Szarlatani

Szarlatani

Autorzy: Robin Cook

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 26.44 zł

Najnowsza powieść mistrza thrillera medycznego!

Noah Rothauser jest rezydentem w Boston Memorial Hospital. Szpital słynie z nowoczesnego wyposażenia, w tym „hybrydowych sal operacyjnych przyszłości”, które wydają się istnym dobrodziejstwem - do czasu, aż w jednej z nich umiera pacjent. Noah obwinia światowej sławy chirurga, doktora Williama Masona, który nie potraktował operacji z należytą uwagą, a następnie sfałszował zapis w karcie pacjenta.

Mason z kolei oskarża doktor Avę London, anestezjolożkę, która znieczulała pacjenta. Noah stopniowo zaczyna kwestionować dotychczasowe ustalenia, a także postawę Avy, która, jak się okazuje, prowadzi znacznie ciekawsze życie, niż mu się wydawało. Gdy stawką są jego wiarygodność i posada, Noah nie ma wyboru: musi ustalić, gdzie leży prawda, który z lekarzy ponosi winę i komu można zaufać.

Mojej poszerzonej rodzinie

i przyjaciołom

Prolog

27 czerwca 2007, Boston, Massachusetts

27 czerwca nad Bostonem wstał piękny świt i była to miła odmiana po długiej serii zimowych poranków, od których słońce zaczynało swój krótki przelot niskim łukiem po południowym niebie. Począwszy od 4.24, coraz jaśniejszy blask jął wypełniać ulice North Endu, włoskiej dzielnicy, wąskie zaułki pośród eleganckich domów na Beacon Hill, a także szerokie, dostojne bulwary Back Bay. Dokładnie o 5.09 tarcza słoneczna wzniosła się wreszcie nad atlantycki horyzont i rozpoczęła wędrówkę po bezchmurnym porannym niebie.

Spośród licznych wież kompleksu Boston Memorial Hospital, znanego po prostu jako BMH, jako pierwsza pochwyciła złote promienie ta najwyższa – liczący dwadzieścia jeden pięter Stanhope Pavilion, nazywany potocznie gmachem Stanhope’a. Ta nowoczesna budowla ze szkła i stali była najnowszym dodatkiem w dość przypadkowej zabudowie słynnej kliniki specjalistycznej, współpracującej z Harvardem, a położonej opodal Zatoki Bostońskiej. Jej czysta, wyrazista sylwetka mocno kontrastowała ze starszymi i niższymi budynkami z czerwonej cegły, z których wiele miało ponad sto pięćdziesiąt lat.

Imponujący gmach Stanhope’a mieścił w sobie wszystko, co powinien mieć supernowoczesny szpital, włącznie z blokiem operacyjnym złożonym z dwudziestu czterech wręcz futurystycznie wyposażonych sal operacyjnych, nazywanych szumnie „hybrydowymi salami operacyjnymi przyszłości”. W każdej z nich zgromadzono sprzęt, który z powodzeniem sprawdziłby się na planie kolejnej części Star Treka, a w tradycyjnej sali operacyjnej wzbudziłby zdumienie. Cały blok miał postać dwóch kręgów liczących po dwanaście sal, których punktami centralnymi były dwa stanowiska kontrolne. Przeszklone ściany centrali umożliwiały wgląd w każdą z sal, a prócz tego szef bloku operacyjnego mógł nadzorować pracę zespołów na monitorach telewizyjnych.

W każdej z nowych hybrydowych sal operacyjnych – nazywanych tak dlatego, że umożliwiały przeprowadzenie niemal każdego zabiegu, od rutynowego wszczepienia protezy stawu kolanowego, po skomplikowane operacje mózgu czy serca – zawieszono pod sufitem potężne ruchome ramiona podtrzymujące najnowocześniejszy sprzęt medyczny. Rozwiązanie to sprawiało, że każdy element wyposażenia był w zasięgu ręki, a jednocześnie nie zajmował miejsca na podłodze, co ułatwiało pracę personelowi i wydatnie skracało czas trwania zabiegów. Na jednym z ramion zamontowano aparat do znieczuleń, na drugim sprzęt do krążenia pozaustrojowego, tzw. płucoserce, na trzecim mikroskop operacyjny, a na czwartym system obrazowania cyfrowego i nawigacji, zapewniający – dzięki wykorzystaniu podczerwieni i promieni rentgenowskich – monitorowanie pracy narządów wewnętrznych pacjenta w czasie rzeczywistym. W każdej z sal znalazły się też monitory wysokiej rozdzielczości, wpięte w system informatyczny szpitala. System identyfikacji komend głosowych pozwalał w dowolnym momencie wywołać na ekran potrzebne dane – karty pacjentów oraz wyniki badań.

Stosowanie supernowoczesnych i niezwykle kosztownych urządzeń miało sens: poprawiało wydajność i skuteczność pracy na bloku operacyjnym, a także zwiększało bezpieczeństwo pacjentów. A jednak owego pięknego czerwcowego dnia miało się okazać, że ergonomia i magia techniki nie znaczą wiele wobec potęgi przypadku i ludzkich słabości. Mimo najlepszych intencji oddanego personelu oddziału chirurgii BMH w sali operacyjnej numer osiem w gmachu Stanhope’a miało wkrótce dojść do tragedii.

Rankiem już o 5.30 na zalanym słońcem podjeździe przed budynkiem zaczął się intensywny ruch: z prywatnych samochodów i taksówek wysiadali pacjenci z podręcznym bagażem na jedną noc. Niektórzy zamieniali kilka słów z bliskimi, ale wszyscy prędzej czy później znikali w holu i wjeżdżali windą na czwarte piętro, gdzie mieściła się izba przyjęć. Dawniej na planowe zabiegi przyjęto by ich dzień wcześniej, ale dyktat firm ubezpieczeniowych sprawił, że zapomniano o takich luksusach – dodatkowy nocleg w szpitalu był zbyt kosztowny.

Poranną falę pacjentów nazywano „pierwszymi przypadkami”; kolejni mieli się zjawiać na dwie godziny przed przewidywaną godziną zabiegu. Czas trwania zabiegów można było określić jedynie w przybliżeniu, a ewentualne opóźnienia działały zawsze na korzyść szpitala, nie pacjentów, którzy niekiedy spędzali w poczekalniach długie godziny. Czasem był to poważny problem – wielu chorym zabraniano przyjmowania pokarmu (nie licząc niewielkiej ilości wody) już od północy przed zabiegiem.

Tego dnia jednym z „kolejnych” przypadków był Bruce Vincent, zdrowy, postawny, inteligentny i towarzyski czterdziestoczterolatek z przepukliną pachwinową. Jego operacja miała się rozpocząć mniej więcej o 10.15, dlatego też w izbie przyjęć chirurgii kazano mu się stawić o 8.15. W przeciwieństwie do innych pacjentów zupełnie nie przejmował się tym, co go czekało. Podchodził do sprawy niemal nonszalancko nie tylko dlatego, że sam zabieg był raczej nieskomplikowany, ale też z tego powodu, że doskonale znał Boston Memorial Hospital od środka. Szpital nie był dlań tajemniczym, przerażającym światem, a to dlatego, że od dwudziestu sześciu lat bywał tu niemal każdego dnia. Podjął pracę w dziale ochrony BMH, gdy tylko skończył szkołę średnią w Charlestown, gdzie zasłynął jako lokalna gwiazda sportu. Można powiedzieć, że była to tradycja rodzinna: jego matka spędziła w tym szpitalu całą swą karierę pielęgniarską, a starsza siostra poszła w jej ślady.

Jednakże i to, że był pracownikiem Boston Memorial, nie było jedyną przyczyną niebywałej swobody, jaką Bruce Vincent okazywał tego ranka. Głębokim spokojem napełniał go także fakt, że w ciągu dwudziestu sześciu lat pracy zdążył się zaprzyjaźnić niemal ze wszystkimi: z lekarzami, pielęgniarkami, pracownikami administracyjnymi i personelem pomocniczym. Niejako przy okazji sporo się nauczył o medycynie – do tego stopnia, że w żartach nazywano go absolwentem nieistniejącej uczelni medycznej działającej przy BMH. Potrafił – i czynił to regularnie – dyskutować z chirurgami o technikach operacyjnych, o pozwach sądowych z pracownikami administracyjnymi czy o braku personelu z przepracowanymi pielęgniarkami.

Gdy się dowiedział, że czekający go zabieg plastyki przepukliny potrwa najwyżej godzinę i będzie wymagał zastosowania znieczulenia podpajęczynówkowego, nie musiał nikogo pytać, na czym polega owo znieczulenie i dlaczego jest bezpieczniejsze od ogólnego. Ten świat właściwie nie miał przed nim tajemnic. Co więcej, Bruce miał bezgraniczne zaufanie do swego chirurga, legendarnego doktora Williama Masona. Doskonale wiedział, jaką sławą cieszy się Dziki Bill, nazywany tak z racji wybuchowego temperamentu. Doktor Mason zresztą sam pilnował, by owa sława nie gasła: bez żenady chełpił się tym, że praktycznie co tydzień przyjmuje pacjentów z najdalszych zakątków świata, szukających pomocy jego zręcznych dłoni i pokładających nadzieję w jego niewiarygodnych statystykach skuteczności. Jako harwardzki profesor medycyny naturalną koleją rzeczy został szefem oddziału chirurgii przewodu pokarmowego oraz jednym z dyrektorów wzorcowego programu szkolenia rezydentów. Jego specjalnością były niezmiernie trudne operacje trzustki, narządu ukrytego głęboko w jamie brzusznej i wyjątkowo skomplikowanego w leczeniu, nie tylko z racji niedogodnego położenia, ale i osobliwej struktury oraz funkcji w układzie trawiennym.

Wszyscy, którym Bruce się chwalił, że jego przepuklinę zoperuje doktor Mason, byli wręcz zszokowani. Nie było tajemnicą, że wielki chirurg nie wykonywał tego rodzaju prostych zabiegów od czasów, gdy sam był rezydentem, czyli od ponad trzydziestu lat. Szczycił się tym, że podejmuje się jedynie najtrudniejszych operacji i nie interesuje go nic poza trzustką. Niektórzy byli więc tak zdumieni, że pytali Bruce’a wprost o to, jakim cudem dokonał niemożliwego: zdołał namówić Masona na tak banalną zabawę, ciekawą co najwyżej dla medyka-neofity, a zdecydowanie poniżej godności tak renomowanego chirurga. Bruce zaś z przyjemnością zdradzał swój sekret.

Z biegiem lat uparcie awansował w strukturze działu ochrony BMH, głównie dzięki niekwestionowanej lojalności wobec szpitala oraz przyjacielskiemu usposobieniu. Uwielbiał swoją pracę i między innymi dlatego – a także dzięki faktowi, że niemal każdego z zatrudnionych znał po imieniu – praktycznie wszyscy bardzo lubili Bruce’a. Budził sympatię także tym, że był z natury rodzinnym człowiekiem, a na żonę wybrał sobie równie popularną pracownicę działu wyżywienia. Mieli czworo dzieci, w tym jedno bardzo małe. Wizerunek wzorowej szpitalnej rodziny umacniały urocze zdjęcia całej gromadki od lat zdobiące bufetową tablicę ogłoszeń.

Lecz choć Bruce wzbudzał sympatię niemal od pierwszego dnia pracy, jego notowania jeszcze wzrosły, gdy objął nadzór nad szpitalnym parkingiem – nieustającym źródłem konfliktów. Dzięki jego wysiłkom udało się zniwelować problemy uchodzące za nierozwiązywalne; zdołał nawet przekonać zarząd do budowy trzeciego wielopiętrowego parkingowca, przeznaczonego wyłącznie dla lekarzy i pielęgniarek. Co więcej, nigdy nie spoczął na laurach i nie zaszył się w swojej kanciapie niczym car na włościach. Zawsze walczył na pierwszej linii, od świtu do późnego popołudnia, z uśmiechem i zaangażowaniem zmagając się z problemami parkingowej codzienności. Wielu podwładnych brało z niego przykład, wykonując swoje obowiązki z podobnym oddaniem. I właśnie dzięki jednoznacznie pozytywnej postawie w pracy Bruce zdołał zdobyć przychylność dość nadętego zwykle doktora Williama Masona.

Gdy przed czterema laty Dziki Bill kupił sobie czerwone ferrari, mówił o tym cały szpital. Niektórzy pozwalali sobie na dyskretne żarty, przebąkując coś o kryzysie wieku średniego – być może dlatego, że wraz z krzykliwym supersamochodem doktor Mason sprawił sobie pokaźną kolekcję młodych przyjaciółek, rekrutując je spośród co młodszych i bardziej atrakcyjnych pracownic bloku operacyjnego, głównie pielęgniarek, ale także rezydentek z chirurgii. Bruce naturalnie od czasu do czasu słyszał owe złośliwości i tłumaczył je sobie jako przejawy zwykłej ludzkiej zazdrości. Nie uważał też, by ferrari doktora Masona nie pasowało do znacznie mniej ekstrawaganckich lexusów, mercedesów, volvo czy bmw należących do szpitalnego personelu – zachwycał się nim i co dnia osobiście znajdował dlań na parkingu miejsce, w którym nie groziło mu przypadkowe otarcie karoserii. Kiedy więc usłyszał od lekarza rodzinnego, że powinien się poddać operacji przepukliny – o której wiedział od dłuższego czasu, a która ostatnio coraz mocniej dawała mu się we znaki – już następnego ranka zagadnął Dzikiego Billa, czy nie zechciałby wykonać zabiegu. Ku zdumieniu wszystkich – nawet samego Bruce’a – profesor bez wahania wyraził zgodę i obiecał, że jakoś wciśnie tę operację do swego napiętego terminarza. Tak oto szef szpitalnej służby parkingowej trafił do ekskluzywnego grona celebrytów, rekinów biznesu, europejskich arystokratów i arabskich szejków.

Choć właśnie tego ranka miał się poddać zabiegowi, Bruce jak co dnia pojawił się o piątej w swej kanciapie. I tak jak czynił to od ładnych paru lat, kolejno witał przyjeżdżających do pracy. Zaparkował nawet ferrari doktora Masona, który nie omieszkał wyrazić zaskoczenia i przyznał, że właśnie zaczął podejrzewać, iż zawodzi go pamięć.

– Jestem „kolejnym przypadkiem”, więc muszę się zgłosić w izbie przyjęć dopiero kwadrans po ósmej – wyjaśnił Bruce.

Tak się jednak złożyło, że jego sumienność przyniosła tego dnia nieprzewidziane konsekwencje: stracił sporo czasu, zastępując podwładnego, który bez uprzedzenia nie stawił się w pracy, i w rezultacie nie zdążył na czas pojawić się na oddziale chirurgii w gmachu Stanhope’a.

– Bruce, masz prawie czterdzieści minut spóźnienia – stwierdziła zaniepokojona Martha Stanley, szefowa dziennej zmiany. Zwykle nie zajmowała się osobiście rejestrowaniem pacjentów, ale dla szefa służby parkingowej zrobiła wyjątek. – Miałeś tu być o ósmej piętnaście. Dzwonili już z sali operacyjnej; pytali, gdzie się, u diabła, podziewasz.

– Przepraszam – odparł pokornie Bruce. – Problemy z personelem na parkingu.

– Może nie trzeba było przychodzić dziś do pracy? – zasugerowała Martha, z dezaprobatą kręcąc głową. Była naprawdę zdziwiona, gdy rankiem zajechała na parking i ujrzała go w roboczym uniformie – wiedziała przecież, że tego dnia czeka go plastyka przepukliny pachwinowej. Teraz otworzyła segregator i odszukała w nim historię choroby oraz wynik ostatniego badania ogólnego, badania krwi oraz EKG. Po chwili przeniosła wzrok na ekran, by się upewnić, czy w systemie widnieją identyczne dane. – Na wypadek gdybyś nie wiedział: doktor Mason nie znosi czekać, a dziś ma w grafiku jeszcze dwie poważne operacje trzustki u VIP-ów.

Bruce się skrzywił, jakby dopadł go nagły ból.

– Przepraszam! Jestem pewny, że doktor nie lubi czekać, więc może możemy jakoś przyspieszyć moje przyjęcie? Operacja jest w końcu banalna; to tylko przepuklina.

– Każdy przypadek jest ważny i każdy trzeba traktować zgodnie z regułami – wymamrotała Martha, dokonując wpisu w elektronicznej karcie pacjenta – ale faktem jest, że trzeba się spieszyć. Nic dziś nie jadłeś, mam nadzieję?

– Dostanę znieczulenie podpajęczynówkowe – odparł Bruce. – Kolega doktora Masona, doktor Kołganow, powiedział mi o tym podczas badania, gdy zapoznał się z historią choroby.

– Nie ma znaczenia, jakie znieczulenie zaplanowano. Jadłeś coś czy nie? Na pewno dostałeś zalecenie, żeby nie jeść po północy. To ogólne zasady, dotyczą wszystkich.

– Nie jadłem. Kontynuujmy. – Bruce zerknął na zegarek i zamarł, przerażony myślą, że doktor Mason może zmienić zdanie i odmówić przeprowadzenia zabiegu. Była to ostatnia rzecz, której by sobie życzył.

– Dobra – mruknęła niechętnie Martha. – Doktor Kołganow nie stwierdził przeciwwskazań, więc może odpuścimy sobie dodatkowe badanie przez młodszego rezydenta. Mamy tu dziś niezły kocioł, więc minie sporo czasu, zanim będzie mógł cię przyjąć. Z której strony operujemy?

– Z prawej – odpowiedział Bruce.

– Jesteś na coś uczulony?

– Nie.

– Czy kiedykolwiek byłeś znieczulany?

– Nie. Nigdy nawet nie byłem pacjentem szpitala.

– Świetnie. – Martha wezwała jednego z pielęgniarzy i poleciła mu, by zaprowadził pacjenta do przebieralni i dał mu szpitalną koszulę, po czym wręczyła mu kartę. – Powodzenia – dodała, zwracając się do Bruce’a. – Następnym razem bądź na czas!

Bruce znowu uśmiechnął się przepraszająco, uniósł dwa kciuki i podążył za pielęgniarzem.

Przebrany w szpitalną koszulę położył się na łóżku i naciągnął cienką kołdrę aż pod pachy. Po chwili zjawiła się pielęgniarka w stroju operacyjnym – jedna z niewielu, których nie miał jeszcze okazji poznać. Przedstawiła się jako Helen Moran i zadała mu tę samą serię pytań co Martha. Następnie oznaczyła prawe biodro Bruce’a niezmywalnym markerem, potwierdzając tym samym, której strony ma dotyczyć zabieg.

– Kazali przywieźć pana jak najszybciej – powiedziała. – Dam znać anestezjologom, że jesteśmy w drodze; już pana szukali.

Bruce skinął głową, coraz bardziej zażenowany swoim spóźnieniem i wdzięczny za nadzwyczajną troskę, jaką mu okazano. Salowy, który zastąpił Helen, odblokował koła i wprawnie manewrując, wyprowadził łóżko na korytarz. Nazywał się Calvin Wiley i choć Bruce nigdy nie miał z nim bliższej styczności, on świetnie wiedział, kim jest Bruce.

– Pan tu jest VIP-em – stwierdził, pchając łóżko krętą drogą w stronę bloku operacyjnego. – Podobno sam doktor Mason będzie operował; kazali mi się uwijać jak nigdy.

– Jaki tam ze mnie VIP – odpowiedział Bruce, ale w duchu był zadowolony. Tak jak podejrzewał, opłaciło się poprosić doktora Masona o przysługę. Miał tylko nadzieję, że nie schrzanił wszystkiego, spóźniając się na zabieg.

Calvin zostawił go w wydzielonej parawanami klitce służącej za miejsce konsultacji anestezjologicznej. Gdy tylko się oddalił, zjawiły się dwie nowe pielęgniarki: Connie Marchand i Gloria Perkins. Bruce znał je obie, bo przyjeżdżały do pracy samochodem. Gawędzili przez krótką chwilę, głównie o jego dzieciach, po czym Gloria wyszła, a Connie przejrzała dokumentację i sprawdziła, czy po prawidłowej stronie umieszczono znak X na ciele pacjenta. Następnie zadała mu te same pytania, które wcześniej usłyszał od Marthy i Helen. Upewniwszy się, że wszystko się zgadza, uścisnęła ramię Bruce’a, by dodać mu otuchy, i oznajmiła, że już czas zawiadomić anestezjologa.

– Przypuszczam, że zaraz się pojawi – dodała. – Już kilka osób o ciebie pytało, a doktor Mason nie lubi czekać.

– Tak, słyszałem – mruknął Bruce. – Moja wina! Przepraszam! Za późno się zgłosiłem… ale mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze?

– Powinno być – zapewniła go Connie.

Kilka minut później młoda, opalona kobieta o oczach w kolorze arktycznego błękitu odsunęła parawan i stanęła przy łóżku. Miała na sobie niebieski, dwuczęściowy uniform operacyjny, a na głowie czepek całkowicie zasłaniający włosy. Z miłym uśmiechem i bez ceregieli przedstawiła się jako doktor Ava London, anestezjolog, po czym dodała:

– Będę pomagała doktorowi Masonowi podczas operacji, panie Vincent. Miło mi pana poznać. Z tego, co widzę, wszyscy tu pana lubią; słyszałam też, że te urocze buzie ze zdjęć w bufecie to pańskie dzieci.

– Ja tylko pilnuję porządku na parkingu – wyjaśnił skromnie Bruce. Wystarczyła mu chwila, by polubić atrakcyjną i przyjacielską lekarkę. – Trochę to dziwne, że wcześniej się nie spotkaliśmy. Pani od niedawna w szpitalu?

– W sumie tak – odrzekła Ava. – Jeszcze nie minęło pięć lat.

– To wcale nie tak mało – mruknął Bruce, zbity z tropu. Lubił myśleć z dumą, że doskonale zna cały personel BMH. – W takim razie pewnie nie korzysta pani z parkingu?

– Nie muszę, przychodzę pieszo – odpowiedziała, przeglądając kartę pacjenta wiszącą u szczytu łóżka. – Mieszkam niedaleko stąd, na Beacon Hill.

Widząc, że w dokumentacji brakuje dodatkowego wywiadu przeprowadzanego zwykle przez któregoś z młodszych rezydentów, zapytała o powód.

– Martha Stanley uznała, że możemy pominąć drugie badanie, bo ledwie parę dni temu byłem u kolegi doktora Masona. Prawdę mówiąc, to moja wina. Za późno się zgłosiłem, więc chciała jak najszybciej wyprawić mnie na blok operacyjny.

Ava skinęła głową. Etatowy lekarz z pewnością przeprowadził wywiad i badanie bardziej kompetentnie niż którykolwiek z rezydentów. Wczytała się uważniej w dokumentację. Nie dostrzegła żadnych problemów natury medycznej, poza banalnym przypadkiem przepukliny pachwinowej. Zadowolona odwiesiła kartę na miejsce i spojrzała na Bruce’a.

– Wydaje się, że jest pan w świetnej formie.

– I tak się czuję. Moglibyśmy przyspieszyć procedurę? Nie chciałbym, żeby doktor Mason się zdenerwował moim spóźnieniem.

– Przede wszystkim nie wolno nam o niczym zapomnieć. Dlatego muszę zadać jeszcze kilka pytań. Jak widzę, nie miał pan poważnych problemów ze zdrowiem, zwłaszcza z krążeniem i oddychaniem?

– Nie miałem.

– I nigdy nie był pan znieczulany?

– Nigdy.

– Nie jadł pan nic od północy?

– Kolega doktora Masona mówił, że czeka mnie znieczulenie podpajęczynówkowe…

– Zgadza się. Taką samą informację dostaliśmy od sekretarki doktora Masona. Wie pan, na czym ono polega? I nie ma pan nic przeciwko?

– Wiem i nie mam. Prawdę mówiąc, znam tu większość anestezjologów i pielęgniarek anestezjologicznych, więc sporo się nasłuchałem o znieczuleniach.

– Dobrze poinformowany pacjent! A to gratka. Zatem pewnie pan wie, że musimy uzyskać też zgodę na zastosowanie znieczulenia ogólnego, na wypadek gdyby wystąpił jakiś problem z podpajęczynówkowym.

– Problem? Jak mam to rozumieć?

– Ryzyko jest bardzo niewielkie, ale musimy być przygotowani. Może się na przykład zdarzyć, że zabieg potrwa dłużej, niż zakładamy. Znieczulenie podpajęczynówkowe może przestać działać i trzeba będzie zastosować ogólne. I dlatego potrzebujemy pańskiej zgody. Ot, na wszelki wypadek. A także szczegółowych informacji, na przykład o tym, czy ma pan jakieś problemy z oddychaniem? Duszności? Przewlekły kaszel?

– Nie mam.

– A refluks żołądkowo-przełykowy albo inne objawy ze strony układu pokarmowego?

– Jestem zdrowy! Naprawdę. Jest pani pewna, że nie marnujemy czasu doktora Masona?

– Całkowicie. Porozmawiajmy jeszcze o znieczuleniu. Zdaje pan sobie sprawę, że będę musiała wbić igłę w przestrzeń międzykręgową, żeby podać środek znieczulający?

– Tak jest. Doktor Mason szczegółowo mi o tym opowiedział i zapewnił, że nic nie poczuję.

– Zgadza się. Dopilnuję, żeby nie czuł pan bólu podczas operacji. Proszę mi jeszcze powiedzieć, czy nie ma pan problemów z kręgosłupem, o których powinnam wiedzieć?

– Najmniejszych. Mój kręgosłup jest w świetnym stanie.

– To dobrze. Gdy znajdzie się pan w sali operacyjnej, poproszę, żeby usiadł pan na brzegu stołu i ułożył głowę na podpórce. Poczuje pan ukłucie w dolnej części pleców, gdy zastosuję znieczulenie miejscowe. Dopiero potem podam znieczulenie podpajęczynówkowe. Gdy środek znieczulający zostanie wprowadzony do przestrzeni podpajęczynówkowej, pomożemy panu ułożyć się na stole operacyjnym. A teraz kolejne pytanie: czy jeśli doktor Mason nie będzie miał nic przeciwko temu, chciałby pan zachować świadomość i śledzić przebieg operacji czy wolałby pan zasnąć? Tak czy inaczej, będę przy panu przez cały czas i dopilnuję, żeby nie czuł pan bólu.

– Wolę spać! Ani mi w głowie patrzeć. – Choć Bruce czuł się w szpitalu prawie jak w domu, nie wyobrażał sobie, by mógł się przyglądać pracy chirurgów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Dedykacja

Prolog

KSIĘGA 1

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

KSIĘGA 2

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

KSIĘGA 3

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Epilog

Od autora

Podziękowania

Wybrana bibliografia

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: Charlatans

Copyright © 2017 by Robin Cook

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2017

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Elżbieta Bandel

Redaktor merytoryczny: lek. med. Anna Siedlecka

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Zbigniew Mielnik

Fotografia na okładce © Jacob Lund/Shutterstock

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Szarlatani, wyd. I, Poznań 2018)

ISBN 978-83-8062-911-0

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Szarlatani Polisa śmierci Ciało obce Kryzys Znieczulenie Dewiacja 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer