Utopia dla realistów

Utopia dla realistów

Autorzy: Rutger Bregman

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Biznes

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 23.09 zł

Bezwarunkowy dochód podstawowy. Piętnastogodzinny dzień pracy. Otwarte granice. Czy nie brzmi to zbyt pięknie, aby było prawdziwe? Jeden z czołowych młodych europejskich myślicieli pokazuje, w jaki sposób można stworzyć idealny świat.

Utopia dla realistów to jedna z niewielu książek, które poddają w wątpliwość nasze poglądy na przyszłość. Bregman zabiera nas w podróż historyczną – począwszy od pewnego kanadyjskiego miasta, któremu niegdyś udało się niemal całkowicie zwalczyć ubóstwo, po nieudaną próbę wprowadzenia przez Richarda Nixona bezwarunkowego dochodu podstawowego dla milionów Amerykanów – i omijając tradycyjne podziały na to, co prawicowe i lewicowe, postuluje idee, których czas właśnie nadszedł.

Każdy kamień milowy postępu cywilizacyjnego, od końca niewolnictwa do początków demokracji, był niegdyś uznawany za utopijną fantazję. Książka Bregmana, prowokująca i wciągająca zarazem, udowadnia, że nowe utopie, takie jak wyeliminowanie ubóstwa oraz wprowadzenie piętnastogodzinnego tygodnia pracy, mogą jeszcze za naszego życia stać się rzeczywistością. To, że coś jest nierealistyczne albo nieracjonalne, może w istocie uczynić niemożliwe nieuniknionym – i jest to jedyny sposób, aby zbudować idealny świat.

„Genialna, wszechstronna, prawdziwie pouczająca i łatwa w odbiorze. Obowiązkowa lektura dla wszystkich, którym leżą na sercu bolączki współczesnego społeczeństwa i którzy pragną wnieść swój wkład w jego naprawę”.

Zygmunt Bauman, jeden z najwybitniejszych teoretyków społecznych

„Jeśli nużą was banalne debaty i powtarzane od lat wyświechtane prawicowo-lewicowe frazesy, spodobają wam się odważne tezy, świeże idee, barwny język i poparta dowodami argumentacja autora Utopii dla realistów”.

Steven Pinker, profesor psychologii na Uniwersytecie Harvarda oraz autor ksiażek The Blank Slate i The Better Angels of Our Nature

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Powrót utopii

Średniowieczna utopia

Smutny raj

Projekty utopii

Zadawanie właściwych pytań

Destrukcja wielkiej narracji

Rozpieszczone pokolenie

Powrót utopii

Dlaczego powinniśmy każdemu dawać pieniądze za nic

Prace ogrodnicze

Twarde dane

Rewolucja na południu

Utopia

Projekt Mincome, Kanada

Od eksperymentu do przepisów prawnych

Bezcelowe, niebezpieczne i przewrotne

Mówić inaczej, myśleć inaczej

Koniec ubóstwa

Dlaczego biedni robią głupie rzeczy

Potęga kontekstu

Od ubóstwa nie można sobie zrobić przerwy

Dwa eksperymenty

Przepustowość mentalna produktu krajowego brutto

Pieniądze za nic

Przekleństwo nierówności

Gdy bieda była normą

Dach nad głową

Jak przegrano słuszną sprawę

Dobra lekcja

Dziwaczna historia prezydenta Nixona i jego projektu bezwarunkowego dochodu podstawowego

Cień systemu Speenhamland

Chichot historii

150 lat później

Okrutny system

Szkodliwy mit

Lekcje historii

Państwo policyjne

Nowe dane dla nowej epoki

Co widać

Czego nie widać

Każda epoka ma własne dane

Najlepszy miernik

Alternatywne rozwiązania

Tajemnica rozrastającego się rządu

Deska rozdzielcza postępu

Piętnastogodzinny tydzień pracy

Przyszłość wypełniona czasem wolnym

„Wyścig operatorów maszyn”

George i Jane

Zapomniane marzenie

Kapitalizm płatków kukurydzianych

Recepta na (prawie) wszystko

Rozterki dorastania

Narodowa strategia

Dobre życie

Dlaczego nie opłaca się być bankierem

Bogaci bez kiwnięcia palcem

Gdy bezczynność była prawem przyrodzonym

Gdy zastrajkowali bankierzy

Inna forma opodatkowania

Bezsensowne zawody

Jest jeszcze inny sposób

Obserwatorzy trendów

Nowy Jork, pięćdziesiąt lat później

Wyścig z maszynami

Układ scalony i kontener

Praca kontra kapitał

Automatyzacja wiedzy specjalistycznej

Kiedy ludzie wciąż się liczyli

Tym razem jest inaczej

Bitwa w Rawfolds Mill

Wyłączne prawo luddystów

Środki zaradcze

Przyszłość kapitalizmu

Za wrotami do Krainy Obfitości

Kiedyś, dawno temu była grupa kontrolna

Kupa pieniędzy i dobry plan

Cudowna metoda?

Trzy słowa na literę „i”

65 000 000 000 000 dolarów

Granice dyskryminują

Nasza premia za miejsce zamieszkania

Fabrykowanie obiegowych poglądów

Śmiało, bogaćcie się

Otwórzmy wrota

Jak idee zmieniają świat

Wieczór 20 grudnia 1954

Gdy przepowiednie się nie sprawdzają

Kiedy mój zegar wybił północ

Potęga idei

Noc była długa

Kapitalistyczni bojownicy ruchu oporu

Lekcja neoliberalizmu

Epilog

Okno Overtona

Dwie ostatnie rady

Przypisy

Podziękowania

O autorze

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: UTOPIA FOR REALISTS

Redakcja: Elżbieta Walter

Projekt okładki: Magda Kuc

Infographics by Momkai

Korekta: Beata Wójcik

Redaktor prowadzący: Małgorzata Hlal

Copyright © 2016 by Rutger Bregman

All rights reserved including the rights of reproduction in whole or in part in any form “Utopia for Realists originated on The Correspondent, your antidote to the daily news grind www.correspondent.com”

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-739-2

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Mapa świata, która nie uwzględnia Utopii, nie jest warta uwagi, ponieważ brakuje na niej jedynego kraju, do którego od zawsze zmierza Ludzkość.

A gdy już tam dotrze, zaczyna się rozglądać,

i spostrzegłszy jeszcze lepsze miejsce, kieruje się ku niemu.

Postęp to urzeczywistnianie utopii.

Oscar Wilde (1854–1900)

1

Powrót utopii

Zacznijmy od krótkiej lekcji historii: w przeszłości było tylko gorzej.

Przez 99 procent historii świata, 99 procent ludzkości było biedne, głodne, brudne, przestraszone, głupie, chore i brzydkie. Jeszcze w XVII wieku dla francuskiego filozofa Blaise’a Pascala (1623–1662) życie stanowiło jeden ogromny padół łez. Według niego: „Ludzkość jest wielka, ponieważ zdaje sobie sprawę z tego, że jest nieszczęśliwa”. Jego brytyjski kolega, filozof Thomas Hobbes (1588–1679), stwierdził z kolei, że życie ludzkie jest w zasadzie „samotne, nędzne, okropne, brutalne i krótkie”.

Jednak przez ostatnie 200 lat wszystko się zmieniło. W zaledwie ułamku czasu, przez jaki nasz gatunek istnieje na Ziemi, miliardy z nas stały się nagle bogate, dobrze odżywione i ubrane, czyste, bezpieczne, zdrowe i czasami nawet piękne. Jeszcze w 1820 roku 84 procent ludności świata żyło w skrajnym ubóstwie. Do 1981 roku wskaźnik ten zmniejszył się do 44 procent, a obecnie wynosi poniżej 10 procent1. Jeśli ta tendencja się utrzyma, to stanowiące nieodłączną część rzeczywistości skrajne ubóstwo wkrótce odejdzie do przeszłości. Nawet ci, którzy dzisiaj są nadal biedni, będą się cieszyć niespotykanym w historii świata dostatkiem. W Holandii, gdzie mieszkam, bezdomny otrzymujący obecnie pomoc ze środków publicznych ma więcej pieniędzy do wydania niż przeciętny Holender w roku 1950 i cztery razy więcej niż mieszkaniec tego kraju żyjący we wspaniałych czasach tzw. złotego wieku, kiedy Holandia panowała na wszystkich morzach i oceanach2.

Przez stulecia czas nie stał jednak w miejscu. W historii ludzkości oczywiście wiele się działo, lecz poziom codziennego życia niekoniecznie ulegał poprawie. Gdybyśmy przenieśli w czasie włoskiego wieśniaka żyjącego w Toskanii około 1300 roku do lat 70. XIX wieku nie dostrzegłby on wielkiej różnicy.

Historycy szacują, że na przełomie XIII i XIV wieku średni roczny dochód we Włoszech wynosił mniej więcej 1600 dolarów. Jakieś 600 lat później – już po Kolumbie, Galileuszu, Newtonie, rewolucji naukowej, reformacji i Oświeceniu oraz po wynalezieniu prochu, druku i silnika parowego – był on… wciąż taki sam3. Przez te sześć wieków rozwoju cywilizacji przeciętny Włoch żył w zasadzie na tym samym poziomie.

Jakikolwiek postęp nasz włoski wieśniak odczuł dopiero około 1880 roku, gdy Alexander Graham Bell wynalazł telefon, Thomas Edison opatentował żarówkę, Carl Benz skonstruował swój pierwszy samochód, a Josephine Cochrane rozmyślała nad być może najwspanialszym wynalazkiem w historii, czyli zmywarką do naczyń. Ten odczuwalny wiatr zmian był bardzo silny. Przez ostatnie dwa stulecia na całym świecie nastąpił gwałtowny wzrost, zarówno liczby ludności, jak i dobrobytu. Obecnie przeciętny dochód na mieszkańca jest dziesięć razy wyższy niż w 1880 roku, przeciętny Włoch jest zaś piętnaście razy bogatszy. A co ze światową gospodarką? Jest ona 250 razy potężniejsza, niż była przed rewolucją przemysłową, kiedy prawie każdy był biedny, głodny, brudny, przestraszony, głupi, chory i brzydki.

WYKRES 1. Dwieście lat niezwykłego postępu

Na powyższym rysunku każdy okrąg symbolizuje jeden kraj, a jego rozmiar zależy od liczby ludności tego kraju. Dolna część wykresu pokazuje sytuację państw w roku 1800, a jego górna część w roku 2012. Nawet w najbogatszych krajach (takich jak Holandia i Stany Zjednoczone) średnia długość życia była w 1800 roku niższa od średniej występującej w 2012 roku w kraju o najgorszym standardzie opieki zdrowotnej, czyli w Sierra Leone. Innymi słowy, w 1800 roku wszystkie kraje były biedne i miały niski standard opieki zdrowotnej. Natomiast dzisiaj nawet Afryka Subsaharyjska przewyższa pod względem poziomu życia najbogatsze kraje tamtych czasów (chociaż w Kongo dochód na mieszkańca przez ostatnie 200 lat prawie się nie zmienił). Faktem jest, że coraz więcej krajów zbliża się do Krainy Obfitości umieszczonej w prawym górnym rogu wykresu, gdzie przeciętny dochód na mieszkańca przekracza 20 tysięcy dolarów, a średnia długość życia wynosi ponad 75 lat.

Źródło: Gapminder.org

Średniowieczna utopia

Dawniej życie z pewnością było ciężkie, nic więc dziwnego, że ludzie marzyli o lepszych czasach, a zwłaszcza o płynącej mlekiem i miodem krainie zwanej „Kukanią”. Aby się do niej dostać, trzeba było utorować sobie drogę, zjadając trzy mile puddingu ryżowego. Taki wysiłek jednak się opłacał, ponieważ w Kukanii płynęły rzeki pełne wina, nad głowami latały pieczone gęsi, na drzewach rosły naleśniki, a z nieba spadały gorące paszteciki i ciastka. Rolnik, rzemieślnik, duchowny – wszyscy byli sobie równi i wspólnie wygrzewali się w słońcu.

W Krainie Obfitości ludzie nigdy się nie kłócili, tylko bawili, tańczyli, pili i prowadzili swobodne życie erotyczne.

Jak pisze holenderski historyk Herman Pleij: „Dla człowieka żyjącego w średniowieczu współczesna Europa Zachodnia bardzo przypominałaby Kukanię. Jedzenie w barach szybkiej obsługi jest teraz dostępne przez całą dobę, istnieje wolna miłość, mamy klimatyzację, zasiłki dla bezrobotnych oraz chirurgię plastyczną, która przedłuża młodość”4. W dzisiejszych czasach na całym świecie więcej ludzi cierpi z powodu otyłości niż z głodu5. W Europie Zachodniej wskaźnik zabójstw jest czterdzieści razy niższy niż w średniowieczu, a jeśli tylko posiada się odpowiedni paszport, można korzystać z imponującego systemu pomocy społecznej6.

Być może naszym największym problemem jest właśnie to, że średniowiecznemu mitowi utopii zaczyna już brakować paliwa. Z pewnością moglibyśmy konsumować jeszcze trochę więcej i mieć jeszcze trochę większe poczucie bezpieczeństwa, lecz doprowadziłoby to do bardzo poważnych, szkodliwych następstw, takich jak zanieczyszczenie środowiska, otyłość oraz wszechobecność Wielkiego Brata. Dla średniowiecznego marzyciela Kraina Obfitości była wymarzonym rajem, „ucieczką od ziemskich udręk” – jak określił to Herman Pleij. Gdybyśmy w 1300 roku poprosili włoskiego wieśniaka o opisanie naszego współczesnego świata, bez wątpienia najpierw przyszłaby mu do głowy Kukania.

Żyjemy w czasach spełniających się proroctw biblijnych. To, co w średniowieczu wydawało się niewiarygodne, teraz jest na porządku dziennym: ślepi odzyskują wzrok, niepełnosprawni zaczynają chodzić, a martwi wracają do życia. Weźmy na przykład implant mózgowy Argus II, przekazujący obrazy rzeczywistości osobom z chorobami genetycznymi oczu. Albo ReWalk, egzoszkielet umożliwiający chodzenie paraplegikom, czy Rheobatrachusa, wymarły w 1983 roku gatunek żaby, który został dosłownie przywrócony do życia przez australijskich naukowców dzięki wykorzystaniu DNA tego zwierzęcia. Następny na liście życzeń zespołu Projektu Łazarz (w nawiązaniu do nowotestamentowej opowieści o wskrzeszeniu Łazarza) jest tygrys tasmański.

Jednocześnie fantastyka naukowa staje się nauką. Po drogach jeżdżą już pierwsze samochody autonomiczne, w drukarkach trójwymiarowych powstają embrionalne komórki macierzyste, a ludzie ze wszczepionymi do mózgu implantami sterują za pomocą myśli automatycznymi ramionami. A oto kolejne doniesienie medialne: od 1980 roku cena jednego wata energii słonecznej spadła o 99 procent. Przy odrobinie szczęścia drukarki trójwymiarowe i panele słoneczne pomogą, i to bez krwawej rewolucji, wprowadzić w życie ideały Karola Marksa (czyli wszystkie środki produkcji będą kontrolowane przez masy).

Przez długi czas Kraina Obfitości była zarezerwowana dla nielicznej elity bogatego Zachodu. To już przeszłość. Od wprowadzenia w Chinach kapitalizmu 700 milionów mieszkańców tego kraju wydobyło się ze skrajnego ubóstwa7. Również Afryka w szybkim tempie pozbywa się reputacji obszaru gospodarczej zapaści; obecnie na dziesięć najszybciej rozwijających się krajów na świecie, aż sześć wywodzi się z tego właśnie kontynentu8. W 2013 roku na 7 miliardów mieszkańców naszej planety 6 miliardów posiadało telefon komórkowy, a tylko 4,5 miliarda miało dostęp do toalety9. Pomiędzy rokiem 1994 a 2014 światowy wskaźnik osób z dostępem do internetu skoczył z 0,4 procent do 40,4 procent10.

Postęp w opiece zdrowotnej – prawdopodobnie najważniejszej obietnicy Krainy Obfitości – również przekroczył najśmielsze oczekiwania naszych przodków. Podczas gdy w porównaniu ze stanem sprzed ponad 100 lat mieszkańcy bogatych krajów muszą się zadowolić dodatkowymi dwoma dniami życia w tygodniu, mieszkańcy Afryki dostali w prezencie aż cztery takie dodatkowe dni11. Średnia długość życia na świecie wzrosła z 63 lat w 1990 roku do 70 w 2013 roku12) – i była ponad dwa razy dłuższa niż w roku 1900.

Coraz mniej ludzi cierpi też głód. Co prawda w naszej Krainie Obfitości nie latają pieczone gęsi, które moglibyśmy łapać i zjadać, ale liczba osób niedożywionych spadła od 1990 roku o jedną trzecią. Wskaźnik światowej populacji spożywającej mniej niż 2 tysiące kalorii dziennie obniżył się z 51 procent w 1965 roku do 3 procent w roku 200513. W latach 1990–2012 ponad 2,1 miliarda ludzi uzyskało w końcu dostęp do wody pitnej. W tym samym czasie liczba dzieci z zahamowanym wzrostem zmniejszyła się o jedną trzecią, ich śmiertelność spadła aż o 41 procent, a śmiertelność okołoporodowa matek o połowę.

A jak wygląda sytuacja w przypadku chorób? Największy w historii zabójca ludzkości, budząca przerażenie ospa, został całkowicie wyeliminowany. Bardzo podobnie wygląda sytuacja z chorobą Heinego-Medina: w 2013 roku pochłonęła ona o 99 procent mniej ofiar śmiertelnych niż w roku 1988. Jednocześnie coraz więcej dzieci jest szczepionych przeciwko powszechnie występującym kiedyś chorobom. Na przykład udział dzieci zaszczepionych przeciwko odrze wzrósł z 16 procent w 1980 roku do 85 procent obecnie, a liczba zgonów spowodowanych tą chorobą zmniejszyła się w latach 2000–2014 o ponad trzy czwarte. Od 1990 roku współczynnik śmiertelności z powodu gruźlicy spadł prawie o połowę. Liczba osób umierających na malarię zmniejszyła się od 2000 roku o jedną czwartą, a od 2005 roku w takim samym stopniu zmniejszyła się liczba zgonów z powodu AIDS.

Niektóre dane wydają się nawet zbyt optymistyczne, aby były prawdziwe. Na przykład 50 lat temu co piąte dziecko umierało przed osiągnięciem piątego roku życia – a dzisiaj co dwudzieste. W 1836 roku najbogatszy człowiek świata, Nathan Meyer Rothschild, zmarł z powodu braku antybiotyków. W ostatnich dziesięcioleciach tanie jak barszcz szczepionki przeciwko odrze, tężcowi, krztuścowi, dyfterytowi oraz chorobie Heinego-Medina ratowały każdego roku więcej istnień ludzkich, niż zostało ocalonych przez cały XX wiek w okresach, kiedy na świecie panował pokój14.

Rzecz jasna, istnieje jeszcze wiele chorób, które musimy pokonać – na przykład rak – ale i na tym froncie robimy postępy. W 2013 roku w prestiżowym czasopiśmie „Science” pojawiła się informacja o znalezieniu sposobu na wykorzystanie układu odpornościowego do walki z guzami, co zostało uznane za przełomowe odkrycie naukowe roku. W tym samym roku po raz pierwszy z powodzeniem sklonowano ludzkie komórki macierzyste. To obiecujący kierunek rozwoju w leczeniu chorób mitochondrialnych, w tym jednej z odmian cukrzycy. Niektórzy naukowcy obwieścili nawet, że urodziła się już pierwsza osoba, która będzie kiedyś obchodzić swoje tysięczne urodziny15.

Stajemy się zarazem coraz mądrzejsi. W 1962 roku aż 41 procent dzieci nie chodziło do szkoły; dzisiaj jest to zaledwie 10 procent16. W większości krajów średni iloraz inteligencji (IQ) wzrastał w każdym dziesięcioleciu od trzech do pięciu punktów, głównie dzięki poprawie odżywiania i edukacji. Być może wyjaśnia to, dlaczego staliśmy się znacznie bardziej cywilizowani; ostatnią dekadę uznano za najbardziej pokojową w historii. Według Peace Research Institute w Oslo, roczna liczba ofiar wojen spadła od 1946 roku aż o 90 procent. Zmniejsza się również liczba zabójstw, napadów i innych form przestępczości.

„The Economist” poinformował niedawno, że „w bogatym świecie jest coraz mniej przestępczości i choć kryminaliści nadal istnieją, ich liczba stale się zmniejsza i stają się oni coraz starsi”17.

WYKRES 2. Zwycięstwo szczepionek

Źródło: Światowa Organizacja Zdrowia

WYKRES 3. Spadek liczby ofiar wojen

Źródło: Peace Research Institute Oslo

Smutny raj

Innymi słowy, witajcie w Krainie Obfitości, w której żyje się dobrze i prawie każdy jest bogaty, bezpieczny i zdrowy. Brakuje nam tylko jednej rzeczy: motywacji, aby wstać rano z łóżka. Przecież w raju nie ma właściwie czego ulepszać. Już w 1989 roku amerykański filozof Francis Fukuyama zauważył, że znaleźliśmy się w czasach, w których „wszystko… ustąpi miejsca kalkulacji ekonomicznej, nieustannemu rozwiązywaniu problemów technicznych, zainteresowaniu środowiskiem i zaspokajaniu wyszukanych potrzeb konsumpcyjnych”18. Zwiększenie naszej siły nabywczej o kolejny punkt procentowy, zmniejszenie emisji dwutlenku węgla o parę punktów procentowych czy jakiś nowy gadżet – tak wygląda obecnie nasza wizja przyszłości. Żyjemy w erze dobrobytu i nadmiaru wszystkiego, ale jakże smutne są to czasy. Jak mówi Fukuyama: „…nie będzie ani sztuki, ani filozofii, tylko stała opieka nad muzeum ludzkiej historii”.

Oscar Wilde uważał, że po dotarciu do Krainy Obfitości powinniśmy ponownie spojrzeć na odległy horyzont i ruszyć w dalszą drogę. Według niego: „Postęp to urzeczywistnianie utopii”. Lecz horyzont jest niewidoczny, Kraina Obfitości zaś spowita mgłą. A precyzyjniej rzecz ujmując: w momencie gdy wzięliśmy na barki historyczne zadanie nadania sensu naszej wspaniałej, bezpiecznej i zdrowej egzystencji, pogrzebaliśmy utopię. Nie mamy żadnych nowych marzeń, ponieważ nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie lepszego świata od tego, w którym żyjemy. Większość mieszkańców bogatych krajów uważa nawet, że ich dzieciom będzie się w istocie powodzić g o r z e j niż im samym19.

Jednak prawdziwy kryzys naszych czasów i mojego pokolenia nie polega na tym, że jest nam źle, ani nawet na tym, że później może być jeszcze gorzej.

Problemem jest to, że nie potrafimy wymyślić niczego lepszego.

Projekty utopii

Ta książka nie jest próbą przewidywania przyszłości, lecz próbą jej odblokowania i jak najszerszego otwarcia naszych horyzontów. Rzecz jasna, utopie zawsze mówią więcej o czasach, w których zostały wymyślone, niż o samej przyszłości. Utopijna Kraina Obfitości mówi nam wszystko o życiu w średniowieczu. Było ono nędzne. Prawie zawsze i prawie wszędzie. Każdy krąg kulturowy ma jednak swoją odmianę Krainy Obfitości20.

Proste pragnienia rodzą proste utopie. Jeśli jesteś głodny, marzysz o wystawnej uczcie. Gdy jest ci zimno, pragniesz ogrzać się przy ognisku, a gdy zaczyna ci doskwierać coraz więcej dolegliwości, marzysz, aby być wiecznie młodym. Te wszystkie pragnienia miały kiedyś swoje odzwierciedlenie w utopiach, które zostały wymyślone, gdy życie było ciężkie, brutalne i krótkie. „Na świecie nie będzie nic, czego można by się obawiać, żadnych chorób – fantazjował w V wieku p.n.e. grecki poeta Telecleides. A jeśli coś będzie potrzebne, po prostu się pojawi. – „Każdy strumień będzie pełen wina… ryby same będą przybywać do waszych domów, piec się na ruszcie, a potem kłaść na stołach”21.

Opiszmy najpierw dwa rodzaje utopijnych pomysłów22. Pierwszy jest lepiej znany: to jakiś utopijny projekt. Wielcy myśliciele, tacy jak Karl Popper i Hannah Arendt, jak też wszyscy przedstawiciele współczesnego prądu filozoficznego, postmodernizmu, próbowali zakwestionować ten rodzaj utopii. W dużej mierze im się to udało; to do nich wciąż należy ostatnie słowo w planowaniu dla nas raju.

Projekty utopii nie są abstrakcyjnymi ideami, ale zestawami ustalonych zasad, które nie mogą być podważane. Włoski poeta Tommaso Campanella przedstawia przykład takiej utopii w napisanym w 1602 roku dialogu Miasto Słońca. W jego utopii, czy raczej dystopii, własność prywatna jest zakazana, każdy człowiek musi kochać bliźnich, a kłótnie są karane śmiercią. Państwo kontroluje życie prywatne obywateli, także prokreację. Przykładowo, ludzie mądrzy mogą iść do łóżka jedynie z głupimi, a grubi z chudymi. Każdy wysiłek musi dawać jakiś korzystny efekt. Poza tym wszyscy są kontrolowani za pomocą rozległej sieci informatorów. Osoba popełniająca wykroczenie jest zastraszana tak długo, aż uświadomi sobie swoją grzeszność i sama podda się ukamienowaniu.

Patrząc dzisiaj na te pomysły z perspektywy czasu, widzimy w dziele Campanelli mrożące krew w żyłach nawiązania do faszyzmu, stalinizmu i ludobójstwa.

Zadawanie właściwych pytań

Jest jednak jeszcze inny, niemal zupełnie zapomniany, rodzaj utopijnych pomysłów. Jeśli wspomniane wyżej projekty utopii porównamy do zdjęć wysokiej rozdzielczości, to w tym wypadku mamy do czynienia jedynie z niejasnymi zarysami. Nie są to gotowe rozwiązania, nakładające na nas pewien rodzaj kaftana bezpieczeństwa, ale drogowskazy, które inspirują do dokonywania zmian. I zakładają one, jak to ujął Wolter, że lepsze jest wrogiem dobrego. Pewien amerykański filozof zauważył, że „szanującego się myśliciela w zakłopotanie wprawi sam pomysł projektowania utopii”23.

To właśnie w tym duchu brytyjski filozof Tomasz More napisał książkę o utopii (on też był twórcą tego pojęcia). Jego utopia przede wszystkim nie była rygorystycznie wprowadzanym w życie projektem, lecz oskarżeniem pazernej arystokracji, która domagała się jeszcze większych luksusów, w czasach gdy przeciętny człowiek żył w skrajnym ubóstwie.

Łatwo zrozumieć, że gdy utopię traktuje się z b y t poważnie, staje się ona niebezpieczna. Jak zauważa Lyman Tower Sargent, filozof i wybitny specjalista od utopii: „Musimy być w stanie nie tylko głęboko w coś wierzyć, lecz także umieć dostrzec absurdalność swoich przekonań i śmiać się z nich”. Utopie, podobnie jak humor i satyra, poszerzają nasze horyzonty. I są żywotne. W miarę jak ludzie i społeczeństwa stają się coraz starsi, przyzwyczajają się do istniejącego stanu rzeczy, w którym wolność może się stać więzieniem, a prawda kłamstwem. Współczesne kredo – albo, co gorsza, przekonanie, że nie zostało nic, w co można by jeszcze wierzyć – sprawia, że stajemy się krótkowzroczni i przestajemy dostrzegać otaczającą nas na co dzień niesprawiedliwość.

By podać tylko kilka przykładów: dlaczego od lat 80. ubiegłego wieku pracujemy coraz ciężej, chociaż jesteśmy zamożniejsi niż kiedykolwiek przedtem? Dlaczego miliony ludzi nadal żyją w ubóstwie, mimo że jesteśmy wystarczająco bogaci, aby raz na zawsze pozbyć się tego problemu? I dlaczego czasami nawet ponad 60 procentami naszego dochodu dysponuje państwo, w którym się urodziliśmy? (24)

Utopie nie dają gotowych odpowiedzi ani rozwiązań. Ale stawiają właściwe pytania.

Destrukcja wielkiej narracji

Dopóki się jednak nie obudzimy, nie możemy nawet zacząć marzyć. Brzmi to banalnie, ale marzenia potrafią zamienić się w koszmar. Utopie stanowią pożywkę dla niezgody, przemocy, a nawet ludobójstwa. Stają się w końcu dystopiami; utopia faktycznie j e s t dystopią. „Postęp ludzkości to mit” – mówi inny stereotyp. A mimo to zdołaliśmy kiedyś stworzyć średniowieczny raj.

To prawda, że historia pełna jest przerażających ruchów utopistycznych – faszyzmu, komunizmu, nazizmu – które, podobnie jak każda religia, dały początek fanatycznym sektom. Czy jednak, gdy jakiś religijny radykał podburza do niepokojów społecznych, powinniśmy automatycznie spisać na straty całą religię? Dlaczego więc mamy skreślać wszystkie ruchy utopistyczne? Czy powinniśmy w ogóle przestać marzyć o lepszym świecie?

Oczywiście, że nie. Ale właśnie dokładnie tak się dzieje. Optymizm i pesymizm stały się synonimami zaufania konsumenckiego, albo też jego braku. Radykalne idee opisujące inny świat są dosłownie niemal niewyobrażalne. Nasze oczekiwania w kwestii tego, co możemy osiągnąć jako społeczeństwa, zostały bardzo poważnie ograniczone. Stanęliśmy w obliczu nagiej i przykrej prawdy: bez utopii pozostaje nam jedynie technokracja. Polityka ogranicza się do zarządzania problemami. Wyborcy zmieniają swoje preferencje nie dlatego, że programy partii tak bardzo się między sobą różnią, ale dlatego, że są one niemal identyczne. Programy prawicy i lewicy różnią się obecnie jedynie jednym albo dwoma punktami procentowymi w stawce podatku dochodowego25.

Ma to swoje odzwierciedlenie w pracy dziennikarzy, przedstawiających politykę jako grę, której celem nie jest realizacja ideałów, ale kariery. Zauważamy to w środowisku akademickim, gdzie każdy jest zbyt zajęty pisaniem, aby czytać, albo zbyt zajęty publikowaniem swoich prac, aby dyskutować. Współczesna wyższa uczelnia przypomina w gruncie rzeczy fabrykę, szpital, szkołę czy stację telewizyjną, czyli miejsca, gdzie liczy się osiąganie celów. I nie ma znaczenia, czy chodzi o wzrost gospodarczy, oglądalność czy też różne publikacje – jakość stopniowo zastępowana zostaje przez ilość.

Wszystko to napędzane jest siłą zwaną „liberalizmem”, ideologią, która jest już prawie zupełnie pusta. Obecnie istotne jest „bycie sobą” i „robienie swego”. Wolność może być naszym najwyższym ideałem, ale nasze ideały stały się jałową wolnością. Obawa przed jakimkolwiek moralizowaniem spowodowała, że moralność stała się w debacie publicznej tabu. Wszak forum publiczne powinno być miejscem „bezstronnym” – ale obecnie jest ono jak nigdy wcześniej paternalistyczne. Na każdym rogu czeka na nas przynęta zachęcająca do picia alkoholu, imprezowania, pożyczania, kupowania, harowania, napinania się i oszukiwania. Niezależnie od tego, co mówimy sobie na temat wolności słowa, nasz system wartości podejrzanie przypomina ten wciskany nam przez firmy gotowe do płacenia za reklamy w czasie najwyższej oglądalności26. Gdyby jakaś partia polityczna albo sekta religijna posiadała choć ułamek wpływu, jaki ma na nas i nasze dzieci branża reklamowa, bylibyśmy oburzeni. Ponieważ jednak jest to tylko rynek, pozostajemy „bezstronni”27.

W dzisiejszych czasach rządom pozostało wyłącznie poprawianie jakości naszego życia. Jeśli nie jesteś wzorem potulnego i zadowolonego obywatela, władza z radością wskaże ci właściwą drogę. W jaki sposób? Stosując kontrolę, inwigilację oraz represje.

Państwo opiekuńcze przeniosło tymczasem swoje zainteresowanie z poszukiwania przyczyn naszego niezadowolenia na jego o b j a w y . Do lekarza idziemy, kiedy jesteśmy chorzy, na terapię, kiedy jesteśmy smutni, do dietetyka, kiedy mamy nadwagę, do więzienia, kiedy zostaniemy skazani, a do doradcy zawodowego, kiedy tracimy pracę. Wszystkie te usługi kosztują mnóstwo pieniędzy, ale ich efekty są marne. W Stanach Zjednoczonych, gdzie wydatki na służbę zdrowia są najwyższe na świecie, długość życia wielu osób w rzeczywistości s i ę s k r a c a .

Jednocześnie rynek oraz interesy handlowe przez cały czas korzystają z całkowitej swobody. Przemysł spożywczy dostarcza nam tanie, śmieciowe jedzenie pełne soli, cukru oraz tłuszczu, co prowadzi do przyśpieszania terminów wizyt u lekarza i dietetyka. Wprowadzanie zaawansowanych technologii redukuje liczbę dostępnych miejsc pracy, przez co ponownie możemy trafić do doradcy zawodowego. Branża reklamowa zaś zachęca nas do wydawania pieniędzy, których nie mamy, na głupoty, których nie potrzebujemy, tylko po to, abyśmy mogli zrobić wrażenie na ludziach, którym nie jesteśmy w stanie dorównać28. A na koniec możemy wypłakać się w rękaw terapeucie.

Taka jest dystopia, w której obecnie żyjemy.

Rozpieszczone pokolenie

Nie znaczy to jednak – co zawsze podkreślam – że nie jest nam dobrze. Wprost przeciwnie. Współcześnie żyjące dzieci mają raczej problem z tym, że są za bardzo rozpieszczane. Jean Twenge, psycholożka z uniwersytetu stanowego w San Diego, która przeprowadziła dokładne badania sposobu myślenia młodych ludzi dziś i w przeszłości, twierdzi, że od lat 80. ubiegłego wieku nastąpił u nich bardzo duży wzrost samooceny. Młode pokolenie uważa, że jest mądrzejsze, bardziej odpowiedzialne i atrakcyjniejsze od poprzednich.

„Każdemu dziecku z tego pokolenia mówiono: »Możesz zostać, kim tylko chcesz. Jesteś wyjątkowe«” – wyjaśnia Twenge29. Byliśmy wychowywani na diecie narcyzmu, ale po wpuszczeniu nas do wielkiego świata nieograniczonych możliwości coraz więcej z nas nie dawało sobie w nim rady. Okazało się, że jest on zimny i surowy, panuje w nim współzawodnictwo oraz występuje bezrobocie. To nie Disneyland, gdzie gwiazdka z nieba spełni wszystkie twoje marzenia, ale wyścig szczurów, w którym o niepowodzenia możesz obwiniać tylko siebie.

Nic więc dziwnego, że narcyzm jest pełen niepewności. Twenge doszła również do wniosku, że przez ostatnie dziesięciolecia staliśmy się znacznie bardziej bojaźliwi. Kiedy porównała wyniki 269 badań przeprowadzonych w latach 1952–1993, okazało się, że przeciętne dziecko żyjące w Ameryce Północnej na początku lat 90. było bardziej niespokojne niż pacjenci zakładów psychiatrycznych we wczesnych latach 50. ubiegłego wieku30. Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że depresja stała się największym problemem zdrowotnym wśród nastolatków, a do roku 2030 będzie najpoważniejszą przyczyną chorób na całym świecie31.

To błędne koło. Jeszcze nigdy tak wielu młodych ludzi nie leczyło się u psychiatry, nie było też wśród nich aż tylu przypadków wczesnego wypalenia zawodowego, a my wszyscy nie łykaliśmy tak dużo antydepresantów. Raz po raz winimy za to wspólne dla nas wszystkich problemy, takie jak bezrobocie, niezadowolenie oraz depresja. Jeśli sukces jest naszym wyborem, to samo dotyczy porażki. Straciłeś pracę? Trzeba było ciężej pracować. Chorujesz? Na pewno nie prowadziłeś zdrowego trybu życia. Jesteś nieszczęśliwy? Weź pigułkę.

W latach 50. ubiegłego wieku tylko 12 procent młodych ludzi zgadzało się ze stwierdzeniem: „Jestem wyjątkową osobą”. Dzisiaj twierdzi tak 80 procent z nich (32), mimo że w rzeczywistości stajemy się coraz bardziej do siebie podobni. Wszyscy czytamy te same, najlepiej sprzedające się książki, chodzimy do kina na najchętniej oglądane filmy i paradujemy w tych samych sportowych butach. Podczas gdy nasi dziadkowie i babcie dostosowywali się jeszcze do wzorców narzucanych przez rodzinę, Kościół i ojczyznę, my jesteśmy kształtowani przez media, reklamy oraz paternalistyczne państwo. Nawet jeśli stajemy się coraz bardziej do siebie podobni, to era wielkich zbiorowości dawno się już skończyła. Liczba członków Kościoła i związków zawodowych znacznie spadła, a tradycyjna linia podziału między prawicą a lewicą nie ma już prawie znaczenia. Myślimy jedynie o „rozwiązywaniu problemów”, tak jakby polityką mogli się zajmować zewnętrzni konsultanci zarządzania.

Z pewnością są jeszcze ludzie próbujący wskrzesić wiarę w postęp. Czy można się dziwić, że kulturowym archetypem mojego pokolenia jest maniak komputerowy pokładający nadzieję na wzrost gospodarczy w aplikacjach i gadżetach? „Najpotężniejsze umysły mojego pokolenia zastanawiają się nad tym, jak skłonić ludzi do klikania w reklamy internetowe” – rozpaczał niedawno na Facebooku niegdysiejszy geniusz matematyczny33.

Chciałbym, abyśmy się dobrze zrozumieli: to kapitalizm otworzył nam wrota do Krainy Obfitości, lecz sam kapitalizm nie jest w stanie utrzymać jej przy życiu. Postęp stał się równoznaczny z dobrobytem gospodarczym, lecz XXI wiek zmobilizuje nas do szukania innych sposobów na podniesienie jakości życia. I podczas gdy młodzi ludzie żyjący na Zachodzie w większości dorastali w erze apolitycznej technokracji, my będziemy musieli ponownie wrócić do polityki, aby odnaleźć nową utopię.

W związku z tym jestem podniesiony na duchu naszym niezadowoleniem, ponieważ to coś zupełnie innego niż obojętność. Wszechobecna nostalgia i tęsknota za przeszłością, która w rzeczywistości nigdy nie istniała, świadczy o tym, że wciąż mamy jakieś ideały, nawet jeśli pogrzebaliśmy je żywcem.

Prawdziwy postęp zaczyna się od tego, czego nie może dać sama wiedza ekonomiczna, czyli od mądrości mówiącej nam, co znaczy żyć dobrze. Musimy zrobić to, czego zwolennikami byli już 100 lat temu tacy wielcy myśliciele, jak John Stuart Mill, Bertrand Russell i John Maynard Keynes, czyli „wyżej cenić cel niż środki i stawiać dobro przed pożytkiem”34. Musimy skoncentrować się na przyszłości i przestać wyrażać nasze niezadowolenie w sondażach oraz w bezustannie narzekających mediach. Powinniśmy rozważać różne alternatywne rozwiązania oraz tworzyć nowe zbiorowości społeczne, aby wydostać się poza ograniczający nas duch epoki i zdefiniować łączący nas idealizm.

Być może uda nam się spojrzeć również na otaczający nas świat, a nie tylko na siebie samych. A wtedy dostrzeżemy stary dobry postęp, który wciąż kroczy radośnie swoją drogą. I przekonamy się, że żyjemy coraz dłużej, we wspaniałych czasach, w których jest coraz mniej głodu i wojen, a coraz więcej dobrobytu. Dostrzeżemy jednak również, jak wiele pozostało jeszcze nam – tym najbogatszym dziesięciu, pięciu albo jednemu procentowi ludzi – do zrobienia.

Powrót utopii

Nadszedł czas na powrót do utopijnego myślenia.

Potrzebujemy nowego modelu, nowej mapy świata, na której znowu znajdzie się odległy, nieznany kontynent – Utopia. Nie mam tu na myśli jakichś sztywnych ram projektu, w które chcieliby nas wtłoczyć utopijni fanatycy ze swoimi teokratycznymi planami pięcioletnimi. One służą jedynie podporządkowaniu sobie ludzi wraz z ich fantastycznymi marzeniami. Zwróćcie uwagę, że słowo „utopia” oznacza zarówno „dobre miejsce”, jak i „brak miejsca”. Potrzebujemy nowych horyzontów, które rozbudzą naszą wyobraźnię. Powinno ich być wiele, ponieważ sprzeczne ze sobą utopie są przecież niezbędne do funkcjonowania demokracji.

Nasza utopia, jak to zawsze bywa, zacznie się niewinnie. Podwaliny pod to, co dzisiaj nazywamy cywilizacją, zostały położone dawno temu przez marzycieli, którzy maszerowali w swoim własnym rytmie. Hiszpański mnich Bartolomé de Las Casas (1484–1566) był zwolennikiem równości kolonistów i rdzennych mieszkańców żyjących na odkrywanych przez nich nowych lądach Ameryki Łacińskiej. Próbował stworzyć kolonię, w której każdy miałby zapewnione wygodne życie. Fabrykant Robert Owen (1771–1858) opowiadał się z kolei za emancypacją brytyjskich robotników. W jego świetnie prosperującej przędzalni kary cielesne były zakazane, a pracownicy dobrze zarabiali. Natomiast filozof John Stuart Mill (1806–1873) uważał, że kobiety i mężczyźni są sobie równi. (Mogło to wynikać z tego, że żona była autorką połowy jego prac).

Jedno jest jednak pewne: bez tych wszystkich dalekowzrocznych marzycieli z odległej przeszłości wciąż bylibyśmy biedni, głodni, brudni, przestraszeni, głupi, chorzy i brzydcy. Bez utopii jesteśmy bezradni. Nie dlatego, że teraźniejszość nam nie odpowiada; wprost przeciwnie. Bez nadziei na lepszą przyszłość jest nam jednak smutno. Brytyjski filozof Bertrand Russell napisał, że „do szczęścia człowiek potrzebuje nie tylko korzystania z różnych możliwości, ale nadziei, działania i zmiany”35, oraz dodał, że „nie powinniśmy marzyć o zrealizowanej utopii, lecz o świecie, w którym żywe i czynne są wyobraźnia oraz nadzieja”36.

Posiadanie pieniędzy jest lepsze od ich braku,

przynajmniej z powodów finansowych.

Woody Allen (ur. 1935)

2

Dlaczego powinniśmy każdemu dawać pieniądze za nic

Londyn, maj 2009 – trwa tu eksperyment, którego przedmiotem jest trzynastu bezdomnych mężczyzn. Niektórzy z nich są prawdziwymi weteranami, od 40 lat sypiają na zimnych chodnikach Square Mile, europejskiego centrum finansowego. Koszty, jakie generują (w tym interwencje policji, koszty sądowe oraz pomoc społeczna), szacuje się na mniej więcej 400 tysięcy funtów (650 tysięcy dolarów) rocznie1.

To zbyt duże obciążenie finansowe dla służb miejskich i lokalnych organizacji charytatywnych. Londyńska organizacja pomocy Broadway decyduje się więc podjąć radykalne działania: trzynastka doświadczonych włóczęgów ma być traktowana jak VIP-y. Koniec z kuponami na jedzenie, darmowymi zupami i schroniskami dla bezdomnych.

Owi kłopotliwi, śpiący pod gołym niebem ludzie mają otrzymać zdecydowane i natychmiastowe wsparcie finansowe.

A dokładnie rzecz ujmując: bezzwrotną pożyczkę na własne wydatki w wysokości 3 tysięcy funtów2. Tylko od nich zależy, co zrobią z pieniędzmi. Ale jeśli chcą, mogą skorzystać z pomocy doradcy. Z ofertą tą nie wiążą się żadne zobowiązania. Nie chodzi o to, by przyłapać bezdomnych na niegospodarności3.

Zadaje im się tylko jedno pytanie: jak sądzisz, czego ci potrzeba?

Prace ogrodnicze

„Nie wiązałem z tym projektem jakichś nadzwyczajnych nadziei” – wspominał później jeden z pracowników socjalnych4. Potrzeby włóczęgów okazały się wyjątkowo skromne. Każdy z nich miał własne preferencje – telefon, słownik, aparat słuchowy. Prawdę mówiąc, większość bezdomnych była wręcz oszczędna. Przez rok każdy z nich wydał średnio zaledwie 800 funtów.

Weźmy na przykład Simona, który od 20 lat był uzależniony od heroiny. Pieniądze odmieniły diametralnie jego życie. Przestał brać narkotyki i zapisał się na kurs ogrodniczy. Jak później opowiadał: „Z jakiegoś powodu po raz pierwszy w moim życiu wszystko zagrało. Zacząłem dbać o siebie, myję się i golę. Myślę o powrocie do domu, mam dwójkę dzieci”.

Półtora roku po rozpoczęciu eksperymentu siedmiu z trzynastu bezdomnych posiadało już dach nad głową, a dwóch miało się wkrótce wprowadzić do własnych mieszkań. Wszyscy podjęli istotne kroki, aby stać się niezależni finansowo i zadbać o swój rozwój osobisty. Zapisali się na różne zajęcia, uczyli się gotować, byli na odwyku, odwiedzali swoje rodziny i robili plany na przyszłość.

„Daje on ludziom poczucie kontroli nad własnym życiem oraz możliwości wyboru. Jestem przekonany, że może się przyczynić do zmiany na lepsze” – tak o spersonalizowanym budżecie mówił jeden z pracowników socjalnych. Dziewięciu notorycznych włóczęgów po latach bezowocnego naciskania, pomagania, pobłażania, karania, ścigania i ochraniania w końcu opuściło ulice. Ile to kosztowało? Około 50 tysięcy funtów rocznie, wliczając w to wynagrodzenie pracowników socjalnych. Innymi słowy, realizacja tego projektu nie tylko pomogła trzynastu osobom, ale również pozwoliła znacznie obniżyć wydatki5. Nawet „The Economist” musiał przyznać, że „najbardziej skuteczną metodą pomocy bezdomnym może się okazać dawanie im pieniędzy”6.

Twarde dane

Biedni nie potrafią gospodarować pieniędzmi. Taka jest przeważająca opinia; w zasadzie to truizm. Przecież jeśliby wiedzieli, w jaki sposób zarządzać swoimi finansami, to dlaczego byliby biedni? Zakładamy, że wydadzą pieniądze na śmieciowe jedzenie i napoje gazowane zamiast na świeże owoce i książki. Opracowaliśmy więc niezliczoną ilość genialnych programów, które miały im „pomóc”. Wymagało to mnóstwa papierkowej roboty, opracowania systemów rejestracji oraz całej armii kontrolerów. Wszystko odbywa się w myśl biblijnej zasady: „Kto nie chce pracować, niech też nie je”. (Drugi List do Tesaloniczan 3:10). W ostatnich latach pomoc rządowa w coraz większym stopniu powiązana jest z zatrudnieniem. Jej odbiorcy muszą składać podania o pracę, zapisywać się na kursy pomagające im wrócić do pracy oraz brać udział w obowiązkowym „wolontariacie”. Reklamuje się to jako przejście „od zasiłku do programu pomocy społecznej”, a przesłanie tych działań jest jasne: rozdawanie pieniędzy czyni ludzi leniwymi.

Tyle że dowody świadczą o czymś zgoła przeciwnym.

Przyjrzyjmy się przypadkowi Bernarda Omondi. Przez całe lata zarabiał 2 dolary dziennie, pracując w kamieniołomie w podupadłym regionie we wschodniej Kenii. Pewnego ranka dostał bardzo osobliwy SMS. „Po jego przeczytaniu aż podskoczyłem” – opowiada Bernard. Właśnie wtedy przelano mu na konto 500 dolarów, czyli prawie równowartość jego rocznych zarobków.

Kilka miesięcy później wioskę, w której mieszkał Bernard, odwiedził dziennikarz „New York Timesa”. Sprawiała wrażenie, jakby wszyscy mieszkańcy wygrali coś na loterii. Pieniądze nie zostały jednak przepite; dzięki nim naprawiono domy i założono małe firmy. Bernard zainwestował w sprowadzony z Indii nowy motocykl Bajaj Boxer i wożąc nim ludzi, zarabiał od 6 do 9 dolarów dziennie. Jego zarobki wzrosły ponad trzykrotnie.

„W ten sposób dajemy biednym ludziom prawo wyboru – mówi Michael Faye, założyciel organizacji GiveDirectly, odpowiedzialnej za ten niespodziewany zastrzyk gotówki dla Bernarda – prawdę mówiąc, ja sam nie wiem, czego potrzebują ubodzy”7. Faye nie daje ludziom wędki, ani nawet nie uczy ich, jak łowić ryby. Daje im gotówkę, wychodząc z założenia, że eksperci od potrzeb biednych sami są w jakimś sensie biedni. Gdy zapytałem go, dlaczego na stronie internetowej GiveDirectly jest tak mało atrakcyjnych filmów i zdjęć, wyjaśnił, że nie chce za bardzo grać na emocjach: „Nasze dane są wystarczająco przekonujące”.

Faye ma rację: według badań przeprowadzonych przez Massachusetts Institute of Technology, granty gotówkowe organizacji GiveDirectly doprowadziły do stałego wzrostu dochodów, stanowiły bodziec do kupna domów i trzody chlewnej (wzrost o 58 procent) oraz zmniejszyły o 42 procent liczbę dni w roku, w których dzieci chodziły głodne. Ponadto 93 procent każdej z tych darowizn dociera bezpośrednio do odbiorców8. Po zapoznaniu się z tymi danymi firma Google sama przekazała organizacji darowiznę w wysokości 2,5 miliona dolarów9.

Szczęście mieli jednak nie tylko Bernard i mieszkańcy jego wioski. W 2008 roku rząd Ugandy zdecydował się na obdarowanie około 12 tysięcy osób w wieku od 16 do 35 lat kwotą w wysokości blisko 400 dolarów na głowę. Pieniądze te otrzymali po prostu za nic, jedynym warunkiem było przedstawienie biznesplanu. Po 5 latach efekty okazały się szokujące. Dochody beneficjentów, którzy zainwestowali w swoją edukację i w przedsięwzięcia biznesowe, wzrosły prawie o 50 procent, a szanse na uzyskanie zatrudnienia o ponad 60 procent10.

W ramach innego programu zrealizowanego w Ugandzie ponad 1800 biednych kobiet mieszkających na północy kraju dostało po 150 dolarów. Rezultat był podobny: ich dochody wzrosły prawie dwukrotnie. Kobiety, które otrzymały dodatkowe wsparcie od pracownika organizacji humanitarnej (koszt 350 dolarów), zyskały nawet nieco więcej. Naukowcy obliczyli potem, że bardziej opłacalne jest dorzucenie do worka z darowiznami pensji pracownika11. Z ich raportu wynika jasno, że uzyskane dzięki tym zmianom efekty wskazują na konieczność „dokonania poważnych zmian w programach walki z biedą w Afryce i na całym świecie”12.

Rewolucja na południu

To, że rozdawanie pieniędzy jest skuteczne, potwierdzają badania przeprowadzone na całym świecie. Wynika z nich również, że takie bezwarunkowe obdarowywanie ma wpływ na zmniejszenie przestępczości, śmiertelności dzieci, niedożywienia, liczby ciąż u nieletnich i częstotliwości chodzenia na wagary. Ma również korzystny wpływ na wyniki nauczania, wzrost gospodarczy oraz równość płci13. Ekonomista Charles Kenny zauważa, że: „głównym powodem, dla którego biedni ludzie są biedni, jest to, że nie mają oni wystarczającej ilości pieniędzy. Nie powinien więc być dużym zaskoczeniem fakt, że dawanie im gotówki jest świetnym sposobem na zmniejszenie skali tego problemu”14.

W książce Just Give Money to the Poor (2010) uczeni z Uniwersytetu w Manchesterze podają niezliczone przykłady pozytywnych skutków bezwarunkowego (albo obwarowanego drobnymi warunkami) rozdawnictwa pieniędzy. W Namibii dramatycznie spadły dzięki temu wskaźniki niedożywienia (z 42 do 10 procent), liczba wagarowiczów zmniejszyła się z 42 procent do prawie zera, a liczba przestępstw spadła o 42 procent. W Malawi wskaźnik skolaryzacji wśród dziewcząt wzrósł o 40 procent, i to niezależnie od tego, czy gotówka była przekazywana pod pewnymi warunkami czy bezwarunkowo. Bardzo często największymi beneficjentami takiej pomocy są dzieci. Cierpią one mniej z powodu niedożywienia i chorób, są wyższe, lepiej się uczą, zmniejsza się również prawdopodobieństwo zmuszania ich do pracy15.

Od Brazylii po Indie, od Meksyku po Republikę Południowej Afryki programy rozdawania gotówki zyskały na południowej półkuli ogromną popularność. Gdy Organizacja Narodów Zjednoczonych formułowała w 2000 roku swoje Milenijne Cele Rozwoju, takie programy nie były nawet brane pod uwagę. Ale do roku 2010 objęły one już ponad 110 milionów rodzin w 45 krajach. Badacze z Uniwersytetu w Manchesterze podsumowali zalety tych programów: 1. Gospodarstwa domowe przeznaczają pieniądze na pożyteczne cele, 2. Spada wskaźnik ubóstwa, 3. Pojawiają się rozmaite długoterminowe korzyści dotyczące dochodów, zdrowia oraz wpływów z podatków, 4. Generują one niższe koszty w porównaniu z innymi rozwiązaniami16. Dlaczego więc mamy wysyłać kosztujących krocie białych ekspertów poruszających się po terenie SUV-ami, jeśli możemy po prostu przekazać ich pensje ubogim? Szczególnie gdy pozbędziemy się w ten sposób problemu lepkich rąk pracowników służby cywilnej. Poza tym rozdawanie pieniędzy napędza całą gospodarkę: ludzie więcej kupują, a to prowadzi do wzrostu zatrudnienia oraz dochodów.

Niezliczone organizacje pomocowe oraz rządy są przekonane, że wiedzą, czego potrzeba biednym: inwestują więc w szkoły, panele słoneczne albo w bydło. To oczywiste, że lepiej jest mieć krowę, niż jej nie mieć. Ale jakim kosztem to się odbywa? Z przeprowadzonych w Rwandzie badań wynika, że dostarczenie jednej cielnej krowy kosztuje około trzech tysięcy dolarów (łącznie z dojarką). To pięciokrotność rocznych zarobków mieszkańca tego kraju17. Przyjrzyjmy się teraz rozmaitym kursom przeznaczonym dla biednych: kolejne badania pokazują, że są one bardzo kosztowne, a ich efekty mizerne, niezależnie od tego, czy uczy się na nich łowienia ryb, czytania czy prowadzenia firmy18. „Ubóstwo związane jest zasadniczo z brakiem pieniędzy, nie z głupotą – podkreśla ekonomista Joseph Hanlon. – Jeśli nie masz butów, to nie pociągniesz się do góry, chwytając za cholewkę”19.

Wielką zaletą pieniędzy jest fakt, że ludzie mogą za nie kupować rzeczy, których potrzebują, a nie te proponowane przez samozwańczych ekspertów. I tak się składa, że biedni nie wydają otrzymanej gotówki na alkohol i wyroby tytoniowe. Przeprowadzone w Afryce, Ameryce Łacińskiej oraz Azji i zakrojone na szeroką skalę badania Banku Światowego pokazały, że w 82 procentach przypadków sprzedaż takich produktów w rzeczywistości s p a d ła20.

Jeszcze bardziej zaskakujące wyniki dał eksperyment przeprowadzony w Liberii. Rozdawano tam po 200 dolarów wyciągniętym ze slumsów i budzącym najmniejsze zaufanie ubogim, czyli alkoholikom, narkomanom oraz drobnym kryminalistom. Trzy lata później zbadano, na co wydali oni otrzymane pieniądze. Okazało się, że na żywność, ubrania, lekarstwa oraz małą działalność gospodarczą. „Jeśli tacy ludzie nie zmarnowali pieniędzy, to kto miałby to zrobić?” – zastanawiał się jeden z badaczy”21.

Mimo to wciąż wysuwany jest argument „leniwych biedaków”. Powszechność występowania takiego poglądu skłoniła naukowców do sprawdzenia, czy jest on prawdziwy. Kilka lat temu prestiżowe czasopismo medyczne „Lancet” podsumowało wyniki tych badań. Okazało się, że gdy biedni dostają gotówkę bez żadnych zobowiązań, to pracują bardziej efektywnie22. W końcowym raporcie z tego przeprowadzonego w Namibii eksperymentu zamieszczono przytoczony przez biskupa tekst biblijny wyjaśniający, dlaczego powinniśmy rozdawać pieniądze wszystkim potrzebującym: „Przeczytajcie uważnie rozdział 16 Księgi Wyjścia, w którym uciekający z niewoli Izraelici otrzymują mannę z nieba. Nie uczyniło to ich leniwymi, lecz umożliwiło dalszą wędrówkę…”23.

Utopia

Rozdawnictwo pieniędzy to koncepcja proponowana już kiedyś przez niektórych wielkich myślicieli. Marzył o tym Tomasz More w wydanej w 1516 roku książce Utopia. W jego ślady poszli później niezliczeni ekonomiści i filozofowie, wśród nich również laureaci Nagrody Nobla24. Orędownikami tej koncepcji byli lewicowcy i prawicowcy, a nawet prekursorzy neoliberalnej myśli Friedrich Hayek i Milton Friedman25. Artykuł 25 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka (z 1948 roku) zapowiada realizację tej idei.

W formie bezwarunkowego dochodu podstawowego.

I to nie zaledwie przez kilka lat i nie jedynie w krajach rozwijających się oraz nie tylko dla biednych. Mają to być pieniądze za nic dla wszystkich. I nie jako przywilej, ale jako prawo. Możecie to nazwać „kapitalistyczną drogą do komunizmu”26. Miesięczne kieszonkowe wystarczające do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie, otrzymywane bez kiwnięcia palcem. Jedynym warunkiem jest „dawanie oznak życia”27. Bez pomocy inspektorów sprawdzających, czy mądrze gospodarujemy otrzymanymi pieniędzmi i badających, czy na nie zasłużyliśmy. Koniec ze specjalnymi programami wsparcia i pomocowymi; co najwyżej może istnieć jakaś dodatkowa zapomoga dla seniorów, bezrobotnych oraz niezdolnych do pracy.

Bezwarunkowy dochód podstawowy to idea, której czas właśnie nadszedł.

Projekt Mincome, Kanada

W Winnipeg w Kanadzie, w znajdującym się na poddaszu magazynie, leżą prawie 2 tysiące zakurzonych pudeł. Wypełnione są danymi – w postaci wykresów, tabel raportów oraz wywiadów – dotyczącymi jednego z najbardziej fascynujących eksperymentów przeprowadzonych po drugiej wojnie światowej.

Nosił on nazwę Mincome.

Evelyn Forget, profesor Uniwersytetu Manitoba, dowiedziała się o tych materiałach w 2004 roku. Przez 5 długich lat próbowała je odnaleźć, aż wreszcie odkryła je w Archiwach Narodowych. Jak później wyjaśniła: „Archiwiści rozważali akurat ich wyrzucenie, ponieważ zajmowały zbyt dużo miejsca i nikt się nimi nie interesował”28.

Gdy Forget weszła po raz pierwszy na poddasze, nie mogła uwierzyć własnym oczom. Znalazła prawdziwy skarbiec informacji dotyczących wprowadzenia w życie marzenia Tomasza More’a sprzed pięciu stuleci.

Wśród prawie tysiąca ukrytych w pudłach wywiadów był też ten przeprowadzony z Hugh i Doreen Hendersonami. Gdy przed 35 laty rozpoczynano realizację eksperymentu, on był dozorcą w szkole średniej, ona zaś gospodynią domową opiekującą się dwójką ich dzieci. Hendersonom nie było łatwo. Aby zapewnić wystarczającą ilość jedzenia dla całej rodziny, Doreen uprawiała ogród i zajmowała się hodowlą kurczaków. Każdy dolar był na wagę złota.

Aż pewnego dnia w drzwiach ich domu stanęło dwóch elegancko ubranych mężczyzn. „Wypełniliśmy formularze, a oni chcieli tylko zobaczyć nasze rachunki” – wspomina Doreen29. Potem kłopoty finansowe Hendersonów po prostu się skończyły. Hugh i Doreen zaczęli brać udział w projekcie Mincome – pierwszym przeprowadzonym na szeroką skalę eksperymencie społecznym w Kanadzie i największym jak do tej pory na świecie eksperymencie dotyczącym bezwarunkowego dochodu podstawowego.

W marcu 1973 roku gubernator prowincji przeznaczył na ten cel kwotę 83 milionów dolarów amerykańskich30. Na miejsce przeprowadzenia eksperymentu wybrał Dauphin – małe, 13-tysięczne miasteczko w północno-zachodnim Winnipeg. Każdy z jego mieszkańców miał mieć zagwarantowany bezwarunkowy dochód podstawowy, nikt więc nie powinien żyć poniżej progu ubóstwa. W praktyce oznaczało to, że raz w miesiącu 30 procent mieszkańców miasteczka – w sumie tysiąc rodzin – dostawało pocztą czek. Dla czteroosobowej rodziny było to około 19 tysięcy dolarów rocznie otrzymywanych b e z z a d a w a n i a ż a d n y c h p y t ań.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Utopia dla realistów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Droga Steve'a Jobsa Niebezpieczne związki. Pieniądze i władza w świecie nowożytnym 1700-2000 Kapitał w XXI wieku