Dżungla

Dżungla

Autorzy: Yossi Ghinsberg

Wydawnictwo: Dolnośląskie

Kategorie: Literatura faktu Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 21.84 zł

Ekranizacja z Danielem Radcliffem w roli głównej!

Prawdziwa historia trzech młodych mężczyzn, którzy poznają się podczas podróży po Ameryce Południowej. Spotkany w La Paz doświadczony przewodnik proponuje im wspólną wyprawę w głąb boliwijskiej dżungli. Decydują się bez wahania, marząc o wielkiej przygodzie, poszukiwaniu złota, dotarciu do odciętych od cywilizacji indiańskich wiosek. Gdy w sercu tropikalnego lasu grupa się rozdziela, ekspedycja zamienia się w koszmar. Yossi Ghinsberg rozpoczyna samotną walkę o przetrwanie.

Wstrząsająca opowieść o ogromnej woli przeżycia i zmaganiach z bezlitosną naturą.

WROCŁAW 2018

Tytuł oryginału

Jungle. A Harrowing True Story of Survival

Projekt serii

MARIUSZ BANACHOWICZ

Redakcja

BARBARA MAJEWSKA

Korekta

MAGDALENA SZAJUK

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Copyright © 2005 Yossi Ghinsberg. All rights reserved.

Polish edition © Publicat S.A. MMXVIII (wydanie elektroniczne).

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-271-5835-2

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

Dedykacja

Rozdział 1. Poznaję Marcusa

Rozdział 2. Mochileros

Rozdział 3. Karl i Kevin

Rozdział 4. Pete Kanadyjczyk

Rozdział 5. Złoto i świnie

Rozdział 6. Powrót do Asriamas

Rozdział 7. Rzeka

Rozdział 8. Wypadek

Rozdział 9. Osamotniony

Rozdział 10. „Jestem w drodze do San José”

Rozdział 11. Ocalenie

Rozdział 12. Opowieść Kevina

Rozdział 13. Powrót do domu

Epilog

Od autora. Niezbadane obszary

Podziękowania

Przypisy

Marcusowi

ROZDZIAŁ 1

Poznaję Marcusa

Gdybym nie skumplował się z Marcusem w Puno, pewnie nigdy bym nie zawarł znajomości z Kevinem ani z Karlem. Gdybym tamtego poranka w La Paz nie poznał Karla, Kevin zapewne spędziłby święta z rodziną, a biedny Marcus nadal podróżowałby ze swoją nową dziewczyną po Ameryce Południowej. Stało się jednak inaczej.

Do Puno w Peru przyjechałem z paskudnie obolałym kolanem – ledwo mogłem chodzić. Francuski mochilero (podróżnik z plecakiem) poczęstował mnie liśćmi koki.

– Spróbuj tego – powiedział. – Poczujesz się lepiej.

Włożyłem do ust szczyptę liści z małym, dziwnym kamykiem, który także dostałem od Francuza. Zacząłem żuć. Kamyk, ugnieciony z popiołu liany, wydobywa z liści aktywne alkaloidy, które powodują ich fermentację w ustach. Bez kamyka nie ma fermentacji, zero efektu, żadnego odlotu. Niestety, jedyne, czego się doczekałem, to odrętwiały język i podniebienie.

Niemniej następnego dnia rano poczułem się lepiej. Wstałem wcześniej, bo prom na wyspę Taquile odpływał o ósmej. Co prawda mogłem ruszyć prosto do Cusco, skąd wszyscy mochileros udają się na wycieczkę do legendarnego Machu Picchu, prastarej stolicy Inków. Postanowiłem jednak nadłożyć nieco drogi i odwiedzić wyspę, o której tyle słyszałem.

Tequile wyrasta z jeziora Titicaca, najwyżej położonego żeglownego jeziora na świecie. Jego brzegi były brudne, ale gdy spojrzało się w stronę horyzontu, woda mieniła się w blasku słońca. Powierzchnię jeziora spowijał całun mgły, z którego wystawały skaliste wysepki. Piękny widok.

Bez problemu znalazłem prom. Właściwie to on znalazł mnie.

– Taquile czy Los Uros? – zapytał mnie mały chłopiec.

– Taquile – odparłem.

Zaprowadził mnie do łodzi, w której czekało już parę osób – kilku młodych Niemców i grupa francuskiej młodzieży, która mieszkała w tym samym hotelu co ja. Zająłem miejsce blisko rufy i zacząłem czytać książkę.

Zanim się obejrzałem, pilotujący łódź Indianin wystawił za burtę długi drąg, który mu służył jednocześnie za ster i wiosło. Następnie skinął na chłopca, by zrzucił cumę przymocowaną do dziobu i odepchnął nas od nabrzeża.

– Espera, espera (czekaj)! – zawołał zdyszany facet z plecakiem, biegnący w naszą stronę, i po chwili wszedł do łodzi. – Prawie się spóźniłem – powiedział po hiszpańsku do Indianina. – Gracias.

Usiadł obok i kiedy się posunąłem, żeby zrobić mu miejsce, uśmiechnął się do mnie.

– Jesteś Izraelczykiem – oznajmił po angielsku. Spojrzałem na okładkę książki, którą czytałem, Śmierć szczęśliwa Alberta Camus w angielskim przekładzie. Byłem w szoku.

– Skąd wiesz?

– Od razu się domyśliłem. Wy, Izraelczycy, ruszyliście w świat całymi tabunami.

– Nazywam się Yossi – przedstawiłem się.

– Miło cię poznać. Jestem Marcus. Pędzę prosto ze stacji kolejowej. Miałem szczęście, że zdążyłem na prom. Następny odchodzi dopiero jutro. – Marcus rozgadał się, jakbyśmy byli starymi kumplami. – Pociąg był koszmarny. Wyjechałem z Juliaca dzisiaj wcześnie rano. W pociągu nie można dostać nic do jedzenia. Cały dzień o pustym żołądku. Mam nadzieję, że dotrzemy na wyspę w miarę szybko. Umieram z głodu.

Dałem mu bułkę, trochę sera i pomarańczę, które wyciągnąłem z plecaka.

– Dzięki – powiedział Marcus. – Zauważyłem, że Izraelczycy zawsze dzielą się tym, co mają. Doceniam to. – Zrobił sobie kanapkę i zjadł ją łapczywie. Pomarańczę zostawił sobie na deser. – Odwdzięczę się na wyspie.

– Daj spokój – skwitowałem. – Słyszałem, że na Taquile jest drogo. Jeśli nie masz nic przeciwko, możemy dzisiaj trzymać się razem i dzielić się jedzeniem.

– Super, wchodzę w to.

Następnie Marcus zainteresował się Niemcami, z którymi przeprowadził ożywioną rozmowę w ich języku. Potem zwrócił się do grupy Francuzów i pogadał z nimi po francusku. Miał czarującą osobowość i po chwili wszyscy już się znaliśmy, rozmawiając i żartując jak on.

– Jesteś Niemcem? – zapytałem go.

– Szwajcarem.

Byliśmy już prawie u brzegu wyspy, gdy łódź się zepsuła. Silnik po prostu zgasł. Indianin szybko znalazł przyczynę usterki i silnik znowu zaskoczył. Marcus zauważył, że podczas naprawy mężczyzna skaleczył się w palec. Momentalnie wyjął z plecaka apteczkę i zdezynfekował palec Indianina, a mnie poprosił, żebym uciął kawałek przylepca. Moje wysiłki okazały się nie dość precyzyjne. Wziął ode mnie szpulkę i odciął zgrabniejszy kawałek, wprost idealny, po czym wrócił do opatrywania ręki. Mężczyzna podziękował mu szerokim uśmiechem.

Po chwili byliśmy na Taquile. Z przystani ruszyliśmy w stronę wioski, wspinając się stromą ścieżką wykutą w litej skale. Im wyżej byliśmy, tym bardziej moje płuca walczyły o każdy oddech. Musiałem przystawać co dwa stopnie. Dwa kroki i przystanek.

– Spokojnie – dopingował mnie Marcus. – Nie spieszy się nam.

– A ty co? – zapytałem zziajany.

– Ach, Alpy Szwajcarskie – odpowiedział z uśmiechem. – Służyłem tam.

Znaleźliśmy sobie pokój w wiosce. Ściany były z gliny, a zamiast łóżka stał drewniany stelaż. Rozłożyliśmy śpiwory i przygotowaliśmy posiłek. Marcus zaparzył kawę na małej kuchence naftowej, którą miał ze sobą. Tymczasem ja rozkroiłem bułki i starając się, jak mogłem, zrobiłem kanapki z serem, cebulą i pomidorami. Chociaż dopiero co się poznaliśmy, Marcus zaczął snuć plan wspólnej wyprawy. Ja jednak miałem własne zamiary.

– Nie widziałem jeszcze Machu Picchu – wyjaśniłem – dlatego najpierw pojadę do Cusco.

– Nie, nie, jedź ze mną do La Paz – nalegał.

– Machu Picchu – oświadczyłem. – Potem zamierzam ruszyć przez Brazylię. Planuję wystartować z Puerto Maldonado, niedaleko Cusco, rzeką Madre de Dios, która przecina Peru i uchodzi do Amazonki. – Stamtąd chciałem popłynąć Amazonką aż do ujścia niedaleko Belém na wybrzeżu Atlantyku. Pokazałem mu trasę na mapie. – Po drodze jest mnóstwo ciekawych wiosek. Poza tym uwielbiam dżunglę. Może wybierzesz się ze mną?

– Dzięki za propozycję. Brzmi to jak wspaniały plan, prawdziwa przygoda, ale jestem już pod koniec mojej podróży. Zatrzymam się na trochę w La Paz. Może zrobię stamtąd kilka wycieczek, kupię parę indiańskich kamizelek i wyślę je do Szwajcarii, ale nie planuję już niczego specjalnie ambitnego.

W Taquile było inaczej niż w pozostałych peruwiańskich wioskach. Łatwo odróżnić wyspiarza z Taquile od peruwiańskiego Indianina. Mieszkańcy wyspy wydawali mi się szlachetniejsi, czystsi, przystojniejsi i zdrowsi. Różnili się też strojem. Wszyscy nosili takie same kapelusze, chalecos (haftowane bezrękawniki) i szerokie spodnie z wyszywanym pasem. Hafty z Taquile są znane w całej Ameryce Łacińskiej z piękna i znakomitej jakości. Wykonują je wyłącznie mężczyźni, chociaż kobiety przędą i farbują wełnę.

Wyspę zamieszkuje około pięćdziesięciu rodzin, stanowią społeczność z własną radą. Życie toczy się spokojnie. Mężczyźni siedzą w grupach, haftując i plotkując, podczas gdy kobiety harują na polach. Kamienista gleba jest trudna do uprawiania i nie rośnie tu nic oprócz ziemniaków. W samej wiosce jest mały warzywniak i dwie albo trzy restauracje. W jednej z nich natknęliśmy się na grupę poznanych na promie Francuzów.

Było ich pięcioro, trzy dziewczyny – Dede, Annick i Jacqueline – i dwóch chłopaków – Jacques i Michel. Sączyliśmy miejscową mate (herbatę ziołową; w Ameryce Łacińskiej podaje się wiele jej odmian) i rozmawialiśmy. Nasi znajomi woleli mówić po francusku, więc nie rozumiałem ani słowa, ale Dede obdarzyła mnie uśmiechem, który odwzajemniłem. Była nieco korpulentna, miała ładną buzię i krótką fryzurę, która nadawała jej łobuzerski wygląd. Kiedy znowu się uśmiechnęła, poprosiłem ją, żeby przysiadła się do mnie, i zacząłem rozmawiać z nią po angielsku.

Posiłek był wyborny: razowy chleb, po dwa jajka i smażone ziemniaki. Na deser kolejna filiżanka mate; miejscowi twierdzą, że łagodzi efekty przebywania na tej wysokości. Potem do domu. Mochilero co noc śpi gdzie indziej, ale każde miejsce, w którym rozwija swój śpiwór, jest jego domem.

Kiedy wróciliśmy do pokoju, Marcus wyjął swój charango (niewielkich rozmiarów instrument muzyczny podobny do mandoliny, ale zrobiony ze skorupy pancernika) i zaczął muskać palcami struny. Grał pięknie, słuchałem jak zaczarowany.

– Posłuchaj tej, Yossi – powiedział. – Napisałem ją dla dziewczyny, w której byłem zakochany. Miała na imię Monica. Była moja przez dziewięć lat, a teraz mnie zostawiła.

– Tak daleko, daleko od mego serca... – zaczął nucić smętnym tonem.

Ledwo go poznałem, a on już dzielił się ze mną najbardziej osobistymi sekretami. Monica była miłością jego życia. Kiedy się poznali, miała czternaście lat, a on o pięć więcej. Od tamtej chwili minęło prawie dziesięć lat. Marcus został nauczycielem w szkole, Monica wykładowcą akademickim. Uważała, że on ma za wąskie horyzonty, i mobilizowała go, by je poszerzył, zobaczył trochę świata, dlatego wybrał się w podróż do Ameryki Południowej. A kiedy wyjechał, zakochała się w innym. Piosenka, płynąca prosto ze złamanego serca, była tak bolesna, że sam posmutniałem.

W Taquile spędziliśmy dzień z Francuzkami – ja z uśmiechającą się Dede, a Marcus z Annick. Potem wszyscy popłynęliśmy z powrotem do Puno.

Titicaca było wzburzone i po drodze musieliśmy się schronić na Uros – pływających „wysepkach” z trzciny oczeretu (Thor Heyerdahl zbudował z takiej trzciny swoją łódź Ra). W końcu dotarliśmy do Puno przemoknięci do suchej nitki, ale w szampańskich nastrojach.

W Puno zameldowałem się w moim starym hotelu, a Marcus zamieszkał ze mną. Tym razem na swojej kuchence zaparzył nam herbatę.

– No to jak, Yossi? Naprawdę chcesz jutro jechać do Cusco? – zapytał.

– Tak. Mam już upatrzony poranny pociąg.

– Nie rozumiem cię – stwierdził. – Pojedź ze mną do La Paz, tylko na tydzień, a potem wrócisz sobie do Peru.

– Naprawdę chciałbym – odparłem – ale nie mogę zmienić planów. Zależy mi na Machu Picchu, a nie mam dość pieniędzy, żeby zaliczyć oba te miejsca.

– Yossi, posłuchaj. – Marcus nie dawał za wygraną. – Podzieliłeś się ze mną jedzeniem, zupełnie mnie nie znając. Pozwól, że teraz ja ci zafunduję wizytę w La Paz. – Wsunął dwa palce za mankiet spodni, wyciągnął kilka banknotów i podał mi trzydzieści dolarów. – Proszę, weź je. Dla mnie nic nie znaczą. Będą coś warte tylko wtedy, gdy z nich skorzystasz, żeby pojechać ze mną.

– Nie mogę, Marcus – odpowiedziałem, zawstydzony. – Doceniam twój gest. Naprawdę. Ale jedyne, co masz, to plecak, tak samo jak ja, dlatego nie widzę najmniejszego powodu, dla którego powinienem korzystać z twoich pieniędzy.

Marcus zaczął recytować wiersz. Nie pamiętam jego tytułu ani nazwiska autora, ale nigdy nie zapomnę treści ani sposobu, w jaki go deklamował. Wiersz był o człowieku, który nigdy nie chciał wziąć niczego od nikogo i nigdy nie nauczył się dawać.

Następnego ranka siedzieliśmy wszyscy w autobusie do La Paz – Marcus, ja i pięciu francuskich mochileros.

ROZDZIAŁ 2

Mochileros

La Paz, chociaż leży w dolinie, jest najwyżej położoną stolicą na świecie – prawie 4000 metrów nad poziomem morza. Mimo postępującej modernizacji zachowało charakter zamożnego miasta kolonialnego. Przyjechaliśmy autobusem pełnym tubylców. Przechadzałem się po monumentalnych miejscach: Plaza Murillo, gdzie od czasów kolonialnych mają swoje siedziby wszystkie ważniejsze instytucje państwowe, czy plac świętego Franciszka, gdzie w XVII wieku jezuici zbudowali swój klasztor. W wąskich uliczkach wokół placów znajdują się sklepiki oferujące najwspanialsze na tym kontynencie wyroby rękodzielnicze.

Przy ulicy Sagarnaga mieszczą się drewniane stragany tętniącego życiem „bazaru czarownic” Pachamamy, andyjskiej bogini ziemi. Przekupki sprzedają tam amulety i zioła, które leczą albo pozwalają rzucać urok. Na chodnikach tłoczą się obnośni handlarze oferujący słodkości i owoce. Ze sklepów z płytami rozbrzmiewa boliwijska muzyka – dźwięki fletu, charango i fletni zwanej tu zampoña, słowa hiszpańskie zmieszane z keczua, językiem Inków.

W rześkie poranki kobiety, wszystkie ubrane w takie same niebieskie kiecki i kapelusze, proponują api i tohori – wyśmienite, parujące napoje z kukurydzy. Serwuje się je razem ze świeżymi, gorącymi pączkami polanymi miodem.

Przy ulicy Szesnastego Lipca, którą miejscowi nazywają prado (promenadą), można spotkać licealistki w białych mundurkach. Kręcą się tutaj podczas przerw między lekcjami. Kokietują każdego przechodzącego gringo, pogwizdując i wołając: „Te amo” (kocham cię).

W południe starsi ludzie w charakterystycznych dzierganych czapkach podpierają mury kościoła, plując grudkami liści koki. I tak do lunchu. Kiedy już podjedzą, pojawia się nieodłączny woreczek i do ust trafia świeża szczypta liści razem z wydobywającym alkaloidy kamykiem.

Wieczorami po prado spacerują tłumy. Młodzież i dorośli wypełniają kina, teatry i restauracje.

Marcus, Dede i Annick zatrzymali się w hotelu „Rosario”. Jacques i Jacqueline wrócili razem do Peru, a Michel pojechał dalej do Brazylii. Marcus i Annick stawali się sobie coraz bliżsi. Widać było, że się w sobie zakochują. Dede i ja spędzaliśmy dużo czasu razem, ale nasze relacje były inne. Była miłą dziewczyną i bardzo ją polubiłem. Ale miłość? To zupełnie coś innego.

Wynająłem pokój w żydowskim domu opieki dla seniorów. Zatrzymywało się tam wielu Izraelczyków i wkrótce poznałem nowych ludzi. Niektóre wieczory spędziłem z nimi, inne w pokoju Dede. Żywiłem się tanio, tym, co kupiłem w markecie, i generalnie było mi dobrze.

Pewnego popołudnia Marcus i ja siedzieliśmy w małej herbaciarni, którą odkryłem w zaułku obok bazaru Pachamamy. Marcus właśnie opowiadał mi, jak wspaniale spędza czas, i próbował mnie namówić na wycieczkę poza miasto.

– Podoba mi się w Boliwii – stwierdził radosnym tonem. – Nawet mój jasnowidz byłby zaskoczony, gdyby wiedział...

– Zaraz, co masz na myśli, mówiąc „mój jasnowidz”? Chyba nie wierzysz w takie bzdury?

Marcus uśmiechnął się.

– Nie tylko w nie wierzę, sam trochę jestem jasnowidzem.

– Że jak? – odparłem, nie dowierzając własnym uszom.

– Może ci się to wydać śmieszne, Yossi, ale taka jest prawda. Nie jestem zwykłą osobą. Mam pewne nadprzyrodzone zdolności. Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale czasem wyczuwam rzeczy w powietrzu. Czasem przydarzają mi się różne rzeczy... dziwne rzeczy. Kiedy byłem młodszy, przepowiedziałem przyszłość wszystkim moim przyjaciołom. Powiedziałem im, kto włoży na palec obrączkę i kiedy, i ile każde z nich będzie miało dzieci. Minęły lata i wszystko się sprawdziło. Kobiety w ciąży pytały mnie, czy urodzą chłopca, czy dziewczynkę. Brałem igłę zawieszoną na nitce i koncentrowałem się. Jeśli igła wychyliła się w prawo, oznaczało to chłopca. Jeśli na lewo – dziewczynkę. Prawie nigdy się nie myliłem.

Zamilkł na moment, siorbnął herbaty i kontynuował.

– Mam w sobie pewne moce. Jestem kimś w rodzaju medium. To dlatego postanowiłem przyjechać do Ameryki Południowej. Kiedy Monica zasugerowała mi tę podróż, zrobiłem test z igłą i nitką. Otrzymałem odpowiedź, że powinienem jechać. Ale ja nie chciałem. Próbowałem kilka razy, mając nadzieję, że igła wychyli się w lewo, ale za każdym razem szła w prawo, jakby mi rozkazywała: „Jedź!”. Wierzę w takie rzeczy, chociaż jestem chrześcijaninem.

Monica nie wierzyła, ale i tak mnie kochała. Myślałem, że umrę, kiedy napisała, że odchodzi. Poprosiłem ją, żeby do mnie przyjechała. Wiedziałem, że nie odmówi, ale kiedy zjawiła się w Peru, było strasznie, po prostu strasznie. Czułem, że ją tracę. Wtedy usłyszałem o pewnym brujo (czarowniku-uzdrowicielu) w Limie i poszedłem do niego. Powiedział mi, że z moim związkiem to koniec. Że nie ma dla nas przyszłości. Zanim od niego wyszedłem, ostrzegł mnie, że wyczuwa niebezpieczeństwo wiszące nade mną tu, w Ameryce Południowej. „Ty albo ktoś bliski tobie umrze. Bądź ostrożny!” Tak powiedział. Wiedziałem, że ma rację, ale było mi wszystko jedno. I tak nie miałem dokąd pójść. Nie wtedy. Nie po tym, jak zostawiła mnie Monica.

Później pomyślałem, jak to dobrze, że wybrałem się w tę podróż. Tak bardzo chciałem uniknąć pójścia za tłumem, tą samą drogą, co wszyscy – od przedszkola do podstawówki, od liceum do wojska, potem na studia, do pracy, małżeństwo, dziecko... Stop! Tak, miałem szczęście, że po służbie w wojsku uciekłem przed tym wszystkim.

W Ameryce Południowej takich mochileros jak ja były całe hordy. Wyróżniał ich mochila (plecak). Te plecaki są wszystkim, co mają. W środku zwykle można znaleźć parę połatanych, spłowiałych dżinsów, sweter, płaszcz przeciwdeszczowy, palnik turystyczny Colemana, przewodnik The South American Handbook, który mochileros traktują jak biblię, śpiwór, kilka przyborów toaletowych i małą apteczkę pierwszej pomocy. To wszystko. Pieniądze trzymają w specjalnym pasie noszonym po wewnętrznej stronie spodni. Niektórzy, jak Marcus, są jeszcze ostrożniejsi. Wycinają szparę w mankiecie nogawki i wsuwają tam zwitki banknotów.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dżungla 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran