Pasożyty w twoim mózgu

Pasożyty w twoim mózgu

Autorzy: Kathleen McAuliffe

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Poradniki

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 28.68 zł

Pasjonujące śledztwo w poszukiwaniu niezliczonych sposobów, za pomocą których pasożyty kontrolują sposób myślenia, czucia i działania innych zwierząt – w tym ludzi.

Te małe organizmy mogą przeżyć wyłącznie w ciałach innych stworzeń i z punktu widzenia ewolucji mają wiele powodów, aby manipulować zachowaniem swoich żywicieli, co ujawnia książka Kathleen McAuliffe. Jak władcy marionetek, manipulują relacjami pomiędzy drapieżnikami a ich ofiarami, i to dużo częściej niż mogłoby się wydawać. Z nadzwyczajną precyzją nakłaniają szczury, aby zbliżyły się do kotów, pająki, aby zmieniały wzory swoich sieci, a także ryby, aby wystawiały się na ucztę ptakom.

My, ludzie, również nie opieramy się głębokiemu wpływowi pasożytów. Organizmy, którymi zarażamy się od własnych zwierząt domowych, najwyraźniej mogą zmieniać cechy naszego charakteru i po części odpowiadają za brawurowe i impulsywne zachowania – do samobójstw włącznie. Mikroby obecne w naszych trzewiach mają wpływ na nasze emocje i zwoje mózgowe. Zarazki wywołujące przeziębienie i grypę mogą zmieniać nasze zachowanie nawet zanim pojawią się pierwsze objawy choroby.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp

1. Zanim pasożyty stały się modne

2. Autostopem

3. Żywe trupy

4. Hipnoza

5. Niebezpieczne związki

6. Czuję to w trzewiach

7. Bakterie mnie utuczyły

8. Uzdrawiający instynkt

9. Zapomniane uczucie

10. Pasożyty i uprzedzenia

11. Pasożyty a pobożność

12. Geografia myśli

Podziękowania

Przypisy

Wkładka Foto

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału:

THIS IS YOUR BRAIN ON PARASITES:

How Tiny Creatures Manipulate Our Behavior and Shape Society

Redakcja: Agnieszka Niegowska

Projekt okładki: Kav Studio Pola Rusiłowicz

Ilustracja na okładce: © MicroOne / Shutterstock

Korekta i opracowanie indeksu: Ewa Jastrun

Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska

Copyright © 2016 by Kathleen McAuliffe

All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-723-1

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Mojej Rodzinie,

ku pamięci mojej Siostry, Sharon McAuliffe,

utalentowanej pisarki naukowej, która odeszła zbyt szybko

Wstęp

Lubimy myśleć o sobie jak o kierowcach, którzy sami decydują, gdzie jechać, czy przyspieszyć albo zwolnić i kiedy zmienić pas ruchu. Podejmujemy decyzje i ponosimy ich konsekwencje. To wygodny, a nawet pożądany pogląd. Gdybyśmy odrzucili pojęcie wolnej woli, prawa, które obciążają ludzi odpowiedzialnością za ich czyny, mogłyby się okazać bezsensowne. Świat stałby się przerażającym, pozbawionym zasad miejscem. Przecież popularnymi postaciami science fiction są obcy zmieniający nas w zombie, krwiożercze wampiry czy nienasycone roboty, i to właśnie dlatego, że wywołują poczucie utraty kontroli lub, co gorsza, pokazują, jak stajemy się niewolnikami stworzeń wykorzystujących nas do swoich celów. A zatem niewygodnie żyć z myślą, że jakiś niewidzialny pasażer może również trzymać rękę na kierownicy, ubiegając nas w decyzji, czy skręcić w lewo, podczas gdy naprawdę chcemy skręcić w prawo. Kiedy zdejmujemy nogę z gazu, jakaś niewidzialna stopa naciska mocniej.

Takim niewidzialnym pasażerem są właśnie pasożyty. Biegłe w oszukiwaniu naszego układu odpornościowego, wkradają się w nasze ciała i zaczynają czynić spustoszenia. Powodują wysypki, zmiany chorobowe, bóle i różne inne dolegliwości. Zjadają nas od środka, wykorzystują do inkubacji potomstwa wysysają energię, oślepiają, trują, okaleczają, a czasem zabijają. Ale to nie wszystko. Niektóre pasożyty mają w zanadrzu jeszcze jedną sztuczkę – potężną, ukrytą siłę, która zdumiewa i konfunduje nawet naukowców przez całe życie zajmujących się tą problematyką. Krótko mówiąc, pasożyty to mistrzowie kontroli umysłu. Nieważne, czy są maleńkie jak wirusy, czy ogromne jak dwumetrowe tasiemce – znajdują różne sposoby, aby manipulować zachowaniem ich żywicieli, w tym, jak sądzi wielu naukowców, ludzi.

Bodźcem do napisania tej książki było pewne odkrycie, którego dokonałam w internecie. Jestem dziennikarką naukową i pewnego razu, gdy szukałam ciekawego tematu do pracy, natknęłam się na informacje o jednokomórkowym pasożycie, który bytuje w mózgach szczurów. Majstrując przy przewodnictwie nerwowym gryzonia – w sposób, który jest nadal przedmiotem badań – pasożyt zmienia jego wrodzony lęk przed kotami w przyciąganie, w ten sposób wabiąc go prosto w paszczę wroga numer jeden. Ku memu zdumieniu okazało się, że to pożądany efekt nie tylko dla kota, ale również dla samego pasożyta. Kocie jelita bowiem są mu potrzebne do przejścia kolejnego etapu cyklu rozwojowego.

Dokonawszy tego odkrycia, pomyślałam o własnej kotce, która uwielbiała zostawiać martwe gryzonie u mych stóp. Z jednej strony szokowało mnie to zachowanie, z drugiej zaś byłam pełna podziwu dla jej umiejętności łowieckich. Teraz zastanawiałam się, kto był naprawdę taki sprytny – ona czy pasożyt.

Zaczęłam czytać na ten temat, odkrywając coraz więcej rewelacji: ten mikroskopijny organizm jest częstym lokatorem mózgu człowieka, ponieważ można się nim zarazić od kotów podczas kontaktu z ich odchodami. „Być może ten pasożyt miesza również w naszych głowach”, spekuluje pewien neuronaukowiec ze Stanforda. Skontaktowałam się z nim, aby sprawdzić, co miał na myśli. Stamtąd skierowano mnie do pewnego biologa w ówczesnej Czechosłowacji. „Trochę narwany z niego facet”, ostrzegano mnie, „ale myślę, że warto, byś z nim porozmawiała”. Zadzwoniłam do Pragi i w ciągu godziny rozmowy biolog opowiedział mi przedziwną historię, jakich wiele się słyszy w moim zawodzie. Wielokrotnie przychodziło mi do głowy, że osoba po drugiej stronie słuchawki może być świrem, lecz odpychałam te myśli i cierpliwie słuchałam dalej, bo nie wypadało inaczej. Chłonę dobre historie, a ta miała wszystkie cechy pierwszorzędnego thrillera medycznego. Była na przemian straszna, dziwna, inspirująca, i przyprawiała o gęsią skórkę. Ponadto, jeśli faktycznie była prawdziwa, miała poważne implikacje zdrowotne.

Po zakończeniu rozmowy obdzwoniłam innych ekspertów zajmujących się tym kocim pasożytem, chcąc zweryfikować usłyszane rewelacje. Zrobiłam to początkowo z pewnym zakłopotaniem w obawie, że wyjdę na naiwną. Lecz kolejne źródła potwierdzały, że pomysły biologa z Czechosłowacji, choć nieudowodnione, zasługiwały na poważną analizę. Jego badania z udziałem ludzi – i odyseja, którą przeszedł w swoim śledztwie – stały się podstawą długiego artykułu, który napisałam do magazynu „The Atlantic”, a także zostały opisane w jednym z rozdziałów niniejszej książki, zawierającym najnowsze wyniki jego badań – tak, aby czytelnik mógł wyciągnąć własne wnioski. (I tu pewne ostrzeżenie: zanim dotrzesz do tych fragmentów, proszę, nie panikuj i nie pozbywaj się swojego kota. Szczegółowo wyjaśnię inne sposoby ochrony przed zarażeniem niż rozstanie z ulubionym towarzyszem).

W trakcie pracy nad tym tematem natknęłam się na wiele innych historii o kontroli umysłów przez pasożyty; dowiedziałam się, że istnieją takie, które czynią swoich żywicieli osobistymi ochroniarzami, opiekunkami do dziecka, szoferami, służącymi… Czasem naukowcom udaje się ustalić, w jaki sposób to się dzieje, w innych przypadkach pozostaje im drapanie się po głowie. Wyglądało na to, że neurochirurdzy i psychofarmakolodzy mogliby się dużo nauczyć od pasożytów.

Gdy już dowiedziałam się o robaczych występkach, spojrzałam na świat za oknem w inny sposób. Za sceną przedstawienia zwanego naturalną selekcją ze zdziwieniem odkryłam pasożyta, wziętego reżysera akcji wpływającego na wynik walki pomiędzy drapieżnikiem a jego ofiarą. Wgląd w jego kunszt dramaturgiczny dał mi zupełnie inne spojrzenie na ekologię, biologię ewolucyjną i rozwój chorób przenoszonych przez komary, jak choćby malaria czy gorączka krwotoczna, czyli denga.

Co prawda taktyka przymusu stosowana przez pasożyty powoduje wiele niepokojących implikacji dla człowieka, jednak wiadomości z pola walki nie są wcale aż tak przygnębiające. Tak naprawdę niektóre mikroby mogą nawet wspomagać zdrowie psychiczne. A podstępni najeźdźcy muszą się zmierzyć nie tylko z naszym układem odpornościowym.

Coraz więcej badań dowodzi, że organizmy żywicieli wytworzyły potężny system obrony psychologicznej przed pasożytami – tę tarczę psychiczną naukowcy nazwali behawioralnym układem odpornościowym. Eksperymenty pokazują, że układ ten uruchamia się w sytuacjach dużego zagrożenia zarażeniem, podpowiadając organizmowi znajdującemu się w niebezpieczeństwie, jak reagować w celu redukcji ryzyka. Prostym przykładem będzie pies, który w reakcji na zranienie liże sobie łapę, pokrywając ją w ten sposób śliną bogatą w składniki przeciwbakteryjne. Jednak u inteligentnych naczelnych, takich jak ludzie, obrona behawioralna została powiązana z coraz bardziej abstrakcyjnym i symbolicznym sposobem myślenia. Wiele nawyków i cech, które wydają się nam niepowiązane z patogenami – jak choćby nasze poglądy polityczne, preferencje seksualne czy nietolerancja wobec osób łamiących społeczne tabu – może, przynajmniej częściowo, wywodzić się z podświadomej potrzeby uniknięcia zarażenia. Da się już dowieść, że obecność lub brak zarazków w naszym najbliższym otoczeniu – w postaci takich znaków jak zjełczały zapach lub niehigieniczne warunki życia – może wpływać na naszą osobowość.

Bezpośrednio czy pośrednio, pasożyty manipulują naszym sposobem myślenia, odczuwania i działania. Tak naprawdę nasze relacje z nimi mogą kształtować nie tylko zarys naszych umysłów, lecz także cechy całych społeczeństw, co, być może, wyjaśnia pewne zastanawiające różnice kulturowe pomiędzy tymi częściami świata, gdzie patogeny są wszechobecne, a tymi, gdzie znacznie obniżono zagrożenie nimi dzięki programom szczepień i lepszym warunkom sanitarnym. Istnieje wiele dowodów potwierdzających, że częstość występowania pasożytów w naszych społecznościach wpływa na to, co jemy, na nasze praktyki religijne, dobór znajomych i osób, które nami rządzą.

Nauka, która stoi za tymi twierdzeniami, jest nadal nowa. Pewne wstępne ustalenia mogą nie znaleźć potwierdzenia po głębszej analizie. Natomiast prowadzi się coraz więcej badań, a nowa dziedzina naukowa ewidentnie zaczyna nabierać kształtów. To świeżo powstałe pole nazwano neuroparazytologią. Lecz nie dajcie się zwieść nazwie. Podczas gdy neuronaukowcy i parazytolodzy najwyraźniej dominują w tym przedsięwzięciu, stopniowo przyciąga ono też badaczy z innych dziedzin, jak psychologia, immunologia, antropologia, religioznawstwo czy nauki polityczne.

Jeśli wpływ patogenów na nasze życie jest rzeczywiście tak głęboki, to dlaczego odkrycie tego faktu zabrało nam tyle czasu? Jednym z prawdopodobnych powodów jest fakt, że do niedawna naukowcy nie doceniali wyrafinowania pasożytów. Przez większość poprzedniego stulecia niezmiernie trudno było badać te organizmy z powodu ich skomplikowanego cyklu życiowego, w połączeniu z małymi rozmiarami i ukryciem w ciele żywiciela. Głównie przez ignorancję badaczy pasożyty uważano za uwstecznione, zwyrodniałe formy życia. Fakt, że nie potrafią przeżyć samodzielnie, odbierano jako dowód ich prymitywności, a sam pomysł, że ich żywiciele, znajdujący się wysoko na ewolucyjnej drabinie, mogą być ustawiani jak marionetki przez takich prostaków – z których wiele nie posiada nawet układu nerwowego – wydawał się absurdalny.

Do samego końca XX wieku nawet naszą obronę behawioralną przed pasożytami uważano za cechę pierwotną. Rzeczywiście, najbardziej subtelne z tych przystosowań – w postaci automatycznych myśli i uczuć – zostały prawie całkowicie przeoczone, prawdopodobnie dlatego że znajdują się na peryferiach naszej świadomości. Naukowcy nie są bardziej świadomi podświadomych impulsów niż my wszyscy, więc ten ukryty obszar pozostał niezbadany po prostu dlatego, że nikomu nie przyszło do głowy, żeby go przeszukać.

Nawet dzisiaj zażyłość i zawiłość relacji pasożyt–żywiciel zaskakuje neuronaukowców i psychologów. Laików wprawia w osłupienie sposób, w jaki natura w ogóle dopuściła do pasożytniczej manipulacji; pewne fortele są tak sprytne, że tylko człowiek lub wszechmogące bóstwo mogliby je wymyślić. Pojawienie się behawioralnego układu odpornościowego równolegle do tych manipulacji tylko utrudnia zrozumienie genezy tych zależności. Więc zanim pójdziemy dalej, zobaczmy, jaką rolę odegrała tu ewolucja.

Pasożyty i żywiciele rywalizowali ze sobą od miliardów lat. Pierwsza bakteria została zainfekowana pierwszymi wirusami. Następnie, wraz z pojawieniem się większych, wielokomórkowych form życia, mikroby dokonały ich kolonizacji. Tymczasem pasożyty wyewoluowały w menażerię różnych form – glist, ślimaków, roztoczy, pijawek, wszy i im podobnych. W miarę jak formy życia rozrastały się i komplikowały swoją budowę, selekcja naturalna faworyzowała przede wszystkim te pasożyty, które najlepiej omijały tarcze ochronne, a także żywicieli, którzy najskuteczniej odstraszali agresorów.

Dzisiaj dosłownie każdy aspekt naszego ciała nosi świadectwo tej odwiecznej walki. Najbardziej widoczny obrońca to skóra, która stanowi grubą barierę dla hord mikrobów żyjących na jej powierzchni. Szczególnie chronione są wszystkie wejścia. Oczy są pokryte cieczą łzową, która wypłukuje intruzów. Uszy są otoczone włosami, które izolują robactwo. Nos posiada system filtracji do odsiewania patogenów z powietrza. Agresorzy, którzy mimo wszystko przedrą się głębiej, napotykają jeszcze większy opór. Na przykład drogi oddechowe produkują wydzielinę, która stanowi pułapkę dla niechcianych gości. Natomiast wszelkie mikroby, które zjadamy wraz z pożywieniem, najpewniej znajdą rychłą śmierć w kotle naszego żołądka, którego kwasy o sile przemysłowej mogłyby dosłownie wypalić dziurę w bucie. Gdyby jednak wszystkie te siły obronne zawiodły, do boju ruszą komórki odpornościowe. Armia ta jest dowodzona przez swego rodzaju strażników, którzy oznaczają agresorów, za nimi do akcji wkraczają pożerające ich białe krwinki, a potem pojawiają się inne komórki, które zapamiętują oznaczenia wroga tak, aby w przyszłości – na wypadek kolejnego spotkania – można było szybko wezwać nowe regimenty.

Można by pomyśleć, że dysponując taką siłą, człowiek zawsze będzie wychodził z tego starcia obronną ręką. Jednak pasożyty mają nad nami dużą przewagę. Ich populacja znacznie przewyższa nas liczebnie, a szybkie tempo replikacji zapewnia im ciągłe wsparcie ze strony kilku zmutowanych sztuk. Bitwa pomiędzy żywicielami a pasożytami to niekończący się wyścig zbrojeń.

W tym intensywnie konkurencyjnym środowisku każdy pasożyt, przypadkowo wpadając na pomocny w przenoszeniu się sposób modyfikacji zachowania żywiciela – na przykład nakłaniający go do zbliżenia się z kolejnym żywicielem pasożyta – namnoży się bardzo szybko. Ponieważ żywiciele nie potrafią w takim tempie ewoluować, ich najlepszą szansą na przetrwanie i udaremnienie każdej nowej sztuczki pasożyta jest nabycie cech pozwalających im na szerszą ochronę. Mutacje, które sprawiają, że zwierzę unika popularnych źródeł zarażenia – na przykład mętnej, zielonej wody, kupy gnoju lub innych członków stada zachowujących się dziwnie – mogą spełniać taką funkcję. Piękno takiego psychologicznego przystosowania polega na tym, że chroni nie tylko przed jednym, ale też przed setkami lub nawet tysiącami innych czynników zakaźnych. To niezłe osiągnięcie – okazja, której ewolucja nie mogła przegapić. Co więcej, u ludzi reakcje instynktowne, chroniące przed zarażeniem, ulegają wzmocnieniu i poszerzeniu przez proces uczenia się oraz przekaz kulturowy, co jeszcze bardziej wzmaga ich skuteczność. Można się założyć, że właśnie tak to się działo.

Mimo że w naszych koszmarach najczęściej pojawiają się lwy, niedźwiedzie, rekiny i uzbrojeni ludzie, to właśnie zarazki od zawsze były naszym najgorszym wrogiem. W średniowieczu jedna trzecia populacji Europy została zdziesiątkowana z powodu epidemii dżumy. W ciągu kilku wieków od przyjazdu Kolumba do Nowego Świata dziewięćdziesiąt pięć procent ludności etnicznej obu Ameryk zostało zmiecionych z powierzchni Ziemi przez ospę, odrę, grypę i inne zarazki przywiezione przez europejskich najeźdźców i osadników. Więcej osób zmarło z powodu epidemii grypy hiszpanki w 1918 roku, niż zostało zabitych w okopach pierwszej wojny światowej. Malaria, obecnie jeden z najbardziej śmiertelnych czynników zakaźnych na świecie, jest bez wątpienia największym seryjnym zabójcą wszech czasów; według szacunków ekspertów od epoki kamiennej zabiła połowę ludzkości zamieszkującej naszą planetę. Nowy wgląd w sposób, w jaki pasożyty rozprzestrzeniają się wśród ludzi, a także ukryta siła naszych umysłów, zdolna przeciwstawić się temu zagrożeniu porównywalnemu do siły tsunami, mogą przynieść ogromne korzyści.

Jedną z takich korzyści może być wynalezienie innowacyjnych sposobów na blokowanie roznoszenia najbardziej niebezpiecznych czynników zakaźnych. Oprócz tego można mieć nadzieję, że odkrycia neuroparazytologii poszerzą naszą wiedzę na temat głównych przyczyn zaburzeń umysłowych, które zazwyczaj nie są kojarzone z pasożytami, co być może doprowadzi do postępów w zapobieganiu im i w ich leczeniu. Jednak tym, co stanowi największą obietnicę tej dziedziny na najbliższą przyszłość, jest pogłębienie zrozumienia nas samych i naszego miejsca w przyrodzie. Oczywiście, odkrycia z tego frontu wywołują prowokacyjne pytania. Jeśli patogeny potrafią majstrować przy naszych umysłach, jak to świadczy o naszej odpowiedzialności za własne czyny? Czy naprawdę jesteśmy wolnomyślicielami, za których się uważamy? Do jakiego stopnia pasożyty tworzą naszą tożsamość? Jaki jest ich wpływ na wartości moralne i normy kulturowe?

W ostatnim rozdziale niniejszej książki podejmę próbę ocalenia konceptu wolnej woli. Ale ostrzegam: zanim do tego dojdziemy, nieźle nam się oberwie.

1. Zanim pasożyty stały się modne

Pasożytowi w życiu nie jest lekko. Dobra, posiłki za darmo. Ale życie włóczęgi pełne jest napięć. Trzeba umieć dostosować się do środowiska jednego, dwóch czy nawet, jeśli jesteś płazińcem z gromady przywr, trzech różnych żywicieli – a warunki życia mogą się różnić od siebie jak te na Ziemi od tych na Księżycu. No i transport z jednego miejsca do drugiego może okazać się logistycznym koszmarem. Wyobraź sobie, że jesteś przywrą, która część życia spędza w mrówce, ale rozmnażać może się tylko w drogach żółciowych owcy. Tak się składa, że mrówki nie znajdują się w zwyczajowym jadłospisie owcy, jak więc się tam dostać?

Odpowiedź na to pytanie była przyczynkiem do wyboru drogi życiowej Janice Moore. W 1971 roku była ona studentką ostatniego roku na Rice University w Houston i uczestniczyła w wykładach ze wstępu do parazytologii prowadzonych przez tytana tej dziedziny, Clarka Reada, człowieka chudego jak tyczka, o władczej osobowości i staromodnym stylu nauczania. Ćmił papierosy i pozornie luźno kojarzył fakty, a jednak potrafił zainteresować studentów swoją pasją, podając fascynujące szczegóły o różnych gatunkach pasożytów, choć być może w sposób nieco pozbawiony logiki i chronologii. Był utalentowanym gawędziarzem, który tak ciekawie potrafił przedstawić życie pasożytów, że wręcz można było sobie wyobrazić, jak to jest być jednym z nich. Wiedział również, jak snuć tajemnicze historie. To właśnie on zainspirował Moore.

Pomimo zachęty Reada: „Myśl jak przywra!”, nie potrafiła sobie wyobrazić, jak przetransportować mrówkę do pyska owcy. Tak naprawdę nikomu nie udało się tego odgadnąć, ponieważ odpowiedź ze strony pasożyta jest absurdalnie nieprawdopodobna: płaziniec dokonuje inwazji tej części mózgu, która odpowiedzialna jest za poruszanie się i narząd gębowy. Za dnia zarażona mrówka zachowuje się tak samo jak pozostałe, lecz w nocy nie wraca do swojej kolonii; zamiast tego wspina się na koniuszek źdźbła trawy i wgryza się weń żuwaczkami. I potem dynda tak na wietrze, czekając, aż pasąca się owca przyjdzie i ją zje. Jeśli jednak nie nastąpi to do następnego ranka, mrówka wraca do swojej kolonii.

„Dlaczego po prostu nie zostanie na źdźble?”, zapytał Read, lustrując salę wykładową, jakby oczekiwał, że studenci odkryją logikę płazińca. „Bo wtedy – oznajmił swojej urzeczonej publice – mrówka usmażyłaby się w południowym słońcu i byłby to efekt przeciwny do zamierzonego przez pasożyta, który zginąłby razem z nią”. Dlatego mrówka gramoli się w górę i w dół, noc za nocą, aż w końcu jakaś niczego niepodejrzewająca owca zje źdźbło trawy z mrówczą wkładką i pasożyt wreszcie wyląduje w brzuchu owcy.

Opowieść Reada oszołomiła Moore. Płaziniec przywodził na myśl jakiś czarny charakter z komiksu, który kontroluje umysły za pomocą joysticka, powodując, że praworządni obywatele rabują banki i popełniają inne przestępstwa po to, aby łotr mógł przejąć władzę nad światem. Raport dotyczący niesamowitego wyczynu płazińca pochodził z badania przeprowadzonego w Niemczech w latach pięćdziesiątych XX wieku, ale tym, co najbardziej podekscytowało Moore, był fakt, że Read dowiedział się o podobnych do niemieckich wynikach badań nad jeszcze innym organizmem.

Protagonistą tej opowieści był kolcogłów – pasożyt z kolcami na ryjku i zwiotczałym tułowiem, który wygląda jak pięcio-, dziesięciomilimetrowa torebka w kształcie robaka. Przed osiągnięciem stadium dorosłego osobnika stworzenie to musi dojrzeć w środku krewetkopodobnych maleńkich skorupiaków, które zamieszkują stawy i jeziora i zakopują się w mule przy każdym zagrożeniu. Przechodząc do następnego etapu cyklu rozwojowego, kolcogłów musi się dostać do jelita kaczki krzyżówki, bobra lub piżmaka – wszystkie żyją na powierzchni wody i żywią się skorupiakami. I żeby dowiedzieć się, jak pasażerowi na gapę udaje się wskoczyć na pokład, John Holmes, były student Reada, który został profesorem na University of Alberta, oraz jego uczeń, William Bethel, wzięli skorupiaki do laboratorium. Odkryli, że zarażone osobniki robiły dokładnie to, czego nie powinny. Zamiast nurkować w dół w chwili zagrożenia, parły na powierzchnię wody, taplając się, jakby krzyczały: „Patrzcie na mnie!”. A gdyby i to nie pomagało, przywierały do roślin, które stanowiły pożywienie dla ptactwa wodnego i zwierząt. Moore ze zdziwieniem odkryła, że niektóre z nich nawet przylepiały się do błon pławnych kaczek i były natychmiast połykane.

Jeszcze jeden intrygujący szczegół zwrócił jej uwagę. Kanadyjscy badacze odkryli, że od czasu do czasu skorupiaki były siedliskiem innego gatunku kolcogłowa. Testy pokazały, że po zarażeniu tym gatunkiem skorupiaki również płynęły w górę w odpowiedzi na wszelkie zakłócenia, lecz gromadziły się w dobrze oświetlonych miejscach, często odwiedzanych przez ogorzałki (gatunek ptaka z rodziny kaczkowatych) – jak się okazało, był to kolejny żywiciel tego właśnie konkretnego pasożyta.

Zdaniem Moore często interakcje pomiędzy drapieżnikami i ich ofiarami nie były takie, jak się pozornie wydawało – po prostu zostały „ustawione, zaprogramowane” przez pasożyty. Być może biolodzy, którzy nie potrafili dostrzec tego, co było poza zasięgiem wzroku, zostali oszukani! Co więcej, jeśli pasożyty nie tylko samodzielnie wymachiwały bronią, bezpośrednio zabijając i osłabiając żywicieli, ale również sprowadzały na nich nieszczęście, subtelnie zmieniając ich zachowania, to wynikające z tego konsekwencje dla ekologii były wprost ogromne. Oznaczało to bowiem, że te maleńkie organizmy doprowadziły do tego, że zwierzęta zmieniały siedliska, co odbijało się na całym łańcuchu pokarmowym.

Po zakończeniu zajęć Moore podbiegła do Reada. „Chcę to studiować”, oznajmiła podekscytowana. Read przyklasnął tej odważnej decyzji i tak oto razem zaplanowali jej przyszłość. „Musisz uzyskać magisterium z zachowania zwierząt, a następnie doktorat z parazytologii”, doradził. I tak też zrobiła.

Czterdzieści lat później wspominała tamten dzień z rozbawieniem. „Miałam błysk w oku, entuzjazm i zupełnie nie byłam świadoma przeszkód na swojej drodze”, powiedziała, śmiejąc się gardłowo na samo wspomnienie swojego młodzieńczego optymizmu. Wtedy już krótkowłosa, z nadal wyczuwalnym teksańskim akcentem, Moore była nadal pełna życia, pewna siebie, wprost tryskała energią. Obecnie jest profesorem biologii na Colorado State University i bez wątpienia pracuje ciężej niż inni, uświadamiając społeczność biologów co do znamiennej natury pasożytniczych manipulacji i chcąc zachęcić nowe pokolenie naukowców do zajęcia się tą kwestią. Jej pionierskie badania – i, co więcej, jej artykuły – rzuciły światło na niezliczone sposoby, w jakie pasożyty nakłaniają swoich żywicieli do wypełniania ich woli, a także na ich przewrotną, często niedocenianą rolę w ekologii. Jej zdaniem drapieżniki nie zawsze są nadrzędnymi myśliwymi, jak sugerują programy dokumentalne. Znaczącą częścią ich dziennej zdobyczy czasem jest coś, co dzięki pasożytom może być dostępne bez wysiłku. W końcu po co się męczyć, jeżeli posiłek sam do ciebie przychodzi? Być może najbardziej heretyckim stwierdzeniem w tej dziedzinie, do którego zresztą przyczyniła się Moore, jest to, że nie można założyć, iż zwierzęta zawsze działają zgodnie z własną wolą. Jak sama mówi, liczne skorupiaki, mięczaki, ryby i „dosłownie tabuny insektów zachowują się dziwnie z powodu pasożytów”. Ssaki, takie jak my, wydają się rzadziej padać ofiarą ich manipulacji, ale ostrzega, że ten pogląd może wynikać z ignorancji. Jednego jest pewna: istnieje jeszcze nieodkryty świat zachowań zwierzęcych, które należy przypisać pasożytom. Po prostu ich wpływ na niektóre gatunki jest trudniejszy do udowodnienia niż u innych.

Moore, wraz z ciągle powiększającą się kadrą podobnie myślących naukowców, czyni kolejne postępy w swojej misji, lecz jest to wieczna harówka – co tylko potwierdziło nasze pierwsze spotkanie wiosną 2012 roku. Obydwie przebyłyśmy tysiące kilometrów do sielankowego zakątka we włoskiej Toskanii, żeby wziąć udział w pierwszej konferencji naukowej w całości poświęconej manipulacjom pasożytniczym. To historyczne wydarzenie, pod szyldem „Journal of Experimental Biology”, przyciągnęło kilkudziesięciu badaczy z całego świata. Był to widomy znak, jak daleko zaszła ta dyscyplina naukowa, lecz również okazja, aby pokazać, ile jeszcze trzeba zrobić, aby osiągnęła status odpowiedni do swojej rangi. Z jednej strony Moore była zachwycona, że ich praca zyskuje tak szeroki oddźwięk, z drugiej zaś targały nią frustracje, ponieważ wielu naukowców nadal nie rozumiało, jak wszechobecne są pasożytnicze manipulacje. Nawet w wielu dziedzinach biologii „są one często postrzegane jako sprytne sztuczki czy kuriozalne nowinki”, narzekała.

Kolejnym wyzwaniem dla neuroparazytologii jest semantyka. Zdaniem Moore już sama definicja manipulacji może przysparzać kłopotów. Większość jej kolegów zgadza się z nią co do tego, że technicznie termin ten odnosi się do takiego zachowania pasożyta, które powoduje, że żywiciel, kosztem własnego sukcesu reprodukcyjnego, umożliwia pasożytowi przemieszczanie się. Lecz ta pozornie prosta definicja okazuje się zaskakująco niejasna, gdy zastosować ją w realnym świecie. Przykładowo, jeżeli zarazek przeziębienia powoduje u ciebie niekontrolowany kaszel, to czy jest to oznaka pozbywania się przez organizm infekcji zagrażającej płucom, czy raczej pasożyt łaskocze cię po gardle po to, abyś umożliwił mu rozprzestrzenianie? Albo inny przykład: kury fermowe szybciej łapią świerszcze zarażone pasożytem, który uszkadza mięśnie insekta, co z kolei je spowalnia, więc łatwiej je złapać. Pasożyt musi dostać się do wnętrza kury, bo dopiero tam może się rozmnożyć, lecz czy to już manipulacja świerszczem, czy tylko uszkodzenie ciała? Z drugiej strony niewielu ludzi, usłyszawszy historię o mrówce, która wspina się na źdźbło trawy, bo jakiś insekt zajął jej mózg, uznałoby zachowanie insekta jedynie za efekt uboczny choroby. A zatem jak dalece można rozszerzyć definicję manipulacji?

Moore przyznaje, że nie jest to łatwe zadanie. Natomiast zadziwia ją fakt, że nawet gdy dowody na zmanipulowane zachowania są oczywiste, można je przeoczyć przez ostrożny ton wielu naukowych raportów. Po wykładzie jednego z kolegów zauważyła: „Prawie każdy dokument, który przeglądałam w ciągu ostatniego roku, zawiera to samo dementi, prawie słowo w słowo: Zmiana zachowania żywiciela może być spowodowana manipulacją ze strony pasożyta lub inną patologią. Kiedy wreszcie będziemy mieli na tyle pewności, żeby stwierdzić, że coś nie jest po prostu skutkiem ubocznym choroby, ale wyraźną manipulacją?”. Koledzy zgodnie przytaknęli.

Nieco później zapytałam ją, dlaczego badacze tak boją się wyrażać własne opinie. „Ponieważ niemal zawsze istnieją naciski, aby nie wychodzić poza ustalone schematy”, odpowiedziała. W przeciwnym razie nie przyjmują niczego do publikacji. Unika się pomysłów, które uderzają w status quo, a „patologia”, jak stwierdziła, „to gotowe wyjaśnienie” – awaryjne, konserwatywne podejście, nawet jeśli najmniej prawdopodobne.

Kolejną sprawą, która irytuje Moore, jest sztywne, zero-jedynkowe podejście do tematu reprezentowane przez biologów tradycjonalistów. Jej zdaniem zachowanie pasożytów i ich pochłoniętych bitwą żywicieli nie zawsze da się „jednoznacznie posortować”. Być może twój kaszel to w tym samym stopniu wysiłek twojego ciała, aby pozbyć się zarazka, jak i determinacja pasożyta do roznoszenia się. Czasem nawet wrogowie mogą mieć wspólne cele. Moore uważa, że równie absurdalne jest upieranie się przy tym, że zachowanie prowokowane przez pasożyta poddaje się definicji manipulacji tylko po to, aby zwrócić uwagę świata nauki. Chcąc zilustrować swoją opinię, Moore przytoczyła odkrycie dokonane przez jednego z jej byłych studentów, a dotyczące tego, że żuk gnojowy po zarażeniu się glistą kopie płytsze norki i zjada dwadzieścia pięć procent mniej pożywienia. „To odkrycie ma ogromną wartość naukową – podkreśla. – W Australii zdecydowali się na importowanie żuków gnojowych, bo po szyję tkwili w gnoju. Oto żuczek, który pełniąc funkcję inżyniera ekosystemu, sam jest sterowany pasożytem. Więc wysłaliśmy raport do „Journal of Behavioral Ecology”, a wydawca nawet nie raczył przesłać go do weryfikacji. Odpisał za to: To najwyraźniej zwykły przypadek patologiczny, jakby to w ogóle miało znaczenie w tym kontekście. Irytujące!”.

Wydaje się zrozumiałe, że Moore jest urażona tym, iż musi oświecać oświeconych. Zwłaszcza na początku swojej kariery czuła się jak samotny wilk wyjący na pustkowiu. Jej pomysły były nie tyle dyskredytowane, co ignorowane. W czasie gdy doznała objawienia na zajęciach Clarka Reada, wielu biologów kręciło nosem na pasożyty, uznając, że są one zbyt prymitywne i odrażające, żeby w ogóle je studiować. Bardziej stosownym przedmiotem badań były cudacznie upierzone ptaki lub majestatyczne ssaki, takie jak słonie czy lwy. Pasożyty – o ile w ogóle ktoś je zauważał – były prawie wyłącznie domeną weterynarzy lub badaczy poszukujących przyczyn epidemii takich chorób jak malaria czy cholera. Niewielu interesował wpływ pasożytów na ekologię, a jeszcze mniej możliwość ich dominacji nad innymi, bardziej godnymi szacunku zwierzętami.

I w ten oto świat wkroczyła Moore, młoda kobieta głosząca właśnie taki pogląd. Była nieszablonowa, ale – na własne życzenie – również „beznadziejnie naiwna”.

Po uzyskaniu stopnia magistra z zachowań zwierzęcych na University of Texas w Austin kontynuowała studia doktoranckie z parazytologii na Johns Hopkins University w Baltimore, gdzie uznała, że jest gotowa zabrać się do badań nad obiektem swoich zainteresowań. „Nie miałam pojęcia, jak się prowadzi badania naukowe – o tym, że studenci nie opracowują sobie sami planu pracy naukowej, tylko raczej oczekuje się, że będą postępować zgodnie ze ścieżką obraną przez promotora”. Okazało się, że w przypadku Moore promotor chciał wykorzystać jej energię do badań nad biochemią tasiemców – tyle że dla niej ten temat w ogóle nie był porywający. Ponadto, nie dość że z trudem dopasowywała się do zasad panujących na uczelni Hopkinsa, to jeszcze była jedyną kobietą na wydziale, więc czuła się wyalienowana. I pewnie dlatego też nie miała pojęcia, co inni uważają za ważne w studiowanej dziedzinie, to zaś, o ironio, z jednej strony hamowało jej rozwój naukowy, z drugiej jednak mogło również w pewnym sensie jej pomóc. Gdy ją zapytałam, czy ignorancja mogła uwolnić jej umysł od zaszufladkowania, bez namysłu odpowiedziała: „Nie miałam nawet pojęcia, że są jakieś szufladki!”.

Jej odmienność manifestowała się również na inne sposoby. Nauka jest ze swojej natury redukcyjna; w etosie ma wpisany podział dużych problemów na mniejsze kawałki, którymi łatwiej się zająć. Natomiast Moore zawsze widzi całą skalę obrazu. Powiązania zauważa w zasadzie pomiędzy wszystkim, czego się uczy, i lubi syntezować informacje. Jako studentka ciężko zniosła moment wyboru kierunku studiów. W końcu padło na biologię, a to ze względu na jej szerokie spektrum. Uznała, że uczenie się o każdym stworzeniu na tej planecie nie powinno jej zbytnio ograniczać. W stosownym czasie musiała też wybrać specjalizację w tej dziedzinie, a kusiła ją zarówno parazytologia, jak i zachowanie zwierząt, zresztą obie z tych samych powodów. „Wydawało mi się, że można to wszystko jakoś połączyć, a na tamtym etapie życia nie miałam pojęcia, że łączenie wielu spraw może być tak okropnie trudne i że właśnie dlatego często po prostu ich się nie łączy”, stwierdziła, wybuchając śmiechem na wspomnienie siebie samej sprzed lat, zapalonej do działania, gotowej wspiąć się na każdą górę.

Jej efektowna wizja pasożytów przestawiających ogniwa w łańcuchu pokarmowym była raczej emocjonującą rozrywką niż konkretnym pomysłem. Moore nie miała pojęcia, jakiego eksperymentu użyć w celu weryfikacji tłoczących się w jej głowie pomysłów. Uczelnia Hopkinsa początkowo zdawała się być idealnym miejscem, żeby nabyć takiej umiejętności, ponieważ jej wydziały parazytologii i ekologii reprezentowały wysoki poziom. Jakież było rozczarowanie naszej bohaterki, gdy okazało się, że wydziały te zbytnio ze sobą nie współpracują. „Uważali, że zgłębiają zupełnie różne kwestie”, wyjaśniła. Ponieważ nie posiadała żadnych wskazówek, jak połączyć te dwie dyscypliny, umieszczenie manipulacji pasożytniczych w szerszym kontekście wydawało się poza jej możliwościami.

Kolejnym źródłem frustracji był fakt, że za każdym razem, kiedy próbowała otworzyć komuś oczy na to, że pasożyty mogą być swoistymi władcami marionetek, spotykała się z chłodnym przyjęciem. Na seminarium poświęconym ekologii ślimaków morskich w strefie międzypływowej zapytała prelegenta, czy sprawdził obecność płazińców w tych mięczakach. Wyjaśniła, cytując przeczytany wcześniej artykuł, że zarażone ślimaki odnajdywano w innych miejscach niż te zdrowe. Słysząc to pytanie, naukowiec był wyraźnie niezadowolony. Z jego perspektywy wyglądało na to, że miał pod ręką szereg gotowych czynników wpływających na zachowanie ślimaków – migrujący drapieżcy, zmienność prądów morskich, dzienne wahania temperatur i tak dalej – a tu nagle ona mu mówi, że powinien się przyjrzeć jeszcze jednemu. Moore poniekąd rozumiała jego punkt widzenia – badanie pasożytów w obrębie tej dziedziny może być przytłaczającym zadaniem nawet dzisiaj – ale wtedy jego reakcja była dla niej jak uderzenie obuchem w głowę.

Pozbawiona perspektywy rozwoju, Moore przerwała studia na uczelni Hopkinsa już po pierwszym roku. Zanim jednak do tego doszło, podczas pobytu w Teksasie w okolicach Bożego Narodzenia postanowiła skontaktować się ze swoim byłym profesorem, Readem, który już wcześniej dawał do zrozumienia, że umożliwiłby jej badanie manipulacji pasożytniczych pod swoim czujnym okiem. Niestety, na krótko przed umówionym spotkaniem Read zmarł nagle na zawał serca, pogrążając Moore w smutku i pozostawiając ją bez przewodnictwa akademickiego. Wielokrotnie zwracała się do różnych uczelni w poszukiwaniu programu studiów doktoranckich oferujących jej podobne możliwości, lecz neuroparazytologia nie była nawet przebłyskiem na horyzoncie ówczesnej nauki. Zresztą John Holmes, kanadyjski naukowiec, w którego laboratorium wykazano, jak skorupiaki działały zgodnie z poleceniami pasożytów, też nie wykazywał szczególnej aktywności na tym polu. Dla niego była to sprawa marginalna. Moore utknęła więc w ślepej uliczce.

Z braku ciekawych opcji podjęła pracę na University of Washington w charakterze technika laboratoryjnego przy entomologu, którego zainteresowania, jeszcze wtedy, nie pokrywały się z jej własnymi. Lecz wkrótce miał nastąpić zwrot akcji. Naukowcem tym była Lynn Riddiford, kobieta, której udało się wspiąć na szczyty zawodowe, a przy tym wspaniały wzór do naśladowania – co w tamtych czasach było rzadkością. Przy jej boku Moore nauczyła się, jak rozpoczynać, finansować i przeprowadzać badania naukowe – absolutne podstawy dla skutecznego naukowca. Doświadczenie z tego miejsca pracy dało jej nowe siły oraz pewność siebie i własnych pomysłów. Być może powodem, dla którego odtąd inni ludzie traktowali ją poważnie, było to, że sama tak siebie zaczęła traktować. Po trzech latach Moore zaoferowano udział w unikalnym programie doktoranckim na University of New Mexico, który finansował studentom projekty ich własnych badań naukowych.

Tak wielkiej okazji nie można było zmarnować. W tamtym czasie zdała sobie sprawę, że nie ma szans ukazać całego obrazu w pełnej skali i że triumfem będzie nawet samo wychwycenie jakiejkolwiek manipulacji pasożytniczej do tej pory niezauważonej, zwłaszcza jeśli uda jej się wykazać, jak na skutek tych manipulacji żywiciele częściej stają się ofiarami drapieżników w naturalnym środowisku. Od Riddiford nauczyła się również, jak istotne jest ścisłe zaplanowanie eksperymentu, najlepiej jednego, z prostymi założeniami, które łatwo jest zweryfikować. Przez większość semestru przekopywała się przez dokumentację akademicką i podręczniki, aby w końcu uznać, że odnalazła właściwy przedmiot swoich badań. Wybrany pasożyt był typem glisty z cierniami w części głowowej, który krążył pomiędzy pospolitymi i łatwymi do obserwacji żywicielami, szpakami i kulankami (skorupiaki te zwijają się w kłębek przy próbie dotyku). Wiedziona zaledwie przeczuciem, Moore założyła, że pasożyt będzie tak sterować zachowaniem kulanki, aby zwiększyć prawdopodobieństwo pożarcia jej przez szpaka.

Jej sprzęt badawczy ograniczał się do szklanej foremki do ciasta przykrytej w większej części nylonową siatką oraz odwróconej szklanej foremki, która służyła za pokrywę. Na siatce rozłożyła zarażone i zdrowe kulanki, a następnie dodała różne rodzaje soli po obu stronach przegródki, tworząc niejako dwie komory: jedną o wysokiej, drugą zaś o niskiej wilgotności. Odkryła, że kulanki zarażone pasożytem dużo częściej kierowały się do części o niskiej wilgotności. W warunkach naturalnych suche tereny występują na otwartych przestrzeniach, więc założyła, że takie zachowanie kulanek sprawiało, że były lepiej eksponowane na drapieżniki. W innym eksperymencie zbudowała zadaszenie, opierając kafel na czterech kamieniach. Zarażone kulanki częściej niż zdrowe wolały przebywać na zewnątrz. W kolejnym doświadczeniu napełniła połowę foremki do ciasta czarnym żwirem, a drugą połowę białym, aby sprawdzić, czy pasożyt miał wpływ na umiejętność kamuflażu żywiciela – postawiła tezę, że skoro kulanki są czarne, to chore osobniki częściej będą się pojawiać w jasnym żwirze, aby stanowić łatwiejszy cel dla ptaków. I dokładnie tak się stało.

Udowodniła swoje tezy w warunkach laboratoryjnych, lecz czy potwierdzą się one w warunkach terenowych? Do tej pory żadnemu naukowcowi nie udało się dokonać pomiaru wpływu wspomnianych manipulacji na ekologię, a to dlatego, że trudno jest obserwować pasożyty w ich naturalnym środowisku. Ale na to również Moore miała sprytny sposób. W okresie lęgowym ustawiła budki dla szpaków na terenie kampusu. Pisklętom szpaków przywiązała wokół szyi wyciory do fajek, nie robiąc im krzywdy, choć na tyle ciasno, by nie mogły przełykać. Następnie zbierała pożywienie, którym były karmione, i szukała w nim kulanek. Odkryła, że prawie jedna trzecia piskląt była karmiona zarażonymi kulankami, pomimo że w najbliższej okolicy mniej niż pół procenta kulanek było nosicielami pasożyta. Najwyraźniej zmiany, jakie wywołały pasożyty w nawykach żywicieli, sprawiły, że były one chętniej zjadane.

Jeden czy dwa przypadki pasożytów o niezwykłej umiejętności manipulowania żywicielem można odrzucić na zasadzie przedziwnego odstępstwa od normy – z pewnością mogą być one intrygujące, lecz nie stanowią nic ponad notatkę na marginesie naszego rozumienia selekcji naturalnej. Natomiast więcej przypadków zaczyna wskazywać na pewien trend. Kiedy w 1983 roku wyniki badań Moore zostały opublikowane w czasopiśmie „Ecology”, nie tylko z tego powodu zwróciły uwagę, ale również ze względu na szersze prace badawczo-rozwojowe zdobywające popularność w biologii. Po długim okresie unikania tematu tych obrzydliwych, podejrzanych typków spod ciemnej gwiazdy, przyszedł czas na postawienie pasożytów na piedestale jako obiektu fascynacji, a nawet podziwu. Jak to ujęła Moore: „Pasożyty stały się modne”.

Trudno dociec, jak do tego doszło – nauka, jak wszelkie dziedziny życia, podlega kaprysom – lecz badania Moore nad szpakami zbiegły się w czasie z publikacją całej lawiny artykułów w czasopismach naukowych, podpisanych przez takich gigantów biologii ewolucyjnej jak Robert May, Roy Anderson czy Peter Price, wskazujących na wagę pasożytów w ekologii. Mniej więcej w tym samym okresie inny wybitny biolog ewolucyjny, Richard Dawkins, opublikował popularną obecnie książkę Fenotyp rozszerzony, która przybliża zagadnienie manipulacji pasożytniczej. W książce tej autor dowodzi, że to, czy gen zostanie przekazany dalej, zależy nie tylko od tego, jaki ma wpływ na cechę czy fenotyp danego organizmu, lecz również od jego wpływu na inne zwierzęta. W tej kategorii podał przykład naturalnej selekcji faworyzującej pasożyty, które zmieniają zachowanie żywiciela, promując przy tym własne geny.

Nagły wzrost popularności pasożytów działał na korzyść Moore. Wydawcy „Scientific American”, magazynu znanego z publikowania najnowszych osiągnięć nauki, zaprosili ją do napisania artykułu podsumowującego ustalenia dotyczące kulanek i ukazania ich w szerszej perspektywie. Moore, oprócz wskazania na wyniki badań kanadyjskich i niemieckich, przeczesała literaturę naukową w poszukiwaniu innych, wcześniej ignorowanych, choć wartych przedstawienia przypadków manipulacji pasożytniczych, a następnie wyjaśniła ich znaczenie w przystępny i dowcipny sposób.

„Jednym z najbardziej popularnych chwytów literackich science fiction są pasożytniczy przybysze z kosmosu, którzy osiedlają się w ludzkim ciele, zmuszając człowieka do działań umożliwiających im rozmnażanie się i zasiedlanie kolejnych nieszczęśników”, tak zaczynał się jej artykuł z maja 1984 roku. „A jednak pomysł, że pasożyt może zmieniać zachowanie innych organizmów, nie jest czystą fikcją. To nawet nie jest rzadkie zjawisko. Wystarczy spojrzeć w toń jeziora, na pole czy las, żeby je dostrzec”.

Wkrótce hipoteza manipulacji, jak ją nazwano, stała się zagadnieniem szeroko omawianym w kołach naukowych. Jak powiedział kiedyś Louis Pasteur: „Okazje sprzyjają tym, którzy są na nie przygotowani”. Z chwilą gdy rozeszła się wieść, że pasożyty mogą być zakamuflowanymi dyktatorami, coraz więcej osób zaczęło zauważać dziwne zachowania zwierząt, a dociekliwe umysły rozważały, czy było temu winne zarażenie.

A jednak, pomimo ekscytacji naukowców tym tematem, popularność tej dziedziny okazała się chwilowa. Praktyczne aspekty badań stanowiły duże wyzwanie i szybko ostudziły entuzjazm. Obserwacja zachowań zwierząt, nie tylko pasożytów, jest ogólnie żmudnym zajęciem. Bywa, że trzeba spędzić pod wodą niekończące się godziny w stroju nurka lub wisieć na specjalnej uprzęży pod koroną drzew, a niekiedy przeszukiwać bagna w środku nocy za pomocą latarki. Pasożyty mogą mieć dwóch lub trzech żywicieli, więc samo opracowanie szczegółów ich cyklu życiowego może być zadaniem godnym Herkulesa. Jakby tego było mało, oszacowanie współczynnika zarażeń w każdej populacji zazwyczaj wymaga złapania dziesiątek czy nawet setek potencjalnych żywicieli, a następnie albo pobrania ich krwi czy odchodów, albo zabicia ich i przeprowadzenia sekcji. Później, założywszy, że pokonało się owe przeszkody, następuje najtrudniejsza część, mianowicie określenie, czy pasażer na gapę naprawdę manipuluje żywicielem, a jeśli tak, to w jaki sposób i po co. Najlepszym na to miejscem jest laboratorium – niestety, wiele zwierząt nie ma ochoty na rutynowe czynności w niewoli. Ludzie mogą być bardziej chętni do współpracy, lecz naukowcy badający zależności przyczynowo-skutkowe pomiędzy pasożytami a chorobami psychicznymi czy innymi nietypowymi zachowaniami napotykają jeszcze większą przeszkodę: nie można przecież umyślnie zarazić człowieka, a następnie obserwować, jak zmieniają się jego nawyki i usposobienie.

Nic dziwnego, że trudno znaleźć wystarczająco cierpliwych i upartych badaczy, zdolnych do przeprowadzenia takich prac, skutkiem czego nawet dzisiaj widać tendencję do koncentrowania się na interakcji pomiędzy drapieżnikiem a jego ofiarą, ignorując ukrytego pasażera, który może mieć zupełnie inny plan działania niż pojazd, którym jedzie. Niemniej jednak pod koniec poprzedniego stulecia naukowcom udało się odkryć dziesiątki manipulacji pasożytniczych wpływających na osobniki w praktycznie każdym zakątku królestwa zwierząt. Z natury skłonna do syntezy, w roku 2002 Moore dokonała kompilacji wszystkich poznanych przypadków w jednej książce, zatytułowanej Parasites and the Behavior of Animals, która nadal stanowi swoistą biblię w tej dziedzinie. Motywem jej napisania była chęć pobudzenia kreatywnego myślenia na temat sposobów uprawiania czarnej magii przez robaki i ustalenia pewnych wspólnych założeń. Jak często pasożyty atakują ośrodkowy układ nerwowy żywiciela? Czy gatunki blisko ze sobą spokrewnione używają podobnych strategii represji? Czy to możliwe, żeby bardzo skomplikowane manipulacje miały prostą podbudowę? Przede wszystkim jednak jej rozmyślania skupiały się na pytaniu, które nurtowało ją już od czasów studiów u Clarka Reada, a mianowicie: czy można przewidzieć zachowanie zwierząt, wiedząc, jakiego pasożyta są żywicielem?

Moore nadal próbuje znaleźć odpowiedź na te pytania. Przyznaje, że wyłaniają się pewne wzory, ale szczegóły są znane nadal jedynie w zarysie. A roboty ciągle przybywa. Kolejne setki pasożytów podejrzewa się o manipulacje, lecz jej zdaniem ich prawdziwa liczba może oscylować wokół tysięcy. Jak mówi: „Po prostu jeszcze się do nich nie doczłapaliśmy”. I chodzi tu nie tylko o trudność w samym studiowaniu zachowań zwierząt czy zakaz eksperymentowania na ludziach. Być może największym utrudnieniem są nasze ograniczone zmysły. Po prostu próbując zrozumieć świat, w którym żyjemy, zbyt mocno ufamy tylko temu, co widzimy. Moore podkreślała ten fakt podczas wykładu na konferencji, opowiadając historię odkrycia echolokacji u nietoperzy.

Od XVIII wieku było wiadomo, że ślepe z natury nietoperze potrafią zwinnie nawigować pomiędzy zawieszonymi drutami, natomiast te, którym zaklejono uszy, rozbijały się o podłoże. Jednak przez ponad 150 lat naukowcy wykluczali, że nietoperze odbierają dźwięki niesłyszalne dla człowieka. Dopiero na początku lat czterdziestych XX wieku, dzięki postępowi w wykrywaniu ultradźwięków, udowodniono, że nietoperze słyszą echo własnych odgłosów. Natomiast aż do momentu odtajnienia po drugiej wojnie światowej dokumentów wojskowych ujawniających odkrycie radaru i sonaru, nadal nie do końca akceptowano pogląd, jakoby potrafiły one nawigować dzięki tej umiejętności.

Mając to w pamięci, zdaniem Moore, warto odnotować, że większość znanych nam obecnie manipulacji dostrzegamy gołym okiem. Pośredni żywiciel wystawia się na widok publiczny na jaskrawo kontrastującym tle, rzuca się w obłędzie lub pojawia się w miejscu, gdzie normalnie by nie dotarł. Skoro widzi to człowiek, tym bardziej zobaczy to drapieżnik, kolejny żywiciel pasożyta. Ale co jeśli pasożyt niejako rysuje zwierzęciu na plecach tarczę strzelniczą, zmieniając jego zachowanie w sposób niedostrzegalny dla naszych zmysłów? Na przykład może powodować, że żywiciel zostawia za sobą ślad zapachowy niewyczuwalny dla naszego powonienia lub wydaje dźwięki poza naszym zakresem słyszalności albo wystawia części ciała przez nas odbierane jako szarobure, ale przez następnego żywiciela jako barwne. W ten sposób może być oznaczony nawet ktoś z nas. Jak zobaczymy później, istnieje podejrzenie, że niektóre pasożyty wywołujące straszliwe plagi pomagają sobie w transmisji, zmieniając zapach człowieka. Jak utrzymuje Moore: „Biorąc te ewentualności pod uwagę, jak można się nie zastanawiać, które manipulacje umykają nam w tym bezgranicznym świecie informacji pozazmysłowych?”.

Prelegent, który wszedł na podium zaraz po niej, biolog Robert Poulin z University of Otago w Nowej Zelandii, przyznał, że naukowcom umykają tysiące manipulacji, ale, co ciekawe, podał powód inny niż zaproponowany przez nią. Zauważył, że wielu manipulatorów może powodować jedynie drobne zmiany w nawykach żywicieli – co można przeoczyć, porównując przeciętne zachowanie populacji żywicieli z zachowaniem grupy osobników zarażonych. I tak, pasożyty mogą lekko modyfikować częstość, z jaką zwierzęta się przemieszczają, zmieniać poziom aktywności zależnie od pory dnia czy też prowokować typowe zachowanie żywiciela, lecz w nietypowej, nieodpowiedniej sytuacji – przykładowo zarażony ptak może nadal grzebać w ziemi, podczas gdy reszta stada bierze nogi za pas. Według niego „drapieżniki są bardzo wyczulone na wszelkie odstępstwa od normy u swoich ofiar”, więc owa strategia jest prawdopodobnie bardzo wydajna. Ponadto mały retusz z pewnością nie jest trudny, dlatego też, ewolucja faworyzowała ten prosty zabieg. Wniosek dla człowieka płynie z tego taki, że być może analizując zachowanie, powinniśmy używać gęstszego sita, aby mieć szansę wykryć, w jaki sposób ulegamy wpływom pasożytów – na przykład kojarząc podejrzanych intruzów nie tylko z chorobą psychiczną, ale również z bardziej subtelnymi zmianami w osobowości i nawykach, które jeszcze mieszczą się w przyjętych normach.

Na szczęście obecnie łatwiej jest testować tego rodzaju teorie i otrzymywać odpowiedzi na niektóre pytania stawiane przez naukę. Jak pokazuje przykład echolokacji, często trzeba poczekać na postęp technologiczny, aby osiągnąć nowe przyczółki wiedzy, a tym, co dodaje otuchy, niech będzie fakt, iż nauka zdaje się wreszcie nadążać za finezją pasożytów. W ciągu ostatniej dekady nastąpił ogromny postęp w zakresie narzędzi do badania mechanizmów manipulacyjnych. W rezultacie naukowcy dysponują dużo lepszymi metodami skanowania pasożytów w ciele żywiciela, a także identyfikacji genów, neuroprzekaźników, hormonów i komórek odpornościowych biorących udział w zmianach behawioralnych. Co prawda niewiele manipulacji zostało całkowicie rozwikłanych, lecz badacze podjęli świetne tropy, które zostaną przedstawione w kolejnych rozdziałach tej oto książki. To dobra wiadomość, bo skoro mamy „myśleć jak przywra”, będziemy musieli zrozumieć jej sztuczki.

2. Autostopem

Wyniki raportów były anegdotycznie niedorzeczne. Świerszcze, które zazwyczaj zamieszkują poszycie leśne i nie pływają, nagle zaczęły rzucać się do stawów i strumyków. Frédéric Thomas podejrzewał, że do samobójstwa świerszcza doprowadził robak, którego obecność stwierdzono, kiedy wysuwał się z ciała tonącego insekta. Tyle że jedynym sposobem, aby się o tym przekonać, była wycieczka do Nowej Zelandii, gdzie zgłoszono to zdarzenie. Thomas, biolog ewolucyjny na uniwersytecie w Montpellier we Francji, złożył w 1996 roku wniosek do francuskich władz o sfinansowanie badań nad tym zagadnieniem, pewien pozytywnej odpowiedzi. Co prawda dopiero niedawno uzyskał on tytuł doktora, ale miał już na koncie czternaście publikacji naukowych – zdumiewający wynik u tak młodego naukowca – zakładał więc, że z łatwością uzyska grant. Ponadto zwierzę, które postępowało w sposób tak rozbieżny z własnymi interesami, było oczywiście tematem wartym zbadania – tak mu się przynajmniej zdawało. Ku jego zdumieniu Centre National de la Recherche Scientifique (CNRS) – francuski odpowiednik amerykańskiej Krajowej Fundacji Badań Naukowych – odrzuciło wniosek. Powiedział mi potem, że był tą decyzją tak rozwścieczony, iż zdecydował się na strajk głodowy.

Przez chwilę myślałam, że sobie ze mnie kpi. Lecz jego posępny wyraz twarzy sugerował, że jednak mówi poważnie. Gawędziliśmy sobie na werandzie w Toskanii podczas przerwy w konferencji dotyczącej manipulacji pasożytniczych, tej samej, na której wcześniej spotkałam Moore. Thomas był chudy, miał potargane ciemne włosy i wydawał się wyluzowany oraz powściągliwie pewny siebie, a przy tym uroczo oddany swoim badaniom. Teraz zaczęłam się zastanawiać, czy jego entuzjazm nie graniczył z szaleństwem. CNRS jest zdecydowanie największą organizacją we Francji sponsorującą badania naukowe, więc wkurzanie tych gości groźbami nie jest chyba najlepszym rozwiązaniem. Przyjrzałam się bliżej jego twarzy. Może ja czegoś nie łapałam? Może źle go zrozumiałam?

Zrozumiałam go bardzo dobrze. Doprecyzował, że wcale nie powiedział CNRS, iż rozpocznie strajk głodowy, jeśli nie otrzyma grantu; powiedział to prezydentowi Francji. „Wysłałem list bezpośrednio do Jacques’a Chiraca”.

Można by pomyśleć, że list dotarł do urzędnika niższego szczebla, który otworzył go, serdecznie się uśmiał i wrzucił do kosza. A jednak, rzecz niesłychana, jego wiadomość – jeśli nie sam list – dotarła drogą służbową do wysokich rangą oficjeli.

Dalecy od śmiechu członkowie francuskiego rządu wpadli w popłoch z powodu tego listu. Od razu wysłano pracowników administracji na uniwersytet, gdzie ci wywarli nacisk na przewodniczącego wydziału, ten zaś z kolei miał zapobiec realizacji feralnej groźby. Dali mu do zrozumienia, że gdyby mu się to nie udało i Thomas jednak rozpocząłby strajk głodowy, obydwaj naukowcy słono za to zapłacą utratą wszelkich grantów. Najwyraźniej sama myśl, że wycieńczony głodem Thomas sprzeciwiłby się publicznie rządowi, napawała władze uczelni niepokojem. Wywarły więc na niego tak dużą presję, że w końcu zgodził się wycofać groźbę.

Mocno zniechęcony, nasz bohater nerwowo rozważał co dalej, kiedy pewien szwajcarski multimilioner, Luc Hoffmann, usłyszał o jego trudnym położeniu i postanowił przyjść mu z odsieczą. Hoffmann znany był ze swej działalności dobroczynnej, a także z zamiłowania do bioróżnorodności. Zaproponował, że pokryje połowę kosztów ekspedycji. Z takim poparciem łatwiej było Thomasowi pozyskać brakujące fundusze z ambasady Nowej Zelandii i innych źródeł, w tym od francuskich władz, które dorzuciły małą sumkę, z radością pozbywając się problemu.

Ucieszony, że kłopoty ma już za sobą, poleciał do Nowej Zelandii, gdzie skontaktował się z zespołem na University of Otago, prowadzonym przez Roberta Poulina, biologa ewolucyjnego, którego podziwiał i który był również źródłem informacji o świerszczach. Od razu świetnie się zgrali. Poulin, wysoki człowiek o miękkim, melodyjnym głosie i przyjaznym usposobieniu, dorastał we francuskojęzycznej części Kanady, więc oprócz zainteresowań naukowych miał z Thomasem dosłownie wspólny język. A jednak prace nad świerszczami nigdy nie zostały ukończone. Napotykali przeszkody, przed którymi przestrzegała Moore, a które często zakłócają badania nad manipulacjami pasożytniczymi – owady te wychodziły ze swoich norek tylko nocą i chowały się w niskich krzakach, a ich zielone pancerzyki idealnie zlewały się z otoczeniem, trudno więc było je zauważyć nawet tuż przed sobą. Mimo że członkowie ekipy przeczesywali teren uzbrojeni w latarki, noc za nocą, często pełzając na czworakach przez niskie chaszcze, znaleźli jedynie garść świerszczy zarażonych robakami – dużo poniżej liczby koniecznej do przeprowadzenia eksperymentów, które dałyby wyniki statystycznie istotne. Po przejściach z francuskimi władzami, przebywszy tysiące kilometrów, Thomas był zmuszony przyznać się do porażki.

A że nie lubił marnować okazji, przerzucił się na inny projekt naukowy. Zanim to jednak zrobił, wysłał swojemu koledze z uniwersytetu zdjęcie robaka wysuwającego się z owada – „Tak tylko chciałem Ci pokazać, czym się obecnie zajmuję”. Traf chciał, że kolega powiesił zdjęcie na tablicy ogłoszeń w pokoju kawowym, gdzie zobaczył je pewien technik laboratoryjny; jego kuzyn w Montpellier zajmował się czyszczeniem basenów pływackich, które były pełne takich robaków. Kolega spiesznie poinformował o tych nowinach Thomasa.

Thomas odniósł się do tego bardzo sceptycznie. Nowozelandzki pasożyt jest tylko jednym z trzystu nitnikowców, jak naukowcy nazywają tę dużą grupę nitkowatych organizmów, uznał zatem, że technik po prostu się pomylił. Lecz po powrocie do Francji spotkał się z kuzynem tego człowieka i dał mu słoik z alkoholem, do którego tamten miał wkładać wszelkie robale, które znajdzie w basenie. Thomas podejrzewał, że już go nie zobaczy, lecz tydzień później mężczyzna wrócił i to z pełnym słoikiem.

Zaciekawionemu Thomasowi powiedział, że zebrał je w basenie w pobliskim kurorcie. „Przekonałem więc żonę, żebyśmy pojechali na romantyczny wypad w ten rejon, ponieważ jest tam hotel z przyjemną restauracją, gdzie serwują foie gras, a także spa z gorącymi źródłami w pobliżu”, powiedział mi Thomas. Na jego twarzy pojawił się szelmowski uśmiech, sugerujący, że zabrał ją tam pod fałszywym pretekstem. Po cudownym posiłku, jak opowiadał, nie poszedł z żoną do pokoju hotelowego, lecz skierował się do swojego samochodu po probówki i wrócił, aby bliżej przyjrzeć się basenowi. Już wkrótce zobaczył zbliżającego się do basenu świerszcza i w pierwszym odruchu chciał go rozdeptać. Zważywszy, jak długą przeszedł drogę, można by pomyśleć, że oparł się pokusie. A jednak faktycznie zmiażdżył go na tej podłodze w patio. Podnosząc bowiem nogę, zauważył ośmiocentymetrowego robaka wyślizgującego się z resztek ciała owada – ten sam pasożyt zasiedlał świerszcze w Nowej Zelandii! Przebył pół świata, żeby zbadać pasożyta i jego żywiciela, którzy cały ten czas byli dosłownie na jego własnym podwórku!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pasożyty w twoim mózgu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sztuka kochania Wybieraj wystarczająco dobrze Porąb i spal Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu