Margot

Margot

Autorzy: Michał Witkowski

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 26.99 zł

Idź w noc, Margot, idź w noc, idź w noc,

zaparkuj, zatankuj i idź w noc...

Grzeszna, święta i celebryta

w balladzie o lekkim zabarwieniu satyrycznym.

Od Szczecina do Wrocławia – Polska A i Z oczami

autora Lubiewa.

Nowe, poprawione wydanie powieści

Michała Witkowskiego, jednego z najgłośniejszych

polskich pisarzy.

W serii Proza PL ukazały się:

Sylwia Chutnik, W krainie czarów

Magdalena Tulli, Szum

Żanna Słoniowska, Dom z witrażem

Michał Witkowski, Fynf und cfancyś

„W nową postać zmienione chcę opiewać ciała”

Owidiusz, Metamorfozy

przeł. Bruno Kiciński

Metamorfozy Margot

No jak jedziesz, chujku niedomyty?! Gdzie mi się wciskasz, baranie? Nie widzisz, że wiozę materiał niebezpieczny? Dla ciebie niebezpieczny! Rodzona matka ci niemiła?! Chcesz dzwona zaliczyć[1]? Jest sytuacja pogodowa? Jest. Warunki na drodze takie, a nie inne?! Od tygodnia gnoi[2]. Przyczepność nie za zajebista! Ogólnie mówiąc, chlapa, szaruga. Niż, mówią w radiu, niż znad Skandynawii! Lipiec stulecia. Na głowę mi jeszcze wjedź! Ożeż ty! Chyba cię, chopie, wali trochę, nie? Tu mnie całuj! Fuck you, motherfucker! Bez odbioru.

Uchylam szybę i wyciągam głowę na deszcz, żeby mój gest łatwiej do niego dotarł. To on trąbi i zjeżdża na margines[3]. Pokazuje różne zbereźne miny, różne gesty, co by ze mną robił. Ha, gdybyś mnie dogonił, tatuśku! Ale twój wyciąga nieco mniej niż mój i może się spocić. Spadaj, koleżko. Miłego dzionka. Za mały masz gaźnik na mnie, he, he! Myślą, że jak baba jedzie, to zaraz musi się wlec. Honor mu nie pozwoli jechać za babą, wyprzedzi. Choć jest skrzyżowanie. A ja już i tak pędzę na złamanie karku, bo mi się rozmrozi. Moja ryba, co ją wiozę. No i zaraz o zbereźności myśli. Bo babę zobaczył. Droga – babska pustynia. Zero baby na kilometr. Na bezbabiu i Margot ryba.

To on mi mówi w CB:

– Te, Margot! – Tyle tylko umie powiedzieć. – Te, Margot, zjedź na margines, to pogadamy! Bajo, bajo. Odbiór.

– Takie rzeczy to w Erze. Jeszcze czego. Wal się, dupku, bez odbioru. Życzę ci niskich wiaduktów.

– I lustereczko[4]!

– Lustereczko?! Ożeż ty! Nie widzisz, że jestem chłodnią? A ty jesteś pekaesem, nie? Znaj swoje miejsce, chamie. I po cholerę mi dajesz te znaki wszystkimi światłami, chcesz, żeby cię krokodyle ugryzły? Misie stoją tu z suszareczką! – On ma napisane na przedniej szybie „Kazek”. Taki wypierdek z wąsikami i w bejsbolówce z napisem „HBO”. – Wal się, Kazek, koleżko, zaraz będzie kurwidołek[5], to se po Czarnej Grecie coś weźmiesz. Kulawą se weźmiesz, ha, ha! A ja muszę uważać na ścieżynkę. Bajo, bajo, szerokości!

– Przyczepności.

– Szerokości.

– Przyczepności.

– Szero, powiedziałam, kurna, wiem, że przyczepność ważna rzecz. Ale jest zwyczaj święty, że się mówi szero, a ty nie będziesz mi tu nagle zmieniał obyczajów na dróżce! Przycze owszem, ale w zimie.

– A kaj tu do tego hotela bedzie takiego? Co dziołchy so? Odbiór.

– W lewo, w lewo i jeszcze raz w lewo – krzyczę, po czym szybko skręcam w prawo, w prawo i jeszcze raz w prawo. Zgubiony, kurna, zatopiony!

Kulawa

Kulawa tu urzęduje, ha, ha, ha, ale coś jej ostatnio nie widać. Chopy mówią, że ciągnęła druta bez uziemienia i ją pokopało. Ruchała się na gałęzi[6] i jak ptaszek odleciała. I gitarka.

Kiedyś śpię za kierownicą, odwalam czterdziestkępiątkę[7], tu, na tym parkingu leśnym, zwanym Zaułkiem Kulawej. Nasunęłam bejsbolówkę na czoło i chrapię. Ktoś puka, a ja na promie Polferries wstałam o trzeciej w nocy i do teraz jechałam, więc niech se puka do woli. Ale puka. Wściekła, odwracam się, a to Kulawa. Gruba, po pięćdziesiątce, ryj wyszczypany, z obandażowaną nogą, opuchniętą, no i tak do mnie:

– Słoneczko! – Puk, puk, puk. – Ułu! Heloł!

– Dziękuję bardzo!

Odwracam się na drugi bok, ponieważ tego jeszcze nie grali, żeby ktoś bestialsko podważał moją płeć ewidentnie chyba żeńską, nie? Nie jestem Gretą. Ale o śnie już oczywiście ani mowy. Udaję tylko, a spod czapeczki obserwuję, co kurwisko zrobi. Ano przelazło na drugą stronę ścieżki i leje. Nawet jej się nie chce kucnąć, tylko tak stanęła, rozkraczyła te napuchnięte, obandażowane nogi i w spódnicy za kolana, pod którą nie ma majtek, szcza na stojąco sobie po nodze, po bucie grubym sznurem. Potem wyciąga z kieszeni spódnicy chusteczkę ligninową, podciera się, smarka i chowa z powrotem do kieszeni.

Coś musi we mnie być, że jak śpię w czapce, to wszystkie mnie biorą za faceta i wszystkie do mnie: „Słoneczko! Ułu! Kaman bejbi! Zabawimy się w mamę i tatę!”. Szkoda, że nie ma chłopaków na drodze, ech, żeby mi taki rasowy blondyn dwudziestoletni (jak Żmijka mój, jak Żmijka!), opalony, z piegami i odstającymi uszami zastukał... Zapukał... W okieneczko... Już by mnie puknął, oj, puknął... Aż by na przednią szybę tryskało.

No, faceci często gęsto posuwają tirówki na gałęzi. Gałąź to kurnik. Obecnie u mnie cała zapchana jest piwem i fajkami oraz mlekiem w zgrzewkach. O mleko mniejsza, a na piwo, wódę i fajki dostaję za każdym kursem konkretne zamówienie esemesem. I tam, gdzie wydaję swój towar w Skandynawii, już czeka odbiorca. Taki fiński dziadek, co to wszystko wypala i wypija, nie wiem, jakim cudem on jeszcze żyje. Tylko na Północy możliwe. Może się za każdym razem zabija i z każdym kursem odradza, żeby się jeszcze więcej napalić i wypić po słowiańskich cenach z Makro. Jak oni piją, palą, to histerycznie, to mają ten, no...Krzyk Muncha w twarzy. Dlatego zawsze przed kursem jadę do hurtowni Makro i po najtańszych cenach kupuję „na działalność” Mariola Spedition spółka z o.o. zamówienie, bo różnica w cenach między Polską a Skandynawią jest przemożna. Daję fińskiemu dziadkowi o smutnej i pokurczonej twarzy całą baterię wódy i piwa, a on mi daje euro i małe, niepozorne pudełeczko z jakimiś napisami cyrylicą na wieczku, a co w nim jest, o tym potem.

Tir.

Tir.

Tir.

To brzmi jak zwierzę. No tak, po niemiecku. „Tier”.

Man.

Man też po angielsku i trochę po niemiecku „facet”. Mówię „trochę”, żebyście się nie czepiali, że nie znam niemieckiego. Czyli jakby męskie zwierzę.

– Co? Panie, za co? Co? No, nie ma tarczki[8]... Ale robiłam postój, Cycu może zaświadczyć. Jadę dopiero od godziny. Skończyły mi się tarczki, a muszę odwieźć ryby, bo się skisną.

Szefowej pan zapyta. To w ogóle stary trup jest. Teraz już się tych manów nie produkuje. Ale lubię go. Jest taki, no... taki... taki duży! Mówię do niego jak do kobiety, a raczej do zwierzęcia: „Brzydula”. Brzydula – jak Krasula – brzydka, leniwa, niezgrabna, ale jak się ma do niej podejście, to daje się nieźle wydoić. Piętnaście tysięcy mandatu? Panie władzo! Duży samochód, duży mandat? Ha, ha, ha, stary kawał, szkoda, że nieśmieszny. No, nieźle, tu pan ma adres firmy, Hiszpan Mariola – Mariola Spedition spółka z o.o., niech pan to szefowej wyśle, Warszawa, ulica Radarowa, pan tam zapyta, wszyscy panu powiedzą. A tu ma pan nóż i niech mnie pan dobije. Szefową szlag trafi na miejscu. Że co? Ciśnienie nieuzupełnione? Uzupełniałam. Ile? – Pieprzone krokodyle! Facet z babą, teraz baby są krokodylkami. – Mam zjechać na najbliższy parking? Już mnie nie ma! Do niewidzenia się z panem władzą. – Wal się, wale, wal się, krokodylico, co to za niewdzięczny zawód być pałą, zawsze i wszędzie policja jebana będzie!

Niby niedopompowane, a jednak – spoko gitarka – dojeżdżam do Nevada Center. Ameryka, choć trochę w polu wybudowana. Najpierw dopompowuję te cholerne koła. No. Zmachałam się. Potem zalewam zupę[9] i dostaję w nagrodę bon na obiad o wartości piętnastu zeta. Ściągam rękawice, rzucam na fotel, wyłączam webasto[10], poprawiam sobie usta w bocznym lusterku, wielkim jak talerz, zabieram torbę, zamykam kabinę i idę do kibla. Męskiego, bo innego nie ma. Tu nie świat dla bab. Zamykam się w kabinie. Wyciągam marker i piszę na ścianie:

Ja tu byłam,

ja tu stałam,

swoje życie

zmarnowałam,

bo mnie chwyta czasem takie coś za serce, że po prostu muszę pisać poezję w męskich kiblach. Wyciągam eleganckie złote lusterko i poprawiam się. Robię sobie mały Paryż, zepsuty trochę koszmarnym smrodem i odgłosami z sąsiedniej kabiny. Jedzą te wszystkie kiełbachy i golonki, smażonki, świeżonki ociekające tłuszczem, co tu sprzedają, i potem tak to się kończy. Jeszcze tylko satyryczny rysuneczek Grety i podpiszemy „Herman-Transport”, to ją powinno ruszyć. Obok już ktoś przede mną narysował różowym markerem piękną księżniczkę z gwiazdkami w oczach, z różdżką czarodziejską, z olbrzymimi balonami i z CB-radiem przy uchu, podpisano: „Święta Asia od Tirowców”. A co mi tam! Wzięłam i siebie też machnęłam obok wiersza, mocno swoją sylwetkę, estetycznie nadwątloną golonką, wyostrzając, i włosy se trochę poprawiłam, bo wstałam dziś o piątej rano na parkingu i od dwóch dni jestem w kursie.

Odświeżona idę do McDonalda. Szamam przy „lepszym stole rosyjskim”, bo jestem chłodnią, czyli arystokracją. Przy akwarium. Bo w Nevadzie panuje ścisła hierarchia, są trzy knajpy, z których McDonald stoi najwyżej, a w nim znowu stoi akwarium, przy którym mogą siedzieć tylko grube ryby, czyli chłodnie: ja, Greta, Zbyszek, Ilaj itd., oraz Ruscy w futrzanych czapach, którzy kłócą się cały czas, kto w ile czasu dojechał z Amsterdamu do Moskwy. Liczą nawet minuty. Taka gra. Albo kto więcej zrobił kilometrów („Tak, przyjechałeś do domu, auto na lewarek i dalej kołami kręciłeś”). Przed McDonaldem szef parkingu zbudował nawet mały zwierzyniec, łażą tam pawie i strzygą uszami króliki w klatkach.

Po chłodniach w hierarchii są cysterny (jedzą w budzie), bo im zawsze dużo towaru zostaje „na ściankach” i ścieka, tak że koleżka Łysy czekoladę wozi i z każdej trasy zleje jeszcze ze czterdzieści litrów czekolady ze ścianek do takich zwykłych plastikowych butelek po wodzie mineralnej, i potem to zakrzepnie, i jest pyszne! Uwielbiam te butelki! Nożem zdzierasz plastik, i masz normalnie odlew butelki po kropli Beskidu. Jak mikołaje, tylko pełne w środku. Najniżej w hierarchii stoją laweciarze, pekaesy[11] i ci, co wożą kontenery mieszkalne do Niemiec, wiadomo, co takie kontenery, wielkie mi rzeczy, puste kontenery, też mi coś. Jedzą z miski, co ze sobą zabrali, albo se na maszynce gazowej przed kontenerem upitraszą. Jak na promie pytają o narodowość, żeby nie mieszać Polaków z innymi nacjami, to pytają pekaesa: „Polak?”, a on odpowiada: „Nie, pekaes”. Ha, ha, ha! No i raczej muszą mieć rozeznanie, żeby chłodni nie położyć w jednej kabinie na przykład z trzema laweciarzami, bo to niehonor.

Ruscy wszędzie porozrzucali swoje reklamówki wypchane różnymi swetrami, ruskimi śmieciami. Termosy w kwiatki, siaty w kratę.

– Ej, Margot, znajesz nowyj ukaz? – Ruscy są bardzo zaaferowani.

– Czasy carskie wróciły?

– No, ukaz. Giermańce zarządziły, szto mobilki mogut wjeżdżać na ich teren tolko w dni parzyste, a i to wyłącznie od rana do wieczora, w nocy nie. Nawierzchnie im się ponoć psują od tirów.

– O ho, ho, to tirówki będą miały używanie!

Nagryzam podwójną bułę.

– Same ten ukaz załatwiły – mówię z pełną gębą.

– No. Pa pastieli załatwiły. U niemieckich władz.

One takie okresy ochronne nazywają „eldorado”. Tysiące tirów kwitnie dzień i noc na parkingu przy granicy i nie może jechać. Chopy się polewają z wiadra przed autem, aż się brudne mydliny leją po asfalcie, gotują se na gazowych butlach. W samych gaciach, wesoło, jak na kempingu. Handlują po kątach, co tam który przemycił. Tylko ci od kontenerów nic nie mają. Wiadomo. Grają w gry z różnych stron świata, bo to kosmopolityczne towarzystwo.

– Kontenery zawsze przegrywają.

– Co ty, Margot, na te kontenery?

– Kontenery, wielkie mi co!

– Żebyś się kiedyś zakochała w kontenerze!

– Ha, ha! To byłby mezalians! Co by powiedzieli moi rodzice, których nie mam! Te, Aloszka!

– Szto?

– Gówno. Zakochaj się w pekaesie, ha, ha, ha. W lawecie-minecie. A ten ukaz nas, chłodni, też dotyczy?

– Nie, królowo, nie! My jedyni jedziemy! Zero korków.

– No, to teraz nas na dobre znienawidzą.

– Kto?

– Jak to kto? Kontenery. Będą mówili, że chłodnie „się wynoszą”.

– A wiesz, że Kulawa nie żyje? Ciągła druta...

– Nie żyje? Jak nie żyje? Tydzień temu ją widziałam!

– W gazetach nawet pisali, kto by pomyślał, taka Kulawa. Pijana była czy co, wpadła pod pociąg na nasypie kolejowym we Wrocławiu, cholera wie, zabójstwo na tle rabunkowym wykluczone, kasę miała przy sobie z całodziennego utargu. A seksu miała tego dnia chyba z dziewięć razy, odwaliła dziewiątkę, ha, ha, sekcja wykazała.

– Co ona robiła we Wrocławiu, na nasypie? Tam tiry koło Novotelu jeżdżą i pod Kargilem stoją, ale na nasypie?

– Chuj jejo znajet. Mówią, że to czart ją zabił, bo na piersi miała pionową krechę, jakby pazurem czart przejechał. A co do nasypu, to tam na dole same porno shopy i burdele. Może zatrudnić się chciała?

Czarna Greta

Nagle patrzę przez szybę: panika w zwierzyńcu! Pawie rozkładają groźnie ogony i szykują się do ataku, koguty stroszą czerwone grzebienie, króliki ze strachu strzelają bobki, rybki w akwarium szamoczą się i szukają ujścia do morza.

– O rany, chłopaki, zasłońcie mnie! Nadciąga Greta! Dawać mi tu gazetę!

Greta! Nie idzie, lecz właśnie „nadciąga”, jak burza. Rzuca na lewo i prawo pioruny. W koszulce z napisem „Herman-Transport”. No śliczną ci, Greta, szef bluzeczkę firmową zafundował. Dźwiga wielkie pudło, jak od telewizora. Widzę to przez szklane ściany. Podchodzi do smutnego klauna, umieszczonego przed McDonaldem, chce z nim przybić żółwika, ale orientuje się, że to będzie raczej trudne, więc daje mu pieszczotliwie w czapę i kładzie na jego kolanach karton, mówiąc po niemiecku „pilnuj”. Drzwi otwierają się automatycznie. Choć lepiej, żeby się akurat zacięły. Greta rzuca obok nas bejsbolówkę z napisem „Chicago Bulls” i nadciąga do kasy zamawiać. Na kupon darmowy konsumpcyjny, bo natankowała zupy jak smok. Podwójne frytki, wielka dolewka coli, megakubełek wszystkiego, lody McFlurry, McWieśniak, owocogurt, duży McŚwiat. I proszę zestaw powiększony. Gross. O co powiększony? O wszystko! Długo jeszcze będę czekała w tej budzie?

Jezu! Greta to legenda. Niemka z byłego NRD. Jeździ vanem wymalowanym w gołe cizie w niedwuznacznych pozach, dokładnie tą samą dróżką co ja. Postrach dróg ze złamanym nosem. Gruba. Zawsze skrzętnie ją omijam i pozwalam bezkarnie wymuszać pierwszeństwo. Gdy Greta klnie jak stary marynarz po niemiecku w CB, przełączam na inną stację, na Złote Przeboje, Lato z radiem. Wyśledziłam, że zatrzymuje się w Polsce, gdzie chodzi na tirówki. Szczególnie we wsi o wszystko mówiącej nazwie Jadwiga. Tam jest objazd i tak zwany kurwidołek, czyli miejsce szczególnego zagęszczenia tirówek. Vana Grety łatwo poznać po czerwonym napisie „Herman-Transport” aus Leipzig. Cała naczepa wymalowana w kiełbaski, normalnie wursty się piętrzą jak w Polsce w długi weekend.

Raz nawet, pod Hamburgiem, ta bezczelna Greta posunęła się do tego, że próbowała dobierać się do mnie w KFC („Moja ty królowo!”), ale powiedziałam tylko sucho, że jestem chłodnią („Ich bin Kühlwagen, Greta”), co w języku tirowców znaczy tyle, że nie mam czasu, bo mi się zepsuje, rozmrozi, spadaj. I teraz sprawa taka, że Greta na sto procent była wielokrotną, powtarzam, wielokrotną kochanką Kulawej. Wiem to na pewno od Cyca, który je podglądał. Też mi obiekt – nie wiadomo, która piękniejsza. Ale Cycu jest zboczkiem, Jezu! Cycu wyczytał w jakimś szmatławym tabloidzie, że nad jakimś jeziorem, tu gdzieś, koło Suwałk, w nocy pojawiają się gołe nimfy, a ze świtem znikają. I cały transport już się dla niego nie liczył, on czatował na te nimfy, a wypłoszył tylko jednego rybaka.

Siwa głowa ogolona na centymetr maszynką, jakby uciekła z zakładu dla czubków, z kukułczego gniazda. Czarna Greta. Ubiera się jak harleyowiec, w obcisłe gumowe kostiumy. Kiedy jest za gorąco i Greta nie może ponawkładać na siebie gumy i skóry, ukazuje to swoje blade cielsko. Wtedy widać, że cała co do milimetra jest wydziarana imionami zaliczonych kochanek. Różnych lasek z całego świata. Jakieś Marfy, Tiny, Sabriny, Sandry, Samanty... Jakieś ropy naftowe i benzyny. Tam, gdzie ma na ramieniu rozciągnięty do niemożliwości stempel po szczepieniu, widać znak elektryczności: czaszka i piszczele, błyskawica oraz koślawy napis gotykiem „Verboten”.

Jeśli już tu nadciągnęła, jeśli już tu się objawia, to będzie mi się pałętała pod nogami przez cały ten trefny kurs. Trzeba ją zgubić!

Jest na szczęście w McDonaldach ten miły zwyczaj, że wiszą gazety na kijach. Szybciutko otwieram „Super Express” i chowam się przed kurwiszonem za tą tarczą, czytając, że jest niepogoda na Bałtyku, sztormy. Nasza naga pogodynka zapowiada niż znad Skandynawii, kryzys finansowy, jakkolwiek jednocześnie wielkie ocieplenie. Ropa coraz droższa, bo się kończy, drżyj, Mariola Spedition! A nad jednym z jezior na Pojezierzu Suwalskim ukazują się nocami i tańczą gołe nimfy, co od tygodnia przeżywa Cycu, o czym opowiada podczas zalewania zupy i uzupełniania powietrza w kołach. Co zostaje poświadczone zdjęciem wykonanym komórką. Trochę zamazanym, ale widać, gołe nimfy po nocach znów atakują. Światu grozi superwulkan oraz eksperymenty z cząstkami elementarnymi. Podczas których może wytworzyć się czarna dziura i pożreć cały ten parking, cały może nawet wszechświat. Ptasia grypa atakuje w Rosji wraz z hifem, gruźlicą, wszami, ropnymi wrzodami, odmrożeniami, krokodylimi łzami[12] i lodowymi kurwiszonami. Oto jest człowiek z najdłuższym językiem świata (zdjęcie), a to jest stu zabitych, a oto jest pryszcz na nosie Waldka Mandarynki, zatwardzenie jego kury bankietowej, wskutek którego nie może chwilowo znosić złotych jajek. Waldka kura ma własną pokojową i chodzi do psychoanalityka. Waldek, jego problemy z tuszą, z tańcem, jego ucieczka podczas skandalicznego sylwestra we Wrocławiu, ale w ubiegłym roku zarobił sto trzydzieści milionów. Nienawidźcie go natychmiast, emeryci, którzy nas czytacie! Już! To z waszych podatków, z waszej krwawicy! Kulawa. Zmasakrowane zwłoki tirówki znaleziono we Wrocławiu przy nasypie kolejowym.

I nagle trzęsienie ziemi, gazeta spada mi na twarz!

– Sie macie, chłopaki?! Ups, tu, widzę, kobiety są z nami.

Z nami, facetami, co, Greta?

– Ich bin Schwarze Gretchen

Und ich habe das kleine Herzchen!

Ruskie, mordę dajcie! A ty, gołąbeczko, odłóż tą gazetkę cenową, jak ciocia przyszła!

– Herman-Transport, ha, ha, bo skonam!

– A Mariola Spedition to lepsze?

Greta robi do mnie miny pod tytułem: „Już mi się nie wymkniesz, gołąbeczko! Długo czekałam na to, żeby cię zerżnąć!”. Wyciąga zapalniczkę z gołą babą i wbrew przepisom bhp zapala papierosa, strzepując popiół wprost do kubka po kawie. A ja już wiem, że zaraz idę do kibla podpisać portret Grety jej nowym wierszykiem. Jeden cyc dorysuję jej wywalony na wierzch i na nim wytatuuję wierszyk.

– Ej, Greta, a co masz w tym pudle? Telewizor se kupiłaś na duty-free?

– Mam. Karabiny na Ruskich, co się dopytują o nie swoje sprawy. Kurwa, no, piwo mam! Piwo mam w dużych ilościach, cały tir kiełbasek, to i piwa nakupowałam, podpałkę, podręczny zestaw przypraw, z Polonią budowlaną w Szwecji będziemy robić grilla.

Ponieważ w rozmowę zaczyna wplatać się polityka i odwieczne antagonizmy, groźnie wyciąga sekator do strzyżenia żywopłotów i obcina sobie pazury, które lecą na lewo i prawo, wpadają mi do żarcia, do coli. Kiepuje peta w sam środek (mojego) niedojedzonego hamburgera i zaczyna bawić się Godzillą, co go dostał Alosza w zestawie dziecięcym Happy Meal. Czyli jak zwykle na antagonizmach niemieckich i rosyjskich cierpi Polska, reprezentowana tu przeze mnie. Bo jak na mapie: po lewej – Greta i jej pazury, kiepy, a po prawej – Ruskie i ich siatki. Pośrodku ja cierpię za miliony (szkoda, że nie euro).

– Ej, Greta, oddałabyś mu to. To jest jego. Niech ci twój Herman zafunduje. Dla synoczka zabrał. Całe podwórko będzie mu w Pietropawłowsku zazdrościć.

– Przecież mu nie zjem! Te, Margot! Wieziesz te swoje ryby do Oslo? To ci chyba chłodni nie potrzeba? Tam niż. He, he.

Podstęp! Nic, tylko kurwisko chce się wywiedzieć, gdzie jadę!

– Wiozę nie świnki, tylko cząstki elementarne, by cię, Greta, zjadły! Mszyce wiozę, coby ci się zalęgły. Śmiercionośny oms. Patrz, jakie pozwolenie specjalne muszę mieć, nie dziwne to?

Ruskie poważnieją. Faktycznie mam solidne pozwolenie.

– Najpierw sunę ścieżką na Helsinki–Tampere – a nieprawda! – potem promem i przez Szwecję – kłamię – o Sztokholm powinnam zahaczyć, potem na zachód, do Oslo, słowem, razem jedziemy tylko do Helsinek, pragnę to podkreślić. Ja w lewo, ty w prawo, Greta.

– Co ty za syf tam wieziesz? O, a masz kabinę? Bo ja na promie będę musiała robić rezerwację w ostatniej chwili, tobyś mnie przygarnęła. Byśmy se pogadały, winko z duty-free shopu wypiły, morze by nas kołysało. Fajnie będzie, zabawimy się... A co jest w tej paczce? Może właśnie prezent dla ciebie, Margot? Kto wie? Wielka korona dla naszej królowej, z napisem „Las Vegas”? – Co za podstępne bydlę! – Ty, Margot, jesteś taka bardziej wykształcona, pani magister, my, ludzie wykształceni, kulturalni, powinniśmy się trzymać razem...

(Boże, a sama dłubie w nosie i to żre! Magister Greta, pięć klas! Interesuje się wyłącznie bronią maszynową, ciziami i książeczkami o batalionach, o drugiej wojnie światowej).

– No nie wiem, nie wiem, nie wiem, jak wy, ja mam astmę, duszę się, Greta, od twego dymu, więc raczej cię nie wezmę do kabiny na promie. Ja jestem chłodnią, muszę się zbierać, fajnie się z wami gadało, Greta, weź sobie mojego teletubisia, żyrafę i Waldka Mandarynkę z zestawu, jak chcesz, wiem, że zbierasz te figurki dokładane do jajek niespodzianek, Kinder Schokolade. Jak mi obiecasz, że się odczepisz, to kto wie, może dam ci adres do Świętej Asi od Tirowców... Bajo, szerokości, chłopaki, a nie rozbijcie się, bo tak się ścigacie, kto pierwszy do tej Moskwy zajedzie, że się któregoś razu pozabijacie!

– Wzajo, szerokości, królowo! Daj mi ten adres koniecznie! Do zobaczenia na promie! – Greta posyła mi całusa, cmoka, chucha na rękę i tak w moją stronę tą ręką...

– Aha! – Zatrzymuje mnie. – Napisano powieść o tobie, Margot. Całej mi się nie chciało czytać, bo tam było dużo takich zdań i w ogóle... Całe afery, różne litery, tak że było to takie, powiedziałabym, skomplikowane... Ale tytuł zapamiętałam. To właśnieKrólowa Margot.

– Spadaj.

– A ty tak do mnie nie mów, żebym nie musiała tu wyjawić twojej słodkiej tajemnicy...

– Tak? To posłuchaj. Dziwi mnie, że na czarno nie jesteś ubrana, bo twoja narzeczona nie żyje.

– Welche „narzeczona”?

– Kulawa. – I z tym szokiem ją zostawiam jak sflaczałą dętkę.

Wychodzę z McDonalda rozdygotana. Skąd ona może znać moją tajemnicę, strzeżoną jak największy skarb?!

Zahaczam o WC, gdzie wykonuję akt zemsty na rysuneczku Grety, teraz to już nie ma zmiłuj. Rysuję Kulawą i Gretę w miłosnym uścisku, podpisuję odpowiednio. Grecie powiększam jedną pierś, żeby miała swoje serce, jak w wierszyku. Po czym idę na tirowisko szukać swojego mana. Ulice utworzyły się z tych tirów, mimochodem czytam tabliczki za przednimi szybami. Kilku szcza na wielkie koła. Tirowiec jest jak pies: śpi w budzie, je z miski i szcza na koło. Mają tą swoją Świętą Asię i się do niej modlą. Ja udaję, że znam jej adres, i to pozwala mi trzymać w szachu Czarną

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Metamorfoza Świętej Asi od Tirowców

Dostępne w wersji pełnej.

Z wierszy Świętej Asi od Tirowców:

Dostępne w wersji pełnej.

Metamorfozy Margot

Dostępne w wersji pełnej.

Kapral

Dostępne w wersji pełnej.

Metamorfozy Świętego Waldka Mandarynki,

męczennika wczesnego show-biznesu polskiego

Dostępne w wersji pełnej.

Waldi Bacardi Mandarynka

Dostępne w wersji pełnej.

Metamorfozy Margot

Dostępne w wersji pełnej.

Koniec poswarków i niesnastek pomiędzy Margot a Czarną Gretą

Dostępne w wersji pełnej.

Copyright © Michał Witkowski

Projekt okładki

Magda Kuc

Fotografia na okładce

Copyright © Henry Horenstein/The Images Bank/Getty Images

Opieka redakcyjna

Przemysław Pełka

Artur Wiśniewski

ISBN 978-83-240-4848-9

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Fynf und cfancyś Margot Wymazane Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej Fototapeta Zbrodniarz i dziewczyna 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter