahnhofku.

Co by nie było, dobrze mieć na ulicy taką Diankę. Staje pod dönner kebabem i je. Staje przed kawiarnią Eduscho i pije. A ja rozprostowuję banknoty, obracam, układam austriackimi mordami w tę samą stronę, zwijam w zwitki, okręcam gumkami, jest z tym mnóstwo pracy. Bo ja mam naturalne predyspozycje do tego zawodu: fynf und cfancyś szwanc. A co obrócę, to każdemu klientowi wcisnę inny kit o sobie i jakoś inaczej w tej opowieści uśmiercę Krzysztofa. Na przykład, że użądliła go pszczoła, a był uczulony, i już. Zimny truposz. Albo że wszedł do toalety na dworcu, u nas, w Koninie, i już nigdy nie wyszedł. Jak się włamaliśmy z babcią klozetową, to w środku było pusto, tylko odrobina krwi na podłodze.

Dianka, ty nie nadawałaś się do tego zawodu. Nie byłaś wystarczającą materialistką. Wiadomo, ze Wschodu. Choć to o godzinę drogi, to jednak.

Raz wymęczył ją klient, pluł, kopał, ruchał, sikał, bił, oj, no wszystko. Miała dosyć. Zadzwoniła po taksówkę. Nie znała dobrze tej klatki schodowej. Schody były strome, brama otwarta i już przed nią widać było czekające na Diankę auto. Więc rozpędziła się i zaczęła zbiegać po tych schodach w dół, taka wolna, szczęśliwa, że ma to wreszcie za sobą, a w kieszeni porządną sumkę – pięćset szylingów. I nagle, już dobiega do końca schodów, świat znika i jest wielki huk! Dianka mdleje. Na Słowacji nie była przyzwyczajona do tak czystych szyb. Do wielu rzeczy nie była przyzwyczajona. I najbardziej ją potem bolało, że taksówkarz widział ten jej upadek, to jej walnięcie z całej siły rozpędzoną głową o szybę, tego się wstydziła.

Więc szło jej coraz gorzej, miała coraz mniej pieniędzy i nawet już była bezdomna, przez co wyglądała nieświeżo i robiło się błędne koło: nie miała pieniędzy, więc źle wyglądała, ale żeby zarobić, musiałaby wypocząć, wykąpać się, przebrać w czyste łachy.

Była sama jedna, w metrze, a na dodatek obtarły ją nowe buty, więc nie mogła już nawet włóczyć się po Wiedniu. Dokuśtykała do Alfi’s Goldener Spiegel, do baru dla stricherów, usiadła w kącie i nic nie piła, nie paliła, nie jadła, tylko obserwowała i nuciła se pod nosem słowackie piosenki rockowe.

To jest jak gra w ruletkę: jednego dnia zarobisz pięćset szylingów, przez pięć kolejnych nic. A przecież trzeba tu siedzieć nieraz po wiele godzin, zanim się jakiego klienta wyrwie. Przez ten czas wypija się po pięć zadrożonych nieprzytomnie kaw, fant, piw, czegokolwiek, bo obsługa (Norma) pilnuje, żeby stricherzy zamawiali przynajmniej jeden napój na godzinę. Więc co się zarobi jednego dnia, to się przez pięć kolejnych tu wyda na siedzenie. A co się wypali tych austriackich papierosów Milde Sorte, które są słabiutkie, ale głowa od nich boli! Dianka z zazdrością patrzyła, jak ci, którym się powiodło, pożerają przy barze olbrzymie sznycle z frytkami i sałatką kartoflaną, z sadzonym jajkiem pięknie przykrywającym kotleta, a czasem i za niego nie płacą, bo siedzi przy nich stary, łysy grubas z portfelem. Z połówkami wspaniałych cytryn do wyciskania na mięso, na frytki, na całe to cudowne żarło! Przełykała ślinkę i paliła wyproszonego od kogoś papierosa, który nie smakował na czczo. Myślała o tym, że zaraz ją stąd wywalą, bo już nie może zainwestować w ten biznes żadnych pieniędzy. A nawet gdyby znalazła kilka szylingów, to wiadomo – raz wyjdzie, a pięć razy wieczór pusty, można wszystko stracić. Ot, Rumuni to już nie mieli nic od dwóch tygodni! I to jacy Rumuni! Boże! Przez wielkie, białe, workowate spodnie pokazują Diance, jakie piękne, wypasione mają kutasy. Napinają na nich wyplamiony materiał. Łamanym niemieckim pomieszanym z rosyjskim proszą, żeby sprawdziła, wyposzczone, dwa tygodnie. Chcą szylinga, papierosa, ale co ona może im dać? Są piękni i męscy, bez tego aptekarstwa w oczach, które mają Austriacy, Szwajcarzy i Niemcy, są hetero. Osiemnastoletni, śniadzi, z czarnymi, zrośniętymi brwiami! Ale trochę jej przypominają Cyganów, a Dianka boi się Cyganów, którzy na Słowacji są i stoją. Palą ogniska. Ogień odbija się w ich oczach.

Stary klient, Dieter, ze Szczurzycą Güntera Grassa i „Wiener Zeitung” pod pachą, kursuje po knajpie jak profesor z filmu Błękitny anioł. W wytartej marynarce. Z fajeczką. Ale sam nie wie, czego chce. Raz bierze Diankę do siebie do stolika, zamawia jej alkohol, potem mówi:

– Heute bin ich müde, lass mich alleine... – Potem się umawia na środę, co już Dianka naprawdę nie wie, czy dożyje.

Za barem dziś Vincent: wysoki, miły Austriak, tacy jak Dianka nakręcają mu geszeft. Z szafy grającej lecą przeboje ubiegłego lata, a nawet Édith Piaf. W innej sali młodzi stricherzy grają w automaty. Jedna Murzynka, brzydka, brudna, strasznie śmierdzi i Dianka wie, że ona jest bezdomna, że wpadła w wir błędnego koła, i że Dianka sama tak skończy, jeśli tego wieczoru nie zdarzy się cud. To ten milutki Vincent wskazuje ochroniarzowi, żeby dyskretnie wyprowadził Murzynkę. Na dworze, na mrozie już nie pachnie tak piwem i żarciem. Tam do parkujących samochodów podchodzą chłopcy, którzy nie są wpuszczani do Alfi’s. Bo już są zbyt zawszeni, bo nie chcieli się dzielić zyskami z czeską mafią i ci oszpecili im twarze żyletką, bo nie chcieli dać barmance Normie i Vincentowi...

I nagle wchodzi rozbawiona banda lokalnych playboyów: starych, w kolorowych chustkach na głowach, kaskach motocyklowych, w łańcuchach, pierścieniach. Hałaśliwi i rozbawieni, prosto z krainy zwanej Miami, z krainy gwiazdek, drinków i czerwonych kabrioletów z muzyką puszczoną na ful. Z krainy fototapety i wyblakłych snów, która leży właśnie tu, w głowie każdego playboya. Zamawiają whisky i palą czerwone marlboro – nie dbają o zdrowie. Łysi i monstrualnie grubi, jak to jednak bogactwo wyjaskrawia każdą cechę charakteru – myśli Milan, filozof z blokowiska w Bratysławie. Bo jak ktoś jest żarłokiem i jest biedny, to staje się tylko gruby, ale niech no będzie bogaty (dla Dianki każdy Austriak był bogaczem), to ot, wygląda jak oni. Albo jak jakaś ciota jest przegięta i bogata, to od razu może na sobie pozawieszać cały sklep jubilerski, może mieć złoty płaszcz, futra i w ogóle przebić każdą operetkową diwę. Więc ci playboye drą się na całą knajpę, nieopanowani we wszystkim, ale zupełnie nieprzydatni Diance, dopóki bawią się razem. Bo ona jest już na tyle doświadczona, że patrzy tylko na zawstydzonych samotnych tatuśków, wciśniętych w kąt knajpy. Nowy wybuch nieopanowanego rechotu łysych. A prawdziwi „nieopanowani” – młodzi, piękni Rosjanie – siedzą cicho po kątach i liczą w kieszeniach brudnych dżinsów ostatnie drobniaki. Albo inny rodzaj klientów wyjaskrawionych przez bogactwo: czterdziestoletnie cioty z minami, z grymasami, każda przypomina jakieś zwierzę: łasicę, papugę, sowę... Całe w bransoletach. Zaraz im, tym buzerantkom (buzerant to po czesku „pedał”), piękni dwumetrowi chłopcy z krainy blichtru i taniej rozrywki podają lub zdejmują futra, przysuwają popielniczki, zapalają papierosy, ustępują miejsca w drzwiach, żeby tylko ich wzięły. A i krzesło im podają, podsuwają.

Tak więc też im zaraz usługują, a one na nich mrugają, biją ich niezdarnie a pieszczotliwie albo robią obrażone minki – „brzydki jesteś, z innym dziś pójdę, be!”. A mimo że stare i ohydne, to przecież ani grama niełysiejące (przeszczep), niesiwiejące (farba), bez zmarszczek, wysokie, odżywione, że tylko po zblazowanym wyrazie twarzy można poznać ich właściwy wiek. Bo wszystko już mają wymienione. Ale robią miny tych czechosłowackich aktorek, tych wszystkich starych sąsiadek z trwałą na barana... I one, gazele, bransoletkę mają i pierścień mają, i papierośnicę, i zapalniczkę, i wszystko w brylantach, w rubinach, na wszystko se już przez te lata uzbierały. A zaraz obok męskie byczki z łysymi pałami – to banda taksówkarzy. Piją piwsko, palą jakieś brązowe cygaretki, rechoczą na całą knajpę. Pierścienie blaszane z trupimi czaszkami. A jeśli nie łysi, to wiadomo – mają te swoje „vokuhile” (vorne kurz, hinten lang) z tyłu długo, czasem nawet do pasa, z przodu na jeżyka, utlenione. I już jeden z nich idzie krokiem starego marynarza do szafy i zamawia całą składankę niemieckiego disco o miłości. Z chórkami. Z szafy płynie ciepły kobiecy głos. Tak, tylko piwa i sznycla im jeszcze do szczęścia brakuje – myśli Dianka i gryzie paznokcie.

Albo wchodzi para podstarzałych facetów, po uszy w skórze, w policyjnych skórzanych czapkach, w czarnych gumowych kaloszach, z wąsiskami, we flyersach, ramoneskach, skórzanych spodniach, z łańcuchami, a widać, że na cały komplet zbierało się latami, odkładało się z urzędniczej pensji w puszkę po kawie.

Raz po raz zgrzybiały, trzęsący głową starzec bierze świeżego jak jabłuszko chłopca ze ślicznymi rumieńcami i prowadzi na drugą stronę ulicy, do hotelu na godziny o nazwie „Stockholm”. Będzie tam go nieudolnie macał trzęsącymi się rękami, ślinił, ale niewiele więcej. Żeby sobie pociągnąć, najpierw będzie musiał wypluć sztuczną szczękę. Na koniec lekarstwo pod język, bo serce się buntuje przeciwko tym breweriom.

W drugiej sali męscy zarobkiewicze grają w bilard. Do znudzenia, po sześć godzin. Jakby zupełnie nie musieli zarabiać! Ach, oni zamawiają tu kanapki! Te drogie... Przyozdobione odrobiną kawioru, kawałeczkiem cytryny, anchois i podane do samego stołu bilardowego, a wiadomo – za przyniesienie się płaci. Albo te kanapki z kiełbaską, z ogóreczkiem, z pomidorkiem... Albo te najlepsze, z tatarem i posypane cebulką...

A czasem wchodzi jakaś chuda, nerwowa i łysa, siada przy barze, zamawia piwo i przez cały wieczór zapala i gasi złotą zapalniczkę. Kiedy się jej zapytać o ogień, jest przez chwilę zupełnie nieobecna. A potem wchodzą polscy luje. Hetero. Z tym czymś ordynarnym w oczach, z agresją. Tu zarabiają, obrzydzenie przytłumiają. I mają dresy z wielkim, czerwonym napisem POLSKA na plecach, albo czerwone z białym orłem. Od razu:

– Kurwa, kurwa, normalnie zajebię skurwysyna, jak mi nie odda tych stu szylingów.

Dianka się ich panicznie boi. Ale jest też jeden miły Polak. Właśnie słychać, jak rozmawia z jakimś innym o tym, że wrócił z Francji, z Cannes, że nic nie zarobił, za to zgrał się do zera i gdyby kolega nie wygrał w automaty, to już nie byłoby jak wrócić i też wpadłby w błędne koło. Tu urywa, bo co to jest błędne koło, nikomu w tej knajpie i okolicach nie trzeba tłumaczyć.

No i jest jeszcze ten cały Polak, Fynfundcfancyś, słynny w całym Wiedniu i nawet w Salzburgu, nawet w Linzu, nawet w Grazu ze swoich gigantycznych rozmiarów, których jednak Di nie próbowała. Jest śliczny, ma czarne oczy, czarne włosy, zwężające się kości policzkowe, jest go wszędzie pełno, wciąż coś knuje, robi jakieś interesy, pali, gada po niemiecku, choć nie umie, ale gada, czuje się tu jak ryba w wodzie, handluje, zamienia się... Ona patrzy na niego z podziwem, bo jej się nie chce, ona żena lenywa...

Teraz Dianka podnosi się i wychodzi z baru, z jego ciężkiego powietrza pełnego zapachu papierosów, sznycli, piw, potu, perfum, pełnego tandetnej, austriackiej muzyki z szafy grającej... Idzie do parczku obok, gdzie stoją, przytupując z zimna, tacy jak ona – ci, których nie stać już nawet na siedzenie w knajpie. Albo ci, którym czeska mafia oszpeciła twarze żyletkami. Na mrozie jej spocone palce śmierdzą i smakują papierosami. Tu, na ulicy, cała ta sprawa wygląda zupełnie jak za dawnych lat. Stoi się, klienci starzy, grubi i łysi chodzą między zaparkowanymi wzdłuż ulicy autami albo siedzą w środku nieruchomo jak aligatory, tylko ręce przy rozporkach pracują monotonnie. Czasem ktoś kogoś pobije do krwi albo przyjadą mendy i wszyscy zapadną się pod ziemię.

I wtedy właśnie, gdy straciła już całą nadzieję, nadarzył się ten prawnik, Jürgen, który na kolejne trzy miesiące zrobił z niej kurę domową. W zamian za zmywanie i seks zaopiekował się obtartą do kości nogą Diany, jej wszystkimi chorobami, których się nabawiła przez pięć dni, gdy była bezdomna. Gdy spała... nie, ona nigdzie nie spała. Bo metro zamknęli takimi kratami spadającymi z sufitu jak w średniowiecznych zamkach. Wszystko zamknęli, podnieśli zwodzone mosty, czerwone światło dla Dianki z Bratysławy! Pierwsza noc na wiedeńskiej ulicy to już chyba nigdy by się nie skończyła! Norma wywaliła go z Alfi’s około dziesiątej w nocy za wyżeranie orzeszków z automatu bez płacenia (Słowianie potrafią) i Milan stał do rana po prostu na mrozie. I nic się nie działo. Płatki śniegu spadały na tle zapalonej latarni, też mi coś, też mi wydarzenie... Czasami przejechał piękny, opływowy mercedes, ale Dianka już nie tęskniła za mercedesami, tylko za własnym pokojem w bloku, w Bratysławie, za kolacją zrobioną przez mamę, za herbatą i odrabianiem lekcji.

Około piątej rano zaczęła jeść śnieg. Z betonowych donic, bo wydawał jej się czystszy niż ten z ulicy. Szła, utykając, jedną z głównych ulic, patrzyła na wystawy i smakowała ten jedyny w swoim rodzaju smaczek, jaki przybiera Zachód, gdy nie ma się ani grosza. Araby śmignęły kabrioletem z dudniącą muzyką, jakieś tam ich „habibi, habibi”, i znikły za rogiem. Pani w białym futrze wyprowadzała białego charta. A Dianka obserwowała to z bramy, udając przed sobą, że w zagłębieniu jest cieplej, bo nie wieje. Stała i gryzła paznokieć, a pani z chartem szła jak w reklamie i Dianka pomyślała, żeby ją zabić, albo chociaż pobić, za to, że ona taka prosto z kąpieli, z białymi zębami, z białym chartem i w białym futrze, niechby chociaż miało plamę, ale nie. Dać jej w pysk!

Pies się wysikał, wysrał, pańcia zgarnęła łopatką jego gówno do torebeczki, torebeczkę wyrzuciła do śmieci i skierowała się ku bramie, w której stała Dianka, aby schronić się w pięknym i ciepłym mieszkaniu. Dianka nigdy nie robiła tego z babą, ale gdy się mijały, usiłowała rzucić pańci powłóczyste spojrzenie. Lecz kto raz upadł na dno, albo właśnie spada, ten przestaje być atrakcyjny, ludzie czują w nim losera i się odwracają.

Usiłowała dostać się do podziemnych garaży, myśląc, że nawet auta mają lepiej od niej, ale włączyły się alarmy i musiała uciekać. I tak przez pięć dni i pięć nocy oblazła chyba cały ten jebany Wiedeń. Gdy szła mało uczęszczanymi ulicami, zdejmowała ten nieszczęsny but, odsłaniając zaropiałą ranę, w zimie, na śniegu. Wolała marznąć. Wystawała na mostach i patrzyła na Dunaj niosący wielkie kry. Wpatrywała się w krawężniki, pewna tą pewnością żebraków, że lada chwila po prostu musi znaleźć jakąś monetę, że to jest statystycznie niemożliwe, aby nie znalazła. Bo na stacji metra był automat, a w nim, za szkłem, batoniki, croissanty i gorące skrzydełka kurczaka. Wszystko. Trzeba tylko było znaleźć monety, i ona tak całe noce tych monet szukała. Każdy, ale to każdy kapsel wyglądał jak moneta, każdy kamyczek zatopiony w asfalcie!

Bo swoje ostatnie drobne... To było straszne. Przed trzema dniami chciała zadzwonić do domu, do rodziców, żeby po nią przyjechali samochodem, zabrali ją, i automat jej to pożarł. Waliła w niego pięścią (ach, ona miała „piąstkę”), ale nic nie wypadało. Na aparacie było napisane, że w takich wypadkach należy dzwonić pod bezpłatny numer i zgłaszać, ale oczywiście nic nie działało, tylko włączała się jakaś automatyczna picz i coś tam nawijała po hitlerowsku. Z zemsty Dianka zapchała austriackim kurwom automat patykami i zapałkami (teraz by się przydały).

Usiadła na ziemi przy ruchliwej ulicy i po prostu zaczęła żebrać. Miała poczucie, że w chwili, kiedy osunęła się z pozycji stojącej i usiadła pod kamienicą, przekroczyła jakąś ważną granicę i stała się dla innych niewidoczna, jakby istniała w innej przestrzeni. Przez jakąś godzinę oglądała Wiedeń z pozycji parteru, Wiedeń pospiesznych kroków, butów, nogawek, teczek, torebek. Większość ludzi odziana była w drogie i eleganckie kozaki i półbuty. Wszyscy gnali, jakby ich poganiano. Te biegnące buty były spięte, pobudzone i wszystkie zdążały do jakiegoś konkretnego celu, żaden nie pozwoliłby sobie na, takie ot, zatrzymanie.

Nikt nic jej nie rzucił na kawałek kartonika, który wyszperała na jakimś śmietniku.

Zdążyła znienawidzić wszystkich, którzy w tym czasie akurat wsiadali do aut, podjeżdżali pod operę, czytali gazety w małych kawiarniach Eduscho, dźwigali paczki, gonili się po śniegu, całowali pod pomnikami i obdarowywali czekoladkami w kształcie kulek z głową Mozarta. Na te olbrzymie bomboniery napatrzyła się Dianka jak głodna suka, choć wolałaby hot doga. Całe wystawy w czekoladkach, a każda osobno zapakowana w złotko z namalowanym profilem w wielkiej siwej peruce. Otwarte bomboniery wielkości kół od karety połyskiwały w nocnym świetle pustej ulicy. Dianka przeszła granicę głodu i teraz czuła go już coraz mniej. Ale patrzyła na te bomboniery i nie mogła oderwać wzroku, bo gdy ktoś nagle znajdzie się w nędzy, wszelki przepych tego świata staje się czymś bardzo niewiarygodnym i zajmującym. Biedak marzy o pracy i małych pieniądzach, nędzarz – tylko o milionach! Więc Dianka o piątej rano oglądała na wystawach złote pióra Montblanc, roleksy, futra, torby Louis Vuitton, a za każdą nitkę z takiej torby mogłaby żreć tydzień! To było najdziwniejsze.

Dzwoniły dalekie dzwonki, zapalały się i gasły czerwone girlandy i wydawało jej się, że za chwilę z mgły wyłoni się i wjedzie po nią tu, przed sklep, wóz zaprzęgnięty w wiele, wiele reniferów i zabierze ją prosto do którejś z bajek. Już sama nie wiedziała, która do niej najbardziej pasuje: ta o dziewczynce z zapałkami marznącej w śniegu? Ona ostatnie zapałki wepchała w automat, zresztą – z paleniem było najgorzej! Akurat ten głód nie ustawał. A może lepiej pasuje do tej jakiejś historii o Kaju i Gerdzie? To musiała być któraś z tych skandynawskich bajek, bo Milan pamiętał tylko, że pełno w niej lodu, bieli, sinego nieba i bogactw. Czyli wszystko jak w Szwecji. Albo najlepiej, żeby we mgle zamajaczyła karoca z dyni i Dianka, jazda, na bal, a książę może mieć osiemdziesiąt lat, nosić treskę lub zaczesywać łysinę „na pożyczkę”, może być impotentem, byle zapłacił, byle sprawił jej nowe ciuchy i pozwolił wydobyć się z dna.

Żeby było jeszcze bardziej kiczowato... Ale jak to wytłumaczyć? Tam były wszędzie takie iluminacje świetlne i Dianka ze zdziwieniem zauważyła, że zaopatrzone są chyba w fotokomórkę, bo gdy się koło nich przechodzi, zaczynają grać tę samą infantylną amerykańską kolędę. Na wystawie pucołowaty, różowy na pysku Mikołaj podnosił do Di rękę, ale pustą, bez worka... I w pustej, mroźnej nocy rzeczywiście odezwały się dzwoneczki, tylko że zamiast reniferów przejechała nocna polewaczko-śmieciara, która w Austrii wygląda jak z przyszłościówki. Dianka poczuła się śmieciem i pomyślała, że to po nią przyjechali.

W końcu przestała chodzić, bo z każdym krokiem but wrzynał jej się niemal w kość. Te piękne, a teraz tak znienawidzone półbuty były pamiątką z niedawnego okresu prosperity (Ralf, Alex!), kiedy zamiast oszczędzać na czasy takie jak teraz, kupowała mnóstwo nowych ciuchów. („Sparen geld, sparen geld, Dianka! Du musst geld sparen! Billiger szue kaufen, billiger essen”). Ale potem, gdy straciła mieszkanie u jednej brazylijskiej cioty (Sierra Ferrara di Silva), wszystkie te luksusy schowała do boksu na dworcu, wrzuciła pieniążek i... i teraz była tam, ale okazało się, że żeby je wyciągnąć, musiałaby wrzucić do automatu aż pięćset szylingów, bo licznik cały czas bił! Na wyświetlaczu migał przyjazny napis informujący Diankę, że jeśli nie odbierze tych rzeczy w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin, to już ich nie odzyska. Zresztą – nawet tego do końca nie rozumiała, co te austriackie psy tam nawypisywały. W każdym razie życzyły miłego dnia, a to zawsze oznacza złe wieści.

Nie mogła już ani chodzić, ani stać, ani znosić melancholii rozsiewanej przez wszędobylskie choinki, świąteczne iluminacje i dzwoneczki wybijające kolędy. Cały ten czerwono-zielony kicz zupełnie jej nie dotyczył. Tej nocy najadła się mgły i łez na całe życie.

No, ale zdarzył się cud! Dianka, taka brudna i głodna, podłapała w metrze Kettenbrückengasse klienta! To była mała stacyjka, na której ludzie, jak i na innych, nie gubili drobniaków, ale czemuś lubiła tam siedzieć. Uff. Tłusty, spocony, nieogolony Arab. Uśmiechający się lubieżnie do jej kilkunastu lat i płowych włosków. Milan myślał, że go wycałuje ze szczęścia w tym metrze! Już go w myślach przeliczała na kotlety, na frytki, kanapki... Ile też z takiego będzie można wyciągnąć? Niewiele. Ale na Bahnhofku jest natrysk, trzeba tylko wrzucić monety i drzwi się otwierają. Tak tylko na kilka centymetrów, aby dwie osoby nie mogły się przecisnąć, żeby nie zrobili sobie tam taniego miejsca do seksu. Ma się pół godziny tylko dla siebie. Mycie się to rozkosz, ale bycie zupełnie samemu przez całe pół godziny – to już szczęście! Wreszcie nie na ulicy, wreszcie sam ze sobą! Tam się wykąpie, nałoży świeże skarpetki, które kupi. To będzie jej święto.

Arab nie miał gdzie. Tak się pytało: „Masz gdzie?”, „Has du cymer?”. I jak na złość Arab akurat nie miał. Dianka chciała koniecznie jak najszybciej rzecz całą załatwić i sfinalizować, ciągnęła go więc do parku w krzaki lub do kibla w metrze, ale Arab (Ahmed) uparł się, że zna genialne miejsce. I zaprowadził Milana do jakichś podziemnych parkingów, gdzie był też kibel. Kluczyli wśród różnokolorowych aut. Było ciemnawo, świeciła im tylko zielona tabliczka z napisem EXIT. Zamknęli się i Ahmed usiadł na kiblu. To było ohydne. Miał piersi jak kobieta, tyle że owłosione, śmierdział kwaśnym potem, co chwilę wybuchał idiotycznym śmiechem i kazał się lizać po całym swoim obleśnym, spoconym ciele. Albo pierdnął i się śmiał, jakby to był jakiś wspaniały żart! Co z tego! Tu go Dianka liże, a już myśli tylko o tych wszystkich fajkach i kotletach. Nagle ktoś zaczyna dobijać się do ich kabiny. Cieć! Cieć nocny, pilnujący parkingów! Tych wszystkich garaży podziemnych, w piekle chyba! Taki cieć, w odblaskowej kamizelce, żółtej, a może pomarańczowej. Wali w drzwi, drze się, Dianka nic nie rozumie, bo to po szwabsku, a żeby ona rozumiała, toby musiało być po słowacku, ale nie jest. Bo jest właśnie po szwabsku, choć treści akurat tego komunikatu łatwo się Milankowi domyślić, że – słowem – ma wypierdalać, bo policaj.

– Verdammte Schwule! Verdammte Schwule! Otwierać!

No to Arab otworzył drzwi, odepchnął ciecia z całej siły, prysnął, tyle go widzieli (nie zapłacił!), a Dianka została schwytana przez jeszcze grubszego i jeszcze ohydniejszego ciecia. Gdyby to był pornol, taki, jakie Di lubiła oglądać, kiedy stać ją było na siedzenie w gejowskiej saunie Kaiserbründl, cieć teraz sam wystawiłby swojego i kazał sobie płacić w naturze. Ale że to było życie, to od razu na dzień dobry dostała z pięści w ryj i zalała się krwią. Padła na podłogę, na kafelki. Cieć podnosi ją za fraki, wrzeszczy coś o policji, a potem rzuca jej wiadro, mopa i szmatę. Dianka chce uciec, ale gnój przez cały czas trzyma ją z całej siły za ucho. W ogóle ciągle trzyma ją za to jej małe uszko, jak w szkole. Bardzo się boi, aby mu nie uciekła ta nasza Dianka – tania pomoc przy zmywaniu podłogi. Cieć krzyczy na zmianę: „policaj” i „szmata”. Do wyboru. „Albo będziesz mi tu putzen teraz za darmo cały parking, albo na policję! Szwulu jebany!” Dianka wybrała szmatę. Rycząc wniebogłosy, taka głodna i brudna, musiała myć ten kilkupoziomowy garaż, a potem kibel. Po dwóch strasznych godzinach wyszła prosto w noc, z niczym, złachana. Tak to się chyba nazywa. Zadarła głowę i zobaczyła przed sobą jakiś wielki, luksusowy hotel. Sacher Wien. Padał śnieg. Białe płatki spadały majestatycznie i powoli, jakby się wahały, czy warto ostatecznie osiąść na chodniku, czy może na pięknym czarnym mercedesie. Tylko w jednym pokoju paliło się światło. Bywała nieraz w takich hotelach z klientami, którzy na wielkich łożach mieli porozkładane luksusowe zakupy dla żon z Frey Wille, w łazience – perfumy Chanel, a służba przywoziła na srebrnych wózeczkach szampana. Światło zgasło i Dianka pomyślała sobie po słowacku, że to nie jest sprawiedliwe, żeby się tyle pokoi marnowało, stało pustych całą noc, gdy ona marznie i nie ma gdzie spać.

Tyle razy jej mówiłem:

– Dianka, daj spokój, to jest zawód dla ludzi o stalowych nerwach. Co będą się uczyć dojcz, zbierać geld, kurwić się z tymi od mercedesów i podziemnych garaży! I nie tu, tylko do Mnichowa trzeba ci faren, do Zurychu! Tu nie blajben, nie! Tu nyśn gud, tu kajne geszeft, Dianka. Podiwej se, kukaj se, jak ja se tu radzę, ilu mam klientów! Fynfundcfancyś – magiczne słowo. Bo ja potrafię! Zresztą, jak ktoś się nazywa Dajana Spenser Prins of Łejls, a nią nie jest, to przejebane... Kuknij se prawdziwą Dajanę, czy brudna chodzi, czy potrafi się tak zapuścić jak ty? Panimajesz? Kapito, kurwo, Milanku kochany?

Teraz, o piątej rano, przed sklepem z muzycznymi bombonierkami, pewnie jej te moje słowa fruwały w głowie jak płatki śniegu. Mozart. Filharmonicy Wiedeńscy. Konserwatorium Miasta Wiednia, któremu Mario Ludwig zostawił w spadku całą fortunę. Plakat reklamowy musicalu Das Phantom der Oper z maską i różą, granego w Theater an der Wien, gdzie bilety kosztują dwadzieścia dużych obiadów z deserem. Czekoladowe skrzypce, czekoladowe fortepiany, klawisze z białej czekolady na zmianę z czarną, gorzką. Wiedeń: muzyka poważna i czekolada, szkoda, że nie kebab za darmo dla głodnej Di. Będą stały puste apartamenty w hiltonach, ale Diankę wygonią z metra, ze śmietnika, z bramy. Przyspieszony kurs: kapitalizm w weekend dla komunistycznego dziecka z niedawnej Czechosłowacji. Nie masz pieniędzy, to kop w dupę, bez sentymentów. Jak zarobisz, to chętnie cię powitamy, wtedy będziemy cię całować w dupę. Tej nocy Dianka zrozumiała, że cały Zachód jest jak elektryczne wesołe miasteczko podłączone do prądu. Tak samo migające światełkami, bez względu na to, czy się weselisz, czy właśnie zdychasz w metrze, Milan, ty piękny aniołku. Milan, ty brudny gnoju. Milan, ty ślicznotko z kiłą. Idealnie obojętne. Zawsze wesołe. Zawsze dla bogatych, inni nie istnieją. Dopóki się nie wyciągnie wtyczki z kontaktu.

I Dianka o mały włos tej nocy nie została socjalistką. Tyle że socjalizm polegał według niej na tym, że jej Słowacja jest wkładana do jednego wora ze wstrętnymi Czechami. Słowacja to też Cyganie i Dianka zaczęła się rozglądać za miejscem, w którym mogłaby rozbić swój obóz. Ach, gdybyż teraz spotkała tabor cygański – myślała, idąc z nosem przy ziemi jakąś mało atrakcyjną pod względem znajdowania na ulicy pieniędzy dzielnicą. Ach, gdybyż tak nagle usłyszeć rżenie koni i zapytać: „A wy dokąd?”. I usłyszeć: „A my wracamy z taborem nazad, na Słowację, tu już nakradliśmy koni, to nie świat dla nas, zabierz się z nami!”. „Tak, ja z wami, z Cyganami!”

Kurwa, już majaczę – pomyślała.

Kulejąc, wróciła do Alfonsa. Na drzwiach zawieszono świąteczną dekorację: wieńce z jodłowych gałązek, ustrojone kolorowymi bombkami. Była prawie pewna, że jej nie wpuszczą. Weszła. Za barem na szczęście nie stał Vincent, bo on by jej nie pozwolił tu siedzieć bez zamawiania drinków. Tej nocy stała za nim stara ciota Norma. Wesoła, przegięta, dobra i czasem okrutna. Z wąsami i dużym kółkiem w uchu. Całe życie w Alfim. Dianka podeszła do niej i powiedziała:

– I am hungry.

Patrzyła na Normę ze zwierzęcym głodem, ale nie znalazła u niej zrozumienia. To znaczy Norma, podśpiewując, wrzuciła parę szylingów do maszyny z orzeszkami ziemnymi, a gdy nędzna garstka wypadła ze specjalnej szufladki, zaśmiała się na całą knajpę i powiedziała coś, co miało zniszczyć Diance opinię na zawsze:

– Madame is hungry... Madame de Hungry!

Kurwa. Hure. Blazen majne arszloch, huro jedna!

Dianka nie mogła jej zamalować przez bar, musiała być dla niej uprzejma i się uśmiechać, bo nie miała gdzie spać, a Norma słynęła z tego, że zawsze spało u niej mnóstwo bezdomnych chłopaków. Zapytała, czy może przenocować, i dowiedziała się, że oj, jest ciasno, bo właśnie u Normy nocuje teraz horda Cyganów (jednak tabor!), którzy zachowują się wprost skandalicznie. Tych, co nie mieli już od trzech tygodni i pokazywali Diance w kiblu, jakie mają wypasione, wyposzczone kutasy. Dianka musi poczekać, aż Norma skończy pracę, a to będzie około piątej rano, bo przydałaby się jej do takiej jednej posługi i za to mogłaby nocować na materacu w kuchni... Czy w tej kuchni są drzwi, którymi Dianka mogłaby się odgrodzić od Cyganów i reszty, nie zostało jasno powiedziane.

Tymczasem poszła do toalety, aby umyć sobie twarz i ręce. Ze wszystkich kątów dobiegała ją nowa ksywka: Madame de Hungry! Dianka przypomniała sobie, jak to było jeszcze w Bratysławie, kiedy raz po raz chłopcy wyjeżdżali do Wiednia, a wracali odżywieni, opaleni w zimie, w super ciuchach i z historiami o wielkim świecie.

Była dwunasta w nocy. Właśnie mijały jakieś trzy dni i trzy noce od czasu, kiedy Dianka ostatni raz spała. I co to był za sen! Metro od drugiej do piątej trzydzieści było zamknięte, ale przy kratach leciało ciepło z nawiewów i usypiały Diankę monotonne odgłosy maszyn myjących podłogi, ruchomych schodów. Wszyscy żebracy kładli się w tych szczelinach, to znaczy początkujący żebracy, bo prawdziwi, z dużym stażem, starzy narkomani, potrafili zostać na noc w metrze. Zostać. Uniknąć czystek. Kiedy o trzeciej w nocy zaczynano obchód i Wielkie Wyganianie, oni już byli w sobie tylko znanych nieczynnych korytarzach metra, tam mieli swoje zawszone poduszki, swoje spasione, oswojone szczury, swoje wózki ukradzione z hipermarketu, tam palili świece. Dianka miała jednak nadzieję, że jej stan jest przejściowy i nigdy nie będzie musiała osiągać tego stopnia wtajemniczenia. Że zostanie przywrócona austriackiemu społeczeństwu i może nawet będzie płacić jakieś podatki od kurewstwa. Była prostytutką klasy robotniczej; wszyscy jej klienci zawsze mruczeli: „Morgen arbajten” albo z radością: „Morgen kajne arbajt”. Świat dzielił się na tydzień i weekend.

Polak

– Dianka, czy zastanawiałaś się kiedyś, skąd się biorą twoje problemy? – pytałem ją po raz kolejny. Natknąłem się na nią w metrze, pod Karlsplatz. Znowu utykała, bo buty ją uwierały, miała zabandażowane nadgarstki, była znowu beznadziejnie przez świat i ludzi wydymana, znowu bezdomna, znowu skrzywdzona.

– Kukaj se, podiwej se, jaki masz byt, jak bydlisz. Ne je to dobre, ne. A jak ja bydle, jaki mam byt, se podiwej, kukaj se, kurwo. Ty ject curik nacht sztrase blajben, morgen – curik nacht Bratislawa, a u mienia – dwadzieścia piać centymetrów, the most fejmest kok in Wiena, ja ja, walter, walter, fynf und cwancyś in szwanc! Olala! Klienci już w taksówce zaczynają macać, żeby się przekonać, czy to prawda, co o mnie mówią. Muszę ci powiedzieć, że moja mama mówiła, że to u nas rodzinne, bo ponoć mój stary ma nie mniejszego. A babcia co o dziadku opowiadała, Jezu! Ponoć na wojnie w obozie tylko dzięki temu przeżył! I też po szwabsku musiał gadać przy tym, jak wnuk. Potem się dzięki temu dostał do partii i dzięki temu miał działkę i przydział na trabanta. To już teraz rozumiem, dlaczego babcia tak mnie w kąpieli podglądała, wciąż to ręcznik przynieść, to płyn, a już kuka, czy geny przeszły. Swoją drogą, jeśli mój dziadek rzeczywiście miał taką maczugę, to biedna ona była, oj biedna i cienko śpiewała, cieniutko... Mój jest długi, ale też szeroki, taki szwanc, że nawet niektórzy boją się dawać od tyłu, że rozerwie. A inne ciotki od razu. Ja do nich: „Ju łil daj...”. A one zawodzą: „Aj łont tu daj!”.

Po prostu olbrzymi kawał mięsistego balona z krwią, a staje przy byle okazji, nawet jakbyś chomika tam puścił czy żabę, od razu się podnosi. Podnosi się, bo spodnie za ciasne, bo za luźne... „Majn god, was yst das?!” – szepczą nabożnie klienci i już wiesz, że dostaniesz napiwek. To znaczy ja dostanę.

– Yś. Und ject du? Majn got! – Przewracałem oczami, jakby pomsty niebios wyczekując. – Nie obraź się, Dianka, ale Słowacja nie przoduje w tym na rynkach światowych, szwancowych. Węgry, choć tak niedaleko, przodują. Słowacja – klajne szwance. Ne je to dobri, malutkinićku pisićku. Piwo pijecie, witaj, brzusiu, żegnaj, siusiu! Ale to jeszcze nie musi być tragedia, jak się nie ma tu, to można mieć chociaż tu! Dupę masz zajebistą, dupą nadrobisz!

Ja nach Curyś teraz bekomen machen, arbajten myt milioneren nach szwajc, grołse geld, grołse szwancen, banken, szokoladen, zegarken! Szkoden goden, olala! Als pornodarszteler yś arbajten, grose geld, szyjne szwance in munt, in arszloch. Ain rajche man aus miunik myt mir komen nacht Lichtensztajn szoping szoping machen, szyjne klajde kaufen! Hir nyśń blajben. Was denkst du, byn yś ferikt, oder was? Już mnie tu niczyje kaprawe austriackie faszystowskie augen nimal nie zobaczą. Ferges, ferges das, Dianka. Kisen majne arszloch. Wan du geld hast. Hundert szyling, jak dla ciebie, promocję ci robię, boś piękna

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Di

Dostępne w wersji pełnej.

Polak

Dostępne w wersji pełnej.

Gorączka złota

Dostępne w wersji pełnej.

Mario Ludwig

Dostępne w wersji pełnej.

Smok Wielogłowy

Dostępne w wersji pełnej.

Mario Ludwig – cd.

Dostępne w wersji pełnej.

Dianka

Dostępne w wersji pełnej.

Polak

Dostępne w wersji pełnej.

Jeszcze o Karuzeli

Dostępne w wersji pełnej.

Dianka

Dostępne w wersji pełnej.

Polak

Dostępne w wersji pełnej.

Di

Dostępne w wersji pełnej.

Polak

Dostępne w wersji pełnej.

Rumunka

Dostępne w wersji pełnej.

Dianka

Dostępne w wersji pełnej.

Ten z hotelu Zürich

Dostępne w wersji pełnej.

Café Wühre

Dostępne w wersji pełnej.

Ucieczka

Dostępne w wersji pełnej.

Noc Wielkiego Sezonu

Dostępne w wersji pełnej.

Di w świecie skarpet

Dostępne w wersji pełnej.

Chłopięcy Zagajnik

Dostępne w wersji pełnej.

Lampa

Dostępne w wersji pełnej.

Mody

Dostępne w wersji pełnej.

Feliks

Dostępne w wersji pełnej.

Mody – cd.

Dostępne w wersji pełnej.

Tajki znów na horyzoncie

Dostępne w wersji pełnej.

Di

Dostępne w wersji pełnej.

Copyright © by Michał Witkowski

Projekt okładki

Magda Kuc

Fotografia na okładce

Copyright © Tom Nulens/E+/Getty Images

Opieka redakcyjna

Przemysław Pełka

Artur Wiśniewski

Redakcja

Andrzej Lesiakowski

Adiustacja

Dariusz Sośnicki

Korekta

Agnieszka Stęplewska

ISBN 978-83-240-4847-2

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Fynf und cfancyś Margot Wymazane Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej Fototapeta Zbrodniarz i dziewczyna 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter