Patrioci

Patrioci

Autorzy: Sana Krasikov

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 4.40 zł

Idealizm, zdrada i rodzinne sekrety – imponująca powieść obejmująca dwa kraje i trzy epoki, od lat 30. XX wieku po współczesność

W czasach wielkiego kryzysu młoda Amerykanka Florence Fein opuszcza Brooklyn dla czegoś, co zdaje się jej ciepłą posadką w Moskwie, a przy tym obietnicą miłości i niezależności. Po przyjeździe do Związku Radzieckiego szybko wpada w pułapkę systemu, z której nie ma ucieczki.
Po latach jej syn Julian emigruje do Stanów Zjednoczonych, ale jego praca w przemyśle naftowym łączy się z częstymi wizytami w Moskwie. Kiedy odtajnione zostają akta KGB jego matki, Julian postanawia zgłębić rodzinną historię, a przy okazji nakłonić swego syna Lenny’ego, próbującego robić interesy w putinowskiej Rosji, do powrotu do domu. To, co odkryje w archiwach, okaże się przerażające i bolesne – nieznana historia Amerykanów porzuconych przez własną ojczyznę i zatajona prawda o amerykańsko-rosyjskiej współpracy pod płaszczykiem wzajemnej wrogości.

Patrioci to zarazem romans i powieść szpiegowska, klasyczna saga i współczesna powieść idei. Przeplatając historię matki i narrację syna, Sana Krasikov tworzy poruszającą opowieść o skomplikowanych, naznaczonych polityką relacjach rodzinnych i potrzebie zrozumienia motywacji swych bliskich, a jednocześnie obraz pełnych sprzeczności relacji dwóch supermocarstw.


Sana Krasikov – amerykańska prozaiczka. Urodziła się w 1979 roku na Ukrainie, wychowała w Gruzji, w wieku ośmiu lat wyemigrowała wraz z rodziną z ZSRR do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszka do dzisiaj. Jej teksty ukazywały się m.in. na łamach „The New Yorker” i „The Atlantic Monthly”. Debiutancki zbiór opowiadań Jeszcze rok (2008, wyd. pol. 2010) potwierdził jej wybitny talent pisarski: za książkę otrzymała National Book Foundation’s „5 Under 35” Award, a także prestiżową Sami Rohr Prize for Jewish Literature 2009. Tytuł znalazł się również w finale Hemingway Foundation/PEN Award 2009 i The New York Public Library Young Lions Fiction Award. W 2017 roku ukazała się wyczekiwana pierwsza powieść autorki, Patrioci.

Sana Krasikov

PATRIOCI

przełożyła Dorota Konowrocka-Sawa

Tytuł oryginału: The Patriots

Copyright © 2017 by Sana Krasikov

All rights reserved

This translation is published by arrangement with Spiegel & Grau, an imprint of Random House, a division of Penguin Random House LLC

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVIII

Copyright © for the Polish translation by Dorota Konowrocka-Sawa, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa MMXVIII

Spis treści

Dedykacja

Prolog

Księga I1. Skoki jakościowe

2. Agnozja

3. Brooklyn

4. Grafomani

5. Niebezpieczny związek

6. Stal

7. Wyjazdy

8. Przyjazdy

Księga II9. Mistrz perswazji

10. Dzień Niepodległości

11. Powrót do domu

12. Mali wrogowie

Księga III13. Magnetyczne miasto

14. Złoto

15. Przywódca ludu

16. Żar-ptak

17. Nowa mentalność

18. Realizm socjalistyczny

19. Teorie spiskowe

20. Za nas, za was

21. Tragiczne sprawunki

22. Czyste akta

23. Pokwitowania

Księga IV24. Ołtarz utopistów

25. Sprzątalnia

26. Nasi przyjaciele z Genewy

27. Życie na Missisipi

28. Wyjście z twarzą

29. Sekrety

30. Wołżanie

31. Malutka brzózka

Księga V32. Niewidzialny człowiek

33. Druga szansa

34. „Life” kontra „Prawda”

35. Ucieczka

36. Para – buch!

37. Barbarzyńcy z chronometrami

38. Towarzysz Brink

39. Muszczina

Księga VI40. Pilot

41. Magiczny lot

42. Dialektyka Florence Fein

43. Avalon

44. Brooklyn

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla T. Friedmana

Prolog

Chłopcu, który tamtej sierpniowej niedzieli zjawił się na peronie dworca w Saratowie, towarzyszył mężczyzna bez ręki. Oczekiwany przez nich pociąg miał przyjechać o szóstej. W tej wczesnowieczornej porze powietrze powoli stygło, a światło zmieniało kąt i barwę, obracając w złoto tumany kurzu wzbijanego butami spieszących się pasażerów. Torując sobie drogę w tłumie, mężczyzna wyciągnął z kieszeni kurtki skręta i wetknął go w zęby. Jedyną ręką wydłubał z pudełka zapałkę, potarł ją opuszkiem kciuka o draskę i zgarbił się nad płomieniem. Zaciągając się, zerknął przez ramię, by sprawdzić, czy chłopak nie zginął w ciżbie.

Tak tłoczno jak tego lata nie było na stacjach od zakończenia wojny. By powstrzymać smród z publicznych klozetów, szaletowi lali do nich roztwór podchlorynu wapnia. Mężczyzna zabronił chłopcu samotnych wypraw do któregokolwiek z tych przybytków, wiedząc, że roi się w nich od urków gotowych poderżnąć człowiekowi gardło dla ukrytych pod koszulą pieniędzy. Fala przestępczości uderzyła w miasta dwa lata wcześniej, bo na wolność wypuszczono jako pierwszych morderców, złodziei, kieszonkowców, onanistów i prostytutki. Dopiero teraz, trzy lata po tym, jak dyktator wyzionął ducha, zwalniano pozostałych: tych z artykułu pięćdziesiątego ósmego, kontrrewolucjonistów i wrogów ludu w liczbie zbyt niedorzecznej, zbyt monstrualnej dla władzy trwającej w nieustannym lęku przed chaosem, by mogła wypuścić ich wszystkich naraz.

Przyjeżdżali z Workuty, z Peczory, z Inty, z Kołymy, z Kengiru i Permu. Tego lata zjechali z północy pociągami jak spławiane wezbraną rzeką kłody. Padały ich całe lasy – zrywanych, zwożonych, wiązanych, spuszczanych wreszcie na podnoszące się wody. Zimowy zrąb przeprowadzano na szczycie z przerażającą gwałtownością.

Gdzieś z przodu przenikliwie gwizdnęła lokomotywa. Przy akompaniamencie przestawianych ze zgrzytem żelaznych zwrotnic ostatni raz napełniono samowary. Gdy rozległ się drugi gwizd, chłopak pomyślał, że wolałby wcale go nie słyszeć, po czym zrugał się w duchu za tchórzostwo. Mimo podejmowanych przez cały tydzień prób wciąż nie potrafił jej sobie wyobrazić. Szykując się do rozpoznania matki wśród pospiesznie wysypujących się z wagonu nieznajomych, poczuł ogarniającą go rozpacz.

– Wagon dziewiąty – powiedział mężczyzna i puścił chłopca przodem.

Świeżo przycięte włosy spadały mu na czoło grzywką niepozwalającą się domyślić, że ma już dwanaście lat. Ubranie, choć nienowe, wykrochmalono i odprasowano.

Z pociągu wysiadła kobieta z zastygłym na ustach błagalnym uśmiechem. Jej zgniłozielona kufajka przypominała chłopcu waciak noszony przez rolnika zaopatrującego ich sierociniec w ziemniaki. Na niechlujnie obrębionej sukience wisiał gruby sweter. Walizka, którą postawiła na peronie – tekturowa, o okutych rogach – była tak mała, że nie potrafił sobie wyobrazić, by mogło się w niej zmieścić cokolwiek prócz pliku kartek. Blask, którym na jego widok rozjaśniła się twarz kobiety, przejął go nagłym wstrętem.

Była oczywiście starsza. Twarz miała bladą i obrzmiałą, rzeźbione niegdyś rysy zmieniło dziwne, krótkie cięcie włosów rozdzielonych przedziałkiem na boku na dwa gołębiosiwe pasma. Tylko te oczy, te błękitne oczy o ciężkich powiekach, zawsze tak silnie ogniskujące wzrok na jej twarzy, okazały się nieznośnie znajome.

Mężczyzna pchnął go lekko.

Kobieta przykucnęła i ujęła twarz Juliana w dłonie.

– Niech ci się przypatrzę, mój drogi… kochany chłopcze.

Potrzebował chwili, by pojąć znaczenie jej słów. Wypowiedziała je po angielsku, w języku, którego nie słyszał i którym nie posługiwał się od prawie siedmiu lat. Jakby drocząc się z nim, dodała:

– Nie poznajesz mnie?

– Oczywiście, że tak, mamo! – odparł po rosyjsku.

– Nie szkodzi. Zrobiła się ze mnie stara raszpla, co?

Nie znalazłszy odpowiedzi, z udawanym entuzjazmem wykrzyknął:

– Wezmę ci walizkę, mamo!

Pociąg odjeżdżał. Skrawki nieba przelatywały między wagonami. Gdzie się podziały jej włosy? Długie, gęste loki, w których zanurzał buzię, o których śnił całymi latami i które były wszystkim, co zdołał z niej zapamiętać… Ich utratę odczuł niemal jak zdradę. Stał, trzymając w rękach jej walizkę, a ona podeszła do Marka Pawłowicza, dyrektora domu dziecka, obiema rękami ujęła jego dłoń i zaczęła mu dziękować za wszystko, co przez te lata zrobił dla jej syna. Teraz, gdy przeszła na rosyjski, Julian zdumiał się raptownie: jej głos, zaskakująco czysty i donośny, skażony był silnym amerykańskim akcentem.

Jak mógł tego nie zapamiętać?

– Przykro nam będzie się z nim rozstać – powiedział dyrektor. – Julik był nam prawdziwą pomocą. – Zerknął przelotnie na odjeżdżający pociąg. – Sami się przekonacie, że to chłop na schwał. Bardzo pracowity.

– Przekonam się z pewnością – odparła, kładąc dłoń na ramieniu Juliana.

Pod jej dotykiem zesztywniał. Będzie musiał opuścić szkołę, porzucić rozgrywki za oborą, pożegnać się z kolegami, z całym swoim życiem. Na samą myśl o tym, że ma zamieszkać z tą kobietą, płakać mu się chciało ze złości. Ale dyrektor, jakby odczytując jego myśli, powiedział:

– Mam nadzieję, że nie będziecie mieli nic przeciwko temu, że zatrzymamy go jeszcze przez jakiś czas.

Nie było to pytanie, tylko obietnica, że zaopiekują się nim, póki ona nie stanie na nogi. Wszystko ustalono zawczasu. Postępowano tak wobec dzieci wszystkich więźniów.

W oczach kobiety wezbrała gorzka wdzięczność, lecz przecież spojrzała na Juliana, by się upewnić, czy się zgadza. Poczuł ukłucie wstydu. Było jasne, że matka nie ma środków, by się nim zająć. Marek Pawłowicz zapytał, czy chciałaby przenocować, ale odparła, że poczeka na nocny do Moskwy. Tam uporządkuje swoje życie: uzyska rehabilitację na piśmie, poszuka pracy, znajdzie pokój, w którym będą mogli razem zamieszkać.

– Myślę, że do grudnia powinnam się ze wszystkim uporać – powiedziała z wymuszonym, lekko świszczącym śmiechem. – A potem będziemy wspólnie świętować Nowy Rok. To nie byle co, prawda?

Latami przepowiadał sobie, co jej powie, kiedy się wreszcie spotkają („Siadaj, mamo, odpocznij, ja się tobą zajmę”). Teraz czuł się jak rekrut, który się wyłgał z poboru.

– Po tak długim czasie cóż znaczy te kilka dodatkowych miesięcy? – dodała.

Z tymi słowami matka, widmo znużonej wyobraźni, wkroczyła na powrót w jego życie.

Księga I

1

Skoki jakościowe

Złamanie serca rodzinie było ceną za ocalenie własnego. Florence wbiła sobie tę dewizę do głowy i pozwoliła jej przeprowadzić się przez gehennę ostatnich sześciu tygodni. Była więc zaskoczona, gdy stojąc na górnym pokładzie liniowca Bremen, poczuła, że jej wiara słabnie. Osłoniwszy oczy wąską dłonią, spuściła wzrok na tłoczących się na nabrzeżu ludzi. Majowe słońce wdarło się do portu i oblało wszystko oślepiającym blaskiem. W powietrzu unosił się zapach węgla i zepsutej ryby. Drobne zielonkawe fale ścigały się od rufy statku do pirsu, na którym cisnęli się wśród obcych ludzi jej rodzice i młodszy brat. Krzyknęłaby do nich, lecz wiedziała, że jej głos utonie w jazgocie mew i odzywającym się nieregularnie niskim buczeniu potężnej syreny okrętowej.

Dopiero po kupieniu biletu Florence powiedziała rodzicom, że wyjeżdża.

– A więc Cleveland ci nie wystarcza! – Podniesiony głos ojca wstrząsnął salonem ich domu przy Flatbush Avenue. – Rosja! Chcesz pojechać tam, gdzie człowieka potrafią zastrzelić za to, że zjadł placek z własnej mąki?

– Nikt z tych, którzy tam pojechali – odparowała – nie wspomniał, by kiedykolwiek spotkał się z czymś podobnym.

Ojciec odwrócił się do jej matki.

– Nikt nie wspomniał! Przekabacili ich jak pierwszych naiwnych, Florie. I ciebie tak samo.

– Jasne. A w fabrykach pewnie palą słomą, żeby dym szedł z kominów?

– Sądzisz, że jestem idiotą, który nie wie, jaki zakłamany świat porzucił jego własny ojciec? Taka młoda dziewczyna jak ty aż się prosi, żeby ją zwerbować…

– Nikt mnie nie zwerbował!

Ale w jego oczach płonęła obłąkańcza podejrzliwość.

– Dawaj mi tu książeczkę partyjną!

– Nie mam żadnej książeczki! – krzyknęła załamującym się głosem. – Na litość boską, nie jestem komunistką!

– No to dlaczego, Florie? Podaj mi powód. Co to za wariactwo, żeby dziewczyna porzucała własny dom, własną rodzinę, wszystkich, którzy ją kochają? I jechała na drugi koniec świata!

Nie mogła mu zdradzić prawdy. Nie mogła pokazać ukrytej na dnie szuflady fotografii ciemnookiego mężczyzny o wystających kościach policzkowych. Lepiej, by mieli ją za komunistkę niż za puszczalską.

– Nie wyjeżdżam na zawsze, tato! – zawołała głosem ochrypłym od krzyku.

– Więc powiedz nam: na jak długo?

– Nie wiem. Rok, może dłużej.

– Chcesz zmarnować kolejny rok życia?

– Chcę swoje życie przeżyć.

– To jedź! Ja mam cię już serdecznie dość – rzekł jej ojciec. – Oby nigdy nie nadszedł dzień, w którym będziesz cierpieć tak jak my teraz.

Pomimo gróźb rodzice przyszli się z nią pożegnać. Dla ochrony przed śnieżną rosyjską zimą mama podarowała jej swoje futro. Ojciec kupił kufer podróżny. Stali teraz i patrzyli, jak obsługa statku opuszcza go do ładowni, gdzie wobec całej reszty ładunku – ogromnych skrzyń i beczek, chromowanych automobili, ustawionych na sztorc fortepianów – skurczył się do rozmiarów pudełka zapałek. Brat Florence, Sidney, dał jej swój ukochany skautowski kompas Taylor Instruments, którego zimną frezowaną krawędź Florence wbijała sobie teraz z masochistyczną przyjemnością w opuszkę kciuka. Odkryła ten kompas w torebce już po wejściu na pokład. Chciała zejść ze statku i oddać go Sidneyowi, którego szczeciniaste niczym sierść piżmaka włosy wciąż dawało się dostrzec od czasu do czasu w stojącym na nabrzeżu tłumie, lecz było już za późno – na pokład wchodzili pasażerowie trzeciej klasy, nieporęcznymi tobołami blokując trap. Duńczycy, Polacy, Niemcy – wszyscy krępi i nabici w zimowych płaszczach i kaloszach. Wracali za pracą do ojczyzny, ciągnąc za sobą amerykańskie dzieci. Obserwując, jak tarabanią się na pokład, Florence poczuła się nagle tak, jakby oglądała stare nagrania z Ellis Island, puszczone teraz od tyłu z powodu kryzysu: masy imigrantów wracające na statek, przeganiane z powrotem przez ten wielki ludzki magazyn i machającą im na pożegnanie Panią Wolność.

Z zamyślenia wyrwała ją awantura na pokładzie. Ktoś żądał, by wniesiono mu do kajuty inkubator dla drobiu, odmawiając przekazania go do ładowni. Do sprzeczki włączył się kogut, próbując pianiem zagłuszyć trzeci gwizd parowca. Korzystając z całego tego zgiełku i zamieszania, jeden z Polaków zaczął obchodzić ludzi z puszką. Zobaczywszy Florence, wysoką, przystojną dziewczynę w szytym na miarę zielonym kostiumie, wziął ją omyłkowo za majętną młodą damę. Podszedł do niej i zaczął się przymawiać o pieniądze, z silnym akcentem gadając coś o zesłańcach bez grosza przy duszy. Jego słowa utonęły w trzepocie lin i portowym zgiełku. Florence wydawało się, że ktoś ją woła po imieniu, lecz głos ojca musiał być halucynacją zrodzoną w zawirowaniach wiatru. Otworzyła torebkę i dała mężczyźnie monetę.

Czuła, że jest już gotowa do wypłynięcia, lecz w tłumie wybuchło nowe poruszenie. Na trapie dziewczyna, może osiemnastoletnia, upuściła okulary i teraz macała wokół, przerywając tę czynność tylko po to, by odpowiadać ze złością ludziom, którym zatarasowała drogę. W krótkowzrocznym spojrzeniu zmrużonych oczu Florence rozpoznała nieugiętą przekorę kogoś, kto nauczył się bezczelnie obnosić ze swą dziwacznością. Zobaczyła dziewczynę przyzwyczajoną do bycia nie na miejscu. Najbardziej jednak uderzył Florence jej wygląd. Dziewczyna mogłaby być nią – może młodszą, niższą i pulchniejszą, lecz pod innymi względami wykazującą cechy niemal rodzinnego podobieństwa. Jej skóra była równie blada, a loki, tylko odrobinę ciemniejsze, miały silny skręt, który Florence nauczyła się poskramiać u siebie z pomocą płukanek i spinek. Ze statku posłano dziewczynie kogoś na pomoc i wkrótce okulary zostały wydobyte spomiędzy desek trapu. Wrzawę zagłuszył ostatni gwizd dobiegający z wysokości statku. Z kominów buchnął węglowy dym, zapuszczono silniki holowników i wreszcie Bremen powoli wycofał się na Hudson.

Stadko mew o czarno obrzeżonych skrzydłach krążyło nad statkiem, pod którym woda burzyła się i rozstępowała. Tłum na nabrzeżu powoli rzedniał, unosząc ze sobą rodzinę Florence. Tylko mewy trzymały się blisko. Frunąc w ślad za Bremen, wznosiły się i opadały w powietrznym tunelu, który wydawał się popychać statek i wszystkich na jego pokładzie kursem nieodwracalnie prowadzącym na nieprawdopodobnie roziskrzony ocean.

***

Następnego ranka żadne drzewa ani budynki nie przesłaniały słońca. Florence usiadła w fotelu pod płóciennym daszkiem rzucającym na pokład ząbkowany cień i poczuła, jak bijący od oceanu chłód przyprawia ją o gęsią skórkę. Wyciągnąwszy okrągłe okulary słoneczne, próbowała czytać kupioną na podróż książkę Czerwona cnota. Relacje międzyludzkie w nowej Rosji Elli Winter, ale styl autorki utrudniał przebrnięcie nawet przez dwie pierwsze strony. Tymczasem o uwagę Florence konkurowała z książką pewna scenka: na najwyższym, przeznaczonym dla pasażerów pierwszej klasy pokładzie promenowała wysoka dama o zapadniętych policzkach i sylwetce wymizerowanego charta, uwieszona na ramieniu znacznie młodszego dżentelmena o ciemniejszej karnacji, który wypomadowane włosy zaczesał do tyłu niczym Rudolf Valentino. Wyprostowany jak świeca, zachowywał wspaniałą wojskową postawę nawet wtedy, gdy towarzyszka gładziła go po ramieniu i wąskimi wargami muskała mu ucho.

– No więc… Co o niej sądzisz?

Florence odwróciła się i napotkała wzrokiem dziewczynę z trapu. Szylkretowe okulary siedziały mocno na grzbiecie krótkiego nosa, nasadzony na kędziory włóczkowy beret przekrzywił się zawadiacko.

– Słucham?

– Ella Winter. Twoja książka. Kolejne popłuczyny po Margaret Mead, jakby mnie kto pytał.

Florence zmarszczyła brwi i zerknęła na okładkę.

– To musiało być dla niej prawdziwe rozczarowanie: odkryć, że jej Rosjanie nie są niepiśmiennymi barbarzyńcami jak Samoańczycy – podjęła dziewczyna bez wstępów.

– Czytałaś to? – spytała Florence nieufnie.

– Wszystkiego, czego potrzebowałam, dowiedziałam się z eseju opublikowanego w „The American”. Wydrukują każde tak zwane osiągnięcie naukowe, o ile tylko wyszło spod pióra pani Lincolnowej Steffens. Tobie się podoba?

Nie było to pytanie, tylko próba zdyskredytowania jej gustu, którą Florence uznała za niezasługującą na odpowiedź. Książka była istotnie zdumiewająco nudna, ale nieokiełznana arogancja dziwnej dziewczyny pchnęła Florence do kontrofensywy.

– A co z Dorothy Thompson? Jej też byś nie przeczytała, bo to pani Sinclairowa Lewis?

– Cóż to za nieuprawnione porównanie? – Dziewczyna klapnęła na sąsiedni fotel. – Thompson jest królową dziennikarzy, a Winter zaledwie kolejną sufrażystką urodzoną dwadzieścia lat za późno.

Oczy dziewczyny, równie niebieskie jak oczy Florence, rozbłysły żądzą dyskusji, którą Florence uznała za irytującą – tym bardziej że sama przejawiała ją niegdyś w nadmiarze. Przeczuwała, że wdanie się w spór z tą istotą cofnie ją do tej wersji siebie, o której usilnie próbowała zapomnieć. Na uczelni i w szkole średniej zdobywała dobre oceny, lecz w głębi ducha wiedziała, że uwielbiani przez nią wykładowcy nie odwzajemniają jej podziwu. Nauczyciel historii pochwalił ją kiedyś w obecności innych uczniów, mówiąc, że jest dziewczyną z gatunku tych, co to „zrąbałyby dąb kijem baseballowym”. Teraz aż się kurczyła w sobie na myśl o tym, jak głucha była na dwuznaczność tej pochwały.

– Dlaczego sufrażystką? – zaciekawiła się z wyważoną nonszalancją.

– Miejsce kobiety z klasy pracującej jest obok mężczyzny z jej klasy, a nie obok kobiety z innej klasy. To podstawy Marksa, o czym Winter wiedziałaby, gdyby tylko chciało jej się zagłębić w jego prace.

– A gdyby tobie chciało się zagłębić w jej prace, dostrzegłabyś, że zauważa, iż zdaniem Marksa ma to zastosowanie jedynie w społeczeństwach, które nie wyeliminowały klasowości. A poza tym nie czytam jej po to, żeby analizować teorię.

– Wiedziałam! Płyniesz do Rosji, tak jak ja. – Dziewczyna wyciągnęła rękę. – Essie Frank.

– Florence Fein.

W ciągu niecałej minuty Florence została ostrzelana pytaniami. Którą klasą podróżuje? Skąd jest? Gdzie chodziła do szkoły? Gdzie ma zamiar się zatrzymać po przyjeździe do Moskwy?

– Hotel Intourist? – W głosie Essie zabrzmiała zgroza. – Oskubią cię. Wszystkich obcokrajowców liczą podwójnie.

Essie zamierzała ulokować się w bursie dla pracowników Instytutu Języków Obcych, gdzie miała już obiecaną posadę.

– Wyjeżdżam z Moskwy, gdy tylko kupię bilet do Magnitogorska – powiedziała Florence z nadzieją, że jej głos zabrzmi tajemniczo, a przy tym jego ton zniechęci Essie do dalszych pytań.

Bremen zawijał po drodze do Kopenhagi, Gdańska i Lipawy, a Florence nie spotkała jeszcze nikogo, kto podobnie jak ona wysiadałby w łotewskim porcie i łapał pociąg do Moskwy. Z wypowiedzi Essie wywnioskowała, że dziewczyna lepiej od niej przygotowała się do podróży, pamiętając o zabraniu dodatkowych zdjęć paszportowych i przedmiotów na handel lub na prezenty. Jej zapobiegliwość podkopała wiarę Florence w przyszłość.

– Magnitogorsk! To aż na Uralu! – wykrzyknęła Essie, którą albo zachwyciła odwaga Florence, albo zdumiała jej lekkomyślność. – Masz tam pracę czy coś?

Florence na próżno szukała odpowiedzi. Sama nie wiedziała, za jakim snem goni: o radzieckim ludzie czy o konkretnym ciemnookim radzieckim człowieku.

W tym momencie z ogólnej sali wyszła na pokład grupka pasażerów. Jeden z mężczyzn zamachał do Essie.

– To twoi znajomi, ci tam? – zaciekawiła się Florence.

Essie wyglądała na zażenowaną.

– Nie, nie… Właściwie wcale nie płynę z nimi… – Naruszywszy prywatność Florence, zdawała się teraz zazdrośnie strzec własnej. – Widzisz, pojawiło się wolne miejsce i w ostatnim momencie udało mi się tanio kupić bilet… Oni wszyscy wysiadają w Gdańsku.

– Och. – Florence znów zerknęła na parę z pokładu pierwszej klasy. Charcica w jedwabnej piżamie z omdlewającym śmiechem przeginała do tyłu długi tułów, a jej opalony i wyfularowany kochanek ściskał ją w talii, jakby chroniąc przed upadkiem na plecy. – Zupełnie jakby pozowali do zdjęcia – zauważyła.

– A przyszłoby ci do głowy, że ona właśnie ucieka przed prasą? – powiedziała nieoczekiwanie Essie.

– Wiesz, kto to jest?

– Wszyscy na statku wiedzą. To Mary Woolford, spadkobierczyni fortuny, która wyrosła na kładzeniu rur i kabli. A to jej nowy Alfonse, argentyński gracz w polo o legendarnych sukcesach. Och, już nie rób takiej zdziwionej miny, przecież widać, że za ciemny na Amerykanina. To jej mąż número tres.

Florence była rzeczywiście zdumiona, ale nie karnacją świeżo upieczonego męża, lecz biegłą znajomością okrętowych plotek, jaką wykazała się Essie.

– Patrz, znów mu poprawia koszulę.

– Pozostaje mieć nadzieję, że mu jej nie zatłuści pomadą – zakpiła Essie.

– Fuj! – pisnęły obie jak na komendę i prawie się udławiły ze śmiechu.

– Znasz to powiedzonko? – wyksztusiła Essie. – Z tyłu klaczka kara, z przodu szkapa stara.

– No, ale on przecież lubi konie – zdążyła powiedzieć Florence, zanim w kolejnym ataku śmiechu obie zwinęły się na fotelach, zupełnie purpurowe na twarzach.

Essie zdjęła rękawiczki i otarła oczy, a Florence uzmysłowiła sobie nieoczekiwanie, że walczy z przemożnym uczuciem sympatii do tej dziewczyny z dołeczkami, które wyglądały, jakby ktoś je wywiercił świdrem.

– Nie patrz! – syknęła Essie, chwytając ją za nadgarstek. – Zaraz nam tu wmaszeruje kilku studenciaków.

Florence obejrzała się za siebie i rozpoznała dwóch młodych ludzi w swetrach z warkoczowym wzorem, którzy od śniadania kręcili się po pokładzie.

– Bardziej uczniaki niż studenciaki – poprawiła, po czym wyciągnęła nogi po kilka cennych dodatkowych centymetrów słońca, pozwalając chłopcom napatrzeć się do woli.

Dwaj młodzi mężczyźni naradzili się półgłosem, po czym podeszli.

– Nie chcielibyśmy przerywać wam rozmowy, dziewczęta – powiedział niższy o pogodnej twarzy i wydatnych uszach – ale kolega jest prawie pewien, że jesteś Normą Shearer.

Nie pierwszy raz słyszała to porównanie z ust chłopaka. Gdy była w dobrej formie, sama dostrzegała w lustrze podobieństwo: głęboko osadzone szaroniebieskie oczy, orli profil, nazywany często majestatycznym, rysy twarzy oscylujące gdzieś między niewinnością a arogancją.

– Jak dla ciebie, skarbie, mogę być i Alem Jolsonem – powiedziała – jeśli tylko masz lucky strike’a. Jak widzisz, skończyły nam się fajki.

Rozochocona morską bryzą odezwała się jak zawołana flirciara.

Młodzik wywrócił kieszenie na wierzch.

– Przykro mi, panno Shearer, żadnego popalania przed turniejem, to rozkaz trenera. Możemy jednak przynieść z restauracji kilka rumaków pustyni…

Przynieśli. I przedstawili się: Jack i Brian, podróżują do Niemiec z klubem tenisowym New Haven na zaproszenie klubu tenisowego Rot-Weiss. Florence paznokciem otworzyła przyniesioną przez nich paczkę cameli i poczęstowała Essie.

– Rosja! No, to naprawdę skok na głęboką wodę – powiedział Brian, kiedy mu zdradziły, dokąd się wybierają. – Zamierzacie wziąć udział w budowie czerwonego raju?

– Owszem – odparła Essie bez cienia ironii.

Chłopcy uśmiechnęli się do niej z zakłopotaniem i odwrócili z powrotem do Florence, która spostrzegła, że za każdym razem, gdy Essie otwierała usta, stawało się coraz bardziej oczywiste, że powiedzenie czegoś, co pozwoliłoby jej utrzymać męską uwagę, zupełnie ją przerasta. Wkrótce chłopcy zmuszeni byli iść na trening (gdzieś w labiryntach okrętu znajdował się pełnowymiarowy kort), lecz wcześniej zapytali, czy po kolacji dziewczęta nie miałyby ochoty na drinka w towarzystwie kolegów z ich drużyny.

– O ile nie będziemy już leżeć w łóżkach – powiedziała Florence, machając im na pożegnanie dłonią z papierosem.

***

Tamtego wieczoru Florence spotkała Essie po drugim dzwonku na kolację na wyłożonym dywanem korytarzu pod Kronprinz Lounge. Omiotła spojrzeniem jej sukienkę, potem buty i wreszcie powiedziała:

– Chodź ze mną.

Przysiadłszy na dolnym łóżku w kabinie Florence, Essie rozejrzała się z nieskrywaną zazdrością.

– I to wszystko masz wyłącznie dla siebie?

– Zwykle nie udaje im się sprzedać wszystkich biletów drugiej klasy. Jaki masz rozmiar buta?

– Sześć i pół. Nas to upakowali po ośmioro w kabinie, a tak naprawdę dziewięcioro, bo jeszcze śpi z nami czterolatek, a ponieważ wszyscy są socjaldemokratami i przez całą noc dyskutują po polsku, oka się nie da zmrużyć.

– Mam tylko w rozmiarze osiem, ale nie szkodzi, wypchamy czymś noski. Masz, przymierz.

Florence podała Essie pantofle i luźną sukienkę z szerokimi, kimonowymi rękawami.

– A co jest nie tak z moimi butami?

– Wszystko dobrze, o ile nie zależy ci na odróżnianiu lewego od prawego, takie są toporne. – Florence zerknęła na sukienkę Essie. – Będziemy musiały podebrać w talii.

Choć Essie nie miała talii, o której w ogóle warto by wspominać.

– Największy problem mam z włosami – wyznała teraz żałośnie. – Przez całą tę sól w powietrzu wyglądają jak ptasie gniazdo. Jakbym miała takie loki jak ty…

– Możesz mieć. Wystarczy je zakręcić rozgrzanymi nożyczkami. Potem ci pokażę. Teraz jesteśmy już spóźnione.

Gracze z New Haven – było ich sześciu – zgromadzili się przy jednym z wysokich stołów w pobliżu baru. W grupie roztaczali budzącą grozę aurę dobrej kondycji. Pojawienie się Essie i Florence nie wzbudziło ich zainteresowania, o ile nie liczyć Briana, który radośnie przyciągnął więcej krzeseł.

– Dwa rickeye poprosimy. – Popukał w szklankę. – Twierdzą, że skończył im się gin, więc delektujemy się bourbonem.

– Trzy rickeye – poprawił zaróżowiony dryblas obok Florence.

– Wypiłeś już tyle, że zaraz zarzygasz nam tu cały pokład, Kip – wtrącił ktoś.

Nieprzekonany Kip uniósł palec na kelnerkę.

– Jedno wam powiem: Puchar Davisa zrobił się za duży – odezwał się młody mężczyzna imieniem Leslie. – Człowiek już nawet własnego nazwiska nie usłyszy. Najwyżej „przewaga Stany” albo „Francja cztery, Anglia dwa”. Dźwigasz na barkach los całego, cholera, kraju.

Florence nie miała najbledszego pojęcia, o czym mówią, więc ucieszyła się, kiedy Brian spytał, czy naprawdę one dwie wybierają się do Rosji.

– A nie wyglądamy? – zapytała.

Kip obrzucił je znudzonym spojrzeniem.

– Francuziki chyba nie czują takiej presji.

– A Niemcy i owszem, mogę cię zapewnić – odparł Leslie. – No i Hitler dyszy im w gardło o tej ich fizycznej wyższości.

– Jak długo mają von Cramma, puchar może być ich. Wystarczy im jeden czempion.

– A który to von Cramm? – zapytała Essie, z opóźnieniem włączając się do rozmowy, ale mężczyźni nie zwrócili na nią uwagi.

– O ile von Cramm w ogóle zagra.

– A czemu miałby nie zagrać?

– On i stary Adolf niespecjalnie się kumplują. W zeszłym roku Cramm nazwał Herr Führera malarzem pokojowym.

– Słyszałem, że Ribbentrop próbował go zwerbować do partii, ale von Cramm wysłał go na drzewo.

– Za wysokie progi, co?

– Nie o to idzie. Ma pretensje, że wykopali mu z drużyny kumpla, Daniela Prenna.

Florence dostrzegła rozbłyskujące w oczach Essie gniewne zrozumienie.

– To obrzydliwe – powiedziała. – To, jak wykluczają żydowskich sportowców.

– Tym Prennem to strzelili sobie w kolano – zauważył Brian.

– Prenn jest niezłym graczem – przyznał Kip – ale nikt nie jest niezastąpiony.

Florence rozważała właśnie ripostę, ale Essie ją ubiegła.

– To dla mnie nie do pojęcia – ciągnęła – jak Niemcy w ogóle mogli uzyskać zgodę na organizację igrzysk, skoro eliminują z nich żydowskich sportowców…

– No po prostu nie do pojęcia! – zakpił Kip bez litości. – Jak Prennowi się nie podoba, to może pójść grać dla kogoś innego.

– Brytole podbiorą go w trymiga.

– Albo Ruscy. To jeden z nich, nie?

– Powinni wywalić Niemcy z rozgrywek – wyrecytowała Essie.

– A więc nie podoba ci się ich polityka? No cóż, a mnie się nie podobają bolszewicy i ich polityka – powiedział ostrzyżony na jeża chłopak ze spiczastym nosem. – Może to ich byśmy wyrzucili? A właściwie, skoro już podjęliśmy temat, to jeszcze tych rozkochanych w kozach Greków, czemu nie?

Essie dała się sprowokować i przypuściła atak po podsuniętej linii rozumowania. Tyle że nikt jej nie słuchał. Nawet Florence wydawała się pinczerkiem wśród dobermanów.

– Gdyby nie to, że wokół sama woda, powiedziałbym, że twoja przyjaciółka wygląda jak ryba wyrzucona na piasek – wyszeptał Brian do Florence, którą własna milcząca zgoda na to, żeby Essie brała baty od gojów, napełniała wstydem.

– Dobra, chłopaki, na dziś już dość tej polityki – powiedział ktoś błagalnie. – Niech sobie to Komitet Olimpijski rozwiązuje.

– Już rozwiązał – powiedział Kip. – Brundage powiedział, że całe to gadanie o żydowskich sportowcach to zwykłe zawracanie głowy.

– A te komitety przecież zawsze tak znakomicie sobie ze wszystkim radzą – wtrąciła Florence, korzystając ze sposobności. Wypiła koktajl do dna i zawiesiła zimne spojrzenie na Kipie. – To nie jest żadne zawracanie głowy, skoro połowa świata domaga się bojkotu.

– Nie połowa świata, tylko kilku żydków i komuchów, którzy chcą nas wpakować w nową wojnę. Dobranoc wszystkim – powiedział Kip, prostując się na swą pełną aryjską wysokość.

– Auf Wiedersehen! – zawołała za nim Florence i chwyciła Essie za rękę, zanim ta zdążyła wypuścić z gorącej czeluści swych ust jeszcze kilka rozżarzonych węgli.

– I tak właśnie wyglądają dziś lojalni patrioci, Florence! Pierwszej wody bigoci wymachujący amerykańską flagą. Oto kto tym wszystkim kieruje i oto dlaczego mam już dość tych wspaniałych Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Florence słyszała wzbierające w nosowych pasażach Essie ciężkie łzy. Odkąd weszły do kabiny Florence, Essie nie zamilkła nawet na chwilę.

– Mnie nie musisz tego mówić – zapewniła pogodnie Florence.

Zastanawiała się, dlaczego konsternacja Essie napawa ją takim optymizmem, i właśnie do niej dotarło, że po raz pierwszy od rozstania z rodziną i wejścia na pokład statku jest absolutnie przekonana o słuszności swojej decyzji. Ameryka nie miała jej nic do zaoferowania.

– Aroganckie wieprze moczące ryje w modnych drinkach i chowające głowy w piasek. Hipokryci miziający się z faszystami, kiedy ci zbroją się przeciw całej Europie. To tacy właśnie ludzie byliby pierwsi do nazwania moich rodziców zdrajcami.

– Nie płacz, Essie. Albo czy mogłabyś przynajmniej zdjąć moją sukienkę?

– Przepraszam. – Essie wytarła nos w gołe ramię, po czym zdjęła sukienkę Florence, odsłaniając dźwigary pożółkłego stanika i majtek. – Och, spójrz na mnie tylko! – wykrzyknęła. – Nie miałam nawet nowych gaci ani elastycznego pasa na tę podróż. Gdyby matka żyła, zabrałaby mnie na zakupy, ale ojca nie chciałam prosić o pieniądze. Och, Florence, nawet nie przyszedł mnie odprowadzić. A najgorsze jest to, że sama jestem sobie winna. Naprawdę. Bo to ja mu powiedziałam, żeby nie przychodził. Nie sądziłam, że posłucha… Nie rób takiej miny!

– Nie robię.

– Myślałam, że przyjdzie mimo wszystko. Tyle że tak paskudnie mu nagadałam. Naprawdę obrzydliwie… Widzisz, mieliśmy być na tym statku wszyscy razem. Ojciec, moja młodsza siostra Lily, no i matka… Och, uznałabyś, że jestem okropna, jakbym ci powiedziała.

– Skarbie, naprawdę nie. – Florence podniosła z podłogi stare ubrania Essie i usiadła obok niej. – Cokolwiek to było, wszystko już za nami.

2

Agnozja

Przez większość życia wołano mnie Julik, choć teraz jestem już Julianem. Mimo że przyszedłem na świat na czarnych brzegach Wołgi, akt urodzenia określa moją narodowość jednoznacznie jako amerykańską. Zaszczyt ten zawdzięczam matce, Florence Fein, która najwyraźniej uznała wówczas, że mądrzej będzie pozwolić im skatalogować mnie jako jankesa niż żydka. W 1943 roku, gdy ważyły się losy wcale nie tak pewnego zwycięstwa nad nazistami, jej decyzję mogła podyktować ta sama logika, dzięki której wszyscy żydowscy chłopcy z mojego pokolenia szli przez życie z nietkniętym napletkiem. Choć może to nie nacierający faszyści budzili obawy Florence, lecz jej radzieccy towarzysze?

Kto to może wiedzieć, do diabła?

Nigdy nie zapytałem o powody jej decyzji i wątpię, by odpowiedziała mi wprost, gdybym mimo wszystko zadał to pytanie. Zatajanie i przemilczanie stało się jej drugą naturą – podobnie jak wielu innych zakochanych bez wzajemności w przegranej sprawie. „Amerykanin” dla „Żyda” okazał się kamuflażem równie użytecznym jak sweterek dla ratlerka, lecz zmienił moje życie pod jednym istotnym względem: nadał wyraźny kształt (granic państwa, można by powiedzieć) mojemu poczuciu odrębności. Może dziś, kiedy dziecka nie może spotkać los gorszy od bycia zwyczajnym, nie ma w tym nic zasługującego na uwagę, ale za moich czasów, kiedy skromna, nierzucająca się w oczy prezencja była użytecznym dobrem, amerykańskość okazywała się piętnem czyniącym ze mnie odmieńca i arystokratę. Nawet w państwowym domu dziecka, w którym przerażeniem napełniała mnie myśl o tym, że inni wychowankowie mogliby dowiedzieć się o mojej odmienności, upajałem się pełną goryczy dumą z sekretnych związków łączących mnie z seledynową częścią mapy, o której nauczyciele wypowiadali się z taką nabożną pogardą.

Dopiero gdy w 1979 roku postawiłem stopę na amerykańskiej ziemi, doznałem na powrót raptownego przeobrażenia w jeszcze jednego radzieckiego skarbeńka. Uprzejma konsternacja na twarzach klientów kazała mi się domyślać, że angielski, którym posługiwałem się (głównie w myślach) od czasów dzieciństwa, jest dla nich równie zrozumiały jak mandaryński. Chciałbym sądzić, że podczas trzech dekad przeżytych w roli obywatela amerykańskiego poczyniłem znaczne postępy na polu odzyskiwania ojcowizny. Piwo piję schłodzone. Nici dentystycznej używam regularnie. Napiwki zostawiam przynajmniej piętnastoprocentowe. Nie sposób dociec pochodzenia mojego akcentu. Gdy muszę wybrać się z powrotem do Rosji, z zadowoleniem stwierdzam, że byli krajanie widzą mnie głównie przez pryzmat mojego granatowego paszportu.

Ale po co ja tam w ogóle jeżdżę? Najprostsza odpowiedź brzmi: ponieważ zostałem zatrudniony w firmie, która dla poprawy stosunków dwustronnych i ugruntowania przyjaźni między naszymi wielkimi narodami uczyniła więcej niż dekady rozmów pokojowych i wszystkie traktaty o nierozprzestrzenianiu razem wzięte. Mówię o Wielkiej Nafcie. Przez ostatnie cztery lata pracowałem dla jednego z sześciu koncernów naftowo-gazowych, których waszyngtońskie biura zaciskają się ciasnym kręgiem (ktoś mógłby powiedzieć: pętlą) wokół stolicy naszego kraju. Moją osobistą domeną są lodołamacze – te tysiąctonowe megalozaury, które przegryzają się przez lodowce, żebyśmy mogli tankować baki osadem z paleozoicznych cmentarzy. Teraz, gdy kilka takich cmentarzy odkryto w rosyjskiej części Arktyki, nie narzekam na brak pracy. Co kilka miesięcy pakuję poliwęglanową walizkę marki Rimowa i wsiadam na pokład niewyspańca do Moskwy. Rankiem przechodzę kontrolę na Szeremietiewie i lustrowany milczącym spojrzeniem celniczki z bezmierną wzgardą porównującej moją twarz ze zdjęciem paszportowym przypominam sobie, że w Rosji, podobnie jak każdy obywatel, jestem nikim. Za to odświeżające upokorzenie jestem sowicie wynagradzany.

Mogłoby się zdawać, że pieniądze są jedynym powodem, dla którego tam wracam, ale to nie tak. Rzeczą, na którą liczę najbardziej, jest możliwość spotkania z Lennym, moim synem, który od dziewięciu lat goni za szczęściem w Moskwie. To odpowiednie słowo: goni. Jest kilka spraw, o których mi nie powiedział, a o których – tak się jakoś złożyło – wiem. Ale przekonanie go, żeby przestał topić pieniądze w Rosji i wrócił wreszcie do domu, okazało się trudniejsze niż wydobycie z tego kraju przed trzydziestoma laty mojej matki. W naszej rodzinie zawziętość i żądza podróżowania to cechy homologiczne. Gdyby Florence żyła, z pewnością zaimponowałby jej upór Lenny’ego. Jej nieugiętość była arcydziełem godnego protestu, równie monumentalnym jak jeden ze strajków głodowych Gandhiego. Kiedy w 1978 roku przygotowywaliśmy się do wyjazdu z kraju, nie tylko nie zgodziła się wyemigrować z całą resztą rodziny, lecz w ogóle odmówiła wymawiania słowa „Stany”. Dopiero gdy w oczy zajrzało jej widmo niepełnosprawności, zaczęła nieśmiało, jakby na próbę, podnosić ten temat. „Czy nadal zamierzacie wyjechać do… tamtego miejsca?” Tak to ujmowała. Tamto miejsce. Kilka lat temu przeczytałem o urazie neurologicznym, który dotyka czasem ofiary udaru. Osoba cierpiąca na tę przypadłość potrafi, spojrzawszy na żarówkę, nazwać jej części składowe: włókno, żarnik, bańka, potrafi opisać jej kształt i właściwości, ale za całe złoto Arabii nie zdoła jej wkręcić i włączyć. Oficjalna nazwa tego schorzenia to agnozja, od greckiego słowa oznaczającego nieświadomość. Zmysły są nienaruszone, nie dochodzi do utraty pamięci, po prostu człowiek traci zdolność rozpoznawania, co jest czym. Często zastanawiałem się, czy podobna zmora nie dopadła mamy.

Może byłbym dla niej bardziej wyrozumiały, gdyby była jeszcze jedną zwyczajną Rosjanką dotkniętą narodową odmianą syndromu sztokholmskiego zwaną patriotyzmem? Ale nią nie była. Była Amerykanką. Więcej: dorastała na obsadzonej wiązami Flatbush Avenue na Brooklynie, w Erasmus Hall High dyskutowała na lekcjach o komentarzach do konstytucji Stanów Zjednoczonych, jako jedna z pierwszych studiowała matematykę na koedukacyjnym wydziale Brooklyn College, nastawiała odbiornik na Pogadanki przy kominku Roosevelta i patrzyła, jak James Cagney całuje Jean Harlow w filmach Paramountu. Choćby nie wiem jak udawała, że tego wszystkiego nie pamięta, nigdy nie dałem się przekonać, że całe to nowojorskie wychowanie można usunąć z głowy ot tak, jak łuszczącą się farbę. I nawet teraz upieram się, że kiedyś musiała wiedzieć, jak pachnie wolność.

3

Brooklyn

Była gotowa zrobić wszystko, wyjechać dokądkolwiek, byle tylko uciec z Flatbush i rozpocząć życie, które miałoby jakiś sens, jakąś wagę i które musiało przecież istnieć gdzieś poza granicami Brooklynu, obszaru podobnie jak Polska czy Irlandia skazanego na funkcjonowanie po wieczność w cieniu władzy silniejszego.

Będąc w klasie prymuską, postawiła sobie za cel dostać się po ukończeniu Erasmus Hall do jednego z uznanych prywatnych college’ów żeńskich, gdzie miała spędzić cztery lata wśród niekonwencjonalnych młodych kobiet o rozbudzonej ciekawości świata. Jej wiara w to, że ojciec sfinansuje ten plan, mówiła wiele nie tyle o jej poczuciu własnej wartości, ile o sprawności Solomona Feina w ukrywaniu przed rodziną oczywistej sytuacji finansowej. Pierwszy rok w Hunter College upłynął Florence w dużej mierze na godzeniu się z tym rozczarowaniem. Tymczasem w październiku, na samym początku drugiego roku studiów, nastąpiło załamanie rynków giełdowych i jej rozgoryczenie ustąpiło miejsca radosnemu niedowierzaniu: mogła uczęszczać do college’u za darmo. Rok później nastąpił kolejny nieoczekiwany zwrot: brooklyńska filia Huntera połączyła się z City College of New York i została wydzielona w postaci Brooklyn College, pierwszego publicznego kampusu koedukacyjnego w mieście. Określenie „kampus” było nieco na wyrost: nieposiadająca jeszcze własnych budynków uczelnia wynajmowała sale w pięciu różnych biurowcach w niespokojnej dzielnicy biznesowej otaczającej Borough Hall. Uskakując przed tramwajami i pokonując tor przeszkód, jakim była Fulton Street, Florence szybko odkryła kawiarnie i kafeterie śródmieścia Brooklynu, gdzie na kanapki z peklowaną wołowiną wpadały gromady prawników z pobliskich sądów i kędzierzawych studentów tworzących jeśli nie mózg, to w każdym razie bliską mu synapsę ruchu studenckiego. Wcześniej nie miała pojęcia, że w ogóle istnieje coś takiego jak ruch studencki. A oto proszę, dyskutowali o wyższości Lenina nad Marksem i Stalina nad Trockim, a właściwie nie tyle dyskutowali, ile wrzeszczeli na siebie przez długi drewniany stół, wymachując kromkami razowca. Początkowo onieśmielali ją ci chłopcy z New Utrecht High, którzy czytali Strike Strategy Williama Fostera i wiedzieli, jak założyć komitet, jak wydrukować broszurę i jak się zorganizować. I kiedy uczniowie Erasmus Hall ćwiczyli na zajęciach z wychowania obywatelskiego dyskusje jeden na jednego, chłopcy z Bensonhurst ogłaszali bojkoty mleczne, by zaprotestować przeciwko skokowym podwyżkom cen obiadów w uczelnianej kantynie.

Wydało jej się nagle szaleństwem, że w ogóle brała pod uwagę uczęszczanie do college’u, w którym dziewczętom zależało głównie na otrzymaniu papierka, a nauczyciele próbowali stać na straży ich zachowania i moralności. W Brooklyn College dziewczęta były równie wojownicze jak chłopcy: nosiły krótkie włosy, workowate sukienki, sandały na bosych stopach i pukały do drzwi irlandzkich gospodyń domowych, by przekonywać je do stosowania środków antykoncepcyjnych. Były też bojowe w inny sposób, którego Florence nie potrafiła jeszcze naśladować. Z błogosławieństwem ich świętej patronki, anarchistki Emmy Goldman, rozstawały się swobodnie z cnotą, by nie popełnić powszedniejszego grzechu handlowania nią zgodnie z zakłamanymi regułami kapitalizmu.

Florence co tydzień zatrzymywała się przed uczelnianą tablicą ogłoszeniową, by uważnie przestudiować dział ogłoszeń o pracę. W ogłoszeniu mogło być napisane: „praca niepełnoetatowa dla absolwenta wydziału fizyki”, lecz kiedy ona, absolwentka wydziału matematyki, chciała poznać szczegóły, okazywało się, że praca nie ma żadnego związku ani z fizyką, ani z chemią, ani z astronomią, lecz polega na ciąganiu pojemników na śmieci albo zgarnianiu rozmokłego śniegu. Administracja przyporządkowywała oferty pracy do wydziałów, żeby nie ubiegał się o nie cały college.

O pracy w Amtorgu dowiedziała się od wykładowcy, któremu od czasu do czasu sekretarzowała. Powiedział jej, że pewna organizacja mieszcząca się w północnej części miasta poszukuje sekretarki z głową do liczb.

– I znasz też trochę rosyjski, prawda? To może okazać się przydatne.

To ojciec uparł się, żeby studiowała matematykę, bo przecież branża ubezpieczeniowa wychodziła bez szwanku z największych gospodarczych sztormów. Florence była jednak prawie pewna, że praca polecona jej przez wykładowcę nie miała nic wspólnego z towarzystwem ubezpieczeń na życie, w którym Solomon Fein przepędzał dnie jako aktuariusz.

– Radziecka misja handlowa? – W pamięci zamajaczyły jej jakieś doniesienia prasowe na jej temat. Odkąd Stany nie uznały rządu bolszewików, działała ona de facto jako ambasada. – A czy to nie są głównie… szpiedzy? – zapytała niepewnie.

Profesor, stary siwy postępowiec woniejący tytoniem i mentolem, usilnie starał się nie okazać rozczarowania.

– Byłem do tej pory przekonany, że nie jesteś czytelniczką żółtej prasy, Florie. W każdym razie dział kontraktów obsadzony jest głównie przez Amerykanów. A jeśli obawiasz się, że poproszą cię o przedstawienie legitymacji partyjnej, to obawiasz się niepotrzebnie: żadnemu Amerykaninowi pracującemu w Amtorgu nie wolno być czynnym komunistą. To zbyt drażliwe kwestie dyplomatyczne. Zajmują się głównie sporządzaniem kontraktów importowo-eksportowych dla firm sprzedających do Rosji traktory, samochody, wyposażenie fabryk i tak dalej.

– Sądziłam, że nie robimy interesów z bolszewikami.

I znów wykładowca obdarzył ją smutnym uśmiechem.

– Podczas wojen napoleońskich statki pływały po kanale La Manche, przewożąc towary z Francji do Anglii i z powrotem. I to wszystko działo się w czasie, gdy oba kraje uwikłane były w krwawy konflikt. A czy my jesteśmy w stanie wojny z Rosjanami?

Radziecka misja handlowa – znana pod nazwą Amtorg – miała swą siedzibę na szykownej Piątej Alei, podtrzymując pozory legalności jako spółka akcyjna stanu Nowy Jork. W kręgach dyplomatycznych było jednak tajemnicą poliszynela, że zatrudnieni w niej Amerykanie – łącznie ze Scoopem Epsteinem, szefem Florence – przyjmowali polecenia bezpośrednio z Moskwy. Jeśli nawet było tak naprawdę, Florence nigdy by się tego nie domyśliła z przemówień, jakie Scoop wygłaszał podczas wystawnych lunchów w dzielnicy finansowej do menedżerów amerykańskich przedsiębiorstw handlu zagranicznego. Nie mówił o międzynarodowym proletariacie, ale o tym, jak to „Związek Radziecki uświadomił sobie wartość amerykańskiej technologii i wydajności”. Opowiadał amerykańskim biznesmenom o milionach rosyjskich chłopów, którzy nigdy nie słyszeli o Rykowie czy Bucharinie, lecz wszyscy co do jednego znali nazwisko Henry’ego Forda. Nie umknęło uwadze Florence, że chociaż amerykański rząd nadal odmawiał oficjalnego uznania Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, amerykańscy biznesmeni ochoczo dostarczali swym świeżo wzbogaconym bolszewickim klientom stal, zbrojenia, tokarki, łożyska wałeczkowe i traktory. Amerykańscy klienci nie mieli czym płacić.

W Amtorgu była ledwie sekretarką, ale nużącą pracę rekompensowało jej podniecenie wywołane bliskością obracających się trybów władzy. Tutaj nawet jej skromne działania jawiły się jako doniosłe. Wykreślanie kontrowersyjnych paragrafów z umowy na dostawę na Ural dziewięciu tysięcy ton stali wydawało się aktem większej wagi niż wszystkie te wściekłe pohukiwania dziesiątek kawiarnianych towarzyszy. W ciągu jednego tygodnia zdarzało jej się w imieniu rosyjskiej fabryki AMO złożyć w Toledo Machine and Tool Company zamówienie na prasy do tłoczenia na zimno warte sto tysięcy dolarów, w Greenlee Company w Rockford w stanie Illinois zamówienie na automaty tokarskie wielowrzecionowe i jeszcze zadzwonić do Hamilton Foundry and Machine Company z Ohio, żeby podjęli rozmowy w sprawie kontraktu na asystę techniczną, dzięki której Rosjanie zdołaliby wyprodukować dwieście tysięcy ram podwozia dla nowego modelu samochodu ZiS.

Teraz, uwolniwszy się od przekleństwa uczelnianych stołówek, gotowa była przyznać, jak niewiele przyjemności sprawiało jej całe to rozemocjonowane pustosłowie. Całe to gadanie o zmiażdżeniu burżuazyjnej machiny państwowej obrażało jej szacunek dla dyscypliny i ciężkiej pracy. Pragnienie obalenia starego porządku wydawało się bezcelowe, skoro można się było przyczynić do budowy nowego. W pragmatycznym spokoju, jaki przenikał chaos zabieganego biura, wyczuwała przedziwną radość świata zrzucającego posiniaczoną skórę i dopuszczającego ją do jakiegoś wewnętrznego sanktuarium, do komnaty, w której miarowy zgrzyt i szum telefaksów i maszyn do pisania przypominał przytłumiony pomruk serca pompującego krew potężnym układem arterii.

Scoop Epstein, okrągły pięćdziesięciolatek o pucołowatej chłopięcej buzi, łączył w sobie mnóstwo przeciwstawnych cech: był hojny, a jednocześnie szczwany, chełpił się swymi koneksjami, a jednocześnie wielbił swą młodą asystentkę, zabierając ją czasem na spotkania z finansistami z Manhattanu i przemysłowcami z Indiany. Zanim jednak zabrał Florence na pierwszy lunch na Wall Street, bez ogródek wypowiedział się na temat jej nóg.

– Będziemy musieli poszukać ci jakiegoś innego stroju. Wełniane pończochy się nie nadają.

– Ale jest jeszcze zima! – zaprotestowała.

– Czyżby? Musiałem nie zauważyć. Masz naprawdę urocze nogi, Florence. Mogę być z tobą szczery? Wełniane pończochy są dobre dla zakonnic i przekupek. Nic w tym złego, że dziewczyna się atrakcyjnie ubierze.

Odczytawszy szczerość Scoopa nie jako przyganę, lecz dyskretną poradę mentora, przeszła za nim tamtego ranka z Piątej Alei do hurtownika na Siódmej, który okazał się jego kuzynem. Gdy stanęła na niewielkim podwyższeniu, ten drugi, cichszy Epstein zmierzył ją w talii taśmą, po czym przesunął wprawnymi palcami pod jej biustem i wokół szczupłych bioder, dopasowując do jej figury sztywną tkaninę. Jej nowa garderoba obejmowała filcowy żakiet z aksamitną lamówką, ołówkową spódnicę z wysokim stanem, kremową bluzkę z jedwabnej krepy i drugą, z morelowej satyny. Cena tych ubrań – po dużym rabacie – miała zostać potrącona z jej pensji. Florence, obejrzawszy w lustrze swoje nowe wcielenie, doświadczyła zaskakującej przyjemności ujrzenia w końcu prawdziwej siebie.

– Piękna – zapewnił ją Scoop.

– Ha. Na kampusie by mnie ukrzyżowali, gdybym pojawiła się w takim stroju.

– Ludzie, z którymi się spotykamy, nie oczekują lunchu z działaczką społeczną.

– Czuję się jak flama jakiegoś bankiera – powiedziała nękana podziwem dla samej siebie i obróciła się bokiem. Z profilu prezentowała się jeszcze korzystniej.

– Florie, kochanie, jeśli masz zamiar afiszować się ze swoimi poglądami politycznymi, to naprawdę dalej zajdziesz w ładnej bluzce.

Ale w domu mama powiedziała:

– Myślisz, że w takich ubraniach jesteś kimś wyjątkowym? Przeciwnie, jesteś w nich pospolita jak kurz.

Rodzice wiedzieli, dla kogo pracuje, i nie aprobowali tego, lecz ponieważ jej starszy brat stracił pracę, a jego żona spodziewała się dziecka, nie mogli jej namawiać, by złożyła wymówienie. Tylko czasem dobiegały ją wieczorami odgłosy kłótni ojca z matką. W końcu to Zelda wypchnęła jego Florie w świat, żeby zarabiała na życie – do pracy, ze wszystkimi jej moralnymi zagrożeniami! I po co? Nie mieli co do garnka włożyć? On był od początku przeciwny. W obecności Florence wypowiadał się oględniej.

– Florie, do czego ci potrzebni tacy ludzie? To węże w ludzkiej skórze. Dziewczyna z taką głową jak twoja… Nie miałaś jeszcze pięciu lat, jak nauczyłaś się czytać i pisać – przypominał jej. – A pamiętam, jak w pierwszej klasie rodzice przyszli do szkoły, żeby posłuchać, jak dzieci recytują wiersze. Potrafiłaś zadeklamować nie tylko swój, ale i wszystkie inne. Podpowiadałaś szeptem dzieciom, które zapomniały, co mają mówić. Wykułaś całe strofy na pamięć.

Zaoferował pomoc w znalezieniu jej posady w firmie, w której sam pracował, ale w tamtych czasach, gdy Metropolitan Axe wylał właśnie jedną czwartą agentów ubezpieczeniowych, oboje wiedzieli, że dziewczyna, nawet z dyplomem matematyka, będzie najwyżej parzyć kawę i spisywać dyktowany jej tekst. W całej tej sytuacji to nie pogarda matki, lecz niezmordowane pochwały ojca i jego uparta wiara w jej wyjątkowość rozwścieczały ją najbardziej.

Niewysoka pensja Florence nie wystarczała, by zatkać dziurę w cieknącej zaporze zmian zachodzących na Beverly Road. Któregoś wieczoru siedzącą w kuchni dziewczynę odciągnął od lektury dźwięk ustawianych w jadalni talerzy. Gniewne ciskanie się po pokoju krzątającej się matki kazało jej nadstawić uszu, ale to głos ojca usłyszała jako pierwszy.

– Nie powiedziałaś jej jeszcze?

– Powiedziałeś, że po Rosz Haszana.

– A po Rosz Haszana jest Jom Kippur, a potem…

– Tak, Sol, potrzebuję w tych tygodniach pomocy! Myślisz, że twoja córka ugotuje dla wszystkich twoich krewnych?

– Dobrze, ale musimy uprzedzić tę kobietę od razu. Inaczej się nie godzi.

Szczękanie ustało.

– Nie wiem, co sądzić o całym tym pomyśle, Sol.

– Kiedyś radziliśmy sobie bez służącej. Teraz, gdy dzieci są duże, przychodzi tylko trzy dni w tygodniu.

Florence odłożyła jabłko. Kęs boleśnie stanął jej w gardle, gdy zorientowała się, że mówią o Sissy, starej niani, która ledwie kilka miesięcy wcześniej chętnie wysłuchiwała przy myciu podłogi kwestii Dydony, którą Florence ćwiczyła do szkolnego spektaklu.

– Nie mam dwudziestu lat – dobiegł ją zza drzwi głos matki. – Nie możesz ode mnie oczekiwać, że będę szorować te schody na kolanach.

– Florie może ci pomóc.

– Florence? Florence nie potrafi nawet wykręcić szmaty. Nie pozwoliłeś jej tu palcem ruszyć, o nie, broń Boże! Nie zawracaj Florie głowy, przecież czyta, daj się dziewczynie uczyć.

– No dobrze – powiedział ojciec pojednawczo. – Jeśli nie chcesz wymówić Sissy, możemy przestać płacić na synagogę.

– Czyś ty rozum postradał?

– I tak tam rzadko chodzimy.

– Sidney ma w kwietniu bar micwę.

– Może ją mieć w ośrodku kultury. Przynajmniej tamtejszy rabin nie utrzymuje trzech pomocników piszących mu mowy, kiedy on sam wyjeżdża pograć w golfa.

– Na jakich niewdzięczników byśmy wyszli, Sol, po tym, jak kantor Kleiner tak ciężko pracował z Sidneyem nad jego jąkaniem się?

Sol zamilkł. W tym milczeniu Florence usłyszała wszystkie zastrzeżenia ojca do zinstytucjonalizowanej religii w ogóle, a do ambitnej wspólnoty Midwood w szczególności. Jako aktuariusz, który poświęcił lata pracy na zestawianie w tabelach najbardziej znaczących wydarzeń ludzkiego życia – urodzin, ślubów, wypadków, chorób, wreszcie śmierci – Sol nie wierzył w Boga Abrahama silniej niż w Boga grającego w oczko. Lecz Żyd ateista był mimo wszystko Żydem, więc odparł:

– Tylko do kwietnia, Zeldo.

Zelda wymówiła Sissy tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Pudełko po butach z pozostawionymi przez Sissy przedmiotami wręczyła Florence i poprosiła, by córka nadała je pocztą. Pudełko było wstrząsająco lekkie. Niewiele w nim było: para bakelitowych grzebyków do włosów, kieszonkowa Biblia opieczętowana stemplem „służba czynna” z 1914 roku i chustka na głowę z chińskiej krepy. Może to roztaczana przez te przedmioty aura pustelnictwa, a może wciąż jeszcze unoszący się nad chustką zapach olejku do włosów z bergamotki, woń niedawnego jeszcze dzieciństwa, powstrzymały Florence od natychmiastowego ich odesłania. Tym jednak, co poczuła, trzymając osierocone przedmioty w dłoniach, były wyrzuty sumienia i solidarność tak silna i zdumiewająca, że aż jej zaparło dech. Rodzice wyszli z wizytą do Harry’ego w Riverdale, a Sidney ubierał się na lekcje Haftory. Poprawiając kołnierzyk, chodził za Florence z pokoju do pokoju, trajkocząc o nowym składzie Cardinalsów.

– Bez sensu, że sprzedali Grimesa Cubsom – narzekał z przenikliwością amatora. Odkąd Jankesi zmiażdżyli jego ukochanych Dodgersów, wierzył, że nadszedł czas, by za to wreszcie zapłacili. Jedynym zespołem w lidze, który miał szansę pobić Jankesów, byli Cardinalsi, ale oni obrali fatalną strategię. – Eliminują starych wyjadaczy z niższych lig i atakują weteranów z klubów farmerskich. Zyskają kilka łatwych zwycięstw, ale tak się nie buduje zespołu.

Z włosami przyklejonymi do czaszki, jakby go krowa przylizała, potruchtał za Florence na dół po schodach. Nieustanna paplanina brata zwykle ją bawiła; myślenie i mówienie nie stanowiły dla Sidneya czynności odrębnych, lecz jeden obrotowy mechanizm. Tego jednak ranka jego gadanina huczała jej w uszach jak syrena przeciwmgielna. Włożyła paczkę dla Sissy do torby z książkami i zaciągnęła paski.

– Dokąd idziesz?

– Odesłać Sissy jej rzeczy.

– To nie może ich sobie zabrać, jak wróci?

Florence milczała wystarczająco długo, by odwrócić się i spojrzeć na brata. Matka mu nie powiedziała?

– Gdzieś ty był, Sidney? Ona nie wróci.

– Co to znaczy: nie wróci?

– Mama ją zwolniła. Jak sądzisz: dlaczego przestała przychodzić?

– Myślałem, że ma wakacje. Tak jak my.

– Wakacje? – Florence przetrząsnęła torbę w poszukiwaniu świstka z harlemskim adresem.

– Zrobiła coś, co mamę rozzłościło?

– A czy ty czasem nie powinieneś się przygotować na zajęcia w chederze?

Sidney jednak nie rezygnował.

– Ukradła coś?

– Nie, idioto! Skąd ci to przyszło do głowy?

– Nie wiem. Dlaczego mama ją zwolniła?

– Bo już nas nie stać na pomoc domową, capisci? A może nie zauważyłeś? Harry nie ma pracy, a my musimy do końca roku płacić składki na synagogę, żebyś mógł stanąć przed wszystkimi na dziesięć minut i wyjąkać trzy wersety Tory.

Nie spodziewała się, że na jego twarzy odmaluje się tak głęboka zgryzota. Zielonkawy brąz jego oczu jakby się roztrzaskał, niczym szklana buteleczka na leki.

– To nie moja w-w-wina! Ja w-w-w ogóle nie chcę tego robić!

Prawie na nią krzyczał.

– Za późno, lemingu. Zrobią z ciebie mężczyznę, czy ci się to podoba, czy nie, nawet gdybyśmy przez okrągły rok mieli jeść rzepę. – Może poinformowanie go o tym w ten sposób było podłe, ale zasługiwał, by usłyszeć prawdę. – Idę do pracy, wrócę na kolację – powiedziała, kładąc dłoń w rękawiczce na jego głowie gestem, który miał wyrażać czułość.

Nawet nie drgnął, więc nie pozostało jej nic innego, jak porzucić go niczym oklapłą szmacianą lalkę i wyjść na zimny lutowy poranek.

Otworzyła gabinet szefa, licząc na chwilę samotności, tymczasem zastała Scoopa z nogami na biurku, przewracającego świeże strony „Daily Workera”.

– Wcześnie wróciłeś!

– Na to wygląda.

Nie było go cały tydzień; podróżował wagonami sypialnymi po Środkowym Zachodzie, pośrednicząc w zawieraniu kontraktów z producentami stali. Teraz zdjął nogi w skórzanych butach z rogu blatu i powiedział:

– Wiesz, co uwielbiam w Ameryce? – Posłał uśmiech w stronę wiatraka pod sufitem i zacytował Whitmana: – „Jestem olbrzymi, zawieram tłumy”1.

Opowiedział Florence, jak to zatrzymał się na stacji gdzieś w Ohio i obserwował, jak z obozu namiotowego po drugiej stronie torów wyłoniła się kobieta z dzieckiem. Przeprowadziła chłopca ostrożnie po deskach, żeby mógł przykucnąć i się załatwić, a potem, zerknąwszy na wagon, uniosła spódnicę i przykucnęła obok, buntowniczo wystawiając na widok pasażerów swoją kościstą pupę. W opowieści Scoopa Florence usłyszała uwielbienie dla bezbrzeżnej wzgardy, jaką ściągnęła na siebie jego ukochana Ameryka.

Rzucił „Daily Workera” i ułożył palce w piramidkę.

– Florence, mam dla ciebie propozycję – zaczął.

Grupa radzieckich inżynierów przyjeżdżała na osiem tygodni do Cleveland, by szkolić się z budowy stalowni w firmie inżynieryjnej McKee and Co. Delegacja miała przybyć w połowie czerwca. Mężczyźni potrzebowali tłumaczki i pośredniczki.

– Oboje wiemy, że jesteś zmęczona rolą zwykłej sekretarki.

– Chcesz, żebym pojechała do Cleveland?

– Otrzymasz nowe stanowisko, skarbie. – Ułożył palce niczym ramkę wizytówki. – Koordynator współpracy gospodarczej.

– Ależ, Scoop, ja pojęcia nie mam o stalowniach! A po rosyjsku mówię ledwo, ledwo.

– Część z nich zna angielski. I nie potrzebują kolejnego inżyniera, tylko kogoś, kto pomoże im opanować praktyczne aspekty życia w Stanach Zjednoczonych i nie pozwoli wpakować się w kłopoty.

Zastanowiło ją, jak konkretnie miałaby zapobiec wpakowaniu się grupy dorosłych mężczyzn w kłopoty, lecz nie chciała tym pytaniem podkopywać wiary Scoopa w jej kwalifikacje. Zapytała więc tylko:

– Gdzie miałabym mieszkać?

– Umieścimy cię w oddzielnym lokum.

– We własnym mieszkaniu?

– Jasne. O ile sobie tego życzysz.

– Nie wiem, co na to rodzice. Tak daleko i w ogóle.

Scoop rozłożył ręce.

– Florie, wiemy oboje, że drzwi tej misji handlowej nie będą otwarte wiecznie. Powstanie prawdziwej ambasady w Waszyngtonie jest tylko kwestią czasu. Roosevelt nie jest Hooverem i wie, że bolszewicy nie znikną. A mądra dziewczyna z praktycznym doświadczeniem w dyplomacji… – wymownie uniósł brwi – …mogłaby być użytecznym pracownikiem. Realną kandydatką do pracy w ambasadzie.

Powstało pytanie – co Florence uzmysłowiła sobie, wracając na Brooklyn, uczepiona górnego uchwytu w tramwaju – jak przekazać tę wiadomość rodzicom. Nawet gdyby zdołała ich przekonać, że matkowanie sześciu obcokrajowcom jest uczciwym zajęciem dla dwudziestotrzyletniej dziewczyny, nawet gdyby udało jej się wymyślić jakiś zgrabny pozór tuszujący polityczny charakter tej pracy i pozwalający rodzicom sądzić, że zajmuje się zwykłą księgowością – nawet wówczas Sol i Zelda z pewnością zajęliby się jej zakwaterowaniem. Telefony u wiernych uczęszczających na nabożeństwa do synagogi Midwood dzwoniłyby tak długo, aż rodzice znaleźliby rodzinę mającą w Cleveland godnych zaufania krewnych, którzy mogliby umieścić ją w wolnym pokoju i czuwać nad jej prowadzeniem się in loco parentis. Ale jaki miała wybór? Sama pensja nie zapewniała jeszcze dziewczynie niezależności.

Zanim dotarła na Flatbush, niebo nad wiązami przybrało odcień fioletu. Kuchennymi drzwiami wsunęła się do środka. Słysząc dobiegające z jadalni głosy rodziców, przygotowała się do obrony planu wyjazdu do Cleveland. Ale w pokoju był z nimi ktoś jeszcze: ktoś, kogo znajomy moralizatorski ton wyrażał oburzenie.

– Rozumiemy, że niektórzy chłopcy w tym wieku mogą nieroztropnie reagować na co drażliwsze zagadnienia Tory: prawa związane z czystością ciała, wydzielinami i tak dalej, i tak dalej…

Florence uchyliła drzwi na milimetr i zobaczyła siedzącego przy stole rabina Soffera, który wielką dłonią ściskał kościste ramionko Sidneya.

– Jest miejsce na żarty, ale oczekujemy również, że chłopcy wykażą się pewną dojrzałością, zwłaszcza biorąc pod uwagę istotne przygotowania do wejścia w żydowską dorosłość.

– A co dokładnie Sidney powiedział na zajęciach, rabbi? – zapytał jej ojciec ostrożnie. – Synu?

Oskarżony milczał.

– Szmuelu? – ponaglił rabin, zwracając się do Sidneya jego hebrajskim imieniem. Przyprowadziwszy chłopca przed oblicze sprawiedliwości, wydawał się działać w zastępstwie rady, próbując przekonać Sidneya, że jeśli tylko wyrazi skruchę, wszystko zostanie mu przebaczone. Sidney zdecydował się jednak skorzystać z piątej poprawki.

– Powiedział chłopcom, że „koszerna” kobieta to taka, która czeka trzy godziny po wyjściu rzeźnika, zanim, ehm – rabbi odchrząknął – zaangażuje się w związek z mleczarzem.

Rozbawiony ojciec Florence mimowolnie prychnął nosem.

– Pojęcia nie mam, rabbi, gdzie on to mógł usłyszeć.

– Nie ma znaczenia, czy usłyszał to w domu, czy na ulicy…

– W domu na pewno nie – zaprotestowała Zelda.

– Rabbi, on jest zwykle dobrym, okazującym szacunek chłopcem – powiedział Sol. – Nie wiem, co w niego wstąpiło.

Florence zabolał widok przesłuchiwanego brata. Wiedziała doskonale, jaki ten dzieciak potrafi mieć cięty język, ale wiedziała też, że zwykle starczało mu rozumu na tyle, by nie opowiadać takich żartów w zasięgu słuchu nauczycieli. Niezauważona, na palcach weszła po schodach do swojego pokoju. Wkrótce usłyszała, jak rodzice, raz po raz przepraszając, odprowadzają rabbiego do drzwi. Gdy się za nim zatrzasnęły, cały swój gniew wylali na Sidneya.

Podeszła cicho do łóżka, położyła się i zacisnęła powieki, by odgrodzić się od dobiegających z dołu krzyków. Obudziła się pół godziny później i zobaczyła pochyloną nad sobą twarz matki.

– Powiedziałaś Sidneyowi, że Sissy odeszła z jego winy?

Florence usiadła.

– Powiedziałaś bratu, że z powodu jego przygotowań do bar micwy będziemy przez okrągły rok jedli rzepę?

Twarz Zeldy, jej wąskie wargi i małe niebieskie oczka były wprost stworzone do okazywania rozczarowania.

– Chodziło mi o to, że musimy zacisnąć pasa. Sama słyszałam, że tata tak mówił.

– O co ci chodziło, tego nie wiem. Wiem, że to dziecko słucha wszystkiego, co mówisz. Robi, cokolwiek mu powiesz. A teraz przez wzgląd na ciebie próbuje doprowadzić do tego, żeby je wyrzucono z chederu.

– Nie kazałam mu tego robić! – Nie było jednak sposobu, by się bronić, nie wychodząc na tchórza. – Mogę z nim porozmawiać?

– Ani mi się waż! Wiesz, co jest dla tego chłopca najgorsze?

Nie odpowiedziała.

– To, że na ciebie naskarżył.

Wychodząc z pokoju, matka miała twarz tak ciężką od dezaprobaty, jakby chciała powiedzieć, że nawet lojalność brata dowodzi egoizmu Florence.

A gdzie, zastanowiła się Florence, gdzie mogła być teraz Sissy? Kobieta, która praktycznie ją wychowała? Czy troszczenie się o kogoś poza własną rodziną naprawdę było takim egoizmem?

Na dźwięk zdecydowanego trzaśnięcia drzwiami tak samo zatrzasnęło się serce Florence. Nie będzie prosić. Nie będzie błagać. Nie będzie przekonywać ani apelować. Następnego ranka pozwoliła Scoopowi kupić sobie bilet do Cleveland.

Redaktor inicjujący: Magdalena Gołdanowska

Redaktor prowadzący: Magdalena Matuszewska

Przekład: Dorota Konowrocka-Sawa

Redakcja: Maria Wirchanowska

Korekta: Grzegorz Krzymianowski, Piotr Królak

Projekt okładki: Tomasz Majewski

Zdjęcia wykorzystane na I stronie okładki: © Getty Images/Gallo Images Poland

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 48

tel. (22) 828 98 08

faks (22) 395 75 78

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-5425-7

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Patrioci 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran